Żona - Meg Wolitzer

Reflow text when sidebars are open.
W chwili, kiedy podjęłam decyzję, by od niego odejść, gdy wreszcie powiedziałam sobie dość, znajdowaliśmy się dziesięć tysięcy metrów nad taflą oceanu, pędząc z hukiem przed siebie, choć w iluzji bezruchu i błogiego spokoju. Zupełnie jak w naszym małżeństwie, mogłabym powiedzieć, ale po co burzyć wszystko właśnie teraz? Siedzieliśmy w splendorze pierwszej klasy, na jakiś czas oderwani od obaw i trosk; bez żadnych turbulencji, pod jasnym niebem, a gdzieś za nami, w masce sposępniałego pasażera, siedział zapewne tajny agent ochrony lotu, może skubiąc bez apetytu orzeszki ziemne, a może dając się uwodzić trupiej prozie samolotowego czasopisma. Drinki podano jeszcze przed startem i nieco nas już zmorzyło; z wpółotwartymi ustami opieraliśmy ciężko głowy o podgłówki. Stewardesy w granatowych uniformach dreptały niestrudzenie między rzędami, z koszyczkami pełnymi łakoci, niczym useksowiony zaciąg Czerwonych Kapturków.
- Miałby pan ochotę na ciasteczka, panie Castleman? - zapytała słodko brunetka, pochylając się ku niemu ze szczypczykami w dłoni, a kiedy jej piersi zafalowały przed jego oczami, płynąc ku niemu i cofając się po chwili, wyczułam, jak z furkotem maszynki do ostrzenia noży rusza w nim ten sam odwieczny, niezawodny mechanizm męskiego podniecenia; widok, jakiego doświadczałam tysiące razy przez te kilkadziesiąt lat.
- A pani, pani Castleman? - Kobieta zwróciła się potem do mnie, a ja odmówiłam po krótkim namyśle.
Nie chciałam jej ciasteczek. Niczego od niej nie chciałam.
Tak zmierzaliśmy do kresu małżeństwa, ku chwili, w której raz na zawsze, ostatecznie, wyrwę wtyczkę z gniazdka i odwrócę się od męża, z którym przez długie lata dzieliłam życie. Tak zmierzaliśmy do Helsinek w Finlandii, ku miejscu, o którym nikt nawet nie pomyśli, jeśli nie przyjdzie mu posłuchać Sibeliusa, poleżeć na rozgrzanych mokrych deskach sauny lub pożywić się potrawką z renifera. Kiedy ciasteczka wreszcie rozdano, a chętnych uraczono drinkami, ze skrytek pod sufitem wysunęły się monitory wideo. Nikt w samolocie nie myślał już o śmierci, jak wcześniej, kiedy wszystkie dusze i umysły na pokładzie - te w klasie ekonomicznej, te w biznesowej i tych kilku wybranych - spętane traumą ryku, traumą woni spalanego paliwa i chóralnego jęku furii uwięzionych w silnikach, zespoliły się w wielkim wysiłku woli, pragnąc unieść samolot w chmury, tak jak zahipnotyzowane medium pragnie wygiąć metalową łyżeczkę.
Oczywiście łyżeczka wygina się za każdym razem; jej dzióbek opada niczym więdnący tulipan z ciężką główką. Samolotom nie zawsze udaje się wzbić w powietrze, ale tego wieczoru się udało. Zadowolone mamy wyjęły już dla swych pociech kolorowe książeczki i płatki Cheerios w plastikowych torebkach z pylistym osadem na dnie. Biznesmeni otworzyli laptopy, uruchomili je i czekali, aż na drgających monitorach ustabilizuje się obraz. Nasz tajny agent, jeśli rzeczywiście był na pokładzie, zapewne coś chrupał, przeciągał się bądź poprawiał broń pod poliestrowym, trzaskającym kocykiem. Samolot wzlatywał, wzbijał się w niebo, aż zawisł gdzieś na planowanej wysokości i cicho sunął dalej naprzód, a ja zdecydowałam ostatecznie: odchodzę. Na pewno. Bez odwołania. Na sto procent. Trójka naszych dzieci dawno poszła w świat. Już nic nie zmieni mojej decyzji. Już nie stchórzę.
Spojrzał nagle przez ramię, wpatrzył się we mnie i zapytał:
- Coś się stało? Wyglądasz jakoś nie tego...
- Nic się nie stało - odparłam. - W każdym razie nic, o czym warto teraz mówić - dodałam.
Uznał tę odpowiedź za zadowalającą i wrócił do chrupiących ciasteczek Tollhouse. Lekkie czknięcie wydęło mu na moment policzki jak rechoczącej żabie. Trudno było zakłócić spokój temu człowiekowi; posiadał wszystko, czego dusza zapragnie.
Joseph Castleman, jeden z tych, do których świat należy. Wiadomo chyba, jaki gatunek ludzi mam na myśli: te chodzące autoreklamy, somnambuliczne olbrzymy przetaczające się po globie i powalające na ziemię innych: mężczyzn, kobiety, meble, całe wioski. Co ich obchodzą inni? Wszystko należy do nich; morza i góry, drżące wulkany i bystre potoki. Występuje kilka odmian tego gatunku; Joe to odmiana literacka. Niewysoki, przysadzisty, z obwisłym brzuszkiem; pisarz, który mało sypia, uwielbia topione serki, dobre wino i whisky (specjały te wykorzystuje też do wpuszczania w krwiobieg pigułek mających sprawić, by lipidy nie tężały w nim jak kulki tłuszczu na niemytej patelni), pisarz, który umie się bawić jak mało kto, który nie ma pojęcia, jak zadbać o siebie ani jak zadbać o innych, i który wiele ze swego stylu czerpie z Dylana Thomasa podręcznika etykiety i higieny osobistej.
Siedział teraz obok mnie, w samolocie linii lotniczych Finnair, lot 702, i chętnie przyjmował wszystko, co usłużnie podawała brunetka, każde ciasteczko, cukierka, palonego orzeszka, jednorazowe kapcie ze sztucznego tworzywa, parujący ręczniczek zrolowany ciasno jak Tora. Z pewnością nie odmówiłby, gdyby ta ponętna ciasteczkowa pani obnażyła się przed nim do pasa i z powagą instruktorki poradni laktacyjnej podała mu pierś, delikatnie wsuwając sutek między jego wargi; bez cienia wątpliwości.
Z reguły mężczyźni, do których świat należy, są nadaktywni seksualnie, choć nie zawsze w odniesieniu do swoich żon. Dawno temu, w latach sześćdziesiątych, wskakiwaliśmy do łóżka przy każdej nadarzającej się okazji; niekiedy nawet podczas nudniejszych przyjęć. Barykadowaliśmy się w sypialni gospodarzy i rzucaliśmy na stos pozostawionych tam płaszczy. Wychodzący goście, by odzyskać okrycia, pukali nerwowo do drzwi, a my, pssst... tłumiąc chichot, uciszaliśmy się nawzajem i w pośpiechu dopinaliśmy guziki i zamki błyskawiczne.
Nic takiego nie zdarzyło się nam od bardzo dawna, choć ktoś, kto widziałby nas teraz w samolocie, w drodze do dalekiej Finlandii, mógłby stwierdzić, że zapewne nie mamy powodu do zmartwień i że nocami nasze niemłode ciała nadal chętnie się odszukują.
- Chcesz drugą poduszkę? - zapytał troskliwie.
- Nie. Nie znoszę tych jaśków dla lalek - odparłam. - Aha, nie zapomnij, że doktor Krentz kazał ci prostować nogi.
Wystarczyło na nas spojrzeć - Joan i Joego Castlemanów z Weathermill w stanie Nowy Jork, obecnie na miejscach 3A i 3B - aby się domyślić, dlaczego lecimy do Finlandii. Można by nam nawet zazdrościć - jemu wielkiej mocy wypełniającej każdą szczelinę otyłego, znoszonego już ciała, a mnie całodobowego dostępu do tej mocy; jakby sławny i wybitny mąż pisarz miał być dla żony otwartym na okrągło sklepem; miejscem, do którego może w każdej chwili wejść, by zaczerpnąć Wielki Łyk niezrównanego intelektu, błyskotliwego dowcipu i głębokiej emocji.
Ludzie zwykle sądzili, że dobrana z nas para, i wydaje mi się, że kiedyś, dawno temu, bardzo, bardzo dawno temu, kiedy na chropowatych ścianach w Lascaux powstawały pierwsze szkice, kiedy ziemia była jeszcze niezmierzona i niezbadana, kiedy wszystko jeszcze tchnęło nadzieją, wtedy tak, to mogła być prawda. Bardzo szybko jednak ze wzlotu i chwały młodzieńczej miłości przenieśliśmy się w ciemnozielone bagienne wodorosty tego, co delikatnie nazywa się "latami późniejszymi". Choć mam już sześćdziesiąt cztery lata i dla mężczyzn jestem widoczna nie bardziej niż drobiny kurzu w powietrzu, to kiedyś byłam zgrabną blondynką z dużym biustem, obdarzoną przy tym pewną nieśmiałością, która przyciągała Joego jak miód pszczołę.
Niestety, wcale sobie nie schlebiam; Joego kobiety przyciągały zawsze, kobiety wszelakiego autoramentu, i to od pierwszej chwili, kiedy w 1930 roku przyszedł na świat przez aerodynamiczny tunel dróg rodnych swej matki. Lorna Castleman, teściowa, której nigdy nie poznałam, była kobietą z dużą nadwagą, sentymentalnie rozpoetyzowaną, władczą i nadopiekuńczą, darzącą syna miłością przeznaczoną wyłącznie dla niego. (Patrząc z drugiej strony, część mężczyzn, do których świat należy, w ogóle nie była zauważana w dzieciństwie - zostawiano ich samych na nieprzyjaznych boiskach szkolnych, nawet bez drugiego śniadania).
Kochała go nie tylko Lorna. Kochały go także jej dwie siostry, z którymi dzieliła mieszkanie na Brooklynie, i kochała go babunia Mims, kobieta z wyglądu przypominająca fotelowy podnóżek, słynąca głównie z tego, że robiła "bezkonkurencyjny mostek wołowy". Ojciec Joego, Martin, człowiek słaby i niezaradny, wiecznie nad czymś wzdychający, zmarł nagle na atak serca w swoim sklepie z butami, kiedy Joe miał siedem lat, rzucając syna na pastwę tej szczególnej, żeńskiej cywilizacji.
Sposób, w jaki zawiadomiły go o śmierci ojca, był doprawdy typowy. Joe wrócił ze szkoły i zobaczywszy otwarte drzwi mieszkania, wszedł do środka. Nie zastał nikogo, co było nie do pomyślenia w domostwie, w którym zawsze zdawała się kręcić ta czy inna kobieta, zwykle przygarbiona i zapracowana jak krasnoludek. Joe usiadł przy kuchennym stole i zajął się kawałkiem miękkiej jak gąbka, słodkiej babki; rozmarzony, jak to dzieci, nieobecny wzrokiem, z konstelacją okruszków na brodzie i wargach.
Wkrótce drzwi się otworzyły na oścież i do mieszkania wtoczyły się panie. Najpierw Joe usłyszał płacz, chlipanie i wymowne dmuchanie w chusteczki. Potem, jak na zawołanie, wszystkie jednocześnie zjawiły się w kuchni i stłoczyły wokół stołu. Ich policzki płonęły, zaczerwienione oczy zaszły łzami, a zwykle pieczołowicie pielęgnowane fryzury teraz straciły kształt. Wiedział już, że rozegrał się jakiś dramat, i poczuł, jak podniecenie ściska mu żołądek; początkowo nawet było to przyjemne, ale wkrótce miało się gwałtownie zmienić.
Lorna Castleman uklękła przed krzesłem, na którym siedział syn, jakby miała zamiar się oświadczyć.
- Och, och, mój dzielny, mały chłopczyku - wydusiła z siebie ochrypłym szeptem, delikatnie strząsając okruchy ciasta z jego warg. - Zostaliśmy już tylko my.
Nie inaczej; zostali już tylko oni, jeden chłopak i same kobiety. W tym żeńskim świecie Joe mógł polegać tylko na sobie. Ciotka Lois, stara hipochondryczka, całymi dniami nie rozstawała się z domową encyklopedią medyczną, zgłębiając zmysłowe nazwy kolejnych schorzeń. Ciotka Viv, owładnięta niesłabnącą obsesją na punkcie mężczyzn, zachowywała się w ich towarzystwie dwuznacznie, kręciła się jak fryga, byle pokazać wąski pas pleców spod niedopiętego zamka błyskawicznego w sukni. W środku tego wszystkiego malutka i stareńka babcia Mims, dzierżąca w kuchni berło władzy, triumfalnie wyrywająca z pieczeni termometr do mięs, jakby to był co najmniej Ekskalibur.
Joe błąkał się po tym mieszkaniu niczym rozbitek z wraku, którego nawet dobrze nie pamiętał, w poszukiwaniu podobnych mu niepamiętających rozbitków. Ale takich nie było; był tylko on, jedyny, ukochany chłopczyk, który niebawem dorośnie i stanie się zdrajcą, jednym z wielu mocno skropionych wodą kolońską nikczemników i kanalii. Lornę zdradził mąż przedwczesną śmiercią, która nadeszła bez zapowiedzi i bez ostrzeżenia. Ciotkę Lois zdradziły jej własne zmysły, brak doznań, to, że nigdy w życiu nie poczuła nic do żadnego mężczyzny, jeśli nie liczyć Clarka Gable'a (choć i to na odległość), jego szerokich ramion i odstających uszu, łatwych do uchwycenia zębami w czasie miłosnych uniesień. Ciotkę Viv natomiast ustawicznie zdradzały całe pułki mężczyzn, niewyspanych, seksownych, rozrywkowych, którzy telefonowali do niej o każdej porze dnia i nocy albo przysyłali listy zza mórz, gdzie akurat przyszło im stacjonować.
Kobiety otaczające małego Joego nosiły w sobie złość i żal do wszystkich mężczyzn. Mocno się tego trzymały, ale jednocześnie zgodnie powtarzały, że chłopca te urazy nie dotyczą. Jego jednego kochały, choć trudno mówić o nim jako o mężczyźnie; niewysoki, bystry chłopczyk, z genitaliami przywodzącymi na myśl co najwyżej marcepanki, z ciemnymi, dziewczęcymi lokami, cennym darem płynnego czytania i objawioną nagle po śmierci ojca niemożnością zaśnięcia. Wieczorami Joe przewracał się niespokojnie z boku na bok, próbując myśleć o czymś lekkim i przyjemnym, o bejsbolu albo przeczytanej ostatnio wesołej książce, ale nieodmiennie przed oczami stawał mu w końcu ojciec - unosił się na podniebnej, puszystej chmurce i smutnie wyciągał ku niemu pudełko z parą eleganckich skórzanych butów.
Zwykle około północy Joe poddawał się mocy bezsenności. Wstawał z łóżka i przechodził do ciemnego pokoju bawialnego, gdzie siadał na środku wytartego dywanu i samotnie grał w pchełki. Na tym samym dywanie siadał w ciągu dnia, u stóp swych kobiet, gdy zmęczone zrzucały pantofelki i rozsiadały się na kanapie. Słuchając ich niekończących się i nakładających na siebie opowieści, czuł, że jakimś niepisanym prawem on tu jest panem i zawsze nim będzie.
Kiedy Joe opuścił dom, mógł z ulgą stwierdzić, że jest wreszcie człowiekiem wolnym, ale także w pełni wyedukowanym. Wiedział o kobietach niejedno: o ich westchnieniach, bieliźnie, comiesięcznej bolesnej niedyspozycji, dzikim łaknieniu czekolady, ciętych uwagach, różowych lokówkach ze szpikulcami, a także o nieubłaganej linii czasu rysującej się na kobiecym ciele, którego zdążył zobaczyć już każdy szczegół. Wszystko to będzie mu dobrze znane, gdy spotka kobietę swego życia. Wiedział, że będzie musiał patrzeć, jak z biegiem lat ulega przemianom, aż wreszcie zapada się w sobie; i nic na to nie będzie mógł poradzić. Jasne, teraz może być powabna i podniecająca, ale przyjdzie czas, gdy będzie tylko dostarczycielką mostków wołowych. Postanowił więc nie pamiętać tego, co poznał, udawać, że cała ta wiedza nie przebiła się do jego doskonałej główki. I tak zostawił za sobą ów babski teatr, ruszył przed siebie i wsiadł do trzęsącego pociągu, który zgarnia ludzi z wszystkich mniejszych dzielnic i wwozi ich wprost w fascynujący chaos jedynej dzielnicy, która się naprawdę liczy: Staten Island.
To tylko żart, oczywiście.
Manhattan, rok 1948. Joe wyłania się z kłębów pary nowojorskiego metra i wkracza w mury Columbia University, gdzie poznaje podobnych do niego, inteligentnych i wrażliwych chłopaków. Jako główny kierunek studiów wybiera angielski. Niebawem trafia do redakcji studenckiego pisma literackiego, gdzie niemal z marszu publikuje opowiadanie o staruszce wspominającej dawne lata życia w jakimś zapadłym rosyjskim siole (robaczywe ziemniaki, odmrożone palce u nóg i tak dalej, i tak dalej...). "Opowiadanie żałosne i mizernie napisane", wytkną później krytycy badający młodzieńczą twórczość Joego. Chociaż nieliczni podkreślali, że już wtedy dała się zauważać bujność prozy Castlemana. Joe drży z podniecenia, kocha nowe życie, uwielbia gorączkową atmosferę studenckich wypraw do Ling Palace w Chinatown i smak pierwszych krewetek w pikantnym sosie sojowym - pierwszych krewetek w ogóle, jakichkolwiek, bo prawdę mówiąc, nic, co miało za dom kruchą skorupkę, nie trafiło dotąd do ust Joego Castlemana.
Ust, które niebawem zaznają też warg i języka pierwszej kobiety, a których właściciel w niedługim czasie z chirurgiczną precyzją usuwania zęb, zostanie pozbawiony dziewictwa. Zabieg przeprowadza dziewczyna biedna, ale o wielkim temperamencie, Bonnie Lamp, studentka Barnard College, gdzie jak twierdzi Joe i jego koledzy, otrzymała stypendium za celujące wyniki w nimfomanii. Joe jest zauroczony tyleż sarnooką Bonnie Lamp, ile naturą nieznanego mu dotąd, zachwycającego aktu seksualnego. A poprzez skojarzenie jest też zauroczony samym sobą. No bo dlaczego nie? W końcu wszyscy inni też poddają się jego urokowi.
Gdy kocha się z Bonnie, wchodząc w nią mocno i wolno wychodząc, jest pod wrażeniem krótkich rytmicznych plaśnięć, jakie wydają dopasowujące się części ich ciał, jakby gdzieś w oddali stukały po miękkim linoleum wysokie obcasy jakiejś sekretarki. Fascynują go też inne odgłosy, jakie, już samodzielnie, wydaje z siebie Bonnie Lamp; w czasie snu zdaje się mruczeć jak kotka. Spogląda na nią z czułością, ale i protekcjonalnie, wyobrażając sobie, że dziewczyna śni o kłębku wełny i miseczce mleczka.
"Kłębek wełny, miseczka mleczka i ty", myślał, zakochany w słowach, zakochany w kobietach. Fascynują go ich uległe giętkie ciała, wszystkie te wyniosłości i obfitości. Nie mniej fascynuje go własne ciało. Kiedy mieszkający z nim kolega wychodzi do miasta, Joe zdejmuje ze ściany lustro i długo się w nim przegląda: klatka piersiowa, tu i ówdzie obsypana ciemnym włosem, tors i członek, nadspodziewanie duży, jak na osobę tak niską i krępą.
W wyobraźni przywołuje chwilę swego obrzezania sprzed tylu lat; widzi siebie, jak szamocze się bezradnie w silnych ramionach brodatego mężczyzny, jak aprobuje w buzi koniuszek jego grubego palca umoczonego w koszernym winie, a potem wsysa się w ten palec dziko, jakby z niego chciał wyssać nieistniejącą ciecz, ale czuje tylko miękką kopułkę opuszka, pozbawioną dziurek bijących matczynym mlekiem. Jednak obraz słodkiego wina, sączącego się wolno w jego gardle, upaja go, zaciera skupione wokół niego dumne i wzruszone twarze. Jego ośmiodniowe oczęta zamykają się powoli, potem otwierają i znowu zamykają, a osiemnaście lat później budzi się; dorosły mężczyzna.
Czas mija szybko. Po uzyskaniu bakalaureatu Joe Castleman zostaje na Columbia University na studiach magisterskich i w tym czasie dostrzega zmiany w otoczeniu. Nie chodzi wcale o zmiany pór roku ani o powstające jak grzyby po deszczu nowe budynki, obrysowane pnącymi się rusztowaniami. Nie chodzi też o spotkania sympatyków socjalizmu, w których Joe coraz częściej bierze udział, choć nienawidzi wspólnoty i nie znosi być częścią grupy, nawet dla sprawy, którą szczerze wspiera, jak było w tym przypadku; siedzi więc po turecku na czyimś podpleśniałym dywanie i słucha, chłonie informacje, ze swej strony nie oferując niczego. I nie chodzi o coraz głośniejszą nowojorską bohemę wczesnych lat pięćdziesiątych, która prowadzi Joego do ciasnych i przyciemnionych wnętrz klubów bongo, gdzie poznaje i na całe życie pokochuje smak skręcanej trawy. Chodzi o to, że cały świat staje przed nim otworem, niczym gigantyczna ostryga rozchyla przed nim swą muszlę, a on wkracza do jej wnętrza, zaciekawiony dotyka gładkich krawędzi jamy, idzie i znika skąpany w srebrnej poświacie.
Były w naszym małżeństwie chwile, kiedy Joe wydawał się nieświadomy własnej siły. W tych chwilach był najlepszy, wznosił się na wyżyny. Gdy osiągnął wiek średni, był już wielki, spokojny i nie dbał o wygląd; chodził w beżowym sweterku rybackim, który nie tuszował mu brzuszka, lecz przeciwnie: delikatnie, z pobłażliwością go podkreślał, pozwalając kołysać nim lekko w marszu, gdy Joe wchodził do salonów, restauracji, sal wykładowych lub kiedy pojawiał się w sklepie Schuylera w naszym Weathermill, gdzie odnawiał zapasy śnieżek; bladoróżowych słodkich pianek obtoczonych w kokosowych wiórkach, którymi, nie wiedzieć czemu, nałogowo się objadał.
Wyobraźmy sobie, jak w sobotnie popołudnie Joe Castleman kupuje u Schuylera swoje ukochane łakocie - świeżutkie, opakowane w szeleszczący celofan - i jak dobrotliwie poklepuje po głowie artretycznego psa sklepikarza.
- Dzień dobry, Joe - wita go Schuyler, człowiek stary i cherlawy, o ciemnoniebieskich płaczliwych oczach. - Jak robota?
- Och, Schuyler, staram się jak mogę, jeśli chcesz wiedzieć - odpowiada, wzdychając głęboko. - Czyli idzie nie za bardzo.
Joe znakomicie potrafił okazywać zwątpienie we własne siły. Pijany czy trzeźwy, wychwalany przez krytykę czy besztany, kochany czy odrzucany, przez większość lat pięćdziesiątych, przez całe lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, osiemdziesiąte i w początkach lat dziewięćdziesiątych zawsze umiał być człowiekiem wrażliwym i udręczonym. A co było źródłem jego udręki? W przeciwieństwie do starego przyjaciela, wybitnego powieściopisarza Leva Bresnera, człowieka ocalałego z Holocaustu, skrupulatnego kronikarza własnego dzieciństwa spędzonego w obozie śmierci, Joe w zasadzie nie miał kogo za co obwiniać. Lev, ze swymi przepaścistymi błyszczącymi oczami mógłby dostać Nagrodę Nobla nie w dziedzinie literatury, lecz smutku. (Choć ceniłam Leva Bresnera, to nigdy nie uważałam, że jego powieści rzeczywiście są tym, czym objawiały się w powszechnie głoszonych peanach; jednak wypowiedzenie głośno takiej opinii, choćby na przyjęciu z przyjaciółmi, wzbudziłoby taką samą reakcję jak publiczne oświadczenie, że "lubię dotykać gołych chłopców"). To nie pisarstwo Leva, lecz sam temat wywoływał dreszcze, opór i lęk, gdy się przewracało kolejne strony jego książek.
Lev był człowiekiem autentycznie zmęczonym i udręczonym. Dawno temu, kiedy Joe i ja często jeszcze przyjmowaliśmy gości, przyjeżdżał do nas na weekendy z żoną Toshą, kładł się na sofie w salonie i przykładał do czoła lód, a ja dyskretnie uciszałam dzieci, kazałam im zabierać z pokoju hałaśliwe zabawki: lalkę dukającą monotonnym głosem słowa miłości czy drewnianego pieska, który klekotał niemiłosiernie, gdy się go ciągnęło na sznurku.
- Lev chce odpocząć - tłumaczyłam dzieciom. - Idźcie na górę, dziewczynki. Ty też, Davidzie.
Dzieciaki stały jeszcze chwilę przy schodach, nieporuszone, jakby sparaliżowane.
- No, już, już... - ponaglałam je i w końcu wchodziły na schody.
- Dziękuję ci, Joan - mruczał Lev swoim ciężkim głosem z obcym akcentem. - Jestem śmiertelnie znużony.
Mówił tak i było mu wolno tak mówić. Levowi Bresnerowi wiele było wolno.
Tymczasem Joe Castleman nie mógł powiedzieć, że jest śmiertelnie znużony; bo czym? Życie, inaczej niż Levowi, oszczędziło mu traumy Holocaustu. Kiedy hitlerowskie zastępy maszerowały przez odległy kontynent, Joe - słodki, czarujący chłopczyk - grał z mamą i ciociami w kierki w rodzinnym domu na Brooklynie. Później, gdy wybuchła wojna koreańska, Joe w czasie ćwiczeń na poligonie przypadkowo postrzelił się w nogę z własnego M-l. Przez dziesięć następnych dni pielęgniarki w lecznicy wojskowej cierpliwie znosiły jego zachcianki, a on codziennie zgarniał z niesmakiem kożuch z budyniu tapiokowego. Wreszcie został wypisany i odesłany do domu.
Nie, nie mógł winić wojny za to, że nie czuł się szczęśliwy. Więc winił matkę, kobietę, której nie znałam, ale którą w ciągu tych wspólnych lat Joe opisał mi w najdrobniejszych szczegółach.
Jedno wiedziałam na pewno; Lorna Castleman, w przeciwieństwie do sióstr i matki, była kobietą po prostu grubą. Kiedy jest się dzieckiem, otyłość matki może dawać przyjemne poczucie bezpieczeństwa, ba, nawet powody do chluby. Świadomość, że ma się największą mamę na świecie, rozpala twarz rumieńcami dumy. O matkach innych dzieci, cienkich jak krewetka, do których trudno się przytulić, myśli się wtedy z poczuciem wyższości i niesmaku.
Te uczucia, twierdził Joe, przenoszą się z upływem czasu na ojca. Ojciec powinien być jak największy i jak najsilniejszy; takie wielgachne i barczyste cudo, zabierające cię do biura, sklepu, wszędzie tam, gdzie spędza większość swych ponurych męskich dni, unoszące cię w górę jak piórko i zostawiające kobietom podtykanie ci pod nos włochatych kwaskowych plastrów, które mało kto lubi: ananasów. Ojciec powinien być źródłem mocy; możesz nie zwracać uwagi na rosnącą nad jego czołem błyszczącą łysinę, na głośne odchrząkiwania nad talerzem, gdy pochłania codzienną porcję smażonej wątróbki. Może być cichy i uległy, ale i tak jest silny jak zwierzę pociągowe, a kiedy sika, to wpadający w muszlę strumień bije hałaśliwie w wodę, wydając dźwięczne odgłosy, niczym strugi, które wiją się cudownie ulicami Brooklynu.
Tymczasem gruba matka zaczyna przerażać - oto kobieta, która potrafi się wgryźć w czekoladowy torcik Ebingera z zielonego przezroczystego pudełka, w jego polukrowany wierzch i czarne nadzienie, i pochłonąć go w dziesięć minut bez problemu i bez najmniejszego poczucia wstydu. Czujesz, że matka, z którą spacerowałeś za rękę po okolicy, teraz irytuje i budzi wstręt; wypudrowana, wyperfumowana, wielka, stateczna i nobliwa; chodząca kanapa.
Był czas, gdy kochałeś ją do szaleństwa, chciałeś się z nią żenić, usiłowałeś odgadnąć, czy to w ogóle jest możliwe, a jeśli tak, to wyobrażałeś sobie, że któregoś dnia stajesz przy niej na kobiercu, wsuwasz na jej palec złotą obrączkę i zastanawiasz się, czy będziesz jej kiedykolwiek wart. Lorna, twoja matka, w luźnej kwiecistej sukni, kupionej w sklepie o wdzięcznej nazwie Tania Moda dla Drogich Pań Puszystych we Flatbush, była dla ciebie wszystkim.
Ale teraz życie jest inne. Teraz koniecznie chcesz, aby mama była drobna, zbudowana z samych kosteczek, wąziutka w pasie, krucha, delikatna i piękna jednocześnie. Dlaczego nie wygląda jak mama Manny'ego Gumperta, kobieta z klasą, o ciele drobnym jak ciało kolibra? Dlaczego po prostu nie zniknie?
Ale nie znikała. Nie znikała przez bardzo długi czas. Przez lata, odkąd biedny Martin Castleman wyzionął ducha w sklepie z butami, zapadając się raptem w sobie na winylowym zydelku, z dziewczęcą stopką między kolanami i pudełkiem z butami w ręku, przez wszystkie te lata Joe pozostawał sam z mamą i innymi kobietami. Matka była obecna w jego życiu do dnia, w którym poślubił pierwszą żonę, Carol. Znikła właśnie wtedy, krążąc między gośćmi weselnymi. Lekarze stwierdzili atak serca, który, podobnie jak w przypadku jej męża, spadł jak grom z jasnego nieba, czyniąc ze szczęśliwego pana młodego sierotę, w pełni świadomego dziedziczonej po rodzicach ułomności sercowej. Śmierć matki była przeżyciem przygnębiającym, ale nie tak traumatycznym jak śmierć ojca.
Muszę jednak wyznać, że kiedy usłyszałam od niego tę historię, moją pierwszą okropną myślą było: "Dobry materiał".
Wyobrażałam sobie jego matkę na tamtym weselu, wielką i nieustraszoną kobietę o obfitych kształtach, i ciotki w szykownych sukniach, z torebkami pod pachą, i uwijających się kelnerów z tacami pełnymi tęczowych sorbetów w zmrożonych, srebrnych szklankach; w uszach dźwięczały mi nawet klezmerskie melodie, a młoda para wirowała w tańcu.
- Czegoś jednak nie rozumiem - zapytałam kiedyś w pierwszych dniach naszego małżeństwa. - Dlaczego w ogóle się żeniłeś z Carol?
- Ty też wyszłaś za mnie za mąż - odparł przewrotnie.
Chodzi jednak o to - w każdym razie tak widział to później Joe - że Carol była wariatką. Absolutnym, klasycznym świrem z papierami z oddziału zamkniętego. O pierwszej żonie można powiedzieć to śmiało i głośno, a siedzący w pokoju mężczyźni gorliwie przytakną ze zrozumieniem; doskonale będą wiedzieć, o co chodzi. Wiadomo, pierwsze żony są szurnięte, histeryczne i porywcze - strzelają dziko oczami, wiją się jak piskorze, jęczą, buchają płomieniami, marszczą się i rozkładają w oczach. Prawdopodobnie, utrzymywał Joe, Carol była szurnięta już w dniu, kiedy się poznali; o drugiej w nocy, w jakimś zagubionym barze rodem z Nigththawks Hoppera, w którym każdy, kto siedzi ciężko wsparty o lśniący kontuar, zdaje się mieć do opowiedzenia tragiczną historię swojego życia i opowiedziałby ją zapewne, gdyby tylko ktoś, na swoje nieszczęście, zgodził się jej wysłuchać.
Wówczas jednak Joe inaczej widział Carol. Dopiero co wrócił z poligonu po feralnym samopostrzale. Był samotny, otwarty na innych i kiedy tamtej nocy spotkał tę kobietę, w jednej chwili dał się porwać jej szczególnemu czarowi; dziecięcej urodzie, kasztanowatym włosom opadającym na czoło starannie przyciętą grzywką i stopom, które ledwie muskały ziemię. W smukłych lalkowatych dłoniach trzymała grubą książkę: Wybór pism Simone Weil - a właściwie Écrits, we francuskim oryginale. Był pod wielkim wrażeniem. Natychmiast przypomniał sobie ową jedną jedyną rzecz, jaką wiedział o Simone Weil - niewykluczone, że to tylko apokryficzna ciekawostka, ale kolega z akademika przysięgał, że to prawda.
- Czy wiesz - odezwał się do dziewczyny, Carol Welchak, która zrządzeniem losu siedziała obok niego przy barze - że Simone Weil bała się owoców?
Wybałuszyła na niego oczy.
- Uhm, akurat...
- Serio, mówię ci, to prawda. - Joe bił się w piersi. - Jak Boga kocham. Simone Weil bała się owoców. Właściwie można powiedzieć, że cierpiała na fruktofobię.
Wybuchnęli śmiechem, a ona sięgnęła po plaster pomarańczy, który leżał nieruszony na brzegu jej talerza z naleśnikiem.
- Och, Simone, ma chérie, nie daj się dwa razy prosić - powiedziała z francuskim akcentem. - Spróbuj tylko, jaka wyborna pomarańcza!
Joe był wniebowzięty. Co za znalezisko! Najwidoczniej świat jest pełen takich apetycznych dziewcząt, pichcących się we własnym smakowitym sosie, gorących i czekających, aż zjawi się jakiś mężczyzna, uniesie pokrywkę i zakosztuje ich woni.
- Powiedz... Co tu robisz w środku nocy? - zapytał po chwili.
Robotnik portowy siedzący obok Joego zaczął się głośno drapać po ogorzałym karku. Joe uchylił się przed jego ręką, próbując jednocześnie przysunąć się bliżej dziewczyny, ale stołki przy barze były przymocowane do podłogi.
- Uciekłam od współlokatorki - wyjaśniła krótko. - Jest harfistką. Czasem potrafi ćwiczyć całą noc. Bywa, że budzę się o bladym świcie i przez chwilę wydaje mi się, że jestem w niebie, a wokół, trzepocząc skrzydłami, unoszą się anioły i wygrywają u mego łoża niebiańskie melodie.
- To musi być cudowne - zaśmiał się Joe. - Wierzyć, że są niebiosa i że człowiekowi pozwolono w nie wstąpić.
- Bynajmniej! - żachnęła się Carol. - O wiele cudowniejszy był dzień, kiedy przyjęto mnie do college'u Sarah Lawrence.
- Oho, humanistka! - zawołał uradowany.
Natychmiast uznał, że musi być osobą niezwykle i prawdziwie twórczą, i widział już jej smukłe dłonie umazane w czasie zajęć plastycznych farbami akrylowymi, a w czasie nocnych saturnaliów sokami ambrozji. Wyobraził też sobie, że na pewno kocha się jak Mongołowie, o których gdzieś ostatnio czytał, uprawiający istną seksualną akrobatykę; że kręci zapierające dech w piersiach salto, które wynosi ją wysoko, a przy wyjściu z obrotu w cudowny sposób wprowadza idealnie na jego członek: czang-czing!
- Właściwie Sarah Lawrence to przeszłość. Mam już dyplom - oznajmiła Carol. - No, a ty - zagadnęła go zaraz - co robisz w takim miejscu o tej porze?
Było jasne, że nie zetknęła się jeszcze z takimi mężczyznami jak Joe Castleman - zuchwałymi, pewnymi siebie, zakochanymi w śpiewie własnego głosu i we własnym wizerunku, niewyraźnie odbitym w wyglansowanych butach - którzy wychodzili sobie w nocy do baru tylko dlatego, że po prostu mogli. Nowy Jork, szczególnie z tamtych czasów, roku 1953, był dla ambitnego, ufnego w swe siły młodego człowieka miejscem jak najbardziej odpowiednim, by wybrać się w środku nocy na spacer. Miasto symfonia, skomponowane z neonowych liter, nieprzerwanych ciągów świateł, błysków i kłębów pary, wydobywających się w gwałtownych porywach na ulice przez otwory wentylacyjne metra. Wydawać by się mogło, że pary całujące się namiętnie przy każdej latarni to zamierzony element scenografii.
- Co tu robię? - odpowiadał Joe. - Cierpię na bezsenność. Nie sypiam w nocy, więc wychodzę z domu. Mówię sobie, że moim mieszkaniem jest całe miasto. O, tam jest łazienka - wskazał za okno. - A tam garderoba, w której trzymam marynarki.
- Domyślam się, że tu jest kuchnia - stwierdziła rezolutnie Carol. - Po prostu przyszedłeś napić się kawy?
- Właśnie. - Uśmiechnął się do niej. - Sprawdźmy, co mamy w lodówce.
Kręcili się na obrotowych krzesłach w płynnym tańcu godowym. Wreszcie poprosili o rachunki i zapłacili, po czym wzięli po garści białych miętówek, które z jakiegoś powodu leżą w koszyczkach przy kasach wszystkich barów i kawiarń jak świat długi i szeroki, jakby ich właściciele uzgodnili to kiedyś na walnym zebraniu zakończonym podpisaniem wspólnego protokołu. Potem on kurtuazyjnie otworzył przed nią drzwi i wyszli w mrok nocy. Mając u boku Joego, podobnie jak on ssąc miętówkę i odświeżając usta przed nieuchronnym pocałunkiem, Carol zaczynała lubić nocne wyprawy do miasta - teraz zupełnie inne niż wtedy, gdy była sama. Jakże wspaniale jest wiedzieć, co znaczy uczucie odprężenia i beztroski, co znaczy stać się częścią czegoś wielkiego, nieogarnionego i życiodajnego. Noc była chłodna, powietrze przejrzyste, budynki rysowały się ostrymi konturami. Joe trzymał jej małą białą dłoń i prowadził w podróż ulicami miasta, wzdłuż szarych opuszczonych żaluzji, ponieważ był jednym z tych mężczyzn, ponieważ to wszystko należało do niego.