Alchemia portretu to jeden z niewielu poradników wprowadzający w temat fotografii portretu. Autor książki nie skupia się na sprawach technicznych czy też szczegółach oświetlenia, lecz na samym podejściu do fotografowanej osoby. Czytając książkę poznajemy wiele ciekawych historii związanych ze spotkanymi przez autora osobami, często bardzo znanymi i za każdym razem możemy podziwiać efekt spotkania w postaci uzyskanego zdjęcia portretowego. Dzięki tej książce poznamy moc czarno-białej fotografii portretowej oraz zdamy sobie sprawę z faktu, iż znakomity portret nie musi być idealny technicznie. Co zwróciło moją uwagę, to "przeciętne" zdjęcia kolorowe zamieszczone w książce. Być może jest to wskazówka, iż zabawa z naszymi fotografiami w programie graficznym i zamiana ich na zdjęcia czarno-białe może spowodować, iż odkryjemy na nowo wykonane przez nas w przeszłości fotografie.
O Bolesławie Lutosławskim: Eteryczne portrety sław i zwykłych ludzi, tworzone przez Bolesława Lutosławskiego, publikowały takie pisma, jak "The Guardian", "Vogue", "The Independent", "Przekrój" czy "Tygodnik Powszechny". Pojawiały się na rozmaitych plakatach, okładkach książek i w telewizji BBC. Warsztaty z Lutosławskim to fascynująca podróż przez wyjątkowe chwile, w których powstawały niezwykłe portrety takich osobowości, jak Sławomir Mrożek, Krzysztof Penderecki, Andrzej Wajda, Mieczysław Jastrun, Witold Lutosławski, Wisława Szymborska czy Glenda Jackson.
Od zarania dziejów mamy szacunek do ludzi, którzy dzięki swoim działaniom wzbogacili naszą cywilizację, od czasu romantyzmu zaś fascynują nas postaci, które dzięki niezależnej osobowości stworzyły na tym świecie miejsce dla siebie. W uznaniu tych osiągnięć pisze się o nich w popularnej prasie, czasem zawiesza na ich piersiach medale, wręcza laurki, odznaczenia i wypełnia encyklopedie ich nazwiskami. A moją rolą jest tworzenie ich portretów, to zresztą bardzo ciekawe zajęcie.
Sir George Martin przywitał mnie bardzo serdecznie w recepcji AIR (dużego studia nagrań), na czwartym piętrze 214 Oxford Street w Londynie, na samym rogu Oxford Circus. Miał dla mnie czas, wyjaśnił — tak jak należy tłumaczyć laikowi — funkcje konsoli do nagrywania i oprowadził po studiach, które od wibracji ulicznego ruchu izolowała zawieszona podłoga. George Martin, współzałożyciel zespołu The Beatles, chętnie opowiadał o nagrywaniu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, o tym, co wtedy robił Paul McCartney, a ja go fotografowałem, w czym mi bynajmniej nie przeszkadzał. Przez cały ten czas był otwarty, zainteresowany Polakami i kulturą mojego kraju.
To spotkanie dało mi dużo do myślenia, bo choć fotografowałem tak sławnego człowieka (dla mnie był mitem), poznawałem jednocześnie kogoś, kto pozostał sobą. Od tego czasu, kiedy patrzę na portret George’a Martina, odnoszę wrażenie, że w tym dniu szukałem w nim geniusza, bez którego świat byłby inny, a spotkałem życzliwego, ciekawego, na wskroś autentycznego w postępowaniu zawodowca, który współtworzył muzykę z fascynującymi osobowościami. Pomyślałem też, że może to właśnie dzięki niemu The Beatles nie wznieśli się przez te kilka lat globalnej sławy na orbitę samouwielbienia.
fotohobby.pl 2012-01-16
Dawno już nie pochłonęła mnie aż tak bardzo lektura książki o fotografii.
„Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego” to książka o fotografowaniu, o pasji jaką jest fotografowanie, o przyjemności, o zawodzie jaki się uprawia.
To bardzo osobista książka, bo opowiada nie tyle o fotografii jako sztuce i nie tyle o portrecie jako wybranej formie, ile o samym Bolesławie Lutosławskim i jego życiu, jego spotkaniach z ludźmi. I te spotkania z ludźmi zdają się być równie ważne co same zdjęcia.
Autor w każdym z rozdziałów swojej książki omawia temat, który wydaje się być kolejnym elementem koniecznym do tego by powstał Fotograf.
Pisze o sobie, swoich doświadczeniach, przeżyciach, spotkaniach.
Zaczyna od tego, że we wstępie... się nam przedstawia.
Powoli dochodzi do tego skąd w ogóle pomysł by być fotografem, by taki zawód wykonywać. W trakcie lektury widzimy jak zdobyte wykształcenie, lektury, sztuka, spotkania i ludzie ukształtowały twórczą osobowość Bolesława Lutosławskiego.
Właśnie - ludzie.
Autor zaczyna od rzeczy bardzo ważnych dla siebie.
Od poszukiwania Mistrza - tu pojawia się kilka znamienitych, słynnych nazwisk - Avedon, Bourdin, Brandt - i spotkania z nimi.
Ale wydaje się, że nie tyle znalezienie Mistrza jest ważne, ile samo poszukiwanie jest czymś niezwykle wartościowym i rozwijającym.
Równie ważna dla niego jako fotografa jest Przestrzeń, miejsce oswojone, znajome, choć niekoniecznie własne. Może to być znajoma ulica, park. Może być i atelier.
W „Alchemii portretu” możemy zajrzeć za kulisy pojedynczych, wybranych kadrów.
I jeśli by mnie ktoś pytał to powiem, że zdarza się, że opowieść jest dla mnie ciekawsza niż samo zdjęcie. Ale nie zawsze. Czasem kadr jest tak niezwykły, że niepotrzebny mi do niego komentarz.
Tak, Lutosławski wspomina też o kompozycji, ale w zupełnie inny sposób niż zwykle się o tym pisze w książkach o fotografii.
Dla niego kompozycja oznacza tyle co stwarzanie, kreowanie świata.
Pisze też o szczegółach technicznych, ale tego jest tu najmniej.
Podpowiada jak pracować z modelem, co zdradza spojrzenie, czy warto fotografować dłonie i jakie znaczenie ma przestrzeń wokół fotografowanej postaci. Wspomina też o tym, że czasem trzeba prowokować, wytrącać swoich bohaterów z równowagi.
A na czym polega owa alchemia portretu?
Gdybym miała wymienić jej składniki to... nie było by alchemii, magii.
Mistrz też nie zdradza nam wszystkich swoich tajemnic, choć aż kusi by dowiedzieć się jeszcze więcej.
Ale spróbujmy nazwać choć kilka z tych elementów.
Z pewnością doskonałe opanowanie warsztatu, znajomość sprzętu (choć to tylko narzędzie) - jest to tak oczywiste, że wątek niemal nie jest rozwinięty, choć jeden rozdział został poświęcony aparatom na jakich pracował autor.
Równie ważne jest pewne obycie w kulturze, sztuce - tak bym to nazwała.
Studiowanie malarstwa i sztuki w ogóle, przeglądanie albumów fotograficznych, obserwacja światła, obserwacja świata. To element równie istotny, ile nie ważniejszy nawet, co znajomość nowinek sprzętowych.
Istotne są też pewne cechy charakteru: wrażliwość, otwartość, ale także pewność siebie, upartość w dążeniu do celu.
Ważne są też marzenia, o których tak pięknie i prosto pisze autor na zakończenie, w ostatnim rozdziale.
Właściwie to zastanawiam się na ile w ogóle jest to książka o fotografii.
Dla mnie jest to piękna opowieść o tworzeniu, o twórczym, (światło) czułym istnieniu w świecie.
O próbach zapisania spotkań, twarzy, chwili.
To także pewien zapis obrazu świata XX wieku. Wiele z opisywanych, wspomnianych zdjęć powstawała od lat 70-tych XX wieku, jak sądzę, może wcześniej nawet.
Świadczą o tym portretowani ludzie, wówczas młodzi, u szczytu swoich możliwości i sławy, którzy właśnie wtedy, w momencie robienia portretu mieli swój czas.
A sporo tu znakomitości.
Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Witold Lutosławski, Krzysztof Penderecki, Wisława Szymborska, Andrzej Wajda, Kantor, ale także Glenda Jackson, John Peel, Robert Kee, Robin Day, Tom Stoppard, George Martin, Simon Callow i wielu innych.
Ale są też portrety przyjaciół, bliskich fotografowi osób.
Fotograf w swojej książce mówi o rozmowie, spotkaniu, kontakcie, zaufaniu.
O spojrzeniu, uśmiechu, o gestach i dłoniach, i o pozowaniu.
I pokazuje to poprzez wybrane zdjęcia.
Bolesław Lutosławski jest urodzonym gawędziarzem i jego opowieść wciąga niczym znakomita powieść.
Napisana piękną polszczyzną uwodzi, kreuje atmosferę, ale też nie raz... wpędza w kompleksy. Wymieniane są nazwiska sławnych (mniej lub bardziej) ludzi, a czytelnik czuje się lekko skonsternowany, bo ma wrażenie, że powinien je znać. Lutosławski bowiem opowiada o swoich bohaterach jak o dobrych znajomych, choć z niektórymi spotkał się raz, dwa razy w życiu. Ale na tym właśnie też polega cały urok tej książki - że autor się nie chwali swoimi kontaktami, ale też nie ma kompleksów. A dla zagubionych załącza na końcu mały indeks osób.
Fotograf lubi też szczegół, z radością wspomina nie tylko samego człowieka jakiego miał przyjemność (lub nie) spotkać, ale też gdzie byli, jakie jedzenie podano, jakie wino czy kawę pito. To ubarwia znacznie opowieść, podobnie jak krótkie opisy przyrody czy miasta związanego z daną osobą. Podróżujemy z Lutosławskim po Europie, wpadamy na piwo do londyńskiego pubu, bywamy na eleganckich przyjęciach, spotykamy mnóstwo ludzi... i fotografujemy. Bardzo wciągająca to podróż.
I aż żal ją kończyć, bo wierzę, że autor ma w zanadrzu jeszcze całe krocie takich opowieści. I o swoich zdjęciach niejedno by mógł opowiedzieć.
Mam w tej książce kilka ulubionych zdjęć i kilka zdań, które chcę zapamiętać.
Te pojawiają się zaraz na początku książki:
„Kto wie, może kiedy robiłem te zdjęcia, podświadomie zrozumiałem, że jedynie intymność porozumienia ma znaczenie, że jedynie spotkanie drugiego człowieka warte jest zapamiętania, a nie meble, wśród których to się dzieje...
Być może eteryczność chwili jest bardziej autentyczna niż miejsca, w których żyjemy?”
A później czytamy także:
„ (...) fotografując, zawsze odnoszę się do moich modeli z szacunkiem, ponieważ to oni są moją inspiracją i to oni pozwolili, żebym im zrobił zdjęcia. Ich portrety nie są moimi bajkami o nich, wystylizowanymi obrazami, ale autentycznymi wizerunkami kobiet i mężczyzn, których spotkałem na drodze życia. Są moim hołdem dla piękna indywidualności człowieka”.
„Portret jest bowiem wizualnym zanotowaniem chwili, w której osobowość człowieka, naturalnie, z wewnętrznego przekonania, ujawnia swoją pełnię”.
„ (...) kompozycja nie istnieje sama dla siebie. Kompozycja służy temu, by nadać zdjęciu wizualną formę. Kompozycja jest domem, w którym zamieszka moment z życia człowieka, zatrzymany instynktownie w chwili naświetlenia obrazu fotograficznego”.
„Portretowanie człowieka jest równoznaczne z odkryciem i zanotowaniem jego prawdziwej osobowości. Czy to w ogóle możliwe? Nie wiem”.
I można by jeszcze więcej cytować, ale wtedy nie sięgnęlibyście po tę książkę.
A warto.
Zapewniam, że „Alchemia portretu” jest wyjątkowym spotkaniem z zupełnie nietuzinkową postacią obdarzoną darem nie tylko dobrego oka, ale i czułego serca, która w pasjonujący sposób opowiada o swojej życiowej przygodzie z fotografią i portretem.
Nie przegapcie tego!
pieceofglass.blox.pl 2011-11-18
Tajemnica.
Kilka tygodni temu. Wchodzę do księgarni... Na półkach setki pozycji dotyczących fotografii. Stojąc przed ich równym rzędem, wodząc palcem od lewej do prawej w poszukiwaniu czegoś, co mnie natchnie do właściwego wyboru - widzę piękne wydawnictwa: strojne w piórka, profesjonalne, zachęcające do kupna. I wśród nich to jedno – elektryzujące z okładki tytułem i mistycyzmem spojrzenia. Od pierwszego wejrzenia czuję tą szczególną al-chemię i za wszelką cenę chcę się dowiedzieć, kim właściwie jest ta piękna pani? Może w książce dowiem się więcej na jej temat? Zatem postanowione. Zapakować!
"Alchemia portretu. Warsztaty Bogusława Lutosławskiego." - czeka na mnie cierpliwe w kuchni do poranka następnego dnia. Otwieram pierwsze strony przy śniadaniu i kawie, a w kilka chwil później zapominam, po co właściwie siadałem do stołu. Wciąga. Wciąga jak diabli.
Autor już w dedykacji zdradza, w jakim kierunku podąży, a ja czuję, że to książka skierowana wprost do mnie. Już po wprowadzeniu wiem, że przeczucie mnie nie zawiodło. Lutosławski z niebywałą lekkością pióra przeskakuje od "zarania dziejów", poprzez pytania o naturę fotografa i potencjał fotografii, do szacunku i odpowiedzialności jaką niesie ze sobą portretowanie poznawanych w trakcie sesji ludzi. Potem, zamiast wygłaszać wykład z wysokości profesorskiej katedry o tym: jak?, zachęca do zadania sobie pytania: dlaczego? I dalej opowiada o swoich początkach w fotografii, o mistrzach poszukiwanych i mistrzach odnalezionych w różnych momentach życia. O spotkaniach z nimi i jak wpłynęły one na jego fotografię...
Fragment z tego rozdziału to kwintesencja moich własnych poszukiwań:
"Kto wie, może kiedy robiłem te zdjęcia, podświadomie zrozumiałem, że jedynie intymność porozumienia ma znaczenie, że jedynie spotkanie drugiego człowieka warte jest zapamiętania (...)"
Ucieszyłem się i wzruszyłem, że na szlaku, który kiedyś (być może nieświadomie) obrałem, nie jestem sam i znajdę na nim doświadczonego przewodnika. Mistrza. Podążyłem za nim w głąb książki. Jej autor zaprasza mnie do swojego świata, opisuje własną drogę w fotografii, metody oraz sprzęt jakich używał i używa. Pisze. Pisze arcyciekawie o nawiązywaniu relacji z portretowanymi przez siebie osobami oraz o sposobach jakich używa by ową relację utrwalić. To wszystko na tle fotografii tak głęboko naznaczonych jego charakterystycznym spojrzeniem. Poznałem też w końcu opowieść o powstaniu portretu kobiety z okładki – już noszę się z przeczytaniem jej książek, gdyż okazała się być pisarką.
Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy trzeba było wstać od stołu, zrobić miejsce kolacji i pożegnać się chwilowo z książką ostatnim rozdziałem pod tytułem "Marzyciele".
Długo nie mogłem znaleźć odpowiednich słów, które oddałyby istotę tej pozycji wydawniczej. Po kilku dniach przeczytałem Alchemię jeszcze raz, w poszukiwaniu kamienia filozoficznego fotografii portretowej, bo wydawało mi się, że przecież musi być gdzieś ukryty między słowami. Na próżno.
W końcu rozszerzyłem swoje poszukiwania i dotarłem do autorskiego blogu twórcy (boleslawlutoslawski.blogspot.com) i właśnie tam znalazłem piękną myśl na pointę. Myśl, która według mnie jest serum prawdy, jest owym kamieniem filozoficznym Alchemii portretu. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć jej wolne tłumaczenie mojego autorstwa:
Portretowanie ludzi jest jak uczucie zapadania na miłość. Zakochanie - czasem przelotne a czasem na lata… lecz zawsze wybuchające nagle, tymi wszystkimi upajającymi emocjami oraz uwagą jaką poświęcamy TEJ drugiej Osobie równocześnie eliminując [z kadru] wszystko inne.
Jak stworzyć książkę o fotografii, która zamiast uczyć będzie inspirować?
Gdyby ktoś mi zadał tak skonstruowane pytanie miesiąc temu, to miałbym ogromny problem z odpowiedzeniem na nie. Dziś, po przeczytaniu "Alchemii portretu", taka odpowiedź jest dla mnie oczywista i brzmi: właśnie tak, jak uczynił to Bogusław Lutosławski.
fotoferia.pl Przemysław Walocha, 2011-11-10
Bolesław Lutosławski, jeden z najciekawszych, polskich fotografów portretowych. Absolwent Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wykładowca, podróżnik, realizator filmów, pracujący w międzyczasie, w Polskim Wydawnictwie Muzycznym. Mimo tylu zajęć, które towarzyszyły Lutosławskiemu, to jednak fotografię i zamiłowanie do portretu kocha przede wszystkim. Pierwsze szlaki w fotografii przecierał dzięki swej babci. Często brał udział w zdjęciach, które robiła. Nie interesowały Go pozy, czy mimika twarzy, ale samo uczestnictwo w wydarzeniu jakim była ówcześnie sesja. W późniejszym okresie dużo podróżował między Wielką Brytanią, a Polską. Jego zdjęcia publikowały między innymi "Przekrój", "Polityka", "The Guardian", "Vogue" (osiągnięcie, które zasługuje na wielkie brawa). Oprócz tego napisał kilka książek - "Czarny Łabędź" z 2009 roku, "Korzenie nie znają granic" z 2005 itp., jednakże za najważniejszą uznałabym: "Tańcząc nad przepaścią. Moja walka z rakiem" (2005), opisującą zmagania Bolesława ze straszną chorobą (książka zawiera portret lekarza, a zarazem przyjaciela "Bo", doktora Roberta Marcusa, który pomógł artyście pokonać chorobę).
"Alchemia portretu" sama w sobie jest wymownym dziełem fascynacji drugim człowiekiem. Portret według autora jest teraz wszędzie- w albumach rodzinnych, na bilbordach, w gazetach, a każdy z nich ukazuje inne uczucia (radość, smutek, złość etc.). Fotografowanie ludzi, bo o nich tu głównie mowa, to poznawanie każdego z osobna.
"Portrety są indywidualnymi opowieściami o ludziach"
Bolesław Lutosławski w pewnym momencie uzmysłowił sobie, (dzięki z resztą wybitnemu fotografowi jakim był Richard Avedon) że "kształt najbardziej skomplikowanych zdjęć formalizuje się w momencie, który trwa krócej niż uderzenie serca". Tym samym zatrzymujemy ulotną chwilę na zawsze. W swojej karierze spotkał wielu utalentowanych fotografów światowej sławy, Barnego Lotagama, Czy Bardina, którego miał okazję fotografować.
"Kto wie, może kiedy robiłem te zdjęcia, podświadomie zrozumiałem, że jedynie intymność porozumienia ma znaczenie, że jedynie spotkanie drugiego człowieka warte jest zapamiętania, a nie meble wśród których to się dzieje..Być może eteryczność chwil jest bardziej autentyczna niż miejsca, w których żyjemy"
Według twórcy zasadniczą inspiracją do zrobienia portretu jest osobowość ludzi, każdego z osobna. Rozmyśla nad tym stwierdzeniem w całej książce. Jak się dowiadujemy pozbycie się zbędnego bałaganu z planu fotograficznego pozwala na pokazanie tego, co w modelu najistotniejsze - charakteru i uczuć. W wielu sytuacjach sam model kreuje sytuację podczas sesji, co sama przyznam szczerze bardziej mi odpowiada. Swoboda z jaką pozuje jest naturalna bez zbędnego pozowania, czy wręcz aktorstwa (oczywiście nie ganię takiego podejścia).
Na dużą uwagę zasługuje dział "Moja przestrzeń". Lutosławski opisuje w nim, co znaczy mieć miejsce, w którym możemy dać się ponieść intuicji . Po przeczytaniu tych kilku kartek doszłam do konkluzji, ku mojemu zdumieniu, że mam miejsca, które dają mi dozę bezpieczeństwa, dobrze mi się w nich fotografuje i doznaję uczucia, że "wszystko będzie OK". Właśnie poprzez nie rodzą się w wyobraźni pomysły, bo podobnie jak Bolesław czuję się w nich naturalnie i nikt nie mąci mojej integralności narodzonej między mną, a modelem i spokoju, w którym się wtedy znajduję.
Album porusza bardzo ważne kwestie, uświadamia czytelnikowi coś istotnego- fotografia to nie zwykła zabawa z aparatem. Artyści niejednokrotnie czekają na moment, na jedyną w swym rodzaju chwilę aby nacisnąć spust migawki. W dużej mierze pojawiają się one spontanicznie. Czekanie, zarazem czuwanie potrafi trwać latami.
Portrety uwidaczniają zmiany jakie w nas zachodzą na przestrzeni dni, tygodni, lat. Zaobserwujemy w nich więcej niżeli mielibyśmy patrzeć w lustro.
Nie nazwałabym tej książki warsztatami, choć znajduje się w niej kilka tajników, które z kolei pomogą amatorom lub zaawansowanym robić lepsze zdjęcia. Taką podpowiedzią jest np.: Jak zmierzyć światło, jakie są materiały światłoczułe. Cały twór "Bo" porównałabym raczej do wspomnień. Mistrz prowadzi nas niemal płynnie przez rozdziały. Wspomina spotkania, biesiady - ogółem życie, i te wyjątkowe momenty, których był świadkiem. Plastycznie, praktycznie namacalnie demonstruje sytuacje, co współgra z Jego filozoficzną stroną natury. Rozwodzi się nad kilkunastoma aspektami, jest wielowarstwowy. Zaciekawiło mnie bardzo, że po ujęciach wychodzi do pubu lub na kawę z nowo poznanymi osobami. Długo z nimi rozmawia.
Podsumowując, na piedestał wysuwa się improwizacja, zaufanie budujące relacje pomiędzy ludźmi, ale też kontakt wzrokowy.
"Intensywność spojrzeń jest pomostem do drugiego człowieka"
Znaczącą cechą winien być zmysł przewidywania okoliczności zdarzeń w czasie ruchu, wkomponowania osoby we własną przestrzeń.
Lektura sprawiła, że inaczej spojrzałam na to, czym się zajmuję. Jest prawdą, że przeglądając zdjęcia odkrywam je na nowo. Wynajduję nowe elementy, których wcześniej nie zauważyłam. Zgadzam się również z tym twierdzeniem iż "fotografowie z reguły nie lubią, gdy ktoś patrzy na nich przez obiektyw".
Bardzo trudno jest zrecenzować album będący zarazem wspaniałym świadectwem tak niezaprzeczalnie mądrego fotografa bez podawania tego, o czym owa "Alchemia" jest.
Urzekł mnie cytat o marzeniach, niesłychanie wartościowym elemencie istnienia.
"Nasze marzenia splatają się z marzeniami innych ludzi i może właśnie na tej podstawie nawiązują się przyjaźń i miłość.."
Natomiast wywód recenzyjny na temat "Alchemii portretu" zakończyć warto inną wypowiedzią.
"Każda sesja kryje w sobie niespodzianki i każda jest przejmującym w swojej intensywności odkryciem nowej osobowości. Dlatego właśnie jestem fotografem."
Serdecznie polecam wszystkim miłośnikom aparatów i tego co powstaję przy ich pomocy - piękna zawartego w każdym z nas, bo " robiąc zdjęcia nie należy tylko patrzeć, należy widzieć.
magiapisanegoslowa.blogspot.com Justyna Wrzeszcz
O miłości do świata widzialnego
Przez chwilę zawahałem się, czy z tak zainicjowanym tekstem nie skręcić raczej w stronę wiersza? Tym bardziej, że i druga linijka jakby stosownie się dostawiła. Mogło by się zaczynać: O miłości do świata widzialnego / I o przywiązaniu do chwil umykających...
Ale nie przesadzajmy z tym poezjowaniem w okienku felietonowym. A wzięło się to z powodu książki leżącej przede mną. Patrzy na mnie z okładki fascynująca, nieco egzotyczna Piękność. Jej tajemnicze spojrzenie przyciąga wzrok... Okładka ta jest zapowiedzią reszty. A reszta owa to: "Alchemia portretu. Warsztaty fotograficzne Bolesława Lutosławskiego".
Jej autor, a dla mnie po prostu Bolek Lutosławski, rodowity krakowianin (syn znakomitej aktorki Anny Lutosławskiej), od lat żyje w Anglii. Posiada bogatą biografię (zapewne w ogóle), a już na pewno artystyczną. Studiował w Łódzkiej Filmówce, potem historię sztuki na UJ, w kraju w którym spędza dorosłe życie pracuje jako inżynier, w przemyśle elektronicznym. Zapewne to więcej z powodów praktycznych, czyli dla chleba Panie... Dusza artysty, twórcy, przywiodła go do pisarstwa, opublikował kilka książek prozatorskich, także sztukę teatralną, no i całe życie (mniej lub bardziej intensywnie) zajmuje się fotografią. A to, zapewne, najbardziej z powodu miłości do świata widzialnego. Przynajmniej tak ja to widzę i rozumiem.
W ten sposób wyjaśnił się - niejako sam - tytuł dzisiejszego felietonu, który owej "Alchemii" fotografii chcę poświęcić. Tak odbieram: ta książka napisana jest z miłością dla fotografii, dla sztuki patrzenia. Dla sztuki więc - wyboru, przetworzenia, punktowania znaczeń, dla... tu można by sporo jeszcze aspektów dorzucić. A rozwijając dalej, wszystko z potrzeby "podstawienia pod nasze spojrzenie określonego widzialnego zjawiska". W przypadku Bolka Lutosławskiego najczęściej jest to ludzka twarz. Rzecz więc dotyczy sztuki portretowania. Trudna sprawa, dla wielu powodów. Nie tylko dla samej procedury, dla wyboru właściwych parametrów technicznych, dla tajemnic obróbki, ale i dla aspektu psychologicznego, kulturowego... Najlepiej aby się zdarzyło tak, by nastąpiła "zbieżność interesu" portretowanego i twórcy portretu. A różnie w tym przypadku bywa. Lutosławski od lat prowadzi tego rodzaju warsztaty fotograficzne w Londynie i w Cambridge, gdzie mieszka. Z niespotykaną otwartością i empatią dla widza (czytelnika) - więc możemy domniemywać, że i dla kursantów owych - odsłania kulisy swojej kuchni fotograficznej. Publikując wspaniały zestaw zdjęć, dokładnie opisuje środki jakimi się posłużył, dla uzyskania tego czy innego efektu. Pisze o tym z precyzją "technologa", a jednocześnie z czułością wręcz psychologa i artysty. Odsłania sztukę fotografowania tak, że można wcale nie będąc zaangażowanym (dotąd nie mając potrzeby chwycenia za instrument, czyli za aparat), już można prawie mieć ochotę na jakiś obiekt popatrzeć "fachowo" i spróbować.
Książka ta (bo raczej to książka albumowa, niż stricte album) przy okazji prezentuje jakże atrakcyjny zestaw nazwisk - posiadaczy tych twarzy. Autorowi udało się pozyskać wyjątkową kolekcję sławnych współczesnych twórców polskich i angielskich. Od Witolda Lutosławskiego (czyli stryja) poczynając, przez znakomity portret Tadeusza Kantora, konterfekty Lema, Szmborskiej, Pendereckiego, po twarze z Albionu. Ot choćby prywatne, poza sceną chwytane, twarze Glendy Jackson. Tu dodam z niejakim skrępowaniem, znalazłem i swoje nawet wizerunki z młodości. Ale sądzę, że dołączony do nich opis zastosowanych środków warsztatowych (przy tym sposobie pozyskiwania tego rodzaju o b r a z u) usprawiedliwia pewnie obecność moją, jako modela...
Piękna książka dla przyjemności i dla nauki. Polecam ją wszystkim ustabilizowanym amatorom fotografii, jak i tym, którzy okazjonalnie, może właśnie wakacyjnie z aparatem poszaleją. Można skorzystać, podczytać - jak patrzeć, jak wybierać i utrwalać to co ulotne. A ostatecznie, w sumie - jest to książka o tym, jak patrząc na świat (na wybrany obiekt, więc i na twarz) powiedzieć swoje... A to chyba w każdej dyscyplinie sztuki stanowi główny cel i sens działania. Podzielając z wszystkimi to co ogółowi dostępne, jak zapisać (wyrazić) własną jakość patrzenia. Własne świata rozumienie, więc... swój ślad?
dziennikpolski24.pl Leszek Długosz: Z BRACKIEJ, 2011-07-30
Ta książka nie jest poradnikiem, choć dla miłośnika fotografii z pewnym doświadczeniem może być bardzo informacyjna. "Alchemia portretu" to pamiętnik uznanego w świecie specjalisty od fotografowania ludzi kultury - aktorów, muzyków, tancerzy, literatów. Kolejne rozdziały stanowią zapis wrażeń autora z kolejnych sesji, traktujący o relacjach z modelami, ale przedstawione bardzo naturalnie, bez belferskiego zadęcia. Fotografia to tutaj element spotkań z ludźmi, a samo użycie aparatu u Lutosławskiego stanowi część rozmowy. Nie ma słowa o jak", natomiast jest sporo o dlaczego". Do tego fotografie autora, przedstawiające nie tylko fotografowanych na zamówienie sławnych ludzi, ale też rodzinę i przyjaciół. Bo nawet zwykłe, codzienne chwile mogą dać niezwykłe portrety.
Digital Foto Video 2011-07-01
Warsztaty z Lutosławskim to fascynująca podróż przez wyjątkowe chwile, w których powstawały niezwykłe portrety takich osobowości, jak Sławomir Mrożek, Krzysztof Penderecki, Andrzej Wajda, Mieczysław Jastrun, Witold Lutosławski, Wisława Szymborska czy Glenda Jackson. Książka ta jest znakomitą okazją do tego, by zajrzeć za kulisy każdej z tych magicznych fotografii, dowiedzieć się, jak narodził się pomysł na konkretne zdjęcie, dlaczego zostało ono w określony sposób skomponowane i skadrowane, jakiego obiektywu czy ekspozycji użyto. Autor zdjęć zdradza także, jak budować zaufanie między fotografem a jego modelem oraz dzieli się opartymi na swym doświadczeniu praktycznymi wskazówkami i najgłębszymi tajnikami pracy fotografa portretowego.
Computer Arts 2011-08-01
Dzięki ukazującej się właśnie w księgarniach książce "Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego", poznajemy inspirujący warsztat pracy jednego z najciekawszych polskich fotografów portretowych.
Eteryczne portrety sław i zwykłych ludzi, tworzone przez Bolesława Lutosławskiego, publikowały takie pisma, jak "The Guardian", "Vogue", "The Independent", "Przekrój" czy "Tygodnik Powszechny". Pojawiały się na rozmaitych plakatach, okładkach książek i w telewizji BBC. Warsztaty z Lutosławskim to fascynująca podróż przez wyjątkowe chwile, w których powstawały niezwykłe portrety takich osobowości, jak Sławomir Mrożek, Krzysztof Penderecki, Andrzej Wajda, Mieczysław Jastrun, Witold Lutosławski, Wisława Szymborska czy Glenda Jackson.
Mamy niepowtarzalną okazję zajrzeć za kulisy każdej z tych magicznych fotografii, dowiedzieć się, jak narodził się pomysł na konkretne zdjęcie, dlaczego zostało ono w określony sposób skomponowane i skadrowane, jakiego obiektywu czy ekspozycji użyto. Dzięki temu uczymy się mistrzowskiego fotografowania ludzi w zamkniętych pokojach i na otwartych przestrzeniach, malowania światłem atmosfery i intymności chwili czy chwytania obiektywem niemal niezauważalnych, a jednak istotnych spojrzeń i gestów. Bolesław Lutosławski wyjawia nam także sekretną wiedzę o tym, jak budować zaufanie między fotografem a jego modelem oraz dzieli się opartymi na swym wieloletnim doświadczeniu praktycznymi wskazówkami i najgłębszymi tajnikami pracy fotografa portretowego.
Pierwiastek porozumienia, chemia intymności, esencja chwili w magicznym oku aparatu przekształcają się w elektryzujący portret. Z tej alchemii rodzi się zdjęcie, będące czymś więcej niż tylko wiernym odwzorowaniem wyglądu i nastroju fotografowanego człowieka. Oto bowiem otrzymujemy poetycki zapis spotkania z osobą i jej osobowością, portrety przenikliwe, a w swej prostocie ekspresyjne, intrygujące i niełatwo dające o sobie zapomnieć. Fotografowanie ludzi to sztuka psychologicznego i emocjonalnego wyczucia drugiego człowieka, mistyczna umiejętność nasycania wizerunków ich emocjami i wyjątkowością. Choć sztuka ta wykracza daleko poza techniczną biegłość rejestrowania obrazów za pomocą światła, jest z nią jednak nierozerwalnie związana.
onet.pl Kultura