Żona astronoma. Historia Elżbiety Katarzyny Heweliusz - Kornelia Stepan


Reflow text when sidebars are open.
W sprzedaży
Kathryn Wagner
Tancerka Degasa
W uwodzicielskim Paryżu u schyłku XIX wieku rozgrywa się dramat młodziutkiej Alexandrie. Córka biednego rolnika jest ambitna, utalentowana i dzięki swej wytrwałości dostaje się do Opery Paryskiej z nadzieją, że zabezpieczy finansową przyszłość nie tylko swoją, ale i całej rodziny. Zamiast zdobyć uznanie jakiegoś możnego patrona, zakochuje się w nieprzystępnym artyście, którego obrazy portretujące zakulisowe sceny z życia tancerek wywołują skandale i rewolucjonizują świat sztuki. Im głębiej dziewczyna poznaje Degasa i mroczne sekrety Paryża, tym trudniej jej ocalić marzenia o miłości i zostaniu primabaleriną.
Już wkrótce kolejna książka z cyklu powieści o wielkich impresjonistach
Stephanie Cowell
Claude i Camille
Fascynujący portret malarza Claude'a Moneta, którego życie zmienia się całkowicie pod wpływem spotkania z piękną i tajemniczą Camille Doncieux. On zakochuje się w niej do szaleństwa. Ona, kobieta z wyższych sfer, porzuca dla niego dostatki i zostaje żoną biednego malarza. Lata ich małżeństwa upływają pod znakiem walki o przetrwanie i sukces artystyczny oraz licznych nieporozumień, ale przede wszystkim wielkiej miłości.
W sprzedaży
Kathryn Wagner
Tancerka Degasa
Irene Adler, jedyna kobieta, która przechytrzyła Sherlocka Holmesa, doczekała się opowieści o swoich niezwykłych przygodach. Śpiewaczka operowa i detektyw w jednej osobie, nad wyraz piękna i przenikliwa, elegancka i odrzucająca towarzyskie konwenanse, prowadzi dochodzenia dla takich sław jak jubiler Tiffany czy pisarz Oscar Wilde. Pracuje nie tylko w wiktoriańskim Londynie, ale też w Pradze, do której przyjeżdża po występach w Warszawie. Choć powtarza, że muzyka jest dla niej całym życiem, nie potrafi się oprzeć coraz to nowym fascynującym zagadkom, a zwłaszcza pokusie odnalezienia brylantowego pasa królowej Marii Antoniny. W tej sprawie rywalizuje z samym Holmesem.
W przygotowaniu
Po raz pierwszy po polsku słynna trylogia historyczna
SANDRY GULAND
Józefina
Józefina i Napoleon
Cesarzowa Józefina
1.
List nadszedł późnym popołudniem. W chwili, gdy wydawało się, że nic więcej się nie wydarzy. Od razu rozpoznałam, czyją pieczęć nosi, choć ostatni raz widziałam ją przed dwudziestu sześciu laty. Nawet nie musiałam liczyć, by wiedzieć, ile czasu minęło. Pamięć ludzka bywa zadziwiająca.
Przezroczysta Marta znalazła mnie w gabinecie, gdzie wciąż od nowa oglądałam świeżo wydrukowanego Zwiastuna astronomii z Katalogiem gwiazd stałych zawierającym opis nieomal tysiąca sześciuset gwiazd i ich pozycji. Przekładałam stronę za stroną, z wielką przyjemnością wdychając zapach świeżej farby drukarskiej.
Nie zauważyłam jej od razu, swoim zwyczajem niczym duch wśliznęła się do komnaty, by wytrwać w drzwiach tak długo, aż zwrócę na nią uwagę. Służyła u mnie od wielu lat, a mimo to wciąż trudno mi było przyzwyczaić się do jej dziwactw.
- Masz jakąś sprawę do mnie, to mów! Nie stój tak bezczynnie - nie zdołałam ukryć rozdrażnienia, z niejasnych bowiem powodów czułam się nieprzyjemnie dotknięta tym, że ktoś obserwował mnie w tak szczególnej chwili.
- Ano... ten list, co już mówiłam, znowu go przyniesiono, pani. Posłaniec mówi, że odda ową przesyłkę tylko do rąk własnych. Jeśli więc pani wyjdziesz do niego bądź każesz go tu wołać...
Nie miałam czasu na takie zawracanie głowy, dla nikogo nie miałam czasu, a wciąż czegoś ode mnie żądano. Każdej chwili mi było szkoda. Wszystkim musiałam się sama zająć, ostatnimi czasy prawie w ogóle nie sypiałam. Tyle było jeszcze do zrobienia.
- Strasznie ten młodzian namolny, trzeci dzień z kolei przychodzi do pani...
- Wiem, wiem, do diabła z nim - czułam, jak złość z dnia poprzedniego znowu rozsadza mi piersi, choć już nie z tą samą siłą. - Odeślij go, a list niech tobie przekaże i nie zawraca mi głowy.
- Listu mi nie da, już mówiłam, a nicpoń jest uparty, wygląda na to, że będzie tak co dzień przychodzić, więc proszę cię, pani, z serca całego, byś do niego wyszła, może to jakaś ważna wiadomość...
Posłaniec, przeraźliwie chudy chłopak w wielkiej baraniej czapie, zdawał się gdzieś śpieszyć. Przyglądał mi się natrętnie, ponaglająco, jak obracam w dłoniach list, jak studiuję każdy szczegół wyciśniętej w czerwonym wosku pieczęci. Powinnam go chłodno odprawić, dając kilka groszy, tak jak zasługiwał na to nieokrzesany prostak. Tak powinnam postąpić... a nie stać w miejscu niczym słup soli.
Powinnam powiedzieć, że odpowiedź prześlę później, w innym czasie i że czeka na próżno, po czym dać mu tych kilka groszy.
A jednak bałam się zrobić cokolwiek, tak jak człowiek z głęboką raną boi się oderwać przyschnięty opatrunek. Tyle czasu minęło, nie mogło mi się wydawać, że jakimś cudem mam piętnaście lat i oszalałe z miłości serce. Już od dawna moja twarz była inna, jakby obca. Nie mogłam znowu mamić się myślą, że gdzieś niedaleko, może nawet w pokoju obok, niczym Anioł Stróż czeka na mnie Dobra Teresa.
Starałam się więc myśleć o tym, że w głębi serca nie mam zamiaru, nie chcę wracać do tamtych czasów. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Chłopak w baraniej czapie nagle jakby przestał się śpieszyć, przestał też tak natrętnie mi się przyglądać i z wielką uwagą zabrał się do oględzin sieni, w której staliśmy.
Bycie posłańcem wymaga wielkiej cierpliwości i wielkiego taktu. Posłaniec nie jest zwykłym sługą, przynosi wiadomości, które w jednej chwili potrafią odmienić całe ludzkie życie, mogą otwierać drogę do wielkiego szczęścia, ale i wtrącać w otchłań bezgranicznej rozpaczy. Tak, tak, każdy człowiek choć raz w życiu musi stawić czoła adresowanym do niego wieściom. Czasem niczym biblijny Hiob będzie poddany próbie i tylko dobry Bóg wie, czy wyjdzie z niej zwycięsko.
Przełamałam pieczęć.
Moje serce biło miarowo. Zdawać się mogło, że z upływem lat wrócił mi raz na zawsze błogi spokój i tak pozostanie do końca moich dni.
Dwadzieścia sześć lat to dużo czasu. Stałam się kimś innym, i to nie tylko za sprawą niewyobrażalnej męki płynącej z zakazanej miłości czy śmierci ukochanego dziecka. Dane mi było spoglądać w nocne niebo, obserwować Księżyc i ruchy planet z niczym niezachwianą nadzieją wyrwania choć jednej z wielu tajemnic skrytych w przestworzach. Astronomia pozwala zrozumieć, a nawet udoskonalić ludzką duszę. Święcie w to wierzę. Spoglądając w nocne niebo, dostępowałam łaski wkraczania w świat wiecznie czuwających gwiazd, wolna niczym bogini.
A jednak list, który nadszedł późnym marcowym popołudniem Roku Pańskiego 1690, otworzył nagle za mną przepaść, o jakiej nie sposób było myśleć, że może być większa. Wszystko, co do tej pory było mi bliskie i drogie, w każdej chwili mogło w nią runąć bezpowrotnie bądź zwyczajnie pozostać po drugiej stronie.
Mimo to moje myśli poczęły krążyć jak szalone wokół dawno zasłyszanych gdzieś słów mówiących o tym, że aby znaleźć miłość, nie trzeba pukać do każdych drzwi. Gdy nadejdzie czas, sama wejdzie do twego domu, w twoje życie, do twego serca.
To była moja głęboko skrywana tajemnica.
2.
Nadejście listu poruszyło tajemne pokłady w mojej duszy, o których istnieniu wolałabym nie wiedzieć. Przyspieszyło też chwilę, kiedy to zapragnęłam choć raz jeszcze popatrzeć wstecz i ujrzeć siebie oraz swój los w każdym nawet najdrobniejszym szczególe. To bardzo mozolne, a zarazem bolesne przedsięwzięcie. Widziałam wielu ludzi, dla których była to ostatnia rzecz za ich życia i którą za wszelką cenę pragnęli doprowadzić do końca, czas potrafi bowiem potwornie naglić.
Krótko mówiąc, chodzi mi o rachunek sumienia - nie przed dobrym Bogiem, a wyłącznie przed samym sobą. Niech mnie inni nie osądzają, ja sama to zrobię. Chodzi mi więc o ostatnie, jak najbardziej sekretne spojrzenie na kobietę, jaką byłam, na Elżbietę Katarzynę Heweliusz z domu Koopmann.
Sama nie wiem, jak to ująć. Być może do snucia tych wspomnień popychają mnie jedynie brak skromności i szaleńcza miłość własna, a także przywiązanie do życia doczesnego, które zdaje się przemijać. Myślę jednak, że powód, by opowiedzieć o moim życiu, przestał być tak naprawdę istotny. A to dlatego, że jestem sobie winna tę spowiedź, aby pogodzić się ze sobą samą i otaczającym mnie światem.
Noc, kiedy dane mi było przyjść na świat, należała do szczególnych - Księżyc, Ziemia i Słońce znalazły się w jednej linii. Księżyc, odwieczny towarzysz Ziemi, zgubił się wtedy w jej cieniu.
W taką noc mrok pochłania nasz świat bez reszty.
A jednak niebo zasnute głęboką czernią jest niezrównanej piękności i jawi się jako jeszcze większa tajemnica. Powiem bez ogródek: nie taka tajemnica, o jakiej mówią ludzie - nigdy nie myślałam, że gdzieś tam wysoko otworzą się bramy niebios i za nimi ukaże się tron Boga, a wokół niego zastępy bezcielesnych aniołów...
Urodziłam się w Bąkowie, majątku ziemskim mego czcigodnego ojca, bogatego kupca z Gdańska, niejakiego Mikołaja Koopmanna z Koopmannów wywodzących się z Amsterdamu. Owe włości wraz z przynależnymi do nich folwarkiem i gorzelnią ojciec nabył od klasztoru kartuskiego krótko przed moim urodzeniem. Uczynił tak, wzorując się na innych bogatych kupcach gdańskich, którzy zgromadziwszy olbrzymie fortuny, prześcigali się w naśladowaniu życia, jakie wiedli szlachetnie urodzeni arystokraci.
Był 6 marca 1647 roku, jednak ojciec zgłosił moje narodziny w parafialnym kościele św. Katarzyny na Starym Mieście dopiero pół roku później. Nikt nie liczył się z tym, że przeżyję. Dzieci w naszym domu rodziły się i umierały.
Gdy przyszłam na świat rodzice, polecili sporządzić horoskop przypisany do daty moich urodzin. Jak mi wiadomo, nie oczekiwali oni, że Bóg da im więcej potomstwa bądź pozostawi to ostatnie dziecko przy życiu. A jednak pragnęli się dowiedzieć, co gwiazdy mówią o przyszłości ich córki, podobnie jak medycy czerpią z gwiazd wskazówki co do przyczyn choroby, rodzaju diagnozy i pory dnia najbardziej sprzyjającej sporządzaniu i podawaniu leków.
Bogaci patrycjusze i szlachetnie urodzeni lubują się bowiem w takich przepowiedniach i gotowi są zapłacić za nie sporo grosza, choć wielu z nich pewnie przeczuwa, że - jak mawiał Galileusz - stają się one naprawdę jasne, dopiero gdy się spełnią... A ten wielki uczony musiał dobrze wiedzieć, jak bardzo zawodne mogą okazać się nawet najdokładniejsze horoskopy. Sam doświadczył przecież tego, przepowiadając wielkiemu księciu Ferdynandowi z rodu Medyceuszy długie i szczęśliwe życie, ów jednak udał się w zaświaty niecałe trzy tygodnie później.
Mój własny horoskop był niezwykle łaskawy. Tego dnia o tej nocnej godzinie Merkury i Wenus stali pospołu w koniunkcji Jowisza, a to oznaczało długie życie w zdrowiu i dostatku. Miałam być dorodną, pracowitą niewiastą o wielu talentach oraz niepospolitym duchu i umyśle.
Ta ostatnia część przepowiedni była wielce niestosowna, bo już samo mówienie o przymiotach ducha i umysłu w odniesieniu do kobiety nie uchodziło.
Tak, tak, nikt też nie wszczynał dysputy na ten temat, ale powszechnie wiadomo było, że przez ostatnie stulecia rodzaj żeński doznał wiele okrucieństwa, a w zadawaniu go przodował przede wszystkim wszechmocny Kościół: żywcem palono nas, topiono, zakopywano, wbijano na pal, rozrywano końmi. Nieszczęśnicom oszczędzono chyba tylko wieszania na szubienicy, a to przez wzgląd na przyzwoitość. Resztę okrywało milczenie.
O niewiastach mówiono i wciąż mówi się bez ogródek, że to "nierozumne zwierzę", a największy honor ma ona w tym, że wydaje na świat mężczyzn. Taka jest kolej rzeczy i nie mnie o tym rozsądzać, dosyć jednak o tym pamiętać.
Jak już wspomniałam, mój czcigodny ojciec zajmował się z dziada pradziada kupiectwem. Był również podróżnikiem, który objechał pół świata gnany, jak mawiał, wewnętrznym niepokojem i nieprzepartą chęcią zysku. Krótko przed śmiercią wyznał mi, iż w skrytości darzył wielkim zamiłowaniem sztukę, stawiając ją nawet na tym samym poziomie, co dzieła natury. Ojciec kochał piękno stworzone ludzką ręką, choć nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by samemu chwycić za pędzel czy dłuto. Na szczęście bogactwo, które zdobył, pozwoliło mu otaczać się pełnymi kunsztu i wzniosłego ducha przedmiotami i delektować się nastrojem płynącym z płócien niezwykłych flamandzkich malarzy. Dużą Salę w naszej gdańskiej kamienicy zdobiły obrazy Rembrandta van Rijn, Fransa i Dircka Halsów, Johannesa Vermeera i wielu innych, których nazwiska ojciec wypowiadał z wielką czcią. A z okazji moich urodzin zlecił nawet wielce poważanemu medalierowi i złotnikowi, niejakiemu Sebastianowi Dadlerowi, wykonanie medalu upamiętniającego to wydarzenie. W ten sposób znalazłam się na równi z członkami najznakomitszych rodów, którzy również posiadali takowe medale.
Mój ojciec, Mikołaj Koopmann, szanowany kupiec z Gdańska, był bowiem głęboko przekonany o tym, że sztuka nobilituje, podobnie zresztą jak czerpanie zysków z ziemi.
Nie wydaje mi się jednak, by za życia zaznał kiedykolwiek spokoju, w jego oczach bowiem, jeśli tylko popatrzyło się w nie uważniej, można było odkryć trawiący go bezustannie niepokój i żal za czymś, czego pewnie nawet przed samym sobą nie odkrył. Muszę przyznać, że ilekroć o tym myślę, czuję bolesny ucisk w sercu, choć wiem, że nie przystoi mi żałować ojca... żal jest dobry dla wszelkiego sortu nieszczęśników, pełno ich na tym naszym doczesnym padole, a chowano mnie przecież w wielkim respekcie dla ojca.
Trzeba wiedzieć, że w obecności rodzica wolno mi było tylko stać w drżącym milczeniu lub klęczeć, jeśli sobie tego zażyczył. Bez wyraźnego zezwolenia za nic nie mogłam więc ani usiąść, ani się odezwać.
Tak, tak, wychowywano mnie, jak wszystkie inne dzieci mego stanu, w uległości albo - jak to zwą inaczej - w cnocie posłuszeństwa.
Dwa razy do roku szliśmy modlić się przy długim szeregu niewielkich mogił, z których każda przyozdobiona była takim samym granitowym nagrobkiem: kleista, ciemna ziemia przyjęła w tym miejscu dziewięcioro mojego rodzeństwa - sześciu braci i trzy siostry. Niestety, nie dane mi było ich poznać. Zmarli, nim przyszłam na świat, niektórzy, tuż po urodzeniu, niektórzy, nim przestali być dziećmi. Śmierć była w naszym domu wszechobecna, choć nigdy nie mówiło się o niej.
Tak więc dwa razy do roku szliśmy na groby pomarłych dzieci Koopmannów, by pomodlić się w nowej rodzinnej kaplicy, gdzie nawet po latach nieodmiennie zapach modrzewiowego drewna i zaprawy murarskiej przytłaczał zapach poświęconych świec.
Zwykle ojciec czytał na głos słowa czcigodnego Lutra. Szukał w nich pociechy, jak wszyscy znani mi ludzie sięgający po święte księgi. Czasami nękała mnie jednak myśl, że ojciec rozmawia w ten sposób nie z Bogiem, ale z moją matką, niejednokrotnie bowiem słowa, które przytaczał, odnosiły się właściwie jakby tylko do niej. Niektóre z nich głęboko zapadły mi w pamięci, tak samo zresztą jak bolesny ucisk gardła, który mi wtedy towarzyszył.
"Daj dziecko i wytęż wszystkie siły - znużonym głosem czytał mój ojciec - a jeśli umrzesz z tego powodu, to żegnaj, idź do nieba, gdyż umarłaś, czyniąc dzieło szlachetne i posłuszna Bogu". Zwykle po tym fragmencie ojciec z namaszczeniem przewracał kartki, nie odrywając od nich wzroku, po czym z cichym westchnieniem rozpoczynał następny ustęp, również skierowany jakby do matki, ale pośrednio i do mnie, co zrozumiałam nie od razu, lecz dopiero dużo później. A były to słowa o tym, iż kobiety umierają, rodząc dzieci i taki jest ich odwieczny obowiązek. "Nie szkodzi to - kończył zwykle tym samym znużonym głosem mój rodzic - niechby przy tym i umierały, na to są".
Przed opuszczeniem kaplicy zawsze śpiewaliśmy jeszcze psalm czterdziesty szósty Bóg jest dla nas ucieczką i mocą. Mój ojciec miał ładny tenorowy głos i śpiew sprawiał mu najwyraźniej wielką radość, czego nie można było powiedzieć ani o mnie, ani o mojej matce. Miłościwy Bóg nie obdarzył nas muzycznym talentem, a na dodatek słowa, które przyszło nam wspólnie śpiewać, napawały mnie prawdziwym strachem:
Odwieczna moc zła
Szatana dziś gna.
Podstępem kusi nas,
Groźna to broń, zły czas,
Równych mu nie zna ziemia.
Moja matka, Małgorzata Zofia Koopmann, wydawała na świat dzieci, które umierały jedno po drugim, sama zaś trwała przy życiu.
Odkąd pamiętam, jawiła mi się ona jako zamknięta w sobie, milcząca niewiasta, chwilami jakby zdziwiona tym, że tli się w niej wciąż jakiś niewielki życiodajny płomyk. Nie oznaczało to wcale, że nie była twarda i bezwzględna... twarda niczym rzecz martwa.
W domu pozostały jedynie ślady ostatnich moich braci, Wilhelma i Piotra. Ich ponure portrety zdobiły Małą Salę rodzicielskiej kamienicy w Gdańsku.
Obaj pomarli na czarną ospę. Wraz z nimi raz na zawsze, jak słyszałam, zamarł cały nasz dom. Matka przestała się prawie odzywać, co nie przeszkadzało jej jednak żelazną ręką prowadzić gospodarstwa i doglądać interesów, wówczas gdy ojca znów nie było w domu. Opowiadała mi Dobra Teresa, moja mamka, że od śmierci dwóch ostatnich małych Koopmannów ojciec wciąż gdzieś przepadał. Organizował wyprawy kupieckie po Europie i świecie. Handel zbożem, który zapewnił mu tak wielki majątek i poważanie, przestał go zadowalać. To chyba dlatego począł wybierać się w dalekie podróże, za morza, na co ważyli się tylko najwięksi śmiałkowie. Zaraz po śmierci Wilhelma i Piotra wyruszył nawet do Bengalii, dołączając do Wschodnioindyjskiej Kompanii Republiki Zjednoczonych Prowincji. Nie było go w domu ze dwa lata, a może nawet dłużej, a kiedy szczęśliwie wrócił, w niecały rok później dane mi było przyjść na świat.
Ojciec często opowiadał goszczącym w naszym domu kupcom i artystom o tym dalekim kraju, o Bengalii, o mieście Hougl nad brzegiem rzeki Ganges. Zwykle najpierw rozwodził się jednak na temat podróży statkiem, jej niewyobrażalnych trudów, do których należała również uboga strawa, składająca się przede wszystkim z sucharów, czosnku, suszonych ryb i zatęchłej wody.
- Nic to jednak nie znaczy wobec krasy owego miasta Hougl na Dalekim Wschodzie - rezygnował w tym miejscu z niezwykle rzeczowego tonu i zaczynał mówić rozmarzonym, obcym głosem, który z czasem brzmiał tak, jakby czytał w jakiejś tajemnej księdze. - Kto tego jednak na własne oczy nie widział, nie jest w stanie sobie wyobrazić. Szczególnie piękna jest sama siedziba faktorii Kompanii Wschodnioindyjskiej. Trzeba wiedzieć, iż przypomina ona raczej wystawny pałac aniżeli kantor handlowy. Życie tam dosłownie wrze niczym w garncu, kupcy mieszają się z tragarzami, możni z biedakami, przybysze z tubylcami. Po jednej stronie faktorii rozciąga się olbrzymia rzeka o mętnych wodach z niewyobrażalną liczbą łodzi, z kąpiącymi się w niej ludźmi i zwierzętami, z grupami tubylczych żałobników palącymi ciała tych, co odeszli z tego świata, po drugiej zaś rozpościera się bajeczny ogród, a raczej park podobny do raju na ziemi, pełen niezwykłych kwiatów i szumiących potoków. A ponad tym wszystkim, trzeba to naprawdę samemu zobaczyć, by wiedzieć, o czym mówię, powiewa flaga Republiki Zjednoczonych Prowincji, czyli Holandii.
Wspominając ową flagę, ojciec mój zwykł kończyć opisywanie wszystkich tych cudów, o których mogłabym słuchać bez końca, i rozpoczynał niezrozumiałe i mało interesujące dla mnie wywody o wspaniałości tej "republiki" rodem z Niderlandów.
Mikołaj Koopmann był twardym, odważnym człowiekiem. Był też z natury wielkim marzycielem, ale pojęłam to z wielkim żalem dopiero po jego śmierci.
3.
Los nie był dla mnie łaskawy i przyszłam na świat jako kobieta. Jak mawiał święty Augustyn, lumen ecclesiae, kobieta jest istotą niższą, której Bóg nie stworzył na swój obraz i podobieństwo, prawy porządek jest zaś tam, gdzie mężczyzna rozkazuje, a kobieta jest mu posłuszna.
Po raz pierwszy dowiedziałam się o tym od Dobrej Teresy, mojej ukochanej mamki. Niezwykle oddanej kobiety, której troskliwej opieki doznałam od samych narodzin.
A trzeba wiedzieć, że Teresa przyszła na świat w ciszy murów klasztornych. Niestety, nie miała pewności co do tego, która z poświęconych Bogu sióstr jest jej rodzicielką. Niejedna z zakonnic chodziła tam bowiem z brzuchem, za sprawą choćby ich spowiednika, który nie tylko objadał je i wyciągał za swe posługi sporo grosza, ale i spoufalał się cieleśnie z niektórymi siostrami, czego skutkiem była ich brzemienność. Wiele z nich potajemnie spędzało płód, a to, co po nim pozostało, porzucało tam, gdzie zwykle człowiek spełnia swą naturalną potrzebę, czyli w prywecie. Te bękarty, którym dane było przyjść na świat, chowano gromadnie, przysposabiając je do posługiwania w klasztorze i jego obejściu.
Dobra Teresa spędziła tam całe swe dzieciństwo, to był jej dom, jak mawiała. A na jej życie w klasztornych murach składało się nic innego jak cięgi za byle przewinienie i niezwykle ciężka harówka, począwszy od strzyżenia owiec, obróbki lnu, skończywszy na czyszczeniu stajni, praniu, mieleniu zboża i pracach w polu. Do tego dochodziła oczywiście obowiązkowa gorliwa pobożność i związana z nią dyscyplina.
Nigdy jednak, nawet gdy los doświadcza nas jak najsrożej, nie jest tak, że gdzieś tam nie rozbłyśnie jakieś życiodajne światełko. Tego właśnie nauczyła mnie w pierwszej kolejności Dobra Teresa. Ufałam jej naukom, jak żadnym innym, choć swe skarby, zdobyte za pierwszego, klasztornego życia, odkrywała ona przede mną powoli, niejednokrotnie wystawiając na prawdziwą próbę cierpliwości. Po kolei jednak.
Pewnego dnia, a było to podczas długiej okrutnej wojny, której początek zwiastowały trzy kolejne komety z roku 1618 i która rozegrała się na niemieckiej ziemi z udziałem wszystkich mocarstw europejskich, w klasztorze poczęto z wielką trwogą przytaczać słowa luterańskich popleczników o tym, iż zakonnice i inne dziewki mają być w sposób Boży wyprowadzane z zakonów. I że tak postępowano wedle reformatorskich zaleceń czcigodnego doktora Lutra od dawien dawna z wieloma innymi klasztorami. To, co zdawało się niesłychane, stało się prawdą. Jakiś czas później Teresa straciła ten swój pierwszy dom i poszła, jakżeby inaczej, do ludzi na posługi.
Największym skarbem i zarazem sekretnym kluczem do tajemnicy mojej opiekunki było to, że w klasztorze nauczono ją czytać i pisać, a wraz z tą cenną umiejętnością jakby coś otwarło jej się w głowie. Do późnej starości obstawała przy swoim: tylko dzięki wielkiemu miłosierdziu Bożemu i sztuce czytania jej umysł stał się wolny. Oczywiście nigdy tego wszem wobec nie wyznała, od razu bowiem uznano by ją za opętaną. Może nawet przez samego diabła lub inne demony.
Moja matka nie potrafiła czytać, podobnie jak większość znanych mi niewiast, i ja bez czystych nauk Dobrej Teresy byłabym niczym bezrozumne, zniewolone zwierzę.
Tak, tak, długo patrzyłam na świat oczami tej starej, spracowanej kobiety. I zmieniłam to dopiero w chwili, gdy okazało się, że wkraczam na zupełnie inną, również jej obcą, drogę.
4.
Dzień był bezchmurny i bezwietrzny, jakby przebiegła natura wstrzymała oddech, szukając choć na chwilę upragnionego wytchnienia. Świat wokół spowijała niczym niezmącona błoga cisza, żadnego szmeru liści czy traw, żadnego gwaru ptactwa w koronach drzew. Nic, tylko cisza. Delektowałam się ową chwilą, wyobrażając sobie, iż jestem częścią tej bujnej przyrody, dziką i nieokiełzaną, wolną i władczą. To był dobry czas, by puścić wodze fantazji. Snuć marzenia o tym, jak wtapiam się w tę ciszę, by potem rozpętać potężną burzę.
Słońce zdążyło już wysoko stanąć na niebie, a my wciąż tkwiłyśmy w domu. Teresa miała jeszcze coś do zrobienia, dlatego kazała mi czekać przed domem na niewielkiej ławce ukrytej w cieniu rozłożystego dębu. A że bezczynność jest w kupieckich rodach surowo zakazana i niezwykle gorsząca, miałam w tym czasie odmawiać różańce. Było to jedno z najnudniejszych zajęć, jakie znałam, udawałam więc tylko, że coś tam mamroczę, a tak naprawdę to nie spuszczałam oczu z szeroko rozwartych drzwi frontowych dworu, albo jak mój ojciec z uporem z cudzoziemska go nazywał: villi rustici. Tym razem Dobra Teresa stanowczo za długo zmarudziła w kuchni, wydając zbyt szczegółowe polecenia służbie i ogrodnikom. Z nudów zaczęłam po raz setny czytać łaciński napis nad wejściem: EXTRUXERE PATRES NOBIS, NOS POSTERITATI /SIC PRIUS ACCEPTUM REDOLIMUS OFFICIUM. Znaczyło to tyle, co: "Ojcowie urządzili go dla nas, my dla potomności. Tak spełniamy najpierw przyjęty obowiązek". Podobały mi się te słowa. Dobra Teresa wyjaśniła mi nawet, że wywodzą się ze stoicyzmu. Tak, tak, moi rodzice, a już z pewnością moja matka, nie mieli o tym najmniejszego pojęcia, wiedzieli jednak, iż ów aforyzm doda temu miejscu pożądanej powagi i podniesie jego prestiż. Podejrzewam nawet, że sami na ten pomysł nie wpadli, a tylko od kogoś ów napis odpatrzyli.
Po kilkakrotnej próbie przeczytania aforyzmu od tyłu miałam wrażenie, że już dłużej tego czekania nie wytrzymam i po raz kolejny w ciągu ostatnich dni będę zmuszona pokłócić się z Dobrą Teresą. Chyba wiek dawał jej się we znaki, była coraz wolniejsza i coraz bardziej marudna, jak to tylko starzy ludzie bywają. Odwróciłam głowę od domu. Przede mną rozpościerał się bajeczny ogród. W środku ciepłego lata odkrywał on przed widzem całą swą okazałą krasę. Miałam piętnaście lat i znałam ten ogród od urodzenia, a jednak nie było dnia, abym wciąż od nowa nie zachwycała się jego subtelnym pięknem. U mych stóp rozpościerały się kwatery kwiatowe założone na opadających w kierunku stawu tarasach. Sam staw przedstawiał równie wspaniały widok: otoczony ciemnozielonym sitowiem połyskiwał srebrzyście w porannym słońcu, jakby starał się dorównać pod względem urody swoim mieszkańcom - śnieżnobiałym łabędziom bardziej podobnym do zaklętych królewien niż zwykłych ptaków.
- Ruszamy, moja panno. Koniec tego spania za dnia - Dobra Teresa szturchnęła mnie energicznie w ramię. Kiedy odwróciłam w jej kierunku głowę, uśmiechała się do mnie ciepło, a jej prostą twarz pokrywała siateczka głębokich zmarszczek. Bardzo się postarzała w ostatnim czasie ta moja mamka. Zawsze była dużą, kanciastą i mocno zbudowaną kobietą, bardziej przypominającą słusznej postury mężczyznę niż drobną niewiastę, teraz jednak jakby się nieco skurczyła, a jej plecy niebezpiecznie pochyliły się do przodu.
- Mamka Teresa to baba jak dąb - mawiał jeszcze do niedawna mój czcigodny ojciec. - Daj nam Panie Boże takie zdrowie, jakim ona się cieszy.
Teraz jednak, w bezlitosnym świetle dziennym, nie sposób było nie zauważyć, jak bardzo posunęła się w latach i jak głębokie ślady pozostawia po sobie ciężkie, pracowite życie.
Moje niezadowolenie z powodu guzdrania się mamki ulotniło się bez śladu, a w jego miejsce pojawiła się troska.
- Nic ci nie dolega, Dobra Tereso? Jakoś nie za dobrze wyglądasz... tak jakby cię coś dręczyło - żarliwie chwyciłam jej dłoń w chwili, gdy akurat zamierzała zarzucić sobie na plecy pękaty wór spoczywający u jej stóp. Zdecydowanie wyrwała mi rękę, unikając mojego wzroku.
- Wielki Boże, co ty panienko znów wygadujesz? Ty to potrafisz człowieka pocieszyć! Skaranie boskie z tobą, jakbym nie miała wystarczająco dużo na głowie... te twoje fanaberie i te najróżniejsze wymysły - gderała. - Ano, coś mi się zdaje, za dużo puszczam ci płazem, panienko, i stąd te głupoty masz w głowie. Twemu czcigodnemu ojcu wcale by się to nie spodobało, wciąż mnie przecie upomina, by ci ani trochę nie pobłażać - popatrzyła na mnie surowo i w tej samej chwili gorzko już żałowałam, że ją w ogóle zagadnęłam. - No, a o mnie to się panienko nie martw, co to, to nie, z pomocą Bożą nic mnie nie powali, nawet i zaraza mnie, dzięki Bogu, nie powaliła. A przeżyłam już niejedną, nawet zarazie morowej z Roku Pańskiego 1628 się nie poddałam... Śmierć zebrała wtedy straszne żniwo, ludzkie ciała w oczach pokrywały czarniawe plamy, które równie szybko zamieniały się w gnijące wrzody... uf, w chwili śmierci biedacy popadali w obłęd z bólu... Ano, mnie dane było przeżyć, ale w tym przypadku z pewnością do mego cudownego ocalenia przyłożył ręki święty Roch albo święty Sebastian. Jak zwał, tak zwał - sapnęła głośno, można było nawet pomyśleć, że ze złością, i przyjrzała mi się uważniej.
Miałam nadzieję, że myśli o tym, że odkąd przyjęła ewangelizm, nie powinna przywoływać żadnych świętych. Bo jak to mawiał mój ojciec: niby nawrócona, a jednak naznaczona diabelskim piętnem. Dobra Teresa nie myślała jednak o świętym Rochu, chroniącym wiernych przed zarazą, czy o tym, że jej nowa religia takowego świętego, ani żadnego innego, nie uznaje. Mamka myślała o mnie.
- Ano, pamiętaj, panienko, ślubowałam przed Bogiem, że wpierw ciebie w świat wypuszczę, a potem dopiero udam się w wieczną podróż. Zapamiętasz to sobie?
- Zapamiętam, Dobra Tereso - przytaknęłam gorliwie, dygając przy tym grzecznie.
Tym razem bez przeszkód zarzuciła wór na plecy. I nie oglądając się, ruszyła żwawo w kierunku folwarku. Nie mogła mnie jednak oszukać, dobrze widziałam, jak jej krok staje się coraz cięższy, a oddech bardziej świszczący. Na Dobrą Teresę nie było jednak rady - uparta niczym osioł nigdy by nie przyzwoliła na to, bym to ja dźwigała ów ciężar.
Mamka chowała mnie i pielęgnowała z wielkim poświęceniem od niemowlęcia i jakby trzeba było, oddałaby pewnie za mnie życie, zawsze jednak powtarzała mi, że to ja jestem jej panią, a ona tylko moją sługą. Taka ona już była i jeśli raz wyznaczyła jakieś zasady, nic nie mogło ich zmienić.
Wiodącą w kierunku folwarku dróżkę wybrukowano drobną i gładką kostką bazaltową, której kolor zmieniał się z czarnego w jasnoszary w zależności od tego, czy docierały doń promienie słoneczne, czy pozostawała ona w cieniu. Obsadzona była bowiem wysokim szpalerem równo przyciętych krzewów, które niestety nie przetrwały ostatniej srogiej zimy i w niektórych miejscach wymarzły całkowicie, strasząc teraz w pełni lata suchymi, pozbawionymi listowia patykami.
- Muszę chyba posłużyć się batem i pogadać z tym parobkiem, co to miał wyciąć te badyle - Dobra Teresa zdawała się myśleć o tym samym. - Ano, tylko za pomocą cięgów da się wygnać z niego to przeklęte lenistwo i zamiłowanie do gorzałki - mruczała ze złością pod nosem. - Skaranie boskie z tymi nierobami, odkąd szanowny ojciec panienki zlecił wypłatę nie tylko w groszu, ale i w berbelusze, nie ma na nich kary... No wreszcie, jesteśmy na miejscu. Rozejrzyj się, dziecko, wokół, czy nikt nas nie śledzi, lepsze masz ode mnie oczy - moja mamka stękając głośno, zrzuciła wór z pleców. Odruchowo zsunęła na czubek głowy płócienny czepek skrywający jej włosy i wierzchem dłoni otarła spocone czoło.
Byłyśmy w pawilonie znajdującym się w zachodnim skrzydle posiadłości, niedaleko ogrodzenia, które oddzielało ją od folwarku.
W letnie dnie ta oszklona drewniana altana miała służyć do wypoczynku. W jej wnętrzu można było się schronić przed słońcem czy deszczem, a przy tym wciąż podziwiać wspaniały widok na ogród. Pośrodku pawilonu stał dębowy stół i trzy masywne ławy w formie skrzyń, okna zaś zacieniały firanki z błękitnego muślinu. Poza tym pomieszczenie to świeciło pustką i pachniało nowością.
- Nikt nas nie szpieguje, Dobra Tereso, nie martw się tak wszystkim na zapas - uśmiechnęłam się do niej szeroko, próbując stłumić ogarniającą mnie wesołość. Z tym czepkiem na czubku głowy i zmierzwionymi siwymi włosami sterczącymi na wszystkie strony mamka wyglądała niezwykle komicznie.
- Śmiej się tylko panienko, lepiej teraz się trochę pomartwić na zapas niż wtedy, gdy będzie na martwienie za późno. Wbij sobie to raz na zawsze do głowy - odsunęła na bok firankę i stanęła w oknie. - Taki nierozważny courage dobry jest dla tych, co to nie mają nic do stracenia. Wbij sobie to do głowy, panienko...
Podeszłam do niej i ostrożnie ujęłam za rękę. Miała mocne, spracowane dłonie, z nabrzmiałymi ciemnymi żyłami, jak u praczki.
Przed nami rozpościerał się wspaniały widok na łagodne pagórki i horyzont porośnięty lasem - to była ta część ogrodu, którą celowo pozostawiono prawie całkowicie matce naturze.
- Pięknie tu, prawda Dobra Tereso? - Odezwałam się tak cicho, że nie byłam pewna, czy mnie słyszy. Ze słuchem było u niej ostatnimi czasy też nie najlepiej. Nie wyraziłam jednak mego zachwytu ponownie, wiedząc, że mamka nie lubi takiego gadania po próżnicy, jak to mawiała. Ze zdziwieniem usłyszałam jednak, jak najpierw wzdycha głośno, a potem mi przytakuje.
- Ano tak dziecko, masz zupełną rację - niespodziewanie się rozgadała. - Natura jest wyższa ponad wszystko. Nic jej nie dorówna, jej cudom i jej potędze. Taki wyelegantowany cudzoziemski ogrodnik może się wysilać, ile wlezie, ale naturze nigdy nie dorówna. Tak samo jak nie da się zmienić człowieka, jego natury nie można zmienić, moja panno. Musisz o tym wiedzieć, wbić sobie to do głowy...
- Dobrze, Tereso.
- Twojej natury również nic i nikt nie zmieni, bo to dar od Boga i człowiek nie ma prawa niczego tu poprawiać. Jeśli cię kiedyś w życiu ogarnie jakaś tęsknota, nie będzie na nią bata. Wtedy powinnaś iść za głosem serca... - przerwała swą przemowę równie niespodziewanie, jak ją zaczęła. Nie zdziwiłam się tym zbytnio, często bowiem traciła wątek, jakby w tym samym czasie zaczynała myśleć o czymś zupełnie innym.
Wyglądało więc na to, iż nasza rozmowa o człowieczej naturze dobiegła końca. Dobra Teresa delikatnie uwolniła dłoń z mego uścisku i odwróciła się w kierunku wora spoczywającego na podłodze. Najwidoczniej jednak miała jeszcze coś na ten temat do dodania, ciągnęła bowiem dalej:
- Taka trudna chwila niechybnie nadejdzie w twym życiu, jak amen w pacierzu, panienko. Wiem to dobrze. Będziesz musiała wybierać pomiędzy tym, co nakazuje ci serce, a tym, co się należy. Boję się o ciebie, Elżbieto, masz wielkie serce i wielki rozum, a takiemu człowiekowi nielekko w życiu. Strasznie się boję - wyszeptała stłumionym głosem. Zdawało mi się, czy płakała?
Podeszłam bliżej, szukając jej wzroku, przecież zwykle tak do mnie nie przemawiała. Po co więc to teraz czyniła? Owszem, wciąż mnie pouczała, w ostatnim czasie miałam nawet wrażenie, że te jej nauki jeszcze się nasiliły, ale nigdy w jej słowach nie było ani lęku, ani smutku. No i łez...? Mój Boże, Dobra Teresa płakała. Po jej ogorzałych, naznaczonych głębokimi liniami policzkach spływały najprawdziwsze, wielkie jak groch łzy. Niektóre z nich zatrzymały się w bruzdach przy nosie, połyskując tam srebrzyście przez króciutką chwilę, po czym znikały, jakby nigdy ich tam nie było, rozpływając się w morzu nowych łez...
Tym razem spróbowałam ją objąć, co okazało się wcale nie takie łatwe. Wprawdzie miałyśmy ten sam wzrost, mamka jednak była dwa razy, a może nawet trzy razy szersza ode mnie, zważywszy jeszcze na jej obszerne szaty, które bardziej przypominały otomański namiot, uwidoczniony na jednym z obrazów mojego ojca, aniżeli niewieście suknie.
- Nie martw się tak o mnie na zapas, Dobra Tereso, będę miała cudowne życie i los mi na pewno oszczędzi tych rozterek, o których tak mi tu prawisz - szepnęłam do ucha opiekunki, wtulając głowę w jej ramiona. I tym razem również mnie nie odtrąciła, co ze zdziwieniem odnotowałam w myślach. Chyba coś było nie tak z tą moją mamką. Uściskałam ją więc ze wszystkich sił, tak mocno, aż głośno jęknęła.
- A nawet, jeśli coś takiego mi się przydarzy, to spytam cię o radę. Nie ma przecież nikogo mądrzejszego od ciebie na świecie. O nic się więc nie martw!
Włożyłam w te słowa całą swą młodzieńczą żarliwość, całą swą miłość do tej starej kobiety i wiarę, iż w życiu wszystko, co dobre, jest możliwe. Najwidoczniej jednak moje zapewnienia nie dodały jej wcale otuchy, bo zamiast zwykłego gderania, pogrążyła się w głębokim milczeniu. Zamyślona, odsunęła mnie od siebie, ocierając rękawem łzy z twarzy, i zabrała się do rozpakowywania worka, który przyniosła ze sobą.
5.
Znowu czekałam na Dobrą Teresę. Tym razem przed wozownią, w której stała ojcowska kolasa i w której chowano sprzęt ogrodniczy. Właściwie nigdy w środku nie byłam, gdyż według mej opiekunki, po pierwsze, to nie uchodziło, a po drugie, pełno tam było różnego paskudztwa, od wesz i szczurów począwszy. Z wielką surowością przykazała mi również, bym trzymała się z dala od ludzi z folwarku.
Wiedziałam jednak, że w wozowni lubi przesiadywać miejscowy zarządca, niejaki Hieronim Mainka, ponoć człowiek o wilczej naturze, zachłanny i chciwy. Wspólnie ze stajennym, a nierzadko i z ogrodnikiem, spędzał tam czas na pogaduszkach, popijając cienkusza z folwarcznego browaru.
A było co popijać, założony bowiem przez mego ojca przed kilkoma laty browar zaczął warzyć spore ilości tego trunku.
Oparłam się o drewnianą ścianę wozowni, tuż przy szeroko rozwartych wrotach. Z ciemnego, zalatującego stęchlizną wnętrza dochodziły strzępy rozmowy, którą Dobra Teresa prowadziła z zarządcą. Właściwie to przebiegała ona tak samo, jak wszystkie poprzednie z tym człowiekiem.
- Czyli co, czcigodna Tereso, mówicie pani, że znowu pojawił się ten młokos, ten kuzyn szanownej pani Koopmann, ten z Miasta?
- Ano mówię.
- Czyli co, czcigodna Tereso, potrzebny wam pani znowu muł i ta piękna kasztanka, co ostatnio? Choć nie wiem, to takie narowiste zwierzę... - Mainka cedził każde słowo wolniej niż zwykle. Najwyraźniej upalny poranek i w nadmiarze wypite piwo zrobiły swoje. Wyobraziłam sobie, jak oczy Dobrej Teresy robią się z wściekłości cienkie jak szparki. Nienawidziła takiej gadaniny po próżnicy, a już zwłaszcza gdy czynił to ten cuchnący jak cap zarządca. Nie dosłyszałam odpowiedzi, jakiej mu udzieliła, ale było to z pewnością tylko jakieś potakujące krótkie sapnięcie. Taki miała zwyczaj ta moja mamka.
- Czyli co, to już teraz chcecie się w pola wyprawić, czcigodna Tereso? Chcecie, coby konie wam okulbaczyć, a tu stajenny się gdzieś zapodział, no i gorączka taka idzie...
- Niech Hieronim skończy wreszcie to gadanie i weźmie się do roboty, korzeni tu nie zamierzam zapuścić. I bez tego głupca stajennego sobie poradzi... No już! Już! Już! - Dobra Teresa pokrzykiwała, jakby popędzała stado krów. Takim samym głosem goniła też na przykład gapiących się parobków w dniu, kiedy przywieziono nam prawdziwego wielbłąda, zakupionego przez ojca w gdańskim porcie.
Mamka stanęła we wrotach wozowni pierwsza, dając mi zabawnym ruchem dłoni do zrozumienia, iż powinnam naciągnąć kapelusz głębiej na oczy.
- No już, już, ruszy się Hieronim żwawiej! - Pokrzykiwała dalej tym samym tonem, zdążając energicznym krokiem w kierunku stajen. Bez słowa poszłam za nią, patrząc uważnie pod nogi, droga była bowiem nierówna, teraz wysuszona słońcem, cała usiana głębokimi, stwardniałymi koleinami i śladami końskich kopyt z czasów, kiedy to wiosenne roztopy zamieniły ją w jedno wielkie grzęzawisko. Za plecami słyszałam pomruki niezadowolenia, które wydawał z siebie zarządca, pewien, iż nie dojdą one do uszu Dobrej Teresy. Wyglądało na to, że i on zauważył kłopoty mamki ze słuchem.
Wszystko odbywało się tak samo, jak poprzednio. A jednak bawiło mnie to niezmiennie, choćby dlatego, że miałam na sobie najprawdziwsze męskie szaty i z oddali nikt nie mógł mnie rozpoznać. Przemieniałam się w owego kuzyna matki, zakochanego w konnych wycieczkach panicza. Tak to Dobra Teresa sobie wymyśliła, całą tę maskaradę, jako że według niej uganianie się po polach kupieckiej córce nie uchodziło. Musiała jednak kochać te nasze wyprawy, skoro gotowa była zadać sobie tyle trudu, by zmylić ludzi z folwarku.
Tego dnia w stajni nie zastałyśmy już zwierząt, wszystkie popędzono na pastwisko. Dobra Teresa kazała mi więc usiąść w cieniu pod stajnią i czekać, aż sprowadzą i okulbaczą konie. A to mogło potrwać. Z takiego czekania nic sobie jednak nie robiłam. Pewnie, iż wolałabym już poczuć koński grzbiet pod sobą i gnać, gdzie oczy poniosą, ale i takie tkwienie pod stajnią miało swe dobre strony. Tak, tak, mogłam nic nie robić, nie szydełkować, nie haftować, nie uczyć się greckich i łacińskich słówek, bądź - co było chyba nie najgorsze, bo nikt tak naprawdę nie wiedział, co robię - mruczeć psalmów.
W takich chwilach bezczynności wolno mi było śnić o dalekich podróżach, na przykład do Bengalii, o pięknych książętach z kruczoczarnymi włosami, których tam spotykam, i o wspaniałych ogrodach nad rzeką Ganges z przedziwnymi zwierzętami i rajskimi kwiatami... Oczywiście wszystkie te ogrody stałyby przede mną otworem. Mogłabym tam się przechadzać, zatrzymując od czasu do czasu przy bajecznych fontannach, podziwiając ich kunszt i wdychając słodką woń kwiatów. Jednak ponad to wszystko najbardziej fascynujący byłby spacer nad samym brzegiem Gangesu. Początkowo może i bałabym się ot tak, po prostu wmieszać w ten różnokolorowy tłum kupców, tragarzy, holenderskich porządkowych, tubylców śpieszących na obrządki religijne związane z wodą owej świętej rzeki... Ale nikt nie patrzyłby na mnie, wszyscy zajęci by byli swoimi sprawami, mogłabym więc swobodnie przechadzać się i patrzeć do woli na łodzie cumujące przy brzegu, na kąpiące się konie, mogłabym nawet uchylić muślinową zasłonę lektyki przygotowanej do dalekiej drogi i spojrzeć wprost w ciemne, błyszczące oczy tajemniczego księcia...
Musiałam się zdrzemnąć, bo straciłam poczucie czasu i nawet nie słyszałam, kiedy sprowadzono i osiodłano konie.
- No to wskakuj na konia, paniczu - Dobra Teresa delikatnie trąciła mnie czubkiem buta w udo. Na jej szerokiej, płaskiej twarzy królował szczery uśmiech. Była ponad wszelką wątpliwość szczęśliwa, a to dlatego, że już nic nie stało na przeszkodzie, abyśmy mogły wreszcie wyjechać. W jednej ręce trzymała za uzdę sporych rozmiarów okulbaczonego muła, a w drugiej piękną kasztankę dla mnie. Znałam tę klacz z wcześniejszych wypraw.
- Coś mi się zdaje, żeś się pospał - zaśmiała się niskim, chrapliwym głosem. - No, ale teraz czas nam w drogę, paniczu.
Odwróciła się do stojącego we wrotach stajni Mainki. Otaczała go chmara bosonogich, obdartych dzieciaków, z których większość, a z pewnością już te uwieszone na jego kapocie, należała do niego. Człowiek ten nie wyglądał na zbyt zadowolonego, trudno było jednak jednoznacznie stwierdzić, co go tak od środka trawi.
- Niech Bóg was w dzieciach wynagrodzi, Hieronimie Mainka, za waszą szlachetną pomoc. Przede wszystkim wyśmienitym zdrowiem niech was obdarzy - Dobra Teresa obróciła do góry dnem stojący nieopodal drewniany cebrzyk z żelaznymi obręczami i wstępując na niego, próbowała wgramolić się na cierpliwie oczekującego na jeźdźca muła.
- Wielkie dzięki, czcigodna Tereso, zdrowie zawsze się przyda, ale tej drobnicy, to mnie, jak Pana najjaśniejszego kocham, więcej nie trzeba... Może wam pomóc, czcigodna Tereso? - Mainka nie miał raczej takiego zamiaru, bo nie ruszył się z miejsca.
- E, tam - mamka nigdy nie pozwalała sobie pomóc, dlaczego tym razem miałoby być inaczej. Zarządca świetnie o tym wiedział.
- Czyli co, w pola hen znowuż jedziecie, jaśnie państwo?
- Ano, słowo się rzekło... - Dobra Teresa kokosiła się na grzbiecie muła, jakby ją coś ugniatało w siedzenie.
- No to uważajcie tylko, czcigodna Tereso, w okolicy namnożyło się ostatnimi czasy próżniaków różnego rodzaju, włóczęgów i hultajów, skaranie boskie z nimi, nikomu nie przepuszczą... Dobrze zrobicie, trzymając się z dala od głównych traktów. Ponoć owa rozbójnicza banda braci Matternów jest w pobliżu - Mainka spojrzał w moim kierunku, potrząsając z dezaprobatą głową. Nie miał chyba o mnie zbyt dobrego mniemania: w końcu, choć byłam mocnej konstytucji, rysy twarzy miałam raczej delikatne, tak więc jak na młodziana nie mogłam wzbudzać zbyt wiele respektu. Poza tym mamka zabroniła mi się odzywać, co w połączeniu z tym, że jako przyszły pan wybieram się ze starą, byłą siostrą zakonną na konne przejażdżki, mówiło już samo za siebie.
- Ano wiem, wiem, zacny Hieronimie, coraz więcej tych niebezpiecznych łajdaków, krążą po okolicy niczym jakaś zaraza. Co to się teraz porobiło?! Będziemy się więc mieć na baczności, ale ze mną to lepiej nie zadzierać, sam wiesz Hieronimie - wreszcie usadowiła się na grzbiecie muła i przestała się wiercić. Krótko spojrzała w moją stronę, jakby chciała się upewnić, czy u mnie wszystko porządku. Nie mogło być jednak inaczej, jako że byłam wybornym jeźdźcem i z każdym wierzchowcem sobie radziłam.
- Święta prawda, czcigodna Tereso, dzielna z was niewiasta, wszyscy o tym wiedzą, ale czasy się zmieniły, przyszło nowe i ci hultaje pistolety i muszkiety teraz ze sobą noszą, wszak nie wymaga to w użyciu specjalnej zręczności, nie tak jak szpada, szabla czy rapier... O nie, to nie to samo, nie trzeba latami fechtować, a takim muszkietem każdy może postrach szerzyć. Dawniej to tego nie było...
Miałam piętnaście lat, ale nie po raz pierwszy zauważyłam, jak to ludzie z folwarku różnią się od tych z Miasta. Nigdzie im nie było spieszno, zawsze skorzy do pogawędki, nawet taki mruk jak Mainka, jak już raz zaczął się nad czymś rozwodzić, nigdy nie wiedział, kiedy skończyć. I - jak mawiała Dobra Teresa - wygadywał kompletne niedorzeczności, czerpiąc ze swej jałowej wyobraźni.
Poluzowałam kasztance uzdę i lekko ścisnęłam łydkami jej brzuch, dając znak do stępa. Mój koń był niezwykle dobrze ułożony, ale krew gorąca w nim buzowała i już przy najlżejszym dotknięciu reagował tak, jakby go rozpalonym żelazem potraktowano. Poruszał się przy tym giętko w sposób całkowicie mi uległy. Ruszyłam, nie oglądając się na Dobrą Teresę, skinąwszy uprzednio na pożegnanie ręką w kierunku stajni.
- Szczęść Boże, Hieronimie - usłyszałam za plecami zdecydowany głos mamki. - Czas nam w drogę!
6.
Śniłam o dalekich egzotycznych krajach, o nieznanych i nienazwanych jeszcze morzach, ale tak naprawdę to kochałam tę ziemię, która mnie wydała. Miałam ledwie piętnaście lat, a już rozumiałam, czym jest dom i ojczyzna.
Bąkowo było moją ojczyzną, moim domem.
Łagodne pagórki, wznoszące się i opadające na przemian, lasy strzelające w górę, pełne pachnących ziół i kwiatów zielone łąki - ten świat był doskonały, jak obraz z pieśni wędrownych trubadurów.
Na szczęście moi szanowni rodzice woleli pozostawać w Mieście, z dala od Bąkowa, a ja nie musiałam żyć pod ciągłym przymusem. Chodzi mi przede wszystkim o to, że sztuczność i nieszczerość wychowania miejskiego były mi zaoszczędzone i nie wpłynęły na mój charakter.
W przeciwieństwie do mnie moja matka nienawidziła wiejskiego życia, uważając, że jest ono dobre jedynie na czas zarazy i że sprzyja lenistwu oraz nieobyczajności. Tak, tak, nieobyczajności, która pozostawała według niej w ścisłym związku z brakiem należytej pobożności wśród wieśniaków i zrozumienia przez nich istoty Boga Wszechmogącego. Matka pozostawała zatem w Mieście, jak sądzę, rada, iż może mnie stracić z oczu, poświęcając się całkowicie żarliwym modlitwom i dbaniu o dumę swego życia - holenderski domek dla lalek. A właściwie - o kilka tych domków, bo z każdym rokiem było ich więcej.
Wiele zamożnych niewiast posiadało takowy domek, zbudowany w najdrobniejszych szczegółach wedle wzorca zaczerpniętego z prawdziwego życia, nie myślę jednak, ażeby dbały o niego z takim brakiem opamiętania, jak to czyniła moja matka.
Wyglądało na to, że owo wielkie pudło, pełne miniaturowych mebli, sprzętów i ludzkich figurek, stało się więzieniem dla jej duszy. Ciasną klatką, z której, zdawało się, nie było ucieczki. Oczyma duszy widziałam nawet przez chwilę, jak niszczę kawałek po kawałku tę pracę tabunu rzemieślników o zręcznych, pracowitych dłoniach. I jakby tego było mało, wyobraziłam sobie najpierw, jak te wprawne palce oklejają wewnętrzne ściany płytkami z szylkretu, pozłacają wygodne łoża z baldachimem, zawieszają kunsztownie drapowane zasłony i lustra w pozłacanych ramach sięgające podłogi... a potem zobaczyłam, jak niszczę wszystkie te wspaniałości, to więzienie mojej matki, którym stał się holenderski domek dla lalek, wart tyle, co niejeden dom skromnej rodziny w Mieście.
Za radą Dobrej Teresy, w jaki sposób odganiać złe myśli, westchnęłam głośno, wciągając kilkakrotnie głęboko powietrze i powtórnie je wydychając. Szkoda było czasu na takowe rozmyślania.
Tymczasem niebo stało się srebrzystoszare, zasłaniając gorące słońce lekką mgiełką. Świat wokół - lekko pofałdowane łąki oddzielone od horyzontu ciemną linią lasu - zaczął wyglądać tak, jakby patrzyło się na niego przez przybrudzoną szybkę. Żeby tylko nie przygnało deszczu z północy... Obejrzałam się za siebie. Mamka, jak zwykle, pozostawała daleko w tyle. Muły jak to muły wleką się niemiłosiernie, ale ten, na którego grzbiecie podróżowała Dobra Teresa, przeszedł samego siebie, sprawiając wrażenie, jakby dreptał w miejscu. Nawet wtedy, gdy od czasu do czasu zostawał potraktowany szpicrutą, nie nabierał więcej animuszu, a tylko nerwowo strzygł jedynym uchem, jakie posiadał, drugie bowiem stracił w młodości w niewiadomych okolicznościach.
Dobra Teresa traktowała go z nadzwyczajną cierpliwością i zrozumieniem, jakby chciała wynagrodzić mu owo brakujące ucho albo po prostu to, iż jest mułem: ani koniem, ani osłem, tylko mułem. Taka już ona była, czasami niezwykle miłosierna i wyrozumiała. Tak, tak, mówię świadomie, iż czasami bywała niezwykle miłosierna i wyrozumiała, gdyż na własnej skórze zwykle doświadczałam zupełnie czegoś innego, zwłaszcza jeśli chodziło o naukę łacińskich, angielskich i francuskich słówek, czy też o nadzwyczaj częste mycie i rozczesywanie moich włosów. Nie pomogło zaklinanie na wszystkie świętości - trzeba wiedzieć, iż Dobra Teresa przeszła na ewangelizm, ponieważ odrzucono w nim kult świętych, jak mi raz wyznała. Także na wszelkie prośby o to, by mi choć trochę w tych uciążliwych obowiązkach odpuściła, niestety pozostawała głucha.
- Bez znajomości obcych języków pozostaniesz jak ślepiec w krainie bajecznych kolorów, moja panienko - mawiała. - Twój świat będzie ciasny jak ten domek dla lalek należący do twojej czcigodnej matki. Czy tego chcesz panienko? Takiego zamkniętego na cztery spusty lochu?
Prawdę powiedziawszy, to Dobra Teresa napawała mnie lękiem, gdy tak mówiła, bo skąd mogła wiedzieć, że już dawno nazwałam domek mojej matki jej więzieniem? Czytała w moich myślach? Czasami zatem wolałabym się przenieść do tego domku dla lalek, niż uczyć się godzinami słówek w językach, których - jak mi się wydawało - nigdy nie będę miała okazji używać, no może oprócz mowy polskiej. Oczywiście, nie śmiałam tego wyrazić głośno w słowach, bo to najpewniej rozsierdziłoby nie na żarty Teresę. A poza tym, co jak co, ale nie chciałam być taka sama jak moja rodzicielka, która wcale nie posiadła zdolności pisania i czytania, i nawet w sprawie biblijnych nauk musiała zdawać się na swego męża, a mego ojca.
Jeśli chodzi zaś o mycie włosów, to muszę przyznać, iż długo i zaciekle walczyłam z Dobrą Teresą, która, jak sądzę, szybciej odpuściłaby mi naukę słówek aniżeli to częste mycie. W tej materii postępowała tak, jakby ją coś naprawdę opętało. Sama też często korzystała z balii pełnej wody, zwykle wchodząc do niej po mojej kąpieli. - Musimy dbać nie tylko o nasze dusze, panienko, ale i o nasze ciało - powtarzała do znudzenia, po czym ściszając głos do szeptu, najczęściej dodawała:
- Ja tam nie wierzę tym Ojcom Kościoła, co to mówią, że nasze ciało jest naczyniem pełnym zgnilizny, brudu i obrzydliwości. Nie należy pogardzać ciałem, tak jak to nam niektórzy nakazują. Duch Pana wcale nie pragnie, aby nasze doczesne członki umartwiać i obelżywie traktować, ja ci to mówię, panienko. One wcale nie są naznaczone grzechem. Z brudu i chorób nasze ciało zaczyna tylko ropieć i cuchnąć, ale na wszystko jest sposób, jeśli to nie śmierć. Mówię ci, dziecko, napatrzyłam się w klasztorze na te biedaczki, co to się chciały na skróty do nieba dostać i umartwiały w pobożnej nadgorliwości te swoje biedne członki. Zgroza człowieka brała na ich widok. Mój Boże, co one nie wyczyniały. Biczowały się jak psy, spożywały swoje i nie tylko swoje odchody, same się okrutnie kaleczyły, potem zaś rozdzierały ropiejące rany... A i robactwo po nich pełzało, mówię ci, panienko: zgroza brała! W czasie postu to już biczowały się prawie bez przerwy: a to w intencji szerzenia wiary, a to w intencji dobroczyńców czy też dusz przebywających w czyśćcu... mój Boże, nawet w nocy się chłostały. Tylko nie powtarzaj tego nikomu, panienko, bo będą z ciebie drwić, a i nie nam osądzać cudze praktyki. Twoje piękne ciało nie jest nieczyste, pamiętaj o tym, Bóg ci je dał i ono nie może być nieczyste...
No i w myśl tych swoich przekonań szorowała mi stopy i dłonie, ale najgorsze było to, iż myła moje włosy i rozczesywała je później, szarpiąc niemiłosiernie, w poszukiwaniu robactwa, co to zwykle na głowie się gnieździ.
Tak, tak, Dobra Teresa nie była jak inni ludzie, choćby i z powodu swego głębokiego rozeznania w sztukach wyzwolonych: w gramatyce, dialektyce, retoryce, arytmetyce czy astronomii. Nawet mowę polską na moje szczęście znała, mogłam więc pobierać naukę tego języka u niej. Dzięki temu oszczędzono mi pobytu w klasztorze u sióstr norbertanek w Żukowie, to właśnie tam bowiem wielu obywateli gdańskich po naukę mowy polskiej swe córy wysyłało. Ponoć, co poniektóra z moich rówieśnic również inne nauki tam pobierała, jak mawiano - w naukach uczciwych je kształcono.
Dosiadłam mocniej konia i łydkami dałam mu sygnał do galopu. Za dużo myśli kłębiło mi się w głowie, co wcale nie było aż takie wskazane.
Dobra Teresa nie lubiła, gdy tak puszczałam się pędem przed siebie, nie zważając na nią i jej muła. I jak amen w pacierzu, zawsze robiła mi z tego powodu srogie wyrzuty, ale co tam, taką już miałam naturę i w nieskończoność nie można było utrzymać mnie na wodzy.
Wyznam szczerze, iż było to najpiękniejsze uczucie, jakiego wówczas dane mi było zaznać. Gdy wchodziłam w galop, krew zaczynała mi w żyłach szybciej krążyć, pulsując w skroniach jak oszalała, dech zapierało mi w piersiach i musiałam krzyczeć, i musiałam wykrzyczeć to uczucie szczęścia, które mnie w okamgnieniu ogarniało, jak ogień strzelało, zajmując me serce!
W owej chwili nic nie było ważne. Czy mogło istnieć coś piękniejszego, coś bardziej doskonałego niż ta pewność, iż w tej minucie nic więcej się nie liczy? Tylko ja, jakbym była centrum świata, ja, Elżbieta Katarzyna Koopmann - centrum świata! Potężna i niezależna niczym mityczna bogini!
Pędząc wprost przed siebie, nie słyszałam swego głosu, a przecież krzyczałam do utraty tchu, tak samo jak nie czułam smagających mnie po nogach i ramionach chaszczy i skarłowaciałych sosen. Zwierzę, które mnie unosiło na swym grzbiecie, było wspaniałym cudem, a ja centrum świata.
Wpierw roześmiałam się głośno i przez dobrą chwilę nie mogłam przestać się śmiać, a potem zaczęłam wykrzykiwać na całe gardło pieśń niejakiego Angelusa Silesiusa, którą śpiewałyśmy z Teresą dla zabawy i zawsze wtedy, gdy nikt nas nie słyszał, jako że słowa były "sprośne" i na dodatek spisane przez katolickiego pieśniarza. A brzmiały one tak:
O gorąca rozkoszy, o święte łoże, W którym odnajdzie mnie mój ukochany. Przybądź gołębi małżonku, Najczystsza rozkoszy przybywaj, Nasze łoże kwitnie. Ach, jaki słodki jest twój smak. Szczęście ma, kto go skosztuje! 1
1 Angelus Silesius, Święta rozkosz duszy albo duchowne pieśni pasterskie zakochanej w swym Jezusie duszy, [w:] K. Deschner, Krzyż pański z Kościołem, przeł. M. Zeller, Gdynia 1994.
7.
Ściągnęłam nieznacznie wodze, mając przed sobą nieuchronnie zbliżającą się ciemną linię lasu. Zresztą mój koń instynktownie wyczuł chyba, że pora zwolnić, jego muskularne ciało stawało się bowiem coraz bardziej giętkie, a ruchy i oddech swobodniejsze. Wcześniejsze podniecenie, moje i zwierzęcia, zdawało się ustępować. Niemniej wpadłam w wąską przecinkę lasu powodowana poprzednim impetem, oszołomiona prędkością, oślepiona pędem rozgrzanego powietrza. Ściągając bardziej zdecydowanie wodze, otarłam rękawem pot z twarzy i obejrzałam się za siebie. Gdzieś tam w oddali, któryś z pagórków skrywał przed moimi oczami Dobrą Teresę. Lada chwila powinna wynurzyć się jej masywna postać na równie masywnym, co ociężałym mule, i rozpocznie się, początkowo z powodu odległości mało zrozumiałe, gderanie na temat lekkoducha, jakim jestem, i braku roztropności z mej strony. Na samą myśl o tym nie mogłam powstrzymać radosnego uśmiechu. Trzeba mi było jednak na mamkę poczekać, zeskoczyłam więc z końskiego grzbietu, gdy zwierzę jeszcze było w stępie. Uwielbiałam to, choćby dlatego, że takie sztuczki były surowo zabronione przez Dobrą Teresę, i dlatego, że kłóciły się ze sztuką jeździecką wpojoną mi przez mego francuskiego nauczyciela jeździectwa, niejakiego monsieur d'Orgeix.
Kochałam w tamtej chwili cały świat, włącznie z tym wyelegantowanym i przypudrowanym małym człowieczkiem, przypominającym, przede wszystkim ze względu na głęboko osadzone ciemne oczka, jakiegoś dziwacznego egzotycznego ptaka. Roześmiałam się głośno, tak mnie te wspomnienia związane z monsieur d'Orgeix rozbawiły. W przypływie nagłej wesołości chciałam poklepać mego konia po szyi, również w podzięce za to, iż tak dobrze spisywał się w czasie galopu, jednak moja ręka zawisła nad jego grzbietem w powietrzu - coś z nim było nie tak, bał się chyba czegoś, nerwowo strzygąc uszami i poparskując z cicha. Gwałtownie się odwróciłam i spojrzałam za siebie w głąb bukowego lasu.
Zobaczyłam ich od razu, nie dalej niż rzut kamieniem, na skraju przecinki, w którą wjechałam. Dwóch łotrów odzianych w poszarpane łachmany, które prawdopodobnie wcześniej były niczym innym jak biało-czerwonym żołdackim uniformem. Obserwowali mnie w wielkim napięciu z przygotowanymi do oddania ciosu połyskującymi bagnetami.
W pobliżu był jeszcze ktoś, kogo nie od razu bym dojrzała, gdyby nie nerwowe parskanie dorodnego rumaka uwiązanego do drzewa. Kątem oka dostrzegłam, że po drugiej stronie przecinki, na ziemi, leży jakiś człowiek związany sznurem niczym schwytany zwierzak. Jednak z miejsca, gdzie stałam, było stanowczo za daleko, bym choć w przybliżeniu mogła coś powiedzieć o ofierze obu rzezimieszków. Zresztą, jak można się domyślić, nie to było wówczas moim największym zmartwieniem. Nawet nie rozmyślając wiele, wiedziałam, że gdybym była w siodle, moje szanse na ujście z życiem znacznie by wzrosły. A tak, byłam pewna, że raczej nie uda mi się wskoczyć na grzbiet mego konia i ruszyć z kopyta, nim tych dwóch mnie dopadnie. Za blisko byli, no i we dwójkę. W chwili gdy o tym myślałam, poczułam, jak serce zaczyna mi walić niczym oszalałe i fala niespotykanego gorąca oblewa od środka moje ciało. Miałam na sobie męski strój i z daleka mogłam uchodzić za zręcznego młodzieńca. Oczywiście, tylko z daleka, i trzymałam w dłoni wodze niezwykle dobrze ułożonego konia...i to było wszystko, na co mogłam liczyć, ale co uświadamiało mi jednak, iż nie powinnam tracić otuchy. Podejmując walkę z tymi hultajami, miałam pewną szansę. "Na Boga, będę walczyć" - tak myślałam sobie, kurczowo ściskając w dłoni wodze. "Do ostatka będę walczyć". Już miałam popędzić konia i spróbować wskoczyć mu na grzbiet, gdy za plecami usłyszałam gderliwe nawoływania Teresy. I ona zdawała się nie od razu dostrzegać w cienistym borze obu łajdaków.
- No, wreszcie cię dopadłam! Skaranie boskie z tobą, taki z ciebie lekkoduch! Za grosz rozwagi, no i szacunku dla mej siwej...
Nie musiałam odwracać głowy, by wiedzieć, że jednak moja opiekunka od razu ich spostrzegła. Hultaje spojrzeli po sobie z głupawym wyrazem twarzy. Sama nie wiem, jak Dobra Teresa to zrobiła, ale nagle rozległ się huk wystrzału i jeden z mężczyzn padł na ziemię jak kłoda. W tej samej chwili jego kompan ruszył do przodu ze skierowanym w moim kierunku bagnetem. Nim padł drugi strzał, zdawała się upłynąć cała wieczność, a ja w tym czasie nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Do dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czy to głośny strzał, czy zbliżający się napastnik spłoszył mego konia, w każdym razie stanął on dęba, wyrywając mi z dłoni wodze z taką siłą, że nie zdołałam utrzymać się na nogach i runęłam na plecy. Dzięki temu uniknęłam być może śmiertelnego dźgnięcia bagnetem, jak później oceniłam, po ponownym przemyśleniu całego wydarzenia. Obok mnie, w gęstych skarłowaciałych krzaczkach czerwienicy leżał rażony kulą mój niedoszły oprawca.
Żył jeszcze, a z jego gardła wydobywał się chrapliwy, bulgocący oddech.
8.
Świat zamarł wokół na chwilę. Jakby wszystko, co żyje, nagle wstrzymało oddech. Żaden liść nie poruszył się na drzewie, ustał świergot ptaków, zamilkły nerwowo poparskujące konie, nawet brzęczenie owadów w poszyciu ucichło. Otworzyłam szeroko oczy, próbując zrozumieć, co się właśnie zdarzyło. Pomiędzy koronami drzew prześwitywało srebrzystoniebieskie niebo. Słońce wciąż zasnuwał mglisty welon, choć było z pewnością prawie południe. Cisza wokół miała w sobie coś złowrogiego, przeczuwałam, iż niesie ze sobą wydarzenia, których biegu nie będę w stanie ani odwrócić, ani zmienić. Ze strachu zamknęłam ponownie oczy, myśląc o tym, że nadszedł czas, bym zaczęła z należytą żarliwością odmawiać psalmy. Nie byłam przecież dobrą dziewczyną, to pewne, choć popełnione przeze mnie zdrożności, nawet najhaniebniejsze, nie zaliczały się do tych z rodzaju grzechów śmiertelnych. I mimo wszystko nie wydawało mi się, że - jak mawiała moja czcigodna matka - godna jestem towarzystwa duchów piekielnych.
Gdzieś nad moją głową, w podniebnej gęstwinie, najpierw zakwilił, a potem zerwał się do lotu jakiś ptak...
- Moja dziecino mała, moja Elżuniu najukochańsza - mamka padła obok mnie na kolana, lamentując głośno. Dziwne było to, że zwracała się do mnie po imieniu i to na dodatek w zdrobniałej postaci. - Gnębi cię jakaś dolegliwość, mów przecie!?
Chwyciła mnie za ramiona i unosząc mój tułów lekko do góry, potrząsnęła mną kilkakrotnie. Jej płócienny czepek gdzieś się zapodział, a sztywne siwe włosy rozsypały się w wielkim nieładzie, klejąc się do spoconej, czerwonej twarzy.
- Żyję, Dobra Tereso. Dzięki tobie żyję - wystękałam z dużym wysiłkiem, wciąż bowiem mną gwałtownie potrząsała. - Daj już spokój. A pomóż mi tylko podnieść się na nogi - poprosiłam.
Wreszcie przestała mi miażdżyć ramiona i ciężko wzdychając, usiadła obok. Skrajem przepaścistego płaszcza, który wciąż miała na sobie, przetarła ociekającą potem twarz.
- Przydała się ta diabelska broń, oj, przydała. Tak mi było nieporęcznie z tym żelastwem za pasem, ale sobie tak myślałam: a co tam, strzeżonego Pan Bóg strzeże. Nawet nie chcę myśleć, co by to było... ano Boga trzeba o litość prosić, a za pasem szablę nosić... Tak, święta prawda. Tych dwóch hultajów nie miało, jak widać, już prochu w muszkietach, na nasze szczęście... Wielki Boże!
Jej rozważania przerwał chrapliwy kaszel człowieka leżącego obok. Dobra Teresa nasłuchiwała chwilę jego rzężącego oddechu, po czym ciężko się podniosła z ziemi, podając mi przy tym rękę.
- Pierwszy strzał poszedł mi gładko, ale z tym drugim... ano z tym drugim to wyszło trochę gorzej, jakoś tego kurka nie dawało się zrazu naciągnąć - mruczała pod nosem, ale na tyle głośno, że mogłam ją zrozumieć. - Ano, trzeba będzie dokończyć dzieła...
- Dobra Tereso, co ty masz na myśli? - Z przerażeniem zastąpiłam jej drogę.
- Odejdź no, panienko, na bok, odejdź, jak cię proszę. A lepiej zrobisz jeszcze, jak popatrzysz, co z naszymi zwierzakami - mamka wykonała niepewny ruch jedną ręką, jakby chciała mnie odsunąć ze swojej drogi. Drugą macała się po brzuchu, jakby tam czegoś szukała.
- Takie sprawy to mnie zostaw, panienko. Ano, niejednego przyszło mi w życiu doświadczyć... - wyciągnęła spod peleryny pistolet i sakiewkę z prochem. - Ty jesteś młoda i czysta jak lilija, i tak powinno zostać. No i za taki czyn wymierzający sprawiedliwość to i od Rady Miasta zapłatę jakąś pewno dostać można... Ano trochę się zagalopowałam, tak to bywa na starość, nikt przecież nie może się o tym wszystkim dowiedzieć, bo i nas nigdy tu być nie powinno... - gderała monotonnym głosem, bardziej chyba do siebie samej niźli do mnie.
Zamilkła jednak wreszcie, przyglądając się broni, którą trzymała w ręku. Coś musiało jednak być nie po jej myśli, głośno bowiem wzdychając, ominęła mnie, by stanąć nad rannym i przyjrzeć mu się w skupieniu.
Korzystając z osłony jej szerokich pleców, też ośmieliłam się na niego spojrzeć. Wyglądał jak półtora nieszczęścia i z groźnego hultaja zmienił się w godną pożałowania kreaturę. Leżał na brzuchu z dziwnie przekręconą głową, w taki sposób, iż mógł również nas widzieć. Z ust wypływała mu pulsująca stróżka krwi. Dobra Teresa raniła go chyba w szyję, bo chusta, którą miał zawiązaną zwyczajem praktykowanym przez żołdaków, była przesiąknięta do nitki jasnoczerwoną krwią. Dawny dumny uniform z trudem zakrywał wynędzniałe, obsypane strupami ciało, tyle w nim było dziur, tak samo jak wojskowe kamasze, z których wychodziły czarne z brudu stopy.
Na pewno się nie myliłam, człowiek ten patrzył na nas przerażonym wzrokiem zaszczutego, wynędzniałego zwierzęcia. Próbował chyba nawet coś do nas powiedzieć, ale z gardła wydobył mu się tylko jeszcze głośniejszy bulgot. Nie był też chyba w stanie poruszyć członkami, bo na krótką chwilę jego stopy kilkakrotnie bez skutku zaparły się w miękkim leśnym poszyciu.
Dobra Teresa, mierząc do biedaka z pistoletu, wolną ręką próbowała odpędzić mnie od siebie.
- Idźże sobie, dziecko, no odsuń się, panienko. Czego oczy nie widzą, to i serce o to nie boli - machała dłonią, jakby odganiała zza pleców jakąś natrętną muchę.
- Co chcesz uczynić...? - Miałam tak ściśnięte z przerażenia gardło, że moje słowa były nawet dla mnie samej niezrozumiałe. - Błagam cię, Dobra Tereso, musimy pomówić o tym... no o tym, co chcesz zrobić? Na litość boską!
Po raz kolejny przeraźliwy huk rozerwał uświęcony spokój wiecznego boru. Leśne echo porwało odgłos wystrzału w głąb dzikich ostępów, niczym szyderczą skargę leżącego u mych stóp w śmiertelnych konwulsjach biedaka, marnej kreatury, której nie było dane doznać ani boskiej, ani ludzkiej łaski.
Bezmyślnie porzuciłam na ziemię kapelusz, który cały czas nerwowo ściskałam w ręku, zdjęłam rękawiczki i rozwiązałam ciasny węzeł spinający moje długie włosy. Odpięłam też od pasa szablę, w którą wedle najnowszego zwyczaju żaków z Miasta - do tej pory tego zaszczytu mogli dostąpić wyłącznie szlachetnie urodzeni - zaopatrzyła mnie Teresa. Czułam, jak rwący skurcz z głębi brzucha wywołuje u mnie straszne mdłości. Oparłam się więc jedną ręką o pień najbliższego drzewa, drugą zaś przytrzymałam włosy i po raz pierwszy w życiu zwymiotowałam.
9.
- Zaraz po ciebie wrócę, panienko, tylko muszę tu wszystko oporządzić. Nabieraj głęboko powietrza, dobrze ci to zrobi, ledwo zipiesz, jak widzę. Napij się też wody - Dobra Teresa pochylała się nade mną z zatroskaną miną. Wyglądała strasznie. Twarz miała białą jak kreda, a przy tym umazaną czarną sadzą, chyba od prochu, bo palce miała też tak osmalone. Jej oczy przypominały dwa ciemne, zapadnięte doły.
- Siedź sobie tu w spokoju, doglądnę tylko koni... no i tych hultajów, tych umarlaków - podała mi skórzany bukłak z wodą. Taki, bez którego żaden myśliwy i żaden podróżny nie wybierał się w drogę. Zwykle jednak wypełniano go winem bądź piwem.
- Pomogę ci, Tereso - udałam, że nie widzę wyciągniętej w moją stronę ręki z bukłakiem. Ciężko podniosłam się z ziemi, odgarniając z twarzy włosy zlepione od potu i łez. Mój głos zabrzmiał niezwyczajnie ostro i głośno. Jakbym od tej chwili nie znosiła sprzeciwu. Jakbym od tej chwili stała się jej prawdziwą panią. Oczywiście, nie sposób było nie zauważyć zdziwienia na jej pobladłej twarzy. Nie rzekła jednak na to ani słowa.
Dzień stał się niezwykle upalny i w leśnej gęstwinie dosłownie nie było czym oddychać. Nawet najlżejszy podmuch wiatru nie poruszał bujnym listowiem.
Moja kasztanka stała karnie nieopodal obcego, wspaniałego rumaka przywiązanego do cienkiego buczka. Nie oglądając się na Dobrą Teresę i jej muła, poluzowałam obu zwierzętom popręgi, szepcząc im łagodne, pocieszające słowa. Nie powinny się więcej obawiać. Najgorsze było już za nami. I właśnie wtedy przypomniałam sobie o postaci skrępowanej konopnym sznurem po drugiej stronie przecinki. Pędem rzuciłam się w tamtą stronę, w nadziei, że ten ktoś jeszcze nie odszedł w zaświaty.
Pierwsze, co ujrzałam i zapamiętałam do dzisiaj, i co będę pamiętać do końca swego życia, to były wpatrzone we mnie niebywałej piękności ciemne oczy. Bez najmniejszego zastanowienia wyszarpałam z ust pojmanego knebel z kawałka brudnej szmaty. Urodziwy młodzian, właściwie dzieciak jeszcze, z pewnością niewiele starszy ode mnie, przez szeroko otwarte usta raz za razem wciągał łapczywie powietrze. Wyglądało to niezmiernie zabawnie, jakbym miała przed sobą wyrzuconą na brzeg rybę, dlatego nie zważając na powagę sytuacji, nie zdołałam powstrzymać się od uśmiechu. Biedak zauważył tę niestosowność, bo na chwilę zmarszczył pięknie zarysowane ciemne brwi.
Milczeliśmy oboje, szybko więc zajęłam się rozsupływaniem ciasno zaciągniętych węzłów, mając cały czas świadomość, iż nieznajomy wpatruje się we mnie, jakby ducha zobaczył.
- Proszę, wybacz mi panie, ale bez czegoś ostrego, bez noża jakiegoś, nie dam za nic rady - odezwałam się pierwsza, podnosząc się z ziemi. I ze wzrokiem wbitym w moje po męsku obute stopy puściłam się pędem w kierunku, gdzie zostawiłam Dobrą Teresę i konie.
Nawet gdyby mi coś odpowiedział, to i tak bym go nie słyszała, bo właśnie z całą jasnością poczęło docierać do mnie to, w jakiej sytuacji się znalazłam. Kilkadziesiąt metrów dalej w krzaczkach czerwienicy leżało dwóch martwych hultajów, ja zaś biegałam w sposób wielce nieobyczajny niczym jakiś młodzian, w męskim przebraniu, a z powiewającymi włosami do pasa nikt nie mógłby wziąć mnie za takowego... Dobry Boże!
Bez trudu odnalazłam szablę i ściskając ją w garści, już miałam ruszyć z powrotem, gdy nagle usłyszałam głos Teresy dochodzący zza mego konia:
- A dokąd to panience tak śpieszno? Sama się zabiorę za tego nieszczęśnika, kto to wie, co to za kawał zbira, pojmany, niepojmany, zbirem może być. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, a strzeżonego pan Bóg strzeże. Jak to mawiają: kto na alarm bije, ten sam się zabezpiecza... a panience to i nie uchodzi... - mamka stanęła przede mną. Przypominała zadusznego upiora z zaświatów. Tak strasznie wyglądała. W ręku wciąż trzymała osmalony pistolet.
- Ja to zrobię, Dobra Tereso - powiedziałam stanowczo. - Ja go uwolnię. I nie chcę, by stała mu się jakaś krzywda, zostań więc tutaj ze zwierzętami i nie stój mi na drodze - odważyłam się wreszcie spojrzeć jej w oczy. Była w nich pustka, a może smutek, wolałam jednak myśleć, że są takie jakieś martwe, bez wyrazu. Tak samo, jak wolałam nie myśleć, jak okrutnie i bezdusznie mogły zabrzmieć moje słowa. Odwróciłam się więc do niej plecami i pobiegłam w kierunku skrępowanego młodzieńca.
- Nareszcie... pani - wymamrotał z ulgą na mój widok, i zaraz dodał już pewniejszym tonem:
- Myślałem, że już nigdy nie wrócisz...
Głos miał niski, lekko ochrypły, najpiękniejszy głos, jaki w całym swym życiu słyszałam. Przez chwilę oczarowana melodią jego słów wpatrywałam się w niego w sposób jak najbardziej niestosowny. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie mogłam jednak inaczej.
Przykucnęłam obok niego. Czułam, jakby przenikał mnie jakiś zaczarowany, jednocześnie daleki i bliski mi świat, porównywalny tylko do tego, który znałam z moich niesłychanych marzeń o dalekiej Bengalii.
- Pani... - jego głos wyrwał mnie z jakże pięknego snu, nie sposób było nie usłyszeć w nim wyraźnej nuty skargi i zniecierpliwienia. - Wszystko mi już zdrętwiało i krew chyba zaraz przestanie mi krążyć, więc uwolnij mnie, proszę...
Poczułam, jak fala gorąca napływa mi do twarzy i robię się czerwona niczym rozkwitła piwonia.
Bez słowa więc, by nie pogrążyć się jeszcze bardziej, zabrałam się do przecinania więzów. Nie miałam na dłoniach rękawiczek, które wcześniej przecież porzuciłam, dlatego co jakiś czas dotykałam palcami jego rozgrzanej skóry. Za każdym razem, kiedy to następowało, przenikał mnie dziwny dreszcz.
Tak, tak, w głowie miałam wielki mętlik, w którym uczucie dziwnego, bezgranicznego szczęścia mieszało się z wielką trwogą. I tylko jedna myśl działała na moje rozedrgane nerwy kojąco: nie było przy mnie Dobrej Teresy i nie mogła zobaczyć mnie w tym stanie.
Ostatecznie rozcinanie więzów poszło mi niezwykle sprawnie.
Przez chwilę młodzieniec rozcierał sobie nadgarstki, klęcząc obok mnie na ziemi.
- Pani, uratowałaś mi życie - przemówił wreszcie. - Nie wiem, co prawda, jak to wszystko się potoczyło, ale zawdzięczam ci życie, pani... i w tej mojej wdzięczności pozostanę ci wierny do końca moich dni.
Patrzył na mnie, a jego ciemne oczy iskrzyły światłem tysiąca odbijających się w nich gwiazdek. Gdzieś w górze, w zielonej kryjówce odezwała się kukułka. Młodzieniec przyłożył palec do ust, na znak milczenia, i zdawał się jej nasłuchiwać.
- Wróży nam długie życie - odezwał się prawie szeptem, gdy tylko ptak zamilkł. - Tobie i mnie, pani, bo odtąd los połączył nasze życie w jedno - mrugnął żartobliwie w moim kierunku, choć twarz miał skupioną i poważną, jakby dopiero teraz zaczęło docierać do niego wszystko to, co wydarzyło się w ostatnich godzinach.
Miał w sobie jednak owo opanowanie właściwe możnym kupcom gdańskim, przekazywane z pokolenia na pokolenie, niewzruszony spokój, ową pogardę dla przeciwności losu, która nas wzmacniała i czyniła w życiu niezwykle odpornymi na to, co nieprzewidywalne i nieuniknione.
Muszę wyznać, że po raz pierwszy byłam cieleśnie tak blisko młodego mężczyzny. Czułam zapach jego rozgrzanego ciała, mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć jego doskonałej szczupłej twarzy. A na nic nie miałam w tamtej chwili większej, bardziej przemożnej ochoty niż właśnie na ten wielce niestosowny gest. Oszołomiona, niepomna tego, co czynię, wyciągnęłam nawet w jego stronę rękę, na szczęście nieznany młodzian ubiegł mnie i ujmując ją, ku memu całkowitemu oszołomieniu przycisnął do swych gorących, spierzchniętych ust.
Świat zawirował pode mną, jakbym uległa jakimś tajemnym czarom i wszelka myśl o moim nieobyczajnym zachowaniu straciła się gdzieś w przestworzach. Dzisiaj wiem, że to nie czary mną zawładnęły, a miłość. Najbardziej tajemna moc biorąca we władzę człowieka.
10.
- Pozwolisz pani, że się przedstawię: Eduard Hayn, syn burgrabiego gdańskiego Daniela Hayna - pochylił się nisko w ukłonie przeznaczonym Dobrej Teresie.
- Elżbieta Katarzyna Koopmann, a to moja opiekunka Dobra Teresa - odwzajemniłam ukłon, starając się wypaść jak najlepiej.
- Jestem zaszczycony. Pozostanę twoim wiecznym dłużnikiem, pani. Uratowałaś mi życie.
- O tak, nieznane są wyroki Boże. - Dobra Teresa zdawała się nie zauważać, jak piękny jest młodzieniec wykonujący przed nią po raz drugi doskonały ukłon.
Wciąż miała jakiś dziwny, nieobecny wyraz twarzy, jakby zupełnie nie obchodziło jej to, co się wokół dzieje.
Chwilę przyglądała się milcząco Eduardowi, trudno było jednak powiedzieć, jakie myśli zaprzątały jej głowę. W końcu odezwała się obcym, nieznanym mi dotąd tonem:
- Za pozwoleniem panienki, trzeba nam uporać się z doczesnymi szczątkami tych hultajów. Do nocy co prawda jeszcze daleko, ale i do domu daleko... Należałoby ich pogrzebać, za przyzwoleniem panienki... Bóg będzie nam za to wdzięczny.
Nie mam pojęcia, czy tylko mi się tak zdawało, ale odniosłam wrażenie, że słyszę drwinę w jej słowach. Nie patrzyła na mnie, tylko gdzieś ponad moją głową. Tak też było lepiej, bo nie wiem, czy wytrzymałabym spojrzenie jej pustych oczu.
Zabraliśmy się więc za pomocą tego, co mieliśmy przy sobie, czyli dwóch bagnetów należących do rabusiów, no i obu szabli, mojej i Eduarda, do kopania dołu. Nie było to łatwe zadanie, ziemia w tej okolicy była bowiem ciężka, gliniasta, pełna splątanych ze sobą korzeni, a i letnia gorączka nie zelżała ani na jotę.
Początkowo do pracy wzięła się tylko Dobra Teresa z Eduardem, potem jednak, widząc, jak wolno im to idzie, wbrew ich protestom i ja do nich dołączyłam.
Słońce skryło się już dawno za horyzontem, kiedy wreszcie udało nam się uporać z owym przykrym obowiązkiem. Moja opiekunka odmówiła głośno modlitwę za zmarłych, prosząc Boga o litość dla tych pożałowania godnych kreatur, które liczne wojny ostatnich lat sprowadziły na drogę hańby i bezprawia. Tak powiedziała o nich Dobra Teresa. Jakby to, co czynili za życia, dawało się ująć w jakiekolwiek słowa. Znałam jednak ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że zawsze starała się na wszystko i na wszystkich patrzeć tak, jakby stała z boku. "Nauczyły mnie tego niezliczone księgi, które dane mi było poznać" - mawiała, a w jej głosie zwykle rozbrzmiewał ton wyższości, jednak tamtego pamiętnego dnia poczęłam myśleć, że raczej nauczył ją tego brak miłości, której nigdy w swym długim życiu nie zaznała.
Tak, tak, brak doznanej miłości jest sprawnym nauczycielem, każdemu, bez względu na jego pojętność, zaszczepi uczucia prześladujące go do końca życia.
Dopełniając obowiązku pochówku, wreszcie mogliśmy opuścić to miejsce w borze, które zwabiło nas w upalny dzień urokiem swego cienia i chłodu, a które naznaczyło i zmieniło bezpowrotnie nasze losy.
Gdy dostaliśmy się ponownie na otwartą, bezkresną przestrzeń, było dla mnie jasne, że wszyscy troje staliśmy się innymi ludźmi i że już nigdy nic nie będzie tak, jak było, choć na głowie miałam znowu wciśnięty głęboko na oczy kapelusz, a u pasa przypiętą szablę i swą posturą doskonale przypominałam młodzieńca z Miasta.
Trawiło mnie zmęczenie i głód, a jednak nie chciałam, aby ten dzień kiedykolwiek dobiegł końca. Spod ronda kapelusza spoglądałam ukradkiem na Eduarda, podziwiając wspaniałą swobodę, z jaką trzymał się na koniu. Widziałam, że jest wybornym jeźdźcem, ma doskonałe maniery. Ani razu nie dał po sobie poznać, że moje zachowanie nie przystoi młodej pannie bądź też jest nieprzyzwoite i nieobyczajne, w końcu pod żadnym pozorem nie uchodziło niewieście paradowanie w męskim stroju. Przecież za wysoce nieobyczajne uchodziło już samo pokazywanie nóg w sposób, jaki czynili to mężczyźni, a więc odzianie spodni wiązanych tuż pod kolanem za pomocą cienkich rzemyków. Odsłonięcie choćby samych kostek przez niewiastę mogło być traktowane tylko na jeden sposób: jako lubieżne narzędzie. Nawet sprzedajne dziewki, których wszędzie było pełno, nosiły stosowne szaty, a więc lniane luźne suknie spływające gęstwiną fałd aż do ziemi.
A mimo to Eduard traktował mnie i moją mamkę z należytym szacunkiem i przez cały czas udawał, iż nie dostrzega całej tej maskarady.
Może sobie to tylko uroiłam, ale w chwili, gdy dosiadałam konia, w jego oczach uchwyciłam nawet błysk szczerego podziwu. Mój francuski nauczyciel monsieur d'Orgeix byłby z pewnością dumny ze mnie, tym bardziej iż używałam rodzaj siodła, które on sam wychwalał pod niebiosa, żałując zwykle, że nie jest przeznaczone dla płci pięknej: lekkie, niezbyt grube, właściwie bez poduszek i z prawie płaskim siedziskiem, pozwalające na swobodną zmianę dosiadu. Takie siodło było jakby dla mnie stworzone, bo nie przechwalając się, posiadłam tę wyższą umiejętność konnej jazdy i koń słuchał mnie bez tak niezbędnych dla wielu jeźdźców ostróg i palcata. Tkwiła w tym przekazana mi przez Dobrą Teresę mądrość, która mówiła, że suchy chleb i karcer nie nauczą nikogo ani greki, ani łaciny. Innymi słowy, nauczyciel musi przemawiać uczniowi do jego rozumu, a nie skóry.
11.
Zatrzymaliśmy się w szczerym polu, dobry kawałek od ściany lasu, by się pożegnać. Horyzont przed nami połyskiwał purpurową poświatą, tak samo jak zawisłe nad nim poszarzałe obłoki. Wysoko na niebie ukazał się już delikatny wizerunek księżyca - nieuchronna zapowiedź rychłej nocy. Ze zdziwieniem zanotowałam w myślach, że w nieckach pomiędzy niewielkimi pagórkami zaczęła gromadzić się mleczna, zwiewna mgła. Świat wokół znów przenikał wręcz namacalny spokój. Jakby natura z nawiązką chciała wynagrodzić naszym oszołomionym głowom niedawno przeżytą opresję.
Tak wtedy sobie myślałam, usiłując ze wszystkich sił spoglądać w dal, na bezkresną ziemię rozpościerającą się przed nami, a nie w stronę pięknego młodzieńca tuż u mego boku.
I nieznany dotąd żal ścisnął me serce, jakbym właśnie raz na zawsze traciła kogoś, bez kogo nie będę zdolna oddychać ani dostrzegać barw i przeróżnych odcieni światła, ani chłonąć zapachu kwiatów czy delektować się smakiem słodkich owoców...
- Pani? - Głos Eduarda wyrwał mnie z głębokiego zamyślenia. Nawet nie zauważyłam, że stanęliśmy w miejscu, a towarzyszący nam młodzieniec zdążył zeskoczyć z konia i patrzył wyczekująco ku mnie w górę. - Nadszedł czas, by się pożegnać, bo i daleka droga przed tobą, pani.
W jego głosie rozbrzmiewał bolesny smutek. To w tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że oto zaczynam patrzeć na świat zupełnie inaczej i rozpoznawać oraz czuć rzeczy, które kiedyś nie miałyby prawa zaistnieć.
Świadomość ta niepostrzeżenie stała się dla mnie istną udręką i natychmiast zaczęłam ją ze wszystkich sił ukrywać. Przecież w moim świecie człowiek nawet sam przed sobą nie przyznawał się do potępianych pragnień.
Ociągając się, zeskoczyłam z konia. Kątem oka widziałam oczekującą na dalszą podróż Dobrą Teresę. Wyglądała na swoim mule jak olbrzymia, groźna kapłanka nie z tego świata, lecz z jakiejś budzącej lęk bajecznej krainy. Chyba coś mruczała do siebie pod nosem, ale nawet tego nie byłam pewna.
W głowie miałam tylko jedną myśl: nikt nie może wiedzieć, co dzieje się w mojej duszy. Wszystkie te postanowienia legły jednak w gruzach, kiedy ujrzałam, jak Eduard klęka przede mną i bierze moją dłoń. Wydawało mi się, że spojrzenie jego błyszczących, ciemnych oczu przebija mnie na wylot jak lanca, a jednak była to najpiękniejsza chwila, jaką dane mi było przeżyć. Tak, tak, nawet jeśli trudno w to uwierzyć, bo przecież doświadczę w moim życiu jeszcze niejednego.
- Pozwól pani, że złożę ci przysięgę... A więc, kiedy po raz pierwszy cię ujrzałem, Elżbieto, od razu wiedziałem, że chwila ta pozostanie najszczęśliwszą i najważniejszą w moim życiu już na zawsze. A więc świadom tego, co czynię, przyrzekam ci, pani, moją niezłomną miłość i oddanie do końca świata. Tak mi dopomóż w tym, Boże.
Po raz drugi tego dnia poczułam na dłoni gorące usta Eduarda i nie byłam w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. A on wciąż klęczał przede mną z nisko pochyloną głową. Niema ze szczęścia patrzyłam na jego ciemne, falujące włosy opadające na szczupłe, jeszcze chłopięce ramiona, z których jednakże biła niepowtarzalna siła charakteru i upór. Sama nie wiem, jak to się stało, że pomimo młodego wieku i braku jakiegokolwiek doświadczenia byłam w stanie tak bezbłędnie Eduarda ocenić. I znowu zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory patrzyłam na świat tylko oczami Dobrej Teresy, kobiety, której nigdy nie dane było doświadczyć, co to jest miłość i cielesne pożądanie.
Niepomna, co czynię, w swej dziewczęcej naiwności, również osunęłam się przed nim na kolana. Przytuliłam policzek do gorącej dłoni Eduarda i powtórzyłam szeptem dokładnie tę samą przysięgę, jaką on mi złożył.
Dobry Boże, chwila, w której odważyliśmy się spojrzeć sobie w oczy, była tą, która zespoliła nasze zakochane młodzieńcze dusze.
Nie mogłam jednak przedłużać jej w nieskończoność, taka radość zaczęła rozpierać moje piersi. Wycisnęłam więc głośny pocałunek na policzku Eduarda i jak szalona wskoczyłam na moją kasztankę, ruszając z kopyta. Już nie myślałam o tym, co on może sobie o mnie pomyśleć, o mym niestosownym i karygodnym zachowaniu.
- Czekam na ciebie, Eduardzie! - Wołałam, jakby mnie coś opętało, wchodząc w galop.
- Dogoń mnie! No, dogoń mnie!
Za plecami słyszałam coraz szybszy tętent końskich kopyt i wiedziałam, że to Eduard za mną podąża. Kiedy spojrzałam w tył, był tuż przy mnie, z roześmianą twarzą i rozwianymi włosami wyglądał jak grecki bóg, jak Apollo albo dorównujący mu w piękności Perseusz.
12.
Niewiele rozeznawałam się w życiu możnych gdańskich rodzin, a to dlatego, że rzadko pozostawałam na dłużej w Mieście i nie uczestniczyłam w rozmowach prowadzonych podczas robótek ręcznych w kupieckich salonach czy też nie przysłuchiwałam się plotkującym dziewkom kuchennym. Co do tych ostatnich nawet mnie było już wówczas wiadomo, iż zwykle to one najlepiej rozeznają się w tym, co się dzieje w czterech ścianach domów gdańskich obywateli.
Oczywiście, znałam kilka spośród najzacniejszych nazwisk, w tym również to burgrabiego Daniela Hayna. I nawet bez biegłej znajomości obowiązującej hierarchii gdańskich mieszczan wiedziałam, że rodzina Haynów, pomimo bogactwa mojego ojca, postawiona jest dużo wyżej od nas, rodziny Koopmannów, choćby z racji sprawowania funkcji burgrabiego.
Dobra Teresa też nie najlepiej rozeznawała się w tej materii, ale słyszała, iż Haynowie wielce szczycili się swym rycerskim rodowodem wywodzącym się z dawien dawna aż z Turyngii. A i w Gdańsku zaliczali się do najstarszych rodów tu osiadłych, z dumą bowiem przywoływali pamięć swych przodków przybyłych do Miasta już przed ponad dwustu laty. Rodzina Haynów miała w posiadaniu wspaniałą siedzibę w Mieście, przy Długim Targu, a więc niedaleko domu mego ojca i - wzorem szlachetnie urodzonych i innych bogatych patrycjuszy - równie wspaniały majątek ziemski w Warczu.
Dobra Teresa słyszała wiele opowieści o tej posiadłości, choć, ma się rozumieć, nigdy nie było jej dane tam zawitać: o niezwykłej piękności dworze, zbudowanym ponoć wedle podziwianego przez wszystkich Hiszpańskiego Dworu w Sopocie. Ponadto miał się tam znajdować pełen uroku park z niezliczonymi rzeźbami, fontannami i igraszkami wodnymi, a także osobny dom dla służby. Opowiadano też, że wszystkiego tego dopełnia bogaty folwark z młynem i innymi dobrami gospodarskimi.
Dobra Teresa uważała, że podobnie jak mój czcigodny ojciec, tak i rodziny bogatych kupców gdańskich poczęły wstydzić się bogactwa zgromadzonego dzięki handlowi i za wszelką cenę wzięły się do naśladowania arystokracji, która kupiectwa, jak wiadomo, wcale się nie imała, a dochody czerpała głównie z ziemi. Moja opiekunka powoływała się na list, jaki dane jej było odczytać mojemu ojcu, który, choć sam biegły w czytaniu, kiedy tylko się dało, kazał wyręczać się w tym obowiązku innym, najchętniej Dobrej Teresie, jeśli miał ją akurat pod ręką. Tak, więc kuzyn mego ojca ze strony matki, cieszący się stanowiskiem sędziego, w liście swym gorąco rekomendował kupno dalszych posiadłości ziemskich lub parceli podmiejskich, jako że nie były one wystawione na takie ryzyko, jakie niesie ze sobą morze, nieuczciwy pośrednik czy nielojalna spółka kupiecka. Kuzyn ten pisał też coś o ryzyku bankructwa, jakoby w handlu było ono większe, ale Dobra Teresa nie przykładała do tych słów większej wagi, gdyż - jak mnie pouczyła - takowe ryzyko czyhało wszędzie, gdzie szło o majątek czy pieniądze.
Zapadła już ciemna noc, gdy dane nam było znowu zawitać w domu. Nie zamieniłam z Teresą w drodze ani słowa. Byłam z tego niezwykle rada i gdyby zechciała wszcząć ze mną jakąkolwiek rozmowę, po raz pierwszy w życiu musiałabym dać jej ostrą odprawę.
Rozmyślałam o tym, że wszystko to, co mogłoby uchodzić zwykłemu śmiertelnikowi, nie uchodzi tej, którą już dawno temu postawiłam na piedestale z powodu jej światłych nauk i wielkiego rozumu. Ale nie tylko, również z powodu serca, dużego i wrażliwego, obejmującego swym czuciem cały świat i wszystkie istoty na nim żyjące, szanującego w najwyższym stopniu każde, ale to każde życie bez wyjątku, jak mnie nauczała. Nagle jednak doświadczyłam, iż jest inaczej.
Tak, tak, nic na to nie mogłam poradzić, ale w mej wyobraźni wciąż pojawiały się na przemian dwa tak różne od siebie obrazy: na jednym Dobra Teresa mierzyła z pistoletu w konającego hultaja, na drugim zaś Eduard klęczał przede mną.
Tamtej nocy niebo pozbawione zupełnie gwiazd zdawało się dotykać ziemi, otulając ją ciemnym, nieprzeniknionym welonem. Do pawilonu w ogrodzie dotarłyśmy więc niemalże po omacku. Śpiesznie zmieniłam tam odzienie, a ów ciężki wór Dobra Teresa tym razem ukryła w zamykanej na klucz dębowej skrzyni. Wcale się nie dziwiłam, że nie miała siły taszczyć go z powrotem do dworu, gdyż i ja ledwo trzymałam się na nogach.
Do domu weszłyśmy drzwiami dla służby, witane głośnym ujadaniem sfory psów.
Mętne światło lampy na tran rozpraszało nieco mrok sieni i wskazywało drogę do kuchni. W czterech ścianach domu poczułam się tak, jakbym wracała z jakiegoś innego fantastycznego świata albo dalekiej zamorskiej wyprawy. Chciałam nawet myśleć, że jestem kimś zupełnie innym, niemającym nic wspólnego z dziewczyną, która z samego rana siedziała na ławce pod dębem. Na moje usprawiedliwienie powiem tylko, iż piętnastoletnia dziewczyna nie zawsze kieruje się zdrowym rozsądkiem i często popada w niedorzeczną przesadę.
Kiedy weszłyśmy do kuchni, nasza ochmistrzyni twardo spała przy masywnym dębowym stole obok misy świeżo nałuskanego grochu, z głową ułożoną na łokciu. Z ogrodu, przez otwarte okno dochodził głos jej męża nawołującego do porządku wciąż ujadające psy.
Wokół pachniało jedzeniem, chyba gotowaną kapustą, a także mydlinami i sadzą z wielkiego pieca z wygasłym, czarnym paleniskiem.
- Szczęść Boże, Zofio, to my. Późno się zrobiło, ale dzięki Bogu jesteśmy już z powrotem - Dobra Teresa głośno wzdychając, spoczęła na drewnianym zydlu.
- A to ty, czcigodna Tereso - ochmistrzyni z trudem podniosła głowę i spojrzała na nas zaspanym, niewidzącym wzrokiem. Dopiero po chwili całkiem się ocknęła. - Najmocniej proszę o wybaczenie, tak mnie jakoś ścięło, chyba przez tę gorączkę na bożym świecie - przepraszająco uśmiechnęła się do mamki, obnażając bezzębne dziąsła, które ponoć jako młoda panna od uderzenia dyszlem straciła.
- Nic to, Zofio...
- No i chwała Bogu i wszystkim świętym - służąca przeżegnała się szybko, po czym wierzchem dłoni otarła usta - już żeśmy się o was trwożyli.
- Nie było czego, nie było czego, Zofio... Dobra Teresa mruczała owe słowa niewyraźnie pod nosem, ze wzrokiem wbitym w podłogę. - Ano spisały się dzisiaj dziewki, kuchnia błyszczy jak złoto - z uznaniem zlustrowała świeżo wyszorowaną posadzkę wyłożoną hiszpańskimi flizami.
- Jak je człowiek pogoni, to i robota idzie, zamiast tego wiecznego kłapania dziobem, sama wiesz, czcigodna Tereso... a naszej panience zdałoby się coś zjeść, dobrze mówię? - Po raz pierwszy spojrzała w moją stronę. Służba traktowała mnie z wielkim dystansem, zwykle jako dziecko pozostające pod opieką Dobrej Teresy. To z nią obchodzono się z należytym respektem, choć raczej nie z powodu jej niezmierzonej wiedzy i jej wielkiego serca, a raczej tego, że mój ojciec obdarzał ją niemal bezgranicznym zaufaniem i idącą za nim władzą. Choć zdarzało się, że dochodziło między nimi do gwałtownych sporów, zawsze wtedy, gdy moja opiekunka sprzeciwiła się jego zdaniu. Uważał on bowiem, to, co zresztą powszechnie mniemano, a mianowicie, że niewiasta nie powinna przeczyć mężczyźnie, a jeśli już, to tylko w sposób bardzo oględny. Czuł się więc często urażony i znieważony, zapominając przy tym, że chwilę wcześniej prosił Teresę o uczciwe zdanie na jakiś temat. Słyszałam, jak raz powiedział nawet w niezwykłym rozsierdzeniu, że mamka urodziła się jako katoliczka i niby teraz nawrócona, a jednak na zawsze została naznaczona diabelskim piętnem. Innym razem, już w lepszym nastroju, pochwalił ją za właściwy wybór wiary, mówiąc po łacinie: Quisque suos patimur manes, co znaczyło, że przez wybór bogów wykuwamy swój los. Trzeba jednak wiedzieć, że ojciec mój nie był nadzwyczaj gorliwym ewangelikiem, co nie podlegało jednak żadnej, ale to żadnej dyskusji i tradycyjnie wystawiał na pokaz swoją bogobojność.
No tak, ale wracając do Dobrej Teresy, to według mnie potrafiła ona obchodzić się należycie ze służbą. Kiedy należało, była niczym matka, a kiedy indziej znów umiała wyciągnąć tęgi bat i bez większych ceregieli zrobić z niego użytek.
- Jakoś nie chce mi się jeść... mam jednak pragnienie - odezwałam się w końcu, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Chciałam jak najprędzej udać się do sypialni i skryć się tam przed bacznym okiem opiekunki. Trzeba bowiem wiedzieć, że szczęśliwie nie musiałam z nikim dzielić komnaty, nie posiadałam żadnego rodzeństwa ani żadnych innych krewnych w moim wieku, a dla służby było w naszym domu aż nadto miejsca.
Marzyłam o tym, by wreszcie zostać sama, gdyż byłam nie tylko niezmiernie zmęczona, ale i na dodatek działo się ze mną coś dziwnego, coś, czego w żaden sposób nie dało się wytłumaczyć zwykłym znużeniem. W podbrzuszu czułam bolesne skurcze, tak jakby mnie coś ciągnęło od środka, a między nogami robiło mi się coraz bardziej mokro.
Stąd ani mi w głowie było jedzenie i wszystko inne nie miało większego znaczenia, oprócz tego trwożliwego pytania, czy aby nie dosięgła mnie ta straszliwa dolegliwość, o której z wielkim zakłopotaniem mówiła mi swego czasu Dobra Teresa? Owa dolegliwość, która sprawi, iż każdego miesiąca przez kilka dni stanę się nieczysta. Podobno już dawno powinna mnie ona dopaść. Łzy cisnęły mi się do oczu niczym wartki potok, jednak za nic w świecie nie chciałam, by ktokolwiek dowiedział się o mej słabości.
- To może ziół naparzyć panience, bo jakoś tak słabowicie wygląda? - Zofia z trudem podniosła się z zydla. Była już w latach, mimo to wciąż bez żadnego umiaru wydawała na świat dzieci. Ochmistrzyni pochyliła się nad wygasłym paleniskiem.
- A niech to... skaranie boskie... ki diabeł tu łapę przyłożył - mamrotała pod nosem, rozgarniając pogrzebaczem jeszcze ciepły popiół.
- Daj spokój, Zofio, nie trzeba tak pomstować - Teresa po raz kolejny ciężko westchnęła i wstała od stołu.
- Lepiej daj nam dobrego piwa, kobieto, na noc nic więcej nam nie trzeba. Z pełnym brzuchem to tylko koszmarne sny człowieka dręczą... - spojrzała w moją stronę przelotnie, jakby nie wiedziała, że jeszcze tam stoję.
- Pora przygotować się na noc, panienko - rzekła zmęczonym głosem, po czym zwracając się do ochmistrzyni, już ostrzejszym tonem dodała: - Zofio, przynieś nam piwa i nie żałuj tego trunku. Panienka niech lica sobie nim przetrze, dobrze zrobi jej to na urodę. Potem zajrzyj z kufelkiem i do mnie, ino się pospiesz.
Dobra Teresa nie powiedziała owej nocy nic więcej. Szczelnie owinęła się swym grubym płaszczem, jakby nagle zrobiło jej się zimno, i ciężkim krokiem opuściła kuchnię. Pogrążona w posępnym milczeniu, niedostępna, jak jeszcze nigdy dziwnie mi obca.
13.
Należąca do mnie komnata była przestronna, choć w porównaniu z resztą dworu bardzo skromnie urządzona. Pod ścianą naprzeciw drzwi stało wąskie łoże z drewna lipowego z wysokim wezgłowiem ozdobionym sceną z kąpieli mitycznej bogini łowów Diany, która spostrzegłszy, iż jest podglądana przez myśliwego Akteona, zamienia go w jelenia. Takie scenki z czasów antycznych ozdabiały nasz dom w wielu miejscach i od dziecka należały do moich ulubionych.
Tuż obok mego posłania znajdował się piec z zielonych holenderskich kafli - wciąż wielka rzadkość w znanych mi domach - z którego latem zawsze mocno czuć było spalenizną, choć posługujące w naszym domu dziewki każdej wiosny dokładnie wymiatały palenisko i przeczyszczały komin. No cóż, zimą jednak rozchodziło się od pieca przyjemne ciepło i trzymało się ono owych pięknie połyskujących kafli jeszcze długo po wygaśnięciu ognia.
Pod oknem zaś, na przeciwległej ścianie, stał stolik, pełniący funkcję gotowalni, i niski stołek z cynową misą do mycia i z takim samym dzbanem na świeżą wodę. Wprawdzie na tyłach domu mieliśmy izbę do kąpieli, urządzoną wedle najnowszej mody, robiliśmy z niej jednak użytek co najwyżej raz w tygodniu w okolicach niedzieli. Podobnie zresztą jak z oddzielnej prywety, zwykle bowiem korzystaliśmy z nocników.
Właściwie to w mojej komnacie oprócz kaflowego pieca tylko srebrne wysokie świeczniki z sygnaturą "PV" i datą 1607 świadczyły o zamożności domu, z którego pochodzę. Mój szanowny ojciec sądził bowiem, iż "PV" to inicjały wielkiego artysty niderlandzkiego o nazwisku Paulus van Vianen, którego dzieła ponoć sam cesarz Rudolf II bardzo podziwiał.
Ciepłe światło świec odbijając się od wypolerowanego srebra tysiącem małych iskrzących świetlików, sprawiło, iż moja sypialnia jawiła mi się jako miejsce wielce bezpieczne, jakby oddzielone niewidzialną przegrodą od reszty świata. Tak, tak, w mojej dziewczęcej naiwności, na krótką chwilę dane mi było nawet nabrać otuchy i uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Wiara ta jednak na nic się nie zdała. Moje najczarniejsze obawy okazały się prawdziwe.
W tym miejscu muszę jasno oznajmić, iż takie sekretne wyznania są możliwe tylko przez wzgląd na zasadę Epistola non erubescit, co znaczy, że mogę spisać wszystko, co tylko zapragnę, papier bowiem się nie rumieni.
Wracając więc do tamtego pamiętnego dnia, nic a nic nie zostało mi zaoszczędzone. Moje pierwsze w życiu krwawienie miesięczne pojawiło się za karę, jakby sam Bóg Wszechmogący przypomniał mi o mojej kobiecej naturze i karał mnie za wszystko to, czego się ostatnio dopuściłam, a co w najwyższym stopniu żadnej niewieście nie uchodziło. Tak, tak, jakże mogłabym myśleć o tym inaczej!
Na szczęście Dobra Teresa już wcześniej pomyślała o mnie i w sieni w przepaścistej szafie tuż obok drzwi do mojej komnaty złożyła niewielki stos czystych kawałków tkanin lnianych i bawełnianych, przeznaczonych właśnie na ową wstydliwą okoliczność.
Po cichu wymknęłam się więc z sypialni i pod osłoną ciemności panujących w sieni otworzyłam szafę. Był to wielki dębowy mebel ozdobiony kunsztownym ornamentem z drewna hebanowego, wypełniony po brzegi porządnie wyprasowaną lnianą i bawełnianą bielizną, pościelą i obrusami, dumą każdej pani domu.
Światła miałam tam akurat tyle, ile wpadało przez wąską szparę na wpół otwartych drzwi z mojej komnaty. Czułam się niczym złodziej zakradający się do cudzego domu i całe ciało miałam zlane zimnym potem. Nagle zamarłam z przerażenia, od kuchni bowiem doszły mnie odgłosy ciężkich kroków. Umęczona upalnym dniem Zofia człapała na górę z piwem, które wedle polecenia powinna mi donieść, o czym przypomniałam sobie niestety poniewczasie.
Nie namyślając się długo, chwyciłam w garść kilka gałganków i rzuciłam się pędem z powrotem do komnaty. Za żadne skarby Zofia nie mogła mnie ujrzeć z tym, co akurat ściskałam w dłoni.
Z sieni doszedł mnie głuchy łomot.
- Ki diabeł, a niech to, kto tu znowu czego szukał! - pomstowała Zofia. Najpewniej nadziała się na otwarte drzwi od szafy. - A niech Pan Bóg pokarze te przeklęte dziewki, niczego nie zrobią porządnie, tak jak się należy do końca!
Zapukała do mych drzwi.
- Panienko Katarzyno, a nie śpisz no jeszcze? - spytała ściszonym głosem, otwierając ostrożnie drzwi. Zapaloną lampę odstawiła na podłogę, tak że padające od dołu światło kładło na jej umęczoną twarz głębokie cienie. Na tacy miała gliniany dzbanek i takiż sam kubek.
Przez chwilę bacznie mi się przyglądała, mrużąc niedowidzące chyba już oczy. W przeciwieństwie do Dobrej Teresy nie obawiałam się, że Zofia mogłaby dojrzeć coś, co mam do ukrycia, nawet jeśli, tak jak tamtej nocy, mustrowała mnie nadzwyczaj czujnym wzrokiem.
- Czy ty abyś nie zaniemogła, panienko? Jakaś taka zaogniona jesteś na licach...? Dalibóg pójdę może po Dobrą Teresę... a możeś ty chora, panienko?
- Nie, nic mi nie jest Zofio, nie trudź się, nie ma takowej potrzeby - złożyłam dłonie jak do modlitwy, gdyż wyobrażenie mamki przychodzącej do mnie jeszcze tej nocy przyprawiło mnie niemal o mdłości ze zdenerwowania. Raptem doznałam jakby olśnienia.
- Jak mi co będzie dolegać, to dam ci znać - spojrzałam słudze twardo w oczy, rozkładając przy tym gwałtownie dłonie, nagle bowiem zrozumiałam, że w takiej chwili muszę być jej panią, jeśli chcę, by mi była powolna i pozostawiła mnie w spokoju.
Po raz pierwszy w życiu zrobiłam więc pożytek z tego, że niewiasta przyglądająca mi się bacznie była moją sługą, a ja przestałam być dzieckiem. Wyprostowałam się, wysuwając lekko do przodu głowę.
- Udaj się na spoczynek, Zofio, nic tu już po tobie.
Odwróciłam się do niej plecami, jakbym miała zamiar podejść do stolika z miednicą.
- I odstaw tacę przy oknie - rzuciłam krótko przez ramię, naśladując głos matki: oschły, przypominający trzask gniecionej słomy.
Nie patrzyłam, jak ochmistrzyni opuszcza moją komnatę, życząc mi niepewnym tonem dobrej nocy. Mogłam się jedynie domyślić, jak bardzo jest skonfundowana, i że długo tej nocy będzie rozmyślać zarówno o nagłej przemianie w moim zachowaniu, jak i o tym, co też dla niej z tego może wyniknąć.
Jakkolwiek jednak było, wreszcie zostałam sama i mogłam uspokoić gonitwę swych rozpalonych myśli. Już wtedy przeczuwałam, iż odtąd wszystko będzie inaczej, choć z ręką na sercu przyznam - nawet w najśmielszych myślach nie wyobrażałam sobie, jaki los gotowało mi życie.
Leżałam na posłaniu przykryta jedynie lekkim prześcieradłem, a przed oczyma jeszcze raz przesuwały mi się powoli obrazy, które przyniósł ze sobą miniony dzień. Widziałam zatroskaną twarz Teresy, na której lęk o mnie mieszał się jakby z rezygnacją lub z niespotykanym u niej pogodzeniem się z losem. Potem jak żywi stanęli mi przed oczami ci hultaje w borze i przerażone oczy jednego z nich, w chwili gdy umierał z ręki Teresy... poczułam nawet ten dziwny zapach - to był zapach niespodziewanej śmierci, myślałam. Przeraził mnie i zdumiał jednak wyraz twarzy mojej mamki. Mieszało się w nim okrucieństwo z szyderczym triumfem, Dobra Teresa jawiła mi się niczym dysząca ogniem mściwa Chimera z głową lwa i ogonem węża.
W tym miejscu muszę podkreślić, iż w życiu moim widziałam przecież niejedną egzekucję. Stracenie w majestacie prawa przez ścięcie głowy i w obecności gawiedzi nie zadziwiało, jak świat długi i szeroki, nikogo... tak, tak, mnie również nie. Najbardziej utkwiła mi w pamięci dzieciobójczyni Anna Maria Froehlich. Biedaczka, z odkrytą głową i potarganymi włosami, ciężko wsparta na kiju wstąpiła na szafot. Jej wynędzniałe i umęczone ciało drżało tak strasznie i widoczne to było nawet z bardzo daleka.
Przypadek ten utkwił mi tak głęboko w pamięci może i dlatego, iż mój czcigodny ojciec zabrał mnie i Teresę na miejsce egzekucji w dniu, w którym akurat dane mi było ukończyć ósmy rok życia. A myślę też, że historia ta może nawet i przetrwać w pamięci następnych pokoleń.
- Z łaską Pańską posłaliby tę nędzarkę na galery, gdzieś za morza, jak to czynią z różnymi innymi hultajami rodzaju męskiego... a nie tak na widoku ogólnym uśmiercać - szepnęła mi wtedy do ucha mamka, ściskając przy tym moją dłoń z całej siły. Musiałam głośno jęknąć z bólu, zwracając tym bez potrzeby uwagę mojego ojca.
Tak, tak, Dobrą Teresę dane mi było poznać jako niewiastę niezwykle łaskawą dla wszelkiego rodzaju biedaków, pouczającą mnie przy tym, iż los ich należy traktować jako ucieleśnienie jednego z wielu przyrodzonych niepowodzeń, nieuchronnie towarzyszących sprawom ludzkim. Taka była Teresa wcześniej, biedę innych traktowała jako "sprawę ludzką". Była miłosierna jak żaden inny znany mi człowiek.
W następnej kolejności oczyma mojej wyobraźni ujrzałam, jak zjawia się Eduard, obsypując mnie złocistymi iskrami ze swych cudownych ciemnych oczu. Zaczarował mnie. I otworzył tym samym w moim sercu głęboką ranę, której ukojenie było możliwe tylko w zespoleniu z jego duszą. Eduarda duszą. O dobry Boże, jak to bolało, wyzwalając we mnie nieznaną dotąd tęsknotę. Już wówczas słusznie przeczuwałam, iż owo cierpienie być może nigdy mnie nie opuści.
O tak, pamiętam jak dzisiaj: zawładnął mną wtedy bez reszty przeraźliwy lęk przed tym wzbierającym niczym potężna fala uczuciem, które rozpalało we mnie nieokiełzaną i zakazaną namiętność.
Bałam się, iż oszaleję. Wydawało się, że jakaś ciemna siła zawładnęła moją duszą, nakazywała mi, bym pozostawała ślepa i bezwolna, by móc się tą rozwiązłością upajać, bezkarnie i bez umiaru jej kosztować.
W tym miejscu oddaję świadectwo temu, przysięgając na wszystkie świętości, iż kierowana dziewczęcą naiwnością i niewinnością pragnęłam wzbudzić w sobie pogardę dla takich myśli i uczuć, zmusić serce do tego, by uznało miłość do Eduarda za hańbę, o której niepodobna było pomyśleć, by mogła być większa. Względy przyzwoitości wpajane mi od dziecka kazały mi płonąć, ilekroć moje myśli wracały do spotkanego w borze młodzieńca, do jego wilgotnych, gorących ust i rozgrzanej skóry... O dobry Boże, grzeszyłam myślami.
Chciałam, ale nie starczało mi sił, by się kajać.
Muszę też wyznać, iż nie mogłam nie pamiętać o tym, iż właśnie wówczas po raz pierwszy dosięgło mnie krwawienie miesięczne, przez co stałam się nieczysta... Wiadomo było przecież, że nie ma niczego bardziej nieczystego jak kobieta w swym okresie. Dobra Teresa czytała mi o tym z różnych świętych rozpraw. Czyż nie napominano tam, że cokolwiek by taka niewiasta dotknęła, stawało się to nieczyste, plugawe? Czyż mogłam wymazać z pamięci zdania potęgujące jeszcze moją ujmę: "Mulieres menstrua patientes stają u drzwi kościoła, ale nie wchodzą do środka, stoją jakby pod pręgierzem". Każdy wiedział, że obecność takiej niewiasty kala uroczystości nabożne, ale nie tylko - może nawet zwarzyć mleko albo przerwać fermentację wina w beczce i w ogóle spowodować wiele nieszczęść.
Czekałam na cud. Z nadzieją czekałem nadejścia nowej ery dla duszy kobiety, a że była ona płonna, o tym wiem dopiero teraz poniewczasie.
Z niewzruszoną ufnością w sercu czekałam na moją dziewiczą miłość, której na imię było Eduard.
Dobry Boże, z całą powagą czekałam na cud! Na szczęście była już późna nocna godzina i nadszedł zbawienny sen.
14.
Dzień następny nastał, a z nim nadciągnęła burza. Ciężkie, sine chmury nisko zwisały nad matką ziemią, jakby wraz z rozlegającym się od północy grzmotem chciały się do niej zbliżyć, choć na chwilę ją czule musnąć, zakosztować jej bliskości, myślałam sobie nawet - ucałować ją. Tak, tak, świat pełen jest najróżniejszych, niezgłębionych tajemnic.
W nocy, gdy zapadłam w głęboki sen, ktoś pozamykał w mojej komnacie okna i zdmuchnął ogień świec. Domyślałam się, iż zrobiła to Dobra Teresa. Sen często nie chciał przyjść do niej nocą. Cierpiała z tego powodu, wędrując bez celu po całym domu, nigdy się jednak nie skarżąc, ciemność bowiem i cisza, jak powiadała, stawały się sprzymierzeńcem wolno rozpuszczanych myśli. Chodziło jej o filozofię antyczną, którą nadzwyczaj kochała. W myślach starożytnych filozofów upatrywała ukrytego ziarna czegoś zupełnie nowego, czegoś, co - jak mi kiedyś wyznała - odmieni nasz wielki świat dogłębnie. Całe swe życie czekała na ową chwilę albo na jakiś nawet najmniejszy znak, jakąś nieokreśloną zapowiedź, iż wreszcie te nadzieje się spełnią. I nie chodziło jej wcale o liczne wygłaszane przez kaznodziejów groźby unicestwienia naszego świata przez rozgniewanego Stwórcę. Nie chodziło jej wcale o zemstę Boga za haniebne postępowanie ludzi. Dobra Teresa ufała, że zazna w swym życiu czegoś zupełnie innego, czegoś nowego, czegoś, co w sposób nieodgadniony wręcz zmieni jej i nasze życie. Tak, tak, dzisiaj wiem chyba lepiej, co mamka mogła mieć na myśli.
Dzisiaj wiem też, że moja opiekunka bardzo się myliła, uważając wychowanie mnie za sens jej doczesnego bytu. Niewątpliwie owa bezgraniczna wiara w to coś nowego i ta jej niezachwiana odwaga, z której brały się takie myśli, rozstrzygała o tym, kim tak naprawdę ta niewiasta była.
Wstałam, by otworzyć okno. Strasznie duszno zrobiło się w komnacie od ciężkiego, nagrzanego powietrza i dosłownie nie było czym oddychać. Pewnie też dlatego zbudziłam się tak wcześnie rano, jeszcze nim doszły mnie pierwsze odgłosy codziennej porannej krzątaniny służby.
A zwykle to Dobra Teresa wyciągała mnie z pierwszym kurem z pościeli, niezmiennie gderając przy tym o stracie czasu i grzechu, jakim jest bezczynne wylegiwanie się w łóżku do późnych godzin, mając na myśli - po wschodzie słońca.
Pod tym względem całkowicie zgadzała się z moim ojcem, który wciąż powtarzał za czcigodnym Lutrem, że człowiek stworzony jest do pracy jak ptak do latania.
O tak, muszę wyznać, że oboje, mój szanowny ojciec i Dobra Teresa, zgodnie wpoili mi ową cnotę, jak żadną inną, i że trwam w niej przez całe moje życie.
Długo stałam nieruchomo w otwartym na oścież oknie, rozmyślając o tym, jak to owego ranka przebudziła się zupełnie inna Elżbieta Katarzyna Koopmann, inna niż ta z dnia poprzedniego. Nie do końca byłam pewna, na czym owa przemiana miałaby polegać, wiedziałam już jednak, że nie będzie od niej odwrotu.
Ciche pukanie do drzwi przerwało moje rozmyślania, choć wciąż nie chciałam stawić czoła nadchodzącej codzienności. Pragnęłam być sama.
Dobra Teresa przekroczyła próg i w tej samej chwili silny podmuch wiatru z hukiem zatrzasnął otwarte okno. Drogocenne szkło z cichym brzdękiem posypało się z ołowianej oprawy.
- Wielki Boże, co tu się dzieje! Nie wolno stać w przeciągu! Przeciągi są najbardziej zdradliwe, tylekroć ci już mówiłam, panienko. Skaranie boskie z tą burzą, stary Perkunas znowu pioruny i błyskawice nosi... no i patrzcie, taka strata z tym oknem - gderała, wchodząc do pokoju. - Trzeba będzie zamówić nowe szkło w Mieście, a to swoje potrwa. Na Boga, panienko, nie stój w tym okropnym przeciągu... - mamka zatrzymała się pośrodku komnaty. Musiała dostrzec chyba coś w mojej twarzy, coś, co ją zdziwiło, gdyż z lekko otwartymi ustami i zmarszczonymi brwiami poczęła przyglądać mi się dużo uważniej niż zwykle. Nigdy tego w ten sposób nie robiła, więc nie wytrzymałam i uśmiechnęłam się do niej. Nie patrzyłam jej jednak w oczy, a gdzieś ponad jej głową.
- Zostaw mnie, Dobra Tereso, jeszcze przez jakąś chwilę samą. A śniadać będę w Małej Sali. Potem zabierzemy się do studiowania. No i przyślij jakąś dziewkę, niech tylko sprzątnie tutaj - odwróciłam się w stronę okna, które pozbawione ciężaru szybek rytmicznie postukiwało o framugę. Dwoma palcami ostrożnie podniosłam z podłogi kawałek zielonkawego szkła. Chwilę patrzyłam przez nie na ogród, myśląc o tym, że tak oglądany świat staje się nie tylko całkowicie inny, ale i obcy.
Drażniła mnie obecność mamki w komnacie, tuż za moimi plecami.
- Uważaj, panienko, na to szkło... - napomniała mnie dziwnie nieśmiało. Muszę wyznać, że nigdy jeszcze nie słyszałam u niej takiego tonu.
- Nie martw się o mnie, potłuczone szkło przynosi ponoć szczęście, idź już - odezwałam się głosem do złudzenia podobnym do tego mojej matki. Głosem ostrym, nieznoszącym sprzeciwu, jakbym obok siebie słyszała rodzicielkę, jakby to ona przeze mnie przemawiała, a nie ja sama. W pierwszej chwili zdziwiło mnie to wielce, zaraz potem jednak strach ścisnął mi serce. Jednakże było już za późno, co stało się, to się nie odstanie.
Za plecami usłyszałam ciężkie kroki Dobrej Teresy. Mogłabym je rozpoznać zawsze i wszędzie, nawet w największej ciemności i na samym końcu świata.
Mamka opuściła komnatę, zamykając drzwi z wielką ostrożnością. Ze wstydu i z żalu łzy napłynęły mi do oczu. Krok po kroku, ale nieodwołalnie, traciłam ten swój ziemski raj, jakim było - a to za sprawą Dobrej Teresy - niezwyczajnie długie dzieciństwo.
Oprócz intensywnych studiów wymyślała przecież wciąż nowe zabawy, jakby czas zatrzymał się dla mnie w tym Roku Pańskim, kiedy to dane mi było skończyć osiem lat. Starszym dzieciom nie uchodziły przecież ani psoty, ani zabawy, które by świadczyły o lenistwie, a nawet haniebnej rozpuście. Dobry Boże, żyjąc w Bąkowie, z dala od surowych rodziców nabyłam wiele nadzwyczajnego uwielbienia nie tylko dla rozumu i wiedzy, ale także sztuki i piękna płynącego z samej natury. Serce wyrywało mi się do tych rzeczy, to one stanowiły świątynię dla mojej duszy. Nikt nie mógł się jednak o tym nigdy dowiedzieć. Dulce est desipere - słodko jest być głupim, powtarzała często Dobra Teresa. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam przeczuwać, co mogła mieć na myśli.
Ukradkiem, jakby mnie miał ktoś podglądać, otarłam łzy i ganiąc samą siebie za wszelką słabość, szeptem przywołałam się do porządku: - Daj już spokój, Elżbieto, weź się w garść, daj spokój.
I tak w kółko to samo. Pewnie robiłabym to bez końca, gdyby nie nadeszła pora, by zabrać się za poranną toaletę i odziać stosownie do kapryśnej pogody za oknem.
Tak, tak, pamiętam dobrze, jakby to było wczoraj, tego ranka po raz pierwszy bez napomnień Dobrej Teresy i jej surowego wzroku, nałożyłam na głowę płócienny czepek, pod którym starannie ukryłam bujne włosy.
Tak przygotowana do rozpoczęcia nowego życia, jak mi się zdawało, postanowiłam zwyczajem szanownej matki najpierw zejść do kuchni, a dopiero potem zasiąść do śniadania w Małej Sali.
Już z daleka doszły mnie odgłosy ożywionej rozmowy kuchennych dziewek z ochmistrzynią. Co chwilę któraś z nich wybuchała szorstkim, pospolitym śmiechem, który przechodził w tłumiony chichot. Znałam tę ich paplaninę, tym razem odniosłam jednak wrażenie, iż mają sobie coś nadzwyczaj ważnego do opowiedzenia, a dowodem tego było, że ochmistrzyni też uczestniczyła w tej gadaninie.
- No, teraz to się pewnie wiele zmieni, miejcie się dziewki na baczności - napominała swe podopieczne ostrym tonem. Nie zauważyła, iż stanęłam w progu, bo dalej ciągnęła tym samym podnieconym głosem, przymierzając się do wyjęcia ciasta z dużej drewnianej dzieży. Nastawiła je pewnie z wieczora, bo było dobrze wyrośnięte i za każdym dotknięciem tworzyły się na nim i od razu pękały małe bąbelki powietrza. Z głośnym plaskiem rzuciła ciasto na stół, nie zważając na skryte znaki, jakie dawały jej dziewki. W tym samym momencie uzyskałam pewność, że mowa była właśnie o mnie.
- Teraz to skończą się wszystkie te trefnisiowe głupoty, o pomstę do nieba takie nieobyczajne zachowanie przecie wołało. Tak to już sobie Najjaśniejszy Pan obmyślił i każdą jedną niewiastę takowa kara dosięgnie, że stanie się ona nieczysta, i tę spod pańskiego, wysokiego dachu, i tę z kurnej chaty. Teraz pora będzie zacząć myśleć o jakimś chłopie, co to wszystkie te uczone głupoty z głowy jej wybije... jak tylko przyjdzie do pokornego rozłożenia nóg w małżeńskim łożu.
Ochmistrzyni z widocznym rozdrażnieniem poczęła wyrabiać ciasto. Jej mocne, prawie męskie dłonie pokryły nabrzmiałe z wysiłku żyły. Nie chciałam o niczym innym myśleć, tylko o tych spracowanych dłoniach, które wcześniej do biała wyszorowały masywny kuchenny stół.
Cudza ciężka praca od zawsze wzbudzała we mnie respekt, bez względu na to, jakiego była rodzaju. W mojej naturze było bowiem coś, co kazało mi gardzić ludźmi bezczynnymi, marnotrawiącymi czas dany przez dobrego Boga. Tak, tak, cudza praca wzbudzała w moim sercu wielki szacunek. I tak miało pozostać.
- Szczęść Boże wszystkim - rzuciłam sucho w kierunku ochmistrzyni. - Czekam na śniadanie w Małej Sali, Zofio.
Odwróciłam się na pięcie, nie czekając na to, co kobieta miałaby mi do powiedzenia, i niespiesznie wyszłam z kuchni.
15.
Małą Salą nazywaliśmy komnatę w bocznym skrzydle dworu, przewidzianą do podejmowania gości, jeśli ich liczba była za mała albo ich pozycja zbyt mierna, by dostąpili zaproszenia do Dużej Sali.
Dokąd jednak moja pamięć sięgała, nikogo tam nie goszczono, a mnie i Dobrej Teresie miejsce to służyło do studiowania.
Lubiłam tam przebywać, przede wszystkim ze względu na spokój panujący w tej części dworu, z dala od głównego dziedzińca i kuchni, gdzie zwykle się wszyscy często bez potrzeby kręcili.
Ściany Małej Sali zdobiło sześć dość miernych, jak mi się wydaje, obrazów przedstawiających sześć prac Tezeusza, z których każda bez wyjątku polegała na unicestwieniu jakiegoś okrutnika. Znajdowałam wiele przyjemności w oglądaniu tych mitycznych historii i prawdę powiedziawszy, nigdy mi się one nie sprzykrzyły, choć znałam nie tylko każdy szczegół owych malowideł, ale i w najdrobniejszym detalu każdy z tych mitów spisany w grubej księdze, a nie ukazany na płótnie.
Na pierwszym z nich Tezeusz zabija zbója Perifetesa jego własną maczugą, którą ten wcześniej roztrzaskiwał głowy niewinnym podróżnym. Następny obraz pokazywał śmierć potwornego olbrzyma Sinisa, zwanego "naginaczem sosen". Okrutnik ten zmuszał podstępnie wędrowców, by pomagali mu naginać do ziemi drzewa, które niespodziewanie puszczał, a biedaków wyrzucało w górę niczym ze śmiercionośnej katapulty. Dzielny Tezeusz uśmiercił olbrzyma w taki sam sposób, jak on to innym czynił. Na pozostałych płótnach młodzieniec ów jednym ciosem miecza zabija wielką dziką świnię, która wcześniej zdążyła rozszarpać niezliczoną liczbę śmiertelników. Potem poskramia łotra Skirona, oczywiście jego własnym okrutnym sposobem, to znaczy pod skałą na wysokim urwisku każe mu umyć sobie nogi, a kończy to się tak, że Tezeusz jednym kopnięciem strąca łotra w przepaść, gdzie rozrywają go na strzępy olbrzymie żółwie, jak to się wcześniej z innymi działo. Wreszcie ostatni z obrazów ukazywał, jak dzielny młodzieniec rozprawia się ze złoczyńcą Prokrustesem, niejakim "rozciągaczem". Człowiek ten posiadał przy drodze dom z dwoma łożami, jednym dużym, drugim małym. Przebiegle zapraszał on wędrowców na nocleg, kładąc dużych na małym posłaniu, a małych na dużym. Aby wszystko pasowało, przycinał wystające członki dużych i rozciągał ciała małych. Tezeusz skończył z nim raz na zawsze, zadając mu na jednym z łoży taką samą śmierć.
Tego ranka, czekając w Małej Sali na śniadanie i swoją opiekunkę, odkryłam, że owe barwne przygody dzielnego Tezeusza to nic innego jak nieuchronność zapłaty za grzechy, których się dopuścimy. "Kto mieczem wojuje, ten od miecza zginie" - można by rzec.
Nigdy nie myślałam o dziejach Tezeusza w ten sposób.
Pojawienie się Dobrej Teresy w drzwiach przerwało moje rozmyślania. W świeżo wykrochmalonej białej, letniej szacie wyglądała niczym olbrzymi anioł. Chyba dostrzegła coś w wyrazie mojej twarzy, po raz pierwszy w życiu bowiem pokłoniła mi się lekko.
- Dzień dobry, panienko - odezwała się z większym dystansem w głosie niż zwykle. - Wcześnie dziś opuściłaś swe łoże, ano już...
- Dzień dobry, Dobra Tereso - przerwałam jej sucho i bez najmniejszej nuty skargi w głosie dodałam: - Nie dało się dziś wytrzymać w pościeli, tak gorąco było w mojej komnacie. A nad ranem nie mogłam już nawet na chwilę zmrużyć oka. Wejdź no, Dobra Tereso, wreszcie do środka...
Sama nie wiem, jak to się stało, lecz nie podniosłam się z krzesła i nie dygnęłam, jak to zwykle czyniłam na powitanie mamki. Siedziałam nieruchomo niczym słup soli, jakbym miała przed sobą zwykłą sługę.
Myśląc o tym, wprawiłam w ruch stojący obok na pulpicie wspaniały globus obrazujący naszą Ziemię. Kula poruszyła się opornie, by prawie natychmiast się zatrzymać.
- Powiedz, Dobra Tereso, czy wszystkie złe uczynki zostają prędzej czy później ukarane? Powiedz mi, wierzysz w to? Bo spójrz na te obrazy, Tezeusz szedł ku chwale, każąc grzesznikom płacić za ich występki jeszcze za ich życia doczesnego. Powiedz mi więc, czy naprawdę trzeba wierzyć, że dane jest nam takową karę ponieść jeszcze za życia, że jest ona nieunikniona tak samo jak... jak na przykład nadejście kolejnej pory roku?
- A jakąż to odpowiedź chciałabyś usłyszeć, panienko? - Dobra Teresa zamknęła drzwi, sprawdzając dwukrotnie, czy aby na pewno to sumiennie uczyniła, po czym rozsiadła się na krześle obok pulpitu do pisania. Trudno mi było odgadnąć, czy czuje się moim wyniosłym zachowaniem urażona.
- Prawdziwą, Tereso! Prawdziwą odpowiedź chciałabym od ciebie usłyszeć! - Nie mogłam ukryć rozdrażnienia, choć bardzo sobie tego życzyłam. Przez chwilę udałam więc, jak to z wielkim zainteresowaniem przyglądam się mahoniowemu drewnu, z którego wykonano pulpit. Przeciągnęłam po nim palcami, połyskiwało niczym dobrze wyczyszczony mosiądz, a w dotyku miało coś z jedwabiu, jednocześnie tak ulotnego, jak niezwykle trwałego.
- No i co ty na to, Dobra Tereso, nic nie powiadasz? Milczysz, bo nie znasz odpowiedzi? - Oderwałam w końcu oczy od mahoniowego pulpitu i odważyłam się spojrzeć mamce w oczy. Nie znalazłam w nich nic, jak mi się zdawało, oprócz pustki, jakby ich właścicielka przeniosła się w myślach gdzieś bardzo daleko.
- Pytasz mnie, panienko, czy znam odpowiedź? - Moja opiekunka lekko odchyliła do tyłu głowę, opierając swoje wielkie plecy o oparcie krzesła. Teraz dopiero, w porannym świetle padającym z okien, ujrzałam, jak bardzo musiała być zmęczona. Jej zapadłe oczy nie były nieobecne, lecz zmęczone, ze starości i widocznie znowu źle przespanej nocy.
- Ano znam, choć nie wiem, czy to jedyna prawdziwa odpowiedź... Powiem ci tylko tyle: gdyby tak było, jak mówisz, nikt by na tym świecie nie grzeszył i grzeszników nie płodził. A w księgach o czasach dawnych możesz przeczytać, że od zarania dziejów właśnie przez te grzeszne czyny ludzkość została zapamiętana i uwieczniona. To one wyznaczyły naszą, człowieczą drogę po dziś dzień. Grzech tak samo należy do naszego świata jak dobry uczynek. Ano, tak sobie myślę... grzeszny uczynek to sprawa twego sumienia, panienko, czasami jednak nie będziesz miała żadnego wpływu na to, co czynisz, i nie pozostanie ci żaden inny wybór. Ano nieznane są drogi boskie i...
- Czy ty mnie kochasz, Dobra Tereso? - przerwałam jej. Już nie odczuwałam poprzedniego rozdrażnienia, a jedynie jakiś bezkresny smutek. Zachciało mi się strasznie płakać, choć nie miałam pojęcia, skąd te łzy się brały. Odkąd z woli moich rodziców przestano traktować mnie jak dziecko, a stało się tak w dniu, kiedy to dane mi było ukończyć ósmy rok życia, nie uchodziło mi takie okazywanie słabości, odpowiednie co najwyżej dla małych dzieci i starych kobiet. Mamka bez słowa podała mi swą własną pięknie haftowaną batystową chusteczkę.
- Ano kocham cię, moje słoneczko, i zrobię wszystko, by pozostać przy tobie do końca swych dni. Nie ma chwili, abym nie prosiła Najświętszego Pana o jeszcze trochę sił, a to tylko po to, by wolno mi było ci towarzyszyć... na dobre i na złe, panienko. Znasz mnie dobrze i wiesz, że nie jestem podatna na zmiany wiatru jak kogut na dachu kościelnym.
Słowa Dobrej Teresy otuliły mnie jak lekki muślinowy welon, pieszcząc moją duszę i wlewając w serce otuchę i odwagę, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie dane mi było doznać. - Jakie to dziwne - pomyślałam sobie - niektóre słowa mogą mieć moc wręcz czarodziejską; moc zbawiennej zbroi. Mogą też przeszywać serce na wylot jak ostra lanca.
Jednak nawet wtedy, mimo że moje serce wypełniała wdzięczność dla mamki i miłość do niej, nie zwierzyłam jej się z tego dziwnego niepokoju, który nie pozwalał mi - odkąd sięgałam pamięcią - pogodzić się z moim przez naturę wyznaczonym losem. Nie pokazałam jej też, jak bardzo ją kocham.
16.
Trzeciego dnia nadszedł list dostarczony przez umyślnego i zaadresowany z wielkim szacunkiem do Dobrej Teresy.
Pismo owo nadeszło z samego rana, zastając mamkę w kapliczce na porannych modłach. Wszyscy we dworze dobrze wiedzieli, że jej pobożne skupienie jest święte i pod żadnym pozorem nie można go przerywać.
List wywołał wśród służby wielkie poruszenie, nie przysyłał go bowiem mój czcigodny ojciec, jak zrazu sądzono, a ktoś zupełnie inny.
Przybyły konno posłaniec był młodzieńcem niewiele starszym ode mnie. Miał delikatne rysy twarzy szlachetnie urodzonego, jednak po jego zniszczonych, przypominających szpony dłoniach i przygarbionych plecach od razu było wiadomo, że pochodzi on z niższego stanu i już jako małe dziecko został zaprzężony do ciężkiej pracy. Teraz najwidoczniej jego pozycja znacznie się poprawiła, gdyż był schludnie odziany w porządne, choć skromne szaty.
Z miny posłańca od razu można było odczytać, jak bardzo przejęty jest rolą doręczyciela listów, a więc kogoś, kogo obdarzono wielkim zaufaniem. Z uroczystą powagą zajął wskazane przez ochmistrzynię miejsce przy kuchennym stole i ani na chwilę nie wypuścił z ręki starannie złożonych arkuszy papieru z wielką czerwoną pieczęcią. Nawet z poczęstunku oferowanego mu przez Zofię chciał skorzystać dopiero wtedy, gdy przekaże list w ręce Dobrej Teresy.
Jakże pragnęłam pozostać w pobliżu posłańca, ale w kuchni aż roiło się od wścibskich dziewek, które w wielkim poruszeniu i niby z wielkim zapałem oddawały się pracom kuchennym, a co rusz spoglądały z tłumionym chichotem na nieznanego przybysza. Chwilę nawet rozważałam, czy aby nie przepędzić ich wszystkie na cztery wiatry, na przykład do domku na tyłach dworu, w którym znajdowała się pralnia. Choć nie był to dzień prania, zawsze znalazłoby się tam coś do roboty, a i natrętne te istoty mogłyby pozostać z dala od tajemniczej przesyłki. Dotąd jednak nie zdarzyło mi się takowych poleceń wydawać, więc choć całkowicie do mnie przystawały, pewnie zwiększyłyby tylko i tak już wielkie poruszenie wśród ludzi z obejścia.
Nie pozostawało mi więc nic innego, jak zająć miejsce na ławce w cieniu rozłożystego dębu i bez przeszkód śledzić to, co się dzieje we dworze.
A że ranek był niezwykle chłodny jak na tę letnią porę, puściłam się pędem do komnaty po wełnianą chustę, którą mogłam się okryć, udając, że całkowicie pochłania mnie studiowanie francuskich słówek.
Czas upływał niezwykle wolno, a mnie rozbolały plecy od tego udawania, z jakim to przejęciem i w jak wielkim skupieniu studiuję francuską mowę. Pathei mathos - przez cierpienie wiedza, mawiali starożytni Grecy, a za nimi Dobra Teresa, podziwiając każdorazowo wielką mądrość tej starej tradycji.
Tak, tak, tego dnia mamka modliła się szczególnie żarliwie, zwykle bowiem kończyła na kilku krótkich psalmach. Niestety, zdarzało się, że pozostawała w kaplicy dłużej, wówczas popadała jakby w całkowite odrętwienie, spowita w jakiś dziwny sen na jawie. Zdawała się wtedy nie wiedzieć, co się wokół niej dzieje, i tylko rytmiczne, ledwo dostrzegalne kołysanie się jej ogromnego ciała i wyprostowana postura świadczyły o tym, że coś jest na rzeczy. I że to coś nie ma nic wspólnego z żarliwą modlitwą. Ze dwa, a może trzy razy udało mi się w takich chwilach ukradkiem na nią popatrzeć i za każdym razem przejmował mnie dziwny lęk. Nie umiałam bowiem pojąć, co też się z nią dzieje, czy może chodzi o jakąś tajemną zdrożność bądź tylko o przesadną egzaltację, wyniesioną z czasów spędzonych za murami klasztoru? Kiedyś nawet zdobyłam się na odwagę i spytałam o to Dobrą Teresę. Długo patrzyła na mnie, jakby starała się zrozumieć, o co mi chodzi. I tak długo to trwało, aż w końcu czułam się zmuszona powtórnie zadać to samo pytanie.
Wreszcie gdy poczęłam już żałować swojej niepohamowanej ciekawości, odparła, że w ciszy i spokoju, odgradzając się od świata i wszystkich cielesnych przypadłości, próbuje zrozumieć i udoskonalić swoją duszę, a wcześniejsza modlitwa jest tego nieodzownym warunkiem, jakby przygotowaniem podatnego gruntu pod kiełkujące ziarno.
Taka była Dobra Teresa, inna niż wszyscy znani mi ludzie. Próbowała zrozumieć i udoskonalić swoją duszę po uprzednim przygotowaniu gruntu!
Tak mnie te myśli bez reszty pochłonęły, że nawet nie zauważyłam, kiedy z kolan ześliznął mi się oprawiony w skórę słownik z francuskimi słówkami. Upadł na ziemię do góry grzbietem i kilka stron się zagięło. Szczęśliwie, żadna z nich nie uległa zniszczeniu, a tylko nieco się pogniotła. Bezzwłocznie zajęłam się wygładzaniem tych zagnieceń i wtedy to dobiegły mnie odgłosy ciężkich kroków. Nie musiałam nawet spoglądać w stronę kapliczki, by wiedzieć, że to Teresa nadchodzi. Szybko ukryłam więc słownik w fałdach wełnianej chusty, obawiając się reprymendy za nadwyrężone strony drogocennej księgi.
- Szczęść Boże, Dobra Tereso! - krzyknęłam w jej stronę, uśmiechając się przy tym, jak tylko najsłodziej umiałam. Cały czas miałam na uwadze, iż mamka bywa uparta niczym jej jednouchy muł i nigdy nic z nią nie było wiadomo. A ja przecież tak bardzo chciałam się dowiedzieć, jakież to nowiny zawiera list przyniesiony przez posłańca.
- Otrzymałaś list, Tereso, umyślny go dostarczył! Oczekuje twojego nadejścia w kuchni już od samego rana! - Skoczyłam na równe nogi niczym oparzona. Tak, tak dłużej już nie mogłam wytrzymać tego radosnego napięcia, które zdawało się rozpierać moje piersi. Wymachując francuskim słownikiem, puściłam się pędem w kierunku mamki.
- Pośpiesz się, no proszę... on czeka w kuchni, Dobra Tereso, nie je, nie pije, tylko ściska ten list w ręku i na ciebie czeka!
- Ano nie ciągnij mnie tak, panienko, to nie przystoi, słowa z papieru nie ulecą - mamka próbowała wyrwać rękę, za którą ją chwyciłam. Z całych sił ciągnęłam Dobrą Teresę w kierunku dworu.
- Szaty mi porwiesz, panienko... wielki Boże, co z tobą? Ostatnimi czasy humory tobą targają, jakich świat nie widział - gderała rozzłoszczona na dobre.
No cóż, wiedziałam, że takie zachowanie mi nie przystoi, zwłaszcza że jeszcze dwa dni temu zachowałam się w stosunku do niej jak wielka pani, tak wyniośle, żądając należnego mi z racji pochodzenia respektu.
- Przyśpiesz kroku, Tereso - ciągnęłam ją za sobą dalej, zwolniłam jednak trochę, słysząc jej chrapliwy, krótki oddech.
Na wiele się to nie zdało, gdy bowiem wreszcie dotarłyśmy do kuchni, mamka sapała niczym miech kowalski. Krew napłynęła do jej szerokiej twarzy i można się było obawiać, że będzie szukać stamtąd na gwałt ujścia. Z ulgą opadła na krzesło przy szerokim kuchennym stole.
- Już was tu nie ma, dziewki! Zabierzcie mi się stąd, tu nie jarmark świąteczny - huknęła w stronę służących, które wciąż w ten sam wścibski sposób gapiły się na przybysza. - Niech Zofia rozdysponuje robotę w pralni i w obejściu - zwróciła się tym samym tonem do ochmistrzyni. - Trzeba pokoje przygotować i wszystko, co do tego się należy przed przyjazdem czcigodnych państwa z Miasta. No, już, już - zamachała ręką, jakby odganiała namolne ptactwo ze świeżo oporządzonych grządek.
Na posłańca, który na jej widok skoczył na równe nogi, kłaniając się nisko wielokrotnie, jakby ćwiczył menueta, spojrzała dopiero po wyjściu służby. Argusowym okiem przyglądała mu się w milczeniu, jakby czas wcale jej nie naglił.
- Mów chłopcze, kto cię przysyła, - odezwała się wreszcie.
- Czcigodny pan Eduard Hayn z majątku Warcz, syn burgrabiego...
- Dosyć chłopcze, już nam ano wszystko wiadomo - nie wiedzieć czemu, mamka była nie na żarty rozjuszona. Przeczuwała coś, czego nie dane mi było się nawet domyślać?
Gorączkowo próbowałam odgadnąć, co dzieje się w jej sercu.
- Mój pan przykazał mi wpierw spytać, czy czcigodna pani Teresa włada słowem pisanym? - Chłopak przestępował nerwowo z nogi na nogę, zrazu widać było, że obecność Dobrej Teresy bardzo go onieśmiela.
- Włada słowem pisanym? Wielki Boże, dodaj mi siły! - Oczy Dobrej Teresy powędrowały w kierunku niebios. Tak naprawdę to nie miałam pojęcia, co mogła mieć na myśli, w końcu mało która z niewiast takową umiejętność posiadła. - Przekaż swemu panu, iż niejedną księgę dane mi było przeczytać, i daj mi wreszcie ten list, chłopcze - wyciągnęła niecierpliwie rękę w kierunku posłańca.
Tak, tak, muszę przyznać, że struchlałam w tamtej chwili, wyobraziłam sobie bowiem, iż list ten nie powędruje do hardej mamki, a nieodczytany powróci do Eduarda. Serce biło mi tak mocno, jak jeszcze nigdy wcześniej w życiu. Ze wszystkich sił powstrzymałam się, by nie wyrwać posłańcowi z rąk arkuszy zapisanych przez Eduarda - mojego Eduarda, z oczami rozsiewającymi złociste iskierki, z dłońmi, których dotyk rozpalał moje zmysły, pobudzał do marzeń, jak ciepły letni wieczór przepojony słodkim zapachem egzotycznego jaśminu. Mój Eduard, który przysięgał mi niezłomną miłość do końca swoich dni.
- Podaj wreszcie czcigodnej Teresie ten list! - Nie wytrzymałam i tupnęłam głośno nogą. Chłopak najwyraźniej wystraszył się tego nagłego wybuchu złości z mojej strony i nie pisnąwszy ani słówka, kłaniając się nisko, podał Dobrej Teresie zapieczętowane arkusze.
17.
Jedynie rytmiczne poskrzypywanie gęsiego pióra na papierze zakłócało ciszę zalegającą Małą Salę. Co jakiś czas jednak i te odgłosy ustawały. Wtedy to Dobra Teresa odkładała gęsie pióro tuż przy kałamarzu umieszczonym w specjalnym zagłębieniu na pulpicie i z wielkim namaszczeniem wbijała wzrok w to, co akurat udało jej się napisać. Z surowo ściągniętych brwi od razu było widać, że z jakiegoś tylko sobie wiadomego powodu nie jest zadowolona z owoców swojej pracy. I wtedy jej ręka niczym zaczarowana wędrowała w kierunku równo ułożonych arkuszy czystego papieru, jakby chciała po nie sięgnąć. Na tym się jednak kończyło, Dobra Teresa była nadzwyczaj oszczędna i nigdy nie pozwalała sobie na jakiekolwiek marnotrawstwo. Rozrzutność traktowała jako grzeszny i niegodny występek, tak samo zresztą jak lenistwo czy obżarstwo... Tak, tak, moja opiekunka posiadła wielką wiedzę na temat grzechu, można by nawet powiedzieć, że jak trzeba było, potrafiła godzinami roztrząsać tę kwestię: co jest grzechem? Czy przed Bogiem liczy się tylko grzeszny czyn, czy też w równej mierze samo upodobanie w nim, albo wspominanie występku lub sama chęć czynienia rzeczy zabronionych? A co z żalem, że nie zostały one popełnione? W takich chwilach zawsze miałam wrażenie, że w mojej mamce odzywa się przewrotne diabelskie piętno, jakim została naznaczona, rodząc się jako katoliczka.
Byłam nie na żarty rozzłoszczona z powodu zachowania Dobrej Teresy. Nie wyznała mi, co Eduard napisał w liście, a ja nie śmiałam jej o to zapytać. Złożyła go tylko bez słowa, a potem głęboko zamyślona długo przyglądała się złamanej pieczęci.
- Ano, chodź ze mną panienko - odezwała się wreszcie, przenosząc wzrok z listu na mnie. - Trzeba nam udać się do Małej Sali, tam w ciszy i spokoju skreślę kilka słów do czcigodnego Eduarda.
No i zasiadłyśmy w Małej Sali, jakby to był czas na studiowanie, tyle że tym razem to Dobra Teresa pociła się nad pulpitem do pisania, a ja bezmyślnie spoglądałam w kierunku okien, jakbym na pamięć uczyła się sposobu, w jaki kunsztownie udrapowano jedwabne zasłony. Były bardzo piękne, w kolorze łososiowym, nie istniało jednak nic bardziej jałowego ponad roztrząsanie spraw tak mało istotnych w życiu, jak zawieszenie zasłon.
Dobry Boże, niepewność co do tego, jaką wiadomość przesyła Eduard, zamieniła moje serce w tchórzliwego, przerażonego zajączka.
W jednej chwili kochałam moją mamkę i nienawidziłam jej. Pochylona nad arkuszem papieru, z zagryzioną dolną wargą i ściągniętymi brwiami niczym małe dziecko, któremu przydzielono zadanie przerastające jego skromne umiejętności, wzdychała głośno, drapała się za uchem, wierciła na krześle.
Czas niemiłosiernie się dłużył, zatrzymałam wzrok na jednym z podłużnych wielkich luster w złotej ramie zawieszonych między oknami. Dziewczyna, która odwzajemniła moje spojrzenie, zdawała się nie mieć ze mną nic wspólnego.
Była, można by rzec, piękna. Cerę miała bez skazy, jaśniejącą blaskiem alabastru, którego nie dałoby się wyczarować za pomocą żadnej szminki. Długie, bujne, jasne włosy łagodnie okalały drobną, podłużną twarz z wielkimi, niebieskimi oczami i lekko wysuniętą do przodu brodą. - Ta broda to oznaka zaciętego, grzesznego uporu - mawiał mój czcigodny ojciec nie bez dumy zawsze wtedy, gdy mowa była o zaletach mojego panieńskiego wyglądu. Nie miałam pojęcia, co mógł on mieć na myśli.
Za to zawsze niezmiennie dziwiłam się, widząc swoje lustrzane odbicie. W wyobraźni bowiem jawiłam się sobie jako ktoś zupełnie inny, a już na pewno nie ktoś, komu dane było przyjść na świat z całą tą okazałą krasą.
Obserwując swe odbicie, poprawiłam się na krześle i usiadłam przykładnie wyprostowana. Stopy ustawiłam równo obok siebie, wygładziłam suknię na kolanach, a lekko splecione dłonie ułożyłam luźno na podołku. Lustro odpowiedziało mi obrazem pozy doskonałej damy. Bez śladu skrępowania czy spięcia, przykładnie, jak się należało.
- Nie wlepiaj tak oczu w to lustro, panienko, jeszcze jakiego diabła tam ujrzysz. Lepiej na dwór byś trochę wyszła albo zajęła się czymś pożytecznym. Ano sama widzisz, jak to pisanie mi dziś nie idzie, a w samotności i z pomocą Boską może mnie oświeci - Dobra Teresa nawet nie spojrzała na mnie, mówiła jakby do arkusza papieru przed jej nosem albo do gęsiego pióra, którego dla odmiany tym razem nie odłożyła obok kałamarza, a obracała w palcach, plamiąc je sobie inkaustem. Głos miała przy tym surowy i stanowczy, niecierpiący sprzeciwu. Mimo to zebrałam w sobie całą odwagę i zaprotestowałam cicho.
- Dobra Tereso, pozwól mi tu zostać, ani trochę nie będę ci zawadzać... a może nawet posłużę ci jakąś pomocą?
- Powiedziałam: wyjdź na dwór, panienko.
- Ale to mnie Eduard przysięgał wieczną miłość i to z pewnością mojej i jego osoby dotyczy list, który napisał!
Sama nie mogłam uwierzyć w to, że z moich ust wyszły owe słowa. A cóż dopiero mówić o Dobrej Teresie. Spojrzała na mnie gwałtownie, z przerażeniem na twarzy, jakby ujrzała wcielenie samego szatana. Tak, tak, od razu wiedziałam, że źle postąpiłam.
Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że przebywając stale na wsi, nie żyłam pod ciągłym przymusem, i zarówno salonowa nieszczerość, jak i sztuczność miejskiego wychowania zostały mi w dużej mierze zaoszczędzone, dzięki czemu nie przemieniły się też w mój charakter.
Mamka wyprostowała się na krześle, wyglądała niczym posąg uosabiający zgorszenie.
- Nigdy więcej nie waż się o tym wspominać, panienko, jeśli nie chcesz ściągnąć na nas jakiego nieszczęścia! - grzmiała, zapominając przy tym chyba, że jej słowa mogą dotrzeć do cudzych, nieupoważnionych uszu. - Na Boga, posłuż się, Elżbieto, swym rozumem i rozważ każde słowo, które na przyszłość wypowiesz, i ćwicz się w cierpliwości. To wielka cnota, zapamiętaj to sobie - przymknęła na chwilę oczy, wzdychając przeciągle, po czym jakby nigdy nic sięgnęła po nowy arkusz. Z wielkim namaszczeniem położyła go w miejsce starego i wbijając wzrok w niezapisany jeszcze papier, gderliwym, ale o ileż łagodniejszym niż poprzednio tonem dodała: - A Bóg mi świadkiem, że mam na uwadze tylko i wyłącznie twe dobro, panienko, i to też zapamiętaj sobie raz na zawsze.
- Nie gniewaj się, Dobra Tereso, za moją porywczość. Obiecuję ci, już nigdy, przenigdy nie zapomnę o rozwadze i powściągliwości - niepomna wcześniejszych przemyśleń z wielką żarliwością złożyłam ręce jak do modlitwy. - Już opuszczam komnatę, tak jak kazałaś...
- Ano... no dobrze, już dobrze. Zawierz mi tylko, panienko. Zrobię wszystko, co w mojej mocy... zawierz mi tylko. Zajmij się jakąś pożyteczną robotą, bezczynność jest największym wrogiem duszy.
18.
Gdy opuszczałam Małą Salę, było mi już dużo lżej na duszy. Przez chwilę sprawa listu od Eduarda przestała zaprzątać moje myśli i zaczęłam się nawet w jakimś dziwnym radosnym uniesieniu zastanawiać, czym by się tu pożytecznym zająć, tak by ukontentować mą opiekunkę. Nic jednak odpowiedniego nie przychodziło mi do głowy, postanowiłam więc udać się do domku na tyłach dworu, w którym znajdowała się pralnia, i sprawdzić, czy dziewki kuchenne za bardzo się nie lenią.
Letnia pora znowu przypomniała o sobie i na świecie zrobiło się wprost upalnie, a poranny chłód zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W nozdrzach czułam niepowtarzalny zapach, jaki roztacza wilgotna, nagrzana ziemia. - To gorące promienie słoneczne łaskotały naturę, wydobywając z niej wszystko to, czego by dobrowolnie nie wydała - wspomniałam słowa Dobrej Teresy. Cieszyłam się tą chwilą, upatrując w niej coś nadzwyczajnego, tak samo jak cieszyłam się tym, że grubą wełnianą chustę pozostawiłam przewieszoną przez krzesło w Małym Salonie.
Zatrzymałam się na progu pralni w rozwartych na oścież drzwiach. Z mrocznego wnętrza dochodził cichy śpiew służących i zapach mydlin zmieszany ze smrodem sadzy z komina. Wyglądało na to, że dopiero co zdążyły rozpalić palenisko pod wielką kadzią z wodą na pranie. W jednym z ciemnych rogów słychać było też równomierne poklepywanie tłuczkiem, to pewnie któraś z dziewek obrabiała większe sztuki bielizny pościelowej. Weszłam do środka, starając się oswoić oczy z panującym tam mrokiem.
- Szczęść Boże wszystkim - odezwałam się pierwsza, nim zdążyły mnie zauważyć, i choć trudno w to było uwierzyć, wszystkie trzy zajęte były swoją robotą.
Na pozdrowienie odpowiedziały chórem, nie odrywając się jednak ani na chwilę od swoich zajęć. Jedna z nich, Anna od młynarza, urabiała drewnianym tłuczkiem ociekające wodą lniane prześcieradła, druga zaś, której na imię było chyba tak jak mnie, Elżbieta, obracała w balii z wielkim nabożeństwem co delikatniejsze sztuki, takie jak jedwabne pończochy czy chustki na szyję i szale. Obłoczki zimnej piany zawisły na jej dłoniach, połyskując niczym drogocenne klejnoty.
Trzeciej dziewki nie widziałam z twarzy, bo na klęczkach doglądała paleniska pod wielkim kotłem.
- Ki czort wlazł tu, za nic w świecie nie daje się dziś rozniecić ognia... Matko Przenajświętsza, cugu od rana nie ma, sadzą wszędzie czuć, jak nie wiem. Gałązek przecież suchych naniosłam, no i na nic się to nie zdało... - lamentowała monotonnym głosem, jak to zwykle miały we zwyczaju czynić proste niewiasty. Pewnie sama z góry wiedziała, iż nic tu jej skargi nie pomogą.
- Czyś ty, Anno, rozum straciła? Ognia nie zdołasz rozniecić? Niech no się czcigodna Teresa o tym dowie, to zaraz cię do twych ludzi, do tego błocka, odeśle - Elżbieta, ta od jedwabiu, szeroko uśmiechnęła się do mnie znad balii, ukazując całkiem dobre zęby. Z tym "błockiem" to pewnie miała na myśli pobliską cegielnię, w której cała rodzina owej Anny od świtu do nocy ciężko tyrała.
Moja imienniczka uśmiechnęła się figlarnie i wierzchem dłoni spróbowała odsunąć sobie z czoła płócienny czepek zsuwający się na oczy. Niewielki obłoczek srebrzystej piany zawisł jej tym razem na nakryciu głowy niczym szczątki aureoli biblijnych świętych. Wyglądało to naprawdę zabawnie.
Nie odwzajemniłam jej jednak uśmiechu, choć wielką na to miałam ochotę. Już wkrótce powinnam stać się prawdziwą panią domu i nie będę mogła pozwalać sobie na jakąkolwiek pobłażliwość w stosunku do służby czy też nawet najmniejsze spoufalanie się z nimi. Tak, tak, musiałam mieć to na uwadze, choć przyznam, że wcale się do tego bycia panią domu nie paliłam. Bo cóż to mogło też oznaczać, jeśli dobrze przyjrzeć się mojej szanownej matce?
Dużo bardziej pociągały mnie księgi o starożytnych kulturach, o wiedzy astronomicznej i to nie tylko o ruchach ciał niebieskich, z których korzystali astrolodzy, tworząc kalendarze astronomiczne. Dane mi było poznać przecież niejednego z wielkich mędrców naszego świata: choćby tego starego Greka, matematyka Pitagorasa, który czcił liczby i pasjonował się gwiazdami. Cyfry same w sobie wydawały mu się boskie, to w nich według niego odbijała się doskonałość świata, który nas otacza - wszystko w niebie i na ziemi zostało zbudowane wedle tego samego stosunku liczb, twierdził. Pitagoras był wielkim mędrcem, wszystko, co opisał, było wielkie i niezwykłe, sprawiało, iż myśląc o jego harmonii świata, i ja czułam się wielka i niezwykła. Powiedziałam o tym nawet kiedyś Dobrej Teresie, ale nie znalazłam u niej zrozumienia. Ofuknęła mnie niezwykle surowo, mówiąc, iż muszę ćwiczyć się w skromności i że za żadne skarby nie wolno mi uzurpować sobie prawa do porównywania siebie samej do wielkiego Pitagorasa, człowieka, który stworzył słowo "kosmos" i poświęcił całe swe życie poszukiwaniu matematycznych i muzycznych proporcji w budowie wszechświata. Tak, tak, Dobra Teresa czciła owego mędrca, choć wiadomo już było, iż jego założenia są fałszywe. Okazało się przecież, że to nie Ziemia stoi pośrodku wszechświata, a i Słońce nie jest taką samą planetą jak Księżyc.
Pitagoras - pamiętasz, gościu? - pięściarz z bujną czupryną, Opiewany w tak wielu pieśniach Pitagoras z Samos - Jam jest ów Pitagoras. Kogokolwiek w Elidzie zapytaj o moje czyny! Powiesz mu, że zmyśla rzeczy, w które nie można uwierzyć 1.
1 Cyt. za: Z. Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1998, s. 154.
Pitagoras z Samos nie miał nic wspólnego ze swym wielkim imiennikiem, filozofem, był jedynie zwycięskim pięściarzem na igrzyskach olimpijskich. Lubiłam jednak te strofy zawarte w pięknym epigramacie, który stworzył Teajtet z Kyreny. Czyż na pierwszy rzut oka nie brzmiały jak żart stworzony ku naszej uciesze? Ale nie tylko - wyobrażałam sobie nawet, iż atleta i filozof stają się w jakiś cudowny sposób tą samą osobą.
Dobrej Teresie wcale nie przeszkadzało, że Pitagoras okazał się omylny. Prawdę powiedziawszy, mnie też nie, ale lubiłam czasami podroczyć się z mamką, przypominając jej o tym. O, trzeba było ją w takich chwilach zobaczyć, stawała się czystą personifikacją świętego oburzenia.
- Jak panienka może uzurpować sobie w sposób tak bezmyślny prawo do krytyki tego wielkiego filozofa! Nikt inny tak jak on nie dowiódł, iż w muzyce działają matematyczne, a nawet geometryczne elementy. Pitagoras wiedział, że Bóg Stwórca nie miał na celu nic innego jak harmonię. A Bóg jest matematykiem, to pewne. I wiedz, panienko, że nikt przed tym wielkim Grekiem i nikt po nim nie zbadał tak gruntownie harmonice mundi.
Tak, tak, o wiele milsze były mojemu sercu rozważania i dysputy na temat harmonii świata od przyszłych obowiązków pani domu, do których należało również trzymanie w karbach całej służby.
"Harmonia świata" - kilkakrotnie powtórzyłam w myślach z narastającym lawinowo przerażeniem, w mojej głowie bowiem pojawiła się porażająca jak błyskawica myśl, pod której wpływem ugięły się pode mną dosłownie nogi. Moja szanowna matka też przedkładała swój kunsztowny domek dla lalek ponad święte obowiązki niewiasty, do których należało przede wszystkim bycie matką i panią domu. Czyżbym miała podzielić los mojej czcigodnej matki, której należał się mój szacunek, ale odmawiałam jej wszelkiego udziału w życiu doczesnym, w jego jasnych i ciemnych stronach pozwalających czuć, iż pod skórą płynie w nas gorąca krew?
Oparłam się bezradnie o ścianę. Była wilgotna i zimna, a w niektórych miejscach obrzydliwie oślizła. Naturalnie, nie uszło mojej uwagi, że dziewki spoglądają na mnie spode łba, zastanawiając się pewnie, o co może mi chodzić, skoro tak bez słowa tkwię w miejscu niczym jakiś kołek.
Ostatnimi czasy odnosiły się do mnie jakby z większym respektem, w końcu nie były całkiem w ciemię bite i mogły się domyślać, że już nawet wkrótce może nadejść dzień, kiedy wszystko się zmieni i stanę się ich niepodzielną panią.
Myśląc o tym, patrzyłam w dół, na moje stopy i podłogę wyłożoną brunatną cegłą.
- Tę posadzkę trzeba porządnie wyszorować - odezwałam się wreszcie. - Póki dnie ciepłe, będzie dobrze schnąć. A jak się z tym uporacie, no i z praniem, co to w balii macie, trzeba będzie popiołem rondle kuchenne wyszorować - wyrzuciłam z siebie jednym tchem, zważając na to, by nie wdać się z dziewkami w żadne dysputy. - Mają się świecić, tak jak to sobie zawsze moja szanowna matka życzy - obróciłam się szybko na pięcie i prawie biegiem podążyłam do kuchni.
Dobra Teresa nakazała mi zająć się jakąś "pożyteczną robotą", a mnie nic nie przychodziło do głowy. Może w głębi serca byłam jednak nadzwyczaj leniwa? A lenistwo, jakkolwiek by na nie patrzeć, to ciężki grzech. Czy pozostawał jednak jakiś wybór? Czcigodny Luter, sama czytałam zgodnie z wolą Dobrej Teresy, nie przypisywał nam, ludziom, wolnej woli i porównał nas do konia, na którym jedzie albo Bóg, albo szatan.
Aż mi się słabo zrobiło na samą myśl o tym, tak wówczas, jak i dzisiaj. Sama myśl, że szatan jest gdzieś w pobliżu, a może nawet mógłby przyczaić się na moim ciele, była nieznośna.
Z wielkim impetem, jakby mnie ktoś dosłownie gonił, wpadłam do swej komnaty i chwyciłam książeczkę z psalmami. Takie mruczenie psalmów zawsze było uznawane przez moją opiekunkę za "pożyteczną robotę".
Z modlitewnikiem w ręku zajęłam miejsce na ławeczce pod dębem, co rusz zerkając w kierunku drzwi wyjściowych, ale i bacząc na to, by gorące promienie słoneczne nie padały na mnie niczym na dziewkę wiejską i bym mogła pozostać w zbawiennym cieniu. Trzeba bowiem wiedzieć, iż spędzając większość czasu poza miastem, nie miałam zielonego pojęcia o modnych akcesoriach chroniących damy przed słońcem, takich jak kapelusiki z rondem i woalką czy śliczne parasolki z jedwabiu zdobione misternymi koronkami i falbankami.
Tak, tak, niech nikt nie myśli, że udało mi się należycie skupić na modlitwie. Większość czasu wierciłam się na ławce, jakby mnie parzyła w siedzenie, i wypatrywałam w drzwiach Dobrej Teresy.
To wtedy po raz pierwszy w życiu zauważyłam, iż czas to dziwaczna pokraka, niby można go odmierzać za pomocą chronometrów, nigdy jednak nie można czuć go w ten sam sposób. To proste odkrycie dane mi było poczynić w chwili, gdy czas zdawał się stanąć w miejscu. A stanął w miejscu, bo niczego bardziej nie pragnęłam na świecie niż tego, by biegł szybciej.
W naszym domu w Mieście, w Głównej Sali stał na honorowym miejscu chronometr, zwany przez ojca także zegarem. Było to dzieło Christiana Huygensa - wielkiego uczonego z Niderlandów. Można się było bez reszty zapatrzyć w to cudo: połyskujące w świetle dziennym wahadło, cicho tykając, odmierzało nasz ludzki czas. Jednakowy dla wszystkich, zdawać by się mogło.
Muszę wyznać, iż w życiu niejednokrotnie przyszło mi rozmyślać nad upływem czasu: jednego razu jawił mi się on moim wrogiem, stając w miejscu i roztaczając przede mną nieskończoną przestrzeń nieukojonego cierpienia, innym razem był moim sprzymierzeńcem, pośpiesznie zabierając ze sobą wszystko to, co stanowiło moją udręką. Tak, tak, jakkolwiek by na to patrzeć, czas to dziwaczna pokraka.
19.
Następnego dnia, wraz z nadciągającym zmrokiem ponownie przybył do Bąkowa ten sam posłaniec. Dobra Teresa była już w swej komnacie, choć niebo dopiero co zasnuło się różową poświatą zachodzącego słońca.
Głośne ujadanie psów i uspokajające nawoływania parobków zwabiły mnie natychmiast do sieni w przeczuciu, że przybycie gościa i tym razem ma związek z moją osobą.
Podobnie jak poprzednio posłaniec oznajmił mi już od progu, że zostało mu surowo nakazane przekazać ów list na ręce mojej opiekunki, czcigodnej Teresy.
Zaprowadziłam więc chłopaka do kuchni i pędem puściłam się po moją opiekunkę. Ziemia dosłownie paliła mi się pod stopami.
Komnata Dobrej Teresy mieściła się na poddaszu, tak samo jak izby przeznaczone dla służby, z tą jednak różnicą, że mamka zamieszkiwała ją w pojedynkę i mogła wyglądać na świat boży przez duże mansardowe okno. A i wyposażenie miała bardziej wystawne, choć Dobra Teresa odznaczała się niezwykłą skromnością i raczej nie gustowała w zbyt wielu pańskich nawykach czy potrzebach. No, może z jednym wyjątkiem, jeśli chodziło o jadło, to dbała ona o swe podniebienie, lubując się w delikatnych potrawach sporządzonych z użyciem zamorskich przypraw i ingrediencji, podanych nie jak dla służby w cynowych miskach, lecz na wytwornej porcelanie. Oczywiście, folgowała sobie przy stole tylko wtedy, gdy akurat nie ćwiczyła się we wstrzemięźliwości i nie pościła.
Drzwi do komnaty Dobrej Teresy były jak zwykle starannie zamknięte, co także odróżniało ją od zwykłych służących.
Zapukałam głośniej, niż wypadało, tak bardzo byłam przejęta powtórnym przybyciem posłańca. Przecież trudno mi się było dziwić, skoro nie miałam najmniejszego pojęcia, ani co zawierał pierwszy z listów, ani jakąż to odpowiedź mamka przesłała mojemu Eduardowi.
Zapukałam, i natychmiast weszłam do środka, a raczej wpadłam z impetem, tak gwałtowne uczucia mną targały.
Wewnątrz pachniało przyjemnie łagodną tabaką, jakbym znalazła się w komnacie mego ojca. Dobra Teresa czytała w mętnym świetle lampy na tran. Na niewielkim stoliku obok porcelanowej szkatułki do przechowywania tabaki leżał bardzo poręcznie stary zniszczony modlitewnik. - Jakby go tam trzymała w największym pogotowiu - pomyślałam sobie, bo na mój widok mamka naprędce zamknęła księgę, którą czytała, i ukryła w podołku, przysłaniając szalem okrywającym jej plecy. Z pewnością było to jedno z tych dzieł, o których mawiała, że nie jest przeznaczone dla każdych oczu. Niektóre z nich dane mi było przeczytać, inne zaś ze znanych wyłącznie mej opiekunce powodów - nie.
- Dobra Tereso, posłaniec z listem do ciebie! Czeka w kuchni. Na ciebie czeka! - wykrzyczałam od progu. Mój głos brzmiał niczym popiskiwanie kilkulatki.
- Wielki Boże, ale raptus z ciebie, panienko - Dobra Teresa, zdawało się, odetchnęła z ulgą na mój widok. Niespiesznie wyjęła księgę spod szala i położyła z wielką starannością na stoliku obok. - Podejdź tu do mnie, słonko ty moje. Muszę z tobą, panienko niezwykle ważną kwestię omówić... Posłaniec nie zając, nie ucieknie nam. No i z łaski swej zamknij starannie drzwi.
Muszę wyznać, iż niespodziewany strach chwycił mnie za gardło - takimi słowami i takim łagodnym tonem przemawiała do mnie mamka nadzwyczaj rzadko. Właściwie tylko wtedy, gdy miała mi coś naprawdę ważnego do przekazania.
Zamykając drzwi, kątem oka widziałam, jak bierze ze stolika księgę i ostrożnie przekładając strony, najwyraźniej szuka w niej jakiegoś fragmentu.
- No, podejdź tu do mnie, panienko - nie spojrzała na mnie, a tylko kiwnęła w moją stronę ręką. - Chcę ci powiedzieć nieco o greckim pojmowaniu mądrości. Do tej pory tak mi się zdawało, że nie jesteś jeszcze gotowa, aby pojąć te sprawy... ale czas umyka, przelatuje przez palce, szybciej, niżbyśmy sobie tego życzyli - spojrzała mi w twarz, uśmiechając się jakoś tak dziwnie.
- Sama zresztą ocenisz, czy jesteś na takie słowa gotowa. Ano tak... - zbliżyła do twarzy księgę i ściszonym głosem zaczęła czytać: "Siedmiu mędrców zeszło się kiedyś razem i z pierwocin swojej mądrości złożyli Apollinowi ofiarę, wypisując w świątyni delfickiej to, co wszyscy teraz śpiewają". - Dobra Teresa zaczerpnęła tchu i z uroczystą miną powtórnie na mnie spojrzała. Tak, tak, znałam ją na tyle dobrze, aby wiedzieć, że z pewnością chce sprawdzić, czy moje myśli nadążają za jej myślami. Znałam ją na tyle dobrze, aby również wiedzieć, iż uparta jest jak muł i nie jest możliwe odwiedzenie jej od raz powziętego zamiaru. Postarałam się więc o jak najmądrzejszą minę, na jaką mnie było stać, i zagryzając dolną wargę, w wyrazie największego skupienia dosłownie wlepiłam w nią oczy.
Siedmiu ci mędrców miasto, imię i słowo podam: Najlepsza jest miara - rzekł Kleobulos z Lindos. Chilon z Lacedemonu: Poznaj samego siebie. Periander, co żył w Koryncie: Trzeba powściągać gniew. Pittakos z Metyleny powiadał: Niczego zanadto. Solon w świętych Atenach: Patrzeć na koniec życia. Bias z Prieny: Ludzie w większości są źli. A Tales, Mąż z Miletu, przestrzegał: Za nikogo nie dawaj poręki 2.
2 Cyt. za: Z. Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1999.
Dobra Teresa zamknęła księgę i z wielkim namaszczeniem odłożyła ją na powrót na stolik.
W komnacie zaległa głęboka cisza. Bałam się poruszyć, a nawet oddychać, w naiwnej wierze, że w ten oto sposób mamka zapomni jakimś cudem o mnie, a przypomni sobie o posłańcu z listem. - Gdybym tak mogła cofnąć czas i gdybym sama nie pobiegła po Teresę, a wysłała którąś ze służących, dobry Boże, jakież to byłoby piękne - myślałam sobie. - Siedziałabym teraz przy kuchennym stole, wpatrując się bez większego zażenowania w umyślnego od Eduarda, a może nawet wyobrażając sobie, że to on we własnej osobie dotrzymuje mi towarzystwa.
Ze zdenerwowania naszła mnie chęć na ziewanie, na szczęście w sukurs przyszło mi chrobotanie kornika.
- Masz nieproszonych gości, Dobra Tereso... to znaczy, korniki masz, chciałam powiedzieć... chyba w komodzie... - poprawiłam się prędko, mamka bowiem spojrzała na mnie z tak wielkim brakiem zrozumienia, że nogi dosłownie się pode mną ugięły. W takim nastroju mogłaby kazać posłańcowi czekać do rana. Bądź i dłużej.
- Powiem tak: owo pojmowanie mądrości przez starożytnych Greków przywodzi mi na myśl Biblię, to znaczy dziesięć przykazań Bożych... to znaczy nie, nie, chciałam powiedzieć: taka lista... tego, co istotne... chciałam powiedzieć: tego co najważniejsze z punktu widzenia chrześcijańskich nauk... - poddałam się, siadając z rezygnacją na łożu Teresy.
Było ono jak zwykle nakryte nadzwyczaj grubą pierzyną z gęsiego pierza i idealnie wygładzoną ręką Dobrej Teresy. Tak, tak, mamka potrafiła w sposób doskonały, przez nikogo niedościgniony, ścielić posłanie.
No i zburzyłam całą tę doskonałość, tonąc nieomalże w owej pierzynie. A przecież od zawsze wiedziałam, że pod żadnym, ale pod żadnym pozorem nie wolno na nią siadać ani tym bardziej kłaść się. Niestety, tego wieczoru wszystko mi się pomieszało. Jakby mi ktoś wymiótł z głowy do czysta wszelkie nakazy i zakazy. Moja opiekunka zadziwiła mnie jednak, nie okazując ani szczypty niezadowolenia.
- Nie rozpraszaj się żadnymi tam podobieństwami do Pisma Świętego czy innej księgi. Niech wszystko, co wiesz, pozostanie poza tobą. Skup się, panienko, tylko na myślach tych starożytnych mędrców, uznaj je za swoje - Dobra Teresa przycisnęła dłońmi skronie, jakby ją nagle rozbolała głowa, i zamilkła. Mogła zastanawiać się nad tym, czy jestem warta jej słów.
Cokolwiek by powiedzieć, mamka nie była jak inni ludzie. Kiedy ja płonęłam z ciekawości, obmyślając najróżniejsze wersje tego, co mógł zawierać leżący na kuchennym stole list od mego Eduarda, ona przybierała postać greckiej kapłanki, ostatecznej wyroczni w sprawach życia i śmierci. I wcale mi się nie zdawało, że jest zwykłą lub nawiedzoną przez złe moce uzurpatorką. O nie, wcale tak wówczas nie myślałam, dopiero dużo później przyszło mi to do głowy, przecież z uzasadnionych przyczyn mogłam wtedy tak myśleć.
W tym miejscu muszę podkreślić, że moc Dobrej Teresy, w której władaniu pozostawałam, była przemożna. Ani się obejrzałam, a moje myśli zaczęły płynąć w jej kierunku, oddalając się coraz bardziej od kuchni i listu Eduarda, aby gdzieś, jakby na końcu długiego ciemnego korytarza zobaczyć światło i uzyskać niezwykłą klarowność tego, co przed chwilą z ust opiekunki usłyszałam.
- Nie potrafię jeszcze powiedzieć, które z tych mądrości wydają mi się najcenniejsze - mówiłam powoli, z rozwagą, tak jak to Teresa lubiła. - W pierwszej chwili myślałam: "Trzeba powściągać gniew", ale zaraz "Poznaj samego siebie" wydało mi się ważniejsze, a może nawet "Niczego zanadto"? Dobra Tereso, myślę, że aby posiąść prawdziwą mądrość, trzeba przyswoić sobie wszystkie z tych siedmiu maksym - wciągnęłam głośno powietrze, nagle bowiem nie potrafiłam się oprzeć pokusie płynącej z młodości mojego ducha i braku życiowych doznań, i jednym tchem wyrzuciłam z siebie:
- Czy naprawdę ludzie muszą być w większości źli, Dobra Tereso? Albo głupi? Nie chcę żyć w takim przekonaniu!
Mamka podniosła się ciężko ze swego krzesła i szurając głośno nogami, podeszła do mnie.
Świadoma tego, że w sposób karygodny zburzyłam jej idealne posłanie, skoczyłam na równe nogi.
Jednak to, co za chwilę miało się wydarzyć, nie miało nic wspólnego z pogniecionym posłaniem i pozostanie w mojej duszy jak żywe do końca moich dni. Powiem też tak: owo wspomnienie niejednokrotnie pomogło mi przełknąć wiele goryczy w życiu, za co jestem wdzięczna dobremu Bogu po wsze czasy.
Tak, tak, mamka była bliższa mojej duszy aniżeli prawdziwa rodzicielka. Wiedziałam to przecież od zawsze, a jednak czasami czułam w stosunku do Dobrej Teresy wielki, trudny do okiełzania gniew. Właśnie przysięgałam sobie w skrytości, że nigdy więcej nie okażę jej braku szacunku, gdy wzięła moją twarz w dłonie i ucałowała w oba policzki.
W geście tym czuło się wielką bezinteresowną miłość płynącą wprost do mojego serca. Nigdy wcześniej i nigdy później nie było mi dane przeżyć podobnej chwili.
Pochyliłam więc pokornie głowę, kłaniając się przed nią nisko.
Nie byłam na tym wielkim świecie sama, dostąpiłam w życiu niezwykłego szczęścia, spotkałam bratnią duszę, która wlewała we mnie życiodajną odwagę, bez względu na to, co miało mnie spotkać.
Dobra Teresa przytrzymała moją dłoń i przemówiła niezwykle cichym głosem, tak cichym, że aby bez żadnego uszczerbku ją usłyszeć, musiałam przymknąć oczy i pochylić w jej stronę głowę.
- Miałaś rację, moje dziecko, wtedy, w tych ostępach osądzając mnie tak ostro: święta to prawda, że nigdy w życiu nie dane mi było doznać miłości, czy nawet odrobiny czułości. Ano, czasami znam dokładnie twoje myśli, panienko, jakbyś je wypowiadała przede mną na głos. Bóg mi jednak świadkiem: wcale cię za takowe myśli nie winię, ale wiedz, że serce mnie wtedy bardzo bolało...
- Przebacz mi, Dobra Tereso... - wyszeptałam przerażona, bo skądże mogłam wiedzieć, że mamka czyta w moich myślach.
- Ano nic to, nic to, za nic cię nie obwiniam, panienko. Posłuchaj tylko, co ci powiem, choć nieraz ci o tym wspominałam: pozbawiono mnie matki, jakbym była czymś gorszym nawet od zwierzęcia... no i nikt nie wziął mnie pod swoją zbawienną opiekę. Łaziłam na czterech łapach niczym pies, nie mówiąc ani słowa, żywiąc się resztkami porzuconymi przez miłosierne siostry. Kiedy podrosłam na tyle, by móc nadać się do jakiejś roboty, odziano mnie w pierwsze w życiu łachmany, cięgami zmuszono do przyjęcia postury danej człowiekowi z natury i przydzielono siostrom oporządzającym śmiertelne szczątki pomarłych w klasztorze i jego okolicy. Ano, śmierci to ja się naoglądałam, jak mało kto, wierz mi, panienko, to, co widziałam, przekracza ludzkie wyobrażenie. I dwie nawałnice straszliwej dżumy dane mi było przetrwać... Dzień i noc grzebałyśmy na szczerym polu te udręczone zarazą ciała w zbiorczych dołach, chrześcijańskie cmentarze bowiem zostały dla nich zamknięte, a ludzka przyzwoitość nie pozwalała nam, aby szczury czy psy pożerały te trupy bądź rozciągały ich członki po okolicy. Odór śmierci dosłownie wżarł się w moją skórę tak mocno, jakby już nigdy miał mnie nie opuścić i jakbym za życia stała się martwa. Ano, wtedy to, jak nigdy wcześniej i nigdy później, dane mi było myśleć o torturach piekła. Siostry zakonne, dla których stałam się potężną wyręką, bo wyrosłam na dużą i silną dziewkę, a i dużo przecież starsze ode mnie wiekiem, jakoś się ulitowały, bo sporządziły mi taką maskę na wzór ptasiej głowy, a w dziobie umieściły wonne olejki, co to miały stłumić fetor gnijących zwłok. Wiedz, moje dziecko, na wiele to się nie zdało... Wówczas, aby nie popaść w obłęd, nie znalazłam innego sposobu, jak szorować dzień w dzień moje biedne udręczone ciało, taką odrazę do siebie samej czułam - Dobra Teresa spojrzała mi nagle w oczy. Do tej chwili jej wzrok błądził bowiem gdzieś po lśniącej od czystości podłodze z modrzewiowego drewna. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy w jej wzroku nie dostrzegłam ani smutku, ani rozgoryczenia, których sądząc po okropieństwach tej opowieści, przecież się spodziewałam. Teresa patrzyła na mnie z łagodnym uśmiechem, a nawet - jak mi się zdawało - z wielkim rozrzewnieniem.
- Ano, dobrze pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy po raz pierwszy trzymając cię w ramionach, panienko, nie mogłam dać wiary mojemu wielkiemu szczęściu. Byłaś najpiękniejszym, najdorodniejszym dzidziusiem na tym bożym świecie... i wszystko to, co okrutnego przyszło mi przeżyć, poszło w niepamięć, jak zły sen się rozwiało. I to wtedy właśnie ślubowałam przed wszechmocnym Bogiem dozgonną miłość do ciebie i dozgonne ci oddanie. Twój szanowny ojciec, panienko, był mi świadkiem.
Mamka uwolniła moje dłonie z uścisku. Chwilę przyglądała mi się z wielkim zainteresowaniem, jakby się zastanawiała, dlaczego nic a nic się nie odzywam, jakbym zapomniała języka w buzi. Ja jednak miałam wielki mętlik w głowie, najchętniej skryłabym się w jakiejś mysiej dziurze, aby nie myśleć: ani o liście od Eduarda, ani o ciężkim losie Dobrej Teresy i jej miłości do mnie, ani o tym, że mój szanowny ojciec zawierzył mnie byłej zakonnicy w pełni świadom, co czyni, a nie tak jak do tej pory mi się zdawało, stała się ona moją opiekunką z woli przypadku. Tak, tak, chciałam wszystko to jeszcze raz gruntownie przemyśleć, nim cokolwiek powiem. Dobra Teresa też chyba to tak widziała, bo przestała się we mnie tak wyczekująco wpatrywać i podeszła do okna. Jak zwykle, wedle swego dziwacznego nawyku, sprawdziła, czy jest ono aby szczelnie zamknięte. Tak, tak, mamka obawiała się obcych uszu jak ognia.
Chwilę patrzyła w zamyśleniu w prawie granatowe niebo za oknem.
- Ano tak wyglądało to moje wcześniejsze życie, nie najlepiej - odezwała się w końcu. - Los srogo mnie doświadczył, bo od pierwszego dnia na tym Bożym świecie byłam samiuteńka jak palec, bez odrobiny nadziei... nikt nie okazał mi ani trochę litości... Wiedz, panienko, że taki człowiek musi odkryć w sobie ciemną, okrutną stronę - w innym razie nie przeżyje... i będzie musiał sam siebie okłamywać. Wyznam ci więc szczerze i bez ogródek: część mojego serca jest ciemna niczym piekielna smoła - moja opiekunka westchnęła głośno. - Ale Bóg mi świadkiem, panienko, i o jednym mogę cię zapewnić - dłonią zrobiła znak krzyża - mogę cię zapewnić, przysięgając na wszystkie świętości, że jak zajdzie taka potrzeba, użyję wszystkiego, co w mojej mocy, by cię chronić i byś nigdy o tych siedmiu mądrościach ze świątyni delfickiej nie zapomniała i żyć wedle nich mogła.
Dobra Teresa wróciła na swoje miejsce, spoglądając przelotnie, tym razem niestety z wielką dezaprobatą, na zmiętą przeze mnie pierzynę.
Tego wieczoru w komnacie Dobrej Teresy nic szczególnego więcej się nie wydarzyło, oprócz takiej drobnej rzeczy jak ta, że w końcu dogłębnie zrozumiałam, co oznacza jedna z największych formuł w tradycji greckiej dotycząca stanu ducha: Pathei mathos. Tak, tak, cierpiałam niezwykle, powtarzając wszystkie siedem mądrości delfickich dwukrotnie i wiedząc przy tym, że tuż opodal czeka list skreślony ręką Eduarda, którego w mojej dziewczęcej wyobraźni z dnia na dzień coraz goręcej kochałam.
Na szczęście nie zgłębiłyśmy do końca obszernej materii owych siedmiu mądrości, gdyż według mamki, póki co, było dla mnie na to stanowczo za wcześnie. Tak więc jedynie dwukrotnie wszystko powtórzyłam, po czym niespiesznie udałyśmy się do kuchni, gdzie cierpliwie czekał umyślny od Eduarda.