Żona astronoma. Historia Elżbiety Katarzyny Heweliusz - Kornelia Stepan

-
Proszę czekać

W sprzedaży

Kathryn Wagner

Tancerka Degasa

W uwodzicielskim Paryżu u schyłku XIX wieku rozgrywa się dramat młodziutkiej Alexandrie. Córka biednego rolnika jest ambitna, utalentowana i dzięki swej wytrwałości dostaje się do Opery Paryskiej z nadzieją, że zabezpieczy finansową przyszłość nie tylko swoją, ale i całej rodziny. Zamiast zdobyć uznanie jakiegoś możnego patrona, zakochuje się w nieprzystępnym artyście, którego obrazy portretujące zakulisowe sceny z życia tancerek wywołują skandale i rewolucjonizują świat sztuki. Im głębiej dziewczyna poznaje Degasa i mroczne sekrety Paryża, tym trudniej jej ocalić marzenia o miłości i zostaniu primabaleriną.

Już wkrótce kolejna książka z cyklu powieści o wielkich impresjonistach

Stephanie Cowell

Claude i Camille

Fascynujący portret malarza Claude'a Moneta, którego życie zmienia się całkowicie pod wpływem spotkania z piękną i tajemniczą Camille Doncieux. On zakochuje się w niej do szaleństwa. Ona, kobieta z wyższych sfer, porzuca dla niego dostatki i zostaje żoną biednego malarza. Lata ich małżeństwa upływają pod znakiem walki o przetrwanie i sukces artystyczny oraz licznych nieporozumień, ale przede wszystkim wielkiej miłości.

W sprzedaży

Kathryn Wagner

Tancerka Degasa

Irene Adler, jedyna kobieta, która przechytrzyła Sherlocka Holmesa, doczekała się opowieści o swoich niezwykłych przygodach. Śpiewaczka operowa i detektyw w jednej osobie, nad wyraz piękna i przenikliwa, elegancka i odrzucająca towarzyskie konwenanse, prowadzi dochodzenia dla takich sław jak jubiler Tiffany czy pisarz Oscar Wilde. Pracuje nie tylko w wiktoriańskim Londynie, ale też w Pradze, do której przyjeżdża po występach w Warszawie. Choć powtarza, że muzyka jest dla niej całym życiem, nie potrafi się oprzeć coraz to nowym fascynującym zagadkom, a zwłaszcza pokusie odnalezienia brylantowego pasa królowej Marii Antoniny. W tej sprawie rywalizuje z samym Holmesem.

W przygotowaniu

Po raz pierwszy po polsku słynna trylogia historyczna

SANDRY GULAND

Józefina

Józefina i Napoleon

Cesarzowa Józefina

1.

List nad­szedł póź­nym po­po­łu­dniem. W chwi­li, gdy wy­da­wa­ło się, że nic wię­cej się nie wy­da­rzy. Od ra­zu roz­po­zna­łam, czy­ją pie­częć no­si, choć ostat­ni raz wi­dzia­łam ją przed dwu­dzie­stu sze­ściu la­ty. Na­wet nie mu­sia­łam li­czyć, by wie­dzieć, ile cza­su mi­nę­ło. Pa­mięć ludz­ka by­wa za­dzi­wia­ją­ca.

Przezroczysta Mar­ta zna­la­zła mnie w ga­bi­ne­cie, gdzie wciąż od no­wa oglą­da­łam świe­żo wy­dru­ko­wa­nego Zwiastuna astro­no­mii z Ka­ta­lo­giem gwiazd sta­łych za­wie­ra­ją­cym opis nieomal ty­sią­ca sze­ściu­set gwiazd i ich po­zy­cji. Prze­kła­da­łam stro­nę za stro­ną, z wiel­ką przy­jem­no­ścią wdy­cha­jąc za­pach świe­żej far­by dru­kar­skiej.

Nie za­uwa­ży­łam jej od ra­zu, swo­im zwy­cza­jem ni­czym duch wśli­znę­ła się do kom­na­ty, by wy­trwać w drzwiach tak dłu­go, aż zwró­cę na nią uwa­gę. Słu­ży­ła u mnie od wie­lu lat, a mi­mo to wciąż trud­no mi by­ło przy­zwy­cza­ić się do jej dzi­wactw.

- Masz ja­kąś spra­wę do mnie, to mów! Nie stój tak bez­czyn­nie - nie zdo­ła­łam ukryć roz­draż­nie­nia, z nie­ja­snych bo­wiem po­wo­dów czu­łam się nie­przy­jem­nie do­tknię­ta tym, że ktoś ob­ser­wo­wał mnie w tak szcze­gól­nej chwi­li.

- Ano... ten list, co już mó­wi­łam, zno­wu go przy­nie­sio­no, pa­ni. Po­sła­niec mó­wi, że od­da ową prze­sył­kę tyl­ko do rąk wła­snych. Je­śli więc pa­ni wyj­dziesz do nie­go bądź ka­żesz go tu wo­łać...

Nie mia­łam cza­su na ta­kie za­wra­ca­nie gło­wy, dla ni­ko­go nie mia­łam cza­su, a wciąż cze­goś ode mnie żą­da­no. Każ­dej chwi­li mi by­ło szko­da. Wszyst­kim mu­sia­łam się sa­ma za­jąć, ostat­ni­mi cza­sy pra­wie w ogó­le nie sy­pia­łam. Ty­le by­ło jesz­cze do zro­bie­nia.

- Strasz­nie ten mło­dzian na­mol­ny, trze­ci dzień z ko­lei przy­cho­dzi do pa­ni...

- Wiem, wiem, do dia­bła z nim - czu­łam, jak złość z dnia po­przed­nie­go zno­wu rozsadza mi pier­si, choć już nie z tą sa­mą si­łą. - Ode­ślij go, a list niech to­bie prze­ka­że i nie za­wra­ca mi gło­wy.

- Li­stu mi nie da, już mó­wi­łam, a nic­poń jest upar­ty, wy­glą­da na to, że bę­dzie tak co dzień przy­cho­dzić, więc pro­szę cię, pa­ni, z ser­ca ca­łe­go, byś do nie­go wy­szła, mo­że to ja­kaś waż­na wia­do­mość...

Po­sła­niec, prze­raź­li­wie chu­dy chło­pak w wiel­kiej ba­ra­niej cza­pie, zda­wał się gdzieś śpie­szyć. Przy­glą­dał mi się na­tręt­nie, po­na­gla­ją­co, jak ob­ra­cam w dło­niach list, jak stu­diu­ję każ­dy szcze­gół wy­ci­śnię­tej w czer­wo­nym wo­sku pie­czę­ci. Po­win­nam go chłod­no od­pra­wić, da­jąc kil­ka gro­szy, tak jak za­słu­gi­wał na to nie­okrze­sa­ny pro­stak. Tak po­win­nam po­stą­pić... a nie stać w miej­scu ni­czym słup so­li.

Po­win­nam po­wie­dzieć, że od­po­wiedź prze­ślę póź­niej, w in­nym cza­sie i że cze­ka na próż­no, po czym dać mu tych kil­ka gro­szy.

A jed­nak ba­łam się zro­bić co­kol­wiek, tak jak czło­wiek z głę­bo­ką ra­ną boi się ode­rwać przy­schnię­ty opa­tru­nek. Ty­le cza­su mi­nę­ło, nie mo­gło mi się wyda­wać, że ja­kimś cu­dem mam pięt­na­ście lat i osza­la­łe z mi­ło­ści ser­ce. Już od daw­na moja twarz była inna, jakby obca. Nie mo­głam zno­wu ma­mić się my­ślą, że gdzieś nie­da­le­ko, mo­że na­wet w po­ko­ju obok, ni­czym Anioł Stróż cze­ka na mnie Dobra Teresa.

Sta­ra­łam się więc my­śleć o tym, że w głę­bi ser­ca nie mam za­mia­ru, nie chcę wra­cać do tam­tych cza­sów. Nie wcho­dzi się dwa ra­zy do tej sa­mej rze­ki.

Chło­pak w ba­ra­niej cza­pie na­gle jak­by prze­stał się śpie­szyć, prze­stał też tak na­tręt­nie mi się przy­glą­dać i z wiel­ką uwa­gą za­brał się do oglę­dzin sie­ni, w któ­rej sta­li­śmy.

By­cie po­słań­cem wy­ma­ga wiel­kiej cier­pli­wo­ści i wiel­kie­go tak­tu. Po­sła­niec nie jest zwy­kłym słu­gą, przy­no­si wia­do­mo­ści, któ­re w jed­nej chwi­li po­tra­fią od­mie­nić ca­łe ludz­kie ży­cie, mo­gą otwie­rać dro­gę do wiel­kie­go szczę­ścia, ale i wtrą­cać w ot­chłań bez­gra­nicz­nej roz­pa­czy. Tak, tak, każ­dy czło­wiek choć raz w ży­ciu mu­si sta­wić czo­ła ad­re­so­wa­nym do nie­go wie­ściom. Cza­sem ni­czym bi­blij­ny Hiob bę­dzie pod­da­ny pró­bie i tyl­ko do­bry Bóg wie, czy wyj­dzie z niej zwy­cię­sko.

Prze­ła­ma­łam pie­częć.

Mo­je ser­ce biło miarowo. Zda­wać się mo­gło, że z upły­wem lat wró­cił mi raz na za­wsze błogi spo­kój i tak po­zo­sta­nie do koń­ca mo­ich dni.

Dwa­dzie­ścia sześć lat to du­żo cza­su. Sta­łam się kimś in­nym, i to nie tyl­ko za spra­wą nie­wy­obra­żal­nej mę­ki pły­ną­cej z za­ka­za­nej mi­ło­ści czy śmier­ci uko­cha­ne­go dziec­ka. Da­ne mi by­ło spo­glą­dać w noc­ne nie­bo, ob­ser­wo­wać Księ­życ i ru­chy pla­net z ni­czym nie­za­chwia­ną na­dzie­ją wy­rwa­nia choć jed­nej z wie­lu ta­jem­nic skry­tych w prze­stwo­rzach. Astro­no­mia po­zwa­la zro­zu­mieć, a na­wet udo­sko­na­lić ludz­ką du­szę. Świę­cie w to wie­rzę. Spo­glą­da­jąc w noc­ne nie­bo, do­stę­po­wa­łam ła­ski wkra­cza­nia w świat wiecz­nie czu­wa­ją­cych gwiazd, wol­na ni­czym bo­gi­ni.

A jed­nak list, któ­ry nad­szedł póź­nym mar­co­wym po­po­łu­dniem Ro­ku Pań­skie­go 1690, otwo­rzył na­gle za mną prze­paść, o ja­kiej nie spo­sób by­ło my­śleć, że mo­że być więk­sza. Wszyst­ko, co do tej po­ry by­ło mi bli­skie i dro­gie, w każ­dej chwi­li mo­gło w nią ru­nąć bez­po­wrot­nie bądź zwy­czaj­nie po­zo­stać po dru­giej stro­nie.

Mi­mo to mo­je my­śli po­czę­ły krą­żyć jak sza­lo­ne wo­kół daw­no za­sły­sza­nych gdzieś słów mó­wią­cych o tym, że aby zna­leźć mi­łość, nie trze­ba pu­kać do każ­dych drzwi. Gdy na­dej­dzie czas, sa­ma wej­dzie do twe­go do­mu, w two­je ży­cie, do twe­go ser­ca.

To by­ła mo­ja głę­bo­ko skry­wa­na ta­jem­ni­ca.

2.

Na­dej­ście li­stu po­ru­szy­ło ta­jem­ne po­kła­dy w mo­jej du­szy, o któ­rych ist­nie­niu wo­la­ła­bym nie wie­dzieć. Przy­spie­szy­ło też chwi­lę, kie­dy to za­pra­gnę­łam choć raz jesz­cze po­pa­trzeć wstecz i uj­rzeć sie­bie oraz swój los w każ­dym na­wet naj­drob­niej­szym szcze­gó­le. To bar­dzo mo­zol­ne, a zarazem bo­le­sne przed­się­wzię­cie. Wi­dzia­łam wie­lu lu­dzi, dla któ­rych by­ła to osta­tnia rzecz za ich ży­cia i któ­rą za wszel­ką ce­nę pra­gnę­li do­pro­wa­dzić do koń­ca, czas po­tra­fi bo­wiem po­twor­nie na­glić.

Krót­ko mó­wiąc, cho­dzi mi o ra­chu­nek su­mie­nia - nie przed do­brym Bo­giem, a wy­łącz­nie przed sa­mym so­bą. Niech mnie in­ni nie osą­dza­ją, ja sa­ma to zro­bię. Cho­dzi mi więc o ostat­nie, jak naj­bar­dziej se­kret­ne spoj­rze­nie na ko­bie­tę, ja­ką by­łam, na Elż­bie­tę Ka­ta­rzy­nę He­we­liusz z do­mu Ko­op­mann.

Sa­ma nie wiem, jak to ująć. Być mo­że do snucia tych wspo­mnie­ń popychają mnie je­dy­nie brak skrom­no­ści i sza­leń­cza mi­łość wła­sna, a także przy­wią­za­nie do ży­cia do­cze­sne­go, któ­re zda­je się prze­mi­jać. My­ślę jed­nak, że po­wód, by opo­wie­dzieć o mo­im ży­ciu, prze­stał być tak na­praw­dę istot­ny. A to dla­te­go, że je­stem so­bie win­na tę spo­wie­dź, aby po­go­dzić się ze so­bą sa­mą i ota­cza­ją­cym mnie świa­tem.

Noc, kie­dy da­ne mi by­ło przyjść na świat, należała do szcze­gól­nych - Księ­życ, Zie­mia i Słoń­ce zna­la­zły się w jed­nej li­nii. Księ­życ, od­wiecz­ny to­wa­rzysz Zie­mi, zgu­bił się wte­dy w jej cie­niu.

W ta­ką noc mrok po­chła­nia nasz świat bez resz­ty.

A jed­nak nie­bo za­snu­te głę­bo­ką czer­nią jest nie­zrów­na­nej pięk­no­ści i ja­wi się ja­ko jesz­cze więk­sza ta­jem­ni­ca. Po­wiem bez ogró­dek: nie ta­ka ta­jem­ni­ca, o ja­kiej mó­wią lu­dzie - ni­gdy nie my­śla­łam, że gdzieś tam wy­so­ko otwo­rzą się bra­my nie­bios i za ni­mi uka­że się tron Bo­ga, a wo­kół nie­go za­stę­py bez­cie­le­snych anio­łów...

Uro­dzi­łam się w Bą­ko­wie, ma­jąt­ku ziem­skim me­go czci­god­ne­go oj­ca, bo­ga­te­go kup­ca z Gdań­ska, ni­eja­kie­go Mi­ko­ła­ja Ko­op­man­na z Ko­op­man­nów wy­wo­dzą­cych się z Am­ster­da­mu. Owe wło­ści wraz z przy­na­leż­ny­mi do nich fol­war­kiem i go­rzel­nią oj­ciec na­był od klasz­to­ru kar­tu­skie­go krót­ko przed mo­im uro­dze­niem. Uczy­nił tak, wzo­ru­jąc się na in­nych bo­ga­tych kup­cach gdań­skich, któ­rzy zgromadziwszy ol­brzy­mie for­tuny, prze­ści­ga­li się w na­śla­do­wa­niu ży­cia, ja­kie wie­dli szla­chet­nie uro­dze­ni ary­sto­kra­ci.

Był 6 ma­rca 1647 roku, jed­nak oj­ciec zgło­sił mo­je na­ro­dzi­ny w pa­ra­fial­nym ko­ście­le św. Ka­ta­rzy­ny na Sta­rym Mie­ście do­pie­ro pół ro­ku póź­niej. Nikt nie li­czył się z tym, że prze­ży­ję. Dzie­ci w na­szym do­mu ro­dzi­ły się i umie­ra­ły.

Gdy przy­szłam na świat ro­dzi­ce, po­le­ci­li spo­rzą­dzić ho­ro­skop przy­pi­sa­ny do da­ty mo­ich uro­dzin. Jak mi wia­do­mo, nie ocze­ki­wa­li oni, że Bóg da im wię­cej po­tom­stwa bądź po­zo­sta­wi to ostat­nie dziec­ko przy ży­ciu. A jed­nak pra­gnę­li się do­wie­dzieć, co gwiaz­dy mó­wią o przy­szło­ści ich cór­ki, po­dob­nie jak me­dy­cy czer­pią z gwiazd wska­zów­ki co do przy­czyn cho­ro­by, ro­dza­ju dia­gno­zy i po­ry dnia naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cej spo­rzą­dzaniu i po­da­wa­niu le­ków.

Bo­ga­ci pa­try­cju­sze i szla­chet­nie uro­dze­ni lu­bu­ją się bo­wiem w ta­kich prze­po­wied­niach i go­to­wi są za­pła­cić za nie spo­ro gro­sza, choć wie­lu z nich pew­nie prze­czu­wa, że - jak ma­wiał Ga­li­le­usz - sta­ją się one na­praw­dę ja­sne, do­pie­ro gdy się speł­nią... A ten wielki uczony mu­siał do­brze wie­dzieć, jak bar­dzo za­wod­ne mo­gą oka­zać się na­wet najdokładniejsze ho­ro­sko­py. Sam do­świad­czył prze­cież te­go, prze­po­wia­da­jąc wiel­kie­mu księ­ciu Fer­dy­nan­do­wi z ro­du Me­dy­ce­uszy dłu­gie i szczę­śli­we ży­cie, ów jed­nak udał się w za­świa­ty nie­ca­łe trzy ty­go­dnie póź­niej.

Mój wła­sny ho­ro­skop był nie­zwy­kle ła­ska­wy. Te­go dnia o tej noc­nej go­dzi­nie Mer­ku­ry i We­nus sta­li po­spo­łu w ko­niunk­cji Jo­wi­sza, a to ozna­cza­ło dłu­gie ży­cie w zdro­wiu i do­stat­ku. Mia­łam być do­rod­ną, pra­co­wi­tą nie­wia­stą o wie­lu ta­len­tach oraz nie­po­spo­li­tym du­chu i umy­śle.

Ta ostat­nia część prze­po­wied­ni by­ła wiel­ce nie­sto­sow­na, bo już sa­mo mó­wie­nie o przy­mio­tach du­cha i umy­słu w od­nie­sie­niu do ko­bie­ty nie ucho­dzi­ło.

Tak, tak, nikt też nie wsz­czy­nał dys­pu­ty na ten te­mat, ale po­wszech­nie wia­do­mo by­ło, że przez ostat­nie stu­le­cia ro­dzaj żeń­ski do­znał wie­le okru­cień­stwa, a w za­da­wa­niu go przo­do­wał przede wszyst­kim wszech­moc­ny Ko­ściół: żyw­cem pa­lo­no nas, to­pio­no, za­ko­py­wa­no, wbi­ja­no na pal, roz­ry­wa­no koń­mi. Nie­szczę­śni­com oszczę­dzo­no chy­ba tyl­ko wie­sza­nia na szu­bie­ni­cy, a to przez wzgląd na przy­zwo­itość. Resz­tę okry­wa­ło mil­cze­nie.

O nie­wia­stach mó­wio­no i wciąż mó­wi się bez ogró­dek, że to "nie­ro­zum­ne zwie­rzę", a naj­więk­szy ho­nor ma ona w tym, że wy­da­je na świat męż­czyzn. Ta­ka jest ko­lej rze­czy i nie mnie o tym roz­są­dzać, do­syć jed­nak o tym pa­mię­tać.

Jak już wspo­mnia­łam, mój czci­god­ny oj­ciec zaj­mo­wał się z dzia­da pra­dzia­da ku­piec­twem. Był rów­nież po­dróż­ni­kiem, któ­ry ob­je­chał pół świa­ta gna­ny, jak ma­wiał, we­wnętrz­nym nie­po­ko­jem i nieprzepartą chę­cią zy­sku. Krót­ko przed śmier­cią wy­znał mi, iż w skry­to­ści da­rzył wiel­kim za­mi­ło­wa­niem sztu­kę, sta­wia­jąc ją na­wet na tym sa­mym po­zio­mie, co dzie­ła na­tu­ry. Oj­ciec ko­chał pięk­no stwo­rzo­ne ludz­ką rę­ką, choć ni­gdy nie przy­szło­by mu do gło­wy, by sa­me­mu chwycić za pę­dzel czy dłu­to. Na szczę­ście bo­gac­two, któ­re zdo­był, po­zwo­li­ło mu ota­czać się peł­ny­mi kunsz­tu i wznio­słe­go du­cha przed­mio­ta­mi i de­lek­to­wać się na­stro­jem pły­ną­cym z płó­cien nie­zwy­kłych fla­mandz­kich ma­la­rzy. Du­żą Sa­lę w na­szej gdań­skiej ka­mieni­cy zdo­bi­ły ob­ra­zy Rem­brand­ta van Rijn, Fran­sa i Dirc­ka Hal­sów, Jo­han­ne­sa Ver­me­era i wie­lu in­nych, któ­rych na­zwi­ska oj­ciec wy­po­wia­dał z wiel­ką czcią. A z oka­zji mo­ich uro­dzin zle­cił na­wet wiel­ce po­wa­ża­ne­mu me­da­lie­ro­wi i złot­ni­ko­wi, nie­ja­kie­mu Se­ba­stia­no­wi Da­dle­ro­wi, wy­ko­na­nie me­da­lu upa­mięt­nia­ją­ce­go to wy­da­rze­nie. W ten spo­sób zna­la­złam się na rów­ni z człon­ka­mi naj­zna­ko­mit­szych ro­dów, któ­rzy rów­nież po­sia­da­li ta­ko­we me­da­le.

Mój oj­ciec, Mi­ko­łaj Ko­op­mann, sza­no­wa­ny ku­piec z Gdań­ska, był bo­wiem głę­bo­ko prze­ko­na­ny o tym, że sztuka nobilituje, po­dob­nie zresz­tą jak czer­pa­nie zy­sków z zie­mi.

Nie wy­da­je mi się jed­nak, by za ży­cia za­znał kie­dy­kol­wiek spo­ko­ju, w je­go oczach bo­wiem, je­śli tyl­ko po­pa­trzy­ło się w nie uważ­niej, moż­na by­ło od­kryć tra­wią­cy go bez­u­stan­nie nie­po­kój i żal za czymś, cze­go pew­nie na­wet przed sa­mym so­bą nie od­krył. Mu­szę przy­znać, że ile­kroć o tym my­ślę, czu­ję bo­le­sny ucisk w ser­cu, choć wiem, że nie przy­stoi mi ża­ło­wać oj­ca... żal jest do­bry dla wszel­kie­go sor­tu nie­szczę­śni­ków, peł­no ich na tym na­szym do­cze­snym pa­do­le, a cho­wa­no mnie prze­cież w wiel­kim re­spek­cie dla oj­ca.

Trze­ba wie­dzieć, że w obec­no­ści ro­dzi­ca wol­no mi by­ło tyl­ko stać w drżą­cym mil­cze­niu lub klę­czeć, je­śli so­bie te­go za­ży­czył. Bez wy­raź­ne­go ze­zwo­le­nia za nic nie mo­głam więc ani usiąść, ani się ode­zwać.

Tak, tak, wy­cho­wy­wa­no mnie, jak wszyst­kie in­ne dzie­ci me­go sta­nu, w ule­gło­ści al­bo - jak to zwą ina­czej - w cno­cie po­słu­szeń­stwa.

Dwa ra­zy do ro­ku szli­śmy mo­dlić się przy dłu­gim sze­re­gu nie­wiel­kich mo­gił, z któ­rych każ­da przy­ozdo­bio­na by­ła ta­kim sa­mym gra­ni­to­wym na­grob­kiem: kle­ista, ciem­na zie­mia przy­ję­ła w tym miej­scu dzie­wię­cio­ro mo­je­go ro­dzeń­stwa - sze­ściu bra­ci i trzy sio­stry. Nie­ste­ty, nie da­ne mi by­ło ich po­znać. Zmar­li, nim przy­szłam na świat, nie­któ­rzy, tuż po uro­dze­niu, nie­któ­rzy, nim prze­sta­li być dzieć­mi. Śmierć by­ła w na­szym do­mu wszech­obec­na, choć ni­gdy nie mó­wi­ło się o niej.

Tak więc dwa ra­zy do ro­ku szli­śmy na gro­by po­mar­łych dzie­ci Ko­op­man­nów, by pomodlić się w no­wej ro­dzin­nej ka­pli­cy, gdzie na­wet po la­tach nie­odmien­nie za­pach mo­drze­wio­we­go drew­na i za­pra­wy mu­rar­skiej przy­tła­czał za­pach poświę­co­nych świec.

Zwy­kle oj­ciec czy­tał na głos sło­wa czci­god­ne­go Lu­tra. Szu­kał w nich po­cie­chy, jak wszy­scy zna­ni mi lu­dzie się­ga­ją­cy po świę­te księ­gi. Cza­sa­mi nę­ka­ła mnie jed­nak myśl, że oj­ciec roz­ma­wia w ten spo­sób nie z Bo­giem, ale z mo­ją mat­ką, nie­jed­no­krot­nie bo­wiem sło­wa, któ­re przy­ta­czał, od­no­si­ły się wła­ściwie jak­by tyl­ko do niej. Nie­któ­re z nich głę­bo­ko za­pa­dły mi w pa­mię­ci, tak sa­mo zresz­tą jak bo­le­sny ucisk gar­dła, któ­ry mi wte­dy to­wa­rzy­szył.

"Daj dziec­ko i wy­tęż wszyst­kie si­ły - znu­żo­nym gło­sem czy­tał mój oj­ciec - a je­śli umrzesz z te­go po­wo­du, to że­gnaj, idź do nie­ba, gdyż umar­łaś, czy­niąc dzie­ło szla­chet­ne i po­słusz­na Bo­gu". Zwy­kle po tym frag­men­cie oj­ciec z na­masz­cze­niem prze­wra­cał kart­ki, nie od­ry­wa­jąc od nich wzro­ku, po czym z ci­chym wes­tchnie­niem roz­po­czy­nał na­stęp­ny ustęp, rów­nież skie­ro­wa­ny jak­by do mat­ki, ale po­śred­nio i do mnie, co zro­zu­mia­łam nie od ra­zu, lecz do­pie­ro du­żo póź­niej. A by­ły to sło­wa o tym, iż ko­bie­ty umie­ra­ją, ro­dząc dzie­ci i ta­ki jest ich od­wiecz­ny obo­wią­zek. "Nie szko­dzi to - koń­czył zwy­kle tym sa­mym znu­żo­nym gło­sem mój ro­dzic - niech­by przy tym i umie­ra­ły, na to są".

Przed opusz­cze­niem ka­pli­cy za­wsze śpie­wa­li­śmy jesz­cze psalm czter­dzie­sty szó­sty Bóg jest dla nas uciecz­ką i mo­cą. Mój oj­ciec miał ład­ny te­no­ro­wy głos i śpiew spra­wiał mu naj­wy­raź­niej wiel­ką ra­dość, cze­go nie moż­na by­ło po­wie­dzieć ani o mnie, ani o mo­jej mat­ce. Mi­ło­ści­wy Bóg nie ob­da­rzył nas mu­zycz­nym ta­len­tem, a na do­da­tek sło­wa, któ­re przy­szło nam wspól­nie śpie­wać, na­pa­wa­ły mnie praw­dzi­wym stra­chem:

Od­wiecz­na moc zła

Sza­ta­na dziś gna.

Pod­stę­pem ku­si nas,

Groź­na to broń, zły czas,

Rów­nych mu nie zna zie­mia.

Mo­ja mat­ka, Mał­go­rza­ta Zo­fia Ko­op­mann, wy­da­wa­ła na świat dzie­ci, któ­re umie­ra­ły jed­no po dru­gim, sa­ma zaś trwa­ła przy ży­ciu.

Od­kąd pa­mię­tam, ja­wi­ła mi się ona ja­ko za­mknię­ta w so­bie, mil­czą­ca nie­wia­sta, chwi­la­mi jak­by zdzi­wio­na tym, że tli się w niej wciąż ja­kiś nie­wiel­ki ży­cio­daj­ny pło­myk. Nie ozna­cza­ło to wca­le, że nie by­ła twar­da i bez­względ­na... twar­da ni­czym rzecz mar­twa.

W do­mu po­zo­sta­ły jedynie śla­dy ostat­nich mo­ich bra­ci, Wil­hel­ma i Pio­tra. Ich po­nu­re por­tre­ty zdo­bi­ły Ma­łą Sa­lę ro­dzi­ciel­skiej ka­mien­i­cy w Gdańsku.

Obaj po­mar­li na czar­ną ospę. Wraz z ni­mi raz na za­wsze, jak sły­sza­łam, za­marł ca­ły nasz dom. Mat­ka prze­sta­ła się pra­wie od­zy­wać, co nie prze­szka­dza­ło jej jed­nak że­la­zną rę­ką pro­wa­dzić go­spo­dar­stwa i do­glą­dać in­te­re­sów, wówczas gdy oj­ca znów nie by­ło w do­mu. Opo­wia­da­ła mi Dobra Teresa, mo­ja mam­ka, że od śmier­ci dwóch ostat­nich ma­łych Ko­opman­nów oj­ciec wciąż gdzieś prze­pa­dał. Organizował wy­pra­wy ku­piec­kie po Eu­ro­pie i świe­cie. Han­del zbo­żem, któ­ry za­pew­nił mu tak wiel­ki ma­ją­tek i po­wa­ża­nie, prze­stał go za­do­wa­lać. To chy­ba dla­te­go po­czął wy­bie­rać się w da­le­kie po­dró­że, za mo­rza, na co wa­ży­li się tyl­ko naj­więk­si śmiał­ko­wie. Za­raz po śmier­ci Wil­hel­ma i Pio­tra wy­ru­szył na­wet do Ben­ga­lii, do­łą­cza­jąc do Wschod­nio­in­dyj­skiej Kom­pa­nii Republiki Zjednoczonych Prowincji. Nie by­ło go w do­mu ze dwa lata, a mo­że na­wet dłużej, a kie­dy szczę­śli­wie wró­cił, w nie­ca­ły rok póź­niej da­ne mi by­ło przyjść na świat.

Oj­ciec czę­sto opo­wia­dał gosz­czą­cym w na­szym do­mu kup­com i ar­ty­stom o tym da­le­kim kra­ju, o Ben­ga­lii, o mie­ście Ho­ugl nad brze­giem rze­ki Gan­ges. Zwy­kle naj­pierw roz­wo­dził się jed­nak na te­mat po­dró­ży stat­kiem, jej nie­wy­obra­żal­nych tru­dów, do któ­rych na­le­ża­ła rów­nież ubo­ga stra­wa, skła­da­ją­ca się przede wszyst­kim z su­cha­rów, czosn­ku, su­szo­nych ryb i za­tę­chłej wo­dy.

- Nic to jed­nak nie zna­czy wo­bec kra­sy owe­go mia­sta Ho­ugl na Da­le­kim Wscho­dzie - rezygnował w tym miej­scu z nie­zwy­kle rze­czo­we­go tonu i za­czy­nał mó­wić roz­ma­rzo­nym, ob­cym gło­sem, któ­ry z cza­sem brzmiał tak, jak­by czy­tał w ja­kiejś ta­jem­nej księ­dze. - Kto te­go jed­nak na wła­sne oczy nie wi­dział, nie jest w sta­nie so­bie wy­obra­zić. Szcze­gól­nie pięk­na jest sa­ma sie­dzi­ba fak­to­rii Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej. Trze­ba wie­dzieć, iż przy­po­mi­na ona ra­czej wy­staw­ny pa­łac ani­że­li kan­tor han­dlo­wy. Ży­cie tam do­słow­nie wrze ni­czym w garn­cu, kup­cy mie­sza­ją się z tra­ga­rza­mi, moż­ni z bie­da­ka­mi, przy­by­sze z tu­byl­ca­mi. Po jed­nej stro­nie fak­to­rii roz­cią­ga się ol­brzy­mia rze­ka o męt­nych wo­dach z nie­wy­obra­żal­ną licz­bą ło­dzi, z ką­pią­cy­mi się w niej ludź­mi i zwie­rzę­ta­mi, z gru­pa­mi tu­byl­czych ża­łob­ni­ków pa­lą­cy­mi cia­ła tych, co ode­szli z te­go świa­ta, po dru­giej zaś roz­po­ście­ra się ba­jecz­ny ogród, a ra­czej park po­dob­ny do ra­ju na zie­mi, pe­łen nie­zwy­kłych kwia­tów i szu­mią­cych po­to­ków. A po­nad tym wszyst­kim, trze­ba to na­praw­dę sa­me­mu zo­ba­czyć, by wie­dzieć, o czym mó­wię, po­wie­wa fla­ga Republiki Zjednoczonych Prowincji, czyli Holandii.

Wspo­mi­na­jąc ową fla­gę, oj­ciec mój zwykł koń­czyć opi­sy­wa­nie wszyst­kich tych cu­dów, o któ­rych mo­gła­bym słu­chać bez koń­ca, i roz­po­czy­nał nie­zro­zu­mia­łe i ma­ło in­te­re­su­ją­ce dla mnie wy­wo­dy o wspa­nia­ło­ści tej "re­pu­bli­ki" ro­dem z Ni­der­lan­dów.

Mi­ko­łaj Ko­op­mann był twar­dym, od­waż­nym czło­wie­kiem. Był też z na­tu­ry wiel­kim ma­rzy­cie­lem, ale po­ję­łam to z wiel­kim ża­lem do­pie­ro po je­go śmier­ci.

3.

Los nie był dla mnie ła­ska­wy i przy­szłam na świat ja­ko ko­bie­ta. Jak ma­wiał świę­ty Au­gu­styn, lu­men ec­c­le­siae, ko­bie­ta jest isto­tą niż­szą, któ­rej Bóg nie stwo­rzył na swój ob­raz i po­do­bień­stwo, pra­wy po­rzą­dek jest zaś tam, gdzie męż­czy­zna roz­ka­zu­je, a ko­bie­ta jest mu po­słusz­na.

Po raz pierw­szy do­wie­dzia­łam się o tym od Dobrej Teresy, mo­jej uko­cha­nej mam­ki. Nie­zwy­kle od­da­nej ko­bie­ty, któ­rej tro­skli­wej opie­ki do­zna­łam od sa­mych na­ro­dzin.

A trze­ba wie­dzieć, że Te­re­sa przy­szła na świat w ciszy mu­rów klasz­tor­nych. Nie­ste­ty, nie mia­ła pew­no­ści co do te­go, któ­ra z po­świę­co­nych Bo­gu sióstr jest jej ro­dzi­ciel­ką. Nie­jed­na z za­kon­nic cho­dzi­ła tam bo­wiem z brzu­chem, za spra­wą choć­by ich spo­wied­ni­ka, któ­ry nie tyl­ko ob­ja­dał je i wy­cią­gał za swe po­słu­gi spo­ro gro­sza, ale i spo­ufa­lał się cie­le­śnie z nie­któ­ry­mi sio­stra­mi, cze­go skut­kiem by­ła ich brze­mien­ność. Wie­le z nich po­ta­jem­nie spę­dza­ło płód, a to, co po nim po­zo­sta­ło, po­rzu­ca­ło tam, gdzie zwy­kle czło­wiek speł­nia swą na­tu­ral­ną po­trze­bę, czy­li w pry­we­cie. Te bę­kar­ty, któ­rym da­ne by­ło przyjść na świat, cho­wa­no gro­mad­nie, przy­spo­sa­bia­jąc je do po­słu­gi­wa­nia w klasz­to­rze i je­go obej­ściu.

Dobra Teresa spę­dzi­ła tam ca­łe swe dzie­ciń­stwo, to był jej dom, jak ma­wia­ła. A na jej ży­cie w klasz­tor­nych mu­rach skła­da­ło się nic in­ne­go jak cię­gi za by­le prze­wi­nie­nie i nie­zwy­kle cięż­ka ha­ró­wka, po­cząw­szy od strzy­że­nia owiec, ob­rób­ki lnu, skoń­czyw­szy na czysz­cze­niu staj­ni, pra­niu, mie­le­niu zbo­ża i pra­cach w po­lu. Do te­go do­cho­dzi­ła oczy­wi­ście obo­wiąz­ko­wa gor­li­wa po­boż­ność i zwią­za­na z nią dys­cy­pli­na.

Ni­gdy jed­nak, na­wet gdy los do­świad­cza nas jak naj­sro­żej, nie jest tak, że gdzieś tam nie roz­bły­śnie ja­kieś ży­cio­daj­ne świa­teł­ko. Te­go właśnie na­uczy­ła mnie w pierw­szej ko­lej­no­ści Dobra Teresa. Ufa­łam jej na­ukom, jak żad­nym in­nym, choć swe skar­by, zdo­by­te za pierw­sze­go, klasz­tor­ne­go ży­cia, od­kry­wa­ła ona przede mną po­wo­li, nie­jed­no­krot­nie wy­sta­wia­jąc na praw­dzi­wą pró­bę cier­pli­wo­ści. Po ko­lei jed­nak.

Pew­ne­go dnia, a by­ło to pod­czas dłu­giej okrut­nej woj­ny, któ­rej po­czą­tek zwia­sto­wa­ły trzy ko­lej­ne ko­me­ty z ro­ku 1618 i któ­ra ro­ze­gra­ła się na nie­miec­kiej zie­mi z udzia­łem wszyst­kich mo­carstw eu­ro­pej­skich, w klasz­to­rze po­czę­to z wiel­ką trwo­gą przy­ta­czać sło­wa lu­te­rań­skich po­plecz­ni­ków o tym, iż za­kon­ni­ce i in­ne dziew­ki ma­ją być w spo­sób Bo­ży wy­pro­wa­dza­ne z za­ko­nów. I że tak po­stę­po­wa­no we­dle re­for­ma­tor­skich za­le­ceń czci­god­ne­go dok­to­ra Lu­tra od da­wien daw­na z wie­lo­ma in­ny­mi klasz­to­ra­mi. To, co zda­wa­ło się nie­sły­cha­ne, sta­ło się praw­dą. Ja­kiś czas póź­niej Te­re­sa stra­ci­ła ten swój pierw­szy dom i po­szła, jak­żeby ina­czej, do lu­dzi na po­słu­gi.

Naj­więk­szym skar­bem i za­ra­zem se­kret­nym klu­czem do ta­jem­ni­cy mojej opiekunki by­ło to, że w klasz­to­rze na­uczo­no ją czy­tać i pi­sać, a wraz z tą cen­ną umie­jęt­no­ścią jak­by coś otwar­ło jej się w gło­wie. Do póź­nej sta­ro­ści ob­sta­wa­ła przy swo­im: tyl­ko dzię­ki wiel­kie­mu mi­ło­sier­dziu Bo­że­mu i sztu­ce czy­ta­nia jej umysł stał się wol­ny. Oczy­wi­ście ni­gdy te­go wszem wo­bec nie wy­zna­ła, od ra­zu bo­wiem uzna­no by ją za opę­ta­ną. Mo­że na­wet przez sa­me­go dia­bła lub in­ne de­mo­ny.

Mo­ja mat­ka nie po­tra­fi­ła czy­tać, po­dob­nie jak więk­szość zna­nych mi nie­wiast, i ja bez czy­stych na­uk Dobrej Teresy by­ła­bym ni­czym bez­ro­zum­ne, znie­wo­lo­ne zwie­rzę.

Tak, tak, dłu­go pa­trzy­łam na świat ocza­mi tej sta­rej, spra­co­wa­nej ko­bie­ty. I zmie­ni­łam to do­pie­ro w chwi­li, gdy oka­za­ło się, że wkra­czam na zu­peł­nie in­ną, rów­nież jej ob­cą, dro­gę.

4.

Dzień był bez­chmur­ny i bez­wietrz­ny, jak­by prze­bie­gła na­tu­ra wstrzy­ma­ła od­dech, szu­ka­jąc choć na chwi­lę upra­gnio­ne­go wy­tchnie­nia. Świat wo­kół spo­wi­ja­ła ni­czym nie­zmą­co­na bło­ga ci­sza, żad­ne­go szme­ru li­ści czy traw, żad­ne­go gwa­ru ptac­twa w ko­ro­nach drzew. Nic, tyl­ko ci­sza. De­lek­to­wa­łam się ową chwi­lą, wy­obra­ża­jąc so­bie, iż je­stem czę­ścią tej buj­nej przy­ro­dy, dzi­ką i nie­okieł­za­ną, wol­ną i wład­czą. To był do­bry czas, by pu­ścić wo­dze fan­ta­zji. Snuć ma­rze­nia o tym, jak wta­piam się w tę ci­szę, by po­tem roz­pę­tać po­tęż­ną bu­rzę.

Słoń­ce zdą­ży­ło już wy­so­ko sta­nąć na nie­bie, a my wciąż tkwi­ły­śmy w do­mu. Te­re­sa mia­ła jesz­cze coś do zro­bie­nia, dlatego kazała mi cze­kać przed do­mem na nie­wiel­kiej ław­ce ukry­tej w cie­niu roz­ło­ży­ste­go dę­bu. A że bez­czyn­ność jest w ku­piec­kich ro­dach su­ro­wo za­ka­za­na i nie­zwy­kle gor­szą­ca, mia­łam w tym cza­sie od­ma­wiać ró­żań­ce. By­ło to jed­no z naj­nud­niej­szych za­jęć, ja­kie zna­łam, uda­wa­łam więc tyl­ko, że coś tam mam­ro­czę, a tak na­praw­dę to nie spusz­cza­łam oczu z sze­ro­ko roz­war­tych drzwi fron­to­wych dwo­ru, al­bo jak mój oj­ciec z upo­rem z cu­dzo­ziem­ska go na­zy­wał: vil­li ru­sti­ci. Tym ra­zem Dobra Teresa sta­now­czo za dłu­go zma­ru­dzi­ła w kuch­ni, wy­da­jąc zbyt szcze­gó­ło­we po­le­ce­nia służ­bie i ogrod­ni­kom. Z nu­dów za­czę­łam po raz set­ny czy­tać ła­ciń­ski na­pis nad wej­ściem: EXTRU­XE­RE PA­TRES NO­BIS, NOS PO­STE­RI­TA­TI /SIC PRIUS AC­CEP­TUM RE­DO­LI­MUS OF­FI­CIUM. Zna­czy­ło to ty­le, co: "Oj­co­wie urzą­dzi­li go dla nas, my dla po­tom­no­ści. Tak speł­nia­my naj­pierw przy­ję­ty obo­wią­zek". Po­do­ba­ły mi się te sło­wa. Dobra Teresa wy­ja­śni­ła mi na­wet, że wywo­dzą się ze sto­icy­zmu. Tak, tak, moi ro­dzi­ce, a już z pew­no­ścią mo­ja mat­ka, nie mie­li o tym naj­mniej­sze­go po­ję­cia, wie­dzie­li jed­nak, iż ów afo­ryzm do­da te­mu miej­scu pożądanej po­wa­gi i podniesie jego prestiż. Po­dej­rze­wam na­wet, że sa­mi na ten po­mysł nie wpa­dli, a tyl­ko od ko­goś ów na­pis od­pa­trzy­li.

Po kil­ka­krot­nej pró­bie prze­czy­ta­nia afo­ry­zmu od ty­łu mia­łam wra­że­nie, że już dłu­żej te­go cze­ka­nia nie wy­trzy­mam i po raz ko­lej­ny w cią­gu ostat­nich dni bę­dę zmu­szo­na po­kłó­cić się z Do­brą Te­re­są. Chy­ba wiek da­wał jej się we zna­ki, by­ła co­raz wol­niej­sza i co­raz bar­dziej ma­rud­na, jak to tyl­ko sta­rzy lu­dzie by­wa­ją. Od­wró­ci­łam gło­wę od do­mu. Przede mną roz­po­ście­rał się ba­jecz­ny ogród. W środ­ku cie­płe­go la­ta od­kry­wał on przed wi­dzem ca­łą swą oka­za­łą kra­sę. Mia­łam pięt­na­ście lat i zna­łam ten ogród od uro­dze­nia, a jed­nak nie by­ło dnia, abym wciąż od no­wa nie za­chwy­ca­ła się je­go sub­tel­nym pięk­nem. U mych stóp roz­po­ście­ra­ły się kwa­te­ry kwia­to­we za­ło­żo­ne na opa­da­ją­cych w kie­run­ku sta­wu ta­ra­sach. Sam staw przed­sta­wiał rów­nie wspa­nia­ły wi­dok: oto­czo­ny ciem­no­zie­lo­nym si­to­wiem po­ły­ski­wał sre­brzy­ście w po­ran­nym słoń­cu, jak­by sta­rał się do­rów­nać pod wzglę­dem uro­dy swo­im miesz­kań­com - śnież­no­bia­łym ła­bę­dziom bar­dziej podobnym do za­klę­tych kró­lew­ien niż zwy­kłych pta­ków.

- Ru­sza­my, mo­ja pan­no. Ko­niec te­go spa­nia za dnia - Dobra Teresa szturch­nę­ła mnie ener­gicz­nie w ra­mię. Kie­dy od­wró­ci­łam w jej kie­run­ku gło­wę, uśmie­cha­ła się do mnie cie­pło, a jej pro­stą twarz po­krywa­ła sia­tecz­ka głę­bo­kich zmarsz­czek. Bar­dzo się po­sta­rza­ła w ostat­nim cza­sie ta mo­ja mam­ka. Za­wsze by­ła du­żą, kan­cia­stą i moc­no zbu­do­wa­ną ko­bie­tą, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cą słusz­nej po­stu­ry męż­czy­znę niż drob­ną nie­wia­stę, te­raz jed­nak jak­by się nie­co skur­czy­ła, a jej ple­cy nie­bez­piecz­nie po­chy­li­ły się do przo­du.

- Mam­ka Te­re­sa to ba­ba jak dąb - ma­wiał jesz­cze do nie­daw­na mój czci­god­ny oj­ciec. - Daj nam Pa­nie Bo­że ta­kie­ zdro­wie, jakim ona się cieszy.

Te­raz jed­nak, w bez­li­to­snym świe­tle dzien­nym, nie spo­sób by­ło nie za­uwa­żyć, jak bar­dzo po­su­nę­ła się w la­tach i jak głę­bo­kie śla­dy po­zo­sta­wia po so­bie cięż­kie, pra­co­wi­te ży­cie.

Mo­je nie­za­do­wo­le­nie z po­wo­du guz­dra­nia się mam­ki ulot­ni­ło się bez śla­du, a w je­go miej­sce po­ja­wi­ła się tro­ska.

- Nic ci nie do­le­ga, Dobra Tereso? Ja­koś nie za do­brze wy­glą­dasz... tak jak­by cię coś drę­czy­ło - żar­li­wie chwy­ci­łam jej dłoń w chwi­li, gdy aku­rat za­mie­rza­ła za­rzu­cić so­bie na ple­cy pę­ka­ty wór spo­czy­wa­ją­cy u jej stóp. Zde­cy­do­wa­nie wy­rwa­ła mi rę­kę, uni­ka­jąc mo­je­go wzro­ku.

- Wiel­ki Bo­że, co ty pa­nien­ko znów wy­ga­du­jesz? Ty to po­tra­fisz czło­wie­ka po­cie­szyć! Ska­ra­nie bo­skie z to­bą, jak­bym nie mia­ła wy­star­cza­ją­co du­żo na gło­wie... te two­je fa­na­be­rie i te naj­róż­niej­sze wy­my­sły - gde­ra­ła. - Ano, coś mi się zda­je, za du­żo pusz­czam ci pła­zem, pa­nien­ko, i stąd te głu­po­ty masz w gło­wie. Twe­mu czci­god­ne­mu oj­cu wca­le by się to nie spodo­ba­ło, wciąż mnie prze­cie upo­mi­na, by ci ani tro­chę nie po­bła­żać - po­pa­trzy­ła na mnie su­ro­wo i w tej sa­mej chwi­li gorz­ko już ża­ło­wa­łam, że ją w ogó­le za­gad­nę­łam. - No, a o mnie to się pa­nien­ko nie martw, co to, to nie, z po­mo­cą Bo­żą nic mnie nie po­wa­li, na­wet i za­ra­za mnie, dzię­ki Bo­gu, nie po­wa­li­ła. A prze­ży­łam już nie­jed­ną, na­wet za­ra­zie mo­ro­wej z Ro­ku Pań­skie­go 1628 się nie pod­da­łam... Śmierć ze­bra­ła wte­dy strasz­ne żni­wo, ludz­kie cia­ła w oczach po­kry­wa­ły czar­nia­we pla­my, któ­re rów­nie szyb­ko za­mie­nia­ły się w gni­ją­ce wrzo­dy... uf, w chwi­li śmier­ci bie­da­cy po­pa­da­li w obłęd z bó­lu... Ano, mnie da­ne by­ło prze­żyć, ale w tym przy­pad­ku z pew­no­ścią do me­go cu­dow­ne­go oca­le­nia przy­ło­żył rę­ki świę­ty Roch al­bo świę­ty Se­ba­stian. Jak zwał, tak zwał - sap­nę­ła gło­śno, moż­na by­ło na­wet po­my­śleć, że ze zło­ścią, i przyj­rza­ła mi się uważ­niej.

Mia­łam na­dzie­ję, że my­śli o tym, że od­kąd przy­ję­ła ewan­ge­lizm, nie po­win­na przy­wo­ły­wać żad­nych świę­tych. Bo jak to ma­wiał mój oj­ciec: ni­by na­wró­co­na, a jed­nak na­zna­czo­na dia­bel­skim pięt­nem. Dobra Teresa nie my­śla­ła jed­nak o świę­tym Ro­chu, chro­nią­cym wier­nych przed za­ra­zą, czy o tym, że jej no­wa re­li­gia ta­ko­we­go świę­te­go, ani żad­ne­go in­ne­go, nie uzna­je. Mam­ka my­śla­ła o mnie.

- Ano, pa­mię­taj, pa­nien­ko, ślu­bo­wa­łam przed Bo­giem, że wpierw cie­bie w świat wy­pusz­czę, a po­tem do­pie­ro udam się w wiecz­ną po­dróż. Za­pa­mię­tasz to so­bie?

- Za­pa­mię­tam, Dobra Tereso - przy­tak­nę­łam gor­li­wie, dy­ga­jąc przy tym grzecz­nie.

Tym ra­zem bez prze­szkód za­rzu­ci­ła wór na ple­cy. I nie oglą­da­jąc się, ru­szy­ła żwa­wo w kie­run­ku fol­war­ku. Nie mo­gła mnie jed­nak oszu­kać, do­brze wi­dzia­łam, jak jej krok sta­je się co­raz cięż­szy, a od­dech bar­dziej świsz­czą­cy. Na Do­brą Te­re­sę nie by­ło jed­nak ra­dy - upar­ta ni­czym osioł ni­gdy by nie przy­zwo­li­ła na to, bym to ja dźwi­ga­ła ów cię­żar.

Mam­ka cho­wa­ła mnie i pie­lę­gno­wa­ła z wiel­kim po­świę­ce­niem od nie­mow­lę­cia i jak­by trze­ba by­ło, od­da­ła­by pew­nie za mnie ży­cie, za­wsze jed­nak po­wta­rza­ła mi, że to ja je­stem jej pa­nią, a ona tyl­ko mo­ją słu­gą. Ta­ka ona już by­ła i je­śli raz wy­zna­czy­ła ja­kieś za­sa­dy, nic nie mo­gło ich zmie­nić.

Wio­dą­cą w kie­run­ku fol­war­ku dróż­kę wy­bru­ko­wa­no drob­ną i gład­ką kost­ką ba­zal­to­wą, któ­rej ko­lor zmie­niał się z czar­ne­go w ja­sno­sza­ry w za­leż­no­ści od te­go, czy do­cie­ra­ły doń pro­mie­nie sło­necz­ne, czy po­zo­sta­wa­ła ona w cie­niu. Ob­sa­dzo­na by­ła bo­wiem wy­so­kim szpa­le­rem rów­no przy­cię­tych krze­wów, któ­re nie­ste­ty nie prze­trwa­ły ostat­niej sro­giej zi­my i w nie­któ­rych miej­scach wy­mar­z­ły cał­ko­wi­cie, stra­sząc te­raz w peł­ni la­ta su­chy­mi, po­zba­wio­ny­mi li­sto­wia pa­ty­ka­mi.

- Mu­szę chy­ba po­słu­żyć się ba­tem i po­ga­dać z tym pa­rob­kiem, co to miał wy­ciąć te ba­dy­le - Dobra Teresa zda­wa­ła się my­śleć o tym sa­mym. - Ano, tyl­ko za po­mo­cą cię­gów da się wy­gnać z nie­go to prze­klę­te le­ni­stwo i za­mi­ło­wa­nie do go­rzał­ki - mru­cza­ła ze zło­ścią pod no­sem. - Ska­ra­nie bo­skie z ty­mi nie­ro­ba­mi, od­kąd sza­now­ny oj­ciec pa­nien­ki zle­cił wy­pła­tę nie tyl­ko w gro­szu, ale i w ber­be­lu­sze, nie ma na nich ka­ry... No wresz­cie, je­ste­śmy na miej­scu. Ro­zej­rzyj się, dziec­ko, wo­kół, czy nikt nas nie śle­dzi, lep­sze masz ode mnie oczy - moja mamka stę­ka­jąc gło­śno, zrzu­ci­ła wór z ple­ców. Od­ru­cho­wo zsu­nę­ła na czu­bek gło­wy płó­cien­ny cze­pek skry­wa­ją­cy jej wło­sy i wierz­chem dło­ni otar­ła spo­co­ne czo­ło.

By­ły­śmy w pa­wi­lo­nie znaj­du­ją­cym się w za­chod­nim skrzy­dle po­sia­dło­ści, nie­da­le­ko ogro­dze­nia, któ­re od­dzie­la­ło ją od fol­war­ku.

W let­nie dnie ta oszklo­na drew­nia­na al­ta­na mia­ła słu­żyć do wy­po­czyn­ku. W jej wnę­trzu moż­na by­ło się schro­nić przed słoń­cem czy desz­czem, a przy tym wciąż po­dzi­wiać wspa­nia­ły wi­dok na ogród. Pośrod­ku pa­wi­lo­nu stał dę­bo­wy stół i trzy ma­syw­ne ła­wy w for­mie skrzyń, okna zaś za­cie­nia­ły fi­ran­ki z błę­kit­ne­go mu­śli­nu. Po­za tym po­miesz­cze­nie to świe­ci­ło pust­ką i pach­nia­ło no­wo­ścią.

- Nikt nas nie szpie­gu­je, Dobra Tereso, nie martw się tak wszyst­kim na za­pas - uśmiech­nę­łam się do niej sze­ro­ko, pró­bu­jąc stłu­mić ogar­nia­ją­cą mnie we­so­łość. Z tym czep­kiem na czub­ku gło­wy i zmierz­wio­ny­mi si­wy­mi wło­sa­mi ster­czą­cy­mi na wszyst­kie stro­ny mam­ka wy­glą­da­ła nie­zwy­kle ko­micz­nie.

- Śmiej się tyl­ko pa­nien­ko, le­piej te­raz się tro­chę po­mar­twić na za­pas niż wte­dy, gdy bę­dzie na mar­twie­nie za póź­no. Wbij so­bie to raz na za­wsze do gło­wy - od­su­nę­ła na bok fi­ran­kę i sta­nę­ła w oknie. - Ta­ki nie­roz­waż­ny co­ura­ge do­bry jest dla tych, co to nie ma­ją nic do stra­ce­nia. Wbij so­bie to do gło­wy, pa­nien­ko...

Po­de­szłam do niej i ostroż­nie uję­łam za rę­kę. Mia­ła moc­ne, spra­co­wa­ne dło­nie, z na­brzmia­ły­mi ciem­ny­mi ży­ła­mi, jak u praczki.

Przed na­mi rozpościerał się wspa­nia­ły wi­dok na ła­god­ne pa­gór­ki i ho­ry­zont po­ro­śnię­ty la­sem - to by­ła ta część ogro­du, któ­rą ce­lo­wo po­zo­sta­wio­no pra­wie cał­ko­wi­cie mat­ce na­tu­rze.

- Pięk­nie tu, praw­da Dobra Tereso? - Ode­zwa­łam się tak ci­cho, że nie by­łam pew­na, czy mnie sły­szy. Ze słu­chem by­ło u niej ostat­ni­mi cza­sy też nie naj­le­piej. Nie wy­ra­zi­łam jed­nak me­go za­chwy­tu po­now­nie, wie­dząc, że mam­ka nie lu­bi ta­kie­go ga­da­nia po próż­ni­cy, jak to ma­wia­ła. Ze zdzi­wie­niem usły­sza­łam jed­nak, jak naj­pierw wzdy­cha gło­śno, a po­tem mi przy­ta­ku­je.

- Ano tak dziec­ko, masz zupełną ra­cję - nie­spo­dzie­wa­nie się roz­ga­da­ła. - Na­tu­ra jest wyż­sza po­nad wszyst­ko. Nic jej nie do­rów­na, jej cu­dom i jej po­tę­dze. Ta­ki wyelegantowany cu­dzo­ziem­ski ogrod­nik mo­że się wy­si­lać, ile wle­zie, ale na­tu­rze ni­gdy nie do­rów­na. Tak sa­mo jak nie da się zmie­nić czło­wie­ka, je­go na­tu­ry nie moż­na zmie­nić, mo­ja pan­no. Mu­sisz o tym wie­dzieć, wbić so­bie to do gło­wy...

- Do­brze, Te­re­so.

- Two­jej na­tu­ry rów­nież nic i nikt nie zmie­ni, bo to dar od Bo­ga i czło­wiek nie ma pra­wa niczego tu po­pra­wiać. Je­śli cię kie­dyś w ży­ciu ogar­nie ja­kaś tę­sk­no­ta, nie bę­dzie na nią ba­ta. Wte­dy po­win­naś iść za gło­sem ser­ca... - prze­rwa­ła swą prze­mo­wę równie nie­spo­dzie­wa­nie, jak ją za­czę­ła. Nie zdzi­wi­łam się tym zbyt­nio, czę­sto bowiem tra­ci­ła wą­tek, jak­by w tym sa­mym cza­sie za­czy­na­ła my­śleć o czymś zu­peł­nie in­nym.

Wy­glą­da­ło więc na to, iż na­sza roz­mo­wa o czło­wie­czej na­tu­rze do­bie­gła koń­ca. Dobra Teresa de­li­kat­nie uwol­ni­ła dłoń z me­go uści­sku i od­wró­ci­ła się w kie­run­ku wo­ra spo­czy­wa­ją­ce­go na pod­ło­dze. Naj­wi­docz­niej jed­nak mia­ła jesz­cze coś na ten te­mat do do­da­nia, ciąg­nę­ła bo­wiem da­lej:

- Ta­ka trud­na chwi­la niechybnie na­dej­dzie w twym ży­ciu, jak amen w pa­cie­rzu, pa­nien­ko. Wiem to do­brze. Bę­dziesz mu­sia­ła wy­bie­rać po­mię­dzy tym, co na­ka­zu­je ci ser­ce, a tym, co się na­le­ży. Bo­ję się o cie­bie, Elż­bie­to, masz wiel­kie ser­ce i wiel­ki ro­zum, a ta­kiemu czło­wiekowi nielek­ko w ży­ciu. Strasz­nie się bo­ję - wy­szep­ta­ła stłu­mio­nym gło­sem. Zda­wa­ło mi się, czy pła­ka­ła?

Po­de­szłam bli­żej, szu­ka­jąc jej wzro­ku, prze­cież zwy­kle tak do mnie nie prze­ma­wia­ła. Po co więc to te­raz czy­ni­ła? Ow­szem, wciąż mnie po­ucza­ła, w ostat­nim cza­sie mia­łam na­wet wra­że­nie, że te jej na­uki jesz­cze się na­si­li­ły, ale ni­gdy w jej sło­wach nie by­ło ani lę­ku, ani smut­ku. No i łez...? Mój Bo­że, Dobra Teresa pła­ka­ła. Po jej ogo­rza­łych, na­zna­czo­nych głę­bo­ki­mi li­nia­mi po­licz­kach spły­wa­ły naj­praw­dziw­sze, wiel­kie jak groch łzy. Nie­któ­re z nich za­trzy­ma­ły się w bruz­dach przy no­sie, po­ły­sku­jąc tam sre­brzy­ście przez kró­ciut­ką chwi­lę, po czym zni­ka­ły, jak­by ni­gdy ich tam nie by­ło, roz­pły­wa­jąc się w mo­rzu no­wych łez...

Tym ra­zem spró­bo­wa­łam ją ob­jąć, co okazało się wca­le nie ta­kie ła­twe. Wpraw­dzie miałyśmy ten sa­m wzro­st, mam­ka jed­nak była dwa ra­zy, a mo­że na­wet trzy ra­zy szer­sza ode mnie, zwa­żyw­szy jesz­cze na jej ob­szer­ne sza­ty, któ­re bar­dziej przy­po­mi­na­ły oto­mań­ski na­miot, uwidoczniony na jed­nym z ob­ra­zów mo­je­go oj­ca, ani­że­li nie­wie­ście suk­nie.

- Nie martw się tak o mnie na za­pas, Dobra Tereso, bę­dę mia­ła cu­dow­ne ży­cie i los mi na pew­no oszczę­dzi tych roz­te­rek, o któ­rych tak mi tu pra­wisz - szep­nę­łam do ucha opiekunki, wtu­la­jąc gło­wę w jej ra­mio­na. I tym ra­zem rów­nież mnie nie od­trą­ci­ła, co ze zdzi­wie­niem od­no­to­wa­łam w my­ślach. Chy­ba coś by­ło nie tak z tą mo­ją mam­ką. Uści­ska­łam ją więc ze wszyst­kich sił, tak moc­no, aż gło­śno jęk­nę­ła.

- A na­wet, je­śli coś ta­kie­go mi się przy­da­rzy, to spy­tam cię o ra­dę. Nie ma prze­cież ni­ko­go mą­drzej­sze­go od cie­bie na świe­cie. O nic się więc nie martw!

Wło­ży­łam w te sło­wa ca­łą swą mło­dzień­czą żar­li­wość, ca­łą swą mi­łość do tej sta­rej ko­bie­ty i wia­rę, iż w ży­ciu wszyst­ko, co do­bre, jest moż­li­we. Naj­wi­docz­niej jed­nak mo­je za­pew­nie­nia nie do­da­ły jej wca­le otu­chy, bo za­miast zwy­kłe­go gde­ra­nia, po­grą­ży­ła się w głę­bo­kim mil­cze­niu. Za­my­ślo­na, od­su­nę­ła mnie od sie­bie, ocie­ra­jąc rę­ka­wem łzy z twa­rzy, i za­bra­ła się do roz­pa­ko­wy­wa­nia wor­ka, któ­ry przy­nio­sła ze so­bą.

5.

Zno­wu cze­ka­łam na Do­brą Te­re­sę. Tym ra­zem przed wo­zow­nią, w któ­rej sta­ła oj­cow­ska ko­la­sa i w któ­rej cho­wa­no sprzęt ogrod­ni­czy. Wła­ści­wie ni­gdy w środ­ku nie by­łam, gdyż we­dług mej opiekunki, po pierw­sze, to nie ucho­dzi­ło, a po dru­gie, peł­no tam by­ło róż­ne­go pa­skudz­twa, od wesz i szczu­rów po­cząw­szy. Z wiel­ką su­ro­wo­ścią przy­ka­za­ła mi rów­nież, bym trzy­ma­ła się z da­la od lu­dzi z fol­war­ku.

Wie­dzia­łam jed­nak, że w wo­zow­ni lu­bi prze­sia­dy­wać miej­sco­wy za­rząd­ca, nie­ja­ki Hie­ro­nim Ma­in­ka, po­noć czło­wiek o wil­czej na­tu­rze, za­chłan­ny i chci­wy. Wspól­nie ze sta­jen­nym, a nierzadko i z ogrod­ni­kiem, spę­dzał tam czas na po­ga­dusz­kach, po­pi­ja­jąc cien­ku­sza z fol­warcz­ne­go bro­wa­ru.

A by­ło co po­pi­jać, za­ło­żo­ny bo­wiem przez me­go oj­ca przed kil­ko­ma la­ty bro­war za­czął wa­rzyć spo­re ilo­ści te­go trun­ku.

Opar­łam się o drew­nia­ną ścia­nę wo­zow­ni, tuż przy sze­ro­ko roz­war­tych wro­tach. Z ciem­ne­go, za­la­tu­ją­ce­go stę­chli­zną wnę­trza do­cho­dzi­ły strzę­py roz­mo­wy, któ­rą Dobra Teresa pro­wa­dzi­ła z za­rząd­cą. Wła­ści­wie to prze­bie­ga­ła ona tak sa­mo, jak wszyst­kie po­przed­nie z tym czło­wie­kiem.

- Czy­li co, czci­god­na Te­re­so, mó­wi­cie pa­ni, że zno­wu po­ja­wił się ten mło­kos, ten ku­zyn szanownej pa­ni Ko­op­mann, ten z Mia­sta?

- Ano mó­wię.

- Czy­li co, czci­god­na Te­re­so, po­trzeb­ny wam pa­ni zno­wu muł i ta pięk­na kasz­tan­ka, co ostat­nio? Choć nie wiem, to ta­kie na­ro­wi­ste zwie­rzę... - Ma­in­ka ce­dził każ­de sło­wo wol­niej niż zwy­kle. Naj­wy­raź­niej upal­ny po­ra­nek i w nad­mia­rze wy­pi­te piwo zro­bi­ły swo­je. Wy­obra­zi­łam so­bie, jak oczy Dobrej Teresy ro­bią się z wście­kło­ści cien­kie jak szpar­ki. Nie­na­wi­dzi­ła ta­kiej ga­da­ni­ny po próż­ni­cy, a już zwłaszcza gdy czy­nił to ten cuch­ną­cy jak cap za­rząd­ca. Nie do­sły­sza­łam od­po­wie­dzi, ja­kiej mu udzie­li­ła, ale by­ło to z pew­no­ścią tyl­ko ja­kieś po­ta­ku­ją­ce krót­kie sap­nię­cie. Ta­ki mia­ła zwy­czaj ta mo­ja mam­ka.

- Czy­li co, to już te­raz chce­cie się w po­la wy­pra­wić, czci­god­na Te­re­so? Chce­cie, coby ko­nie wam okul­ba­czyć, a tu sta­jen­ny się gdzieś za­po­dział, no i go­rącz­ka ta­ka idzie...

- Niech Hie­ro­nim skoń­czy wresz­cie to ga­da­nie i weź­mie się do ro­bo­ty, ko­rze­ni tu nie za­mie­rzam za­pu­ścić. I bez te­go głup­ca sta­jen­ne­go so­bie po­ra­dzi... No już! Już! Już! - Dobra Teresa po­krzy­ki­wa­ła, jak­by po­pę­dza­ła sta­do krów. Ta­kim sa­mym gło­sem go­ni­ła też na przy­kład ga­pią­cych się pa­rob­ków w dniu, kie­dy przy­wie­zio­no nam praw­dzi­we­go wiel­błą­da, za­ku­pio­ne­go przez oj­ca w gdań­skim por­cie.

Mamka sta­nę­ła we wro­tach wo­zow­ni pierw­sza, da­jąc mi za­baw­nym ru­chem dło­ni do zro­zu­mie­nia, iż po­win­nam na­cią­gnąć ka­pe­lusz głę­biej na oczy.

- No już, już, ru­szy się Hie­ro­nim żwa­wiej! - Po­krzy­ki­wa­ła da­lej tym sa­mym to­nem, zdą­ża­jąc ener­gicz­nym kro­kiem w kie­run­ku sta­jen. Bez sło­wa po­szłam za nią, pa­trząc uważ­nie pod no­gi, dro­ga by­ła bo­wiem nie­rów­na, te­raz wy­su­szo­na słoń­cem, ca­ła usia­na głę­bo­ki­mi, stward­nia­ły­mi ko­le­ina­mi i śla­da­mi koń­skich ko­pyt z cza­sów, kie­dy to wio­sen­ne roz­to­py za­mie­ni­ły ją w jed­no wiel­kie grzę­za­wi­sko. Za ple­ca­mi sły­sza­łam po­mru­ki nie­za­do­wo­le­nia, któ­re wy­da­wał z sie­bie za­rząd­ca, pe­wien, iż nie doj­dą one do uszu Dobrej Teresy. Wy­glą­da­ło na to, że i on za­uwa­żył kło­po­ty mam­ki ze słu­chem.

Wszyst­ko od­by­wa­ło się tak sa­mo, jak po­przed­nio. A jed­nak ba­wi­ło mnie to nie­zmien­nie, choć­by dla­te­go, że mia­łam na so­bie naj­praw­dziw­sze mę­skie sza­ty i z od­da­li nikt nie mógł mnie roz­po­znać. Prze­mie­nia­łam się w owe­go ku­zy­na mat­ki, za­ko­cha­ne­go w kon­nych wy­ciecz­kach pa­ni­cza. Tak to Dobra Teresa so­bie wy­my­śli­ła, ca­łą tę ma­ska­ra­dę, ja­ko że we­dług niej uga­nia­nie się po po­lach ku­piec­kiej cór­ce nie ucho­dzi­ło. Mu­sia­ła jed­nak ko­chać te na­sze wy­pra­wy, sko­ro go­to­wa by­ła za­dać so­bie ty­le tru­du, by zmy­lić lu­dzi z fol­war­ku.

Te­go dnia w staj­ni nie za­sta­ły­śmy już zwie­rząt, wszyst­kie po­pę­dzo­no na pastwisko. Dobra Teresa ka­za­ła mi więc usiąść w cie­niu pod staj­nią i cze­kać, aż spro­wa­dzą i okul­ba­czą ko­nie. A to mo­gło po­trwać. Z ta­kie­go cze­ka­nia nic so­bie jed­nak nie ro­bi­łam. Pew­nie, iż wo­la­ła­bym już po­czuć koń­ski grzbiet pod so­bą i gnać, gdzie oczy po­nio­są, ale i ta­kie tkwie­nie pod staj­nią mia­ło swe do­bre stro­ny. Tak, tak, mo­głam nic nie ro­bić, nie szy­deł­ko­wać, nie ha­fto­wać, nie uczyć się grec­kich i ła­ciń­skich słó­wek, bądź - co by­ło chy­ba nie naj­gor­sze, bo nikt tak na­praw­dę nie wie­dział, co ro­bię - mru­czeć psal­mów.

W ta­kich chwi­lach bez­czyn­no­ści wol­no mi by­ło śnić o da­le­kich po­dró­żach, na przy­kład do Ben­ga­lii, o pięk­nych ksią­żę­tach z kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi, któ­rych tam spo­ty­kam, i o wspa­nia­łych ogro­dach nad rze­ką Gan­ges z prze­dziw­ny­mi zwie­rzę­ta­mi i raj­ski­mi kwia­ta­mi... Oczywiście wszyst­kie te ogro­dy sta­ły­by przede mną otwo­rem. Mo­gła­bym tam się prze­cha­dzać, za­trzy­mu­jąc od cza­su do cza­su przy ba­jecz­nych fon­tan­nach, po­dzi­wia­jąc ich kunszt i wdy­cha­jąc słod­ką woń kwia­tów. Jed­nak po­nad to wszyst­ko naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cy był­by spa­cer nad sa­mym brze­giem Gan­ge­su. Po­cząt­ko­wo mo­że i ba­ła­bym się ot tak, po pro­stu wmie­szać w ten róż­no­ko­lo­ro­wy tłum kup­ców, tra­ga­rzy, ho­len­der­skich po­rząd­ko­wych, tu­byl­ców śpie­szą­cych na ob­rząd­ki re­li­gij­ne zwią­za­ne z wo­dą owej świę­tej rze­ki... Ale nikt nie pa­trzył­by na mnie, wszy­scy za­ję­ci by by­li swo­imi spra­wa­mi, mo­gła­bym więc swo­bod­nie prze­cha­dzać się i pa­trzeć do wo­li na ło­dzie cu­mu­ją­ce przy brze­gu, na ką­pią­ce się ko­nie, mo­gła­bym na­wet uchy­lić mu­śli­no­wą za­sło­nę lek­ty­ki przy­go­to­wa­nej do da­le­kiej dro­gi i spoj­rzeć wprost w ciem­ne, błysz­czą­ce oczy ta­jem­ni­cze­go księ­cia...

Mu­sia­łam się zdrzem­nąć, bo stra­ci­łam po­czu­cie cza­su i na­wet nie sły­sza­łam, kie­dy spro­wa­dzo­no i osio­dła­no ko­nie.

- No to wska­kuj na ko­nia, pa­ni­czu - Dobra Teresa de­li­kat­nie trą­ci­ła mnie czub­kiem bu­ta w udo. Na jej sze­ro­kiej, pła­skiej twa­rzy kró­lo­wał szcze­ry uśmiech. By­ła po­nad wszel­ką wąt­pli­wość szczę­śli­wa, a to dla­te­go, że już nic nie sta­ło na prze­szko­dzie, aby­śmy mo­g­ły wresz­cie wy­je­chać. W jed­nej rę­ce trzy­ma­ła za uzdę spo­rych roz­mia­rów okul­ba­czo­ne­go mu­ła, a w dru­giej pięk­ną kasz­tan­kę dla mnie. Zna­łam tę klacz z wcze­ś­niej­szych wy­praw.

- Coś mi się zda­je, żeś się po­spał - za­śmia­ła się ni­skim, chra­pli­wym gło­sem. - No, ale te­raz czas nam w dro­gę, pa­ni­czu.

Od­wró­ci­ła się do sto­ją­ce­go we wro­tach staj­ni Ma­in­ki. Ota­cza­ła go chma­ra bo­so­no­gich, ob­dar­tych dzie­cia­ków, z któ­rych więk­szość, a z pew­no­ścią już te uwie­szo­ne na je­go ka­po­cie, na­le­ża­ła do nie­go. Czło­wiek ten nie wy­glą­dał na zbyt za­do­wo­lo­ne­go, trud­no by­ło jed­nak jed­no­znacz­nie stwier­dzić, co go tak od środ­ka tra­wi.

- Niech Bóg was w dzie­ciach wy­na­gro­dzi, Hie­ro­ni­­mie Ma­in­ka, za wa­szą szla­chet­ną po­moc. Przede wszyst­kim wy­śmie­ni­tym zdro­wiem niech was ob­da­rzy - Dobra Teresa ob­ró­ci­ła do gó­ry dnem sto­ją­cy nie­opo­dal drew­nia­ny ce­brzyk z że­la­zny­mi ob­rę­cza­mi i wstę­pu­jąc na nie­go, pró­bo­wa­ła wgra­mo­lić się na cier­pli­wie ocze­ku­ją­ce­go na jeźdź­ca mu­ła.

- Wiel­kie dzię­ki, czci­god­na Te­re­so, zdro­wie za­wsze się przy­da, ale tej drob­ni­cy, to mnie, jak Pa­na naj­­jaś­niej­sze­go ko­cham, wię­cej nie trze­ba... Mo­że wam po­móc, czci­god­na Te­re­so? - Ma­in­ka nie miał ra­czej ta­kie­go za­mia­ru, bo nie ru­szył się z miej­sca.

- E, tam - mam­ka ni­gdy nie po­zwa­la­ła so­bie po­móc, dla­cze­go tym ra­zem mia­ło­by być ina­czej. Za­rząd­ca świet­nie o tym wie­dział.

- Czy­li co, w po­la hen zno­wuż je­dzie­cie, ja­śnie pań­stwo?

- Ano, sło­wo się rze­kło... - Dobra Teresa ko­ko­si­ła się na grzbie­cie mu­ła, jak­by ją coś ugnia­ta­ło w sie­dze­nie.

- No to uwa­żaj­cie tyl­ko, czci­god­na Te­re­so, w oko­li­cy na­mno­ży­ło się ostat­ni­mi cza­sy próż­nia­ków róż­ne­go ro­dza­ju, włó­czę­gów i hul­ta­jów, ska­ra­nie bo­skie z ni­mi, ni­ko­mu nie prze­pusz­czą... Do­brze zro­bi­cie, trzy­ma­jąc się z da­la od głów­nych trak­tów. Po­noć owa roz­bój­ni­cza ban­da bra­ci Mat­ter­nów jest w po­bli­żu - Ma­in­ka spoj­rzał w mo­im kie­run­ku, po­trzą­sa­jąc z dez­apro­ba­tą gło­wą. Nie miał chy­ba o mnie zbyt do­bre­go mnie­ma­nia: w koń­cu, choć by­łam moc­nej kon­sty­tu­cji, rysy twarzy miałam ra­czej de­li­kat­ne, tak więc jak na mło­dzia­na nie mo­głam wzbu­dzać zbyt wie­le re­spek­tu. Po­za tym mamka za­bro­ni­ła mi się od­zy­wać, co w po­łą­cze­niu z tym, że ja­ko przy­szły pan wy­bie­ram się ze sta­rą, byłą sio­strą za­kon­ną na kon­ne prze­jażdż­ki, mó­wi­ło już sa­mo za sie­bie.

- Ano wiem, wiem, za­cny Hie­ro­ni­mie, co­raz wię­cej tych nie­bez­piecz­nych łaj­da­ków, krą­żą po oko­li­cy ni­czym ja­kaś za­ra­za. Co to się te­raz po­ro­bi­ło?! Bę­dzie­my się więc mieć na bacz­no­ści, ale ze mną to le­piej nie za­dzie­rać, sam wiesz Hie­ro­ni­mie - wresz­cie usa­do­wi­ła się na grzbie­cie mu­ła i prze­sta­ła się wier­cić. Krót­ko spoj­rza­ła w mo­ją stro­nę, jak­by chcia­ła się upew­nić, czy u mnie wszyst­ko po­rząd­ku. Nie mo­gło być jed­nak ina­czej, ja­ko że by­łam wy­bor­nym jeźdź­cem i z każ­dym wierz­chow­cem so­bie ra­dzi­łam.

- Świę­ta praw­da, czci­god­na Te­re­so, dziel­na z was nie­wia­sta, wszy­scy o tym wie­dzą, ale cza­sy się zmie­ni­ły, przy­szło no­we i ci hul­ta­je pi­sto­le­ty i musz­kie­ty te­raz ze so­bą no­szą, wszak nie wy­ma­ga to w uży­ciu spe­cjal­nej zręcz­no­ści, nie tak jak szpa­da, sza­bla czy ra­pier... O nie, to nie to sa­mo, nie trze­ba la­ta­mi fech­to­wać, a ta­kim musz­kie­tem każ­dy mo­że po­strach sze­rzyć. Daw­niej to te­go nie by­ło...

Mia­łam pięt­na­ście lat, ale nie po raz pierw­szy za­uwa­ży­łam, jak to lu­dzie z fol­war­ku róż­nią się od tych z Mia­sta. Ni­gdzie im nie by­ło spiesz­no, za­wsze sko­rzy do po­ga­węd­ki, na­wet ta­ki mruk jak Ma­in­ka, jak już raz za­czął się nad czymś roz­wo­dzić, ni­gdy nie wie­dział, kie­dy skoń­czyć. I - jak ma­wia­ła Dobra Teresa - wy­ga­dy­wał kom­plet­ne nie­do­rzecz­no­ści, czer­piąc ze swej ja­ło­wej wy­obraź­ni.

Po­lu­zo­wa­łam kasz­tan­ce uzdę i lek­ko ści­snę­łam łyd­ka­mi jej brzuch, da­jąc znak do stę­pa. Mój koń był nie­zwy­kle do­brze uło­żo­ny, ale krew go­rą­ca w nim bu­zo­wa­ła i już przy naj­lżej­szym do­tknię­ciu re­ago­wał tak, jak­by go roz­pa­lo­nym że­la­zem po­trak­to­wa­no. Po­ru­szał się przy tym gięt­ko w spo­sób cał­ko­wi­cie mi ule­gły. Ru­szy­łam, nie oglą­da­jąc się na Do­brą Te­re­sę, ski­nąw­szy uprzed­nio na po­że­gna­nie rę­ką w kie­run­ku staj­ni.

- Szczęść Bo­że, Hie­ro­ni­mie - usły­sza­łam za ple­ca­mi zde­cy­do­wa­ny głos mam­ki. - Czas nam w dro­gę!

6.

Śni­łam o da­le­kich eg­zo­tycz­nych kra­jach, o nie­zna­nych i nie­na­zwa­nych jesz­cze mo­rzach, ale tak na­praw­dę to ko­cha­łam tę zie­mię, któ­ra mnie wy­da­ła. Mia­łam le­d­wie pięt­na­ście lat, a już ro­zu­mia­łam, czym jest dom i oj­czy­zna.

Bą­ko­wo by­ło mo­ją oj­czy­zną, mo­im do­mem.

Ła­god­ne pa­gór­ki, wzno­szą­ce się i opa­da­ją­ce na prze­mian, la­sy strze­la­ją­ce w gó­rę, peł­ne pach­ną­cych ziół i kwia­tów zie­lo­ne łą­ki - ten świat był do­sko­na­ły, jak ob­raz z pie­śni wę­drow­nych tru­ba­du­rów.

Na szczę­ście moi sza­now­ni ro­dzi­ce wo­le­li po­zo­sta­wać w Mie­ście, z da­la od Bą­ko­wa, a ja nie mu­sia­łam żyć pod cią­głym przy­mu­sem. Cho­dzi mi przede wszyst­kim o to, że sztucz­ność i nie­szcze­rość wy­cho­wa­nia miej­skie­go by­ły mi za­osz­czę­dzo­ne i nie wpłynęły na mój cha­rak­ter.

W prze­ci­wień­stwie do mnie mo­ja mat­ka nie­na­wi­dzi­ła wiej­skie­go ży­cia, uwa­ża­jąc, że jest ono do­bre je­dy­nie na czas za­ra­zy i że sprzy­ja le­ni­stwu oraz nie­oby­czaj­no­ści. Tak, tak, nie­oby­czaj­no­ści, któ­ra po­zo­sta­wa­ła we­dług niej w ści­słym związ­ku z bra­kiem na­le­ży­tej po­boż­no­ści wśród wie­śnia­ków i zro­zu­mie­nia przez nich isto­ty Bo­ga Wszech­mo­gą­ce­go. Mat­ka po­zo­sta­wa­ła zatem w Mie­ście, jak są­dzę, ra­da, iż mo­że mnie stra­cić z oczu, po­świę­ca­jąc się cał­ko­wi­cie żar­li­wym mo­dli­twom i dba­niu o du­mę swe­go ży­cia - ho­len­der­ski do­mek dla la­lek. A wła­ści­wie - o kil­ka tych dom­ków, bo z każ­dym ro­kiem by­ło ich wię­cej.

Wie­le za­moż­nych nie­wiast po­sia­da­ło ta­ko­wy do­mek, zbu­do­wa­ny w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach we­dle wzor­ca za­czerp­nię­te­go z praw­dzi­we­go ży­cia, nie my­ślę jed­nak, aże­by dba­ły o nie­go z ta­kim bra­kiem opa­mię­ta­nia, jak to czy­ni­ła mo­ja mat­ka.

Wy­glą­da­ło na to, że owo wiel­kie pu­dło, peł­ne mi­nia­tu­ro­wych me­bli, sprzę­tów i ludz­kich fi­gu­rek, sta­ło się wię­zie­niem dla jej du­szy. Cia­sną klat­ką, z któ­rej, zda­wa­ło się, nie było uciecz­ki. Oczy­ma du­szy wi­dzia­łam na­wet przez chwi­lę, jak nisz­czę ka­wa­łek po ka­wał­ku tę pra­cę ta­bu­nu rze­mieśl­ni­ków o zręcz­nych, pra­co­wi­tych dło­niach. I jak­by te­go by­ło ma­ło, wy­obra­zi­łam so­bie naj­pierw, jak te wpraw­ne pal­ce okle­ja­ją we­wnętrz­ne ścia­ny płyt­ka­mi z szyl­kre­tu, po­zła­ca­ją wy­god­ne ło­ża z bal­da­chi­mem, za­wie­sza­ją kunsz­tow­nie dra­po­wa­ne za­sło­ny i lu­stra w po­zła­ca­nych ra­mach się­ga­ją­ce pod­ło­gi... a po­tem zo­ba­czy­łam, jak nisz­czę wszyst­kie te wspa­nia­ło­ści, to wię­zie­nie mo­jej mat­ki, któ­rym stał się ho­len­der­ski do­mek dla la­lek, wart ty­le, co nie­je­den dom skrom­nej ro­dzi­ny w Mie­ście.

Za ra­dą Dobrej Teresy, w ja­ki spo­sób od­ga­niać złe my­śli, wes­tchnę­łam gło­śno, wcią­ga­jąc kil­ka­krot­nie głę­bo­ko po­wie­trze i po­wtór­nie je wy­dy­cha­jąc. Szko­da by­ło cza­su na ta­ko­we rozmyślania.

Tymczasem nie­bo sta­ło się sre­brzy­sto­sza­re, za­sła­nia­jąc go­rą­ce słoń­ce lek­ką mgieł­ką. Świat wo­kół - lek­ko po­fał­do­wa­ne łą­ki od­dzie­lo­ne od ho­ry­zon­tu ciem­ną li­nią la­su - za­czął wy­glą­dać tak, jak­by pa­trzy­ło się na nie­go przez przy­bru­dzo­ną szyb­kę. Że­by tyl­ko nie przy­gna­ło desz­czu z pół­no­cy... Obej­rza­łam się za sie­bie. Mam­ka, jak zwy­kle, po­zo­sta­wa­ła da­le­ko w ty­le. Mu­ły jak to mu­ły wle­ką się nie­mi­ło­sier­nie, ale ten, na któ­re­go grzbie­cie po­dró­żo­wa­ła Dobra Teresa, prze­szedł sa­me­go sie­bie, spra­wia­jąc wra­że­nie, ja­kby drep­tał w miej­scu. Na­wet wte­dy, gdy od cza­su do cza­su zo­sta­wał po­trak­to­wa­ny szpi­cru­tą, nie na­bie­rał wię­cej ani­mu­szu, a tyl­ko ner­wo­wo strzygł je­dy­nym uchem, jakie po­sia­dał, dru­gie bo­wiem stra­cił w mło­do­ści w nie­wia­do­mych oko­licz­no­ściach.

Dobra Teresa trak­to­wa­ła go z nad­zwy­czaj­ną cier­pli­wo­ścią i zro­zu­mie­niem, jak­by chcia­ła wy­na­gro­dzić mu owo bra­ku­ją­ce ucho al­bo po pro­stu to, iż jest mu­łem: ani ko­niem, ani osłem, tyl­ko mu­łem. Ta­ka już ona by­ła, cza­sa­mi nie­zwy­kle mi­ło­sier­na i wy­ro­zu­mia­ła. Tak, tak, mó­wię świa­do­mie, iż cza­sa­mi by­wa­ła nie­zwy­kle mi­ło­sier­na i wy­ro­zu­mia­ła, gdyż na wła­snej skó­rze zwy­kle do­świad­cza­łam zu­peł­nie czegoś in­ne­go, zwłaszcza je­śli cho­dzi­ło o naukę ła­ciń­skich, an­giel­skich i fran­cu­skich słó­wek, czy też o nadzwyczaj częste my­cie i roz­cze­sy­wa­nie mo­ich wło­sów. Nie pomogło za­kli­na­nie na wszyst­kie świę­to­ści - trze­ba wie­dzieć, iż Dobra Teresa prze­szła na ewan­ge­lizm, ponieważ odrzucono w nim kult świę­tych, jak mi raz wy­zna­ła. Także na wszel­kie proś­by o to, by mi choć tro­chę w tych uciąż­li­wych obo­wiąz­kach od­pu­ści­ła, nie­ste­ty po­zo­sta­wa­ła głu­cha.

- Bez zna­jo­mo­ści ob­cych ję­zy­ków po­zo­sta­niesz jak śle­piec w kra­inie ba­jecz­nych ko­lo­rów, mo­ja pa­nien­ko - ma­wia­ła. - Twój świat bę­dzie cia­sny jak ten do­mek dla la­lek na­le­żą­cy do two­jej czci­god­nej mat­ki. Czy te­go chcesz pa­nien­ko? Ta­kie­go za­mknię­te­go na czte­ry spu­sty lo­chu?

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, to Dobra Teresa na­pa­wa­ła mnie lę­kiem, gdy tak mó­wi­ła, bo skąd mo­gła wie­dzieć, że już daw­no na­zwa­łam do­mek mo­jej mat­ki jej wię­zie­niem? Czy­ta­ła w mo­ich my­ślach? Cza­sa­mi zatem wo­la­ła­bym się prze­nieść do te­go dom­ku dla la­lek, niż uczyć się go­dzi­na­mi słówek w ję­zy­kach, któ­rych - jak mi się wy­da­wa­ło - ni­gdy nie bę­dę mia­ła oka­zji uży­wać, no mo­że oprócz mo­wy pol­skiej. Oczy­wi­ście, nie śmia­łam te­go wy­ra­zić gło­śno w sło­wach, bo to naj­pew­niej roz­sier­dzi­ło­by nie na żar­ty Te­re­sę. A po­za tym, co jak co, ale nie chcia­łam być ta­ka sa­ma jak mo­ja ro­dzi­ciel­ka, któ­ra wca­le nie po­sia­dła zdol­no­ści pi­sa­nia i czy­ta­nia, i na­wet w spra­wie bi­blij­nych na­uk mu­sia­ła zda­wać się na swe­go mę­ża, a me­go oj­ca.

Je­śli cho­dzi zaś o my­cie wło­sów, to mu­szę przy­znać, iż dłu­go i za­cie­kle wal­czy­łam z Do­brą Te­re­są, któ­ra, jak są­dzę, szyb­ciej od­pu­ści­ła­by mi naukę słó­wek ani­że­li to czę­ste my­cie. W tej ma­te­rii postępowała tak, jak­by ją coś na­praw­dę opę­ta­ło. Sa­ma też czę­sto ko­rzy­sta­ła z ba­lii peł­nej wo­dy, zwy­kle wcho­dząc do niej po mo­jej ką­pie­li. - Mu­si­my dbać nie tyl­ko o na­sze du­sze, pa­nien­ko, ale i o na­sze cia­ło - po­wta­rza­ła do znu­dze­nia, po czym ści­sza­jąc głos do szep­tu, naj­czę­ściej do­da­wa­ła:

- Ja tam nie wie­rzę tym Oj­com Ko­ścio­ła, co to mó­wią, że na­sze cia­ło jest na­czy­niem peł­nym zgni­li­zny, bru­du i obrzy­dli­wo­ści. Nie na­le­ży po­gar­dzać cia­łem, tak jak to nam niektórzy na­ka­zu­ją. Duch Pa­na wca­le nie pra­gnie, aby na­sze do­cze­sne człon­ki umar­twiać i obe­lż­ywie trak­to­wać, ja ci to mó­wię, pa­nien­ko. One wca­le nie są na­zna­czo­ne grze­chem. Z bru­du i cho­rób na­sze cia­ło za­czy­na tyl­ko ro­pieć i cuch­nąć, ale na wszyst­ko jest spo­sób, je­śli to nie śmierć. Mó­wię ci, dziec­ko, na­pa­trzy­łam się w klasz­to­rze na te bie­dacz­ki, co to się chcia­ły na skró­ty do nie­ba dostać i umar­twia­ły w po­boż­nej nad­gor­li­wo­ści te swo­je bied­ne człon­ki. Zgro­za czło­wie­ka bra­ła na ich wi­dok. Mój Bo­że, co one nie wy­czy­nia­ły. Bi­czo­wa­ły się jak psy, spo­ży­wa­ły swo­je i nie tyl­ko swo­je od­cho­dy, sa­me się okrut­nie ka­le­czy­ły, po­tem zaś roz­dzie­ra­ły ro­pie­ją­ce ra­ny... A i ro­bac­two po nich peł­za­ło, mó­wię ci, pa­nien­ko: zgro­za bra­ła! W cza­sie po­stu to już bi­czo­wa­ły się pra­wie bez prze­rwy: a to w in­ten­cji sze­rze­nia wia­ry, a to w in­ten­cji do­bro­czyń­ców czy też dusz prze­by­wa­ją­cych w czyść­cu... mój Bo­że, na­wet w no­cy się chło­sta­ły. Tyl­ko nie po­wta­rzaj te­go ni­ko­mu, pa­nien­ko, bo bę­dą z cie­bie drwić, a i nie nam osą­dzać cu­dze prak­ty­ki. Two­je pięk­ne cia­ło nie jest nie­czy­ste, pa­mię­taj o tym, Bóg ci je dał i ono nie mo­że być nie­czy­ste...

No i w myśl tych swo­ich prze­ko­nań szo­ro­wa­ła mi sto­py i dło­nie, ale naj­gor­sze by­ło to, iż my­ła mo­je wło­sy i roz­cze­sy­wa­ła je póź­niej, szar­piąc nie­mi­ło­sier­nie, w po­szu­ki­wa­niu ro­bac­twa, co to zwy­kle na gło­wie się gnieź­dzi.

Tak, tak, Dobra Teresa nie była jak in­ni lu­dzie, choć­by i z po­wo­du swego głę­bo­kie­go ro­ze­zna­nia w sztu­kach wy­zwo­lo­nych: w gra­ma­ty­ce, dia­lek­ty­ce, re­to­ry­ce, aryt­me­ty­ce czy astro­no­mii. Na­wet mo­wę pol­ską na mo­je szczę­ście zna­ła, mo­głam więc po­bie­rać na­ukę te­go ję­zy­ka u niej. Dzię­ki te­mu oszczę­dzo­no mi po­by­tu w klasz­to­rze u sióstr nor­ber­ta­nek w Żu­ko­wie, to wła­śnie tam bo­wiem wie­lu oby­wa­te­li gdań­skich po na­ukę mo­wy pol­skiej swe có­ry wy­sy­ła­ło. Po­noć, co po­nie­któ­ra z mo­ich ró­wie­śnic rów­nież in­ne na­uki tam po­bie­ra­ła, jak ma­wia­no - w na­ukach uczci­wych je kształ­co­no.

Do­sia­dłam moc­niej ko­nia i łyd­ka­mi da­łam mu sy­gnał do ga­lo­pu. Za du­żo my­śli kłę­bi­ło mi się w gło­wie, co wca­le nie by­ło aż ta­kie wska­za­ne.

Dobra Teresa nie lu­bi­ła, gdy tak pusz­cza­łam się pę­dem przed sie­bie, nie zwa­ża­jąc na nią i jej mu­ła. I jak amen w pa­cie­rzu, za­wsze ro­bi­ła mi z te­go po­wo­du sro­gie wy­rzu­ty, ale co tam, ta­ką już mia­łam na­tu­rę i w nie­skoń­czo­ność nie moż­na by­ło utrzy­mać mnie na wo­dzy.

Wy­znam szcze­rze, iż by­ło to naj­pięk­niej­sze uczu­cie, ja­kie­go wów­czas da­ne mi by­ło za­znać. Gdy wcho­dziłam w ga­lop, krew za­czy­na­ła mi w ży­łach szyb­ciej krą­żyć, pul­su­jąc w skro­niach jak osza­la­ła, dech za­pie­ra­ło mi w pier­siach i mu­sia­łam krzy­czeć, i mu­sia­łam wy­krzy­czeć to uczu­cie szczę­ścia, któ­re mnie w okamgnie­niu ogar­nia­ło, jak ogień strze­la­ło, zaj­mu­jąc me ser­ce!

W owej chwi­li nic nie by­ło waż­ne. Czy mo­gło ist­nieć coś pięk­niej­sze­go, coś bar­dziej do­sko­na­łe­go niż ta pew­ność, iż w tej mi­nu­cie nic wię­cej się nie li­czy? Tyl­ko ja, jak­bym by­ła cen­trum świa­ta, ja, Elż­bie­ta Ka­ta­rzy­na Ko­op­mann - cen­trum świa­ta! Po­tęż­na i nie­za­leż­na ni­czym mi­tycz­na bo­gi­ni!

Pę­dząc wprost przed sie­bie, nie sły­sza­łam swe­go gło­su, a prze­cież krzy­cza­łam do utra­ty tchu, tak sa­mo jak nie czu­łam sma­ga­ją­cych mnie po no­gach i ra­mio­nach chasz­czy i skar­ło­wa­cia­łych so­sen. Zwie­rzę, któ­re mnie uno­si­ło na swym grzbie­cie, by­ło wspa­nia­łym cu­dem, a ja cen­trum świa­ta.

Wpierw ro­ze­śmia­łam się gło­śno i przez do­brą chwi­lę nie mo­głam prze­stać się śmiać, a po­tem za­czę­łam wy­krzy­ki­wać na ca­łe gar­dło pieśń nie­ja­kie­go An­ge­lu­sa Si­le­siu­sa, któ­rą śpie­wa­ły­śmy z Te­re­są dla za­ba­wy i za­wsze wte­dy, gdy nikt nas nie sły­szał, ja­ko że sło­wa by­ły "spro­śne" i na do­da­tek spi­sa­ne przez ka­to­lic­kie­go pie­śnia­rza. A brzmiały one tak:

O go­rą­ca roz­ko­szy, o świę­te ło­że, W któ­rym od­naj­dzie mnie mój uko­cha­ny. Przy­bądź go­łę­bi mał­żon­ku, Naj­czyst­sza roz­ko­szy przy­by­waj, Na­sze ło­że kwit­nie. Ach, ja­ki słod­ki jest twój smak. Szczę­ście ma, kto go skosz­tu­je! 1

1 Angelus Silesius, Święta rozkosz duszy albo duchowne pieśni pasterskie zakochanej w swym Jezusie duszy, [w:] K. Deschner, Krzyż pański z Kościołem, przeł. M. Zeller, Gdynia 1994.

7.

Ścią­gnę­łam nie­znacz­nie wo­dze, ma­jąc przed so­bą nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cą się ciem­ną li­nię la­su. Zresz­tą mój koń in­stynk­tow­nie wy­czuł chy­ba, że po­ra zwol­nić, je­go mu­sku­lar­ne cia­ło sta­wa­ło się bo­wiem co­raz bar­dziej gięt­kie, a ru­chy i od­dech swo­bod­niej­sze. Wcze­ś­niej­sze pod­nie­ce­nie, mo­je i zwie­rzę­cia, zda­wa­ło się ustę­po­wać. Nie­mniej wpa­dłam w wą­ską prze­cin­kę la­su po­wo­do­wa­na po­przed­nim im­pe­tem, oszo­ło­mio­na pręd­ko­ścią, ośle­pio­na pę­dem roz­grza­ne­go po­wie­trza. Ścią­ga­jąc bar­dziej zde­cy­do­wa­nie wo­dze, otar­łam rę­ka­wem pot z twa­rzy i obej­rza­łam się za sie­bie. Gdzieś tam w od­da­li, któ­ryś z pa­gór­ków skry­wał przed mo­imi ocza­mi Do­brą Te­re­sę. La­da chwi­la po­win­na wy­nu­rzyć się jej ma­syw­na po­stać na rów­nie ma­syw­nym, co ocię­ża­łym mu­le, i roz­pocz­nie się, po­cząt­ko­wo z po­wo­du od­le­gło­ści ma­ło zro­zu­mia­łe, gde­ra­nie na te­mat lek­ko­du­cha, ja­kim je­stem, i bra­ku roz­trop­no­ści z mej stro­ny. Na sa­mą myśl o tym nie mo­głam po­wstrzy­mać ra­do­sne­go uśmie­chu. Trze­ba mi by­ło jed­nak na mam­kę po­cze­kać, ze­sko­czy­łam więc z koń­skie­go grzbie­tu, gdy zwie­rzę jesz­cze by­ło w stę­pie. Uwiel­bia­łam to, choć­by dla­te­go, że ta­kie sztucz­ki by­ły su­ro­wo za­bro­nio­ne przez Do­brą Te­re­sę, i dla­te­go, że kłó­ci­ły się ze sztu­ką jeź­dziec­ką wpo­jo­ną mi przez me­go fran­cu­skie­go na­uczy­cie­la jeź­dziec­twa, nie­ja­kie­go mon­sieur d'Or­ge­ix.

Ko­cha­łam w tam­tej chwi­li ca­ły świat, włącz­nie z tym wyelegantowanym i przy­pu­dro­wa­nym ma­łym czło­wiecz­kiem, przy­po­mi­na­ją­cym, przede wszyst­kim ze wzglę­du na głę­bo­ko osa­dzo­ne ciem­ne oczka, ja­kie­goś dzi­wacz­ne­go eg­zo­tycz­ne­go pta­ka. Ro­ze­śmia­łam się gło­śno, tak mnie te wspo­mnie­nia zwią­za­ne z mon­sieur d'Or­ge­ix roz­ba­wi­ły. W przy­pły­wie na­głej we­so­ło­ści chcia­łam po­kle­pać me­go ko­nia po szyi, rów­nież w po­dzię­ce za to, iż tak do­brze spi­sy­wał się w cza­sie ga­lo­pu, jed­nak mo­ja rę­ka za­wi­sła nad je­go grzbie­tem w po­wie­trzu - coś z nim by­ło nie tak, bał się chy­ba cze­goś, ner­wo­wo strzy­gąc usza­mi i po­par­sku­jąc z ci­cha. Gwał­tow­nie się od­wró­ci­łam i spoj­rza­łam za sie­bie w głąb bu­ko­we­go la­su.

Zo­ba­czy­łam ich od ra­zu, nie da­lej niż rzut ka­mie­niem, na skra­ju prze­cin­ki, w któ­rą wje­cha­łam. Dwóch ło­trów odzia­nych w po­szar­pa­ne łach­ma­ny, któ­re praw­do­po­dob­nie wcze­śniej by­ły ni­czym in­nym jak bia­ło­-czer­wo­nym żoł­dac­kim uni­for­mem. Ob­ser­wo­wa­li mnie w wiel­kim na­pię­ciu z przy­go­to­wa­ny­mi do od­da­nia cio­su po­ły­sku­ją­cy­mi ba­gne­ta­mi.

W po­bli­żu był jesz­cze ktoś, ko­go nie od ra­zu bym dojrzała, gdy­by nie ner­wo­we par­ska­nie do­rod­ne­go ru­ma­ka uwią­za­ne­go do drze­wa. Ką­tem oka do­strze­głam, że po dru­giej stro­nie prze­cin­ki, na zie­mi, le­ży ja­kiś czło­wiek zwią­za­ny sznu­rem ni­czym schwy­ta­ny zwie­rzak. Jed­nak z miej­sca, gdzie sta­łam, by­ło sta­now­czo za da­le­ko, bym choć w przy­bli­że­niu mo­gła coś po­wie­dzieć o ofie­rze obu rze­zi­miesz­ków. Zresz­tą, jak moż­na się do­my­ślić, nie to by­ło wów­czas mo­im naj­więk­szym zmar­twie­niem. Na­wet nie roz­my­śla­jąc wie­le, wie­dzia­łam, że gdybym była w sio­dle, mo­je szan­se na uj­ście z ży­ciem znacz­nie by wzro­sły. A tak, by­łam pew­na, że ra­czej nie uda mi się wsko­czyć na grzbiet me­go ko­nia i ru­szyć z ko­py­ta, nim tych dwóch mnie do­pad­nie. Za bli­sko by­li, no i we dwój­kę. W chwi­li gdy o tym my­śla­łam, po­czu­łam, jak ser­ce za­czy­na mi wa­lić ni­czym osza­la­łe i fa­la nie­spo­ty­ka­ne­go go­rą­ca ob­le­wa od środ­ka mo­je cia­ło. Mia­łam na so­bie mę­ski strój i z da­le­ka mo­głam ucho­dzić za zręcznego mło­dzień­ca. Oczy­wi­ście, tyl­ko z da­le­ka, i trzy­ma­łam w dło­ni wo­dze nie­zwy­kle do­brze uło­żo­ne­go ko­nia...i to by­ło wszyst­ko, na co mo­głam li­czyć, ale co uświa­da­mia­ło mi jed­nak, iż nie po­win­nam tra­cić otu­chy. Po­dej­mu­jąc wal­kę z ty­mi hul­ta­ja­mi, mia­łam pew­ną szan­sę. "Na Bo­ga, bę­dę wal­czyć" - tak my­śla­łam so­bie, kurczowo ści­ska­jąc w dło­ni wo­dze. "Do ostat­ka bę­dę wal­czyć". Już mia­łam po­pę­dzić ko­nia i spró­bo­wać wsko­czyć mu na grzbiet, gdy za ple­ca­mi usły­sza­łam gder­li­we na­wo­ły­wa­nia Te­re­sy. I ona zda­wa­ła się nie od ra­zu do­strzegać w cie­ni­stym bo­rze obu łaj­da­ków.

- No, wresz­cie cię do­pa­dłam! Ska­ra­nie bo­skie z to­bą, ta­ki z cie­bie lek­ko­duch! Za grosz roz­wa­gi, no i sza­cun­ku dla mej si­wej...

Nie mu­sia­łam od­wra­cać gło­wy, by wie­dzieć, że jed­nak moja opiekunka od ra­zu ich spo­strze­gła. Hul­ta­je spoj­rze­li po so­bie z głu­pa­wym wy­ra­zem twa­rzy. Sa­ma nie wiem, jak Dobra Teresa to zro­bi­ła, ale na­gle roz­legł się huk wy­strza­łu i je­den z mężczyzn padł na zie­mię jak kło­da. W tej sa­mej chwi­li je­go kom­pan ru­szył do przo­du ze skie­ro­wa­nym w mo­im kie­run­ku ba­gne­tem. Nim padł dru­gi strzał, zda­wa­ła się upły­nąć ca­ła wiecz­ność, a ja w tym cza­sie nie by­łam w sta­nie ru­szyć się z miej­sca. Do dzi­siaj nie po­tra­fię po­wie­dzieć, czy to głośny strza­ł, czy zbli­ża­ją­cy się na­past­nik spło­szył me­go ko­nia, w każ­dym ra­zie sta­nął on dę­ba, wy­ry­wa­jąc mi z dło­ni wo­dze z ta­ką si­łą, że nie zdo­ła­łam utrzy­mać się na no­gach i ru­nę­łam na ple­cy. Dzię­ki te­mu unik­nę­łam być mo­że śmier­tel­ne­go dźgnię­cia ba­gne­tem, jak póź­niej oceniłam, po po­now­nym prze­my­śle­niu ca­łe­go wy­da­rze­nia. Obok mnie, w gę­stych skar­ło­wa­cia­łych krzacz­kach czer­wie­ni­cy le­żał ra­żo­ny kulą mój nie­do­szły opraw­ca.

Żył jesz­cze, a z je­go gar­dła wy­do­by­wał się chra­pli­wy, bul­go­cą­cy od­dech.

8.

Świat za­marł wo­kół na chwi­lę. Jak­by wszyst­ko, co ży­je, na­gle wstrzy­ma­ło od­dech. Ża­den liść nie po­ru­szył się na drze­wie, ustał świer­got pta­ków, za­mil­kły ner­wo­wo po­par­skujące ko­nie, na­wet brzę­cze­nie owa­dów w po­szy­ciu uci­chło. Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się wła­śnie zda­rzy­ło. Po­mię­dzy ko­ro­na­mi drzew prze­świ­ty­wa­ło sre­brzy­stonie­bie­skie nie­bo. Słoń­ce wciąż za­snu­wał mgli­sty we­lo­n, choć by­ło z pew­no­ścią prawie po­łu­dnie. Ci­sza wo­kół mia­ła w so­bie coś zło­wro­gie­go, prze­czu­wa­łam, iż niesie ze so­bą wy­da­rze­nia, któ­rych bie­gu nie bę­dę w sta­nie ani od­wró­cić, ani zmie­nić. Ze stra­chu za­mknę­łam po­now­nie oczy, my­śląc o tym, że nadszedł czas, bym za­czę­ła z na­le­ży­tą żar­li­wo­ścią od­ma­wiać psal­my. Nie by­łam prze­cież do­brą dziew­czy­ną, to pew­ne, choć po­peł­nio­ne prze­ze mnie zdroż­no­ści, na­wet naj­ha­nieb­niej­sze, nie za­li­cza­ły się do tych z ro­dza­ju grze­chów śmier­tel­nych. I mi­mo wszyst­ko nie wy­da­wa­ło mi się, że - jak ma­wia­ła mo­ja czci­god­na mat­ka - god­na je­stem to­wa­rzy­stwa du­chów pie­kiel­nych.

Gdzieś nad mo­ją gło­wą, w pod­nieb­nej gę­stwi­nie, naj­pierw za­kwi­lił, a po­tem ze­rwał się do lo­tu ja­kiś ptak...

- Mo­ja dzie­ci­no ma­ła, mo­ja El­żu­niu naj­uko­chań­sza - mamka pa­dła obok mnie na ko­la­na, la­men­tu­jąc głoś­no. Dziw­ne by­ło to, że zwra­ca­ła się do mnie po imie­niu i to na do­da­tek w zdrob­nia­łej po­sta­ci. - Gnę­bi cię ja­kaś do­le­gli­wość, mów prze­cie!?

Chwy­ci­ła mnie za ra­mio­na i uno­sząc mój tu­łów lek­ko do gó­ry, po­trzą­snę­ła mną kil­ka­krot­nie. Jej płó­cien­ny cze­pek gdzieś się za­po­dział, a sztyw­ne si­we wło­sy roz­sy­pa­ły się w wiel­kim nie­ła­dzie, kle­jąc się do spo­co­nej, czer­wo­nej twa­rzy.

- Ży­ję, Dobra Tereso. Dzię­ki to­bie ży­ję - wy­stę­ka­łam z du­żym wy­sił­kiem, wciąż bo­wiem mną gwał­tow­nie po­trzą­sa­ła. - Daj już spo­kój. A po­móż mi tyl­ko pod­nieść się na no­gi - po­pro­si­łam.

Wresz­cie prze­sta­ła mi miaż­dżyć ra­mio­na i cięż­ko wzdy­cha­jąc, usia­dła obok. Skra­jem prze­pa­ści­ste­go płasz­cza, któ­ry wciąż mia­ła na so­bie, prze­tar­ła ocie­ka­ją­cą po­tem twarz.

- Przy­da­ła się ta dia­bel­ska broń, oj, przy­da­ła. Tak mi by­ło nie­po­ręcz­nie z tym że­la­stwem za pa­sem, ale so­bie tak my­śla­łam: a co tam, strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że. Na­wet nie chcę my­śleć, co by to by­ło... ano Bo­ga trze­ba o li­tość pro­sić, a za pa­sem sza­blę no­sić... Tak, świę­ta praw­da. Tych dwóch hul­tajów nie mia­ło, jak wi­dać, już pro­chu w musz­kie­tach, na na­sze szczę­ście... Wiel­ki Bo­że!

Jej roz­wa­ża­nia prze­rwał chra­pli­wy ka­szel czło­wie­ka le­żą­ce­go obok. Dobra Teresa na­słu­chi­wa­ła chwi­lę je­go rzę­żą­ce­go od­de­chu, po czym cięż­ko się pod­nio­sła z zie­mi, po­da­jąc mi przy tym rę­kę.

- Pierw­szy strzał po­szedł mi gład­ko, ale z tym dru­gim... ano z tym dru­gim to wy­szło tro­chę go­rzej, ja­koś te­go kur­ka nie da­wa­ło się zra­zu na­cią­gnąć - mru­cza­ła pod no­sem, ale na ty­le gło­śno, że mo­głam ją zro­zu­mieć. - Ano, trze­ba bę­dzie do­koń­czyć dzie­ła...

- Dobra Tereso, co ty masz na my­śli? - Z prze­ra­że­niem za­stą­pi­łam jej dro­gę.

- Odejdź no, pa­nien­ko, na bok, odejdź, jak cię pro­szę. A le­piej zro­bisz jesz­cze, jak po­pa­trzysz, co z na­szy­mi zwie­rza­ka­mi - mam­ka wy­ko­na­ła nie­pew­ny ruch jedną rę­ką, jak­by chcia­ła mnie od­su­nąć ze swo­jej dro­gi. Dru­gą ma­ca­ła się po brzu­chu, jak­by tam cze­goś szu­ka­ła.

- Ta­kie spra­wy to mnie zo­staw, pa­nien­ko. Ano, niejed­nego przyszło mi w ży­ciu do­świad­czyć... - wy­cią­gnę­ła spod pe­le­ry­ny pi­sto­let i sa­kiew­kę z pro­chem. - Ty je­steś mło­da i czy­sta jak li­li­ja, i tak po­win­no zo­stać. No i za ta­ki czyn wy­mie­rza­ją­cy spra­wie­dli­wość to i od Ra­dy Mia­sta za­pła­tę ja­kąś pew­no do­stać moż­na... Ano tro­chę się za­ga­lo­po­wa­łam, tak to by­wa na sta­rość, nikt prze­cież nie mo­że się o tym wszyst­kim do­wie­dzieć, bo i nas ni­gdy tu być nie po­win­no... - gde­ra­ła mo­no­ton­nym gło­sem, bar­dziej chy­ba do sie­bie sa­mej niź­li do mnie.

Za­mil­kła jed­nak wresz­cie, przy­glą­da­jąc się bro­ni, któ­rą trzy­ma­ła w rę­ku. Coś mu­sia­ło jed­nak być nie po jej my­śli, gło­śno bo­wiem wzdy­cha­jąc, omi­nę­ła mnie, by sta­nąć nad ran­nym i przyj­rzeć mu się w sku­pie­niu.

Ko­rzy­sta­jąc z osło­ny jej sze­ro­kich ple­ców, też ośmie­li­łam się na nie­go spoj­rzeć. Wy­glą­dał jak pół­to­ra nie­szczę­ścia i z groź­ne­go hul­ta­ja zmie­nił się w god­ną po­ża­ło­wa­nia kre­atu­rę. Le­żał na brzu­chu z dziw­nie prze­krę­co­ną gło­wą, w ta­ki spo­sób, iż mógł rów­nież nas wi­dzieć. Z ust wy­pły­wa­ła mu pulsująca stróżka krwi. Dobra Teresa ra­ni­ła go chy­ba w szy­ję, bo chu­s­ta, któ­rą miał za­wią­za­ną zwy­cza­jem prak­ty­ko­wa­nym przez żoł­da­ków, by­ła prze­siąk­nię­ta do nit­ki ja­sno­czer­wo­ną krwią. Daw­ny dum­ny uni­form z tru­dem za­kry­wał wy­nędz­nia­łe, ob­sy­pa­ne stru­pa­mi cia­ło, ty­le w nim by­ło dziur, tak sa­mo jak woj­sko­we ka­ma­sze, z któ­rych wy­cho­dzi­ły czar­ne z bru­du sto­py.

Na pew­no się nie my­li­łam, czło­wiek ten pa­trzył na nas prze­ra­żo­nym wzro­kiem za­szczu­te­go, wy­nędz­nia­łe­go zwie­rzę­cia. Pró­bo­wał chy­ba na­wet coś do nas po­wie­dzieć, ale z gar­dła wy­do­był mu się tyl­ko jesz­cze gło­śniej­szy bul­got. Nie był też chy­ba w sta­nie po­ru­szyć człon­kami, bo na krót­ką chwi­lę je­go sto­py kil­ka­krot­nie bez skut­ku za­par­ły się w mięk­kim le­śnym po­szy­ciu.

Dobra Teresa, mie­rząc do bie­da­ka z pi­sto­le­tu, wol­ną rę­ką pró­bo­wa­ła od­pę­dzić mnie od sie­bie.

- Idź­że so­bie, dziec­ko, no od­suń się, pa­nien­ko. Cze­go oczy nie wi­dzą, to i ser­ce o to nie bo­li - ma­cha­ła dło­nią, jak­by od­ga­nia­ła zza ple­ców ja­kąś na­tręt­ną mu­chę.

- Co chcesz uczy­nić...? - Mia­łam tak ści­śnię­te z prze­ra­że­nia gar­dło, że mo­je sło­wa by­ły na­wet dla mnie sa­mej nie­zro­zu­mia­łe. - Bła­gam cię, Dobra Tereso, mu­si­my po­mó­wić o tym... no o tym, co chcesz zro­bić? Na li­tość bo­ską!

Po raz ko­lej­ny prze­raź­li­wy huk ro­ze­rwał uświę­co­ny spo­kój wiecz­ne­go bo­ru. Le­śne echo po­rwa­ło od­głos wy­strza­łu w głąb dzi­kich ostę­pów, ni­czym szy­der­czą skar­gę le­żą­ce­go u mych stóp w śmier­tel­nych kon­wul­sjach bie­da­ka, mar­nej kre­atu­ry, któ­rej nie by­ło da­ne do­znać ani bo­skiej, ani ludz­kiej ła­ski.

Bez­myśl­nie po­rzu­ci­łam na zie­mię ka­pe­lusz, któ­ry ca­ły czas ner­wo­wo ści­ska­łam w rę­ku, zdję­łam rę­ka­wicz­ki i roz­wią­za­łam cia­sny wę­zeł spi­na­ją­cy mo­je dłu­gie wło­sy. Od­pię­łam też od pa­sa sza­blę, w któ­rą we­dle naj­now­sze­go zwy­cza­ju żaków z Mia­sta - do tej po­ry te­go za­szczy­tu mo­gli do­stą­pić wy­łącz­nie szla­chet­nie uro­dze­ni - za­opa­trzy­ła mnie Te­re­sa. Czu­łam, jak rwą­cy skurcz z głę­bi brzu­cha wy­wo­łu­je u mnie strasz­ne mdło­ści. Opar­łam się więc jed­ną rę­ką o pień naj­bliż­sze­go drze­wa, dru­gą zaś przy­trzy­ma­łam wło­sy i po raz pierw­szy w ży­ciu zwy­mio­to­wa­łam.

9.

- Za­raz po cie­bie wró­cę, pa­nien­ko, tyl­ko mu­szę tu wszyst­ko opo­rzą­dzić. Na­bie­raj głę­bo­ko po­wie­trza, do­brze ci to zro­bi, le­d­wo zi­piesz, jak wi­dzę. Na­pij się też wo­dy - Dobra Teresa po­chy­la­ła się na­de mną z za­tro­ska­ną mi­ną. Wy­glą­da­ła strasz­nie. Twarz mia­ła bia­łą jak kre­da, a przy tym uma­za­ną czar­ną sa­dzą, chy­ba od pro­chu, bo pal­ce mia­ła też tak osma­lo­ne. Jej oczy przy­po­mi­na­ły dwa ciem­ne, za­pad­nię­te do­ły.

- Siedź so­bie tu w spo­ko­ju, do­gląd­nę tyl­ko ko­ni... no i tych hul­tajów, tych umar­la­ków - po­da­ła mi skó­rza­ny bu­kłak z wo­dą. Ta­ki, bez któ­re­go ża­den my­śli­wy i ża­den po­dróż­ny nie wy­bie­rał się w dro­gę. Zwy­kle jed­nak wy­peł­nia­no go wi­nem bądź pi­wem.

- Po­mo­gę ci, Te­re­so - uda­łam, że nie wi­dzę wy­cią­g­nię­tej w mo­ją stro­nę rę­ki z bu­kła­kiem. Cięż­ko pod­nio­słam się z zie­mi, od­gar­nia­jąc z twa­rzy wło­sy zle­pio­ne od po­tu i łez. Mój głos za­brzmiał nie­zwy­czaj­nie ostro i głoś­no. Jak­bym od tej chwi­li nie zno­si­ła sprze­ci­wu. Jak­bym od tej chwi­li sta­ła się jej praw­dzi­wą pa­nią. Oczy­wi­ście, nie spo­sób by­ło nie za­uwa­żyć zdzi­wie­nia na jej po­bla­dłej twa­rzy. Nie rze­kła jed­nak na to ani sło­wa.

Dzień stał się nie­zwy­kle upal­ny i w le­śnej gę­stwi­nie do­słow­nie nie by­ło czym od­dy­chać. Na­wet naj­lżej­szy po­dmuch wia­tru nie po­ru­szał bujnym li­sto­wiem.

Mo­ja kasz­tan­ka sta­ła kar­nie nie­opo­dal ob­ce­go, wspa­nia­łe­go ru­ma­ka przy­wią­za­ne­go do cien­kie­go bucz­ka. Nie oglą­da­jąc się na Do­brą Te­re­sę i jej mu­ła, po­lu­zo­wa­łam obu zwie­rzę­tom po­prę­gi, szep­cząc im ła­god­ne, po­cie­sza­ją­ce sło­wa. Nie po­win­ny się wię­cej oba­wiać. Naj­gor­sze by­ło już za na­mi. I wła­śnie wte­dy przy­po­mnia­łam so­bie o po­sta­ci skrę­po­wa­nej ko­nop­nym sznu­rem po dru­giej stro­nie prze­cin­ki. Pę­dem rzu­ci­łam się w tam­tą stro­nę, w na­dziei, że ten ktoś jesz­cze nie od­szedł w za­świa­ty.

Pierw­sze, co uj­rza­łam i za­pa­mię­ta­łam do dzi­siaj, i co bę­dę pa­mię­tać do koń­ca swe­go ży­cia, to by­ły wpa­trzo­ne we mnie nie­by­wa­łej pięk­no­ści ciem­ne oczy. Bez naj­mniej­sze­go za­sta­no­wie­nia wy­szar­pa­łam z ust poj­ma­ne­go kne­bel z ka­wał­ka brud­nej szma­ty. Uro­dzi­wy mło­dzian, wła­ści­wie dzie­ciak jesz­cze, z pew­no­ścią niewie­le star­szy ode mnie, przez sze­ro­ko otwar­te usta raz za ra­zem wcią­gał łap­czy­wie po­wie­trze. Wy­glą­da­ło to nie­zmier­nie za­baw­nie, jak­bym mia­ła przed so­bą wy­rzu­co­ną na brzeg ry­bę, dla­te­go nie zwa­ża­jąc na po­wa­gę sy­tu­acji, nie zdo­ła­łam po­wstrzy­mać się od uśmie­chu. Bie­dak za­uwa­żył tę nie­sto­sow­ność, bo na chwi­lę zmarsz­czył pięk­nie za­ry­so­wa­ne ciem­ne brwi.

Mil­cze­li­śmy obo­je, szyb­ko więc za­ję­łam się roz­su­pły­wa­niem cia­sno za­cią­gnię­tych wę­złów, ma­jąc ca­ły czas świa­do­mość, iż nie­zna­jo­my wpa­tru­je się we mnie, jak­by du­cha zo­ba­czył.

- Pro­szę, wy­bacz mi pa­nie, ale bez cze­goś ostre­go, bez no­ża ja­kie­goś, nie dam za nic ra­dy - ode­zwa­łam się pierw­sza, pod­no­sząc się z zie­mi. I ze wzro­kiem wbi­tym w mo­je po mę­sku obu­te sto­py pu­ści­łam się pę­dem w kie­run­ku, gdzie zo­sta­wi­łam Do­brą Te­re­sę i ko­nie.

Na­wet gdy­by mi coś od­po­wie­dział, to i tak bym go nie sły­sza­ła, bo wła­śnie z ca­łą ja­sno­ścią po­czę­ło do­cie­rać do mnie to, w ja­kiej sy­tu­acji się zna­la­złam. Kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej w krzacz­kach czer­wie­ni­cy le­ża­ło dwóch mar­twych hul­tajów, ja zaś bie­ga­łam w spo­sób wiel­ce nie­oby­czaj­ny ni­czym ja­kiś mło­dzian, w mę­skim prze­bra­niu, a z po­wie­wa­ją­cy­mi wło­sa­mi do pa­sa nikt nie mógł­by wziąć mnie za ta­ko­we­go... Do­bry Bo­że!

Bez tru­du od­na­la­złam sza­blę i ści­ska­jąc ją w gar­ści, już mia­łam ru­szyć z po­wro­tem, gdy na­gle usły­sza­łam głos Te­re­sy do­cho­dzą­cy zza me­go ko­nia:

- A do­kąd to pa­nien­ce tak śpiesz­no? Sa­ma się za­bio­rę za te­go nie­szczę­śni­ka, kto to wie, co to za ka­wał zbi­ra, poj­ma­ny, nie­poj­ma­ny, zbi­rem mo­że być. Ni­gdy nie wia­do­mo, na ko­go się tra­fi, a strze­żo­ne­go pan Bóg strze­że. Jak to ma­wia­ją: kto na alarm bi­je, ten sam się za­bez­pie­cza... a pa­nien­ce to i nie ucho­dzi... - mam­ka sta­nę­ła przede mną. Przy­po­mi­na­ła za­dusz­ne­go upio­ra z za­świa­tów. Tak strasz­nie wy­glą­da­ła. W rę­ku wciąż trzy­ma­ła osma­lo­ny pi­sto­let.

- Ja to zro­bię, Dobra Tereso - po­wie­dzia­łam sta­now­czo. - Ja go uwol­nię. I nie chcę, by sta­ła mu się ja­kaś krzyw­da, zo­stań więc tu­taj ze zwie­rzę­ta­mi i nie stój mi na dro­dze - od­wa­ży­łam się wresz­cie spoj­rzeć jej w oczy. By­ła w nich pust­ka, a mo­że smu­tek, wo­la­łam jed­nak my­śleć, że są ta­kie ja­kieś mar­twe, bez wy­ra­zu. Tak sa­mo, jak wo­la­łam nie my­śleć, jak okrut­nie i bez­dusz­nie mo­gły za­brzmieć mo­je sło­wa. Od­wró­ci­łam się więc do niej ple­ca­mi i po­bie­głam w kie­run­ku skrę­po­wa­ne­go mło­dzień­ca.

- Na­resz­cie... pa­ni - wy­mam­ro­tał z ulgą na mój wi­dok, i za­raz do­dał już pew­niej­szym to­nem:

- My­śla­łem, że już ni­gdy nie wró­cisz...

Głos miał ni­ski, lek­ko ochry­pły, naj­pięk­niej­szy głos, ja­ki w ca­łym swym ży­ciu sły­sza­łam. Przez chwi­lę ocza­ro­wa­na me­lo­dią je­go słów wpa­try­wa­łam się w nie­go w spo­sób jak naj­bar­dziej niesto­sow­ny. Z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go po­wo­du nie mo­głam jed­nak ina­czej.

Przy­kuc­nę­łam obok nie­go. Czu­łam, jak­by prze­ni­kał mnie ja­kiś za­cza­ro­wa­ny, jed­no­cze­śnie da­le­ki i bli­ski mi świat, po­rów­ny­wal­ny tyl­ko do te­go, któ­ry zna­łam z mo­ich nie­sły­cha­nych ma­rzeń o da­le­kiej Ben­ga­lii.

- Pa­ni... - je­go głos wy­rwał mnie z jak­że pięk­ne­go snu, nie spo­sób by­ło nie usły­szeć w nim wy­raź­nej nu­ty skar­gi i znie­cier­pli­wie­nia. - Wszyst­ko mi już zdrę­twia­ło i krew chy­ba za­raz prze­sta­nie mi krą­żyć, więc uwol­nij mnie, pro­szę...

Po­czu­łam, jak fa­la go­rą­ca na­pły­wa mi do twa­rzy i ro­bię się czer­wo­na ni­czym roz­kwi­tła pi­wo­nia.

Bez sło­wa więc, by nie po­grą­żyć się jesz­cze bar­dziej, za­bra­łam się do prze­ci­na­nia wię­zów. Nie mia­łam na dło­niach rę­ka­wi­czek, któ­re wcze­śniej prze­cież po­rzu­ci­łam, dla­te­go co ja­kiś czas do­ty­ka­łam pal­ca­mi je­go roz­grza­nej skó­ry. Za każ­dym ra­zem, kie­dy to na­stę­po­wa­ło, prze­ni­kał mnie dziw­ny dreszcz.

Tak, tak, w gło­wie mia­łam wiel­ki mę­tlik, w któ­rym uczu­cie dziw­ne­go, bez­gra­nicz­ne­go szczę­ścia mie­sza­ło się z wiel­ką trwo­gą. I tyl­ko jed­na myśl dzia­ła­ła na mo­je ro­ze­dr­ga­ne ner­wy ko­ją­co: nie by­ło przy mnie Dobrej Teresy i nie mo­gła zo­ba­czyć mnie w tym sta­nie.

Ostatecznie roz­ci­na­nie wię­zów po­szło mi nie­zwy­kle spraw­nie.

Przez chwi­lę mło­dzie­niec roz­cie­rał so­bie nad­garst­ki, klę­cząc obok mnie na zie­mi.

- Pani, ura­to­wa­łaś mi ży­cie - prze­mó­wił wresz­cie. - Nie wiem, co praw­da, jak to wszyst­ko się po­to­czy­ło, ale za­wdzię­czam ci ży­cie, pa­ni... i w tej mo­jej wdzięcz­no­ści po­zo­sta­nę ci wier­ny do koń­ca mo­ich dni.

Pa­trzył na mnie, a je­go ciem­ne oczy iskrzy­ły świat­łem ty­sią­ca od­bi­ja­ją­cych się w nich gwiaz­dek. Gdzieś w gó­rze, w zie­lo­nej kry­jów­ce ode­zwa­ła się ku­kuł­ka. Mło­dzie­niec przy­ło­żył pa­lec do ust, na znak mil­cze­nia, i zda­wał się jej na­słu­chi­wać.

- Wró­ży nam dłu­gie ży­cie - ode­zwał się pra­wie szep­tem, gdy tyl­ko ptak za­milkł. - To­bie i mnie, pa­ni, bo od­tąd los po­łą­czył na­sze ży­cie w jed­no - mru­gnął żar­to­bli­wie w mo­im kie­run­ku, choć twarz miał sku­pio­ną i po­waż­ną, jak­by do­pie­ro te­raz za­czę­ło do­cie­rać do nie­go wszyst­ko to, co wy­da­rzy­ło się w ostat­nich go­dzi­nach.

Miał w so­bie jed­nak owo opanowanie wła­ści­we moż­nym kup­com gdań­skim, prze­ka­zy­wa­ne z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, nie­wzru­szo­ny spo­kój, ową po­gar­dę dla prze­ciw­no­ści lo­su, któ­ra nas wzmac­nia­ła i czy­ni­ła w ży­ciu nie­zwy­kle od­por­ny­mi na to, co nie­prze­wi­dy­wal­ne i nie­unik­nio­ne.

Mu­szę wy­znać, że po raz pierw­szy by­łam cie­le­śnie tak bli­sko mło­de­go męż­czy­zny. Czu­łam za­pach je­go roz­grza­ne­go cia­ła, mo­gła­bym wy­cią­gnąć rę­kę i do­tknąć je­go do­sko­na­łej szczu­płej twa­rzy. A na nic nie mia­łam w tam­tej chwi­li więk­szej, bar­dziej prze­moż­nej ocho­ty niż wła­śnie na ten wiel­ce nie­sto­sow­ny gest. Oszo­ło­mio­na, nie­po­mna te­go, co czy­nię, wy­cią­gnę­łam na­wet w je­go stro­nę rę­kę, na szczę­ście nie­zna­ny mło­dzian ubiegł mnie i uj­mu­jąc ją, ku me­mu cał­ko­wi­te­mu oszo­ło­mie­niu przy­ci­snął do swych go­rą­cych, spierzch­nię­tych ust.

Świat za­wi­ro­wał po­de mną, jak­bym ule­gła ja­kimś ta­jem­nym cza­rom i wszel­ka myśl o mo­im nie­oby­czaj­nym za­cho­wa­niu stra­ci­ła się gdzieś w prze­stwo­rzach. Dzi­siaj wiem, że to nie cza­ry mną za­wład­nę­ły, a mi­łość. Naj­bar­dziej ta­jem­na moc bio­rą­ca we wła­dzę czło­wie­ka.

10.

- Po­zwo­lisz pa­ni, że się przed­sta­wię: Edu­ard Hayn, syn bur­gra­bie­go gdań­skie­go Da­nie­la Hay­na - po­chy­lił się ni­sko w ukło­nie prze­zna­czo­nym Dobrej Teresie.

- Elżbieta Katarzyna Koopmann, a to moja opiekunka Dobra Teresa - odwzajemniłam ukłon, starając się wypaść jak najlepiej.

- Jestem zaszczycony. Pozostanę two­im wiecz­nym dłuż­ni­kiem, pani. Ura­to­wa­łaś mi ży­cie.

- O tak, nie­zna­ne są wyroki Boże. - Dobra Teresa zda­wa­ła się nie za­uwa­żać, jak pięk­ny jest mło­dzie­niec wy­ko­nu­ją­cy przed nią po raz dru­gi do­sko­na­ły ukłon.

Wciąż mia­ła ja­kiś dziw­ny, nie­obec­ny wy­raz twa­rzy, jak­by zu­peł­nie nie ob­cho­dzi­ło jej to, co się wo­kół dzie­je.

Chwi­lę przy­glą­da­ła się mil­czą­co Edu­ar­do­wi, trud­no by­ło jed­nak po­wie­dzieć, ja­kie my­śli za­przą­ta­ły jej gło­wę. W koń­cu ode­zwa­ła się ob­cym, nie­zna­nym mi do­tąd to­nem:

- Za po­zwo­le­niem pa­nien­ki, trze­ba nam upo­rać się z do­cze­sny­mi szcząt­ka­mi tych hul­tajów. Do no­cy co praw­da jesz­cze da­le­ko, ale i do do­mu da­le­ko... Należałoby ich po­grze­bać, za przy­zwo­le­niem pa­nien­ki... Bóg bę­dzie nam za to wdzięcz­ny.

Nie mam po­ję­cia, czy tyl­ko mi się tak zda­wa­ło, ale od­nio­słam wra­że­nie, że sły­szę drwi­nę w jej sło­wach. Nie pa­trzy­ła na mnie, tyl­ko gdzieś po­nad mo­ją gło­wą. Tak też by­ło le­piej, bo nie wiem, czy wy­trzy­ma­ła­bym spoj­rze­nie jej pu­stych oczu.

Za­bra­li­śmy się więc za po­mo­cą te­go, co mie­li­śmy przy so­bie, czyli dwóch ba­gne­tów na­le­żą­cych do ra­bu­siów, no i obu sza­bli, mo­jej i Edu­ar­da, do ko­pa­nia do­łu. Nie by­ło to ła­twe za­da­nie, zie­mia w tej oko­li­cy by­ła bo­wiem cięż­ka, gli­nia­sta, peł­na splą­ta­nych ze so­bą ko­rze­ni, a i let­nia go­rącz­ka nie ze­lża­ła ani na jo­tę.

Po­cząt­ko­wo do pra­cy wzię­ła się tyl­ko Dobra Teresa z Edu­ar­dem, po­tem jed­nak, wi­dząc, jak wol­no im to idzie, wbrew ich pro­te­stom i ja do nich do­łą­czy­łam.

Słoń­ce skry­ło się już daw­no za ho­ry­zon­tem, kie­dy wresz­cie uda­ło nam się upo­rać z owym przy­krym obo­wiąz­kiem. Moja opiekunka od­mó­wi­ła gło­śno mo­dli­twę za zmar­łych, pro­sząc Bo­ga o li­tość dla tych po­ża­ło­wa­nia god­nych kre­atur, któ­re licz­ne woj­ny ostat­nich lat spro­wa­dzi­ły na dro­gę hań­by i bez­pra­wia. Tak po­wie­dzia­ła o nich Dobra Teresa. Jak­by to, co czy­ni­li za ży­cia, da­wa­ło się ująć w ja­kie­kol­wiek sło­wa. Zna­łam jed­nak ją na ty­le do­brze, by wie­dzieć, że za­wsze sta­ra­ła się na wszyst­ko i na wszyst­kich pa­trzeć tak, jak­by sta­ła z bo­ku. "Na­uczy­ły mnie te­go nie­zli­czo­ne księ­gi, któ­re da­ne mi by­ło po­znać" - ma­wia­ła, a w jej gło­sie zwy­kle roz­brzmie­wał ton wyż­szo­ści, jed­nak tam­te­go pa­mięt­ne­go dnia po­czę­łam my­śleć, że ra­czej na­uczył ją te­go brak mi­ło­ści, któ­rej ni­gdy w swym dłu­gim ży­ciu nie za­zna­ła.

Tak, tak, brak do­zna­nej mi­ło­ści jest spraw­nym na­uczy­cie­lem, każ­de­mu, bez wzglę­du na je­go po­jęt­ność, za­szcze­pi uczu­cia prze­śla­du­ją­ce go do koń­ca ży­cia.

Do­peł­nia­jąc obo­wiąz­ku po­chów­ku, wresz­cie mo­gli­śmy opu­ścić to miej­sce w bo­rze, któ­re zwa­bi­ło nas w upal­ny dzień uro­kiem swe­go cie­nia i chło­du, a któ­re na­zna­czy­ło i zmie­ni­ło bez­pow­rot­nie na­sze lo­sy.

Gdy do­sta­li­śmy się po­now­nie na otwar­tą, bez­kre­sną prze­strzeń, było dla mnie ja­sne, że wszy­scy tro­je sta­li­śmy się in­ny­mi ludź­mi i że już ni­gdy nic nie bę­dzie tak, jak by­ło, choć na gło­wie mia­łam zno­wu wci­śnię­ty głę­bo­ko na oczy ka­pe­lusz, a u pa­sa przy­pię­tą sza­blę i swą po­stu­rą do­sko­na­le przypominałam mło­dzień­ca z Mia­sta.

Tra­wi­ło mnie zmę­cze­nie i głód, a jed­nak nie chcia­łam, aby ten dzień kie­dy­kol­wiek do­biegł koń­ca. Spod ron­da ka­pe­lu­sza spo­glą­da­łam ukrad­kiem na Edu­ar­da, po­dzi­wia­jąc wspa­nia­łą swo­bo­dę, z ja­ką trzy­mał się na ko­niu. Widziałam, że jest wy­bor­nym jeźdź­cem, ma do­sko­na­łe ma­nie­ry. Ani ra­zu nie dał po so­bie po­znać, że mo­je za­cho­wa­nie nie przy­stoi mło­dej pan­nie bądź też jest nie­przy­zwo­ite i nie­oby­czaj­ne, w koń­cu pod żad­nym po­zo­rem nie ucho­dzi­ło nie­wie­ście pa­ra­do­wa­nie w mę­skim stro­ju. Prze­cież za wy­so­ce nie­oby­czaj­ne ucho­dzi­ło już sa­mo po­ka­zy­wa­nie nóg w spo­sób, ja­ki czy­ni­li to męż­czyź­ni, a więc odzia­nie spodni wią­za­nych tuż pod ko­la­nem za po­mo­cą cien­kich rze­my­ków. Od­sło­nię­cie choć­by sa­mych ko­stek przez nie­wia­stę mo­gło być trak­to­wa­ne tyl­ko na je­den spo­sób: ja­ko lu­bież­ne na­rzę­dzie. Na­wet sprze­daj­ne dziew­ki, któ­rych wszę­dzie by­ło peł­no, no­si­ły sto­sow­ne sza­ty, a więc lnia­ne luź­ne suk­nie spływające gę­stwi­ną fałd aż do zie­mi.

A mi­mo to Edu­ard trak­to­wał mnie i mo­ją mam­kę z na­le­ży­tym sza­cun­kiem i przez ca­ły czas uda­wał, iż nie do­strze­ga ca­łej tej ma­ska­ra­dy.

Mo­że so­bie to tyl­ko uro­iłam, ale w chwi­li, gdy do­sia­da­łam ko­nia, w je­go oczach uchwy­ci­łam na­wet błysk szcze­re­go po­dzi­wu. Mój fran­cu­ski na­uczy­ciel mon­sieur d'Or­ge­ix był­by z pew­no­ścią dum­ny ze mnie, tym bar­dziej iż uży­wa­łam ro­dzaj sio­dła, któ­re on sam wy­chwa­lał pod nie­bio­sa, ża­łu­jąc zwy­kle, że nie jest prze­zna­czo­ne dla płci pięk­nej: lek­kie, nie­zbyt gru­be, wła­ści­wie bez po­du­szek i z pra­wie pła­skim sie­dzi­skiem, po­zwa­la­ją­ce na swo­bod­ną zmia­nę do­sia­du. Ta­kie sio­dło by­ło jak­by dla mnie stwo­rzo­ne, bo nie prze­chwa­la­jąc się, po­sia­dłam tę wyż­szą umie­jęt­ność konnej jazdy i koń słu­chał mnie bez tak nie­zbęd­nych dla wie­lu jeźdź­ców ostróg i pal­ca­ta. Tkwi­ła w tym prze­ka­za­na mi przez Do­brą Te­re­sę mą­drość, któ­ra mó­wi­ła, że su­chy chleb i kar­cer nie na­uczą ni­ko­go ani gre­ki, ani ła­ci­ny. In­ny­mi sło­wy, na­uczy­ciel mu­si prze­ma­wiać ucznio­wi do je­go rozumu, a nie skó­ry.

11.

Za­trzy­ma­li­śmy się w szcze­rym po­lu, do­bry ka­wa­łek od ścia­ny la­su, by się po­że­gnać. Ho­ry­zont przed na­mi po­ły­ski­wał pur­pu­ro­wą po­świa­tą, tak sa­mo jak za­wi­słe nad nim po­sza­rza­łe ob­ło­ki. Wy­so­ko na nie­bie uka­zał się już de­li­kat­ny wi­ze­ru­nek księ­ży­ca - nie­uchron­na za­po­wiedź ry­chłej no­cy. Ze zdzi­wie­niem za­no­to­wa­łam w my­ślach, że w niec­kach po­mię­dzy nie­wiel­ki­mi pa­gór­ka­mi za­czę­ła gro­ma­dzić się mlecz­na, zwiew­na mgła. Świat wo­kół znów prze­ni­kał wręcz na­ma­cal­ny spo­kój. Jak­by na­tu­ra z na­wiąz­ką chcia­ła wy­na­gro­dzić na­szym oszołomionym gło­wom nie­daw­no prze­ży­tą opre­sję.

Tak wte­dy so­bie my­śla­łam, usi­łu­jąc ze wszystkich sił spo­glą­dać w dal, na bez­kre­sną zie­mię roz­po­ście­ra­ją­cą się przed na­mi, a nie w stro­nę pięk­ne­go mło­dzień­ca tuż u me­go bo­ku.

I nie­zna­ny do­tąd żal ści­snął me ser­ce, jak­bym wła­śnie raz na za­wsze tra­ci­ła ko­goś, bez ko­go nie bę­dę zdol­na od­dy­chać ani do­strze­gać barw i prze­róż­nych od­cie­ni świa­tła, ani chło­nąć za­pa­chu kwia­tów czy de­lek­to­wać się sma­kiem słod­kich owo­ców...

- Pa­ni? - Głos Edu­arda wy­rwał mnie z głę­bo­kie­go za­my­śle­nia. Na­wet nie za­uwa­ży­łam, że sta­nę­li­śmy w miej­scu, a to­wa­rzy­szą­cy nam mło­dzie­niec zdą­żył ze­sko­czyć z ko­nia i pa­trzył wy­cze­ku­ją­co ku mnie w gó­rę. - Nad­szedł czas, by się po­że­gnać, bo i da­le­ka dro­ga przed to­bą, pa­ni.

W je­go gło­sie roz­brzmie­wał bo­le­sny smu­tek. To w tam­tej chwi­li zda­łam so­bie spra­wę z te­go, że oto za­czy­nam pa­trzeć na świat zu­peł­nie ina­czej i roz­po­zna­wać oraz czuć rze­czy, któ­re kie­dyś nie mia­ły­by pra­wa za­ist­nieć.

Świa­do­mość ta nie­po­strze­że­nie sta­ła się dla mnie ist­ną udrę­ką i na­tych­miast za­czę­łam ją ze wszyst­kich sił ukrywać. Prze­cież w mo­im świe­cie czło­wiek na­wet sam przed so­bą nie przy­zna­wał się do po­tę­pia­nych pra­gnień.

Ocią­ga­jąc się, ze­sko­czy­łam z ko­nia. Ką­tem oka wi­dzia­łam ocze­ku­ją­cą na dal­szą po­dróż Do­brą Te­re­sę. Wy­glą­da­ła na swo­im mu­le jak ol­brzy­mia, groź­na ka­płan­ka nie z te­go świa­ta, lecz z jakiejś bu­dzą­cej lęk ba­jecz­nej kra­iny. Chy­ba coś mru­cza­ła do sie­bie pod no­sem, ale na­wet te­go nie by­łam pew­na.

W gło­wie mia­łam tyl­ko jed­ną myśl: nikt nie może wie­dzieć, co dzie­je się w mo­jej du­szy. Wszyst­kie te po­sta­no­wie­nia le­gły jed­nak w gru­zach, kie­dy uj­rza­łam, jak Edu­ard klę­ka przede mną i bie­rze mo­ją dłoń. Wy­da­wa­ło mi się, że spoj­rze­nie je­go błysz­czą­cych, ciem­nych oczu prze­bi­ja mnie na wy­lot jak lan­ca, a jed­nak by­ła to naj­pięk­niej­sza chwi­la, ja­ką da­ne mi by­ło prze­żyć. Tak, tak, na­wet je­śli trud­no w to uwie­rzyć, bo prze­cież do­świad­czę w mo­im ży­ciu jesz­cze nie­jed­nego.

- Po­zwól pa­ni, że zło­żę ci przy­się­gę... A więc, kie­dy po raz pierw­szy cię uj­rza­łem, Elż­bie­to, od ra­zu wie­dzia­łem, że chwi­la ta po­zo­sta­nie naj­szczę­śliw­szą i naj­waż­niej­szą w mo­im ży­ciu już na za­wsze. A więc świa­dom te­go, co czy­nię, przy­rze­kam ci, pa­ni, mo­ją nie­złom­ną mi­łość i od­da­nie do koń­ca świa­ta. Tak mi do­po­móż w tym, Bo­że.

Po raz dru­gi te­go dnia po­czu­łam na dło­ni go­rą­ce usta Edu­ar­da i nie by­łam w sta­nie wy­krztu­sić z sie­bie żad­ne­go sło­wa. A on wciąż klę­czał przede mną z ni­sko po­chy­lo­ną gło­wą. Nie­ma ze szczę­ścia pa­trzy­łam na je­go ciem­ne, fa­lu­ją­ce wło­sy opa­da­ją­ce na szczu­płe, jesz­cze chło­pię­ce ra­mio­na, z któ­rych jed­nak­że bi­ła nie­po­wta­rzal­na si­ła cha­rak­te­ru i upór. Sa­ma nie wiem, jak to się sta­ło, że po­mi­mo mło­de­go wie­ku i bra­ku ja­kie­go­kol­wiek do­świad­cze­nia by­łam w sta­nie tak bez­błęd­nie Edu­ar­da oce­nić. I zno­wu zda­łam so­bie spra­wę z te­go, że do tej po­ry pa­trzy­łam na świat tyl­ko ocza­mi Dobrej Teresy, ko­bie­ty, któ­rej ni­gdy nie da­ne by­ło do­świad­czyć, co to jest mi­łość i cie­le­sne po­żą­da­nie.

Nie­po­mna, co czy­nię, w swej dziew­czę­cej na­iw­no­ści, rów­nież osu­nę­łam się przed nim na ko­la­na. Przy­tu­li­łam po­li­czek do go­rą­cej dło­ni Edu­ar­da i po­wtó­rzy­łam szep­tem do­kład­nie tę sa­mą przy­się­gę, ja­ką on mi zło­żył.

Do­bry Bo­że, chwi­la, w któ­rej od­wa­ży­li­śmy się spoj­rzeć so­bie w oczy, by­ła tą, któ­ra ze­spo­li­ła na­sze za­ko­cha­ne mło­dzień­cze du­sze.

Nie mo­głam jed­nak prze­dłu­żać jej w nie­skoń­czo­ność, ta­ka ra­dość za­czę­ła roz­pie­rać mo­je pier­si. Wy­ci­snę­łam więc gło­śny po­ca­łu­nek na po­licz­ku Edu­ar­da i jak sza­lo­na wsko­czy­łam na mo­ją kasz­tan­kę, ru­sza­jąc z ko­py­ta. Już nie my­śla­łam o tym, co on mo­że so­bie o mnie po­my­śleć, o mym nie­sto­sow­nym i ka­ry­god­nym za­cho­wa­niu.

- Cze­kam na cie­bie, Edu­ar­dzie! - Wo­ła­łam, jak­by mnie coś opę­ta­ło, wcho­dząc w ga­lop.

- Do­goń mnie! No, do­goń mnie!

Za ple­ca­mi sły­sza­łam co­raz szyb­szy tę­tent koń­skich ko­pyt i wie­dzia­łam, że to Edu­ard za mną po­dą­ża. Kie­dy spoj­rza­łam w tył, był tuż przy mnie, z ro­ze­śmia­ną twa­rzą i roz­wia­ny­mi wło­sa­mi wy­glą­dał jak grec­ki bóg, jak Apol­lo al­bo do­rów­nu­ją­cy mu w pięk­no­ści Per­se­usz.

12.

Nie­wie­le ro­ze­zna­wa­łam się w ży­ciu moż­nych gdań­skich ro­dzin, a to dla­te­go, że rzad­ko po­zo­sta­wa­łam na dłu­żej w Mie­ście i nie uczest­ni­czy­łam w roz­mo­wach pro­wa­dzo­nych pod­czas ro­bó­tek ręcz­nych w ku­piec­kich sa­lo­nach czy też nie przy­słu­chi­wa­łam się plot­ku­ją­cym dziew­kom ku­chen­nym. Co do tych ostat­nich na­wet mnie by­ło już wów­czas wia­do­mo, iż zwy­kle to one naj­le­piej ro­ze­zna­ją się w tym, co się dzie­je w czte­rech ścia­nach domów gdań­skich oby­wa­te­li.

Oczy­wi­ście, zna­łam kil­ka spo­śród naj­zac­niej­szych na­zwisk, w tym rów­nież to bur­gra­bie­go Da­nie­la Hay­na. I na­wet bez bie­głej zna­jo­mo­ści obo­wią­zu­ją­cej hie­rar­chii gdańskich mieszczan wie­dzia­łam, że ro­dzi­na Hay­nów, po­mi­mo bo­gac­twa mo­je­go oj­ca, po­sta­wio­na jest du­żo wy­żej od nas, ro­dzi­ny Ko­op­man­nów, choć­by z ra­cji sprawowania funkcji bur­gra­bie­go.

Dobra Teresa też nie naj­le­piej ro­ze­zna­wa­ła się w tej ma­te­rii, ale sły­sza­ła, iż Hay­no­wie wiel­ce szczy­ci­li się swym ry­cer­skim ro­do­wo­dem wy­wo­dzą­cym się z da­wien daw­na aż z Tu­ryn­gii. A i w Gdań­sku za­li­cza­li się do naj­star­szych ro­dów tu osia­dłych, z du­mą bo­wiem przy­wo­ły­wa­li pa­mięć swych przod­ków przy­by­łych do Mia­sta już przed po­nad dwu­stu la­ty. Ro­dzi­na Hay­nów mia­ła w po­sia­da­niu wspa­nia­łą sie­dzi­bę w Mie­ście, przy Dłu­gim Tar­gu, a więc nie­da­le­ko do­mu me­go oj­ca i - wzo­rem szla­chet­nie uro­dzo­nych i in­nych bo­ga­tych pa­try­cju­szy - rów­nie wspa­nia­ły ma­ją­tek ziem­ski w War­czu.

Dobra Teresa sły­sza­ła wie­le opo­wie­ści o tej po­siad­ło­ści, choć, ma się ro­zu­mieć, ni­gdy nie by­ło jej da­ne tam za­wi­tać: o nie­zwy­kłej pięk­no­ści dwo­rze, zbu­do­wa­nym po­noć we­dle po­dzi­wia­ne­go przez wszyst­kich Hisz­pań­skie­go Dwo­ru w So­po­cie. Po­nadto miał się tam znaj­do­wać pełen uroku park z nie­zli­czo­ny­mi rzeź­ba­mi, fon­tan­na­mi i igrasz­ka­mi wod­ny­mi, a  także osob­ny dom dla służ­by. Opo­wia­da­no też, że wszyst­kiego tego do­peł­nia bo­ga­ty fol­wark z mły­nem i in­ny­mi do­bra­mi go­spo­dar­ski­mi.

Dobra Teresa uwa­ża­ła, że po­dob­nie jak mój czci­god­ny oj­ciec, tak i ro­dzi­ny bo­ga­tych kup­ców gdań­skich po­czę­ły wsty­dzić się bo­gac­twa zgro­ma­dzo­ne­go dzię­ki han­dlo­wi i za wszel­ką ce­nę wzięły się do na­śla­do­wa­nia ary­sto­kra­cji, któ­ra ku­piec­twa, jak wia­do­mo, wca­le się nie ima­ła, a do­cho­dy czer­pa­ła głów­nie z zie­mi. Moja opiekunka po­wo­ływała się na list, ja­ki da­ne jej by­ło od­czy­tać mo­je­mu oj­cu, któ­ry, choć sam bie­gły w czy­ta­niu, kie­dy tyl­ko się da­ło, ka­zał wy­rę­czać się w tym obo­wiąz­ku in­nym, naj­chęt­niej Dobrej Teresie, je­śli miał ją aku­rat pod rę­ką. Tak, więc ku­zyn me­go oj­ca ze stro­ny mat­ki, cie­szą­cy się sta­no­wi­skiem sę­dzie­go, w li­ście swym go­rą­co re­ko­men­do­wał kup­no dal­szych po­sia­dło­ści ziem­skich lub par­ce­li pod­miej­skich, ja­ko że nie by­ły one wy­sta­wio­ne na ta­kie ry­zy­ko, ja­kie nie­sie ze so­bą mo­rze, nie­uczci­wy po­śred­nik czy nie­lo­jal­na spół­ka ku­piec­ka. Ku­zyn ten pi­sał też coś o ry­zy­ku ban­kruc­twa, ja­ko­by w han­dlu by­ło ono więk­sze, ale Dobra Teresa nie przy­kła­da­ła do tych słów więk­szej wa­gi, gdyż - jak mnie po­uczy­ła - ta­ko­we ry­zy­ko czy­ha­ło wszę­dzie, gdzie szło o ma­ją­tek czy pie­nią­dze.

Za­pa­dła już ciem­na noc, gdy da­ne nam by­ło zno­wu za­wi­tać w do­mu. Nie za­mie­ni­łam z Teresą w dro­dze ani sło­wa. By­łam z te­go nie­zwy­kle ra­da i gdy­by ze­chcia­ła wszcząć ze mną ja­ką­kol­wiek roz­mo­wę, po raz pierw­szy w ży­ciu mu­sia­ła­bym dać jej ostrą od­pra­wę.

Roz­my­śla­łam o tym, że wszyst­ko to, co mo­gło­by ucho­dzić zwy­kłe­mu śmier­tel­ni­ko­wi, nie ucho­dzi tej, któ­rą już daw­no te­mu po­sta­wi­łam na pie­de­sta­le z po­wo­du jej świa­tłych na­uk i wiel­kie­go ro­zu­mu. Ale nie tyl­ko, rów­nież z po­wo­du ser­ca, du­że­go i wraż­li­we­go, obej­mu­ją­ce­go swym czu­ciem ca­ły świat i wszyst­kie isto­ty na nim ży­ją­ce, sza­nu­jącego w naj­wyż­szym stop­niu każ­de, ale to każ­de ży­cie bez wy­jąt­ku, jak mnie na­ucza­ła. Na­gle jed­nak do­świad­czy­łam, iż jest ina­czej.

Tak, tak, nic na to nie mo­głam po­ra­dzić, ale w mej wy­obraź­ni wciąż po­ja­wia­ły się na prze­mian dwa tak róż­ne od sie­bie ob­ra­zy: na jed­nym Dobra Teresa mie­rzy­ła z pi­sto­le­tu w ko­na­ją­ce­go hul­ta­ja, na dru­gim zaś Edu­ard klę­czał przede mną.

Tam­tej no­cy nie­bo po­zba­wio­ne zu­peł­nie gwiazd zda­wa­ło się do­ty­kać zie­mi, otu­la­jąc ją ciem­nym, nie­prze­nik­nio­nym we­lo­nem. Do pa­wi­lo­nu w ogro­dzie do­tar­ły­śmy więc nie­mal­że po omac­ku. Śpiesz­nie zmie­ni­łam tam odzie­nie, a ów cięż­ki wór Dobra Teresa tym ra­zem ukry­ła w za­my­ka­nej na klucz dę­bo­wej skrzy­ni. Wca­le się nie dzi­wi­łam, że nie mia­ła si­ły tasz­czyć go z po­wro­tem do dwo­ru, gdyż i ja le­d­wo trzy­ma­łam się na no­gach.

Do do­mu we­szły­śmy drzwia­mi dla służ­by, wi­ta­ne gło­śnym uja­da­niem sfo­ry psów.

Męt­ne świa­tło lam­py na tran roz­pra­sza­ło nie­co mrok sie­ni i wska­zy­wa­ło dro­gę do kuch­ni. W czte­rech ścia­nach do­mu po­czu­łam się tak, jak­bym wra­ca­ła z ja­kie­goś in­ne­go fan­ta­stycz­ne­go świa­ta al­bo da­le­kiej za­mor­skiej wy­pra­wy. Chcia­łam na­wet my­śleć, że je­stem kimś zu­peł­nie in­nym, niema­ją­cym nic wspól­ne­go z dziew­czy­ną, która z sa­me­go ra­na siedziała na ław­ce pod dę­bem. Na mo­je uspra­wie­dli­wie­nie po­wiem tyl­ko, iż piętnastoletnia dziewczyna nie za­wsze kie­ru­je się zdro­wym roz­sąd­kiem i czę­sto po­pa­da w nie­do­rzecz­ną prze­sa­dę.

Kie­dy we­szły­śmy do kuch­ni, na­sza och­mi­strzy­ni twar­do spa­ła przy ma­syw­nym dę­bo­wym sto­le obok mi­sy świe­żo na­łu­ska­ne­go gro­chu, z gło­wą uło­żo­ną na łok­ciu. Z ogro­du, przez otwar­te okno do­cho­dził głos jej mę­ża na­wo­łu­ją­ce­go do po­rząd­ku wciąż uja­da­ją­ce psy.

Wo­kół pach­nia­ło je­dze­niem, chy­ba go­to­wa­ną ka­pu­stą, a także my­dli­na­mi i sa­dzą z wiel­kie­go pie­ca z wy­ga­słym, czar­nym pa­le­ni­skiem.

- Szczęść Bo­że, Zo­fio, to my. Póź­no się zro­bi­ło, ale dzię­ki Bo­gu je­ste­śmy już z po­wro­tem - Dobra Teresa gło­śno wzdy­cha­jąc, spo­czę­ła na drew­nia­nym zy­dlu.

- A to ty, czci­god­na Te­re­so - och­mi­strzy­ni z tru­dem pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na nas za­spa­nym, nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Do­pie­ro po chwi­li cał­kiem się ock­nę­ła. - Naj­moc­niej pro­szę o wy­ba­cze­nie, tak mnie ja­koś ścię­ło, chy­ba przez tę go­rącz­kę na bo­żym świe­cie - prze­pra­sza­ją­co uśmiech­nę­ła się do mamki, ob­na­ża­jąc bez­zęb­ne dzią­sła, któ­re po­noć ja­ko mło­da pan­na od ude­rze­nia dy­sz­lem stra­ci­ła.

- Nic to, Zo­fio...

- No i chwa­ła Bo­gu i wszyst­kim świę­tym - słu­żą­ca prze­że­gna­ła się szyb­ko, po czym wierz­chem dło­ni otar­ła usta - już że­śmy się o was trwo­ży­li.

- Nie by­ło cze­go, nie by­ło cze­go, Zo­fio... Dobra Teresa mru­cza­ła owe sło­wa nie­wy­raź­nie pod no­sem, ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę. - Ano spi­sa­ły się dzi­siaj dziew­ki, kuch­nia błysz­czy jak zło­to - z uzna­niem zlu­stro­wa­ła świe­żo wy­szo­ro­wa­ną po­sadz­kę wy­ło­żo­ną hisz­pań­ski­mi fli­za­mi.

- Jak je czło­wiek po­go­ni, to i ro­bo­ta idzie, za­miast te­go wiecz­ne­go kła­pa­nia dzio­bem, sa­ma wiesz, czci­god­na Te­re­so... a na­szej pa­nien­ce zda­ło­by się coś zjeść, do­brze mó­wię? - Po raz pierw­szy spoj­rza­ła w mo­ją stro­nę. Służ­ba trak­to­wa­ła mnie z wiel­kim dy­stan­sem, zwy­kle ja­ko dziec­ko po­zo­sta­ją­ce pod opie­ką Dobrej Teresy. To z nią ob­cho­dzo­no się z na­le­ży­tym re­spek­tem, choć ra­czej nie z po­wo­du jej nie­zmie­rzo­nej wie­dzy i jej wiel­kie­go ser­ca, a ra­czej te­go, że mój oj­ciec ob­da­rzał ją nie­mal bez­gra­nicz­nym za­ufa­niem i idą­cą za nim wła­dzą. Choć zda­rza­ło się, że do­cho­dzi­ło mię­dzy ni­mi do gwał­tow­nych spo­rów, za­wsze wte­dy, gdy moja opiekunka sprze­ci­wi­ła się je­go zda­niu. Uwa­żał on bo­wiem, to, co zresz­tą po­wszech­nie mnie­ma­no, a mia­no­wi­cie, że nie­wia­sta nie po­win­na prze­czyć męż­czyź­nie, a je­śli już, to tyl­ko w spo­sób bar­dzo oględ­ny. Czuł się więc czę­sto ura­żo­ny i znie­wa­żo­ny, za­po­mi­na­jąc przy tym, że chwi­lę wcze­śniej pro­sił Te­re­sę o uczci­we zda­nie na ja­kiś te­mat. Sły­sza­łam, jak raz po­wie­dział na­wet w nie­zwy­kłym roz­sier­dze­niu, że mamka uro­dzi­ła się ja­ko ka­to­licz­ka i ni­by te­raz na­wró­co­na, a jed­nak na za­wsze zo­sta­ła na­zna­czo­na dia­bel­skim pięt­nem. In­nym ra­zem, już w lep­szym na­stro­ju, po­chwa­lił ją za wła­ści­wy wy­bór wia­ry, mó­wiąc po ła­ci­nie: Qu­isque su­os pa­ti­mur ma­nes, co zna­czy­ło, że przez wy­bór bo­gów wy­ku­wa­my swój los. Trze­ba jed­nak wie­dzieć, że oj­ciec mój nie był nad­zwy­czaj gor­li­wym ewan­ge­li­kiem, co nie pod­le­ga­ło jed­nak żad­nej, ale to żad­nej dyskusji i tra­dy­cyj­nie wy­sta­wiał na po­kaz swo­ją bogobojność.

No tak, ale wra­ca­jąc do Dobrej Teresy, to we­dług mnie po­tra­fi­ła ona ob­cho­dzić się na­le­ży­cie ze służ­bą. Kie­dy należało, by­ła ni­czym mat­ka, a kie­dy in­dziej znów umia­ła wy­cią­gnąć tęgi ba­t i bez więk­szych ce­re­gie­li zro­bić z nie­go uży­tek.

- Ja­koś nie chce mi się jeść... mam jed­nak pra­gnie­nie - ode­zwa­łam się w koń­cu, ner­wo­wo prze­stę­pu­jąc z no­gi na no­gę. Chcia­łam jak naj­prę­dzej udać się do sy­pial­ni i skryć się tam przed bacz­nym okiem opiekunki. Trze­ba bo­wiem wie­dzieć, że szczę­śli­wie nie mu­sia­łam z ni­kim dzie­lić kom­na­ty, nie po­sia­da­łam żad­ne­go ro­dzeń­stwa ani żad­nych in­nych krew­nych w mo­im wie­ku, a dla służ­by by­ło w na­szym do­mu aż nad­to miej­sca.

Ma­rzy­łam o tym, by wresz­cie zo­stać sa­ma, gdyż by­łam nie tyl­ko nie­zmier­nie zmę­czo­na, ale i na do­da­tek dzia­ło się ze mną coś dziw­ne­go, coś, cze­go w ża­den spo­sób nie da­ło się wy­tłu­ma­czyć zwy­kłym znu­że­niem. W pod­brzu­szu czu­łam bo­le­sne skur­cze, tak jak­by mnie coś cią­gnę­ło od środ­ka, a mię­dzy no­ga­mi ro­bi­ło mi się co­raz bar­dziej mo­kro.

Stąd ani mi w gło­wie by­ło je­dze­nie i wszyst­ko in­ne nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia, oprócz te­go trwoż­li­we­go py­ta­nia, czy aby nie do­się­gła mnie ta strasz­li­wa do­le­gli­wość, o któ­rej z wiel­kim za­kło­po­ta­niem mó­wi­ła mi swe­go cza­su Dobra Teresa? Owa do­le­gli­wość, któ­ra spra­wi, iż każ­de­go mie­sią­ca przez kil­ka dni sta­nę się nie­czy­sta. Po­dob­no już daw­no po­win­na mnie ona do­paść. Łzy ci­snę­ły mi się do oczu ni­czym wart­ki po­tok, jed­nak za nic w świe­cie nie chcia­łam, by kto­kol­wiek dowiedział się o mej sła­bo­ści.

- To mo­że ziół na­pa­rzyć pa­nience, bo ja­koś tak sła­bo­wi­cie wy­glą­da? - Zo­fia z tru­dem pod­nio­sła się z zy­dla. Była już w latach, mimo to wciąż bez żad­ne­go umia­ru wy­da­wa­ła na świat dzieci. Och­mi­strzy­ni po­chy­li­ła się nad wy­ga­słym pa­le­ni­skiem.

- A niech to... ska­ra­nie bo­skie... ki dia­beł tu ła­pę przy­ło­żył - mam­ro­ta­ła pod no­sem, rozgarniając po­grze­ba­czem jesz­cze cie­pły po­piół.

- Daj spo­kój, Zo­fio, nie trze­ba tak po­msto­wać - Te­re­sa po raz ko­lej­ny cięż­ko wes­tchnę­ła i wsta­ła od sto­łu.

- Le­piej daj nam do­bre­go pi­wa, ko­bie­to, na noc nic wię­cej nam nie trze­ba. Z peł­nym brzu­chem to tyl­ko kosz­mar­ne sny czło­wie­ka drę­czą... - spoj­rza­ła w mo­ją stro­nę prze­lot­nie, jak­by nie wie­dzia­ła, że jesz­cze tam sto­ję.

- Po­ra przy­go­to­wać się na noc, pa­nien­ko - rze­kła zmę­czo­nym gło­sem, po czym zwra­ca­jąc się do och­mi­strzy­ni, już ostrzej­szym to­nem do­da­ła: - Zo­fio, przy­nieś nam pi­wa i nie ża­łuj te­go trun­ku. Pa­nien­ka niech li­ca so­bie nim prze­trze, do­brze zro­bi jej to na uro­dę. Po­tem zaj­rzyj z ku­fel­kiem i do mnie, ino się po­spiesz.

Dobra Teresa nie po­wie­dzia­ła owej no­cy nic wię­cej. Szczel­nie owi­nę­ła się swym gru­bym płasz­czem, jak­by na­gle zro­bi­ło jej się zim­no, i cięż­kim kro­kiem opu­ści­ła kuch­nię. Po­grą­żo­na w po­sęp­nym mil­cze­niu, nie­do­stęp­na, jak jesz­cze ni­gdy dziw­nie mi ob­ca.

13.

Na­le­żą­ca do mnie kom­na­ta by­ła prze­stron­na, choć w po­rów­na­niu z resz­tą dwo­ru bar­dzo skrom­nie urzą­dzo­na. Pod ścia­ną na­prze­ciw drzwi sta­ło wą­skie ło­że z drew­na li­po­we­go z wy­so­kim wez­gło­wiem ozdo­bio­nym sce­ną z ką­pie­li mi­tycz­nej bo­gi­ni ło­wów Dia­ny, któ­ra spo­strze­gł­szy, iż jest pod­glą­da­na przez my­śli­we­go Ak­teo­na, za­mie­nia go w je­le­nia. Ta­kie scen­ki z cza­sów an­tycz­nych ozda­bia­ły nasz dom w wie­lu miej­scach i od dziec­ka na­le­ża­ły do mo­ich ulu­bio­nych.

Tuż obok me­go po­sła­nia znaj­do­wał się piec z zie­lo­nych ho­len­der­skich ka­fli - wciąż wiel­ka rzad­kość w zna­nych mi do­mach - z któ­re­go la­tem za­wsze moc­no czuć by­ło spa­le­ni­zną, choć po­słu­gu­ją­ce w na­szym do­mu dziew­ki każ­dej wio­sny do­kład­nie wy­mia­ta­ły pa­le­ni­sko i prze­czysz­cza­ły ko­min. No cóż, zi­mą jed­nak roz­cho­dzi­ło się od pie­ca przy­jem­ne cie­pło i trzy­ma­ło się ono owych pięk­nie po­ły­sku­ją­cych ka­fli jesz­cze dłu­go po wy­ga­śnię­ciu ognia.

Pod oknem zaś, na prze­ciw­le­głej ścia­nie, stał sto­lik, peł­nią­cy funkcję go­to­wal­ni, i ni­ski sto­łek z cy­no­wą mi­są do my­cia i z ta­kim sa­mym dzba­nem na świe­żą wo­dę. Wpraw­dzie na ty­łach do­mu mie­li­śmy izbę do ką­pie­li, urzą­dzo­ną we­dle naj­now­szej mo­dy, ro­bi­li­śmy z niej jed­nak uży­tek co naj­wy­żej raz w ty­go­dniu w oko­li­cach nie­dzie­li. Po­dob­nie zresz­tą jak z od­dziel­nej pry­we­ty, zwy­kle bo­wiem ko­rzy­sta­li­śmy z noc­ni­ków.

Wła­ści­wie to w mo­jej kom­na­cie oprócz ka­flo­we­go pie­ca tyl­ko srebr­ne wy­so­kie świecz­ni­ki z sy­gna­tu­rą "PV" i da­tą 1607 świad­czy­ły o za­moż­no­ści do­mu, z któ­re­go po­cho­dzę. Mój sza­now­ny oj­ciec są­dził bo­wiem, iż "PV" to ini­cja­ły wiel­kie­go ar­ty­sty ni­der­landz­kie­go o na­zwi­sku Pau­lus van Via­nen, któ­re­go dzie­ła po­noć sam ce­sarz Ru­dolf II bar­dzo po­dzi­wiał.

Cie­płe świa­tło świec od­bi­ja­jąc się od wy­po­le­ro­wa­ne­go sre­bra ty­sią­cem ma­łych iskrzą­cych świe­tli­ków, spra­wi­ło, iż mo­ja sy­pial­nia ja­wi­ła mi się jako miej­sce wiel­ce bez­piecz­ne, ja­kby od­dzie­lo­ne nie­wi­dzial­ną prze­gro­dą od resz­ty świa­ta. Tak, tak, w mo­jej dziew­czę­cej na­iw­no­ści, na krót­ką chwi­lę da­ne mi by­ło na­wet na­brać otu­chy i uwie­rzyć, że wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Wia­ra ta jed­nak na nic się nie zda­ła. Mo­je naj­czar­niej­sze oba­wy oka­za­ły się praw­dzi­we.

W tym miej­scu mu­szę ja­sno oznaj­mić, iż takie se­kret­ne wy­zna­nia są moż­li­we tyl­ko przez wzgląd na za­sa­dę Epi­sto­la non eru­be­scit, co zna­czy, że mo­gę spi­sać wszyst­ko, co tyl­ko za­pra­gnę, pa­pier bo­wiem się nie ru­mie­ni.

Wra­ca­jąc więc do tam­te­go pa­mięt­ne­go dnia, nic a nic nie zo­sta­ło mi za­osz­czę­dzo­ne. Mo­je pierw­sze w ży­ciu krwa­wie­nie mie­sięcz­ne po­ja­wi­ło się za ka­rę, jak­by sam Bóg Wszech­mo­gą­cy przy­po­mniał mi o mo­jej ko­bie­cej na­tu­rze i ka­rał mnie za wszyst­ko to, cze­go się ostat­nio do­pu­ści­łam, a co w naj­wyż­szym stop­niu żad­nej nie­wie­ście nie ucho­dzi­ło. Tak, tak, jak­że mo­gła­bym my­śleć o tym ina­czej!

Na szczę­ście Dobra Teresa już wcze­śniej po­my­śla­ła o mnie i w sie­ni w prze­pa­ści­stej sza­fie tuż obok drzwi do mo­jej kom­na­ty zło­ży­ła nie­wiel­ki stos czy­stych ka­wał­ków tka­nin lnia­nych i ba­weł­nia­nych, prze­zna­czo­nych wła­śnie na ową wsty­dli­wą oko­licz­ność.

Po ci­chu wy­mknę­łam się więc z sy­pial­ni i pod osło­ną ciem­no­ści pa­nu­ją­cych w sie­ni otwo­rzy­łam sza­fę. Był to wiel­ki dę­bo­wy me­bel ozdo­bio­ny kunsz­tow­nym or­na­men­tem z drew­na he­ba­no­we­go, wy­peł­nio­ny po brze­gi po­rząd­nie wy­pra­so­wa­ną lnia­ną i ba­weł­nia­ną bie­li­zną, po­ście­lą i ob­ru­sa­mi, du­mą każ­dej pa­ni do­mu.

Świa­tła mia­łam tam aku­rat ty­le, ile w­pa­da­ło przez wą­ską szparę na wpół otwar­tych drzwi z mo­jej kom­na­ty. Czu­łam się ni­czym zło­dziej za­kra­da­ją­cy się do cu­dze­go do­mu i ca­łe cia­ło mia­łam zla­ne zim­nym po­tem. Na­gle za­mar­łam z prze­ra­że­nia, od kuch­ni bo­wiem do­szły mnie od­gło­sy cięż­kich kro­ków. Umę­czo­na upal­nym dniem Zo­fia czła­pa­ła na gó­rę z pi­wem, któ­re we­dle po­le­ce­nia po­win­na mi do­nieść, o czym przy­po­mnia­łam so­bie nie­ste­ty ponie­wcza­sie.

Nie na­my­śla­jąc się dłu­go, chwy­ci­łam w garść kil­ka gał­gan­ków i rzu­ci­łam się pę­dem z po­wro­tem do kom­na­ty. Za żad­ne skar­by Zo­fia nie mo­gła mnie uj­rzeć z tym, co aku­rat ści­ska­łam w dło­ni.

Z sie­ni do­szedł mnie głu­chy ło­mot.

- Ki dia­beł, a niech to, kto tu zno­wu cze­go szu­kał! - po­msto­wa­ła Zo­fia. Naj­pew­niej na­dzia­ła się na otwar­te drzwi od sza­fy. - A niech Pan Bóg po­ka­rze te prze­klę­te dziew­ki, ni­cze­go nie zro­bią po­rząd­nie, tak jak się na­le­ży do koń­ca!

Za­pu­ka­ła do mych drzwi.

- Pa­nien­ko Ka­ta­rzy­no, a nie śpisz no jesz­cze? - spy­ta­ła ści­szo­nym gło­sem, otwie­ra­jąc ostroż­nie drzwi. Za­pa­lo­ną lam­pę od­sta­wi­ła na pod­ło­gę, tak że pa­da­ją­ce od do­łu świa­tło kła­dło na jej umę­czo­ną twarz głę­bo­kie cie­nie. Na ta­cy mia­ła gli­nia­ny dzba­nek i ta­kiż sam ku­bek.

Przez chwi­lę bacz­nie mi się przy­glą­da­ła, mru­żąc nie­do­wi­dzą­ce chy­ba już oczy. W prze­ci­wień­stwie do Dobrej Teresy nie oba­wia­łam się, że Zo­fia mo­gła­by doj­rzeć coś, co mam do ukry­cia, na­wet je­śli, tak jak tam­tej no­cy, mu­stro­wa­ła mnie nad­zwy­czaj czuj­nym wzro­kiem.

- Czy ty abyś nie za­nie­mo­gła, pa­nien­ko? Ja­kaś ta­ka za­ognio­na je­steś na li­cach...? Da­li­bóg pój­dę mo­że po Do­brą Te­re­sę... a mo­żeś ty cho­ra, pa­nien­ko?

- Nie, nic mi nie jest Zo­fio, nie trudź się, nie ma ta­ko­wej po­trze­by - zło­ży­łam dło­nie jak do mo­dli­twy, gdyż wy­obra­że­nie mam­ki przy­cho­dzą­cej do mnie jesz­cze tej no­cy przy­pra­wi­ło mnie nie­mal o mdło­ści ze zde­ner­wo­wa­nia. Raptem do­zna­łam jak­by olśnie­nia.

- Jak mi co bę­dzie do­le­gać, to dam ci znać - spoj­rza­łam słu­dze twar­do w oczy, roz­kła­da­jąc przy tym gwał­tow­nie dło­nie, na­gle bo­wiem zro­zu­mia­łam, że w ta­kiej chwi­li mu­szę być jej pa­nią, je­śli chcę, by mi by­ła po­wol­na i po­zo­sta­wi­ła mnie w spo­ko­ju.

Po raz pierw­szy w ży­ciu zro­bi­łam więc po­ży­tek z te­go, że nie­wia­sta przy­glą­da­ją­ca mi się bacz­nie by­ła mo­ją słu­gą, a ja prze­sta­łam być dziec­kiem. Wy­pro­sto­wa­łam się, wy­su­wa­jąc lek­ko do przo­du gło­wę.

- Udaj się na spo­czy­nek, Zo­fio, nic tu już po to­bie.

Od­wró­ci­łam się do niej ple­ca­mi, jak­bym mia­ła za­miar po­dejść do sto­li­ka z mied­ni­cą.

- I od­staw ta­cę przy oknie - rzu­ci­łam krót­ko przez ra­mię, na­śla­du­jąc głos mat­ki: oschły, przy­po­mi­na­ją­cy trzask gnie­cio­nej sło­my.

Nie pa­trzy­łam, jak och­mi­strzy­ni opusz­cza mo­ją kom­na­tę, ży­cząc mi nie­pew­nym to­nem do­brej no­cy. Mo­głam się je­dy­nie do­my­ślić, jak bar­dzo jest skon­fun­do­wa­na, i że dłu­go tej no­cy bę­dzie roz­my­ślać zarówno o na­głej prze­mia­nie w mo­im za­cho­wa­niu, jak i o tym, co też dla niej z te­go mo­że wy­nik­nąć.

Jak­kolwiek jed­nak by­ło, wresz­cie zo­sta­łam sa­ma i mo­głam uspo­ko­ić go­ni­twę swych roz­pa­lo­nych my­śli. Już wte­dy prze­czu­wa­łam, iż od­tąd wszyst­ko bę­dzie ina­czej, choć z rę­ką na ser­cu przy­znam - na­wet w naj­śmiel­szych my­ślach nie wy­obra­ża­łam so­bie, ja­ki los go­to­wa­ło mi ży­cie.

Le­ża­łam na po­sła­niu przy­kry­ta je­dy­nie lek­kim prze­ście­ra­dłem, a przed oczy­ma jesz­cze raz prze­su­wa­ły mi się po­wo­li ob­ra­zy, któ­re przy­niósł ze so­bą mi­nio­ny dzień. Wi­dzia­łam za­tro­ska­ną twarz Te­re­sy, na któ­rej lęk o mnie mie­szał się jak­by z re­zy­gna­cją lub z nie­spo­ty­ka­nym u niej po­go­dze­niem się z lo­sem. Po­tem jak ży­wi sta­nę­li mi przed ocza­mi ci hul­ta­je w bo­rze i prze­ra­żo­ne oczy jed­ne­go z nich, w chwi­li gdy umie­rał z rę­ki Te­re­sy... po­czu­łam na­wet ten dziw­ny za­pach - to był za­pach nie­spo­dzie­wa­nej śmier­ci, my­śla­łam. Prze­ra­ził mnie i zdu­miał jed­nak wy­raz twa­rzy mo­jej mam­ki. Mie­sza­ło się w nim okru­cień­stwo z szy­der­czym trium­fem, Dobra Teresa ja­wi­ła mi się ni­czym dy­szą­ca ogniem mści­wa Chi­me­ra z gło­wą lwa i ogo­nem wę­ża.

W tym miej­scu mu­szę pod­kre­ślić, iż w ży­ciu mo­im wi­dzia­łam prze­cież niejed­ną eg­ze­ku­cję. Stra­ce­nie w ma­je­sta­cie pra­wa przez ścię­cie gło­wy i w obecności ga­wie­dzi nie za­dzi­wia­ło, jak świat dłu­gi i sze­ro­ki, ni­ko­go... tak, tak, mnie rów­nież nie. Naj­bar­dziej utkwi­ła mi w pa­mię­ci dzie­cio­bój­czy­ni An­na Ma­ria Fro­eh­lich. Bie­dacz­ka, z od­kry­tą gło­wą i po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi, cięż­ko wspar­ta na ki­ju wstą­pi­ła na sza­fot. Jej wy­nędz­nia­łe i umę­czo­ne cia­ło drża­ło tak strasz­nie i wi­docz­ne to by­ło na­wet z bar­dzo da­le­ka.

Przy­pa­dek ten utkwił mi tak głę­bo­ko w pa­mię­ci mo­że i dla­te­go, iż mój czci­god­ny oj­ciec za­brał mnie i Te­re­sę na miej­sce eg­ze­ku­cji w dniu, w którym aku­rat da­ne mi by­ło ukoń­czyć ósmy rok ży­cia. A my­ślę też, że hi­sto­ria ta mo­że na­wet i prze­trwać w pa­mię­ci na­stęp­nych po­ko­leń.

- Z ła­ską Pań­ską po­sła­li­by tę nę­dzar­kę na ga­le­ry, gdzieś za mo­rza, jak to czy­nią z róż­ny­mi in­ny­mi hul­ta­ja­mi ro­dza­ju mę­skie­go... a nie tak na wi­do­ku ogól­nym uśmier­cać - szep­nę­ła mi wte­dy do ucha mamka, ści­s­ka­jąc przy tym mo­ją dłoń z ca­łej si­ły. Mu­sia­łam gło­śno jęk­nąć z bó­lu, zwra­ca­jąc tym bez po­trze­by uwa­gę mo­je­go oj­ca.

Tak, tak, Do­brą Te­re­sę da­ne mi by­ło po­znać ja­ko nie­wia­stę nie­zwy­kle ła­ska­wą dla wszel­kie­go ro­dza­ju bie­da­ków, po­ucza­jącą mnie przy tym, iż los ich na­le­ży trak­to­wać ja­ko ucie­le­śnie­nie jed­ne­go z wie­lu przy­ro­dzo­nych nie­po­wo­dzeń, nie­uchron­nie to­wa­rzy­szą­cych spra­wom ludz­kim. Ta­ka by­ła Te­re­sa wcze­śniej, bie­dę in­nych trak­to­wa­ła ja­ko "spra­wę ludz­ką". By­ła mi­ło­sier­na jak ża­den in­ny zna­ny mi czło­wiek.

W na­stęp­nej ko­lej­no­ści oczy­ma mo­jej wy­obraź­ni uj­rza­łam, jak zja­wia się Edu­ard, ob­sy­pu­jąc mnie zło­ci­sty­mi iskra­mi ze swych cu­dow­nych ciem­nych oczu. Za­cza­ro­wał mnie. I otwo­rzył tym sa­mym w mo­im ser­cu głę­bo­ką ra­nę, któ­rej uko­je­nie by­ło moż­li­we tyl­ko w ze­spo­le­niu z je­go du­szą. Edu­ar­da du­szą. O do­bry Bo­że, jak to bolało, wy­zwa­la­ją­c we mnie nie­zna­ną do­tąd tę­sk­no­tę. Już wów­czas słusz­nie prze­czu­wa­łam, iż owo­ cier­pie­nie być mo­że ni­gdy mnie nie opuści.

O tak, pa­mię­tam jak dzi­siaj: za­wład­nął mną wte­dy bez resz­ty prze­raź­li­wy lęk przed tym wzbie­ra­ją­cym niczym po­tęż­na fa­la uczu­ciem, które rozpalało we mnie nie­okieł­za­ną i za­ka­za­ną na­mięt­ność.

Ba­łam się, iż osza­le­ję. Wydawało się, że ja­kaś ciem­na si­ła za­wład­nęła mo­ją du­szą, na­ka­zy­wa­ła mi, bym po­zo­sta­wa­ła śle­pa i bez­wol­na, by móc się tą roz­wią­zło­ścią upajać, bez­kar­nie i bez umia­ru jej kosz­to­wać.

W tym miej­scu od­da­ję świa­dec­two te­mu, przy­się­ga­jąc na wszyst­kie świę­to­ści, iż kie­ro­wa­na dziew­czę­cą na­iw­no­ścią i nie­win­no­ścią pra­gnę­łam wzbu­dzić w so­bie po­gar­dę dla ta­kich my­śli i uczuć, zmu­sić ser­ce do te­go, by uzna­ło mi­łość do Edu­ar­da za hań­bę, o któ­rej niepo­dob­na by­ło po­my­śleć, by mo­gła być więk­sza. Wzglę­dy przy­zwo­ito­ści wpa­ja­ne mi od dziec­ka ka­za­ły mi pło­nąć, ile­kroć mo­je my­śli wra­ca­ły do spo­tka­ne­go w bo­rze mło­dzień­ca, do je­go wil­got­nych, go­rą­cych ust i roz­grza­nej skó­ry... O do­bry Bo­że, grze­szy­łam my­śla­mi.

Chcia­łam, ale nie star­cza­ło mi sił, by się ka­jać.

Mu­szę też wy­znać, iż nie mo­głam nie pa­mię­tać o tym, iż wła­śnie wów­czas po raz pierw­szy do­się­gło mnie krwa­wie­nie mie­sięcz­ne, przez co sta­łam się nie­czy­sta... Wia­do­mo by­ło prze­cież, że nie ma ni­cze­go bar­dziej nie­czy­ste­go jak ko­bie­ta w swym okre­sie. Dobra Teresa czy­ta­ła mi o tym z róż­nych świę­tych roz­praw. Czyż nie na­po­mi­na­no tam, że cokolwiek by ta­ka nie­wia­sta do­tknę­ła, stawało się to nie­czy­ste, plu­ga­we? Czyż mo­głam wy­ma­zać z pa­mię­ci zda­nia po­tę­gu­ją­ce jesz­cze mo­ją uj­mę: "Mu­lie­res men­strua pa­tien­tes sta­ją u drzwi ko­ścio­ła, ale nie wcho­dzą do środ­ka, sto­ją jak­by pod prę­gie­rzem". Każ­dy wie­dział, że obec­ność ta­kiej nie­wia­sty ka­la uro­czy­sto­ści na­boż­ne, ale nie tyl­ko - mo­że na­wet zwa­rzyć mle­ko al­bo prze­rwać fer­men­ta­cję wi­na w becz­ce i w ogó­le spo­wo­do­wać wie­le nie­szczęść.

Cze­ka­łam na cud. Z na­dzie­ją czekałem na­dej­ścia no­wej ery dla du­szy ko­bie­ty, a że była ona płonna, o tym wiem do­pie­ro te­raz ponie­wcza­sie.

Z nie­wzru­szo­ną ufnością w ser­cu cze­ka­łam na mo­ją dzie­wi­czą mi­łość, któ­rej na imię by­ło Edu­ard.

Do­bry Bo­że, z ca­łą po­wa­gą cze­ka­łam na cud! Na szczę­ście by­ła już póź­na noc­na go­dzi­na i nad­szedł zba­wien­ny sen.

14.

Dzień na­stęp­ny na­stał, a z nim nad­cią­gnę­ła bu­rza. Cięż­kie, si­ne chmu­ry ni­sko zwi­sa­ły nad mat­ką zie­mią, jak­by wraz z roz­le­ga­ją­cym się od pół­no­cy grzmo­tem chcia­ły się do niej zbli­żyć, choć na chwi­lę ją czu­le mus­nąć, za­kosz­to­wać jej bli­sko­ści, my­śla­łam so­bie na­wet - uca­ło­wać ją. Tak, tak, świat pe­łen jest naj­róż­niej­szych, nie­zgłę­bio­nych ta­jem­nic.

W no­cy, gdy za­pa­dłam w głę­bo­ki sen, ktoś po­za­my­kał w mo­jej kom­na­cie okna i zdmuch­nął ogień świe­c. Do­my­śla­łam się, iż zro­bi­ła to Dobra Teresa. Sen czę­sto nie chciał przyjść do niej no­cą. Cier­pia­ła z te­go po­wo­du, wę­dru­jąc bez ce­lu po ca­łym do­mu, ni­gdy się jed­nak nie skar­żąc, ciem­ność bo­wiem i ci­sza, jak po­wia­da­ła, sta­wa­ły się sprzy­mie­rzeń­cem wol­no roz­pusz­cza­nych my­śli. Cho­dzi­ło jej o fi­lo­zo­fię an­tycz­ną, któ­rą nad­zwy­czaj ko­cha­ła. W my­ślach sta­ro­żyt­nych fi­lo­zo­fów upa­try­wa­ła ukry­tego ziar­na cze­goś zu­peł­nie no­we­go, cze­goś, co - jak mi kiedyś wyznała - od­mie­ni nasz wiel­ki świat do­głęb­nie. Ca­łe swe ży­cie cze­ka­ła na ową chwi­lę al­bo na ja­kiś na­wet naj­mniej­szy znak, ja­kąś nie­okre­ślo­ną za­po­wiedź, iż wresz­cie te na­dzie­je się speł­nią. I nie cho­dzi­ło jej wca­le o licz­ne wygłaszane przez ka­zno­dziejów groź­by uni­ce­stwie­nia na­sze­go świa­ta przez roz­gnie­wa­ne­go Stwór­cę. Nie cho­dzi­ło jej wca­le o ze­mstę Bo­ga za ha­nieb­ne po­stę­po­wa­nie lu­dzi. Dobra Teresa ufa­ła, że za­zna w swym ży­ciu cze­goś zu­peł­nie in­ne­go, cze­goś no­we­go, cze­goś, co w spo­sób nie­od­gad­nio­ny wręcz zmie­ni jej i na­sze ży­cie. Tak, tak, dzi­siaj wiem chy­ba le­piej, co mam­ka mo­gła mieć na my­śli.

Dzi­siaj wiem też, że moja opiekunka bar­dzo się my­li­ła, uwa­ża­jąc wy­cho­wa­nie mnie za sens jej do­cze­sne­go by­tu. Nie­wąt­pli­wie owa bez­gra­nicz­na wia­ra w to coś no­we­go i ta jej nie­za­chwia­na od­wa­ga, z któ­rej bra­ły się ta­kie my­śli, roz­strzy­ga­ła o tym, kim tak na­praw­dę ta nie­wia­sta by­ła.

Wsta­łam, by otwo­rzyć okno. Strasz­nie dusz­no zro­bi­ło się w kom­na­cie od cięż­kie­go, na­grza­ne­go po­wie­trza i do­słow­nie nie by­ło czym od­dy­chać. Pew­nie też dla­te­go zbu­dzi­łam się tak wcze­śnie ra­no, jesz­cze nim do­szły mnie pierw­sze od­gło­sy co­dzien­nej po­ran­nej krzą­ta­ni­ny służ­by.

A zwy­kle to Dobra Teresa wy­cią­ga­ła mnie z pierw­szym ku­rem z po­ście­li, nie­zmien­nie gde­ra­jąc przy tym o stra­cie cza­su i grze­chu, ja­kim jest bez­czyn­ne wy­le­gi­wa­nie się w łóż­ku do póź­nych go­dzin, ma­jąc na my­śli - po wscho­dzie słoń­ca.

Pod tym wzglę­dem cał­ko­wi­cie zga­dza­ła się z mo­im oj­cem, któ­ry wciąż po­wta­rzał za czci­god­nym Lu­trem, że czło­wiek stwo­rzo­ny jest do pra­cy jak ptak do la­ta­nia.

O tak, mu­szę wy­znać, że obo­je, mój sza­now­ny oj­ciec i Dobra Teresa, zgod­nie wpo­ili mi ową cno­tę, jak żad­ną in­ną, i że trwam w niej przez ca­łe mo­je ży­cie.

Dłu­go sta­łam nie­ru­cho­mo w otwar­tym na oścież oknie, roz­my­śla­jąc o tym, jak to owego ran­ka prze­bu­dzi­ła się zu­peł­nie in­na Elż­bie­ta Ka­ta­rzy­na Ko­op­mann, in­na niż ta z dnia po­przed­nie­go. Nie do koń­ca by­łam pew­na, na czym owa prze­mia­na mia­ła­by po­le­gać, wie­dzia­łam już jed­nak, że nie bę­dzie od niej od­wro­tu.

Ci­che pu­ka­nie do drzwi prze­rwa­ło mo­je roz­my­śla­nia, choć wciąż nie chcia­łam sta­wić czo­ła nad­cho­dzą­cej co­dzien­no­ści. Pragnęłam być sa­ma.

Dobra Teresa prze­kro­czy­ła próg i w tej sa­mej chwi­li sil­ny po­dmuch wia­tru z hu­kiem za­trza­snął otwar­te okno. Dro­go­cen­ne szkło z ci­chym brzdę­kiem po­sy­pa­ło się z oło­wia­nej opra­wy.

- Wiel­ki Bo­że, co tu się dzie­je! Nie wol­no stać w prze­cią­gu! Prze­cią­gi są naj­bar­dziej zdra­dli­we, ty­le­kroć ci już mó­wi­łam, pa­nien­ko. Ska­ra­nie bo­skie z tą bu­rzą, sta­ry Per­ku­nas zno­wu pio­ru­ny i bły­ska­wi­ce no­si... no i pa­trz­cie, ta­ka stra­ta z tym oknem - gde­ra­ła, wcho­dząc do po­ko­ju. - Trze­ba bę­dzie za­mó­wić no­we szkło w Mie­ście, a to swo­je po­trwa. Na Bo­ga, pa­nien­ko, nie stój w tym okrop­nym prze­cią­gu... - mamka za­trzy­ma­ła się pośrod­ku kom­na­ty. Mu­sia­ła do­strzec chy­ba coś w mo­jej twa­rzy, coś, co ją zdzi­wi­ło, gdyż z lek­ko otwar­ty­mi usta­mi i zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi po­czę­ła przy­glą­dać mi się du­żo uważ­niej niż zwy­kle. Ni­gdy te­go w ten spo­sób nie ro­bi­ła, więc nie wy­trzy­ma­łam i uśmiech­nę­łam się do niej. Nie pa­trzy­łam jej jed­nak w oczy, a gdzieś po­nad jej gło­wą.

- Zo­staw mnie, Dobra Tereso, jesz­cze przez ja­kąś chwi­lę sa­mą. A śnia­dać bę­dę w Ma­łej Sa­li. Po­tem za­bie­rze­my się do stu­dio­wa­nia. No i przy­ślij ja­kąś dziew­kę, niech tyl­ko sprząt­nie tu­taj - od­wró­ci­łam się w stro­nę okna, któ­re po­zba­wio­ne cię­ża­ru szy­bek ryt­micz­nie po­stu­ki­wa­ło o fra­mu­gę. Dwo­ma pal­ca­mi ostroż­nie pod­nio­słam z pod­ło­gi ka­wa­łek zie­lon­ka­we­go szkła. Chwi­lę pa­trzy­łam przez nie na ogród, my­śląc o tym, że tak oglą­da­ny świat sta­je się nie tyl­ko cał­ko­wi­cie in­ny, ale i ob­cy.

Draż­ni­ła mnie obec­ność mam­ki w kom­na­cie, tuż za mo­imi ple­ca­mi.

- Uwa­żaj, pa­nien­ko, na to szkło... - na­po­mnia­ła mnie dziwnie nie­śmia­ło. Mu­szę wy­znać, że ni­gdy jesz­cze nie sły­sza­łam u niej ta­kie­go to­nu.

- Nie martw się o mnie, po­tłu­czo­ne szkło przy­no­si po­noć szczę­ście, idź już - ode­zwa­łam się gło­sem do złu­dze­nia po­dob­nym do te­go mo­jej mat­ki. Gło­sem ostrym, niezno­szą­cym sprze­ci­wu, jak­bym obok siebie sły­sza­ła ro­dzi­ciel­kę, jak­by to ona prze­ze mnie prze­ma­wia­ła, a nie ja sa­ma. W pierw­szej chwi­li zdzi­wi­ło mnie to wiel­ce, za­raz po­tem jed­nak strach ścisnął mi ser­ce. Jed­nak­że by­ło już za póź­no, co sta­ło się, to się nie od­sta­nie.

Za ple­ca­mi usły­sza­łam cięż­kie kro­ki Dobrej Teresy. Mo­gła­bym je roz­po­znać za­wsze i wszę­dzie, na­wet w naj­więk­szej ciem­no­ści i na sa­mym koń­cu świa­ta.

Mam­ka opu­ści­ła kom­na­tę, za­my­ka­jąc drzwi z wiel­ką ostroż­no­ścią. Ze wsty­du i z ża­lu łzy na­pły­nę­ły mi do oczu. Krok po kro­ku, ale nie­odwo­łal­nie, tra­ci­łam ten swój ziem­ski raj, ja­kim by­ło - a to za spra­wą Dobrej Teresy - nie­zwy­czaj­nie dłu­gie dzie­ciń­stwo.

Oprócz in­ten­syw­nych stu­diów wy­my­śla­ła prze­cież wciąż no­we za­ba­wy, jak­by czas za­trzy­mał się dla mnie w tym Ro­ku Pań­skim, kie­dy to da­ne mi by­ło skoń­czyć osiem lat. Star­szym dzie­ciom nie ucho­dzi­ły prze­cież ani pso­ty, ani za­ba­wy, któ­re by świad­czy­ły o le­ni­stwie, a na­wet ha­nieb­nej roz­pu­ście. Do­bry Bo­że, ży­jąc w Bą­ko­wie, z da­la od su­ro­wych ro­dzi­ców na­by­łam wie­le nad­zwy­czaj­ne­go uwiel­bie­nia nie tylko dla ro­zu­mu i wie­dzy, ale także sztu­ki i pięk­na pły­ną­ce­go z sa­mej na­tu­ry. Ser­ce wy­ry­wa­ło mi się do tych rze­czy, to one sta­no­wi­ły świą­ty­nię dla mo­jej du­szy. Nikt nie mógł się jed­nak o tym ni­gdy do­wie­dzieć. Dul­ce est de­si­pe­re - słod­ko jest być głu­pim, po­wta­rza­ła czę­sto Dobra Teresa. Po raz pierw­szy w ży­ciu za­czę­łam prze­czu­wać, co mo­g­ła mieć na my­śli.

Ukrad­kiem, jak­by mnie miał ktoś pod­glą­dać, otar­łam łzy i ga­niąc sa­mą sie­bie za wszel­ką sła­bość, szep­tem przy­wo­ła­łam się do po­rząd­ku: - Daj już spo­kój, Elż­bie­to, weź się w garść, daj spo­kój.

I tak w kół­ko to sa­mo. Pew­nie ro­bi­ła­bym to bez koń­ca, gdy­by nie nadeszła po­ra, by­ za­brać się za po­ran­ną to­a­le­tę i odziać sto­sow­nie do ka­pry­śnej po­go­dy za oknem.

Tak, tak, pa­mię­tam do­brze, jak­by to by­ło wczo­raj, te­go ran­ka po raz pierw­szy bez na­po­mnień Dobrej Teresy i jej su­ro­we­go wzro­ku, na­ło­ży­łam na gło­wę płó­cien­ny cze­pek, pod któ­rym sta­ran­nie ukry­łam buj­ne wło­sy.

Tak przy­go­to­wa­na do roz­po­czę­cia no­we­go ży­cia, jak mi się zda­wa­ło, po­sta­no­wi­łam zwy­cza­jem sza­now­nej mat­ki naj­pierw zejść do kuch­ni, a do­pie­ro po­tem za­siąść do śnia­da­nia w Ma­łej Sa­li.

Już z da­le­ka do­szły mnie od­gło­sy oży­wio­nej roz­mo­wy ku­chen­nych dzie­wek z och­mi­strzy­nią. Co chwi­lę któ­raś z nich wy­bu­cha­ła szorst­kim, po­spo­li­tym śmie­chem, któ­ry prze­cho­dził w tłu­mio­ny chi­chot. Zna­łam tę ich pa­pla­ni­nę, tym ra­zem od­nio­słam jed­nak wra­że­nie, iż ma­ją so­bie coś nad­zwy­czaj waż­ne­go do opo­wie­dze­nia, a do­wo­dem te­go by­ło, że och­mi­strzy­ni też uczest­ni­czy­ła w tej ga­da­ni­nie.

- No, te­raz to się pew­nie wie­le zmie­ni, miej­cie się dziew­ki na bacz­no­ści - na­po­mi­na­ła swe pod­opiecz­ne ostrym to­nem. Nie za­uwa­ży­ła, iż sta­nę­łam w pro­gu, bo da­lej cią­gnę­ła tym sa­mym pod­nie­co­nym gło­sem, przy­mie­rza­jąc się do wy­ję­cia cia­sta z du­żej drew­nia­nej dzie­ży. Na­sta­wi­ła je pew­nie z wie­czo­ra, bo by­ło do­brze wy­ro­śnię­te i za każ­dym do­tknię­ciem two­rzy­ły się na nim i od ra­zu pę­ka­ły ma­łe bą­bel­ki po­wie­trza. Z głoś­nym pla­skiem rzu­ci­ła cia­sto na stół, nie zwa­ża­jąc na skry­te zna­ki, ja­kie da­wa­ły jej dziew­ki. W tym samym mo­men­cie uzy­ska­łam pew­ność, że mo­wa by­ła właśnie o mnie.

- Te­raz to skoń­czą się wszyst­kie te tref­ni­sio­we głu­po­ty, o po­mstę do nie­ba ta­kie nie­oby­czaj­ne za­cho­wa­nie prze­cie wo­ła­ło. Tak to już so­bie Naj­ja­śniej­szy Pan ob­my­ślił i każ­dą jed­ną nie­wia­stę ta­ko­wa ka­ra do­się­g­nie, że sta­nie się ona nie­czy­sta, i tę spod pań­skie­go, wy­so­kie­go da­chu, i tę z kur­nej cha­ty. Te­raz po­ra bę­dzie za­cząć my­śleć o ja­kimś chło­pie, co to wszyst­kie te uczo­ne głu­po­ty z gło­wy jej wy­bi­je... jak tyl­ko przyj­dzie do po­kor­ne­go roz­ło­że­nia nóg w mał­żeń­skim ło­żu.

Och­mi­strzy­ni z wi­docz­nym roz­draż­nie­niem po­czę­ła wyra­biać cia­sto. Jej moc­ne, pra­wie mę­skie dło­nie po­kry­ły na­brzmia­łe z wy­sił­ku ży­ły. Nie chcia­łam o ni­czym in­nym my­śleć, tyl­ko o tych spra­co­wa­nych dło­niach, któ­re wcze­śniej do bia­ła wy­szo­ro­wa­ły ma­syw­ny ku­chen­ny stół.

Cu­dza cięż­ka pra­ca od za­wsze wzbu­dza­ła we mnie re­spekt, bez wzglę­du na to, ja­kie­go by­ła ro­dza­ju. W mo­jej na­tu­rze by­ło bo­wiem coś, co ka­za­ło mi gar­dzić ludź­mi bez­czyn­ny­mi, mar­no­tra­wią­cy­mi czas da­ny przez do­bre­go Bo­ga. Tak, tak, cu­dza pra­ca wzbu­dza­ła w mo­im ser­cu wiel­ki sza­cu­nek. I tak mia­ło po­zo­stać.

- Szczęść Bo­że wszyst­kim - rzu­ci­łam su­cho w kie­run­ku och­mi­strzy­ni. - Cze­kam na śnia­da­nie w Ma­łej Sa­li, Zo­fio.

Od­wró­ci­łam się na pię­cie, nie cze­ka­jąc na to, co ko­bie­ta mia­ła­by mi do po­wie­dze­nia, i nie­spiesz­nie wy­szłam z kuch­ni.

15.

Ma­łą Sa­lą na­zy­wa­li­śmy kom­na­tę w bocz­nym skrzy­dle dwo­ru, prze­wi­dzia­ną do po­dej­mo­wa­nia go­ści, je­śli ich licz­ba by­ła za ma­ła al­bo ich po­zy­cja zbyt mier­na, by do­stą­pi­li za­pro­sze­nia do Du­żej Sa­li.

Do­kąd jed­nak mo­ja pa­mięć się­ga­ła, ni­ko­go tam nie gosz­czo­no, a mnie i Dobrej Teresie miej­sce to słu­ży­ło do stu­dio­wa­nia.

Lu­bi­łam tam prze­by­wać, przede wszyst­kim ze względu na spo­kój pa­nu­ją­cy w tej czę­ści dwo­ru, z da­la od głów­ne­go dzie­dziń­ca i kuch­ni, gdzie zwy­kle się wszy­scy czę­sto bez po­trze­by krę­ci­li.

Ścia­ny Ma­łej Sa­li zdo­bi­ło sześć dość mier­nych, jak mi się wyda­je, ob­ra­zów przed­sta­wia­ją­cych sześć prac Te­ze­usza, z któ­rych każ­da bez wy­jąt­ku po­le­ga­ła na uni­ce­stwie­niu ja­kie­goś okrut­ni­ka. Znaj­do­wa­łam wie­le przy­jem­no­ści w oglą­da­niu tych mi­tycz­nych hi­sto­rii i praw­dę po­wie­dziaw­szy, ni­gdy mi się one nie sprzy­krzy­ły, choć zna­łam nie tyl­ko każ­dy szcze­gół owych ma­lo­wi­deł, ale i w naj­drob­niej­szym de­ta­lu każ­dy z tych mi­tów spi­sa­ny w gru­bej księ­dze, a nie uka­za­ny na płót­nie.

Na pierw­szym z nich Te­ze­usz za­bi­ja zbó­ja Pe­ri­fe­te­sa je­go wła­sną ma­czu­gą, któ­rą ten wcze­śniej roz­trza­ski­wał gło­wy nie­win­nym po­dróż­nym. Na­stęp­ny ob­raz po­ka­zy­wał śmierć po­twor­ne­go ol­brzy­ma Sini­sa, zwa­ne­go "na­gi­na­czem so­sen". Okrut­nik ten zmu­szał pod­stęp­nie wę­drow­ców, by po­ma­ga­li mu na­gi­nać do zie­mi drze­wa, któ­re nie­spo­dzie­wa­nie pusz­czał, a bie­da­ków wy­rzu­ca­ło w gó­rę ni­czym ze śmier­cio­no­śnej ka­ta­pul­ty. Dziel­ny Te­ze­usz uśmier­cił ol­brzy­ma w ta­ki sam spo­sób, jak on to in­nym czy­nił. Na po­zo­sta­łych płót­nach mło­dzie­niec ów jed­nym cio­sem mie­cza za­bi­ja wielką dzi­ką świ­nię, któ­ra wcze­śniej zdą­ży­ła roz­szar­pać nie­zli­czo­ną licz­bę śmier­tel­ni­ków. Po­tem po­skra­mia ło­tra Skiro­na, oczy­wi­ście je­go wła­snym okrut­nym spo­so­bem, to zna­czy pod ska­łą na wy­so­kim urwi­sku ka­że mu umyć so­bie no­gi, a koń­czy to się tak, że Te­ze­usz jed­nym kop­nię­ciem strą­ca ło­tra w prze­paść, gdzie roz­ry­wa­ją go na strzę­py ol­brzy­mie żół­wie, jak to się wcześ­niej z in­nymi dzia­ło. Wresz­cie ostat­ni z ob­ra­zów uka­zy­wał, jak dziel­ny mło­dzie­niec roz­pra­wia się ze zło­czyń­cą Pro­kru­ste­sem, nie­ja­kim "roz­cią­ga­czem". Czło­wiek ten po­sia­dał przy dro­dze dom z dwo­ma ło­ża­mi, jed­nym du­żym, dru­gim ma­łym. Prze­bie­gle za­pra­szał on wę­drow­ców na noc­leg, kła­dąc du­żych na ma­łym po­sła­niu, a ma­łych na du­żym. Aby wszyst­ko pa­so­wa­ło, przy­ci­nał wy­sta­ją­ce człon­ki du­żych i roz­cią­gał cia­ła ma­łych. Te­ze­usz skoń­czył z nim raz na za­wsze, za­da­jąc mu na jed­nym z ło­ży ta­ką sa­mą śmierć.

Te­go ran­ka, cze­ka­jąc w Ma­łej Sa­li na śnia­da­nie i swoją opiekunkę, od­kry­łam, że owe barw­ne przy­go­dy dziel­ne­go Te­ze­usza to nic in­ne­go jak nie­uchron­ność za­pła­ty za grze­chy, któ­rych się do­pu­ści­my. "Kto mie­czem wo­ju­je, ten od mie­cza zgi­nie" - moż­na by rzec.

Ni­gdy nie my­śla­łam o dziejach Te­ze­usza w ten spo­sób.

Po­ja­wie­nie się Dobrej Teresy w drzwiach prze­rwa­ło mo­je roz­my­śla­nia. W świe­żo wy­kroch­ma­lo­nej bia­łej, let­niej sza­cie wy­glą­da­ła ni­czym ol­brzy­mi anioł. Chy­ba do­strze­gła coś w wy­ra­zie mo­jej twa­rzy, po raz pierw­szy w ży­ciu bo­wiem po­kło­ni­ła mi się lek­ko.

- Dzień do­bry, pa­nien­ko - ode­zwa­ła się z więk­szym dy­stan­sem w gło­sie niż zwy­kle. - Wcze­śnie dziś opu­ści­łaś swe ło­że, ano już...

- Dzień do­bry, Dobra Tereso­ - prze­rwa­łam jej su­cho i bez naj­mniej­szej nu­ty skar­gi w gło­sie do­da­łam: - Nie da­ło się dziś wy­trzy­mać w po­ście­li, tak go­rą­co by­ło w mo­jej kom­na­cie. A nad ra­nem nie mo­głam już na­wet na chwi­lę zmru­żyć oka. Wejdź no, Dobra Tereso, wresz­cie do środ­ka...

Sa­ma nie wiem, jak to się sta­ło, lecz nie pod­nio­s­łam się z krze­sła i nie dy­gnę­łam, jak to zwy­kle czy­ni­łam na po­wi­ta­nie mam­ki. Sie­dzia­łam nie­ru­cho­mo ni­czym słup so­li, jak­bym mia­ła przed so­bą zwy­kłą słu­gę.

My­śląc o tym, wpra­wi­łam w ruch sto­ją­cy obok na pul­pi­cie wspa­nia­ły glo­bus ob­ra­zu­ją­cy na­szą Zie­mię. Ku­la po­ru­szy­ła się opor­nie, by pra­wie na­tych­miast się za­trzy­mać.

- Po­wiedz, Dobra Tereso, czy wszyst­kie złe uczyn­ki zo­sta­ją prę­dzej czy póź­niej uka­ra­ne? Po­wiedz mi, wie­rzysz w to? Bo spójrz na te ob­ra­zy, Te­ze­usz szedł ku chwa­le, ka­żąc grzesz­ni­kom pła­cić za ich wy­stępki jesz­cze za ich ży­cia do­cze­sne­go. Po­wiedz mi więc, czy na­praw­dę trze­ba wie­rzyć, że da­ne jest nam ta­ko­wą ka­rę po­nieść jesz­cze za ży­cia, że jest ona nie­unik­nio­na tak sa­mo jak... jak na przy­kład na­dej­ście ko­lej­nej po­ry ro­ku?

- A ja­kąż to od­po­wiedź chcia­ła­byś usły­szeć, pa­nien­ko? - Dobra Teresa za­mknę­ła drzwi, spraw­dza­jąc dwu­krot­nie, czy aby na pew­no to su­mien­nie uczy­ni­ła, po ­czym roz­sia­dła się na krze­śle obok pul­pi­tu do pi­sa­nia. Trud­no mi by­ło od­gad­nąć, czy czu­je się mo­im wy­nio­słym za­cho­wa­niem ura­żo­na.

- Praw­dzi­wą, Tereso! Praw­dzi­wą od­po­wiedź chcia­ła­bym od cie­bie usły­szeć! - Nie mo­głam ukryć roz­draż­nie­nia, choć bar­dzo so­bie te­go ży­czy­łam. Przez chwi­lę uda­łam więc, jak to z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dam się ma­ho­nio­we­mu drew­nu, z któ­re­go wy­ko­na­no pul­pit. Prze­cią­gnę­łam po nim pal­ca­mi, po­ły­ski­wa­ło ni­czym do­brze wy­czysz­czo­ny mo­siądz, a w do­ty­ku mia­ło coś z je­dwa­biu, jed­no­cze­śnie tak ulot­ne­go, jak nie­zwy­kle trwa­łe­go.

- No i co ty na to, Dobra Tereso, nic nie po­wia­dasz? Mil­czysz, bo nie znasz od­po­wie­dzi? - Ode­rwa­łam w koń­cu oczy od ma­ho­nio­we­go pul­pi­tu i od­wa­ży­łam się spoj­rzeć mam­ce w oczy. Nie zna­la­złam w nich nic, jak mi się zda­wa­ło, oprócz pust­ki, jak­by ich wła­ści­ciel­ka prze­nio­sła się w my­ślach gdzieś bar­dzo da­le­ko.

- Py­tasz mnie, pa­nien­ko, czy znam od­po­wiedź? - Moja opiekunka lek­ko od­chy­li­ła do ty­łu gło­wę, opie­ra­jąc swo­je wiel­kie ple­cy o opar­cie krze­sła. Te­raz do­pie­ro, w po­ran­nym świe­tle pa­da­ją­cym z okien, uj­rza­łam, jak bar­dzo mu­sia­ła być zmę­czo­na. Jej za­pa­dłe oczy nie by­ły nie­obec­ne, lecz zmę­czo­ne, ze sta­ro­ści i wi­docz­nie zno­wu źle prze­spa­nej no­cy.

- Ano znam, choć nie wiem, czy to je­dy­na praw­dzi­wa od­po­wiedź... Po­wiem ci tyl­ko ty­le: gdy­by tak by­ło, jak mó­wisz, nikt by na tym świe­cie nie grze­szył i grzesz­ni­ków nie pło­dził. A w księ­gach o cza­sach daw­nych mo­żesz prze­czy­tać, że od za­ra­nia dzie­jów wła­śnie przez te grzesz­ne czy­ny ludz­kość zo­sta­ła za­pa­mię­ta­na i uwiecz­nio­na. To one wy­zna­czy­ły na­szą, czło­wie­czą dro­gę po dziś dzień. Grzech tak sa­mo na­le­ży do na­sze­go świa­ta jak do­bry uczy­nek. Ano, tak so­bie my­ślę... grzesz­ny uczy­nek to spra­wa twe­go su­mie­nia, pa­nien­ko, cza­sa­mi jed­nak nie bę­dziesz mia­ła żad­ne­go wpły­wu na to, co czy­nisz, i nie po­zo­sta­nie ci ża­den in­ny wy­bór. Ano nie­zna­ne są dro­gi bo­skie i...

- Czy ty mnie ko­chasz, Dobra Tereso? - prze­rwa­łam jej. Już nie od­czu­wa­łam po­przed­nie­go roz­draż­nie­nia, a je­dy­nie ja­kiś bez­kre­sny smu­tek. Za­chcia­ło mi się strasz­nie pła­kać, choć nie mia­łam po­ję­cia, skąd te łzy się bra­ły. Od­kąd z wo­li mo­ich ro­dzi­ców prze­sta­no trak­to­wać mnie jak dziec­ko, a sta­ło się tak w dniu, kie­dy to da­ne mi by­ło ukoń­czyć ósmy rok ży­cia, nie ucho­dzi­ło mi ta­kie oka­zy­wa­nie sła­bo­ści, od­po­wied­nie co naj­wy­żej dla ma­łych dzie­ci i sta­rych ko­biet. Mamka bez sło­wa po­da­ła mi swą wła­sną pięk­nie ha­fto­wa­ną ba­ty­sto­wą chu­s­tecz­kę.

- Ano ko­cham cię, mo­je sło­necz­ko, i zro­bię wszyst­ko, by po­zo­stać przy to­bie do koń­ca swych dni. Nie ma chwi­li, abym nie pro­si­ła Naj­święt­sze­go Pa­na o jesz­cze tro­chę sił, a to tyl­ko po to, by wol­no mi by­ło ci to­wa­rzy­szyć... na do­bre i na złe, pa­nien­ko. Znasz mnie do­brze i wiesz, że nie je­stem po­dat­na na zmia­ny wia­tru jak ko­gut na da­chu ko­ściel­nym.

Sło­wa Dobrej Teresy otu­li­ły mnie jak lek­ki mu­śli­no­wy we­lon, piesz­cząc mo­ją du­szę i wle­wa­jąc w ser­ce otu­chę i od­wa­gę, ja­kiej jesz­cze ni­gdy w ży­ciu nie da­ne mi by­ło do­znać. - Ja­kie to dziw­ne - po­my­śla­łam so­bie - nie­któ­re sło­wa mo­gą mieć moc wręcz cza­ro­dziej­ską; moc zba­wien­nej zbroi. Mo­gą też prze­szy­wać ser­ce na wy­lot jak ostra lan­ca.

Jed­nak na­wet wte­dy, mi­mo że mo­je ser­ce wy­peł­nia­ła wdzięcz­ność dla mamki i mi­łość do niej, nie zwie­rzy­łam jej się z te­go dziw­ne­go nie­po­ko­ju, któ­ry nie po­zwa­lał mi - od­kąd się­ga­łam pa­mię­cią - po­go­dzić się z mo­im przez na­tu­rę wy­zna­czo­nym lo­sem. Nie po­ka­za­łam jej też, jak bar­dzo ją ko­cham.

16.

Trze­cie­go dnia nad­szedł list do­star­czo­ny przez umyśl­ne­go i za­adre­so­wa­ny z wiel­kim sza­cun­kiem do Dobrej Teresy.

Pismo owo nad­eszło z sa­me­go ra­na, za­sta­jąc mam­kę w ka­plicz­ce na po­ran­nych mo­dłach. Wszy­scy we dwo­rze do­brze wie­dzie­li, że jej po­boż­ne sku­pie­nie jest świę­te i pod żad­nym po­zo­rem nie moż­na go prze­ry­wać.

List wy­wo­łał wśród służ­by wiel­kie po­ru­sze­nie, nie przy­sy­łał go bo­wiem mój czci­god­ny oj­ciec, jak zra­zu sądzono, a ktoś zu­peł­nie in­ny.

Przy­by­ły kon­no po­sła­niec był mło­dzieńcem nie­wie­le star­szym ode mnie. Miał de­li­kat­ne ry­sy twa­rzy szla­chet­nie uro­dzo­ne­go, jed­nak po je­go znisz­czo­nych, przy­po­mi­na­ją­cych szpo­ny dło­niach i przy­gar­bio­nych ple­cach od ra­zu by­ło wia­do­mo, że po­cho­dzi on z niż­sze­go sta­nu i już ja­ko ma­łe dziec­ko zo­stał za­przę­żo­ny do cięż­kiej pra­cy. Te­raz naj­wi­docz­niej je­go po­zy­cja znacz­nie się po­pra­wiła, gdyż był schlud­nie odzia­ny w po­rząd­ne, choć skrom­ne sza­ty.

Z mi­ny po­słań­ca od ra­zu moż­na by­ło od­czy­tać, jak bar­dzo prze­ję­ty jest ro­lą do­rę­czy­cie­la li­stów, a więc ko­goś, ko­go ob­da­rzo­no wiel­kim za­ufa­niem. Z uro­czy­stą po­wa­gą za­jął wska­za­ne przez och­mi­strzy­nię miej­sce przy ku­chen­nym sto­le i ani na chwi­lę nie wy­pu­ścił z rę­ki sta­ran­nie zło­żo­nych ar­ku­szy pa­pie­ru z wiel­ką czer­wo­ną pie­czę­cią. Na­wet z po­czę­stun­ku ofe­ro­wa­ne­go mu przez Zo­fię chciał sko­rzy­stać do­pie­ro wte­dy, gdy prze­ka­że list w rę­ce Dobrej Teresy.

Jak­że pra­gnę­łam po­zo­stać w po­bli­żu po­słań­ca, ale w kuch­ni aż ro­iło się od wścib­skich dzie­wek, któ­re w wiel­kim po­ru­sze­niu i ni­by z wiel­kim za­pa­łem od­da­wa­ły się pra­com ku­chen­nym, a co rusz spo­glą­da­ły z tłu­mio­nym chi­cho­tem na nie­zna­ne­go przy­by­sza. Chwi­lę na­wet roz­wa­ża­łam, czy aby nie prze­pę­dzić ich wszyst­kie na czte­ry wia­try, na przy­kład do dom­ku na ty­łach dwo­ru, w któ­rym znaj­do­wa­ła się pral­nia. Choć nie był to dzień pra­nia, za­wsze zna­la­zło­by się tam coś do ro­bo­ty, a i na­tręt­ne te istoty mo­gły­by po­zo­stać z da­la od ta­jem­ni­czej prze­sył­ki. Do­tąd jed­nak nie zda­rzy­ło mi się ta­ko­wych po­le­ceń wy­da­wać, więc choć cał­ko­wi­cie do mnie przy­sta­wa­ły, pew­nie zwięk­szy­ły­by tyl­ko i tak już wiel­kie po­ru­sze­nie wśród lu­dzi z obej­ścia.

Nie po­zo­sta­wa­ło mi więc nic in­ne­go, jak za­jąć miej­sce na ław­ce w cie­niu roz­ło­ży­ste­go dę­bu i bez prze­szkód śle­dzić to, co się dzie­je we dwo­rze.

A że ra­nek był nie­zwy­kle chłod­ny jak na tę let­nią po­rę, pu­ści­łam się pę­dem do kom­na­ty po weł­nia­ną chu­s­tę, któ­rą mo­głam się okryć, uda­jąc, że cał­ko­wi­cie po­chła­nia mnie stu­dio­wa­nie fran­cu­skich słó­wek.

Czas upły­wał nie­zwy­kle wol­no, a mnie roz­bo­la­ły ple­cy od te­go uda­wa­nia, z ja­kim to prze­ję­ciem i w jak wiel­kim sku­pie­niu stu­diu­ję fran­cu­ską mo­wę. Pa­thei ma­th­os - przez cier­pie­nie wie­dza, ma­wia­li sta­ro­żyt­ni Gre­cy, a za ni­mi Dobra Teresa, po­dzi­wia­jąc każ­do­ra­zo­wo wiel­ką mą­drość tej sta­rej tra­dy­cji.

Tak, tak, te­go dnia mam­ka mo­dli­ła się szcze­gól­nie żar­li­wie, zwy­kle bo­wiem koń­czy­ła na kil­ku krót­kich psal­mach. Nie­ste­ty, zda­rza­ło się, że po­zo­sta­wa­ła w ka­pli­cy dłu­żej, wów­czas po­pa­da­ła jak­by w cał­ko­wi­te odrę­twie­nie, spo­wi­ta w ja­kiś dziw­ny sen na ja­wie. Zda­wa­ła się wte­dy nie wie­dzieć, co się wo­kół niej dzie­je, i tyl­ko ryt­micz­ne, le­d­wo do­strze­gal­ne ko­ły­sa­nie się jej ogrom­ne­go cia­ła i wy­pro­sto­wa­na po­stu­ra świad­czy­ły o tym, że coś jest na rze­czy. I że to coś nie ma nic wspól­ne­go z żar­li­wą mo­dli­twą. Ze dwa, a mo­że trzy ra­zy uda­ło mi się w ta­kich chwi­lach ukrad­kiem na nią po­pa­trzeć i za każ­dym ra­zem przej­mo­wał mnie dziw­ny lęk. Nie umiałam bo­wiem po­jąć, co też się z nią dzie­je, czy mo­że cho­dzi o ja­kąś ta­jem­ną zdroż­ność bądź tyl­ko o prze­sad­ną eg­zal­ta­cję, wy­nie­sio­ną z cza­sów spę­dzo­nych za mu­ra­mi klasz­to­ru? Kie­dyś na­wet zdo­by­łam się na od­wa­gę i spy­ta­łam o to Do­brą Te­re­sę. Dłu­go pa­trzy­ła na mnie, jak­by sta­ra­ła się zro­zu­mieć, o co mi cho­dzi. I tak dłu­go to trwa­ło, aż w koń­cu czu­łam się zmu­szo­na po­wtór­nie za­dać to sa­mo py­ta­nie.

Wresz­cie gdy po­czę­łam już ża­ło­wać swo­jej nie­po­ha­mo­wa­nej cie­ka­wo­ści, od­par­ła, że w ci­szy i spo­ko­ju, od­gra­dza­jąc się od świa­ta i wszyst­kich cie­le­snych przy­pa­dło­ści, pró­bu­je zro­zu­mieć i udo­sko­na­lić swo­ją du­szę, a wcze­śniej­sza mo­dli­twa jest te­go nie­odzow­nym wa­run­kiem, jak­by przy­go­to­wa­niem po­dat­ne­go grun­tu pod kieł­ku­ją­ce ziar­no.

Ta­ka by­ła Dobra Teresa, in­na niż wszy­scy zna­ni mi lu­dzie. Pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć i udo­sko­na­lić swo­ją du­szę po uprzed­nim przy­go­to­wa­niu grun­tu!

Tak mnie te my­śli bez resz­ty po­chło­nę­ły, że na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy z ko­lan ze­śli­znął mi się opra­wio­ny w skó­rę słow­nik z fran­cu­ski­mi słów­ka­mi. Upadł na zie­mię do gó­ry grzbie­tem i kil­ka stron się zagięło. Szczę­śli­wie, żad­na z nich nie ule­gła znisz­cze­niu, a tyl­ko nie­co się po­gnio­tła. Bez­zwłocz­nie za­ję­łam się wy­gła­dza­niem tych za­gnie­ceń i wte­dy to do­bie­gły mnie od­gło­sy cięż­kich kro­ków. Nie mu­sia­łam na­wet spo­glą­dać w stro­nę ka­plicz­ki, by wie­dzieć, że to Teresa nad­cho­dzi. Szyb­ko ukry­łam więc słow­nik w fał­dach weł­nia­nej chu­s­ty, obawiając się re­pry­men­dy za nad­wy­rę­żo­ne stro­ny dro­go­cen­nej księ­gi.

- Szczęść Bo­że, Dobra Tereso! - krzyk­nę­łam w jej stro­nę, uśmie­cha­jąc się przy tym, jak tyl­ko naj­sło­dziej umia­łam. Ca­ły czas mia­łam na uwa­dze, iż mam­ka by­wa upar­ta ni­czym jej jed­no­uchy muł i ni­gdy nic z nią nie by­ło wia­do­mo. A ja prze­cież tak bar­dzo chcia­łam się do­wie­dzieć, ja­kież to no­wi­ny za­wie­ra list przy­nie­sio­ny przez po­słań­ca.

- Otrzy­ma­łaś list, Tereso, umyśl­ny go do­star­czył! Ocze­ku­je two­je­go na­dej­ścia w kuch­ni już od sa­me­go ra­na! - Sko­czy­łam na rów­ne no­gi ni­czym opa­rzo­na. Tak, tak dłu­żej już nie mo­głam wy­trzy­mać te­go ra­dos­ne­go na­pię­cia, któ­re zda­wa­ło się roz­pie­rać mo­je pier­si. Wy­ma­chu­jąc fran­cu­skim słow­ni­kiem, pu­ści­łam się pę­dem w kie­run­ku mam­ki.

- Po­śpiesz się, no pro­szę... on cze­ka w kuch­ni, Dobra Tereso, nie je, nie pi­je, tyl­ko ści­ska ten list w rę­ku i na cie­bie cze­ka!

- Ano nie cią­gnij mnie tak, pa­nien­ko, to nie przy­stoi, sło­wa z pa­pie­ru nie ule­cą - mamka pró­bo­wa­ła wy­rwać rę­kę, za któ­rą ją chwy­ci­łam. Z ca­łych sił ciągnę­łam Dobrą Teresę w kie­run­ku dwo­ru.

- Sza­ty mi po­rwiesz, pa­nien­ko... wiel­ki Bo­że, co z to­bą? Ostat­ni­mi cza­sy hu­mo­ry to­bą tar­ga­ją, ja­kich świat nie wi­dział - gde­ra­ła rozz­łosz­czo­na na do­bre.

No cóż, wie­dzia­łam, że ta­kie za­cho­wa­nie mi nie przy­stoi, zwłaszcza że jesz­cze dwa dni te­mu za­cho­wa­łam się w sto­sun­ku do niej jak wiel­ka pa­ni, tak wy­nio­śle, żą­da­jąc na­leż­ne­go mi z ra­cji po­cho­dze­nia re­spek­tu.

- Przy­śpiesz kro­ku, Tereso - cią­gnę­łam ją za so­bą da­lej, zwol­ni­łam jed­nak tro­chę, sły­sząc jej chra­pli­wy, krótki od­dech.

Na wie­le się to nie zda­ło, gdy bo­wiem wresz­cie do­tar­ły­śmy do kuch­ni, mam­ka sa­pa­ła ni­czym miech ko­wal­ski. Krew na­pły­nę­ła do jej sze­ro­kiej twa­rzy i moż­na się by­ło oba­wiać, że bę­dzie szu­kać stam­tąd na gwałt uj­ścia. Z ulgą opa­dła na krze­sło przy sze­ro­kim ku­chen­nym sto­le.

- Już was tu nie ma, dziew­ki! Za­bierz­cie mi się stąd, tu nie jar­mark świą­tecz­ny - huk­nę­ła w stro­nę słu­żą­cych, któ­re wciąż w ten sam wścib­ski spo­sób ga­pi­ły się na przy­by­sza. - Niech Zo­fia roz­dy­spo­nu­je ro­bo­tę w pral­ni i w obej­ściu - zwró­ci­ła się tym sa­mym to­nem do och­mi­strzy­ni. - Trze­ba po­ko­je przy­go­to­wać i wszyst­ko, co do te­go się na­le­ży przed przy­jaz­dem czci­god­nych pań­stwa z Mia­sta. No, już, już - za­ma­cha­ła rę­ką, jak­by od­ga­nia­ła na­mol­ne ptac­two ze świe­żo opo­rzą­dzo­nych grzą­dek.

Na po­słań­ca, któ­ry na jej wi­dok sko­czył na rów­ne no­gi, kła­nia­jąc się ni­sko wie­lo­krot­nie, jak­by ćwi­czył me­nu­eta, spoj­rza­ła do­pie­ro po wyj­ściu służ­by. Ar­gu­so­wym okiem przy­glą­da­ła mu się w mil­cze­niu, jak­by czas wca­le jej nie na­glił.

- Mów chłop­cze, kto cię przy­sy­ła, - ode­zwa­ła się wresz­cie.

- Czci­god­ny pan Edu­ard Hayn z ma­jąt­ku Warcz, syn bur­gra­bie­go...

- Do­syć chłop­cze, już nam ano wszyst­ko wia­do­mo - nie wie­dzieć cze­mu, mamka by­ła nie na żar­ty roz­ju­szo­na. Prze­czu­wa­ła coś, cze­go nie da­ne mi by­ło się na­wet do­my­ślać?

Go­rącz­ko­wo pró­bo­wa­łam od­gad­nąć, co dzie­je się w jej ser­cu.

- Mój pan przy­ka­zał mi wpierw spy­tać, czy czci­god­na pa­ni Te­re­sa wład­a sło­wem pi­sa­nym? - Chło­pak prze­stę­po­wał ner­wo­wo z no­gi na no­gę, zra­zu wi­dać by­ło, że obec­ność Dobrej Teresy bardzo go onie­śmie­la.

- Wład­a sło­wem pi­sa­nym? Wiel­ki Bo­że, do­daj mi si­ły! - Oczy Dobrej Teresy po­wę­dro­wa­ły w kie­run­ku nie­bios. Tak na­praw­dę to nie mia­łam po­ję­cia, co mo­gła mieć na my­śli, w koń­cu ma­ło któ­ra z nie­wiast ta­ko­wą umie­jęt­ność po­sia­dła. - Prze­każ swe­mu pa­nu, iż nie­jed­ną księ­gę da­ne mi by­ło prze­czy­tać, i daj mi wresz­cie ten list, chłop­cze - wy­cią­gnę­ła nie­cier­pli­wie rę­kę w kie­run­ku po­słań­ca.

Tak, tak, mu­szę przy­znać, że stru­chla­łam w tam­tej chwi­li, wy­obra­zi­łam so­bie bo­wiem, iż list ten nie po­wę­dru­je do har­dej mam­ki, a nie­od­czy­ta­ny po­wró­ci do Edu­ar­da. Ser­ce bi­ło mi tak moc­no, jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej w ży­ciu. Ze wszyst­kich sił po­wstrzy­ma­łam się, by nie wy­rwać po­słań­co­wi z rąk ar­ku­szy za­pi­sa­nych przez Edu­ar­da - mo­je­go Edu­ar­da, z ocza­mi roz­sie­wa­ją­cy­mi zło­ci­ste iskier­ki, z dłoń­mi, któ­rych do­tyk roz­pa­lał mo­je zmy­sły, po­bu­dzał do ma­rzeń, jak cie­pły let­ni wie­czór prze­po­jo­ny słod­kim za­pa­chem eg­zo­tycz­ne­go ja­śmi­nu. Mój Edu­ard, któ­ry przy­się­gał mi nie­złom­ną mi­łość do koń­ca swo­ich dni.

- Po­daj wresz­cie czci­god­nej Te­re­sie ten list! - Nie wy­trzy­ma­łam i tup­nę­łam gło­śno no­gą. Chło­pak naj­wy­raź­niej wy­stra­szył się te­go na­głe­go wy­buchu zło­ści z mo­jej stro­ny i nie pi­snąw­szy ani słów­ka, kła­nia­jąc się ni­sko, podał Dobrej Teresie za­pie­czę­to­wa­ne ar­ku­sze.

17.

Je­dy­nie ryt­micz­ne po­skrzy­py­wa­nie gę­sie­go pió­ra na pa­pie­rze za­kłó­ca­ło ci­szę za­le­ga­ją­cą Ma­łą Sa­lę. Co ja­kiś czas jed­nak i te od­gło­sy usta­wa­ły. Wte­dy to Dobra Teresa od­kła­da­ła gę­sie pió­ro tuż przy ka­ła­ma­rzu umiesz­czo­nym w spe­cjal­nym za­głę­bie­niu na pul­pi­cie i z wiel­kim na­masz­cze­niem wbi­ja­ła wzrok w to, co aku­rat uda­ło jej się na­pi­sać. Z su­ro­wo ścią­gnię­tych brwi od ra­zu by­ło widać, że z ja­kie­goś tyl­ko sobie wia­do­me­go po­wo­du nie jest za­do­wo­lo­na z owo­ców swo­jej pra­cy. I wte­dy jej rę­ka ni­czym za­cza­ro­wa­na wę­dro­wa­ła w kie­run­ku rów­no uło­żo­nych ar­ku­szy czy­ste­go pa­pie­ru, jak­by chcia­ła po nie się­gnąć. Na tym się jed­nak koń­czy­ło, Dobra Teresa by­ła nad­zwy­czaj oszczęd­na i ni­gdy nie po­zwa­la­ła so­bie na ja­kie­kol­wiek mar­no­traw­stwo. Roz­rzut­ność trak­to­wa­ła ja­ko grzesz­ny i nie­god­ny wy­stę­pek, tak sa­mo zresz­tą jak le­ni­stwo czy ob­żar­stwo... Tak, tak, moja opiekunka po­sia­dła wiel­ką wie­dzę na te­mat grze­chu, moż­na by na­wet po­wie­dzieć, że jak trze­ba by­ło, po­tra­fi­ła go­dzi­na­mi roz­trzą­sać tę kwe­stię: co jest grze­chem? Czy przed Bo­giem li­czy się tyl­ko grzesz­ny czyn, czy też w rów­nej mie­rze sa­mo upodo­ba­nie w nim, al­bo wspo­mi­na­nie wy­stęp­ku lub sa­ma chęć czy­nie­nia rze­czy za­bro­nio­nych? A co z ża­lem, że nie zo­sta­ły one po­peł­nio­ne? W ta­kich chwi­lach za­wsze mia­łam wra­że­nie, że w mo­jej mam­ce od­zy­wa się prze­wrot­ne dia­bel­skie pięt­no, ja­kim zo­sta­ła na­zna­czo­na, ro­dząc się ja­ko ka­to­licz­ka.

By­łam nie na żar­ty roz­złosz­czo­na z po­wo­du za­cho­wa­nia Dobrej Teresy. Nie wy­zna­ła mi, co Edu­ard na­pi­sał w li­ście, a ja nie śmia­łam jej o to za­py­tać. Zło­ży­ła go tyl­ko bez sło­wa, a po­tem głę­bo­ko za­my­ślo­na dłu­go przy­glą­da­ła się zła­ma­nej pie­czę­ci.

- Ano, chodź ze mną pa­nien­ko - ode­zwa­ła się wresz­cie, prze­no­sząc wzrok z li­stu na mnie. - Trze­ba nam udać się do Ma­łej Sa­li, tam w ci­szy i spo­ko­ju skre­ślę kil­ka słów do czci­god­ne­go Edu­ar­da.

No i za­sia­dły­śmy w Ma­łej Sa­li, jak­by to był czas na stu­dio­wa­nie, ty­le że tym ra­zem to Dobra Teresa po­ci­ła się nad pul­pi­tem do pi­sa­nia, a ja bez­myśl­nie spo­glą­da­łam w kie­run­ku okien, jak­bym na pa­mięć uczy­ła się spo­so­bu, w ja­ki kunsz­tow­nie udra­po­wa­no je­dwab­ne za­sło­ny. By­ły bar­dzo pięk­ne, w ko­lo­rze ło­so­sio­wym, nie ist­nia­ło jed­nak nic bar­dziej ja­ło­we­go po­nad roz­trzą­sa­nie spraw tak ma­ło istot­nych w ży­ciu, jak za­wie­sze­nie za­słon.

Do­bry Bo­że, nie­pew­ność co do te­go, ja­ką wia­do­mość prze­sy­ła Edu­ard, za­mie­ni­ła mo­je ser­ce w tchórz­li­we­go, prze­ra­żo­ne­go za­jącz­ka.

W jed­nej chwi­li ko­cha­łam mo­ją mam­kę i nie­na­wi­dzi­łam jej. Po­chy­lo­na nad ar­ku­szem pa­pie­ru, z za­gry­zio­ną dol­ną war­gą i ścią­gnię­ty­mi brwia­mi ni­czym ma­łe dziec­ko, któ­re­mu przy­dzie­lo­no za­da­nie prze­ra­sta­ją­ce je­go skrom­ne umie­jęt­no­ści, wzdy­cha­ła gło­śno, dra­pa­ła się za uchem, wier­ci­ła na krze­śle.

Czas nie­mi­ło­sier­nie się dłu­żył, za­trzy­ma­łam wzrok na jed­nym z po­dłuż­nych wiel­kich lu­ster w zło­tej ra­mie za­wie­szo­nych mię­dzy okna­mi. Dziew­czy­na, któ­ra od­wza­jem­ni­ła moje spoj­rze­nie, zda­wa­ła się nie mieć ze mną nic wspól­ne­go.

By­ła, moż­na by rzec, pięk­na. Ce­rę mia­ła bez ska­zy, ja­śnie­ją­cą bla­skiem ala­ba­stru, któ­re­go nie da­ło­by się wy­cza­ro­wać za po­mo­cą żad­nej szmin­ki. Dłu­gie, buj­ne, ja­sne wło­sy ła­god­nie oka­la­ły drob­ną, po­dłuż­ną twarz z wiel­ki­mi, nie­bie­ski­mi ocza­mi i lek­ko wy­su­nię­tą do przo­du bro­dą. - Ta bro­da to ozna­ka za­cię­te­go, grzesz­ne­go upo­ru - ma­wiał mój czci­god­ny oj­ciec nie bez du­my za­wsze wte­dy, gdy mo­wa by­ła o za­le­tach mo­je­go pa­nień­skie­go wy­glą­du. Nie mia­łam po­ję­cia, co mógł on mieć na my­śli.

Za to za­wsze nie­zmien­nie dzi­wi­łam się, wi­dząc swo­je lu­strza­ne od­bi­cie. W wy­obraź­ni bo­wiem ja­wi­łam się so­bie ja­ko ktoś zu­peł­nie in­ny, a już na pew­no nie ktoś, ko­mu da­ne by­ło przyjść na świat z ca­łą tą oka­za­łą kra­są.

Ob­ser­wu­jąc swe od­bi­cie, po­pra­wi­łam się na krze­śle i usia­dłam przy­kład­nie wy­pro­sto­wa­na. Sto­py usta­wi­łam rów­no obok sie­bie, wy­gła­dzi­łam suk­nię na ko­la­nach, a lek­ko sple­cio­ne dło­nie uło­ży­łam luź­no na po­doł­ku. Lu­stro od­po­wie­dzia­ło mi ob­ra­zem po­zy do­sko­na­łej da­my. Bez śla­du skrę­po­wa­nia czy spię­cia, przy­kład­nie, jak się na­le­ża­ło.

- Nie wle­piaj tak oczu w to lu­stro, pa­nien­ko, jesz­cze ja­kie­go dia­bła tam uj­rzysz. Le­piej na dwór byś tro­chę wy­szła al­bo za­ję­ła się czymś po­ży­tecz­nym. Ano sa­ma wi­dzisz, jak to pi­sa­nie mi dziś nie idzie, a w sa­mot­no­ści i z po­mo­cą Bo­ską mo­że mnie oświe­ci - Dobra Teresa na­wet nie spoj­rza­ła na mnie, mó­wi­ła jak­by do ar­ku­sza pa­pie­ru przed jej no­sem al­bo do gę­sie­go pió­ra, któ­rego dla od­mia­ny tym ra­zem nie odło­ży­ła obok ka­ła­ma­rza, a ob­ra­ca­ła w pal­cach, pla­miąc je so­bie in­kau­stem. Głos mia­ła przy tym su­ro­wy i sta­now­czy, nie­cier­pią­cy sprze­ci­wu. Mi­mo to ze­bra­łam w so­bie ca­łą od­wa­gę i za­pro­te­sto­wa­łam ci­cho.

- Dobra Tereso, po­zwól mi tu zo­stać, ani tro­chę nie bę­dę ci za­wa­dzać... a mo­że na­wet po­słu­żę ci ja­kąś po­mo­cą?

- Po­wie­dzia­łam: wyjdź na dwór, pa­nien­ko.

- Ale to mnie Edu­ard przy­się­gał wiecz­ną mi­łość i to z pew­no­ścią mo­jej i je­go oso­by do­ty­czy list, któ­ry na­pi­sał!

Sa­ma nie mo­głam uwie­rzyć w to, że z mo­ich ust wy­szły owe sło­wa. A cóż do­pie­ro mówić o Dobrej Teresie. Spoj­rza­ła na mnie gwał­tow­nie, z prze­ra­że­niem na twa­rzy, jak­by uj­rza­ła wcie­le­nie sa­me­go sza­ta­na. Tak, tak, od ra­zu wie­dzia­łam, że źle po­stą­pi­łam.

Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie mo­gę je­dy­nie po­wie­dzieć, że prze­by­wa­jąc sta­le na wsi, nie ży­łam pod cią­głym przy­mu­sem, i zarówno sa­lo­no­wa nie­szcze­rość, jak i sztucz­ność miej­skie­go wy­cho­wa­nia zo­sta­ły mi w du­żej mie­rze za­osz­czę­dzo­ne, dzię­ki cze­mu nie prze­mie­ni­ły się też w mój cha­rak­ter.

Mam­ka wy­pro­sto­wa­ła się na krze­śle, wyglądała ni­czym po­sąg uosabiający zgor­sze­nie.

- Ni­gdy wię­cej nie waż się o tym wspo­mi­nać, pa­nien­ko, je­śli nie chcesz ścią­gnąć na nas ja­kie­go nie­szczę­ścia! - grzmia­ła, za­po­mi­na­jąc przy tym chy­ba, że jej sło­wa mo­gą do­trzeć do cu­dzych, nie­upo­waż­nio­nych uszu. - Na Bo­ga, po­służ się, Elż­bie­to, swym ro­zu­mem i roz­waż każ­de sło­wo, któ­re na przy­szłość wy­po­wiesz, i ćwicz się w cier­pli­wo­ści. To wiel­ka cno­ta, za­pa­mię­taj to so­bie - przy­mknę­ła na chwi­lę oczy, wzdy­cha­jąc prze­cią­gle, po czym jak­by ni­gdy nic się­gnę­ła po no­wy ar­kusz. Z wiel­kim na­masz­cze­niem po­ło­ży­ła go w miej­sce sta­re­go i wbi­ja­jąc wzrok w nie­za­pi­sa­ny jesz­cze pa­pier, gder­li­wym, ale o ileż ła­god­niej­szym niż po­przed­nio to­nem do­da­ła: - A Bóg mi świad­kiem, że mam na uwa­dze tyl­ko i wy­łącz­nie twe do­bro, pa­nien­ko, i to też za­pa­mię­taj so­bie raz na za­wsze.

- Nie gnie­waj się, Dobra Tereso, za mo­ją po­ryw­czość. Obie­cu­ję ci, już ni­gdy, prze­nig­dy nie za­po­mnę o roz­wa­dze i po­wścią­gli­wo­ści - nie­po­mna wcze­śniej­szych prze­my­śleń z wiel­ką żar­li­wo­ścią zło­ży­łam rę­ce jak do mo­dli­twy. - Już opusz­czam kom­na­tę, tak jak ka­za­łaś...

- Ano... no do­brze, już do­brze. Za­wierz mi tyl­ko, pa­nien­ko. Zro­bię wszyst­ko, co w mo­jej mo­cy... za­wierz mi tyl­ko. Zaj­mij się ja­kąś po­ży­tecz­ną ro­bo­tą, bez­czyn­ność jest naj­więk­szym wro­giem du­szy.

18.

Gdy opusz­cza­łam Ma­łą Sa­lę, by­ło mi już du­żo lżej na du­szy. Przez chwi­lę spra­wa li­stu od Edu­ar­da prze­sta­ła za­przą­tać mo­je my­śli i za­czę­łam się na­wet w ja­kimś dziw­nym ra­do­snym unie­sie­niu za­sta­na­wiać, czym by się tu po­ży­tecz­nym za­jąć, tak by ukon­ten­to­wać mą opiekunkę. Nic jed­nak od­po­wied­nie­go nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy, po­sta­no­wi­łam więc udać się do dom­ku na ty­łach dwo­ru, w któ­rym znaj­do­wa­ła się pral­nia, i spraw­dzić, czy dziew­ki ku­chen­ne za bar­dzo się nie le­nią.

Let­nia po­ra zno­wu przy­po­mnia­ła o so­bie i na świe­cie zro­bi­ło się wprost upal­nie, a po­ran­ny chłód znik­nął jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. W noz­drzach czu­łam nie­po­wta­rzal­ny za­pach, ja­ki roz­ta­cza wil­got­na, na­grza­na zie­mia. - To go­rą­ce pro­mie­nie sło­necz­ne ła­sko­ta­ły na­tu­rę, wy­do­by­wa­jąc z niej wszyst­ko to, cze­go by do­bro­wol­nie nie wy­da­ła - wspo­mnia­łam sło­wa Dobrej Teresy. Cie­szy­łam się tą chwi­lą, upa­tru­jąc w niej coś nad­zwy­czaj­ne­go, tak sa­mo jak cie­szy­łam się tym, że gru­bą weł­nia­ną chu­s­tę po­zo­sta­wi­łam prze­wie­szo­ną przez krze­sło w Ma­łym Sa­lo­nie.

Za­trzy­ma­łam się na pro­gu pral­ni w roz­war­tych na oścież drzwiach. Z mrocz­ne­go wnę­trza do­cho­dził ci­chy śpiew słu­żą­cych i za­pach my­dlin zmie­sza­ny ze smro­dem sa­dzy z ko­mi­na. Wy­glą­da­ło na to, że do­pie­ro co zdą­ży­ły roz­pa­lić pa­le­ni­sko pod wiel­ką ka­dzią z wo­dą na pra­nie. W jed­nym z ciem­nych ro­gów sły­chać by­ło też rów­no­mier­ne po­kle­py­wa­nie tłucz­kiem, to pew­nie któ­raś z dzie­wek ob­ra­bia­ła więk­sze sztu­ki bie­li­zny po­ście­lo­wej. We­szłam do środ­ka, sta­ra­jąc się oswo­ić oczy z pa­nu­ją­cym tam mro­kiem.

- Szczęść Bo­że wszyst­kim - ode­zwa­łam się pierw­sza, nim zdą­ży­ły mnie za­uwa­żyć, i choć trud­no w to by­ło uwie­rzyć, wszyst­kie trzy za­ję­te by­ły swo­ją ro­bo­tą.

Na po­zdro­wie­nie od­po­wie­dzia­ły chó­rem, nie od­ry­wa­jąc się jed­nak ani na chwi­lę od swo­ich za­jęć. Jed­na z nich, An­na od mły­na­rza, ura­bia­ła drew­nia­nym tłucz­kiem ocie­ka­ją­ce wo­dą lnia­ne prze­ście­ra­dła, dru­ga zaś, któ­rej na imię by­ło chy­ba tak jak mnie, Elż­bie­ta, ob­ra­ca­ła w ba­lii z wiel­kim na­bo­żeń­stwem co de­li­kat­niej­sze sztu­ki, ta­kie jak je­dwab­ne poń­czo­chy czy chust­ki na szy­ję i sza­le. Ob­łocz­ki zim­nej pia­ny za­wi­sły na jej dło­niach, po­ły­sku­jąc ni­czym dro­go­cen­ne klej­no­ty.

Trze­ciej dziew­ki nie wi­dzia­łam z twa­rzy, bo na klęcz­kach do­glą­da­ła pa­le­ni­ska pod wiel­kim ko­tłem.

- Ki czort wlazł tu, za nic w świe­cie nie da­je się dziś roz­nie­cić ognia... Mat­ko Prze­naj­święt­sza, cu­gu od ra­na nie ma, sa­dzą wszę­dzie czuć, jak nie wiem. Ga­łą­zek prze­cież su­chych na­nio­słam, no i na nic się to nie zda­ło... - la­men­to­wa­ła mo­no­ton­nym gło­sem, jak to zwy­kle mia­ły we zwy­cza­ju czy­nić pro­ste nie­wia­sty. Pew­nie sa­ma z gó­ry wie­dzia­ła, iż nic tu jej skar­gi nie po­mo­gą.

- Czyś ty, An­no, ro­zum stra­ci­ła? Ognia nie zdo­łasz roz­nie­cić? Niech no się czci­god­na Te­re­sa o tym do­wie, to za­raz cię do twych lu­dzi, do te­go błoc­ka, ode­śle - Elż­bie­ta, ta od je­dwa­biu, sze­ro­ko uśmiech­nę­ła się do mnie znad ba­lii, uka­zu­jąc cał­kiem do­bre zę­by. Z tym "błoc­kiem" to pew­nie mia­ła na my­śli po­bli­ską ce­giel­nię, w któ­rej ca­ła ro­dzi­na owej An­ny od świ­tu do no­cy cięż­ko ty­ra­ła.

Mo­ja imien­nicz­ka uśmiech­nę­ła się fi­glar­nie i wierz­chem dło­ni spró­bo­wa­ła od­su­nąć so­bie z czo­ła płó­cien­ny cze­pek zsu­wa­ją­cy się na oczy. Nie­wiel­ki ob­ło­czek sre­brzy­stej pia­ny za­wisł jej tym ra­zem na na­kry­ciu gło­wy ni­czym szcząt­ki au­re­oli bi­blij­nych świę­tych. Wy­glą­da­ło to napraw­dę za­baw­nie.

Nie od­wza­jem­ni­łam jej jed­nak uśmie­chu, choć wiel­ką na to mia­łam ocho­tę. Już wkrót­ce po­win­nam stać się praw­dzi­wą pa­nią do­mu i nie bę­dę mo­gła po­zwa­lać so­bie na ja­ką­kol­wiek po­błaż­li­wość w sto­sun­ku do służ­by czy też na­wet naj­mniej­sze spo­ufa­la­nie się z ni­mi. Tak, tak, mu­sia­łam mieć to na uwa­dze, choć przy­znam, że wca­le się do te­go by­cia pa­nią do­mu nie pa­li­łam. Bo cóż to mo­gło też ozna­czać, je­śli do­brze przyj­rzeć się mo­jej sza­now­nej mat­ce?

Du­żo bar­dziej po­cią­ga­ły mnie księ­gi o sta­ro­żyt­nych kul­tu­rach, o wie­dzy astro­no­micz­nej i to nie tyl­ko o ru­chach ciał nie­bie­skich, z któ­rych ko­rzy­sta­li astro­lo­dzy, two­rząc ka­len­da­rze astro­no­micz­ne. Da­ne mi by­ło po­znać prze­cież niejed­ne­go z wiel­kich mę­dr­ców na­sze­go świa­ta: choć­by te­go sta­re­go Gre­ka, ma­te­ma­ty­ka Pi­ta­go­ra­sa, któ­ry czcił licz­by i pa­sjo­no­wał się gwiaz­da­mi. Cy­fry sa­me w so­bie wy­da­wa­ły mu się bo­skie, to w nich we­dług nie­go od­bi­ja­ła się do­sko­na­łość świa­ta, któ­ry nas ota­cza - wszyst­ko w nie­bie i na zie­mi zo­sta­ło zbu­do­wa­ne we­dle te­go sa­me­go sto­sun­ku liczb, twier­dził. Pi­ta­go­ras był wiel­kim mę­dr­cem, wszyst­ko, co opi­sał, by­ło wiel­kie i nie­zwy­kłe, spra­wia­ło, iż my­śląc o je­go har­mo­nii świa­ta, i ja czu­łam się wiel­ka i nie­zwy­kła. Po­wie­dzia­łam o tym na­wet kie­dyś Dobrej Teresie, ale nie zna­la­złam u niej zro­zu­mie­nia. Ofuk­nę­ła mnie nie­zwy­kle su­ro­wo, mó­wiąc, iż mu­szę ćwi­czyć się w skrom­no­ści i że za żad­ne skar­by nie wol­no mi uzur­po­wać so­bie pra­wa do po­rów­ny­wa­nia sie­bie sa­mej do wiel­kie­go Pi­ta­go­ra­sa, czło­wie­ka, któ­ry stwo­rzył sło­wo "kosmos" i po­świę­cił ca­łe swe ży­cie po­szu­ki­wa­niu ma­te­ma­tycz­nych i mu­zycz­nych pro­por­cji w bu­do­wie wszech­świa­ta. Tak, tak, Dobra Teresa czci­ła owe­go mę­dr­ca, choć wia­do­mo już by­ło, iż je­go za­ło­że­nia są fał­szy­we. Oka­za­ło się prze­cież, że to nie Zie­mia stoi pośrod­ku wszech­świa­ta, a i Słoń­ce nie jest ta­ką sa­mą pla­ne­tą jak Księ­życ.

Pi­ta­go­ras - pa­mię­tasz, go­ściu? - pię­ściarz z buj­ną czu­pry­ną, Opie­wa­ny w tak wie­lu pie­śniach Pi­ta­go­ras z Sa­mos - Jam jest ów Pi­ta­go­ras. Ko­go­kol­wiek w Eli­dzie za­py­taj o mo­je czy­ny! Po­wiesz mu, że zmy­śla rze­czy, w któ­re nie moż­na uwie­rzyć 1.

1 Cyt. za: Z. Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1998, s. 154.

Pi­ta­go­ras z Sa­mos nie miał nic wspól­ne­go ze swym wiel­kim imien­ni­kiem, fi­lo­zo­fem, był je­dy­nie zwy­cię­skim pię­ścia­rzem na igrzy­skach olim­pij­skich. Lu­bi­łam jed­nak te stro­fy za­war­te w pięk­nym epi­gra­ma­cie, któ­ry stwo­rzył Te­aj­tet z Ky­re­ny. Czyż na pierw­szy rzut oka nie brzmia­ły jak żart stwo­rzo­ny ku na­szej ucie­sze? Ale nie tyl­ko - wy­obra­ża­łam so­bie na­wet, iż atle­ta i fi­lo­zof sta­ją się w ja­kiś cu­dow­ny spo­sób tą sa­mą oso­bą.

Dobrej Teresie wca­le nie prze­szka­dza­ło, że Pi­ta­go­ras oka­zał się omyl­ny. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, mnie też nie, ale lu­bi­łam cza­sa­mi po­dro­czyć się z mam­ką, przy­po­mi­na­jąc jej o tym. O, trze­ba by­ło ją w ta­kich chwi­lach zo­ba­czyć, sta­wa­ła się czy­stą per­so­ni­fi­ka­cją świę­te­go obu­rze­nia.

- Jak pa­nien­ka mo­że uzur­po­wać so­bie w spo­sób tak bez­myśl­ny pra­wo do kry­ty­ki te­go wiel­kie­go fi­lo­zo­fa! Nikt in­ny tak jak on nie do­wiódł, iż w mu­zy­ce dzia­ła­ją ma­te­ma­tycz­ne, a na­wet geo­me­trycz­ne ele­men­ty. Pi­ta­go­ras wie­dział, że Bóg Stwór­ca nie miał na ce­lu nic in­ne­go jak har­mo­nię. A Bóg jest ma­te­ma­ty­kiem, to pew­ne. I wiedz, pa­nien­ko, że nikt przed tym wiel­kim Gre­kiem i nikt po nim nie zba­dał tak grun­tow­nie har­mo­ni­ce mun­di.

Tak, tak, o wie­le mil­sze by­ły mo­je­mu ser­cu roz­wa­ża­nia i dys­pu­ty na te­mat har­mo­nii świa­ta od przy­szłych obo­wiąz­ków pa­ni do­mu, do któ­rych na­le­ża­ło rów­nież trzy­ma­nie w kar­bach ca­łej służ­by.

"Har­mo­nia świa­ta" - kil­ka­krot­nie po­wtó­rzy­łam w my­ślach z na­ra­sta­ją­cym la­wi­no­wo prze­ra­że­niem, w mo­jej gło­wie bo­wiem po­ja­wi­ła się po­ra­ża­ją­ca jak bły­ska­wi­ca myśl, pod któ­rej wpły­wem ugię­ły się po­de mną do­słow­nie no­gi. Mo­ja sza­now­na mat­ka też przed­kła­da­ła swój kunsz­tow­ny do­mek dla la­lek po­nad świę­te obo­wiąz­ki nie­wia­sty, do któ­rych na­le­ża­ło przede wszyst­kim by­cie mat­ką i pa­nią do­mu. Czyż­bym mia­ła po­dzie­lić los mo­jej czci­god­nej mat­ki, któ­rej na­le­żał się mój sza­cu­nek, ale od­ma­wia­łam jej wszel­kie­go udzia­łu w ży­ciu do­cze­snym, w je­go ja­snych i ciem­nych stro­nach po­zwa­la­ją­cych czuć, iż pod skó­rą pły­nie w nas go­rą­ca krew?

Opar­łam się bez­rad­nie o ścia­nę. By­ła wil­got­na i zim­na, a w nie­któ­rych miej­scach obrzy­dli­wie ośli­zła. Na­tu­ral­nie, nie uszło mo­jej uwa­gi, że dziew­ki spo­glą­da­ją na mnie spode łba, za­sta­na­wia­jąc się pew­nie, o co mo­że mi cho­dzić, sko­ro tak bez sło­wa tkwię w miej­scu ni­czym ja­kiś ko­łek.

Ostat­ni­mi cza­sy od­no­si­ły się do mnie jak­by z więk­szym re­spek­tem, w koń­cu nie by­ły cał­kiem w ciem­ię bi­te i mo­gły się do­my­ślać, że już na­wet wkrót­ce mo­że na­dejść dzień, kie­dy wszyst­ko się zmie­ni i sta­nę się ich nie­po­dziel­ną pa­nią.

My­śląc o tym, pa­trzy­łam w dół, na mo­je sto­py i pod­ło­gę wy­ło­żo­ną bru­nat­ną ce­głą.

- Tę po­sadz­kę trze­ba po­rząd­nie wy­szo­ro­wać - ode­zwa­łam się wresz­cie. - Pó­ki dnie cie­płe, bę­dzie do­brze schnąć. A jak się z tym upo­ra­cie, no i z pra­niem, co to w ba­lii ma­cie, trze­ba bę­dzie po­pio­łem ron­dle ku­chen­ne wy­szo­ro­wać - wy­rzu­ci­łam z sie­bie jed­nym tchem, zwa­ża­jąc na to, by nie wdać się z dziew­ka­mi w żad­ne dys­pu­ty. - Ma­ją się świe­cić, tak jak to so­bie za­wsze mo­ja sza­now­na mat­ka ży­czy - ob­ró­ci­łam się szyb­ko na pię­cie i pra­wie bie­giem po­dą­ży­łam do kuch­ni.

Dobra Teresa na­ka­za­ła mi za­jąć się ja­kąś "po­ży­tecz­ną ro­bo­tą", a mnie nic nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy. Mo­że w głę­bi ser­ca by­łam jed­nak nad­zwy­czaj le­ni­wa? A le­ni­stwo, jak­kolwiek by na nie pa­trzeć, to cięż­ki grzech. Czy po­zo­sta­wał jed­nak ja­kiś wy­bór? Czci­god­ny Lu­ter, sa­ma czy­ta­łam zgod­nie z wo­lą Dobrej Teresy, nie przy­pi­sy­wał nam, lu­dziom, wol­nej wo­li i po­rów­nał nas do ko­nia, na któ­rym je­dzie al­bo Bóg, al­bo sza­tan.

Aż mi się sła­bo zro­bi­ło na sa­mą myśl o tym, tak wów­czas, jak i dzi­siaj. Sa­ma myśl, że sza­tan jest gdzieś w po­bli­żu, a mo­że na­wet mógł­by przy­cza­ić się na mo­im cie­le, by­ła nie­zno­śna.

Z wiel­kim im­pe­tem, jak­by mnie ktoś do­słow­nie go­nił, wpa­dłam do swej kom­na­ty i chwy­ci­łam ksią­żecz­kę z psal­ma­mi. Ta­kie mru­cze­nie psal­mów za­wsze by­ło uzna­wa­ne przez moją opiekunkę za "po­ży­tecz­ną ro­bo­tę".

Z mo­dli­tew­ni­kiem w rę­ku za­ję­łam miej­sce na ła­wecz­ce pod dę­bem, co rusz zer­ka­jąc w kie­run­ku drzwi wyj­ścio­wych, ale i ba­cząc na to, by go­rą­ce pro­mie­nie sło­necz­ne nie pa­da­ły na mnie ni­czym na dziew­kę wiej­ską i bym mo­gła po­zo­stać w zba­wien­nym cie­niu. Trze­ba bo­wiem wie­dzieć, iż spę­dza­jąc więk­szość cza­su po­za mia­stem, nie mia­łam zie­lo­ne­go po­ję­cia o mod­nych ak­ce­so­riach chro­nią­cych da­my przed słoń­cem, ta­kich jak ka­pe­lu­si­ki z ron­dem i wo­al­ką czy ślicz­ne pa­ra­sol­ki z je­dwa­biu zdo­bio­ne mi­ster­ny­mi ko­ron­ka­mi i fal­ban­ka­mi.

Tak, tak, niech nikt nie my­śli, że uda­ło mi się na­le­ży­cie sku­pić na mo­dli­twie. Więk­szość cza­su wier­ci­łam się na ław­ce, jak­by mnie pa­rzy­ła w sie­dze­nie, i wy­pa­try­wa­łam w drzwiach Dobrej Teresy.

To wte­dy po raz pierw­szy w ży­ciu za­uwa­ży­łam, iż czas to dzi­wacz­na po­kra­ka, ni­by moż­na go od­mie­rzać za po­mo­cą chro­no­me­trów, ni­gdy jed­nak nie moż­na czuć go w ten sam spo­sób. To pro­ste od­kry­cie da­ne mi by­ło po­czy­nić w chwi­li, gdy czas zda­wał się sta­nąć w miej­scu. A sta­nął w miej­scu, bo niczego bar­dziej nie pra­gnę­łam na świe­cie niż te­go, by biegł szyb­ciej.

W na­szym domu w Mie­ście, w Głów­nej Sa­li stał na ho­no­ro­wym miej­scu chro­no­metr, zwa­ny przez oj­ca tak­że ze­ga­rem. By­ło to dzie­ło Chri­stia­na Huy­gen­sa - wiel­kie­go uczo­ne­go z Ni­der­lan­dów. Moż­na się by­ło bez resz­ty za­pa­trzyć w to cu­do: po­ły­sku­ją­ce w świe­tle dzien­nym wa­ha­dło, ci­cho ty­ka­jąc, od­mie­rza­ło nasz ludz­ki czas. Jed­na­ko­wy dla wszyst­kich, zda­wać by się mo­gło.

Mu­szę wy­znać, iż w ży­ciu nie­jed­no­krot­nie przy­szło mi roz­my­ślać nad upły­wem cza­su: jed­ne­go ra­zu ja­wił mi się on mo­im wro­giem, sta­jąc w miej­scu i roz­ta­cza­jąc przede mną nie­skoń­czo­ną prze­strzeń nie­uko­jo­ne­go cier­pie­nia, in­nym ra­zem był mo­im sprzy­mie­rzeń­cem, po­śpiesz­nie za­bie­ra­jąc ze so­bą wszyst­ko to, co sta­no­wi­ło mo­ją udrę­ką. Tak, tak, jak­kolwiek by na to pa­trzeć, czas to dzi­wacz­na po­kra­ka.

19.

Na­stęp­ne­go dnia, wraz z nad­cią­ga­ją­cym zmro­kiem po­now­nie przy­był do Bą­ko­wa ten sam po­sła­niec. Dobra Teresa by­ła już w swej kom­na­cie, choć nie­bo do­pie­ro co za­snu­ło się ró­żo­wą po­świa­tą za­cho­dzą­ce­go słoń­ca.

Gło­śne uja­da­nie psów i uspo­ka­ja­ją­ce na­wo­ły­wa­nia pa­rob­ków zwa­bi­ły mnie na­tych­miast do sie­ni w prze­czu­ciu, że przy­by­cie go­ścia i tym ra­zem ma zwią­zek z mo­ją oso­bą.

Po­dob­nie jak po­przed­nio po­sła­niec oznaj­mił mi już od pro­gu, że zo­sta­ło mu su­ro­wo na­ka­za­ne prze­ka­zać ów list na rę­ce mo­jej opie­kun­ki, czci­god­nej Te­re­sy.

Za­pro­wa­dzi­łam więc chło­pa­ka do kuch­ni i pę­dem pu­ści­łam się po moją opiekunkę. Zie­mia do­słow­nie pa­li­ła mi się pod sto­pa­mi.

Kom­na­ta Dobrej Teresy mie­ści­ła się na pod­da­szu, tak sa­mo jak izby prze­zna­czo­ne dla służ­by, z tą jed­nak róż­ni­cą, że mam­ka za­miesz­ki­wa­ła ją w po­je­dyn­kę i mo­gła wy­glą­dać na świat bo­ży przez du­że man­sar­do­we okno. A i wy­po­sa­że­nie mia­ła bar­dziej wy­staw­ne, choć Dobra Teresa od­zna­cza­ła się nie­zwy­kłą skrom­no­ścią i ra­czej nie gu­sto­wa­ła w zbyt wie­lu pań­skich na­wy­kach czy po­trze­bach. No, mo­że z jed­nym wy­jąt­kiem, je­śli cho­dzi­ło o ja­dło, to dba­ła ona o swe pod­nie­bie­nie, lu­bu­jąc się w de­li­kat­nych po­tra­wach spo­rzą­dzo­nych z uży­ciem za­mor­skich przy­praw i in­gre­dien­cji, po­da­nych nie jak dla służ­by w cy­no­wych mi­skach, lecz na wy­twor­nej por­ce­la­nie. Oczy­wi­ście, fol­go­wa­ła so­bie przy sto­le tyl­ko wte­dy, g­dy aku­rat nie ćwi­czy­ła się we wstrze­mięź­li­wo­ści i nie po­ści­ła.

Drzwi do kom­na­ty Dobrej Teresy by­ły jak zwy­kle sta­ran­nie za­mknię­te, co tak­że od­róż­nia­ło ją od zwy­kłych słu­żą­cych.

Za­pu­ka­łam gło­śniej, niż wy­pa­da­ło, tak bar­dzo by­łam prze­ję­ta po­wtór­nym przy­by­ciem po­słań­ca. Prze­cież trud­no mi się by­ło dzi­wić, sko­ro nie mia­łam naj­mniej­sze­go po­ję­cia, ani co za­wie­rał pierw­szy z li­stów, ani ja­kąż to od­po­wiedź mamka prze­sła­ła mo­je­mu Edu­ar­do­wi.

Za­pu­ka­łam, i na­tych­miast we­szłam do środ­ka, a ra­czej wpa­dłam z im­pe­tem, tak gwał­tow­ne uczu­cia mną tar­ga­ły.

We­wnątrz pach­nia­ło przy­jem­nie ła­god­ną ta­ba­ką, jak­bym znalazła się w kom­na­cie mego oj­ca. Dobra Teresa czy­ta­ła w męt­nym świe­tle lam­py na tran. Na nie­wiel­kim sto­li­ku obok por­ce­la­no­wej szka­tuł­ki do prze­cho­wy­wa­nia ta­ba­ki le­żał bar­dzo po­ręcz­nie sta­ry znisz­czo­ny mo­dli­tew­nik. - Jak­by go tam trzy­ma­ła w naj­więk­szym po­go­to­wiu - po­my­śla­łam so­bie, bo na mój wi­dok mamka na­pręd­ce za­mknę­ła księ­gę, któ­rą czy­ta­ła, i ukry­ła w po­doł­ku, przy­sła­nia­jąc sza­lem okry­wa­ją­cym jej ple­cy. Z pew­no­ścią by­ło to jed­no z tych dzieł, o któ­rych ma­wia­ła, że nie jest prze­zna­czo­ne dla każ­dych oczu. Nie­któ­re z nich da­ne mi by­ło prze­czy­tać, in­ne zaś ze zna­nych wy­łącz­nie mej opiekunce po­wo­dów - nie.

- Dobra Tereso, po­sła­niec z li­stem do cie­bie! Cze­ka w kuch­ni. Na cie­bie cze­ka! - wy­krzy­cza­łam od pro­gu. Mój głos brzmiał ni­czym po­pi­ski­wa­nie kil­ku­lat­ki.

- Wiel­ki Bo­że, ale rap­tus z cie­bie, pa­nien­ko - Dobra Teresa, zda­wa­ło się, ode­tchnęła z ulgą na mój wi­dok. Nie­spiesz­nie wy­ję­ła księ­gę spod sza­la i po­ło­ży­ła z wiel­ką sta­ran­no­ścią na sto­li­ku obok. - Po­dejdź tu do mnie, słon­ko ty mo­je. Mu­szę z to­bą, pa­nien­ko nie­zwy­kle waż­ną kwe­stię omó­wić... Po­sła­niec nie za­jąc, nie uciek­nie nam. No i z ła­ski swej za­mknij sta­ran­nie drzwi.

Mu­szę wy­znać, iż nie­spo­dzie­wa­ny strach chwy­cił mnie za gar­dło - ta­ki­mi sło­wa­mi i ta­kim ła­god­nym to­nem prze­ma­wia­ła do mnie mam­ka nad­zwy­czaj rzad­ko. Wła­ści­wie tyl­ko wte­dy, gdy mia­ła mi coś na­praw­dę waż­ne­go do prze­ka­za­nia.

Za­my­ka­jąc drzwi, ką­tem oka wi­dzia­łam, jak bie­rze ze sto­li­ka księ­gę i ostroż­nie prze­kła­da­jąc stro­ny, naj­wy­raź­niej szu­ka w niej ja­kie­goś frag­men­tu.

- No, po­dejdź tu do mnie, pa­nien­ko - nie spoj­rza­ła na mnie, a tyl­ko kiw­nę­ła w mo­ją stro­nę rę­ką. - Chcę ci po­wie­dzieć nie­co o grec­kim poj­mo­wa­niu mą­dro­ści. Do tej po­ry tak mi się zda­wa­ło, że nie je­steś jesz­cze go­to­wa, aby po­jąć te spra­wy... ale czas umy­ka, prze­la­tu­je przez pal­ce, szyb­ciej, niżby­śmy so­bie te­go ży­czy­li - spoj­rza­ła mi w twarz, uśmie­cha­jąc się ja­koś tak dziw­nie.

- Sa­ma zresz­tą oce­nisz, czy je­steś na ta­kie sło­wa go­to­wa. Ano tak... - zbli­ży­ła do twa­rzy księ­gę i ści­szo­nym gło­sem za­czę­ła czy­tać: "Sied­miu mę­dr­ców ze­szło się kie­dyś ra­zem i z pier­wo­cin swo­jej mą­dro­ści zło­ży­li Apol­li­no­wi ofia­rę, wy­pi­su­jąc w świą­ty­ni del­fic­kiej to, co wszy­scy te­raz śpie­wa­ją". - Dobra Teresa za­czerp­nę­ła tchu i z uro­czy­stą mi­ną po­wtór­nie na mnie spoj­rza­ła. Tak, tak, zna­łam ją na ty­le do­brze, aby wie­dzieć, że z pew­no­ścią chce spraw­dzić, czy mo­je my­śli na­dą­ża­ją za jej my­śla­mi. Zna­łam ją na ty­le do­brze, aby rów­nież wie­dzieć, iż upar­ta jest jak muł i nie jest moż­li­we od­wie­dze­nie jej od raz po­wzię­te­go za­mia­ru. Po­sta­ra­łam się więc o jak naj­mą­drzej­szą mi­nę, na ja­ką mnie by­ło stać, i za­gry­za­jąc dol­ną war­gę, w wy­ra­zie naj­więk­sze­go sku­pie­nia do­słow­nie wle­pi­łam w nią oczy.

Sied­miu ci mę­dr­ców mia­sto, imię i sło­wo po­dam: Naj­lep­sza jest mia­ra - rzekł Kle­obu­los z Lin­dos. Chi­lon z La­ce­de­mo­nu: Po­znaj sa­me­go sie­bie. Per­ian­der, co żył w Ko­ryn­cie: Trze­ba po­wścią­gać gniew. Pit­ta­kos z Me­ty­le­ny po­wia­dał: Ni­cze­go za­nad­to. So­lon w świę­tych Ate­nach: Pa­trzeć na ko­niec ży­cia. Bias z Prie­ny: Lu­dzie w więk­szo­ści są źli. A Ta­les, Mąż z Mi­le­tu, prze­strze­gał: Za ni­ko­go nie da­waj po­rę­ki 2.

2 Cyt. za: Z. Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1999.

Dobra Teresa za­mknę­ła księ­gę i z wiel­kim na­masz­cze­niem odło­ży­ła ją na po­wrót na sto­lik.

W kom­na­cie za­le­gła głę­bo­ka ci­sza. Ba­łam się po­ru­szyć, a na­wet od­dy­chać, w na­iw­nej wie­rze, że w ten oto spo­sób mamka za­po­mni ja­kimś cu­dem o mnie, a przy­po­mni so­bie o po­słań­cu z li­stem. - Gdy­bym tak mo­gła cof­nąć czas i gdy­bym sa­ma nie po­bie­gła po Te­re­sę, a wy­sła­ła któ­rąś ze słu­żą­cych, do­bry Bo­że, ja­kież to by­ło­by pięk­ne - my­śla­łam so­bie. - Sie­dzia­ła­bym te­raz przy ku­chen­nym sto­le, wpa­tru­jąc się bez więk­sze­go za­że­no­wa­nia w umyśl­ne­go od Edu­ar­da, a mo­że na­wet wy­obra­ża­jąc so­bie, że to on we wła­snej oso­bie do­trzy­mu­je mi to­wa­rzy­stwa.

Ze zde­ner­wo­wa­nia na­szła mnie chęć na zie­wa­nie, na szczę­ście w su­kurs przy­szło mi chro­bo­ta­nie kor­ni­ka.

- Masz nie­pro­szo­nych go­ści, Dobra Tereso... to zna­czy, kor­ni­ki masz, chcia­łam po­wie­dzieć... chy­ba w ko­mo­dzie... - po­pra­wi­łam się pręd­ko, mam­ka bo­wiem spoj­rza­ła na mnie z tak wiel­kim bra­kiem zro­zu­mie­nia, że no­gi do­słow­nie się po­de mną ugię­ły. W ta­kim na­stro­ju mo­gła­by ka­zać po­słań­co­wi cze­kać do ra­na. Bądź i dłu­żej.

- Po­wiem tak: owo poj­mo­wa­nie mą­dro­ści przez sta­ro­żyt­nych Gre­ków przy­wo­dzi mi na myśl Bi­blię, to zna­czy dzie­sięć przy­ka­zań Bo­żych... to zna­czy nie, nie, chcia­łam po­wie­dzieć: ta­ka li­sta... te­go, co istot­ne... chcia­łam po­wie­dzieć: te­go co naj­waż­niej­sze z punk­tu wi­dze­nia chrze­ści­jań­skich na­uk... - pod­da­łam się, sia­da­jąc z re­zy­gna­cją na ło­żu Teresy.

By­ło ono jak zwy­kle na­kry­te nad­zwy­czaj gru­bą pie­rzy­ną z gę­sie­go pie­rza i ide­al­nie wy­gła­dzo­ną rę­ką Dobrej Teresy. Tak, tak, mam­ka po­tra­fi­ła w spo­sób do­sko­na­ły, przez ni­ko­go nie­do­ści­gnio­ny, ście­lić po­sła­nie.

No i zbu­rzy­łam ca­łą tę do­sko­na­łość, to­nąc nie­omal­że w owej pie­rzy­nie. A prze­cież od za­wsze wie­dzia­łam, że pod żad­nym, ale pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no na nią sia­dać ani tym bar­dziej kłaść się. Nie­ste­ty, te­go wie­czo­ru wszyst­ko mi się po­mie­sza­ło. Jak­by mi ktoś wy­miótł z gło­wy do czy­sta wszel­kie na­ka­zy i za­ka­zy. Moja opiekunka za­dzi­wi­ła mnie jed­nak, nie oka­zu­jąc ani szczyp­ty nie­za­do­wo­le­nia.

- Nie roz­pra­szaj się żad­ny­mi tam po­do­bień­stwa­mi do Pi­sma Świę­te­go czy in­nej księ­gi. Niech wszyst­ko, co wiesz, po­zo­sta­nie po­za to­bą. Skup się, pa­nien­ko, tyl­ko na my­ślach tych sta­ro­żyt­nych mę­dr­ców, uznaj je za swo­je - Dobra Teresa przy­ci­snę­ła dłoń­mi skro­nie, jak­by ją na­gle roz­bo­la­ła gło­wa, i za­mil­kła. Mo­gła za­sta­na­wiać się nad tym, czy je­stem war­ta jej słów.

Cokolwiek by powiedzieć, mam­ka nie by­ła jak in­ni lu­dzie. Kie­dy ja pło­nę­łam z cie­ka­wo­ści, ob­my­śla­jąc naj­róż­niej­sze wer­sje te­go, co mógł za­wie­rać le­żą­cy na ku­chen­nym sto­le list od me­go Edu­ar­da, ona przy­bie­ra­ła po­stać grec­kiej ka­płan­ki, osta­tecz­nej wy­rocz­ni w spra­wach ży­cia i śmier­ci. I wca­le mi się nie zda­wa­ło, że jest zwy­kłą lub na­wie­dzo­ną przez złe mo­ce uzur­pa­tor­ką. O nie, wca­le tak wów­czas nie my­śla­łam, do­pie­ro du­żo póź­niej przy­szło mi to do gło­wy, prze­cież z uza­sad­nio­nych przy­czyn mo­głam wte­dy tak my­śleć.

W tym miej­scu mu­szę pod­kre­ślić, że moc Dobrej Teresy, w któ­rej wła­da­niu po­zo­sta­wa­łam, by­ła prze­moż­na. Ani się obej­rza­łam, a mo­je my­śli za­czę­ły pły­nąć w jej kie­run­ku, od­da­la­jąc się co­raz bar­dziej od kuch­ni i li­stu Edu­ar­da, aby gdzieś, jak­by na koń­cu dłu­gie­go ciem­ne­go ko­ry­ta­rza zo­ba­czyć świa­tło i uzy­skać nie­zwy­kłą kla­row­ność te­go, co przed chwi­lą z ust opiekunki usły­sza­łam.

- Nie po­tra­fię jesz­cze po­wie­dzieć, któ­re z tych mą­dro­ści wy­da­ją mi się naj­cen­niej­sze - mó­wi­łam po­wo­li, z roz­wa­gą, tak jak to Teresa lu­bi­ła. - W pierw­szej chwi­li my­śla­łam: "Trze­ba po­wścią­gać gniew", ale za­raz "Po­znaj sa­me­go sie­bie" wy­da­ło mi się waż­niej­sze, a mo­że na­wet "Ni­cze­go za­nad­to"? Dobra Tereso, my­ślę, że aby po­siąść praw­dzi­wą mą­drość, trze­ba przy­swo­ić so­bie wszyst­kie z tych sied­miu mak­sym - wcią­gnę­łam gło­śno po­wie­trze, na­gle bo­wiem nie po­tra­fi­łam się oprzeć po­ku­sie pły­ną­cej z mło­do­ści mo­je­go du­cha i bra­ku ży­cio­wych do­znań, i jed­nym tchem wy­rzu­ci­łam z sie­bie:

- Czy na­praw­dę lu­dzie mu­szą być w więk­szo­ści źli, Dobra Tereso? Al­bo głu­pi? Nie chcę żyć w ta­kim prze­ko­na­niu!

Mamka pod­nio­sła się cięż­ko ze swe­go krze­sła i szu­ra­jąc gło­śno no­ga­mi, po­de­szła do mnie.

Świa­do­ma te­go, że w spo­sób ka­ry­god­ny zbu­rzy­łam jej ide­al­ne po­sła­nie, sko­czy­łam na rów­ne no­gi.

Jed­nak to, co za chwi­lę mia­ło się wy­da­rzyć, nie mia­ło nic wspól­ne­go z po­gnie­cio­nym po­sła­niem i po­zo­sta­nie w mo­jej du­szy jak ży­we do koń­ca mo­ich dni. Po­wiem też tak: owo wspo­mnie­nie nie­jed­no­krot­nie po­mo­gło mi prze­łknąć wie­le go­ry­czy w ży­ciu, za co je­stem wdzięcz­na do­bre­mu Bo­gu po wsze cza­sy.

Tak, tak, mam­ka by­ła bliż­sza mo­jej du­szy ani­że­li praw­dzi­wa ro­dzi­ciel­ka. Wie­dzia­łam to prze­cież od za­wsze, a jed­nak cza­sa­mi czu­łam w sto­sun­ku do Dobrej Teresy wiel­ki, trud­ny do okieł­za­nia gniew. Wła­śnie przy­się­ga­łam so­bie w skry­to­ści, że ni­gdy wię­cej nie oka­żę jej bra­ku sza­cun­ku, gdy wzię­ła mo­ją twarz w dło­nie i uca­ło­wa­ła w oba po­licz­ki.

W ge­ście tym czu­ło się wiel­ką bez­in­te­re­sow­ną mi­łość pły­ną­cą wprost do mo­je­go ser­ca. Ni­gdy wcze­śniej i ni­gdy póź­niej nie by­ło mi da­ne prze­żyć po­dob­nej chwi­li.

Po­chy­li­łam więc po­kor­nie gło­wę, kła­nia­jąc się przed nią ni­sko.

Nie by­łam na tym wiel­kim świe­cie sa­ma, do­stą­pi­łam w ży­ciu nie­zwy­kłe­go szczę­ścia, spo­tka­łam brat­nią du­szę, któ­ra wle­wa­ła we mnie ży­cio­daj­ną od­wa­gę, bez wzglę­du na to, co mia­ło mnie spo­tkać.

Dobra Teresa przy­trzy­ma­ła mo­ją dłoń i prze­mó­wi­ła nie­zwy­kle ci­chym gło­sem, tak ci­chym, że aby bez żad­ne­go uszczerb­ku ją usły­szeć, mu­sia­łam przy­mknąć oczy i po­chy­lić w jej stro­nę gło­wę.

- Mia­łaś ra­cję, mo­je dziec­ko, wte­dy, w tych ostę­pach osą­dza­jąc mnie tak ostro: świę­ta to praw­da, że ni­gdy w ży­ciu nie da­ne mi by­ło do­znać mi­ło­ści, czy na­wet odro­bi­ny czu­ło­ści. Ano, cza­sa­mi znam do­kład­nie two­je my­śli, pa­nien­ko, jak­byś je wy­po­wia­da­ła przede mną na głos. Bóg mi jed­nak świad­kiem: wca­le cię za ta­ko­we my­śli nie wi­nię, ale wiedz, że ser­ce mnie wte­dy bar­dzo bo­la­ło...

- Prze­bacz mi, Dobra Tereso... - wy­szep­ta­łam prze­ra­żo­na, bo skąd­że mo­głam wie­dzieć, że mam­ka czy­ta w mo­ich my­ślach.

- Ano nic to, nic to, za nic cię nie ob­wi­niam, pa­nien­ko. Po­słu­chaj tyl­ko, co ci po­wiem, choć nie­raz ci o tym wspo­mi­na­łam: po­zba­wio­no mnie mat­ki, jak­bym by­ła czymś gor­szym na­wet od zwie­rzę­cia... no i nikt nie wziął mnie pod swo­ją zba­wien­ną opie­kę. Ła­zi­łam na czte­rech ła­pach ni­czym pies, nie mó­wiąc ani sło­wa, ży­wiąc się reszt­ka­mi po­rzu­co­ny­mi przez mi­ło­sier­ne sio­stry. Kie­dy pod­ro­słam na ty­le, by móc nadać się do ja­kiejś ro­bo­ty, odzia­no mnie w pierw­sze w ży­ciu łach­ma­ny, cię­ga­mi zmu­szo­no do przy­ję­cia po­stu­ry da­nej czło­wie­ko­wi z na­tu­ry i przy­dzie­lo­no sio­strom opo­rzą­dza­ją­cym śmier­tel­ne szcząt­ki po­mar­łych w klasz­to­rze i je­go oko­li­cy. Ano, śmier­ci to ja się na­oglą­da­łam, jak ma­ło kto, wierz mi, pa­nien­ko, to, co wi­dzia­łam, prze­kra­cza ludz­kie wy­obra­że­nie. I dwie na­wał­ni­ce strasz­li­wej dżu­my da­ne mi by­ło prze­trwać... Dzień i noc grze­ba­ły­śmy na szcze­rym po­lu te udrę­czo­ne za­ra­zą cia­ła w zbior­czych do­łach, chrze­ści­jań­skie cmen­ta­rze bo­wiem zo­sta­ły dla nich za­mknię­te, a ludz­ka przy­zwo­itość nie po­zwa­la­ła nam, aby szczu­ry czy psy po­że­ra­ły te tru­py bądź roz­cią­ga­ły ich człon­ki po oko­li­cy. Odór śmier­ci do­słow­nie wżarł się w mo­ją skó­rę tak moc­no, jak­by już ni­gdy miał mnie nie opu­ścić i jak­bym za ży­cia sta­ła się mar­twa. Ano, wte­dy to, jak ni­gdy wcze­ś­niej i ni­gdy póź­niej, da­ne mi by­ło my­śleć o tor­tu­rach pie­kła. Sio­stry za­kon­ne, dla któ­rych sta­łam się po­tęż­ną wy­rę­ką, bo wy­ro­słam na du­żą i sil­ną dziew­kę, a i du­żo prze­cież star­sze ode mnie wie­kiem, ja­koś się uli­to­wa­ły, bo spo­rzą­dzi­ły mi ta­ką ma­skę na wzór pta­siej gło­wy, a w dzio­bie umie­ści­ły won­ne olej­ki, co to mia­ły stłu­mić fe­tor gni­ją­cych zwłok. Wiedz, mo­je dziec­ko, na wie­le to się nie zda­ło... Wów­czas, aby nie po­paść w obłęd, nie zna­la­złam in­ne­go spo­so­bu, jak szo­ro­wać dzień w dzień mo­je bied­ne udrę­czo­ne cia­ło, ta­ką od­ra­zę do sie­bie sa­mej czu­łam - Dobra Teresa spoj­rza­ła mi na­gle w oczy. Do tej chwi­li jej wzrok błą­dził bo­wiem gdzieś po lśnią­cej od czy­sto­ści pod­ło­dze z mo­drze­wio­we­go drew­na. Ja­kież jed­nak by­ło mo­je zdzi­wie­nie, gdy w jej wzro­ku nie do­strze­głam ani smut­ku, ani roz­go­ry­cze­nia, któ­rych są­dząc po okro­pień­stwach tej opo­wie­ści, prze­cież się spo­dzie­wa­łam. Teresa pa­trzy­ła na mnie z ła­god­nym uśmie­chem, a na­wet - jak mi się zda­wa­ło - z wiel­kim roz­rzew­nie­niem.

- Ano, do­brze pa­mię­tam, jak­by to by­ło wczo­raj, kie­dy po raz pierw­szy trzy­ma­jąc cię w ra­mio­nach, pa­nien­ko, nie mo­głam dać wia­ry mo­je­mu wiel­kie­mu szczę­ściu. By­łaś naj­pięk­niej­szym, naj­do­rod­niej­szym dzi­dziu­siem na tym bo­żym świe­cie... i wszyst­ko to, co okrut­ne­go przy­szło mi prze­żyć, po­szło w nie­pa­mięć, jak zły sen się roz­wia­ło. I to wte­dy wła­śnie ślu­bo­wa­łam przed wszech­moc­nym Bo­giem do­zgon­ną mi­łość do ciebie i do­zgon­ne ci od­da­nie. Twój sza­now­ny oj­ciec, pa­nien­ko, był mi świad­kiem.

Mamka uwol­ni­ła mo­je dło­nie z uści­sku. Chwi­lę przy­glą­da­ła mi się z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem, jak­by się za­sta­na­wia­ła, dla­cze­go nic a nic się nie od­zy­wam, jak­bym za­po­mnia­ła ję­zy­ka w bu­zi. Ja jed­nak mia­łam wiel­ki mę­tlik w gło­wie, naj­chęt­niej skry­ła­bym się w ja­kiejś my­siej dziu­rze, aby nie my­śleć: ani o li­ście od Edu­ar­da, ani o cięż­kim lo­sie Dobrej Teresy i jej mi­ło­ści do mnie, ani o tym, że mój sza­now­ny oj­ciec za­wie­rzył mnie by­łej za­kon­ni­cy w peł­ni świa­dom, co czy­ni, a nie tak jak do tej po­ry mi się zda­wa­ło, sta­ła się ona mo­ją opie­kun­ką z wo­li przy­pad­ku. Tak, tak, chcia­łam wszyst­ko to jesz­cze raz grun­tow­nie prze­my­śleć, nim co­kol­wiek po­wiem. Dobra Teresa też chy­ba to tak wi­dzia­ła, bo prze­sta­ła się we mnie tak wy­cze­ku­ją­co wpa­try­wać i po­de­szła do okna. Jak zwy­kle, we­dle swe­go dzi­wacz­ne­go na­wy­ku, spraw­dzi­ła, czy jest ono aby szczel­nie za­mknię­te. Tak, tak, mam­ka oba­wia­ła się ob­cych uszu jak ognia.

Chwi­lę pa­trzy­ła w za­my­śle­niu w pra­wie gra­na­to­we nie­bo za oknem.

- Ano tak wy­glą­da­ło to mo­je wcze­śniej­sze ży­cie, nie naj­le­piej - ode­zwa­ła się w koń­cu. - Los sro­go mnie do­świad­czył, bo od pierw­sze­go dnia na tym Bo­żym świe­cie by­łam sa­miu­teń­ka jak pa­lec, bez odro­bi­ny na­dziei... nikt nie oka­zał mi ani tro­chę li­to­ści... Wiedz, pa­nien­ko, że ta­ki czło­wiek mu­si od­kryć w so­bie ciem­ną, okrut­ną stro­nę - w in­nym ra­zie nie prze­ży­je... i bę­dzie mu­siał sam sie­bie okła­my­wać. Wy­znam ci więc szcze­rze i bez ogró­dek: część mo­je­go ser­ca jest ciem­na ni­czym pie­kiel­na smo­ła - moja opiekunka wes­tchnę­ła gło­śno. - Ale Bóg mi świad­kiem, pa­nien­ko, i o jed­nym mo­gę cię za­pew­nić - dło­nią zro­bi­ła znak krzy­ża - mo­gę cię za­pew­nić, przy­się­ga­jąc na wszyst­kie świę­to­ści, że jak zaj­dzie ta­ka po­trze­ba, uży­ję wszyst­kie­go, co w mo­jej mo­cy, by cię chro­nić i byś ni­gdy o tych sied­miu mą­dro­ściach ze świą­ty­ni del­fic­kiej nie za­po­mnia­ła i żyć we­dle nich mo­gła.

Dobra Teresa wró­ci­ła na swo­je miej­sce, spo­glą­da­jąc prze­lot­nie, tym ra­zem nie­ste­ty z wiel­ką dez­apro­ba­tą, na zmię­tą prze­ze mnie pie­rzy­nę.

Te­go wie­czo­ru w kom­na­cie Dobrej Teresy nic szcze­gól­ne­go wię­cej się nie wy­da­rzy­ło, oprócz ta­kiej drob­nej rze­czy jak ta, że w koń­cu do­głęb­nie zro­zu­mia­łam, co ozna­cza jed­na z naj­więk­szych for­muł w tra­dy­cji grec­kiej do­ty­czą­ca sta­nu du­cha: Pa­thei ma­thos. Tak, tak, cier­pia­łam nie­zwy­kle, po­wta­rza­jąc wszyst­kie sie­dem mą­dro­ści del­fic­kich dwu­krot­nie i wie­dząc przy tym, że tuż opo­dal cze­ka list skre­ślo­ny rę­ką Edu­ar­da, któ­re­go w mo­jej dziew­czę­cej wy­obraź­ni z dnia na dzień co­raz go­rę­cej ko­cha­łam.

Na szczę­ście nie zgłę­bi­ły­śmy do koń­ca ob­szer­nej ma­te­rii owych sied­miu mą­dro­ści, gdyż we­dług mam­ki, pó­ki co, by­ło dla mnie na to sta­now­czo za wcze­śnie. Tak więc je­dy­nie dwu­krot­nie wszyst­ko po­wtó­rzy­łam, po czym nie­spiesz­nie uda­ły­śmy się do kuch­ni, gdzie cier­pli­wie cze­kał umyśl­ny od Edu­ar­da.