Fotografowanie ludzi napotkanych w podróży nastręcza te same problemy, co wszystkie inne portrety, a dodatkowo jeszcze trochę. Z takimi sytuacjami obiecuje nas oswoić Rick Sammon, autor książki „Twarzą w twarz z obiektywem”. Sprawdźmy, jak wywiązuje się z tej obietnicy.
O portretach i portretowaniu ukazało się już na naszym rynku kilka książek, co nie znaczy, że któryś autor wyczerpał temat i nie ma już o czym pisać. Pozycja Ricka Sammona jest tutaj o tyle specyficzna, że jest ona adresowana do początkującego, ale nie powiela wałkowanych po wielokroć kwestii co to jest przysłona i jaki ma wpływ na głębię ostrości. Autor przyjmuje, że czytelnik przeczytał instrukcję i umie posługiwać się aparatem, natomiast nie potrafi robić zdjęć ludziom. W książce wszystko kręci się wokół robienia zdjęcia, a nie studiowania budowy aparatu.
Bardzo miłym zwyczajem autora jest pokazywanie alternatywnych wersji i wskazywanie różnic, jakie powoduje pozornie nieznaczna zmiana, np. obniżenie lub podniesienie pozycji aparatu. Cenne są także przykłady na następnych stronach, pokazujące, jak autor osiągnął lepszy efekt działając wbrew głoszonym wcześniej radom. Tłumaczenie, wyjaśnianie i promowanie myślenia zasługuje na pochwałę.
Kamera patrzy w dwie strony
„Dla mnie podstawowym celem jako fotografa podróżnika jest to, by ludzie polubili, a przynajmniej zaakceptowali mnie w ciągu kilku sekund. Po osiągnięciu tego celu wykonanie zdjęć staje się stosunkowo proste.” - pisze autor książki (s. 16) i wyjaśnieniom jak to zrobić, a także jak prowadzić sesję portretową, by uzyskać najlepsze kadry, poświęcona jest pierwsza, ciekawsza połowa książki. Znalazło się tu miejsce na omówienia kwestii, na które mało kto z amatorów zwraca uwagę, a często nawet nie zauważa ich istnienia, jak np. wpływ postawy, nastawienia i emocji fotografa na efekt finalny - kwestia szczególnie istotna przy pracy z modelami „złapanymi” na ulicy. Jak autor sam pisze - kamera patrzy w obie strony i na zdjęciu widać nastawienie i emocje nie tylko modela, ale i twórcy.
O fotografii ulicznej i improwizowanych sesjach, które są tak ważne i specyficzne dla fotografii podróżniczej, jest całkiem sporo. Niektóre triki, jak ten z okularami przeciwsłonecznymi czy magią, są inspirujące - nie dlatego, żeby je wiernie naśladować, ale raczej poszukać własnych pomysłów na przełamanie lodów. Autor każe nam zwracać uwagę na drobiazgi, które w finale stanowiły różnicę znacznie większą niż model użytego aparatu - dobór tła, kolor ubrania, drobne akcesoria, zbliżenie na detal itp.
Narracja jest sympatyczna, anegdotyczna, lekka i bogata w historie z życia. Pojawia się tylko cień wątpliwości co do autentyczności niektórych z nich, gdy na s. 74 Sammon opowiada, jak to u fotografowanej dziewczyny musiał rozmową o jej chłopaku wywoływać reakcje nadające się do sfotografowania, a na s.94 pokazuje zawodową modelkę, która nauczyła go czym się różni męski uchwyt od kobiecego. Problem w tym, że na wszystkich tych zdjęciach jest ta sama osoba... Pozostaje więc przypomnieć motto Marka Hłaski, że nie liczy się prawda, tylko prawdziwe zmyślenie i przyjąć te skądinąd użyteczne rady, całkiem niezależnie od prawdziwości towarzyszących im anegdot.
Robimy sobie światło
Postawę autora wobec czytelnika dobrze oddają rozdziały poświęcone oświetleniu - żadnych zbędnych teorii, ale też nic wyrafinowanego. Jak stosować blendę, podstawy skutecznego korzystania z lampy błyskowej, co nieco o korzystaniu z oświetlenia studyjnego. Najważniejsze są tutaj przykłady - jak kadr wygląda bez zastosowania doświetlenia oraz jak wygląda z nim. Nie zabrakło też omówienia kierunków, z jakich pada główne światło na modela oraz pokazania, jak każdą z tych sytuacji efektywnie wykorzystać. Co istotne i charakterystyczne, autor omawia tu środki i techniki dostępne dla amatora. Nawet gdy rzecz dotyczy studia, to najpierw mamy zaprezentowane kwestie związane z glamour garażowym, czyli wykorzystaniem światła zastanego, a później przykłady korzystania z dwóch prostych lamp błyskowych uzbrojonych w softboks i parasolkę - zestaw kosztujący mniej więcej tyle, co tania lustrzanka.
Klęska obfitości
Trzeci składnik książki jest mniej odkrywczy, aczkolwiek przydatny, zwłaszcza dla początkujących: trochę Photoshopa, trochę podstaw kompozycji, słowo o technikaliach. Nie jest to jakaś systematyczna prezentacja metody, ale zbiór drobnych trików. Zastosowanie Photoshopa to szybki sposób na ujęcie czarno-białe oraz z selektywnym kolorem, dodanie efektu malarskiego, miękkiej poświaty, wygładzanie skóry czy kadrowanie. Nie wszystkie procedury sprawdzają się równie dobrze i przepis na symulację panoramowania (s. 256) dał efekt co najmniej dyskusyjny.
Oprócz omówień kwestii technicznych bez wątpienia związanych z fotografowaniem ludzi (użycie blendy, dyfuzora, doświetlanie lampą) pojawiają się tematy dość luźno związane z portretowaniem, jak zagadnienie umieszczania postaci w roli sztafażu w ujęciach krajobrazowych czy kwestie zamrażania ruchu oraz jego dynamizowania. Przy jednym z takich zagadnień - panoramowaniu jeźdźca pędzącego na koniu - autor się trochę zaplątał, najpierw pisząc, że ustawił priorytet czasu, żeby aparat zmianą otworu przysłony mógł reagować na ewentualne pojawienie się chmury (s.132), a zaraz potem (s.133) wyjaśnia, że zmierzył ekspozycję na sierści konia i zablokował ją (w domyśle - trybem manualnym), aby światłomierz nie dał się oszukać zmieniającą się jasnością i barwą tła. Obie te strategie są słuszne, ale nie da się jednocześnie zastosować trybu manualnego ekspozycji i priorytetu czasu. Akurat cały ten fragment nie był niezbędny w takiej książce i gdyby autor zrezygnował z zagadnień luźno związanych z portretowaniem, to wyszedłby na tym lepiej.
Zdjęcia bardzo egzotyczne
Ozdobą, ale i pułapką są egzotyczne zdjęcia: Masajki, kowboje, mongolscy wojownicy, weneccy przebierańcy. Bardzo efektowne, ale pewnie niejeden amator pomyśli: „jakbym ja był w takim miejscu, to też zrobiłbym fajne zdjęcia.” Oczywiście taki wniosek byłby mylny, bo niezależnie od atrakcyjności motywu proste błędy, przed którymi przestrzega Sammon, zepsują najbardziej obiecujące ujęcie. Jednak wielu początkujących może wpaść w tę pułapkę, koncentrując się nadmiernie na temacie fotografii, a ignorując stronę realizacyjną.
Druga ćwiartka alfabetu
„Twarzą w twarz” to książka dla rozpoczynających przygodę z fotografią - to wcale nie zarzut, takie pozycje są bardzo potrzebne. Ten podręcznik nie wyczerpuje żadnego z tematów, które porusza, ale na każdej stronie zawiera przydatne i praktyczne informacje. Coś ciekawego mogą znaleźć dla siebie nawet zaawansowani amatorzy, ale oczywiście najbardziej skorzystają początkujący. Lekki, anegdotyczny styl narracji przypadnie do gustu szczególnie osobom, które mają alergie na tradycyjne podręczniki, prezentujące wiedzę w sposób suchy i nudny. Tu będzie lekko, przyjemnie i kolorowo. Książkę polecam początkującym, którzy w fotograficznym abecadle przeszli już C (jak czas naświetlania) i E (jak ekspozycja), ale następne literki są jeszcze przed nimi. Skorzystają też osoby bardziej zaawansowane w fotografii, ale zaczynające dopiero próby z portretami.
Digital Foto Video Piotr Dębek