katalog książek

Zamów katalog



Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63



informacje o księgarni helion.pl
© Helion 1991-2010

 Helion 2010
Recenzje prasowe
1 2 3 ... 498 następny ostatni

[ 1..5 ] [ > ]





Swoim nietypowym interfejsem Lightroom potrafi sprawić problem początkującym użytkownikom. Książka Martina Eveninga pomaga odnaleźć się w aplikacji i użyć jej w efektywny sposób.


Aby przekonać się jak wielki wpływ na społeczność fotograficzną miało wprowadzenie Lightrooma, nie trzeba daleko szukać. Aplikacja firmy Adobe, której pierwsza w pełni funkcjonalna wersja udostępniona została na początku 2007 roku, oferowała wówczas rewolucyjne podejście do kwestii zarządzania i edycji cyfrowych obrazów. Istota programu ukryta została w jego nazwie. Słowem „darkroom” określa się po angielsku ciemnię fotograficzną (dosłownie - „ciemny pokój”). „Lightroom” gra z tym klasycznym określeniem, sugerując przeniesienie wszelkich „analogowych” czynności, związanych z wybieraniem i wywoływaniem zdjęć oraz optycznym powiększaniem i naświetlaniem światłoczułego papieru do domeny cyfrowej.


Szara rewolucja


Adobe Photoshop Lightroom - bo tak brzmi pełna nazwa programu - udostępnia narzędzia do zgrywania zdjęć z aparatu, zarządzania kolekcją fotografii, wywoływania obrazu z plików RAW (oraz edycji innych formatów bitmapowych typu JPEG, TIFF, PSD), drukowania, prezentacji oraz publikacji na stronach WWW. Wszystkie te możliwości zaszyte zostały w innowacyjnym interfejsie użytkownika, pomyślanym w taki sposób, by każda typowa czynność odbywała się w jak najbardziej intuicyjny sposób. Niestety, jak w przypadku każdej rewolucji, nie obyło się bez ofiar. Użytkownicy, przyzwyczajeni do tradycyjnie zaprojektowanego okna Photoshopa (lub innych edytorów grafiki), miewają na początku trudność ze znalezieniem i wykorzystaniem poszczególnych funkcji programu. Mimo tych pojawiających się niekiedy komplikacji, należy przyznać, że twórcom Lightrooma się udało - w trzy lata po premierze pierwsze wersji, właściwie każda istotna aplikacja do pracy ze zdjęciami (od ACDSee po Capture One) nawiązuje z lepszym lub gorszym skutkiem do ciemnoszarego interfejsu oprogramowania Adobe i oferuje możliwość niedestrukcyjnej edycji fotografii.


Lepsze od Kelby′ego


Użytkownicy, uczący się Lightrooma, mogą poznawać program metodą prób i błędów - zazwyczaj z pozytywnym, choć nie koniecznie natychmiastowym skutkiem. Aplikacja dostarczana jest wprawdzie z podręcznikiem i systemem pomocy, opisującymi przeznaczenie poszczególnych funkcji, jednak ich treść jest w najlepszym wypadku skrótowa i bardzo sucha. Stwarza to duże możliwości autorom podręczników. Jedną z książek jest pozycja Scotta Kelby’ego, napisana jednak stosunkowo pobieżnie i na dodatek opisująca pierwszą wersję Lightrooma. Aktualne wydanie programu nosi na ten moment numer 2.6.1 i pod względem interfejsu aplikacja przeszła szereg zmian zwiększających użyteczność, co jednocześnie sprawiło, że podręcznik Kelby’ego uległ dezaktualizacji.


Wiedza w 11 częściach


Na początku 2010 roku pojawiło się wreszcie polskie wydanie innego podręcznika dla użytkowników Lightrooma. Książka zawodowego fotografa Martina Eveninga „Adobe Photoshop Lightroom 2 - Podręcznik dla fotografów” została wydana na terenie Stanów Zjednoczonych nakładem Adobe Press, a sam Evening był konsultantem uczestniczącym przy narodzinach Lightrooma. Można więc założyć, że wydawnictwo to jest przynajmniej półoficjalnym praktycznym podręcznikiem dla użytkowników aplikacji. W rzeczywistości, „Podręcznik dla fotografów” to bardzo solidna, bogato ilustrowana pozycja, objaśniająca w przejrzysty sposób przeznaczenie narzędzi aplikacji.


Najważniejszą zaletą podręcznika jest czytelna struktura treści. Książka podzielona została na jedenaście dużych rozdziałów, z których każdy poświęcony jest osobnemu zagadnieniu. Wprowadzenie przedstawia założenia interfejsu użytkownika i opisuje podstawowe czynności do wykonania w programie. Następne cztery rozdziały to dokładny i wyczerpujący opis funkcji zarządzania zdjęciami umieszczonymi w katalogu Lightrooma. Znajdziemy tutaj informacje o importowaniu plików, opisywaniu zdjęć przy pomocy słów kluczowych, ocen czy etykiet oraz o posługiwaniu się kilkoma odrębnymi katalogami z fotografiami.


Kolejny rozdział dotyczy funkcjonalności modułu Develop i pozwala poznać przeznaczenie wszystkich narzędzi edycji obrazu - od podstawowych korekt ekspozycji, jasności, kontrastu i kolorów, po bardziej zaawansowane funkcje korekty winietowania i aberracji chromatycznych, kończąc na wprowadzaniu korekt lokalnych przy użyciu pędzelka i synchronizacji ustawień wywoływania obrazu z wtyczką Camera Raw (stosowaną np. w „dużym” Photoshopie). Kwestie związane z konwersją zdjęć do odcieni szarości oraz odszumiania i wyostrzania obrazu całkiem rozsądnie przeniesione zostały do kolejnych dwóch osobnych rozdziałów.


Rozdział „Połączenie z Photoshopem” dotyczy edycji zdjęć w aplikacjach zewnętrznych (w tym w tytułowym Photoshopie) oraz eksportu opracowanych fotografii. Ostatnie dwa rozdziały podejmują kwestie drukowania i prezentacji kolekcji fotografii na ekranie komputera oraz na stronie internetowej. Uzupełnieniem są dwa dodatkowe rozdziały „techniczne”, przedstawiające opcje konfiguracyjne aplikacji i poruszające tak szczegółowe zagadnienia jak przestrzeń barw, wykorzystywana wewnętrznie przez Lightrooma czy budowanie idealnej konfiguracji sprzętowej do pracy z programem.


Krok po kroku


Kompletność opisu to nie jedyna zaleta „Podręcznika dla fotografów”. Poszczególne rozdziały podzielone zostały na podpunkty, z których każdy przedstawia wybrane zagadnienie. Dzięki spisowi treści na początku oraz indeksowi pojęć na końcu tego wydawnictwa, szybko odnajdziemy fragment pomocny do rozwiązania właściwie każdego możliwego zagadnienia, z jakim przyjdzie się zmierzyć podczas pracy ze zdjęciami w Lightroomie. Budowa każdego podpunktu również ułatwia zrozumienie opisywanej funkcji - najpierw autor we wstępie przedstawia co zamierza wykonać, a następnie w kolejnych krokach wymienia, co należy zrobić, by osiągnąć zamierzony efekt. Każdy podpunkt uzupełniony jest powiązanymi ilustracjami (najczęściej zrzutami okna aplikacji) oraz umieszczonymi w ramkach na marginesie praktycznymi uwagami i wskazówkami, dodatkowo poszerzającymi i tak obszerny zasób przekazywanej wiedzy na temat Lightrooma.


Problemy z kontrastem


„Podręcznik dla fotografów” napisany jest przystępnym i zrozumiałym językiem. Zdarzają się wprawdzie drobne potknięcia, jednak wynikają one z błędów tłumaczenia, wykorzystującego proste kalki słowne z języka angielskiego (np. „kontrast tonalny” w sytuacji, kiedy można napisać po prostu „kontrast” lub „tonalność”). Te niewielkie mankamenty nie wpływają jednak w istotny sposób na przekaz podręcznika - zawsze zrozumiemy o co chodzi lub co należy zrobić, by osiągnąć cel. Jeszcze jedną zaletą są ciekawe ilustracje, wykorzystujące udane zdjęcia pochodzące najprawdopodobniej w większości z portfolio autora. Dzięki temu poszczególne przykłady działań różnią się od siebie i nie mamy wrażenia, że przez około 600 stron „wałkujemy” zaledwie kilka fotografii. Kolejne drobne zastrzeżenie dotyczy czytelności ilustracji. Zrzuty ekranowe mogłyby być bardziej kontrastowe, dzięki czemu zwłaszcza średnio szare napisy na nieco ciemniejszym szarym tle stałyby się wyraźniejsze.


Dla początkujących i doświadczonych


W cenie niecałych stu złotych „Adobe Photoshop Lightroom 2 - Podręcznik dla fotografów” stanowi cenną i przydatną pomoc dla użytkowników aplikacji firmy Adobe. Osoby początkujące poznają działanie programu od podstaw i nauczą się wykorzystywać narzędzia w sposób efektywny. Doświadczeni użytkownicy mają szansę powiększyć zasób swojej wiedzy dzięki licznym wskazówkom wypisanym na marginesach kolejnych rozdziałów oraz dostępnym przykładom. Autorowi z pewnością udało się umieścić kompletną informację na temat Lightrooma w przystępnej strukturze książki, ułatwiającej odnalezienie konkretnego fragmentu w razie potrzeby. To ważne osiągnięcie.

DIGITAL FOTO VIDEO, 16/03/2010
pclifo.jpg

Co znajdziemy w tej książce? Można powiedzieć, że mniej więcej... wszystko. Wszystko, co łączy się z edycją fotografii i Photoshopem: informacje na temat porządkowania zdjęć, ich edycji i przygotowania do prezentacji.


Znajdziemy tam nawet jeszcze więcej: porady na temat wyboru sprzętu, kalibracji, wywoływania RAW-ów, przygotowania do druku, retuszu portretów i nie tylko, niekonwencjonalnych metod odszumiania... Czy jest to naprawdę „Mistrzowska edycja zdjęć”, można dyskutować; na pewno jest to jednak bardzo szeroko pojęta edycja - co jest oczywiście zaletą. Prawie 700 stron pomieściło całkiem sporo materiału.


Dlaczego makowa?


Otóż dlatego, że Autor pracuje na komputerach Macintosh i to widać. Oprócz Photoshopa, pojawiają się w książce również inne programy, nie tylko ze stajni Adobe. Wiele spośród zalecanych programów czy pluginów funkcjonuje głównie w wersji dla Maców. Z tego też powodu użytkownicy tych komputerów będą z książki bardziej zadowoleni. Niektóre podrozdziały (co prawda, nieliczne i krótkie) są poświęcone tylko omówieniu obsługi programów na komputerach nazywanych u nas sympatycznie makówkami. Co oczywiście nie znaczy, że użytkownikom „zwykłych” pecetów książka się nie przyda - gros informacji dotyczy obu systemów. Poza tym książka sprawia wrażenie, jakby powstawała przez wiele lat - znajdziemy w niej informacje o PS CS3, ale również odniesienia do bardzo wczesnych wersji Photoshopa i realiów z początków ery cyfrowej. To interesujące, choć nie zawsze praktyczne. Przy okazji: nie trzeba zbyt dosłownie traktować dopisku w tytule „CS3 PL”; polecenia są pisane po polsku i po angielsku, a porady są na tyle uniwersalne, że nadadzą się dla użytkowników i CS4, i CS2 w większości również.


A, B, C i dalsze kroki


Wykorzystywanie narzędzi i wszystkie procedury, kolejne kroki operacji na zdjęciach są opisywane szczegółowo, choć czasem przydałoby się szersze wyjaśnienie motywów doboru parametrów. Oprócz dokładnych opisów, co trzeba robić, miło byłoby też znaleźć więcej wyjaśnień, dlaczego właśnie tak i co byłoby, gdyby dobrać inne parametry czy zaznaczyć inne opcje. Martin Evening jest praktykiem edycji i to widać: przedstawione porady dotyczą praktycznych, realnie występujących problemów. Czasem opis sprawia jednak wrażenie, jakby jego autor tak się przyzwyczaił do swoich ulubionych narzędzi, że już się nie zastanawia, dlaczego na danym zdjęciu właśnie w ten sposób ich używa - a czytelnikom ta wiedza by się przydała.


Dzięki dokładnym opisom działań „krok po kroku” książka nadaje się dla początkujących użytkowników Photoshopa. Wiedza w niej zawarta jest jednak na tyle szeroka, że i zaawansowani skorzystają. Ci drudzy, jeśli się skupią odpowiednio, będą mogli po prostu ją czytać, od czasu do czasu zerkając do programu by coś przećwiczyć; początkujący natomiast powinni „czytać” przed komputerem, z myszką w dłoni klikając po kolei zadane polecenia, by się nie pogubić. Język opisu, choć szczegółowy, bywa bowiem nie do końca jasny. Sama musiałam się przez chwilę zastanowić, o co chodzi na przykład w rozdziale „Rozdzielone barwienie” (s. 151 i następne), zanim stwierdziłam, że efekt jest bardzo ładny, a przedstawione metody (kilka!) proste i warte zapamiętania.


Ratunku, nic nie widzę!


Największą i w zasadzie jedyną poważną wadą książki jest to, że na części ilustracji po prostu nie widać efektu, który jest prezentowany, zajmując czasem parę stron. Na przykład na stronach 209-212 mamy podrozdział „Wyostrzanie zawartości miękkich krawędzi” - czyli coś, co każdy chciałby zrobić, gdyby tylko mógł. Procedura wymaga wielu kroków, a na koniec przykładowy portret zaprezentowano podzielony na dwie połówki: jedną wyostrzoną, drugą nie. W ślepym teście nie sposób zgadnąć, która jest która. Takich przykładów (dotyczących nie tylko wyostrzania) jest niestety sporo. To poważny problem, bo nie widząc efektu na ilustracji, czytelnik nie wie, jaki właściwie miał on być. Niewidzialny? Chyba nie. Czy więc warto w ogóle przeklikiwać się przez kolejne kroki, skoro nie wiadomo, jakie mają być skutki, a w związku z tym, czy o takie właśnie nam chodzi i czy jest to metoda dobra dla zdjęcia, które chcemy edytować? Czy jest w ogóle do czegoś dobra? Z mojego doświadczenia wynika, że przeważnie tak, ale... przecież książka jest przeznaczona dla ludzi, którzy mają się dopiero na jej podstawie uczyć. Tacy przeważnie nie są w stanie wyobrazić sobie efektu przez samo tylko czytanie opisu. Sytuację trochę ratuje płyta z materiałami dodatkowymi. Rozumiem, że podręcznik nie jest wielkoformatowym albumem, w którym można wyraźnie wydrukować każdy piksel - ale nie zmienia to faktu, że problem „niewidocznych efektów” istnieje.


Kocha, nie kocha...


Czytając Mistrzowską edycję zdjęć miałam mieszane uczucia. Z jednej strony, ogrom i różnorodność materiału (a cały jest przeznaczony dla fotografów, nie grafików!) sprawia, że jest to cenna lektura. Fakt, że autor przedstawia kilka metod dojścia do części efektów tym bardziej zachęca, podkreślając jego kompetencje. Z drugiej strony jednak mamy ilustracje, które nie ilustrują omawianych zagadnień oraz język, który nie zawsze jest jasny. Więc warto, czy nie warto? Po zastanowieniu stwierdziłam, że nawet jeśli przedstawione metody edycji nie zawsze uważam za optymalne, to na pewno nie są one nieprawidłowe; czytelnik, który przeklika się przez tę książkę, sporo się nauczy - o edycji, ale przede wszystkim o wykorzystaniu programów z grupy Photoshopa, niuansach narzędzi i ustawieniach, na które warto zwracać uwagę. Nawet, jeśli efektów nie zobaczy od razu.

DIGITAL FOTO VIDEO, 16/03/2010
misedy.jpg

Mój ciąg do literatury biznesowej trwa, a ponieważ lektury uznaję za przydatne, to bez wahania opiszę wam pokrótce zawartość kolejnej. Dla uproszczenia pozwoliłem sobie nawet użyć tytułu książki na nazwę dzisiejszego wpisu.


Samemu będąc związanym z prezentacjami przez całość kariery zawodowej, z ciekawością zagłębiłem się na treści podawane przez autora (Garr Reynolds - polecam stronę). Z książki można wyciągnąć sporo wartościowych rad, które pomogą wam poprawić swoje umiejętności tworzenia prezentacji i samego prezentowania. Główną radą jest prostota.


Jej osiągnięcie jest możliwe na wiele sposobów. Jednak zacząć trzeba już na etapie przygotowania, poprzez przemyślenie koncepcji prezentacji w sposób analogowy - czyli z dala od komputera. Rzeczywiście w moim przypadku sprawdza się to wyśmienicie - już od kilku lat udaje mi się opanować i nie sięgać natychmiast po komputer gdy nadchodzi potrzeba stworzenia prezentacji. Zamiast tego polecam wziąć ołówek i kartkę formatu A4 i poprzez narysowanie trzech linii prostych utworzyć na białej powierzchni 6 jednakowych prostokątów, a w nich szkicować slajdy.


Odnośnie projektu slajdów i ich zawartości w książce pada sformułowanie „zabijanie przez PowerPointa” - jakże trafne w przypadku części prezentacji, które widujemy w pracy. Slajdy przeładowane tekstem i dziesiątkami podpunktów albo nieczytelne wykresy z masą danych - to nie służy komunikacji ani przekonaniu do swojego zdania kogokolwiek. Autor proponuje, by na slajdzie znalazło się nie więcej niż 6 słów. Rada być może i słuszna, natomiast realność tego zalecenia pozostawiam waszej ocenie. Chętnie usłyszę komentarze zwolenników (czy ktoś to przetestował na przykład w prezentacji w prezentacji dla zarządu firmy???) i przeciwników.


Kolejne zalecenie zostanie chyba moim ulubionym i będę starał się do niego dostosować. Autor stwierdza, bez wątpienia słusznie, że slajdy są jedynie elementem wspierającym mówcę. Przytacza też wyniki badań, z których wynika, że jeśli odbiorcy widzą to samo co słyszą, to jest im to znacznie trudniej przyswoić. A więc: slajdy ze swym tekstem i grafiką powinny koncentrować się na prostym przekazie najważniejszego punktu i zaciekawiać do słuchania prezentującego. W międzyczasie warto pamiętać o tym, by ich zawartość składała się tylko z absolutnie niezbędnych elementów. Autor nazywa to wysokim współczynnikiem sygnału do szumu i radzi nawet - o ile to możliwe - wyrzucić logo firmy z korporacyjnego szablonu, jako zbędne. Właściwe „odchudzanie” slajdów jest poparte kilkoma przykładami otwierającymi oczy nawet tym, którzy mają się za doświadczonych prezenterów.


Zazwyczaj jest tak, że mamy do dyspozycji więcej danych niż wymaga pokazania na ekranie - możemy je wydrukować i rozdać w materiałach po prezentacji. Proste i skuteczne - ludzie nie będą wytrzeszczać oczu próbując odczytać wykres z dwudziestoma słupkami oznaczonymi cyframi o czcionce rozmiaru 9.


Autor jest też wrogiem samoobjaśniających się (self-explanatory) slajdów, tak lubianych w branży konsultingowej. Według książki, idealny slajd jest całkowicie nieodłącznym orężem prezentera i bez niego nie powinien nic znaczyć. Znowu mogę się „zgodzić, ale…” W realiach naszych firm, gdzie prezentacja jest często sposobem na skrócony i schematyczny opis jakiegoś projektu, rady z „Zen prezentacji” nie do końca znajdą zastosowanie.


Zaleceniem Garra Reynoldsa, które najbardziej rzuca się w oczy, jest sugestia by zamiast „przyozdabiać” slajdy klipartami czy małymi zdjęciami używać obrazów o wyższej rozdzielczości stanowiących tło slajdu. Oczywiście obraz musi korespondować tematycznie z treścią bądź wykresem na pierwszym planie, jednak jest to zasadnicza zmiana w stosunku do aktualnie stosowanych standardów prezentacyjnych. Obrazy nie biorą się jednak znikąd (zwłaszcza te wyższej rozdzielczości) - i tutaj właśnie „leży pogrzebany pies, od którego zgrzytam zębami”. Autor właściwie na każdej stronie promuje używanie (czyt. kupowanie) tychże obrazów pobranych z jednego, wskazanego serwisu. W dodatku na końcu książki znajduje się kupon promocyjny, a na jego stronie www można znaleźć zdjęcia w towarzystwie właścicieli owego zachwalanego serwisu. Być może jestem przewrażliwionym na zachowania skrajnie kapitalistyczne dzieckiem epoki PRL-u… Tak czy inaczej moje zęby uratowała strona 150, na której wymienionych jest też kilka innych podobnych serwisów, w tym darmowe.


Na uwagę zasługuje też sama forma książki, z dużą ilością przykładowych slajdów. Zarówno złych jak i - tuż obok - dobrych, dla porównania i lepszego zapamiętania. To połączone z treścią książki i możliwością jej praktycznego zastosowania w zdecydowanej większości przypadków przemawia za koniecznością postawienia „Zen prezentacji” na półce u każdego, kto od czasu do czasu musi coś zaprezentować.

hrmaznaczenie.pl, 2010-03-09
zenpre.jpg

To napisany przystępnym językiem podręcznik firmowany przez Scotta Kelby′ego. Znajdziesz tu proste, a jednak zadziwiające przepisy na zachwycające efekty specjalne - do wykorzystania w projektach i zdjęciach. Dzięki szczegółowym wyjaśnieniom oraz setkom kolorowych ilustracji będziesz mógł z łatwością krok po kroku odkrywać sekrety efektów specjalnych, zarezerwowanych dotąd głównie dla speców! Korzystając z tej książki, poznasz także techniki imitowania zdjęć studyjnych, odkryjesz sposoby tworzenia niezwykłych efektów tekstowych, a także dowiesz się, jak uzyskać fascynujące efekty 3D przy użyciu funkcji i narzędzi dostępnych w programie Photoshop Extended.

Computer Arts, 2010-03-01
pcs4fx.jpg

Oto idealne źródło informacji na temat programowania w języku JavaScript. Na samym początku poznasz jego składnię, typy danych oraz wszelkie elementy, które pozwolą Ci na swobodną pracę. Po zaznajomieniu się z podstawami przejdziesz do bardziej zaawansowanych tematów. Nauczysz się dynamicznie modyfikować strony WWW, obsługiwać zdarzenia, wykorzystywać bibliotekę jOuery czy też w efektowny sposób prezentować zdjęcia. Ponadto zdobędziesz wiedzę na temat budowania przejrzystych formularzy, tworzenia łatwego w obsłudze interfejsu oraz sposobów wykorzystywania możliwości technologii AJAX. Nie da się ukryć, że dzięki tej książce Twoje strony WWW zyskają na atrakcyjności!

Computer Arts, 2010-03-01
jascnp.jpg

1 2 3 ... 498 następny ostatni

[ 1..5 ] [ > ]