Zośka Gaduła - Lara Bergen

Reflow text when sidebars are open.
Zośka była taka szczęśliwa! I nie tylko dlatego, że jechała na wycieczkę (choć bardzo lubiła wycieczki). Była szczęśliwa również z tego powodu, że znalazła idealne imię. Ono czyniło ją wyjątkową. Mówiło samo za siebie!
- Nie nazywaj mnie już Zośką M. Od dziś jestem Zośką Prawdomówną! - powiedziała do swojej przyjaciółki Kasi, kiedy wsiadały do wycieczkowego autobusu.
Trzecia klasa pani Muchy wybierała się do miejsca, w którym urodził się Jerzy Waszyngton. Zośka była bardzo zadowolona z tego, że coś niezwykłego zdarzyło się w pobliżu miasteczka Średniaki Górne, w którym mieszkała. Czasem była przekonana, niestety, że to najnudniejsze miejsce na świecie.
Dawniej myślała również, że jest najnudniejszą dziewczynką na świecie.
Tak było do dnia, gdy powiedziała pani Musze prawdę o zabraniu piątej klasie węża. Teraz na pewno była najbardziej prawdomówna w klasie. A może nawet w całej szkole!
- A tak w ogóle, Kasiu - ciągnęła Zośka. - Czy powiedziałam ci już, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką?
Kasia uśmiechnęła się.
- A ty moją! - wyznała.
Zośka odwzajemniła uśmiech i chwyciła Kasię za rękę. Potem pociągnęła przyjaciółkę w kierunku ostatniego rzędu siedzeń w autobusie. Tam były ich ulubione miejsca. Głównie dlatego, że najbardziej na nich trzęsło.
Gdy jednak przyjaciółki tam dotarły, pojawił się problem. Ostatnie siedzenia były zajęte! I to przez Tobiego i Archiego!
Tobiasz Majcher i Archimedes Dąbek byli najokropniejszymi chłopakami w klasie. Zośka miała co do tego stuprocentową pewność. Byli bardzo hałaśliwi i bardzo Ohydni (przez duże O). No a teraz zajęli obie pary tylnych siedzeń, chociaż wiedzieli, że Zośka i Kasia bardzo lubią tam siedzieć.
Okazali się przez to jeszcze gorsi!
Oczywiście Zośka była do nich przyzwyczajona. Tobi dokuczał jej na różne sposoby. Zwykle zachowywała się jednak tak, jakby miała to wszystko w nosie, ale dziś nie mogła tak zrobić. W końcu była Zośką Prawdomówną!
- Muszę być z tobą szczera - zwróciła się do Tobiego. - To mi się bardzo nie podoba.
Tobi obdarzył ją szerokim uśmiechem.
- I dobrze! - oświadczył, a następnie wywalił na Zosię język.
Archi się roześmiał.
Zośka nie przestawała być szczera.
- Mam ochotę cię uszczypnąć - powiedziała.
Tobi zmarszczył czoło i skrzyżował ramiona.
- Ale nie zrobię tego - ciągnęła Zośka. - Bo nie chcę mieć kłopotów tak jak ostatnio. Więc zamiast tego usiądę obok ciebie. A Kasia usiądzie obok Archiego.
- Naprawdę?! - spytała Kasia.
- Naprawdę?! - spytali chórem Tobi i Archi.
- Tak - odpowiedziała Zośka Kasi, ignorując chłopaków. - Choć obie nie mamy na to ochoty. Usiądziemy dlatego, że są wolne miejsca. I dlatego, że im się to nie podoba. I dlatego, że jeśli nas nie wpuszczą, to powiem pani, a ona im pokaże.
Mówiąc to, Zosia uśmiechnęła się i usiadła obok Tobiego. I wywaliła na niego język.
- O, fuj! Dziewczyny-wszyny! - zawołał Tobi. Podskoczył na siedzeniu i spojrzał na Archiego. - Chodź! Spadamy! Tak daleko od nich, jak tylko się da! - dodał.
Minutę później Zośka i Kasia miały nie po jednym miejscu z tyłu, ale po dwa! Ale i tak siedziały razem, bo były przecież najlepszymi przyjaciółkami.
- Podoba mi się, że jesteś Zośką Prawdomówną! - powiedziała Kasia.
I przybiły sobie piątkę.
Potem Kasia wykrzywiła usta i spytała:
- Czy ja też mogę być szczera?
- Pewnie! - Zośce to pytanie wydało się dziwne.
Kasia wzruszyła ramionami.
- Chodzi o to, że "Zośka Prawdomówna"... no, nie wiem... ale to dość słabe określenie. Nie sądzisz?
- No, wiesz... - zaczęła Zośka, a potem westchnęła. - Zgoda. Być może tak.
Szczerze mówiąc, Zośka uważała, że Kasia ma rację. Zośka Prawdomówna nie było tak fajne jak Zośka Wspaniała czy Zośka Bohaterka. Te dwa określenia Zosia wypróbowała wcześniej (choć, niestety, nie przyjęły się, mimo że bardzo chciała).
Ale Zośka Prawdomówna było niezłe. Czyniło ją wyjątkową. A o to właśnie Zosi chodziło!
Poza tym dzięki niemu wciąż mogła nosić koszulkę, którą zrobiła, kiedy jeszcze była Zośką Bohaterką. I którą teraz miała na sobie. Z przodu widniało na niej kiedyś wielkie B, ale Zosia wytarła dolny brzuszek trochę gumką, a trochę paznokciem, i teraz P mogło oznaczać "Prawdomówną"! I całe szczęście, że tak się stało, bo mama zapowiedziała, że dość bazgrania po koszulkach.
- Może to nie jest ekscytujące określenie, ale jest ważne - powiedziała Zosia do Kasi. - Pomyśl o Jerzym Waszyngtonie!
- Dlaczego? - spytała Kasia.
- Wiesz, dlaczego był taki wspaniały? - ciągnęła Zośka.
- Bo był pierwszym prezydentem Stanów Zjedoczonych? - zgadywała Kasia.
- Nie. - Zośka pokręciła głową. - Bo nie kłamał! - wyjaśniła. - Pamiętasz, jak ściął wiśniowe drzewko swojego ojca? Gdy ojciec, widząc to, spytał, co się stało, odpowiedział: "Nie mogę skłamać. Ściąłem je".
- Nie pamiętam tego - powiedziała Kasia. - Czekaj, czy to z niego wziął ten swój drewniany ząb1?
Zośka wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Nie o to mi chodzi, bo w tej historii ważne jest mówienie prawdy. Na pewno będą o tym opowiadali na dzisiejszej wycieczce!
- Może... - zgodziła się Kasia, ale pozostała ze skrzywionymi ustami.
Zośka westchnęła.
- O co chodzi? - spytała.
- Wiesz - zaczęła Kasia - masz rację. Mówienie prawdy jest ważne. Ale czy to coś niezwykłego? Bo ja też mówię prawdę. Na przykład teraz. - Uśmiechnęła się i dorzuciła: - Epidermę ci widać!
Zośka przewróciła oczami. Słyszała już ten żart (oczywiście od Kasi). Chodziło o to, że widać jej było kawałek brzucha. Zrobiła minę.
- A potrafisz mówić prawdę bez przerwy? - spytała przyjaciółkę. - Bez względu na konsekwencje?
Zośka wiedziała, że to trudne pytanie. Ani ona, ani Kasia nie lubiły konsekwencji.
Wtem Zośka wstała i krzyknęła na cały autobus:
- Nie mogę kłamać! Rzuciłam skórkę od banana na podłogę stołówki! Specjalnie!
Usiadła i mrugnęła do Kasi.
Wtem rozległ się głos ich nauczycielki, pani Muchy:
- Kto to powiedział?
Zośka ponownie wstała.
- Ja! - rzuciła i pomachała ręką.
- Zosia Miller - powiedziała pani Mucha, stojąca z przodu autobusu.
Nie była sama.
Ups...
Stała z nią mama Karoli i tata Pauli. Oboje byli opiekunami ich klasy podczas wycieczki. Krzyżując ramiona i kręcąc głowami, wyglądali jak wszyscy rodzice. A dzieci w klasie Zosi zachowały się jak wszystkie dzieci. Odwróciły się i gapiły na Zosię.
- Muszę powiedzieć, że mnie zaskoczyłaś - wyznała pani Mucha. - Jeśli to prawda, nie obejdzie się bez konsekwencji, Zosiu.
Zośka przytaknęła. A co tam konsekwencje!
- Tak, proszę pani - zgodziła się.
- Jutro zostaniesz w klasie podczas długiej przerwy - zapowiedziała pani Mucha. - A teraz odwróćcie się, dzieci, i usiądźcie. Pora ruszać.
Zośka westchnęła i usiadła. Nie będzie miała przerwy? To okropne. Nie planowała takich konsekwencji.
Spojrzała na Kasię.
- Widzisz? Niełatwo ciągle mówić prawdę - powiedziała.
Kasia klepnęła ją w ramię.
- Naprawdę jesteś Zośką Prawdomówną!
Poczuły, jak autobus szarpnął do przodu. Rozległa się zwrotka piosenki Na wierzchu spaghetti. Zośka i Kasia nie śpiewały. Zośka, po pierwsze, miała dość tej piosenki, a po drugie, "odsiadka na przerwie" jako konsekwencja wciąż ją bolała.
No i chciała opowiedzieć Kasi o swoich działaniach jako Zośki Prawdomównej.
- Wiesz co? Jestem tak szczera, że przyznałam się rodzicom do wzięcia węża z piątej klasy. W dodatku zanim zdążyła o tym powiedzieć moja siostra - chwaliła się Zośka.
Kasia spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem, ale i wielkim podziwem.
- Dostałaś dużą karę? - spytała.
Zosia uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- Nie! I to jest najlepsze - powiedziała. - Rodzice byli tacy dumni z mojej prawdomówności, że mnie nie ukarali. Tak jak ojciec Jerzego Waszyngtona.
Nie tylko to Zosia wyznała rodzicom. Przyznała się też do wciskania kabaczka pod blat stołu w jadalni (za każdym razem, gdy kabaczek był na kolację).
- Jeju! - zawołała Kasia. - A co z piwnicą? Powiedziałaś im, dlaczego tam śmierdzi? Że robiłyśmy eliksiry?
- A, o tym... - mruknęła Zośka. Zapomniała o tym. Niemal. - Jeszcze im o tym nie mówiłam.
- A powiedziałaś o pończochach twojej mamy? Tych, którymi się bawiłyśmy w pokaz mody? Powiedziałaś, że to nie Tuptusia je porwała, tylko my? - dopytywała się Kasia.
- Eeee, nie... - odpowiedziała Zośka.
I nie bardzo chciała się do tego przyznawać. Tuptusia była małą kicią. Nie mogła zostać ukarana, a Zośka - mogła.
Skoro jednak miała mówić prawdę, bez względu na konsekwencje, to...
- Powiem im - oświadczyła. - Powiem! Obiecuję!
Od teraz Zośka będzie całkowicie i absolutnie prawdomówna. O tym świadczyło jej nowe imię.
A teraz, całkowicie i prawdę mówiąc, zaczynała robić się głodna.
Wyłowiła więc z plecaka swoją torebkę z drugim śniadaniem.
- Ciekawe, co mama mi zapakowała - zainteresowała się.
Otworzyła torebkę i już wiedziała.
Ktoś o głosie pełnym pretensji, siedzący dwa rzędy przed Zosią, też wiedział.
- Eee... Fuj! - pisnęła Wera Hoffman.
Wera rozejrzała się wokół, zatykając nos.
- Szybko, Kasiu! Otwórz okno! - poleciła szeptem Zośka.
Błyskawicznie zamknęła torebkę z drugim śniadaniem, lecz było już za późno. Najlepsza przyjaciółka Wery, Lila Lebiodka, też złapała się za nos.
- Oj! - zawołała. - Fuj!
- Kto zabrał ze sobą pastę jajeczną? - spytała Wera.
Kasia spojrzała na Zośkę, a Zośka na Kasię.
Zośka, najwolniej jak umiała, podniosła rękę.
- Eee... ja - wyznała zgodnie z prawdą.
Wszyscy w autobusie zaczęli powarkiwać.
- Uspokójcie się, dzieci! - zawołała pani Mucha.
"Wielkie dzięki" - pomyślała Zośka.
Kiedy dzieci z klasy Zośki wysiadły z autobusu, podeszła do nich pani przewodniczka. Zośka rozpoznała ją po kapeluszu zwanym Wędzony Miś2. I to jeszcze zanim kobieta powiedziała:
- Witajcie! Nazywam się Jelonek, jestem tu przewodniczką.
Uśmiech pani Jelonek był bardzo szeroki, a ona bardzo wysoka.
- Witajcie w miejscu urodzenia Jerzego Waszyngtona. Czy ktoś z was był już u nas?
Oczywiście rękę podniosła Wera. Lubiła się chwalić tym, co już zrobiła (choć czasem była to nieprawda).
Większość dzieci pokręciła głowami.
- Ja nie byłam - wyznała szczerze Zośka. - Mama chciała raz przyjechać, ale tata powiedział, że tu jest nudno. A do tego mój młodszy brat Maks nie chciał już siedzieć w spacerówce. Ostatnim razem, gdy go gdzieś zabraliśmy, wyskoczył z niej i mieliśmy kłopoty. Więc zostaliśmy w domu i bawiliśmy się na wodnej ślizgawce, bo to nie jest nudne i można skakać do woli.
Przewodniczka spojrzała na Zośkę.
- Ojej! - zawołała z uśmiechem. - Mamy tutaj gadułę, prawda?
Stojący za panią Jelonek Tobi roześmiał się. Zośka słyszała go bardzo wyraźnie. Archiego też. I Werę. I Lilkę. I resztę klasy.
Zośka miała ochotę powiedzieć: "Przepraszam. To nie jest śmiesznie. Spójrzcie na moją koszulkę. Od razu widać, że nie jestem Gadułą, tylko Prawdomówną".
Ale pani przewodniczka już się odwróciła.
- Dobrze-bobrze, zaczynamy! - zawołała.
I poprowadziła klasę ścieżką wzdłuż rzeki. Mijali cieniste drzewa i drewniane płoty. Za jednym płotem pasły się owce, za innym stały krowy. Były tam też maleńkie białe domki i wielki budynek z cegły.
Przewodniczka nie zatrzymała się przy żadnym z nich, ale zamiast tego stanęła przed kilkoma liniami na ziemi, ułożonymi z białych kamieni.
- Oto dom, w którym urodził się Jerzy Waszyngton - oświadczyła.
- Co? - zapytała Zośka i wskazała na duży, ceglany budynek. - Czy nie chodzi pani o tamten dom? - I jeszcze dodała: - A tak przy okazji, to nie jestem gadułą. Jestem po prostu prawdomówna.
- Zosiu - odezwała się pani Mucha stojąca za klasą. - Pozwólmy pani przewodniczce skończyć mówić, zanim my zaczniemy.
Przewodniczka Jelonek uśmiechnęła się szeroko.
- Nic nie szkodzi - powiedziała. - Prawdę mówiąc, jestem zadowolona, że o to pytasz. Ten duży ceglany dom nie należał do Jerzego Waszyngtona. Zbudowano go później. Jego prawdziwy dom nie tak wyglądał, ale dość podobnie.
Zośka zmarszczyła brwi.
- Dlaczego nie pokaże nam pani jego prawdziwego domu? - spytała.
- Ponieważ prawdziwy dom spłonął w 1779 roku - wyjaśniła przewodniczka i wskazała na białe linie na ziemi. - Jedyne, co można zobaczyć z pierwszego domu Waszyngtona to obrys, który sami wykonaliśmy.
Druga klasowa Zosia, Zosia A., zadała pani Jelonek pytanie:
- Czy Jerzemu Waszyngtonowi nic się nie stało?
- Zupełnie nic - odpowiedziała przewodniczka. - Gdy dom spłonął, już tu nie mieszkał. Dowodził wtedy armią w Wojnie o Niepodległość. Ale powiem wam, że to nie była jego pierwsza praca. Czy ktoś wie, co nią było?
Jako pierwsza podniosła rękę Wera. Jak zwykle.
- Był prezydentem! - odpowiedziała.
- Byłaś blisko, ale nie. To zajęcie przyszło później. Pierwszą pracę Jerzy Waszyngton wykonywał jako geodeta. Czy ktoś wie, kto to jest? - spytała pani Jelonek.
Wera znów podniosła rękę.
- Tak? - zachęciła ja przewodniczka.
Wera otworzyła usta. A potem zamknęła.
- E... nie wiem - przyznała.
- Czy ktoś wie? - zachęcała przewodniczka.
Odezwała się Zośka:
- Nie mam pojęcia! Ale wydaje mi się, że to ma coś wspólnego z dinozaurami.
Przewodniczka roześmiała się.
- Badaniem śladów dinozaurów mogą zajmować się między innymi geolodzy. Natomiast Jerzy Waszyngton jako geodeta zajmował się mierzeniem ziemi.
Mierzeniem ziemi? Badanie dinozaurów wydawało się Zośce o wiele ciekawsze.
- Jerzy Waszyngton nauczył się mierzenia ziemi sam, kiedy miał zaledwie piętnaście lat - ciągnęła przewodniczka. - A jeden z pierwszych kawałków ziemi, które zmierzył, to ten, na którym stoicie.
Zośka ziewnęła i oparła się o Kasię.
- Tata miał rację. To straszna nuda - powiedziała i westchnęła.
- Przepraszam, nie usłyszałam? Co powiedziałaś? - spytała z uśmiechem przewodniczka.
Zośka zagryzła wargę. Chciała powiedzieć, że "nic", ale nie mogła. W końcu znów westchnęła.
- No... Powiedziałam, że mój tata miał rację. Tu jest nudno. Przepraszam - dodała szybko.
- Och, Zosiu... - Pani Mucha pokręciła głową.
Zośka wstrzymała oddech. Zastanawiała się, czy pani przewodniczka się zdenerwuje, ale ona wciąż tylko się uśmiechała.
- Masz rację. Więcej ciekawych rzeczy jest dalej. Idziemy! - zarządziła.
Pani Jelonek ruszyła przodem, a klasa Zośki za nią.
Do Zosi dołączyła Ewa.
- Dzięki! Nie chciałam głośno mówić, ale też zaczynałam się nudzić - powiedziała.
- I ja też - dodała Maja.
Zośka uśmiechnęła się do nich.
- Drobiazg. Nazywajcie mnie po prostu: Zośką Prawdomówną!
Przewodniczka Jelonek powiodła wycieczkę ceglaną ścieżką do jednego z niewielkich budynków. Miał drzwi duże jak w stodole. Zośka z kolegami i koleżankami weszła do środka.
Rozejrzała się. Na półkach i ławkach było pełno narzędzi i trocin. Panował tu okropny bałagan.
- To wygląda jak warsztat mojego taty - powiedziała głośno Zosia.
Przewodniczka znów się roześmiała.
- Bo to jest warsztat! - przyznała. - Tutaj pracowali kowale i stolarze. Bo musicie wiedzieć, że każda farma funkcjonowała jak mała wieś. Wszystko, czego ludzie potrzebowali, musieli zrobić sami.
- Nawet telewizory? - spytał Darek.
Zośka przypomniała sobie, że Darek bardzo lubił telewizję. Zawsze opowiadał o jakichś programach.
- Telewizorów nie robili - wyjaśniła pani przewodnik - bo wówczas nie było telewizji.
- Szkoda! - mruknął Darek.
- Natomiast w tamtych czasach ludzie mieli gwoździe, haki, pudła, wiadra i kosze. - Pani Jelonek podnosiła je i prezentowała uczniom.
Potem pokazała im budynki, w których robiono inne rzeczy.
W przędzalni przekształcano wełnę pochodzącą od owiec w przędzę. Potem tkano z niej materiały i szyto koszule, spodnie i płaszcze. W mleczarni z mleka robiono sery i masło. Był też specjalny budynek, w którym wytwarzano sok z jabłek.
Zośka bardzo lubiła sok jabłkowy. Pomyślała więc, że dobrze by byłomieć taki budynek.
- A wiecie, że ojciec Jerzego Waszyngtona miał tysiąc jabłoni? - zapytała przewodniczka uczniów.
Jabłonie! To o czymś Zośce przypomniało. Pomachała ręką i pani przewodniczka dała jej głos.
- Ale ile mieli drzewek wiśniowych? - spytała Zośka.
Przewodniczka pomyślała chwilę.
- Żadnego, o ile mi wiadomo - odpowiedziała.
Żadnego? Zośka zmarszczyła czoło. To niemożliwe.
- Chodzi mi o to, że Jerzy Waszyngton jedno ściął - uściśliła.
- A, o tym mówisz! - Pani Jelonek prawie zachichotała. - Masz na myśli tę słynną opowieść, prawda?
- Tak - przyznała Zośka.
- Niestety, to tylko legenda. Jesteśmy pewni, że to nie była prawda - przyznała pani przewodnik.
"Jak to?" - zdumiała się Zośka.
- Co pani mówi? - zaczęła. - Po co ktoś by kłamał, żeby pokazać, jak Jerzy Waszyngton był uczciwy?
Przewodniczka Jelonek wzruszyła ramionami.
- Dobre pytanie.
"Dziękuję" - pomyślała Zośka, a głośno zapytała:
- Nie ma jakichś prawdziwych opowieści, które potwierdziłyby, że był uczciwy?
Przewodniczka w zamyśleniu potarła brodę.
- Hm... Żadna nie przychodzi mi do głowy - odpowiedziała. - Ale to nie oznacza, że Jerzy Waszyngton był nieuczciwy.
Zośka pokręciła głową. Wciąż nie mogła uwierzyć, że Jerzy Waszyngton nie ściął wiśniowego drzewka. Mogła się jednak założyć, że ściąłby je, gdyby mógł. I oczywiście przyznałby się do tego swojemu tacie.
- Kto chce teraz zobaczyć kuchnię? - spytała przewodniczka.
Zośka podniosła rękę.
- Ja nie! - zawołała, mając już dość tych budynków. - Wolałabym pójść na pastwisko pogłaskać owce. Bardzo bym też chciała zjeść teraz drugie śniadanie. Mam kanapkę z pastą jajeczną, a jest dość gorąco i nie chcę, żeby się zepsuła. Kiedyś zjadłam zepsutą kanapkę z tuńczykiem i zwymiotowałam. Na wszystko dookoła.
Kilkoro uczniów zachichotało.
Przewodniczka spojrzała na Zośkę.
- Rozumiem - powiedziała. - Ale wasze kanapki są w lodówce, więc nic im nie grozi. A jestem pewna, że spodoba się wam to, co teraz zrobimy. Macie jeszcze jakieś pytania, zanim ruszymy?
Darek podniósł rękę.
- Słucham - pani przewodniczka dała mu głos.
- Jaki program w telewizji lubi pani najbardziej? - spytał Darek.
Przewodniczka ponownie się uśmiechnęła.
- Chodziło mi o pytania dotyczące historii...
Rozejrzała się po uczniach. Wszyscy, patrząc jej w oczy, pokręcili głowami.
- Nie? W takim razie chodźmy do kuchni - zdecydowała pani Jelonek, a zwracając się do Darka, mrugnęła okiem: - Bardzo lubię programy taneczne.