Recenzje
Pisz jak mistrz. Poznaj nawyki codziennego pisania i uwolnij się od blokady twórczej
Poznaj nawyki codziennego pisania i uwolnij się od blokady twórczej.
Bardzo ciekawa okładka, cienka książka, zawierająca wiele rad dla każdego kto pisze. Lubisz pisać? Może dopiero chcesz spróbować w tych swoim sił? Brak ci weny, albo masz blokadę? To ksiazka dla ciebie.
Jeśli chcesz wiedzieć jak znaleźć czas i siłę na pisanie, jak zmimalizować to, co nas od tego rozprasza, jak doprowadzić książkę do końca, to powinieneś przeczyta ta książkę.
Bardzo pomocna, lekka książka którą warto przeczytać.
paulaczyta Ciulak Paula
Pisz jak mistrz. Poznaj nawyki codziennego pisania i uwolnij się od blokady twórczej
S.J. Scott
„Pisz jak mistrz. Poznaj nawyki codziennego pisania i uwolnij się od blokady twórczej”
Czy pisanie publikacji może stać się jednym ze zdrowych nawyków?
Kiedy ktoś pomyśli, że chciałby być wziętym pisarzem, jak chociażby Stephen King, zaraz przychodzi pytanie, czy w ogóle ma się talent. Doświadczenie pokazuje jednak, że zdolności są ważne, bo bez nich trudno być wizjonerem i twórcą. W większym jednak stopniu liczy się codzienna praca. Powinna stać się swego rodzaju rutyną, żeby nie tylko udało się zacząć pisać, ale by daną publikację ukończyć i udostępnić czytelnikom. S.J. Scott, autor licznych e-booków poprzez kolejny pt. „Pisz jak mistrz. Poznaj nawyki codziennego pisania i uwolnij się od blokady twórczej” próbuje zachęcić młodych adeptów sztuki pisania, żeby „nie składali broni” przed naciśnięciem klawiszy swojego komputera. A najlepiej nigdy.
Od czego zacząć, gdy chce się pisać?
Zawsze można stosować zasadę, że pisze się tylko wtedy, gdy przychodzi tak zwana wena. Stosując tę metodą, trzeba się jednak liczyć z tym, że takie uczucie „twórczej pełności” nie przychodzi codziennie. Mało tego, nie pojawia się na zawołanie i nie można spodziewać się, że będzie zawsze wtedy, gdy ktoś akurat ma wolną chwilę, żeby coś napisać. Zanim więc ktoś napisałby w ten sposób drugi rozdział swojej powieści, czy kolejny fragment opowiadania, mogłoby minąć kilka tygodni, czy nawet miesięcy. Jeśli ktoś ma wiele innych zajęć poza pisaniem, prawie na pewno nie pamiętałby, co było w pierwszym rozdziale albo jak zacząć kolejny. Mogłoby dojść nawet do kuriozalnej sytuacji, że po tak długim czasie pojawiłby się pomysł, który zupełnie nie pasuje już do zawiązanej „z lekka” akcji. Wówczas trzeba by było zaczynać wszystko od początku.
Zamiast czekać na przypływ olśnienia twórczego, lepiej więc pisać wtedy, gdy ma się czas. Brzmi to bardziej, jak rzemiosło niż jak sztuka, czy zajęcie, które można by określić mianem pasji. Niemniej każdy rodzaj zainteresowania wiąże się zwykle z tym, że trzeba zdobyć pewne umiejętności, żeby być biegłym w danej dziedzinie, co wymaga nieraz wysiłku, poświęceń i właśnie rutyny. Chcąc zatem pisać, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wiele czasu można poświęcić na taką czynność każdego dnia lub w danym tygodniu. Określając ramy czasowe, można ująć ten moment „sam na sam” z dokumentem tekstowym w swoim grafiku. Zajęcie to przestaje być już wówczas tylko gdybaniem czy „marzeniem ściętej głowy”. Staje się za to jedną z czynności wpisującą się w codzienny rozkład dnia. Łatwiej wtedy się zmobilizować i poświęcić tę chwilę swojej uwagi na zgłębianie tematu, czy na opisach, które mają się znaleźć w publikacji, zanim się ktoś do niej na dobre zabierze.
Myśli, które przeszkadzają w pisaniu
Przede wszystkim warto zmienić sposób, w jaki patrzy się na pisanie. Jest to zajęcie, które zwykle kojarzy się z pewnym prestiżem, z dużymi pieniędzmi i ze sławą, chociażby mając na myśli wspomnianego już docenionego autora horrorów. Często mówi się o popularnym paradoksie, że ktoś chciałby napisać bestseller i z tą myślą „siada do pisania” swojej wielkiej powieści. Prawda jest taka, że po pierwsze nie da się przewidzieć, czy publikacja odniesie mniejszy lub większy sukces. Po drugie trudno jest pisać z przekonaniem, że publikacja ma być swego rodzaju arcydziełem. Już takie nastawienie sprawia, że w głowie „włącza się” blokada twórcza. Każdy wyraz i każde zdanie przychodzi wtedy z takim mozołem, jakby ktoś wiosłował w tę i z powrotem: co się napisze, to się wykreśli i tak w kółko.
Do tego dochodzi też inna popularna rada, czyli tak zwana magia pierwszego zdania. Jeśli już ktoś takie „popełni”, czytelnik jest „jego”. Wcale tak być nie musi, chociaż warto dbać o to, żeby publikacja „nie przynudzała” na żadnym z kolejnych etapów.
Początkujący pisarz może też pomyśleć, że trzeba by było się dokształcać. Nie ma w tym nic złego, a nawet faktycznie pewne wskazówki mogą być pomocne. Na przykład te, które można znaleźć w publikacji S.J. Scott’a. Trzeba jednak zachować w tym jakiś umiar i pamiętać, że każdą teorię najlepiej sprawdzić w praktyce. Poza tym, jeśli ktoś zapisałby się na wybrane warsztaty pisarskie, to nawet nie umiałby odpowiedzieć na proste pytanie, z czym w ogóle ma problem. Skoro jeszcze nie zaczął, to nie wie, czy z trudnością przychodzi mu opisywanie postaci, „pociągnięcie” wątku dalej, czy może nie potrafi „wyrzucić” z tekstu tego, co jest niepotrzebne.
Niekiedy pojawia się też takie przekonanie, że ludzie „po piórze” są wyjątkowo mądrzy, oczytani, obyci i w ogóle „och i ach”. Trudno mierzyć się z takim wzorcem komuś, kto jest lub ma się za osobę o znacznie skromniejszym zasobie atutów. W rzeczywistości, jeśliby wziąć pierwszą powieść jednej z tych osób, które znajdują się w czołówce poczytnych autorów, prawdopodobnie nie byłaby aż taka „superowa”. Przykładem mogą być początki twórczej drogi Ernesta Hemingwaya. Pierwsze publikacje, które wyszły spod jego pióra są poprawne, ale daleko im do „Komu bije dzwon”, czy do powieści „Pożegnanie z bronią”. Trzeba sobie uświadomić, że każdy kiedyś zaczynał, że nikt nie urodził się genialnym pisarzem i, jeśli już, stał się nim nie od razu. Wracając jeszcze do Ernesta Hemingwaya, warto sobie uświadomić, że zanim skończył powieść „Komu bije dzwon”, napisał kilkadziesiąt zakończeń, nim wybrał to jedno jedyne. Pokazuje to tylko, z jakim nastawieniem ktoś podchodzi do swojego pisania.
Śpiesz się powoli
Początkujący pisarze są tak wniebowzięci, jak tylko uda się im już coś napisać, że od razu chcą to publikować. Nie przeczytawszy tego jeszcze raz, nie mówiąc już o tym, żeby zastanowić się, czy na pewno wszystko jest tak, jak być powinno. Dobrą praktyką jest tak naprawdę, aby napisać publikację i „odłożyć” ją na trochę. Najlepiej „dać jej odpocząć” co najmniej tydzień, a już minimum kilka dni. Chodzi o to, żeby później, sięgając po nią, gdy minie ten czas, przeczytać uważnie i sprawdzić, czy nie ma w niej jakiś błędów. Dzisiaj jest tak wiele możliwości, żeby wyeliminować czyjeś potknięcia językowe albo logiczne, czy nie do końca poprawnie sformułowaną wypowiedź, że autor nie musi się tym zajmować samodzielnie. Na koniec jednak po wszystkich wprowadzonych zmianach i tak wypadałoby przeczytać swoją pracę, zanim podejmie się decyzję, czy w „takim stanie” można/chce się ją opublikować.
S.J. Scott opracował swoją metodę postępowania w takiej sytuacji, czyli metodę małych kroków. Odnosi się zarówno do sprawdzania napisanego tekstu, jak i do tworzenia szkicu całej pracy nad danym dziełem. Sugeruje, żeby czytać tekst co najmniej trzy razy, by podczas kolejnego analizowania treści skupić się na zupełnie innym aspekcie. Na przykład raz na samym tekście, czy nie brakuje jakiś „zjedzonych” wyrazów, a za drugim podejściem, uwzględniając gramatykę, interpunkcję i ortografię, itp.
Warto pamiętać, że opublikowanej książki, e-booka, czy nawet audiobooka stworzonego na bazie napisanej publikacji nie da się już wycofać. Można co najwyżej opublikować kolejne wydanie. Jednak ma to sens tylko w przypadku poradników i pozycji typowo naukowych. Trudno natomiast wydać wznowienie np. powieści, opowiadań, czy wierszy. Co najwyżej można przygotować wersję elektroniczną, jeśli dotychczas była dostępna tylko papierowa. Nie zmieni to jednak zawartej treści w oryginale, a jedynie może zmienić układ zapisu, ponieważ e-book „składa się” nieco inaczej niż typową książkę papierową.
Określanie, ile dziennie można napisać
Topowi pisarze, którzy wydają w ciągu roku nawet kilka publikacji, są w stanie pisać praktycznie non stop, czyli dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Także w ich przypadku pisanie nie jest pracą dorywczą, a taką na cały etat, a nawet i więcej. Warto, chociażby wziąć pod uwagę takiego młodego i płodnego pisarza, jak nasz rodzimy Remigiusz Mróz, który wydaje średnio dwie, trzy publikacje na rok. Jak oni to robią - chciałoby się zapytać. Sekret tkwi w rutynie codziennego pisania. Określają, ile dziennie piszą liczby znaków i trzymają się tej wartości, jak wiszący nad przepaścią trzyma się kurczowo wystającej skały.
Czasami do głosu dochodzi prokrastynacja, czyli taki rodzaj zniechęcenia lub nawet lenistwa, że dzisiaj to ja bym sobie odpuścił, bo np. wczoraj tyle napisałem. Dzisiaj mam wakacje od pisania i mogę zająć się czymś innym. Być może takie podejście ma swoje uzasadnienie, jeśli ktoś pisze naprawdę długo, czyli powiedzmy przez kilka godzin dziennie bez przerwy. Przeważnie jednak, zanim pisanie stanie się zajęciem, z którego naprawdę można wyżyć, poświęca się mu nie więcej niż godzinę, czy dwie dziennie. Warto więc określić sobie taką liczbę znaków, jaką ktoś mógłby napisać metaforycznie „z zamkniętymi oczami”, by nie byłaby dla niego zbyt poważnym wyzwaniem.
Jako początkujący, najlepiej skupić się na mniejszym zakresie słów. Autor sugeruje w tym przypadku dwa tysiące, ale tysiąc i półtora też będzie dobrą liczbą. W przeliczeniu na liczbę znaków dwa tysiące słów to prawie piętnaście tysięcy znaków bez spacji. Mówiąc po ludzku, to tak jakby napisać cztery, pięć artykułów dobrej jakości, w których ujmuje się szczegółowo konkretne zagadnienie.
Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest określenie na początek mniejszej liczby słów, jaką ktoś będzie chciał od siebie „egzekwować”, niż zawyżać sobie poprzeczkę. Takie myślenie, że poczytny autor powiedział, że pisze dziennie dwa tysiące słów, a początkujący autor napisze ich trzy tysiące i będzie z tego powodu wielce zadowolony, nie gwarantuje dobrych wyników. Dlatego że najczęściej z tych dwóch tysięcy słów, które napisze doświadczony autor, tylko niewielki procent będzie do usunięcia na końcowym etapie. Natomiast u początkującego pisarza procentowo wygląda to zupełnie na odwrót. Dopiero z czasem ta krzywa zacznie się zmieniać na korzyść wartościowej treści.
Po prostu pisać
Autor przekonuje, że osoba początkująca, czy nawet już nieco oznajmiona z warsztatem, powinna przelewać swoje myśli na papier tak jak jej przychodzą do głowy, żeby nie tracić czasu. Na grupowanie treści i wykreślanie zbędnych fragmentów przyjdzie chwila później. Ma to oczywiście swoje dobre strony, czyli można się spodziewać, że nie ucieknie żaden wątek, który się komuś „objawił”. Często gęsto, gdy ktoś pisze i jednocześnie poprawia to, co napisał, zapomina o tym, co dalej chciał napisać. Nie ma też takiej naturalnej płynności między jednym akapitem a następnym, jeśli ciągle się przerywa, żeby zobaczyć, czy to, co się napisało, ma jakiś sens. Zbudowanie atmosfery w publikacji to jeden z ważniejszych aspektów i, często, jeden z najtrudniejszych. Nie warto więc „zawracać sobie głowy” poprawianiem treści, czy zastanawianiem się, czy dany fragment jest dobry, czy nie. Zwłaszcza gdy dopiero powstaje tak zwany pierwszy szkic roboczy.
Jeśli ktoś pisze na komputerze, wtedy można śmiało trzymać się tej metody. Dlatego, że dokument tekstowy może mieć w zasadzie nieskończoną liczbę stron. Zupełnie inaczej jest wówczas, gdy ktoś postanowi pisać na papierze. Może być to męczące, a jeśli zapomni się o numeracji stron, odnalezienie się w tych zapiskach będzie nieraz wymagało nie lada cierpliwości.
Poza tym pisanie na papierze staje się zmorą naszych czasów. Pisarz często nie zdaje sobie sprawy lub nie zastanawia się w ogóle nad tym, że pisząc na papierze, przyczynia się do wycinki drzew. Tak samo wtedy, gdy zdecyduje się wydać swoją powieść, czy innego rodzaju twórczość w formie drukowanej. Jest to nieekologiczne, a niekiedy nawet niepraktyczne, ponieważ mieszkania zdają się kurczyć. Ponadto technologia wypiera coraz bardziej tradycyjną formę publikacji. Zdecydowanie wygodniej też mieć przy sobie sto pięćdziesiąt e-booków, czy publikacji w innych wersach cyfrowych, niż tyle samo w wersji papierowej. Któż by to udźwignął i gdzie by to pomieścił?
Z drugiej strony pisanie na papierze miało swój urok. Ograniczona dostępność miejsca sprawiała, że jednak piszący musiał chwilę się zastanowić nad tym, co chce zapisać. Dzisiaj można korzystać z tej „mądrości” w inny sposób. Wystarczy wyobrazić sobie, że dokument tekstowy nie jest nieskończony. Najlepiej zapisywać każdy rozdział osobno, a dopiero na koniec złożyć wszystkie w jedną całość. Pomocne może być też to, że ktoś z góry określi, że chciałby zamknąć swoją publikację w maksymalnie trzystu stronach. Dzięki temu „nie utonie się” w pracy nad tekstem, co jest jedną z częstszych przyczyn, dlaczego ostatecznie nie udało się ukończyć danej pracy.
Miejsce, w którym się pisze
Są takie miejsca, w których słowa i myśli przychodzą łatwiej niż gdzie indziej. Dla jednych będzie to po prostu spokojny kącik w domu. Dla innych miejsce w przedziale w pociągu, jeśli codziennie spędzają w takim środku transportu co najmniej dwie godziny. Jeszcze inni mogą udać się do parku, czy do pubu lub kawiarni, gdzie inspirująco wpływają na nich odgłosy z takich miejsc.
Równie dobrze można usiąść przy komputerze w dowolnym miejscu, wyszukać odpowiednią muzykę, która dokładnie oddaje atmosferę miejsca, w jakim komuś pisałoby się najlepiej. Gdy już ktoś zacznie pisać i „wciągnie się” w treść, którą „wyrzuca z siebie”, otoczenie przestaje odgrywać jakąś większą rolę. Ważne jest jednak w momencie, kiedy trzeba zacząć przelewać myśli na papier.
Jeżeli początkujący pisarz nie wie, gdzie pisałoby mu się najlepiej, warto zrobić mały eksperyment i w jednym tygodniu pisać przeważnie w jednym miejscu, a w kolejnym w innym. Wtedy łatwo porównać, jakie klimaty komuś odpowiadają. Zwłaszcza jeśli zestawi się ze sobą dwa zupełnie różne otoczenia tydzień po tygodniu.
Jak pisać, żeby napisać?
Jest multum ludzi, którzy chcą lub chcieli napisać i wydać swoją twórczość. Jednak zostaje z nich tylko niewielki ułamek, czyli osoby, którym faktycznie ta sztuka się udała lub uda. Dlaczego tak się dzieje? Jest wiele zniechęcających okoliczności. Jedną z nich jest sto pięćdziesiąt tysięcy pomysłów na różne powieści. Ktoś przypuśćmy zaczyna pisać książkę i nagle wpada na genialny pomysł, który nie pasuje do tej treści. Myśli już o napisaniu kolejnej powieści i czuje, że w ten sposób zwiększa zarazem szansę na zysk ze sprzedaży. W konsekwencji może pozaczynać dziesięć książek i z każdą z nich utknąć na pewnym etapie lub wypalić się, zanim cokolwiek uda się skończyć. Autor sugeruje, żeby pisać tylko jedną książkę naraz, a nie więcej. Dobrą praktyką natomiast jest podręczny notes do zapisywania różnych swoich myśli, które odnoszą się do pisanej treści albo które będzie można kiedyś wykorzystać przy pisaniu innych książek, czy poradników.
Nieraz samo pisanie bywa problemem, gdy ktoś utknie i nie wie, co dalej. Na przykład skończył już pisać, dał swoją twórczość do przeczytania wybranym czytelnikom i okazało się, że trzeba wiele jeszcze zmienić lub dodać, żeby „tchnąć w tę pracę więcej życia”. Zawsze wtedy można skorzystać z pomocy tych, którzy piszą na zamówienie albo osób fachowo zajmujących się doradzaniem w takich przypadkach. Inny kłopot pojawia się, kiedy otrzymuje się zwrot od redakcji z informacją, że owszem wydawnictwo pracę opublikuje, jednak po konkretnych zmianach. Wtedy są dwie podstawowe możliwości - albo autor wprowadza poprawki, które są wymagane, albo szuka innego wydawnictwa do momentu, aż w końcu ktoś przystanie na taką wersję, jaka już jest. Dzisiaj jest jeszcze inne rozwiązanie, z którego korzysta coraz większa liczba piszących. Mianowicie wydawanie „na własną rękę”, czyli selfpublishing.
Kiedy już ktoś jest świadomy, że przechodzi „trudne chwile” ze swoją pracą, warto szukać pomocy. Prawdopodobnie uda się wówczas znaleźć szybciej odpowiedź na pytanie, jak dobrnąć do szczęśliwego wydania swojej powieści, czy innego rodzaju dzieła. O wiele szybciej niż gdyby ktoś starał się samodzielnie uporać ze wszystkim, co go spowalnia podczas pisania. Na koniec oczywiście każdy jest sam autorem swojej twórczości i powinien obiektywnie spojrzeć na to, co napisał, czy chce się pod taką treścią podpisać, czy nie.
To tylko kilka z wielu ważnych zagadnień, jakie w mniejszym lub w większym stopniu autor porusza. Być może ktoś będzie mieć zastrzeżenia co do układu treści w jego poradniku, ale raczej przyzna na koniec, że ma to swoje uzasadnienie.
Zatem „do boju” młodzi adepci sztuki pisania - przeczytać, chociaż raz, a następnie wybrać się w twórczą podróż, która zwykle więcej daje, niż zabiera, pomimo tego, że wymaga wyrzeczeń, uwagi, skupienia, odosobnienia nieraz, żeby powstało to, co miało się w zamyśle. Publikacja jest warta uwagi, a ze względu na jej rozmiary, nie powinna być dla nikogo zbyt wielkim wyzwaniem. Czyta się ją całkiem dobrze, tym bardziej, że każdy rozdział łatwo zrozumieć.
- Paryjczak Marta
Kod. Ukryty język komputerów
Nauka o tym, jak naprawdę działają komputery jest prawdziwą wartością samą w sobie, bez względu na to czy ktoś planuje zostać inżynierem oprogramowania, czy po prostu chce lepiej zrozumieć technologie napędzające świat. Ponieważ jest to dziedzina dosyć skomplikowana, warto ustalić od czego tę naukę najlepiej zacząć. Zdaniem Charlesa Petzolda - amerykańskiego guru programistów, od lat piszącego o komputerach - odpowiedzią na to jest cofnięcie się do historii, tak aby lepiej zrozumieć podstawowe koncepcje, powoli przechodząc od sprzętu telegraficznego z XIX wieku do graficznych interfejsów użytkownika z lat 80. ubiegłego wieku. W swojej kultowej książce „Kod. Ukryty język komputerów”, pierwotnie opublikowanej w 2000 roku, a teraz wznowionej na polskim rynku przez wydawnictwo Helion, autor przenosi czytelnika od alfabetu Morse’a do wczesnych mikroprocesorów z lat 70-tych i 80-tych, jednocześnie dostarczając zarówno przystępnego, jak głębokiego i satysfakcjonującego wyjaśnienia, jak dokładnie działają komputery.
Książka Charlesa Petzolda łączy w sobie kompleksowość z dostępnością i ma na celu poinformować ogół odbiorców o wewnętrznym działaniu komputerów, które stopniowo rozwijały się w czasie. Autor aplikacji pod Microsoft Windows omawia praktycznie każdą innowację technologiczną, która była niezbędna do stworzenia w pełni działającego komputera. Rozpoczynając od koncepcji kodów i kodowania / dekodowania informacji, pisze o kodzie Morse’a, alfabecie Braille’a, wprowadza czytelnika w binarny system liczbowy i algebrę Boole’a. Następnie po zbudowaniu wymaganego fundamentu omawiane są obwody elektryczne, budowa prostego kalkulatora, a wszystko jest jednocześnie przedstawione na licznych grafikach, w tabelach i na przykładach. Po wprowadzeniu do kodów i elektryczności, autor omawia telegraf i opisuje sposoby na wykorzystanie elektryczności do przesyłania zakodowanych informacji. Dalej znajdziemy rozdział o systemach: dziesiętnym, binarnym i szesnastkowym, gdzie również przedstawionych zostało kilka praktycznych przykładów. Następnie o podstawach logiki boolowskiej, działaniu bramek logicznych, pamięci, mikroprocesorach i w końcu wyjaśnienie działania typowego systemu operacyjnego, grafiki komputerowej oraz języki programowania.
„Kod. Ukryty język komputerów” to książka dla każdego, kto chce poznać działanie komputerów. Zrozumienie wielu z przedstawionych koncepcji będzie z pewnością wymagać od osób nietechnicznych trochę cierpliwości i wytrwałości, ale zdecydowanie jest to warte wysiłku. To prawdziwa skarbnica podstawowych informacji i wnikliwych faktów. Charles Petzold stworzył bogate i szczegółowe wprowadzenie do wewnętrznego funkcjonowania nowoczesnych komputerów, zachowując świetną równowagę pomiędzy stylem i nieformalnym tonem, a jednocześnie stosowaniem odpowiedniej terminologii technicznej, aby dokładnie przekazać temat bez unikania precyzji w obawie, że czytelnik zniechęci się przez sporą dawkę technicznego żargonu. To z pewnością jedna z tych rzadkich książek, która jest odpowiednia dla bardzo szerokiego grona odbiorców - zarówno dla tych, którzy prawie w ogóle nie znają tematu, jak i dla doświadczonych programistów. To naprawdę świetna, fascynująca i bardzo pouczająca lektura o tajemnym życiu komputerów, wynalazków i wielu innych inteligentnych urządzeń. Ponadczasowy bestseller, prawdziwy must have w domowej bibliotece!
Signum-temporis.pl Agnieszka Paś
Głowa do liczb
Przedmiotów ścisłych można się nauczyć. Nie tylko geniuszom się to udało!
Publikacja „Głowa do liczb” autorstwa Barbary Oakley to niezwykła podróż w głąb ludzkiego umysłu, sposobu postrzegania, uczenia się, a także mierzenia się z trudami, które wynikają nierzadko z prokrastynacji. Autorka jest jakby doświadczalnie najlepszym przykładem, że można się zaprzyjaźnić z naukami ścisłymi, nawet jeśli wydaje się to z początku niemożliwe. Dzisiaj pani doktor z zakresu inżynierii systemów, która ma rozległą wiedzę z zakresu termodynamiki, elektromagnetyki, akustyki, a także chemii fizycznej, zaczynała jako wielbicielka języka rosyjskiego. Zupełnie nieumiejąca się odnaleźć w świecie liczb, równań, czy twierdzeń.
„Patrząc na moje słabe stopnie i kompletną bezradność wobec techniki, mogłam jedynie dojść do wniosku, że nie jestem zbyt bystra, a przynajmniej nie w tych dziedzinach. Wtedy sobie tego nie uświadamiałam, jednak mój obraz siebie jako osoby, która nie radzi sobie z technologią, matematyką czy przedmiotami ścisłymi, kształtował moje życie. Źródłem tego wszystkiego były moje problemy z matematyką. Zaczęłam traktować równania i liczby jako coś w rodzaju śmiertelnych chorób, których należy unikać za wszelką cenę”.
Takie właśnie podejście sprawiło, że w zasadzie nadzieje na opanowanie matematyki i innych pokrewnych dziedzin zmalały praktycznie do zera. Od czego zaczęła autorka, gdy okoliczności poniekąd zmusiły ją do zdobycia wiedzy z zakresu nauk ścisłych? Zaczęła od tego, żeby nauczyć się, jak się uczyć tych przedmiotów. O tym właśnie jest publikacja pt. „Głowa do liczb”. Gdy udało jej się zrozumieć, jak działa ludzki umysł, w jaki sposób przyswaja wiedzę, znacznie łatwiej przyszło jej mierzyć się z równaniami, specyficznym nazewnictwem, które z czasem stało się dla niej nie tak skomplikowane, jak na początku. Co więcej, gdy już przyswoiła potrzebną wiedzę, okazało się, że zaczęła lubić przedmioty ścisłe. Nagle otworzyły się przed nią nowe horyzonty. Stała się biegła nie tylko w matematyce, ale i w dziedzinach pokrewnych, które na niej bazują, jak na przykład informatyka.
Jak funkcjonuje ludzki umysł?
To, jak człowiek myśli, można sprowadzić do dwóch prostych trybów - skoncentrowanego i rozproszonego. Tryb skoncentrowany polega na skupianiu uwagi wobec rozwiązań, które pojawiają się w głowie w sposób logiczny, jakby wynikowy. Natomiast tryb rozproszony umożliwia znaleźć rozwiązanie w momencie, kiedy ktoś nie zajmuje się zagadnieniem, ale robi w tym czasie coś zupełnie innego. Można powiedzieć, że gdy myśli się w trybie rozproszonym, odpowiedź dosłownie „staje przed oczami”, zupełnie tak, jak wówczas, gdy poeta ma tak zwaną wenę twórczą. Cała sztuka polega na tym, żeby umieć się przestawiać z myślenia w trybie skoncentrowanym na rozumowanie w trybie rozproszonym. Umiejętność ta może przyjść z czasem, o wiele szybciej, gdy ktoś będzie regularnie ją ćwiczyć.
Czytając tę publikację, natrafi się w niej w końcu na takie zjawisko, jak efekt Einstellung. Polega ono na tym, że zamiast rozwiązania i kolejnego kroku następuje dłuuuga pauza - nie wiadomo, co robić dalej. Szczególnie często dochodzi do takiej sytuacji, kiedy ktoś próbuje rozwiązać problem, nie mając podstawowej wiedzy, która pozwoliłaby podejść do zadania, będąc wyposażonym w odpowiednie „narzędzia”. Autorka przestrzega więc, żeby najpierw nauczyć się podstaw, zanim ktoś będzie chciał zajmować się zagadnieniami na wyższym poziomie. W matematyce i w naukach ścisłych dość jaskrawo widać, jak bardzo bazuje się na tym, co już się wie, kiedy trzeba poszerzać wiedzę o nowe zagadnienia z danej tematyki. Mówiąc metaforycznie, trzeba wiedzieć, gdzie jest początek „A” i koniec „B”, żeby spróbować poprowadzić linię z punktu A do B.
Grupowanie wiedzy w bloki
Grupowanie wiedzy w mniejsze fragmenty autorka określa mianem zbrylania informacji. Polega to na stopniowym przyswajaniu zagadnień związanych z danym tematem. Można porównać te bloki wiedzy do kategorii, które pozwalają usystematyzować podział żywności na warzywa, owoce, pieczywo, nabiał i mięso. Każda z nich dotyczy jakby pokrewnego tematu, jednak tylko w niewielkim zakresie, chociaż zdarza się, że warzywa i mięso mają wiele wspólnego, jeśli chodzi o właściwości odżywcze, czy znajdujące się w nich pierwiastki, takie jak, chociażby żelazo. Zdobywając wiedzę, którą można zebrać najpierw w mniejszą bryłę a później w większą, udaje się poszerzać obraz dotyczący na przykład stosowania tego pojęcia, czy zakresu pojęć w codziennym życiu.
Prokrastynacja - najtrudniejszy przeciwnik w zdobywaniu i utrwalaniu wiedzy
Prokrastynacja to temat, który staje się dość popularny. Jest na tyle często poruszany, iż można powiedzieć, że jest to swego rodzaju choroba cywilizacyjna XXI wieku. Każdy się zetknął z tym pojęciem - nie tylko w teorii, a jeśli nie to dotyczy odkładania rzeczy na później i zajmowania się czymś, co jest bardziej przyjemne w subiektywnym odczuciu. Zarówno autorka, jak i wiele innych osób, których historie są przytaczane, przestrzegają przed tym, że matematyki nie można nauczyć się w pięć minut. Nie warto więc „zakuwać” przed egzaminem, ponieważ jest to tak naprawdę strata czasu.
W dodatku, to, o czym zapominają osoby uczące się, to fakt, że sen jest bardzo ważny. Pomaga nie tylko odpocząć, ale również utrwalić wiedzę, którą ktoś przyswajał tego dnia. Natomiast gdy ktoś uczy się zrywami, poświęcając wtedy na sen minimum czasu, to nauka nie jest taka efektywna, jakby mogła być, mówiąc delikatnie.
Można przyrównać studenta, który chciałby nauczyć się programu obowiązującego w danym semestrze z osobą marzącą o dużej muskulaturze. Nie uda się nabrać masy mięśniowej, idąc raz na siłownię na koniec półrocza i tak samo nie jest możliwe, żeby przyswoić cały materiał w ciągu jednego dnia. Najlepiej więc podzielić taki duży materiał na mniejsze partie i uczyć się ich systematycznie, wiedząc jednak, jak się uczyć, żeby przynosiło to zadowalające efekty.
Aktywna nauka jest o wiele korzystniejsza niż bierna
Co to znaczy uczyć się biernie? To znaczy mechanicznie zakreślać ważne zagadnienia w dokumencie lub w zeszycie, a także czytać po kilka razy jeden rozdział. Takie podejście daje złudne poczucie, że materiał został „przerobiony”, że wykonało się tytaniczną pracę, więc nie może być tak, że nie ma się wiedzy, poświęcając na jej zdobycie tak wiele czasu i energii. W rzeczywistości można jednak mieć błędne wyobrażenie o swoich postępach w nauce, o czym brutalnie ktoś się przekona prędzej czy później - na egzaminie albo w swojej pracy zawodowej.
Natomiast aktywna nauka polega na tym, że ktoś się naprawdę angażuje, by zrozumieć, czego chce się nauczyć. Warto więc przeczytać jedną kartkę z wybranej publikacji, a następnie spróbować przypomnieć sobie, czego dotyczyła treść i jakie były najważniejsze zagadnienia poruszane w takiej partii tekstu. W ten sposób można być ze sobą szczerym i dowiedzieć się na przykład, że pewnych pojęć się nie pamięta i trzeba do tego fragmentu wrócić raz jeszcze.
Jeśli ktoś spróbuje ponownie przywołać z pamięci to, czego się nauczył i w dalszym ciągu ten fragment będzie mu umykać, może się okazać, że go po prostu nie rozumie. W takim przypadku warto spróbować „rozkminić” dane zagadnienie, korzystając z innych pomocy, niż ta publikacja. Pomocne są wykłady, czy nawet coś na kształt podcastów dostępnych w Internecie. Istnieje szansa, że ktoś inny wytłumaczy takie pojęcie znacznie lepiej, niż autor publikacji, która jest obowiązkowa w szkole, czy na studiach.
Student mierzący się z przedmiotami ścisłymi mógłby wyrobić w sobie nawyk, żeby na bieżąco zadawać pytania wykładowcy. Jednak tylko wtedy, jeżeli podąża za tokiem rozumowania, czyli faktycznie słucha tego wykładu, niż próbuje „zaistnieć”, będąc myślami gdzieś daleko. Z doświadczeń niektórych osób, również tych, których biografie przytacza autorka, jasno wynika, że nieraz zadając kilka pytań prowadzącemu w czasie wykładu, może wystarczyć. Później nieraz nie trzeba już „ślęczeć” nad podręcznikami i próbować „na własną rękę” dowiedzieć się, o co chodziło na danych zajęciach.
Aktywna nauka nie może obejść się też bez emocji, a w każdym razie osobisty stosunek do niej jest bardzo ważny. Gdy ktoś potrafi odnaleźć się w sytuacji, która jest abstrakcyjna, znacznie łatwiej przychodzi nieraz pojąć, jakie mechanizmy powodują, że rezultat jest taki, a nie inny. Z publikacji tej można się dowiedzieć na przykład, że warto postawić się na miejscu konkretnej wartości, czy jakieś cząstki elementarnej, by zrozumieć jej „położenie”, środowisko, w jakim funkcjonuje oraz to, co na nią oddziałuje.
Tłumaczenie, co dane zagadnienie oznacza
Jeśli ktoś się uczy i nie wie, czy opanował materiał, można to sprawdzić w bardzo prosty sposób. Nie trzeba seriami robić testów, czy rozwiązywać podobnych zadań, co może przynieść skutek przeciwny do zamierzonego. Warto natomiast znaleźć kogoś, kto chciałby zrozumieć ten temat i spróbować mu wyjaśnić swoimi słowami, jak się go rozumie. Im prościej i zwięźlej się to uda zrobić, tym większa szansa, że ta osoba zrozumie coś w ciągu pięciu minut. Jeśli tak się stanie, oznacza to, że ktoś naprawdę dobrze się nauczył i nie potrzebuje już przekonywać się o tym, stosując w tym celu jeszcze inne metody.
Jednak równie skuteczne jest tłumaczenie samemu sobie, co się rozumie przez to, o czym się właśnie przeczytało. Jest to nieraz nie lada wyzwanie, ponieważ każdy pojmuje coś na swój sposób. Warto nieraz, zamiast próbować streścić tekst z książki, żeby ująć coś krócej, zastąpić wyrazy prostym obrazem. Może być wyobrażeniem o tym, jak coś działa, wygląda bądź też, jakie ma zastosowanie w konkretnej sytuacji. Im bardziej taki obraz jest wyrazisty i im bardziej naturalne przychodzą skojarzenia, tym później szybciej i bez wysiłku udaje się przywołać ten obraz i rozumieć, do czego się on odnosił. Jest to bardzo skuteczna mnemotechnika, dlatego wiele osób z wybitnymi osiągnięciami chętnie ją stosuje.
Przykładowo, gdy ktoś musi opanować materiał związany z układem nerwowym w obrębie kręgosłupa, może sobie wyobrazić, że pień drzewa jest kręgosłupem, a gałęzie odchodzącymi od niego połączeniami nerwowymi. Jeśli jeszcze każde to połączenie nerwowe ma swoją nazwę, najlepiej wyobrazić sobie, jaką musi wykonać czynność, bądź też co jeszcze można powiązać z tym obrazem, żeby bez wysiłku zapamiętać trudne nieraz łacińskie nazewnictwo.
Najlepiej uczyć się w swoim własnym tempie
„Możesz się przyjemnie zdziwić, odkrywając, że uczenie się powoli może oznaczać, iż poznajesz materiał dokładniej i dogłębniej niż Twoi szybciej uczący się koledzy. Jedną z najważniejszych rzeczy, które pozwoliły mi przestawić mój umysł na naukę przedmiotów ścisłych, było nauczenie się unikania pokusy, aby brać na siebie zbyt wiele zajęć z przedmiotów ścisłych równocześnie”.
Zdarza się, że zrozumienie danego zagadnienia jednym przychodzi szybciej, innym wolniej. Jeśli ktoś jest w tej drugiej grupie, nie powinien się z tego powodu czuć gorszy, czy zniechęcać się do podejmowania dalszych działań, by w końcu krzyknąć na głos, czy w środku „Eureka!”.
Niemniej, jeśli ktoś ma poważny problem z prokrastynacją, pomocne jest uczenie się metodą Pomodoro. Polega na tym, by przeznaczyć tylko 15-25 minut na naukę, jednak w tym czasie nie powinno danej osoby nic rozpraszać. Okazuje się, że takie podejście daje bardzo dobre efekty - można uczyć się niewielkim nakładem energii, nie poświęcając na tę czynność zbyt wiele czasu w ciągu dnia. Metoda ta przydaje się szczególnie tym, którzy mają na przykład problem, żeby podczas nauki nie przeglądać stron internetowych, czy portali społecznościowych.
Jak napisać egzamin, żeby być zadowolonym po ogłoszeniu wyników?
Zdawanie egzaminów bywa stresującym doświadczeniem, ponieważ można sprawdzić w ten sposób wiele różnych rzeczy. Przede wszystkim to, czy ktoś się faktycznie dobrze przygotował, ale również to, czy uczył się w odpowiedni sposób, żeby dany materiał opanować. Jeżeli ktoś sumiennie przyswajał wiedzę przez dłuższy czas i nie udało mu się zaliczyć egzaminu, może bez zażenowania porozmawiać o tym z prowadzącym. Natomiast, gdy ktoś podszedł do testu „na wariata”, ucząc się w nocy przed egzaminem lub na kilka godzin przed nim, wtedy nie można mówić o tym, że kogoś prześladuje pech czy że prowadzący i inne okoliczności się na niego „uwzięły”.
Z drugiej strony zdarza się, że komuś idzie świetnie na testach przed egzaminem, a gdy wejdzie do sali egzaminacyjnej i zasiądzie do faktycznego zbioru zadań, pojawia się jakaś niemoc. W takich sytuacjach można winić to, że nie próbowało się rozwiązywać testów w środowisku, w jakim przyjdzie zdawać faktyczny egzamin. Inne otoczenie działa nieraz blokująco na umysł i w związku z tym trudno nieraz wydobyć z niego informacje, które się ma.
Poza tym, gdy już przyjdzie ten moment, by się oficjalnie zmierzyć, warto zacząć od zadań trudniejszych, które wymagają większego skupienia. Trzeba im też poświęcić więcej czasu, a nierzadko i energii, dlatego dobrze jest zostawić łatwiejsze pytania na później. Jednak gdy pojawi się wspomniany już wcześniej efekt Einstellung, najlepiej nie wpatrywać się w pustą kartkę dłużej niż dwie minuty, bo egzamin ma swoje ramy czasowe.
Dlaczego tak wiele osób zniechęca się do nauki przedmiotów ścisłych?
Wracając do przytoczonych cytatów autorki, można zauważyć, że miała ona nie najlepsze zdanie na swój temat w kontekście rozumienia i uczenia się matematyki. Co gorsze, takie niedowartościowanie można również wynieść ze szkoły. Zwłaszcza gdy często słyszy się podczas lekcji, jak wybitni są niektórzy fizycy, czy matematycy. Zapomina się jednak dodać, że wielu z nich miało poważne problemy z matematyką, fizyką, czy chemią, a niekiedy też w ogóle nie radziło sobie w szkole. Uczniowie dopiero później „odkrywają”, ucząc się samodzielnie, że wielu odkryć by nie było, gdyby nie stosowano metody „prób i błędów”.
Niektóre genialne rozwiązania także by nie miały miejsca, gdyby nie zrządzenie losu, przypadek, czy nawet błąd, w wyniku którego powstało coś innego, niż miało. Doskonałym przykładem może być spadające jabłko uderzające Thomasa Newtona prosto w głowę. To wydarzenie zainspirowało go, by rozwiązać problem, jak to się dzieje, że rzeczy spadają na ziemię. Tak właśnie zaczęła się podróż, która doprowadziła do powstania trzech zasad dynamiki, dzięki którym można dowiedzieć się, że istnieje coś takiego, jak grawitacja.
Czy warto uczyć się przedmiotów ścisłych, jeśli ktoś zajmuje się w życiu czymś innym?
Najlepszą odpowiedzią na to pytanie, jest kolejny cytat autorki pochodzący z tejże publikacji.
„Zrozumienie tego, jak można znaleźć prawdziwe rozwiązania, jest ważne nie tylko w rozwiązywaniu problemów matematycznych czy naukowych, lecz również w ogóle w życiu. Na przykład zebranie odrobiny informacji, samoświadomość, a nawet chęć do eksperymentów na sobie mogą zapobiec sytuacji, w której rozstaniesz się ze znaczną ilością gotówki, a nawet zaryzykujesz swoje zdrowie, nabywając produkty, które rzekomo mają „potwierdzone naukowo” działanie. Choćby niewielka znajomość odpowiedniego działu matematyki może ustrzec Cię przed zwlekaniem ze spłatą raty kredytu, co mogłoby mieć poważny negatywny wpływ na Twoje życie”.
Czy opłaca się poświęcić swój czas na przeczytanie tej publikacji?
Zdecydowanie tak. „Głowa do liczb” to publikacja napisana przystępnym językiem - powinny zrozumieć ją osoby, które mają na co dzień styczność z przedmiotami ścisłymi, uczące się, jak i ci, którzy są po prostu ciekawi, jak inaczej się uczyć, żeby przynosiło to lepszy efekt. Najważniejsze kwestie są zwykle wyróżnione albo w ramkę, albo mają odpowiedni nagłówek, by się na chwilę zatrzymać i dobrze wczytać w treść ujętą w ten sposób. Na końcu każdego rozdziału znajdują się pytania, dzięki którym można szybko przypomnieć sobie, czego dotyczyła dana partia tekstu, a zarazem nieświadomie wdrażać w swoim systemie nauki nawyk zapamiętywania i przywoływania bez „zakreślaczy”.
Nie zabrakło też ćwiczeń, które pozwalają aktywnie pokonywać kolejne sekcje i wykorzystywać poruszane zagadnienia w praktyce. Na uwagę zasługują też biografie osób, które autorka postanowiła opisać. Oprócz ich drogi życiowej znaleźć można również ich sposoby na to, jak się uczą efektywnie, co im pomaga. W ten sposób ktoś, kto uważa się za osobę o niskim ilorazie inteligencji, szczególnie do nauk ścisłych, może się bardziej otworzyć i spróbować zmierzyć z matematyką, czy fizyką bez tego negatywnego nastawienia.
- Paryjczak Marta
Wieczne opóźnienie. Zarządzanie projektami IT
Rozpoczynając nowy projekt już jesteś świadomy, że założone terminy są nierealne? Z jednej strony czujesz się podekscytowany, ale wiesz, że projekt ten będzie się wiązał z ogromnym stresem, nieprzespanymi nocami i koniecznością pozostawania w firmie po godzinach, ze stratą dla rodziny. Czy jednak zawsze musi tak być? Czy za każdym razem nowe doświadczenie musi być okupione ciężką pracą i zmęczeniem, które nawet nie pozwala cieszyć się z sukcesu? I co ważniejsze, jak sprawić, żeby tak nie było?
Przekonamy się o tym dzięki lekturze książki pt. „Wieczne opóźnienie. Zarządzanie projektami IT”, opublikowanej nakładem Wydawnictwa Helion. Autor, Marcin Dąbrowski, dzięki bogatemu doświadczeniu w prowadzeniu i nadzorowaniu dużych projektów dla największych na świecie grup telekomunikacyjnych, zna nie tylko największych wrogów kierownika projektu, ale też potrafi z nimi skutecznie walczyć. Nie obyło się oczywiście bez porażek, a i o nich książka opowiada, dzięki czemu możemy uczyć się na cudzych błędach i uniknąć pułapek, które z dużą dozą prawdopodobieństwa będą na nas czekały. Co więcej, autor na łamach książki zamieścił nie tylko swoje rady, ale i rady osób, z którymi pracował na przestrzeni lat. Są one w pewnym stopniu uniwersalne, można dopasować je do każdej branży, i to niezależnie od tego, czy funkcjonuje w niej słownictwo związane z projektami i zarządzaniem nimi, czy działalność opiera się po prostu na liście zadań do wykonania. To zatem książka dla wszystkich, nie tylko pracowników IT, nie tylko kierowników projektu czy właścicieli przedsiębiorstw, ale i szeregowych pracowników, którzy są zaangażowani w rozszerzanie swoich kompetencji.
Jak zapowiada autor, lektura książki (szczególnie ta, której towarzyszyć będzie refleksja) pozwoli nabrać dystansu do problemów i zrozumieć, że w projekty zaangażowani są ludzie, a efektywne komunikowanie się, jest niezwykle cenną umiejętnością, dzięki której wszystko staje się łatwiejsze. Książka składa się z dwudziestu trzech rozdziałów, krok po kroku przybliżających zagadnienia związane z zarządzaniem projektami i omijaniem czyhających pułapek, wyprzedzaniem potencjalnych problemów i reagowaniem, zanim jeszcze wystąpią.
Autor tłumaczy, skąd mogą brać się komplikacje – często są one wynikiem błędnie prowadzonej sprzedaży, podpowiada, jak powinien wyglądać początek projektu, podkreślając, że proces sprzedażowy jest istotną, a nawet decydującą fazą projektu. Podpowiada także, w jaki sposób uniknąć szaleństwa już na tym etapie, prowadząc te procesy w sposób uczciwy oraz merytoryczny. Podkreśla, jak ważna jest kultura organizacyjna i dostrzeganie również innych filarów firmy, nie tylko wspomnianej sprzedaży. Pisze też o różnego typu opóźnieniach i ich przyczynach, o konieczności dokładnego definiowania zakresu projektu na etapie sprzedaży, a także o płatnościach – temacie kontrowersyjnym, którego jednak niepotrzebnie unikamy jakby zapominając, że projekty nie są przedsięwzięciami charytatywnymi.
Dąbrowski wspomina również o roli zespołów pracujących lokalnie w siedzibie klienta, o obecności lokalnej jako wręcz modelu biznesowym. Tłumaczy, w jaki sposób należy prowadzić spotkania i zauważa, co jest ich celem zaznaczając, że w kontaktach z klientem wcale nie musimy mieć racji. Podkreśla ponadto, że szczerość powinna być zawsze dominującą postawą. To tylko część z poruszanych w książce zagadnień, które dotyczą poszczególnych etapów projektu i uwzględniają najważniejsze kwestie z nim związane.
Książka w sposób niezwykle merytoryczny, ale i przystępny przybliża zagadnienia związane z zarządzaniem projektami, ucząc nas omijać problemy, które można przewidzieć, a także prowadząc przez iście minowe pole realizacji projektu. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem umożliwiającym późniejszy powrót do wybranych, problematycznych kwestii, zaś uniwersalność proponowanych rozwiązań czyni książkę prawdziwie rewolucyjną i mogącą mieć realny wpływ na kondycję firmy (i prowadzonych projektów).
QulturaSlowa Justyna Gul

