Powiedzmy to od razu i miejmy sprawę za sobą: w książce Blue Fiera „Kompozycja” o kompozycji jest pierwszych 40 stron (od strony 23 - wcześniej są wstępy i podziękowania - do strony 63). Z pozostałej części książki da się wyłowić może drugie tyle, ale porozrzucane między fragmentami o filtrach, pomiarze światła, oświetleniu i obróbce.
Na temat samej kompozycji znajdziemy informacje użyteczne, ale dość standardowe. Znaczeniu linii, punktu, płaszczyzny i bryły poświęcono po jednej stronie na każde z zagadnień. O zagospodarowaniu kadru decyduje tradycyjny trójpodział (3 strony), ale także złoty prostokąt (1 strona). I to w zasadzie tyle o kompozycji. Później jeszcze znajdziemy co nieco o kadrowaniu portretu, zarówno jednej osoby, jak zbiorowego, atrakcyjnym ustawianiu martwej natury, co nieco o pejzażach i kompozycjach miejskich. Uzbiera się tego może następne 40 stron, czyli 1/3 objętości książki.
O wszystkim w telegraficznym skrócie
Co otrzymujemy więc oprócz rozważań o kadrowaniu? Sporo informacji na różne tematy: od porad sprzętowych, przez kwestie dotyczące oświetlenia, pomiaru światła, głębi ostrości, do obróbki i pakowania ekwipunku na wakacyjne wyjazdy. Ba, przeczytamy nawet co nieco o systemie strefowym, liczbach Wrattena i newtonowskiej teorii koloru!
Poruszonych tematów jest naprawdę mnóstwo (polecam pobranie przykładowego rozdziału, na początku którego znajduje się spis treści książki), ale potraktowane są mocno skrótowo. Ot, akapit o rozjaśnianiu, akapit o odszumianiu - jeśli ktoś nic nie wie, to się dowie, że takie operacje są możliwe, natomiast z pewnością nie da się tych informacji uznać za instrukcję.
Atutem książki jest krótki rys historyczny na początku części rozdziałów - nie tylko jest ciekawostką, ale może też stanowić źródło inspiracji. Co istotne, opisowi towarzyszą historyczne fotografie. Użyteczne są zamieszczone na koniec każdego rozdziału ćwiczenia do samodzielnego wykonania. Wprawdzie trzeba przyznać, że nie są one bardzo oryginalne ani odkrywcze, ale dla początkujących mogą być odkryciem i pomóc im w rozwoju umiejętności.
Stosunek do zamieszczonych porad mam bardzo ambiwalentny. Obok sugestii rozsądnych, są też zalecenia raczej dziwaczne, jak ta, by zdjęcia makro robić wyłącznie na w pełni otwartej przysłonie (s. 217). Bezdyskusyjną wartością książki są atrakcyjne fotografie - zróżnicowane, dobrze wydrukowane i z poprawnymi kolorami, które same w sobie mogą dostarczyć licznych inspiracji.
Góralska prawda
Poważnym problemem są informacje o wątpliwej wartości. Najbardziej irytują dezinformacje dotyczące właśnie kwestii kompozycyjnych. I tak na s. 68 mamy stwierdzenie: „obiektywy szerokokątne mają tendencję do zniekształcania obrazu przez wyolbrzymianie obiektów pierwszoplanowych”. Naprawdę owo wyolbrzymianie nie ma nic wspólnego z obiektywami, a jest efektem perspektywy - czyli bliskiej odległości do motywu znajdującego się na pierwszym planie. Być może autor jest w pełni świadom, jak jest naprawdę, a ten nieszczęsny cytat to efekt skrótu myślowego, ale, niestety, wyszły bzdury.
Przeinaczeń, zbytnich uproszczeń i generalizacji mniejszego kalibru mamy niestety sporo. Pomińmy już kwestię „naturalności” ogniskowej 50 mm i jej rzekomej identyczności z polem widzenia ludzkiego oka (s. 68) - wielu autorów powtarza tę kalkę. Na s. 72 mamy generalizację na temat gorszej jakości optycznej zoomów względem obiektywów stałoogniskowych - było to prawdą absolutną ze 20 lat temu, dzisiaj raczej należałoby to sformułować: „niektóre zoomy są gorsze optycznie od niektórych obiektywów stałoogniskowych i... odwrotnie”. Nieco wcześniej (s.70) znajduje się ostrzeżenie, że stosując teleobiektywy powinniśmy korzystać ze statywu, chyba że czas naświetlania „nie będzie dłuższy niż 1/250 sekundy”. Dlaczego akurat 1/250 sekundy i to bez odniesienia do jakiejś ogniskowej?
Nie brakuje też dziwnych tez, jak ta, jakoby obiektywy o standardowej ogniskowej wyróżniałby się brakiem efektu winietowania, ale dopiero.... po maksymalnym przymknięciu przysłony. W takich warunkach większość współczesnych obiektywów ma pomijalne przyciemnienie brzegów.
Kolejny typ dyskusyjnych informacji to porady „wzięte z sufitu”, do których użyteczności trudno się odnieść, jak propozycja, aby zamiast kupować rzekomo drogie obiektywy o ogniskowych dłuższych niż standardowe 50 mm - wypożyczać je. Tak jakby u nas na co drugiej ulicy była wypożyczalnia sprzętu fotograficznego.
Wskazane powyżej błędy różnego kalibru zostały celowo wyszukane na kilku zaledwie stronach, żeby zilustrować z jaką skalą problemu co do wiarygodności informacji mamy do czynienia.
Lepiej też nie zwracać uwagi na podane obok zdjęć zastosowane w nich parametry ekspozycji - często są bzdurne i ewidentnie niezgodne z tym, co widać na obrazku. Zabawne, że autor zaleca chodzenie z notatnikiem i zapisywanie parametrów wykonania każdego zdjęcia (s. 245), nawet mając świadomość, że aparaty cyfrowe opatrują pliki EXIF-em.
Jako podręcznik na temat kompozycji, dzieło Blue Fiera nie ma wielu atutów, bo tak naprawdę... to nie jest książka o kompozycji, tylko dość lekko napisany podręcznik dla początkujących. Owszem, mocno fragmentaryczny i wybiórczy, ze stanowczo zbyt dużą liczbą błędów i nadmiernych uproszczeń, ale mimo wszystko mogący się sprawdzić w roli jednej z lektur początkującego fotoamatora. Z pewnością nie powinna to jednak być pierwsza książka ani też jedyna. Trzeba też koniecznie weryfikować napotkaną tutaj wiedzę, ale początkujący powinni serio potraktować propozycje zawartych w książce ćwiczeń - książka książką, a najlepiej się uczyć praktykując z aparatem w dłoni.
Digital Foto Video Piotr Dębek