Zimowe Panny - Cristina Sanchez-Andrade

-
Proszę czekać

2.

Mieszkały długo poza Tierra de Chá, więc zdołały przyzwyczaić się do innych klimatów i obyczajów, ale nigdy nie przestały marzyć o domu i figowcu, o zielonych łąkach w strugach deszczu.

Z wyjątkiem figowca, który urósł krzywo, rozczapierzając gałęzie na dachu, dom wyglądał tak samo jak wtedy, gdy go zostawiły, uciekając niemal trzydzieści lat temu.

Teraz, siedząc przy stole, patrzyły na wszystko załzawionymi oczyma, a zupa stygła.

I wspominały.

Za drzwiami, tuż za chłodnym przedsionkiem, gdzie zawsze wylegiwały się psy, była kuchnia z oknami wychodzącymi na ogród, wiosną zakwitały w nim grusze i jabłonie, drzewko cytrynowe, bugenwille, których upajający zapach unosił się w pokojach, i hortensje, nie brakło też gołębnika bez gołębi, grządek i stodoły.

W domu nie było bieżącej wody ani łazienki. Jako wychodka używali dziury w podłodze nad oborą, okrytej gałęziami kolcolistu, by stłumić zapach.

No i strych. Na strychu trzymano maszyny do szycia, szpule nici, żagle, kufry, książki, papiery, pościel i ziemniaki, wypuszczające wielkie fioletowe kiełki.

Na strychu płakały dzieci, na strychu przechowywano martwe kapłony, połamane parasole, pełno było tam pajęczyn oraz nietoperzy.

Doskonale to pamiętały.

I jeszcze to, że ludzie i zwierzęta mieszkali wspólnie pod jednym dachem. Przyjemnie i na kocią łapę; to był doprowadzający do szaleństwa gwałtowny strumień życia, który rozgrzewał wszystkich mieszkańców domu. Obora znajdowała się na parterze tuż przy kuchni, na piętrze znajdowały się sypialnie.

Oświetlona płomieniami tańczącymi w piecu kuchnia tego domu zawsze gromadziła mieszkańców Tierra de Chá.

Kiedy łuskano kukurydzę, pieczono kasztany albo dziergano swetry, zawsze można było usłyszeć niezwykłe historie: o wilczycy, która zapuszczała się do wioski, by porwać nowo narodzone dzieci; o wężu, który słodko ssał krowie wymiona; a także niesamowite historie o osłach dźwigających sakwy pękające w szwach od złotych monet... (Pamiętasz? Jasne, kochana, jak mogłabym zapomnieć?).

Przy kuchni węglowej rozmawiano także o Kubie. Wielu mieszkańców wioski tam wyemigrowało, przede wszystkim dlatego, by nie zasilić corocznej listy poborowych i nie musieć wyruszać na wojnę w Maroku; na Kubie, wiadomo, na drzewach zamiast jabłek i gruszek rosły banknoty, złote monety i naszyjniki z pereł. Na Kubie jadło się duszone papugi i nadziewane kolibry, a kobiety przechadzały się po ulicach tak, jak je Pan Bóg stworzył.

Na honorowym miejscu przy piecu zasiadał zazwyczaj don Reinaldo, dziadek Zimowych Panien, jeden z najbardziej uczonych i poważanych mieszkańców wioski, w sztruksowych spodniach i marynarce. Miał bujną brodę zażółconą tytoniem i niebieskie oczy koloru morza. W długie zimowe noce don Reinaldo nieraz opowiadał o tym, że we wsi zawsze mieszkało mnóstwo szaleńców. Na dowód tego przytaczał historię takiego jednego, który wrócił nie wiadomo skąd i sądził, że jest kurą. Wierzył w to tak bardzo, że znosił jajka, a cała rodzina utwierdzała go w tym przekonaniu, by tych jaj nie stracić.

Między Zimowymi Pannami, które wtedy były jeszcze małe, siadywał proboszcz don Manuel. Niski, gruby. Proboszcz z Tierra de Chá był żarłokiem. Gdy kończył odprawiać mszę, zdejmował stułę i czym prędzej biegł coś zjeść. Po kazaniu zmęczony podwijał sutannę, by nie uwalać jej nawozem, i wielkimi krokami przemierzał plac. Służąca wiązała mu na szyi serwetkę i podawała obiad, z jego gardła dobywało się radosne gaworzenie. Ślinka mu ciekła, kiedy patrzył na to, co stawiała przed nim: zawiesista zupa na włoszczyźnie, ze słoniną i ziemniakami, kiełbasą i żeberkami, a potem stek albo jajka sadzone na smalcu, bochen chleba i pół litra stołowego wina. A na deser ryż na mleku, przyrządzany z masłem, które zostawiało na wargach lepki posmak matczynych pocałunków. Potem już tylko kieliszeczek koniaku i kawa.

Nikt nie chciał siadać koło niego, gdyż wydzielał niemiły zapach. Nie pachniał oborą ani też potem, ani nawet tłustym jedzeniem, ksiądz pachniał niepranym ubraniem i księdzem. Ów zapach miał kasztanowy kolor i kojarzył się z bigotkami i gotowanym kalafiorem.

Naprzeciwko siadywał pan Tiernoamor, z zawodu protetyk dentystyczny, oraz wuj Rosendo, wiejski nauczyciel, a trochę dalej, obok... Jak on się nazywał? - zapytała Zimowa Panna, nie pamiętam, przyznała druga, ale wiem, o kim mówisz, hodowca kapłonów; i kobiety, te czy tamte, w zależności od dnia, zawsze było ich dużo. Tristán. Hodowca kapłonów miał na imię Tristán.

Wdowa po Meisu zawsze zasiadała z nimi przy stole: kobieta o grubych udach i obwisłych łydkach, nad jej górną wargą rysował się cień wąsika, jak prawie u wszystkich kobiet z Tierra de Chá. Rzucała uwodzicielskie spojrzenia w kierunku wuja Rosendo, a on, na drugim końcu stołu, zdejmował tylko beret i wzdychał głęboko.

Przy ogniu siadała też służąca don Reinalda, Esperanza, i jej syn Ramonci?o.

Teraz im się przypomniało, tak, Ramonci?o o wielkiej głowie i uszkach małych jak czereśnie, uwielbiał być karmiony piersią w cieple rozchodzącym się od pieca, w tej gorącej i zacisznej atmosferze, pośród zapachu kiełbasy i dymu z korzenia kolcolistu. Po sjeście, (Pamiętasz? Oczywiście, że pamiętam!), biegł do kąta w poszukiwaniu swojego taboretu i kładł głowę na kolanach którejś z kobiet, by słuchać opowieści.

Tierra de Chá była zapadłą dziurą, a jej mieszkańcy byli biedni jak myszy kościelne, i w dodatku skretyniali, jak twierdzili sąsiedzi z okolicznych wiosek.

Ach, Ramonci?o, ten to dopiero nie dawał się odstawić od cyca. Wystarczyło jęknięcie, a matka już rozpinała bluzkę i przyciskała go do długich piersi poprzecinanych żyłkami, smakujących jak kwaśne mleko. Dzieciak przysysał się do piersi, najpierw jednej, potem drugiej, buzia wypełniała mu się mlekiem, które ciekło z kącików ust i spływało po szyi. Tylko z rzadka, kiedy chłopiec gryzł sutek, nieruchoma jak posąg kobieta podskakiwała na stołku.

Ramón, Ramonci?o, wszyscy wiedzieli, kto jest jego matką, a jedynie nieliczni - kto jest ojcem.

Któregoś dnia dziadek Zimowych Panien postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Widząc chłopca, który mógł mieć wtedy sześć, siedem lat, mówił pełnymi zdaniami, a nawet potrafił czytać litery, aż złapał się za głowę. Powiedział Esperanzie:

- Słuchaj, chłopak jest już za duży, żeby przystawiać go do cyca. Musisz coś z tym zrobić.

Służąca wzruszała ramionami. Mówiła, że dzieciak nie chce jeść nic innego. Ale tak naprawdę to nie bieda była temu winna: Esperanza nie chciała, by jej syn przechodził podobne męki, jak ona w dzieciństwie.

A jej dzieciństwo wyglądało tak: została porzucona w wieku niemowlęcym; biedna kobieta o imieniu Nicolasa znalazła ją przy drzwiach, kiedy wracała ze źródeł termalnych w Lugo. Dziewczynka była owinięta becikiem, a w koszyku obok niej leżała butelka słodkiego wina i świeżo usmażone naleśniki. Kobieta podniosła kosz z ziemi. Jedząc naleśniki, zastanawiała się nad imieniem dla dziewczynki. Nazwała ją "Esperanza a la Puerta de Nicolasa" i przez całe lata karmiła kozim mlekiem, które dziewczynka ssała wprost z wymion zwierzęcia. Koza przywiązała się do małej i kiedy wracała z pastwiska, wyprzedzała całe stado, popychała drzwi pyskiem, biegała po domu w poszukiwaniu dziewczynki, a kiedy ją znalazła, podnosiła nogę, ukazując wymiona.

Przez lata śmiano się w wiosce z dziecka karmionego przez kozę i kiedy tylko Esperanza urosła na tyle, by logicznie myśleć, postanowiła sobie, że jej dziecko będzie karmione piersią ("jak Pan Bóg przykazał", dodawała), tak, jak ona nigdy nie była karmiona.

I tak karmiła przez pierwsze siedem lat, póki don Reinaldo nie zwrócił jej uwagi.

Zimowe Panny pamiętają, że tamtego dnia przez ich dom przewinęła się cała wioska. Wszyscy mieli coś do powiedzenia. Przyszła do?a Francisca, piekarka, matka ośmiorga dzieci, i radziła:

- Daj mu rosołek, kochana.

Przyszła ciotka Esteba, ta, która ubierała zmarłych, i powiedziała:

- Wyssie z ciebie wszystko.

Przyszła Gumersinda, Kulawa, i powiedziała:

- Potem już w życiu nie uda ci się go odstawić.

Przyszedł ksiądz proboszcz i przykazał:

- Pomódl się, modlitwa zawsze pomaga.

Matka tylko wzruszała ramionami. Wszystkim mówiła to samo:

- Chłopak niczego do ust nie bierze. Tylko cyca.

Po kilku dniach znów zjawił się dziadek Zimowych Panien i przyniósł w miseczce jakieś smarowidło, które sam przygotował z gorzkich ziół, popiołu i soku z cytryny.

- Jutro posmaruj sobie tym piersi - polecił. - Zobaczysz, że chłopak już nigdy nie zechce ssać.

Następnego ranka kobieta posłusznie użyła maści. Po chwili podszedł do niej synek z taborecikiem i usiadł na nim, by się przyssać. Ale natychmiast wypluł sutek, prychając z obrzydzeniem.

- Co się stało, Ramonci?o - pytały go sąsiadki bezlitośnie. - Dzisiaj nie ma cycka?

Wiele lat później, kiedy Esperanza już umarła, a Ramoncito wyrósł na Ramona i został marynarzem, zamustrował się na statek i zniknął na dwa lata, nadal odpowiadał to samo.

- Nie, nie ma dziś cyca.

To wszystko i jeszcze więcej przypominały sobie, urządzając się w domu dziadka.

Łzy kapały do zupy.

Łzy Zimowych Panien.

3.

Spały teraz w tym samym pomieszczeniu co w dzieciństwie, pokoju o przeżartym wilgocią suficie, z którego łuszczyła się farba, z oknem wychodzącym na pastwiska, z krzyżem i fotosem Clarka Gable'a, i dwoma żelaznymi łóżkami, których materace wypchano kaczanami kukurydzy. Leżały na posłaniu niczym prehistoryczne jaszczury, chrapiąc z otwartymi ustami. Odkąd tu przybyły, nikt ich nie zaczepił. Aż do świtu, kiedy jedna z nich, zaalarmowana hałasem, otworzyła nagle oko.

- Ej, co to było?! - zapytała drugiej.

I przez jakiś czas leżała tak, z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym, z dłońmi zaciśniętymi jak szpony na krawędzi kołdry, nieruchoma i zimna jak jaszczurka.

Siostra, która wreszcie się obudziła, natychmiast usiadła na łóżku. I nadstawiła uszu.

- Nic nie słyszę... - powiedziała.

- Bo jeszcze śpisz - odparła druga.

- A ty to zawsze chcesz wiedzieć wszystko - gderała pierwsza. Wyciągnęła rękę i zaczęła szukać czegoś na nocnym stoliczku. - Skąd możesz wiedzieć, czy śpię, czy nie śpię? To mój sen, nie twój. Gdzie są moje zęby? Co z nimi zrobiłaś?

- A co miałabym robić z twoją ohydną szczęką!

Ta, która się oburzyła, ziewnęła teraz szeroko, a druga zobaczyła jej podniebienie, różowe jak wnętrzności świni.

- Nie wiem, czemu musisz być taka nieprzyjemna - powiedziała ta pierwsza. Dalej obmacywała nocny stolik, póki na natrafiła na szczękę. Włożyła ją z wprawą, z suchym trzaskiem: "klik". Potem wyskoczyła z posłania, wysunęła spod łóżka nocnik i uniosła nocną koszulę. - Nikt przy zdrowych zmysłach by z tobą nie wytrzymał - ciągnęła, siadając na nocniku. - Prawdziwe szczęście, że masz mnie.

Kiedy skończyła, jej miejsce na nocniku zajęła siostra.

Jedna na stojąco, druga na siedząco, znów nadstawiły uszu.

- A jeśli to Gwardia Obywatelska przyszła po nas? Prędzej czy później przyjdą... - powiedziała ta, która siedziała. A potem podniosła się, poprawiła koszulę i wsunęła nocnik z powrotem pod łóżko.

- To tylko Greta - uspokajała druga. - Gzy zawsze doprowadzają ją do szału.

Podeszła do klapy w podłodze i uniosła ją. Do środka wtargnął niczym objawienie jakiejś ukrytej prawdy kwaśny, przenikliwy zapach kolcolistu służącego za podściółkę dla zwierząt gospodarskich.

W oborze stała krowa jasnej galisyjskiej rasy, która zamiast nazywać się Marela czy Teixa, jak wszystkie inne krowy w Tierra de Chá, nazywała się Greta. Greta Garbo. Na widok upapranego krowiego tyłka i ogona, kiwających się na boki, by odstraszyć muchy, Zimowa Panna odetchnęła z ulgą.

Potem, przycupnięta, na chwilę zamarła, wystawiając głowę przez klapę. Wsłuchiwała się w zgrzytanie krowich szczęk, przemawiając do Grety czule - nie denerwuj się, Greti?o, jesteśmy tutaj - tak słodkimi słówkami, jakich w życiu nie użyłaby, zwracając się do człowieka, upojona ostrym zapachem czegoś, co ją oszałamiało - oszałamiało obie siostry - wypływało przez drzwi i unosiło się nad lasami, ciągnącymi się i ciągnącymi daleko na północ. Las, w którym można ukrywać się całymi dniami i nikt cię nie znajdzie, jak wtedy, kiedy się zgubiły. Zamknęła klapę z trzaskiem ("To Greta, tylko Greta. Greta i gzy").

- Gzy? Trele-morele! - zdenerwowała się siostra. - Mówię o tym szeleście suchych liści. Ktoś do nas idzie.

W oczach drugiej zapłonął bitewny zapał.

- Zamknij się, maszkaro!

Nasłuchiwały jeszcze chwilę. Wszędzie wokół: w kuchni, w pokoiku, nad podłogą i nad łóżkami, a nawet w szufladach, bzyczały muchy, natrętne i uparte. Greta Garbo miała wymiona twarde jak marchewka, zawsze napęczniałe mlekiem. Nie powinna więc aż tak się ich bać. Ale też łatwo wpadała w irytację, właściwą bardziej osłom niż krowom, a nie było rzeczy, która denerwowałaby ją bardziej niż muchy. Kiedy ją obsiadały, zaczynała kopać tylnymi nogami, muczeć, a czasem nawet gryźć ludzi. Ale teraz zachowywała się spokojnie.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Zimowe Panny! Otwórzcie!

Najpierw znieruchomiały ze strachu, a potem przytuliły się mocno.

- Jak on nas nazwał? Panny? - wyszeptała jedna z nosem przyklejonym do piersi tej drugiej.

- Zimowe Panny - odparła tamta. - Chyba tak powiedział: Zimowe Panny.

- Zimowe Panny ... - zamyśliła się pierwsza.

- Tak właśnie, Zimowe Panny. I bądź łaskawa nie wycierać sobie nosa w moje ubranie.

Rzuciły się biegiem ku schodom, ta wolniejsza próbowała odepchnąć tę drugą, która chciała złapać ją za łokieć. Nie zdołała, przewróciły się i potoczyły obie po stopniach. Na dole znów wstały.

Znalazły się tuż przed drzwiami, jedna wyglądała drugiej przez ramię, ciało przyciśnięte do ciała, nie ośmielając się otworzyć.

Były od siebie bardzo różne, te Zimowe Panny.

Starsza była chuda i koścista, twarz miała pociągłą, jastrzębią. Trudne lata, które przeżyła, nie pozostawiły miejsca na łagodność i słodycz, cechujące ją w dzieciństwie, na wiarę w siebie i w innych. Teraz dominowała w niej zwierzęca rutyna i przywiązanie do sztywnego rozkładu zajęć. Zamknięta w swoim własnym świecie magazynów ilustrowanych, powieści radiowych i pochlipywań, miała tylko jednego bzika: rozpaczliwą potrzebę świętgo spokoju i tego, by nikt się jej nie czepiał. Dlatego wstawała rano, pracowała i szła spać, nie myśląc o niczym więcej. I tak dzień po dniu, zanurzona w tym, co sama nazywała "dobrą rutyną". Kiedy skończyła dwadzieścia lat, dawano jej czterdzieści. Gdy skończyła trzydzieści pięć, nie sposób było ocenić, w jakim jest wieku.

Jeśli idzie o tę drugą: uwagę zwracały jej kruczoczarne kręcone włosy, szczupła sylwetka, pełne usta, ale przede wszystkim spojrzenie: zielone oczy ze złotymi refleksami wokół tęczówki. Jej siostra miała w zwyczaju podnosić głos, ona raczej zagryzała wargi, słuchała jej, zgadzała się na jej rozkład dnia, nie dlatego, żeby specjalnie lubiła taki porządek, lecz dlatego, że jedynie on zapewniał jej spokojne życie, bez niespodzianek i nagłych zwrotów akcji. Zawsze wyróżniała ją cierpliwość, i nie wiadomo, czy ta cierpliwość była jej największą zaletą, czy cechą najbardziej niepokojącą.

Kim właściwie były? Dziewczynkami już nie. Ale jeszcze nie staruszkami. Osiągnęły jednak wiek, w którym człowiek pragnie spokoju. Bez lęku. Lęku? Przed czym?

- Kto tam? - zapytały równocześnie.

Krowa znów zaryczała.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji