Zośka Gaduła - Lara Bergen

-
Proszę czekać

Zośka była taka szczęśliwa! I nie tyl­ko dla­te­go, że je­chała na wy­cieczkę (choć bar­dzo lubiła wy­cieczki). Była szczęśliwa również z tego po­wo­du, że zna­lazła ide­al­ne imię. Ono czy­niło ją wyjątkową. Mówiło samo za sie­bie!

- Nie na­zy­waj mnie już Zośką M. Od dziś je­stem Zośką Praw­domówną! - po­wie­działa do swo­jej przy­ja­ciółki Kasi, kie­dy wsia­dały do wy­ciecz­ko­we­go au­to­bu­su.

Trze­cia kla­sa pani Mu­chy wy­bie­rała się do miej­sca, w którym uro­dził się Je­rzy Wa­szyng­ton. Zośka była bar­dzo za­do­wo­lo­na z tego, że coś nie­zwykłego zda­rzyło się w po­bliżu mia­stecz­ka Śred­nia­ki Górne, w którym miesz­kała. Cza­sem była prze­ko­na­na, nie­ste­ty, że to naj­nud­niej­sze miej­sce na świe­cie.

Daw­niej myślała również, że jest naj­nud­niejszą dziew­czynką na świe­cie.

Tak było do dnia, gdy po­wie­działa pani Mu­sze prawdę o za­bra­niu piątej kla­sie węża. Te­raz na pew­no była naj­bar­dziej praw­domówna w kla­sie. A może na­wet w całej szko­le!

- A tak w ogóle, Ka­siu - ciągnęła Zośka. - Czy po­wie­działam ci już, że je­steś moją naj­lepszą przy­ja­ciółką?

Ka­sia uśmiechnęła się.

- A ty moją! - wy­znała.

Zośka od­wza­jem­niła uśmiech i chwy­ciła Kasię za rękę. Po­tem pociągnęła przy­ja­ciółkę w kie­run­ku ostat­nie­go rzędu sie­dzeń w au­to­bu­sie. Tam były ich ulu­bio­ne miej­sca. Głównie dla­te­go, że naj­bar­dziej na nich trzęsło.

Gdy jed­nak przy­ja­ciółki tam do­tarły, po­ja­wił się pro­blem. Ostat­nie sie­dze­nia były zajęte! I to przez To­bie­go i Ar­chie­go!

To­biasz Maj­cher i Ar­chi­me­des Dąbek byli naj­okrop­niej­szy­mi chłopa­ka­mi w kla­sie. Zośka miała co do tego stu­pro­cen­tową pew­ność. Byli bar­dzo hałaśliwi i bar­dzo Ohyd­ni (przez duże O). No a te­raz zajęli obie pary tyl­nych sie­dzeń, cho­ciaż wie­dzie­li, że Zośka i Ka­sia bar­dzo lubią tam sie­dzieć.

Oka­za­li się przez to jesz­cze gor­si!

Oczy­wiście Zośka była do nich przy­zwy­cza­jo­na. Tobi do­ku­czał jej na różne spo­so­by. Zwy­kle za­cho­wy­wała się jed­nak tak, jak­by miała to wszyst­ko w no­sie, ale dziś nie mogła tak zro­bić. W końcu była Zośką Praw­domówną!

- Muszę być z tobą szcze­ra - zwróciła się do To­bie­go. - To mi się bar­dzo nie po­do­ba.

Tobi ob­da­rzył ją sze­ro­kim uśmie­chem.

- I do­brze! - oświad­czył, a następnie wy­wa­lił na Zosię język.

Ar­chi się roześmiał.

Zośka nie prze­sta­wała być szcze­ra.

- Mam ochotę cię uszczypnąć - po­wie­działa.

Tobi zmarsz­czył czoło i skrzyżował ra­mio­na.

- Ale nie zro­bię tego - ciągnęła Zośka. - Bo nie chcę mieć kłopotów tak jak ostat­nio. Więc za­miast tego usiądę obok cie­bie. A Ka­sia usiądzie obok Ar­chie­go.

- Na­prawdę?! - spy­tała Ka­sia.

- Na­prawdę?! - spy­ta­li chórem Tobi i Ar­chi.

- Tak - od­po­wie­działa Zośka Kasi, igno­rując chłopaków. - Choć obie nie mamy na to ocho­ty. Usiądzie­my dla­te­go, że są wol­ne miej­sca. I dla­te­go, że im się to nie po­do­ba. I dla­te­go, że jeśli nas nie wpuszczą, to po­wiem pani, a ona im pokaże.

Mówiąc to, Zo­sia uśmiechnęła się i usiadła obok To­bie­go. I wy­wa­liła na nie­go język.

- O, fuj! Dziew­czy­ny-wszy­ny! - zawołał Tobi. Pod­sko­czył na sie­dze­niu i spoj­rzał na Ar­chie­go. - Chodź! Spa­da­my! Tak da­le­ko od nich, jak tyl­ko się da! - dodał.

Mi­nutę później Zośka i Ka­sia miały nie po jed­nym miej­scu z tyłu, ale po dwa! Ale i tak sie­działy ra­zem, bo były prze­cież naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami.

- Po­do­ba mi się, że je­steś Zośką Praw­domówną! - po­wie­działa Ka­sia.

I przy­biły so­bie piątkę.

Po­tem Ka­sia wy­krzy­wiła usta i spy­tała:

- Czy ja też mogę być szcze­ra?

- Pew­nie! - Zośce to py­ta­nie wydało się dziw­ne.

Ka­sia wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Cho­dzi o to, że "Zośka Praw­domówna"... no, nie wiem... ale to dość słabe określe­nie. Nie sądzisz?

- No, wiesz... - zaczęła Zośka, a po­tem wes­tchnęła. - Zgo­da. Być może tak.

Szcze­rze mówiąc, Zośka uważała, że Ka­sia ma rację. Zośka Praw­domówna nie było tak faj­ne jak Zośka Wspa­niała czy Zośka Bo­ha­ter­ka. Te dwa określe­nia Zo­sia wypróbowała wcześniej (choć, nie­ste­ty, nie przyjęły się, mimo że bar­dzo chciała).

Ale Zośka Praw­domówna było niezłe. Czy­niło ją wyjątkową. A o to właśnie Zosi cho­dziło!

Poza tym dzięki nie­mu wciąż mogła nosić ko­szulkę, którą zro­biła, kie­dy jesz­cze była Zośką Bo­ha­terką. I którą te­raz miała na so­bie. Z przo­du wid­niało na niej kie­dyś wiel­kie B, ale Zo­sia wy­tarła dol­ny brzu­szek trochę gumką, a trochę pa­znok­ciem, i te­raz P mogło ozna­czać "Praw­domówną"! I całe szczęście, że tak się stało, bo mama za­po­wie­działa, że dość ba­zgra­nia po ko­szulkach.

- Może to nie jest eks­cy­tujące określe­nie, ale jest ważne - po­wie­działa Zo­sia do Kasi. - Pomyśl o Je­rzym Wa­szyng­to­nie!

- Dla­cze­go? - spy­tała Ka­sia.

- Wiesz, dla­cze­go był taki wspa­niały? - ciągnęła Zośka.

- Bo był pierw­szym pre­zy­den­tem Stanów Zje­do­czo­nych? - zga­dy­wała Ka­sia.

- Nie. - Zośka pokręciła głową. - Bo nie kłamał! - wyjaśniła. - Pamiętasz, jak ściął wiśnio­we drzew­ko swo­je­go ojca? Gdy oj­ciec, widząc to, spy­tał, co się stało, od­po­wie­dział: "Nie mogę skłamać. Ściąłem je".

- Nie pamiętam tego - po­wie­działa Ka­sia. - Cze­kaj, czy to z nie­go wziął ten swój drew­nia­ny ząb1?

Zośka wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Nie mam pojęcia. Nie o to mi cho­dzi, bo w tej hi­sto­rii ważne jest mówie­nie praw­dy. Na pew­no będą o tym opo­wia­da­li na dzi­siej­szej wy­ciecz­ce!

- Może... - zgo­dziła się Ka­sia, ale po­zo­stała ze skrzy­wio­ny­mi usta­mi.

Zośka wes­tchnęła.

- O co cho­dzi? - spy­tała.

- Wiesz - zaczęła Ka­sia - masz rację. Mówie­nie praw­dy jest ważne. Ale czy to coś nie­zwykłego? Bo ja też mówię prawdę. Na przykład te­raz. - Uśmiechnęła się i do­rzu­ciła: - Epi­dermę ci widać!

Zośka przewróciła ocza­mi. Słyszała już ten żart (oczy­wiście od Kasi). Cho­dziło o to, że widać jej było kawałek brzu­cha. Zro­biła minę.

- A po­tra­fisz mówić prawdę bez prze­rwy? - spy­tała przy­ja­ciółkę. - Bez względu na kon­se­kwen­cje?

Zośka wie­działa, że to trud­ne py­ta­nie. Ani ona, ani Ka­sia nie lubiły kon­se­kwen­cji.

Wtem Zośka wstała i krzyknęła na cały au­to­bus:

- Nie mogę kłamać! Rzu­ciłam skórkę od ba­na­na na podłogę stołówki! Spe­cjal­nie!

Usiadła i mrugnęła do Kasi.

Wtem roz­legł się głos ich na­uczy­ciel­ki, pani Mu­chy:

- Kto to po­wie­dział?

Zośka po­now­nie wstała.

- Ja! - rzu­ciła i po­ma­chała ręką.

- Zo­sia Mil­ler - po­wie­działa pani Mu­cha, stojąca z przo­du au­to­bu­su.

Nie była sama.

Ups...

Stała z nią mama Ka­ro­li i tata Pau­li. Obo­je byli opie­ku­na­mi ich kla­sy pod­czas wy­ciecz­ki. Krzyżując ra­mio­na i kręcąc głowa­mi, wyglądali jak wszy­scy ro­dzi­ce. A dzie­ci w kla­sie Zosi za­cho­wały się jak wszyst­kie dzie­ci. Odwróciły się i gapiły na Zosię.

- Muszę po­wie­dzieć, że mnie za­sko­czyłaś - wy­znała pani Mu­cha. - Jeśli to praw­da, nie obej­dzie się bez kon­se­kwen­cji, Zo­siu.

Zośka przy­taknęła. A co tam kon­se­kwen­cje!

- Tak, proszę pani - zgo­dziła się.

- Ju­tro zo­sta­niesz w kla­sie pod­czas długiej prze­rwy - za­po­wie­działa pani Mu­cha. - A te­raz odwróćcie się, dzie­ci, i usiądźcie. Pora ru­szać.

Zośka wes­tchnęła i usiadła. Nie będzie miała prze­rwy? To okrop­ne. Nie pla­no­wała ta­kich kon­se­kwen­cji.

Spoj­rzała na Kasię.

- Wi­dzisz? Niełatwo ciągle mówić prawdę - po­wie­działa.

Ka­sia klepnęła ją w ramię.

- Na­prawdę je­steś Zośką Praw­domówną!

Po­czuły, jak au­to­bus szarpnął do przo­du. Roz­legła się zwrot­ka pio­sen­ki Na wierz­chu spa­ghet­ti. Zośka i Ka­sia nie śpie­wały. Zośka, po pierw­sze, miała dość tej pio­sen­ki, a po dru­gie, "od­siad­ka na prze­rwie" jako kon­se­kwen­cja wciąż ją bolała.

No i chciała opo­wie­dzieć Kasi o swo­ich działaniach jako Zośki Praw­domównej.

- Wiesz co? Je­stem tak szcze­ra, że przy­znałam się ro­dzi­com do wzięcia węża z piątej kla­sy. W do­dat­ku za­nim zdążyła o tym po­wie­dzieć moja sio­stra - chwa­liła się Zośka.

Ka­sia spoj­rzała na nią z lek­kim zdzi­wie­niem, ale i wiel­kim po­dzi­wem.

- Do­stałaś dużą karę? - spy­tała.

Zo­sia uśmiechnęła się i pokręciła głową.

- Nie! I to jest naj­lep­sze - po­wie­działa. - Ro­dzi­ce byli tacy dum­ni z mo­jej praw­domówności, że mnie nie uka­ra­li. Tak jak oj­ciec Je­rze­go Wa­szyng­to­na.

Nie tyl­ko to Zo­sia wy­znała ro­dzi­com. Przy­znała się też do wci­ska­nia ka­bacz­ka pod blat stołu w ja­dal­ni (za każdym ra­zem, gdy ka­ba­czek był na ko­lację).

- Jeju! - zawołała Ka­sia. - A co z piw­nicą? Po­wie­działaś im, dla­cze­go tam śmier­dzi? Że robiłyśmy elik­si­ry?

- A, o tym... - mruknęła Zośka. Za­po­mniała o tym. Nie­mal. - Jesz­cze im o tym nie mówiłam.

- A po­wie­działaś o pończo­chach two­jej mamy? Tych, którymi się bawiłyśmy w po­kaz mody? Po­wie­działaś, że to nie Tup­tu­sia je po­rwała, tyl­ko my? - do­py­ty­wała się Ka­sia.

- Eeee, nie... - od­po­wie­działa Zośka.

I nie bar­dzo chciała się do tego przy­zna­wać. Tup­tu­sia była małą kicią. Nie mogła zo­stać uka­ra­na, a Zośka - mogła.

Sko­ro jed­nak miała mówić prawdę, bez względu na kon­se­kwen­cje, to...

- Po­wiem im - oświad­czyła. - Po­wiem! Obie­cuję!

Od te­raz Zośka będzie całko­wi­cie i ab­so­lut­nie praw­domówna. O tym świad­czyło jej nowe imię.

A te­raz, całko­wi­cie i prawdę mówiąc, za­czy­nała robić się głodna.

Wyłowiła więc z ple­ca­ka swoją to­rebkę z dru­gim śnia­da­niem.

- Cie­ka­we, co mama mi za­pa­ko­wała - za­in­te­re­so­wała się.

Otwo­rzyła to­rebkę i już wie­działa.

Ktoś o głosie pełnym pre­ten­sji, siedzący dwa rzędy przed Zosią, też wie­dział.

- Eee... Fuj! - pisnęła Wera Hof­f­man.

Wera ro­zej­rzała się wokół, za­ty­kając nos.

- Szyb­ko, Ka­siu! Otwórz okno! - po­le­ciła szep­tem Zośka.

Błyska­wicz­nie za­mknęła to­rebkę z dru­gim śnia­da­niem, lecz było już za późno. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Wery, Lila Le­biod­ka, też złapała się za nos.

- Oj! - zawołała. - Fuj!

- Kto za­brał ze sobą pastę ja­jeczną? - spy­tała Wera.

Ka­sia spoj­rzała na Zośkę, a Zośka na Kasię.

Zośka, naj­wol­niej jak umiała, pod­niosła rękę.

- Eee... ja - wy­znała zgod­nie z prawdą.

Wszy­scy w au­to­bu­sie zaczęli po­war­ki­wać.

- Uspokójcie się, dzie­ci! - zawołała pani Mu­cha.

"Wiel­kie dzięki" - pomyślała Zośka.

Kiedy dzie­ci z kla­sy Zośki wy­siadły z au­to­bu­su, po­deszła do nich pani prze­wod­nicz­ka. Zośka roz­po­znała ją po ka­pe­lu­szu zwa­nym Wędzo­ny Miś2. I to jesz­cze za­nim ko­bie­ta po­wie­działa:

- Wi­taj­cie! Na­zy­wam się Je­lo­nek, je­stem tu prze­wod­niczką.

Uśmiech pani Je­lo­nek był bar­dzo sze­ro­ki, a ona bar­dzo wy­so­ka.

- Wi­taj­cie w miej­scu uro­dze­nia Je­rze­go Wa­szyng­to­na. Czy ktoś z was był już u nas?

Oczy­wiście rękę pod­niosła Wera. Lubiła się chwa­lić tym, co już zro­biła (choć cza­sem była to nie­praw­da).

Większość dzie­ci pokręciła głowa­mi.

- Ja nie byłam - wy­znała szcze­rze Zośka. - Mama chciała raz przy­je­chać, ale tata po­wie­dział, że tu jest nud­no. A do tego mój młod­szy brat Maks nie chciał już sie­dzieć w spa­cerówce. Ostat­nim ra­zem, gdy go gdzieś za­bra­liśmy, wy­sko­czył z niej i mie­liśmy kłopo­ty. Więc zo­sta­liśmy w domu i ba­wi­liśmy się na wod­nej śli­zgaw­ce, bo to nie jest nud­ne i można ska­kać do woli.

Prze­wod­nicz­ka spoj­rzała na Zośkę.

- Ojej! - zawołała z uśmie­chem. - Mamy tu­taj gadułę, praw­da?

Stojący za panią Je­lo­nek Tobi roześmiał się. Zośka słyszała go bar­dzo wyraźnie. Ar­chie­go też. I Werę. I Lilkę. I resztę kla­sy.

Zośka miała ochotę po­wie­dzieć: "Prze­pra­szam. To nie jest śmiesz­nie. Spójrz­cie na moją ko­szulkę. Od razu widać, że nie je­stem Gadułą, tyl­ko Praw­domówną".

Ale pani prze­wod­nicz­ka już się odwróciła.

- Do­brze-bo­brze, za­czy­na­my! - zawołała.

I po­pro­wa­dziła klasę ścieżką wzdłuż rze­ki. Mi­ja­li cie­ni­ste drze­wa i drew­nia­ne płoty. Za jed­nym płotem pasły się owce, za in­nym stały kro­wy. Były tam też maleńkie białe dom­ki i wiel­ki bu­dy­nek z cegły.

Prze­wod­nicz­ka nie za­trzy­mała się przy żad­nym z nich, ale za­miast tego stanęła przed kil­ko­ma li­nia­mi na zie­mi, ułożony­mi z białych ka­mie­ni.

- Oto dom, w którym uro­dził się Je­rzy Wa­szyng­ton - oświad­czyła.

- Co? - za­py­tała Zośka i wska­zała na duży, ce­gla­ny bu­dy­nek. - Czy nie cho­dzi pani o tam­ten dom? - I jesz­cze dodała: - A tak przy oka­zji, to nie je­stem gadułą. Je­stem po pro­stu praw­domówna.

- Zo­siu - ode­zwała się pani Mu­cha stojąca za klasą. - Pozwólmy pani prze­wod­nicz­ce skończyć mówić, za­nim my za­cznie­my.

Prze­wod­nicz­ka Je­lo­nek uśmiechnęła się sze­ro­ko.

- Nic nie szko­dzi - po­wie­działa. - Prawdę mówiąc, je­stem za­do­wo­lo­na, że o to py­tasz. Ten duży ce­gla­ny dom nie należał do Je­rze­go Wa­szyng­to­na. Zbu­do­wa­no go później. Jego praw­dzi­wy dom nie tak wyglądał, ale dość po­dob­nie.

Zośka zmarsz­czyła brwi.

- Dla­cze­go nie pokaże nam pani jego praw­dzi­we­go domu? - spy­tała.

- Po­nie­waż praw­dzi­wy dom spłonął w 1779 roku - wyjaśniła prze­wod­nicz­ka i wska­zała na białe li­nie na zie­mi. - Je­dy­ne, co można zo­ba­czyć z pierw­sze­go domu Wa­szyng­to­na to ob­rys, który sami wy­ko­na­liśmy.

Dru­ga kla­so­wa Zo­sia, Zo­sia A., zadała pani Je­lo­nek py­ta­nie:

- Czy Je­rze­mu Wa­szyng­to­no­wi nic się nie stało?

- Zupełnie nic - od­po­wie­działa prze­wod­nicz­ka. - Gdy dom spłonął, już tu nie miesz­kał. Do­wo­dził wte­dy armią w Woj­nie o Nie­pod­ległość. Ale po­wiem wam, że to nie była jego pierw­sza pra­ca. Czy ktoś wie, co nią było?

Jako pierw­sza pod­niosła rękę Wera. Jak zwy­kle.

- Był pre­zy­den­tem! - od­po­wie­działa.

- Byłaś bli­sko, ale nie. To zajęcie przyszło później. Pierwszą pracę Je­rzy Wa­szyng­ton wy­ko­ny­wał jako geo­de­ta. Czy ktoś wie, kto to jest? - spy­tała pani Je­lo­nek.

Wera znów pod­niosła rękę.

- Tak? - zachęciła ja prze­wod­nicz­ka.

Wera otwo­rzyła usta. A po­tem za­mknęła.

- E... nie wiem - przy­znała.

- Czy ktoś wie? - zachęcała prze­wod­nicz­ka.

Ode­zwała się Zośka:

- Nie mam pojęcia! Ale wy­da­je mi się, że to ma coś wspólne­go z di­no­zau­ra­mi.

Prze­wod­nicz­ka roześmiała się.

- Ba­da­niem śladów di­no­zaurów mogą zaj­mo­wać się między in­ny­mi geo­lo­dzy. Na­to­miast Je­rzy Wa­szyng­ton jako geo­de­ta zaj­mo­wał się mie­rze­niem zie­mi.

Mie­rze­niem zie­mi? Ba­da­nie di­no­zaurów wy­da­wało się Zośce o wie­le cie­kaw­sze.

- Je­rzy Wa­szyng­ton na­uczył się mie­rze­nia zie­mi sam, kie­dy miał za­le­d­wie piętnaście lat - ciągnęła prze­wod­nicz­ka. - A je­den z pierw­szych kawałków zie­mi, które zmie­rzył, to ten, na którym sto­icie.

Zośka ziewnęła i oparła się o Kasię.

- Tata miał rację. To strasz­na nuda - po­wie­działa i wes­tchnęła.

- Prze­pra­szam, nie usłyszałam? Co po­wie­działaś? - spy­tała z uśmie­chem prze­wod­nicz­ka.

Zośka za­gryzła wargę. Chciała po­wie­dzieć, że "nic", ale nie mogła. W końcu znów wes­tchnęła.

- No... Po­wie­działam, że mój tata miał rację. Tu jest nud­no. Prze­pra­szam - dodała szyb­ko.

- Och, Zo­siu... - Pani Mu­cha pokręciła głową.

Zośka wstrzy­mała od­dech. Za­sta­na­wiała się, czy pani prze­wod­nicz­ka się zde­ner­wu­je, ale ona wciąż tyl­ko się uśmie­chała.

- Masz rację. Więcej cie­ka­wych rze­czy jest da­lej. Idzie­my! - zarządziła.

Pani Je­lo­nek ru­szyła przo­dem, a kla­sa Zośki za nią.

Do Zosi dołączyła Ewa.

- Dzięki! Nie chciałam głośno mówić, ale też za­czy­nałam się nu­dzić - po­wie­działa.

- I ja też - dodała Maja.

Zośka uśmiechnęła się do nich.

- Dro­biazg. Na­zy­waj­cie mnie po pro­stu: Zośką Praw­domówną!

Prze­wod­nicz­ka Je­lo­nek po­wiodła wy­cieczkę ce­glaną ścieżką do jed­ne­go z nie­wiel­kich bu­dynków. Miał drzwi duże jak w sto­do­le. Zośka z ko­le­ga­mi i koleżan­ka­mi weszła do środ­ka.

Ro­zej­rzała się. Na półkach i ław­kach było pełno narzędzi i tro­cin. Pa­no­wał tu okrop­ny bałagan.

- To wygląda jak warsz­tat mo­je­go taty - po­wie­działa głośno Zo­sia.

Prze­wod­nicz­ka znów się roześmiała.

- Bo to jest warsz­tat! - przy­znała. - Tu­taj pra­co­wa­li ko­wa­le i sto­la­rze. Bo mu­si­cie wie­dzieć, że każda far­ma funk­cjo­no­wała jak mała wieś. Wszyst­ko, cze­go lu­dzie po­trze­bo­wa­li, mu­sie­li zro­bić sami.

- Na­wet te­le­wi­zo­ry? - spy­tał Da­rek.

Zośka przy­po­mniała so­bie, że Da­rek bar­dzo lubił te­le­wizję. Za­wsze opo­wia­dał o ja­kichś pro­gra­mach.

- Te­le­wi­zorów nie ro­bi­li - wyjaśniła pani prze­wod­nik - bo wówczas nie było te­le­wi­zji.

- Szko­da! - mruknął Da­rek.

- Na­to­miast w tam­tych cza­sach lu­dzie mie­li gwoździe, haki, pudła, wia­dra i ko­sze. - Pani Je­lo­nek pod­no­siła je i pre­zen­to­wała uczniom.

Po­tem po­ka­zała im bu­dyn­ki, w których ro­bio­no inne rze­czy.

W przędzal­ni prze­kształcano wełnę po­chodzącą od owiec w przędzę. Po­tem tka­no z niej ma­te­riały i szy­to ko­szu­le, spodnie i płasz­cze. W mle­czar­ni z mle­ka ro­bio­no sery i masło. Był też spe­cjal­ny bu­dy­nek, w którym wy­twa­rza­no sok z jabłek.

Zośka bar­dzo lubiła sok jabłkowy. Pomyślała więc, że do­brze by byłomieć taki bu­dy­nek.

- A wie­cie, że oj­ciec Je­rze­go Wa­szyng­to­na miał tysiąc jabłoni? - za­py­tała prze­wod­nicz­ka uczniów.

Jabłonie! To o czymś Zośce przy­po­mniało. Po­ma­chała ręką i pani prze­wod­nicz­ka dała jej głos.

- Ale ile mie­li drze­wek wiśnio­wych? - spy­tała Zośka.

Prze­wod­nicz­ka pomyślała chwilę.

- Żad­ne­go, o ile mi wia­do­mo - od­po­wie­działa.

Żad­ne­go? Zośka zmarsz­czyła czoło. To nie­możliwe.

- Cho­dzi mi o to, że Je­rzy Wa­szyng­ton jed­no ściął - uściśliła.

- A, o tym mówisz! - Pani Je­lo­nek pra­wie za­chi­cho­tała. - Masz na myśli tę słynną opo­wieść, praw­da?

- Tak - przy­znała Zośka.

- Nie­ste­ty, to tyl­ko le­gen­da. Je­steśmy pew­ni, że to nie była praw­da - przy­znała pani prze­wod­nik.

"Jak to?" - zdu­miała się Zośka.

- Co pani mówi? - zaczęła. - Po co ktoś by kłamał, żeby po­ka­zać, jak Je­rzy Wa­szyng­ton był uczci­wy?

Prze­wod­nicz­ka Je­lo­nek wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Do­bre py­ta­nie.

"Dziękuję" - pomyślała Zośka, a głośno za­py­tała:

- Nie ma ja­kichś praw­dzi­wych opo­wieści, które po­twier­dziłyby, że był uczci­wy?

Prze­wod­nicz­ka w zamyśle­niu po­tarła brodę.

- Hm... Żadna nie przy­cho­dzi mi do głowy - od­po­wie­działa. - Ale to nie ozna­cza, że Je­rzy Wa­szyng­ton był nie­uczci­wy.

Zośka pokręciła głową. Wciąż nie mogła uwie­rzyć, że Je­rzy Wa­szyng­ton nie ściął wiśnio­we­go drzew­ka. Mogła się jed­nak założyć, że ściąłby je, gdy­by mógł. I oczy­wiście przy­znałby się do tego swo­je­mu ta­cie.

- Kto chce te­raz zo­ba­czyć kuch­nię? - spy­tała prze­wod­nicz­ka.

Zośka pod­niosła rękę.

- Ja nie! - zawołała, mając już dość tych bu­dynków. - Wolałabym pójść na pa­stwi­sko pogłaskać owce. Bar­dzo bym też chciała zjeść te­raz dru­gie śnia­da­nie. Mam ka­napkę z pastą ja­jeczną, a jest dość gorąco i nie chcę, żeby się ze­psuła. Kie­dyś zjadłam ze­psutą ka­napkę z tuńczy­kiem i zwy­mio­to­wałam. Na wszyst­ko do­okoła.

Kil­ko­ro uczniów za­chi­cho­tało.

Prze­wod­nicz­ka spoj­rzała na Zośkę.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa. - Ale wa­sze ka­nap­ki są w lodówce, więc nic im nie gro­zi. A je­stem pew­na, że spodo­ba się wam to, co te­raz zro­bi­my. Ma­cie jesz­cze ja­kieś py­ta­nia, za­nim ru­szy­my?

Da­rek pod­niósł rękę.

- Słucham - pani prze­wod­nicz­ka dała mu głos.

- Jaki pro­gram w te­le­wi­zji lubi pani naj­bar­dziej? - spy­tał Da­rek.

Prze­wod­nicz­ka po­now­nie się uśmiechnęła.

- Cho­dziło mi o py­ta­nia do­tyczące hi­sto­rii...

Ro­zej­rzała się po uczniach. Wszy­scy, patrząc jej w oczy, pokręcili głowa­mi.

- Nie? W ta­kim ra­zie chodźmy do kuch­ni - zde­cy­do­wała pani Je­lo­nek, a zwra­cając się do Dar­ka, mrugnęła okiem: - Bar­dzo lubię pro­gra­my ta­necz­ne.