Zdobywam zamek - Dodie Smith

-
Proszę czekać

 

I

Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. To znaczy - trzymam w nim nogi; reszta mnie siedzi na blacie suszarki, którą wymościłam kocykiem naszego psa i ocieplaczem na dzbanek do herbaty. Nie mogę powiedzieć, żeby było mi naprawdę wygodnie, no i jest coś przygnębiającego w zapachu karbolowego mydła, ale tylko do tej części kuchni dochodzi jeszcze trochę światła dziennego. I wiem już, że siedzenie w miejscu, gdzie się wcześniej nigdy nie siedziało, może być inspirujące - swój najlepszy wiersz napisałam na kurniku. Ale i tak nie był to dobry wiersz. Stwierdziłam, że moja poezja jest tak zła, że nie wolno mi pisać nic więcej.

Krople z dachu padają z pluskiem do beczki na deszczówkę przy tylnym wejściu. Widok przez okno nad zlewem bardzo mnie przygnębia. Za mokrym ogrodem na dziedzińcu widać zrujnowane mury na brzegu fosy. Za fosą błotniste pola uprawne ciągną się po skraj ołowianego nieba. Powtarzam sobie, że ten cały deszcz, który pada ostatnio, jest dobry dla przyrody i wiosna wybuchnie u nas lada moment. Próbuję wyobrazić sobie liście na drzewach i dziedziniec pełen słońca. Niestety, im więcej zieleni i złota widzę oczyma duszy, tym bardziej bezbarwny wydaje mi się dzisiejszy zmierzch.

Poprawia mi się nastrój, kiedy przenoszę wzrok z okien na kuchenny ogień, bo blisko niego moja siostra Rose prasuje - mimo iż oczywiście nie może tam dobrze widzieć i szkoda by było, gdyby przypaliła swoją jedyną koszulę nocną. (Ja mam dwie, ale jedna jest bez pleców). Rose szczególnie ujmująco wygląda w świetle rzucanym przez ogień, bo jest osobą o jasnej karnacji, ma delikatnie zaróżowioną skórę i złote włosy, bardzo jasne i lekkie jak puch. Chociaż mnie już trochę spowszedniała, to wiem, że uchodzi za piękność. Ma prawie dwadzieścia jeden lat i jest mocno rozgoryczona życiem. Ja mam siedemnaście lat, wyglądam młodziej, a czuję się starsza. Nie jestem pięknością, ale moje rysy twarzy są regularne.

Właśnie powiedziałam Rose, że nasza sytuacja jest właściwie całkiem romantyczna - dwie dziewczyny w takim dziwnym i samotnym domu. Odparła, że nie widzi nic romantycznego w tym, że siedzimy zamknięte w rozsypującej się ruinie, otoczonej morzem błota. Muszę przyznać, że nasz dom jest niezbyt odpowiednim miejscem do życia. Jednak ja go kocham. Sam dom powstał w czasach Karola II, ale został dobudowany do resztek czternastowiecznego zamku, zburzonego przez Cromwella. Cała wschodnia ściana jest częścią zamku. Są w niej dwie okrągłe wieże. Wartownia zachowała się nietknięta i odcinek starych murów pełnej wysokości łączy ją z domem. Wieża Belmotte, pozostałość jeszcze starszego zamku, nadal stoi na wzgórzu nieopodal. Jednak nawet nie spróbuję dokładnie opisać naszego niezwykłego domu, dopóki nie będę miała więcej wolnego czasu, niż mam teraz.

Prowadzę ten pamiętnik częściowo po to, by ćwiczyć świeżo poznaną metodę stenografowania, częściowo zaś po to, by uczyć się, jak pisać powieść - zamierzam opisać wszystkie osoby i przytoczyć rozmowy. Mojemu stylowi wyjdzie na dobre, jeżeli będę pisać szybko, bez długiego zastanawiania się, bo dotychczas moje opowiadania były strasznie sztywne i nieśmiałe. Kiedy raz ojciec okazał się tak dobry, że przeczytał jedno z nich, dowiedziałam się, że mój styl łączy w sobie dostojność z desperackimi próbami, żeby pisać śmiesznie. Poradził mi, żebym się zrelaksowała i pozwoliła słowom płynąć.

Chciałabym znaleźć sposób na to, żeby ojcu również płynęły słowa. Wiele lat temu napisał niezwykłą książkę pod tytułem Boje Jakuba - mieszankę beletrystyki, filozofii i poezji. Książka odniosła wielki sukces, zwłaszcza w Ameryce, gdzie ojciec zarobił mnóstwo pieniędzy, jeżdżąc z odczytami na jej temat. Wydawało się wówczas, że zostanie naprawdę poważnym pisarzem. Ale przestał pisać. Mama sądziła, że było to spowodowane czymś, co się zdarzyło, kiedy miałam około pięciu lat.

Mieszkaliśmy wtedy w małym domku nad morzem. Ojciec właśnie wrócił z drugiej tury odczytów w Ameryce. Pewnego popołudnia piliśmy herbatę w ogrodzie i ojciec bardzo głośno zaczął się złościć na mamę, akurat wtedy, kiedy miał kroić ciasto. Wymachiwał nożem do ciasta w jej stronę tak groźnie, że nadgorliwy sąsiad przeskoczył płot, by interweniować, i został powalony. Ojciec wyjaśnił w sądzie, że zabijanie kobiety srebrnym nożem tak, by zapiłować ją na śmierć, wymagałoby zbyt długiej i mozolnej pracy, no i został całkowicie oczyszczony z zarzutu jakiejkolwiek intencji zamordowania mamy. Cała sprawa wydawała się wszystkim bardzo śmieszna, tylko sąsiad wcale nie był ubawiony. Ale ojciec popełnił błąd: okazał się zabawniejszy od sędziego, a że nie ulegało wątpliwości, iż poważnie uszkodził sąsiada, to został posłany do więzienia na trzy miesiące.

Kiedy wyszedł, był miły jak zawsze - a nawet milszy, bo miał o wiele lepszy nastrój. Ale poza tym mnie wcale nie wydawał się zmieniony. Jednak Rose pamięta, że już zaczął stronić od ludzi - wtedy właśnie wynajął na czterdzieści lat ten zamek, wspaniałe miejsce do bycia odludkiem. Po wprowadzeniu się miał zacząć nową książkę. Ale czas mijał i nic się nie działo, aż zdaliśmy sobie sprawę, że zrezygnował i nawet nie próbuje pisać - i od lat nie chce rozmawiać o takiej możliwości. Większość czasu spędza w pokoju wartowni, gdzie zimą jest lodowato, bo nie ma tam kominka; kuli się tylko koło piecyka naftowego. O ile się orientujemy, nie robi nic innego poza czytaniem powieści detektywistycznych z wiejskiej biblioteki. Przynosi mu je panna Marcy, bibliotekarka i nauczycielka. Bardzo go podziwia i mawia, że "jest mu bardzo ciężko na duszy".

Osobiście nie wiem, jak może się zrobić "bardzo ciężko na duszy" zaledwie po trzech miesiącach więzienia - w każdym razie w przypadku gdy człowiek ma tyle energii, ile miał ojciec; a wydawało się, że miał jej jeszcze dużo, kiedy go wypuszczono. Ale teraz już mu się wyczerpała, a jego nietowarzyskość stała się prawie chorobą. Często myślę, że wolałby nie spotykać nawet domowników. Cała jego naturalna wesołość znikła. Czasami udaje fałszywą pogodę ducha, co mnie krępuje, ale zazwyczaj jest albo ponury, albo drażliwy - chyba wolałabym, żeby wpadał w złość, jak kiedyś. Och, biedny ojciec, on naprawdę zasługuje na współczucie. Mógłby przynajmniej popracować trochę w ogrodzie. Zdaję sobie sprawę, że nie kreślę tu sprawiedliwego obrazu ojca, ale uchwycę go później.

Mama zmarła osiem lat temu z zupełnie naturalnych przyczyn. Myślę, że musiała być tajemniczą osobą, bo moje wspomnienia o niej są bardzo mgliste, a ja raczej świetnie wszystko pamiętam. (Doskonale pamiętam wypadek z nożem do ciasta: uderzyłam leżącego sąsiada swoją małą drewnianą łopatką. Ojciec zawsze mówi, że za to dostał dodatkowy miesiąc).

Trzy lata temu (albo może cztery? Wiem, że jedyny towarzyski zryw ojca nastąpił w 1931 roku) została nam przedstawiona nasza macocha. Byłyśmy bardzo zaskoczone. To słynna modelka malarzy, która twierdzi, że na chrzcie dano jej imię Topaz. Nawet jeżeli to prawda, nie ma takiego prawa, które zmuszałoby kobietę, by przy takim imieniu pozostać. Jest bardzo piękna, z masą włosów tak jasnych, że prawie białych, i całkiem niezwykłej bladości. Nie stosuje makijażu ani nawet pudru. W Tate Gallery są dwa obrazy z nią: Macmorrisa zatytułowany Topaz w nefrytach, gdzie ma wspaniały nefrytowy naszyjnik; drugi, H.J. Allardy'ego, prezentuje jej akt na starej sofie wypchanej końskim włosiem, która - jak mówi Topaz - była bardzo kłująca. Nazywa się to Kompozycja; ale Allardy namalował ją jeszcze bledszą, niż jest, i Dekompozycja lepiej by pasowało.

W rzeczywistości nie ma nic niezdrowego w bladości Topaz; ona po prostu wygląda, jakby należała do jakiejś nowej rasy. Ma głęboki głos - to znaczy mówi udawanym niskim głosem. Należy to do jej artystycznej pozy, razem z malowaniem i grą na lutni. Ale jej dobroć jest zupełnie nieudawana, jak również jej gotowanie. Bardzo, bardzo ją lubię - miło jest to pisać, kiedy ona właśnie pojawia się na kuchennych schodach. Ma na sobie odwieczną pomarańczową suknię popołudniową. Jej jasne proste włosy spływają po plecach do pasa. Zatrzymała się na najwyższym schodku i powiedziała: "Och, dziewczęta..." z aksamitną intonacją każdego słowa.

W tej chwili siedzi na stalowym trójnogu i wygarnia popiół. Różowe światło sprawia, że wygląda bardziej zwyczajnie, ale ślicznie. Ma dwadzieścia dziewięć lat i miała dwóch mężów przed naszym ojcem (nigdy się o nich dużo nie dowiemy), wydaje się jednak bardzo młoda. Może dlatego, że jej twarz ma taki nieodgadniony wyraz.

W kuchni jest teraz przepięknie. Ogień płonie równo za kratkami pieca i w okrągłym otworze na płycie, skąd zostały zdjęte fajerki. Sprawia, że pobielone ściany są różowe, a ciemne belki sklepienia matowozłote. Najwyższa belka znajduje się mniej więcej trzydzieści stóp nad ziemią. Rose i Topaz są jak dwie małe figurki w wielkiej jarzącej się jaskini.

Rose przysiadła na osłonie paleniska i czeka, aż żelazko się zagrzeje. Wpatruje się w Topaz z wyraźną niechęcią. Często potrafię powiedzieć, co myśli Rose, i założyłabym się, że teraz zazdrości Topaz jej pomarańczowej sukni popołudniowej i nie cierpi swojej kusej, starej bluzki i spódnicy. Biedna Rose nienawidzi większości rzeczy, które ma, i zazdrości większości rzeczy, których nie ma. Prawdę mówiąc, ja jestem równie niezadowolona, ale aż tak nie zwracam na to uwagi. W tej chwili, patrząc na nie obydwie, czuję się bezgranicznie szczęśliwa; wiem, że mogę dołączyć do nich tam w cieple, a jednak pozostaję tu w chłodzie.

Ojej. Właśnie odbyła się tam mała scena. Rose poprosiła Topaz, by pojechała do Londynu zarobić trochę pieniędzy. Topaz odpowiedziała, że nie uważa, żeby gra była warta świeczki, bo życie jest tam bardzo drogie. To prawda, że nie udaje jej się nigdy zaoszczędzić więcej niż na parę prezentów dla nas - jest niezwykle szczodra.

- Dwóch malarzy, którym pozuję, przebywa za granicą - mówiła dalej - a ja nie lubię pracować dla Macmorrisa.

- Dlaczego? - zapytała Rose. - Przecież on płaci lepiej od innych, prawda?

- No i powinien, biorąc pod uwagę, jaki jest bogaty - powiedziała Topaz. - Ale nie lubię mu pozować, bo on tylko mnie portretuje. Wasz ojciec uważa, że malarze aktów malują moje ciało i myślą o swojej pracy, a Macmorris maluje moją głowę i myśli o moim ciele. I to jest szczera prawda. Miałam z nim sporo kłopotów i nie chciałabym, żeby to dotarło do waszego ojca.

- Myślę, że warto mieć trochę kłopotów, by zarobić prawdziwe pieniądze - powiedziała Rose.

- No, gdybyś sama zobaczyła, co to za kłopoty, kochanie... - Topaz zawiesiła głos.

Musiało to bardzo rozgniewać Rose, zwłaszcza że ona nigdy nie miała nawet cienia szansy na tego rodzaju kłopoty. Nagle dramatycznie odrzuciła głowę do tyłu i powiedziała:

- Chętnie spróbuję. Może was to zainteresuje, że od pewnego czasu rozważam, czy się nie sprzedać. Jak będzie trzeba, to pójdę na ulicę.

Zwróciłam jej uwagę, że nie może iść na ulicę w bezludnych ostępach hrabstwa Suffolk.

- Ale jak Topaz będzie tak dobra, pożyczy mi na bilet do Londynu i da parę wskazówek...

Topaz odparła, że nigdy nie była na ulicy i że raczej tego żałuje, bo - "trzeba upaść na dno, by wznieść się na wyżyny" - co jest charakterystycznym dla niej wyrażeniem, ale trzeba dużo dobrej woli, by spokojnie tego słuchać.

- A i tak - powiedziała Topaz do Rose - jesteś ostatnią dziewczyną, która miałaby brać na siebie ciężką harówkę niemoralnego życia. Jeżeli naprawdę przemawia do ciebie ten pomysł, żeby się sprzedać, to lepiej znajdź bogatego mężczyznę i cnotliwie wyjdź za niego za mąż.

Ten pomysł oczywiście przyszedł Rose do głowy, ale zawsze miała nadzieję, że mężczyzna będzie na dodatek przystojny, romantyczny i uroczy. Przypuszczam, że desperacka obawa, iż nigdy nie spotka żadnego nadającego się na męża mężczyzny, nawet okropnego i biednego, sprawiła, że teraz nagle zalała się łzami. A że płacze mniej więcej raz na rok, to naprawdę powinnam była iść do niej i ją utulić, ale chciałam zapisać to wszystko w pamiętniku. Zaczynam dostrzegać, że pisarze łatwo stają się bezduszni.

W każdym razie Topaz spisała się w utulaniu o wiele lepiej, niż ja bym potrafiła, bo wcale się nie spieszę, by przytulać ludzi do swojej piersi. Topaz była jak najlepsza matka, pozwalając Rose wypłakać się w tę swoją aksamitną pomarańczową popołudniową suknię, która wiele już przeszła w swoim życiu. Rose będzie później wściekła na siebie, bo ma przykrą skłonność do pogardzania Topaz, ale w tej chwili są dla siebie nadzwyczaj miłe. Rose składa prasowanie, tłumiąc szloch, a Topaz nakrywa stół do kolacji, omawiając niepraktyczne sposoby zarabiania pieniędzy - takie jak dawanie we wsi koncertu na lutni albo kupowanie prosiaka na raty.

Ja włączam się do rozmowy, kiedy daję ręce odpocząć, ale nie mówię nic szczególnie ważnego.

Znowu pada. Stephen idzie do nas przez podwórko. Mieszka z nami od małego, jego matka była naszą pokojówką w czasach, gdy jeszcze mogliśmy sobie na to pozwolić, a kiedy umarła, on nie miał się gdzie podziać. Hoduje dla nas warzywa, dogląda kur i wykonuje tysiąc drobnych robót - nie wyobrażam sobie, jak byśmy poradzili sobie bez niego. Ma teraz osiemnaście lat, bardzo jasne włosy i szlachetny wygląd, ale odrobinę głupawy wyraz twarzy. Zawsze był mi niezwykle oddany. Ojciec nazywa go moim lubym. On jest taki jak moje wyobrażenie Sylwiusza w Jak wam się podoba - ale ja nie jestem wcale podobna do Febe.

Właśnie wszedł Stephen. Pierwsze, co zrobił, to zapalił świecę i postawił na parapecie koło mnie, mówiąc:

- Nie trzeba psuć oczu, panienko Cassandro.

Potem upuścił ciasno zwinięty kawałeczek papieru na mój pamiętnik i serce mi zamarło, bo wiedziałam, że to będzie wiersz. Domyślam się, że pracował nad nim w stodole. Jest napisany jego starannym, prawie pięknym pismem. Tytuł: "Do Panienki Cassandry", autor: Stephen Colly. Jest to czarujący wiersz... Roberta Herricka.

Co mam zrobić ze Stephenem? Ojciec twierdzi, że wyrażanie własnego "ja" jest żałosne, ale ja myślę, że tak naprawdę głównym pragnieniem Stephena jest po prostu być miłym dla mnie; wie, że cenię poezję. Powinnam mu powiedzieć, że wiem, iż on tylko przepisuje wiersze - robił to przez całą zimę, mniej więcej co tydzień - ale nie mam serca sprawiać mu przykrości. Może jak nadejdzie wiosna, będę mogła zabrać go na spacer i uświadomić mu to w jakiś mało zniechęcający sposób. Tym razem wybrnęłam, nie mówiąc, jak zwykle, żadnych nieszczerych słów pochwały, tylko aprobująco uśmiechając się do niego przez całą kuchnię. Teraz pompuje wodę do kotła i wygląda na bardzo szczęśliwego.

Źródło jest pod kuchenną podłogą, istnieje tam od najwcześniejszych dni zamku; dostarcza wody od sześciuset lat i mówią, że nigdy nie wyschło. Rzecz jasna, musiało już być wiele pomp. Obecna została przywieziona, kiedy w czasach wiktoriańskich zakładano tu instalację (podobno) ciepłej wody.

Cały czas jestem odrywana od pisania. Topaz właśnie napełniła czajnik, ochlapując mi nogi, a mój brat Thomas wrócił ze szkoły w pobliskim miasteczku King's Crypt. Jest niezgrabnym piętnastoletnim chłopcem i trudno go uczesać z przedziałkiem, bo jego włosy rosną w kępkach. Mają taki sam mysi kolor jak moje; tyle że moje są posłuszne.

Kiedy Thomas wszedł, przypomniałam sobie, dzień po dniu, moje niedawne powroty ze szkoły. W jednej chwili ponownie przeżyłam dziesięć mil jazdy w ślimaczym tempie trzęsącym małym pociągiem, a potem pięć mil na rowerze od stacji w Scoatney. Jak ja nienawidziłam tego w zimie! Ale w jakiś sposób chciałabym znaleźć się z powrotem w szkole: również dlatego, że chodziła do niej córka kierownika kina i czasem wprowadzała mnie na seans za darmo. No i w ogóle brak mi samej szkoły - była zadziwiająco dobra jak na takie spokojne, małe, prowincjonalne miasteczko. Miałam stypendium, tak jak i Thomas ma teraz w swojej szkole; jesteśmy stosunkowo rozgarnięci.

Deszcz mocno uderza o szyby. Tu przy mojej świeczce wydaje się, że na zewnątrz jest całkiem ciemno. I dalsza część kuchni jest bardziej mroczna teraz, kiedy czajnik zakrywa otwór płyty kuchennego pieca. Dziewczęta siedzą na podłodze i przez kratki robią grzanki na wolnym ogniu. Dookoła każdej głowy widać jaśniejszy krąg tam, gdzie ogień prześwituje przez włosy.

Stephen skończył pompować wodę i dokłada do kotła - wielki staroświecki ceglany piec ogrzewa kuchnię i dodatkowo daje gorącą wodę. Kiedy grzeje się ten piec i pali się pod kuchnią, jest to najcieplejsze miejsce w całym domu; dlatego tak często tu siedzimy. Zresztą nawet w lecie jemy posiłki w kuchni, bo meble z jadalni zostały sprzedane ponad rok temu.

O, mój Boże, Topaz naprawdę gotuje jajka. Nikt mi nie powiedział, że kury wysłuchały naszej modlitwy. Ach, wspaniałe kury! Myślałam, że na kolację będzie tylko chleb z margaryną, a ja nie mogę się przyzwyczaić do margaryny tak, jakbym chciała. Dziękuję niebiosom, że nie ma jakiejś formy chleba tańszej od chleba.

Jak dziwnie jest wspominać, że kiedyś posiłek zwany tea oznaczał dla nas popołudniową herbatę - ciasteczka i cienko krojony chleb z masłem, podawane w salonie. Teraz jest to posiłek tak solidny, jak tylko się da, bo musi wystarczyć do śniadania. Jemy ten posiłek, kiedy Thomas wraca ze szkoły. Stephen zapala lampę. Za sekundę różowy poblask zniknie z kuchni. Ale światło lampy też jest piękne.

Lampa już zapalona. Kiedy Stephen niósł ją do stołu, mój ojciec pojawił się na schodach. Owinąwszy ramiona starym pledem w szkocką kratę, przyszedł z wartowni po murach zamkowych. Mruczał: "Herbata, herbata. Czy panna Marcy przyniosła już książki z biblioteki?" (jeszcze nie). Potem powiedział, że ma całkiem skostniałe ręce. Nie ze skargą, raczej z lekkim zdziwieniem, chociaż trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek, żyjąc w zamku zimą, może się dziwić, że mu kostnieje jakaś część ciała. I kiedy schodził do nas, strzepując deszcz z włosów, poczułam, że bardzo go kocham. Niestety, nie czuję tego zbyt często.

Ciągle jeszcze wygląda wspaniale, chociaż jego piękne rysy trochę zaczynają ginąć w tłuszczu, a twarz... blaknie. Kiedyś miał tak żywą karnację jak u Rose.

Teraz gawędzi z Topaz. Z przykrością zauważam, że jest w takim fałszywie radosnym nastroju, chociaż myślę, że obecnie biedna Topaz z wdzięcznością przyjmie nawet ten jego fałszywie radosny nastrój. Uwielbia ojca, a on zdaje się tak mało nią interesować.

Będę musiała zejść z blatu suszarki przy zlewie - Topaz potrzebuje ocieplacza na dzbanek do herbaty, a nasz pies Heloiza przyszedł i zobaczył, że pożyczyłam sobie jego kocyk. Nasz pies to ona, bulterierka, śnieżnobiała z wyjątkiem miejsc, gdzie różowiutka jak cukierek skóra prześwituje przez krótką sierść. No, już dobrze, Heloizo, kochanie, będziesz miała swój kocyk. Spogląda na mnie z miłością, wyrzutem, zaufaniem i radością. Jak ona potrafi wyrazić tak wiele tymi swoimi dwoma małymi skośnymi oczkami?

Kończę tę notatkę, siedząc na schodach. Uważam, że warto zaznaczyć, że nigdy nie byłam szczęśliwsza - pomimo troski o ojca, współczucia dla Rose, zakłopotania z powodu poezji Stephena i braku podstaw do jakiejkolwiek nadziei, jeżeli chodzi o perspektywy dla naszej rodziny w ogóle. Być może jest tak, bo zaspokoiłam swoje twórcze potrzeby; a może to dlatego, że wiem, że na kolację będą jajka.

 

II

Później. Pisane w łóżku.

Jest mi dość wygodnie, bo mam na sobie szkolny płaszcz, a w nogach gorącą cegłę, ale wolałabym, żeby to nie był mój tydzień na małym żelaznym łóżku. Rose i ja śpimy na zmianę w łóżku z baldachimem. Ona tam teraz siedzi i czyta książkę z biblioteki. Kiedy panna Marcy ją przyniosła, powiedziała, że to "ładna opowieść". Rose mówi, że jest okropna, ale woli ją czytać, niż myśleć o swoich sprawach. Biedna Rose! Ma na sobie stary niebieski flanelowy szlafrok, którego dół złożyła podwójnie i owinęła wokół pasa, żeby było cieplej. Ma ten szlafrok tak długo, że już go nawet nie zauważa, wydaje mi się, że gdyby schowała go na miesiąc, a potem popatrzyła na niego, doznałaby szoku. Ale jakie ja mam prawo cokolwiek mówić - ja, która w ogóle nie mam szlafroka od dwóch lat? W resztki mojego starego szlafroka owinięta jest gorąca cegła.

Nasz pokój jest duży i uderzająco pusty. Poza łóżkiem z baldachimem, które jest mocno zniszczone, wszystkie dobre meble zostały stopniowo wyprzedane i zastąpione najprostszymi sprzętami ze sklepów ze starzyzną. Tak więc mamy szafę bez drzwi i bambusową toaletkę, którą uważam za rzadki okaz. Trzymam swój świecznik na poobijanym blaszanym kufrze, który kosztował jednego szylinga; świecznik Rose stoi na komodzie pomalowanej tak, że blat imituje marmur, choć bardziej przypomina bekon. Emaliowany dzbanek i miednica są moją osobistą własnością - właścicielka gospody Pod Kluczami dała mi je po tym, jak znalazłam je stojące bezużytecznie w stajni. Pozwalają uniknąć kolejek do łazienki. Jedyną raczej ładną rzeczą jest rzeźbiona drewniana ławeczka w oknie wykuszowym - cieszę się, że w żaden sposób nie da się jej sprzedać. Została wbudowana w gruby mur zamkowy, a nad nią znajduje się duże wielodzielne okno. W pokoju są też okna wychodzące na ogród; mają małe kwadratowe szybki.

Nigdy nie wyrosłam z fascynacji jedną rzeczą: okrągłą wieżą z drzwiami, w rogu naszego pokoju. W środku są kręte schody, którymi, idąc w górę, można dojść do obronnego szczytu z blankami, a w dół - do salonu; niektóre stopnie prawie się rozpadają.

Może do mebli powinnam zaliczyć również pannę Blossom. To manekin krawiecki o bardzo obfitych kształtach, w spódnicy z drutu dookoła jedynej nogi. Trochę sobie żartujemy z tą panną Blossom - udajemy, że to prawdziwa osoba. Wyobrażamy sobie, że jest kobietą doświadczoną, może w młodości była barmanką. Mówi na przykład takie rzeczy: "No tak, złociutka, tacy są mężczyźni" albo: "Domagaj się świadectwa ślubu".

Wiktoriańscy wandale, którzy poprzerabiali tyle rzeczy w tym domu, nie wpadli na pomysł, żeby zrobić korytarze, tak więc wszyscy musimy stale przechodzić przez czyjeś pokoje. Topaz właśnie przeszła przez nasz w koszuli nocnej uszytej z gładkiego białego perkalu z otworami na głowę i ramiona; uważa, że nowoczesna bielizna jest pospolita. Wyglądała w tym raczej jak ofiara prowadzona na stos, podczas gdy jej właściwym celem była tylko łazienka.

Topaz i ojciec śpią w dużym pokoju, z którego wychodzi się na schody do kuchni. Między ich pokojem a naszym jest małe pomieszczenie, które nazywamy pokojem buforowym; Topaz zajęła je na swoje studio. Thomas ma sypialnię po drugiej stronie podestu, obok łazienki.

Ciekawa jestem, czy Topaz poszła prosić ojca, żeby już kładł się spać; to całkiem do niej podobne, by tak w koszuli nocnej przemaszerować górą murów zamkowych. Mam jednak nadzieję, że nie poszła, bo ojciec robi jej duże afronty, kiedy ona tak wpada do wartowni. Nas już jako dzieci nauczono nigdy nie zbliżać się do niego bez pozwolenia i on uważa, że Topaz powinna zachowywać się w taki sam sposób.

Nie - jednak nie poszła. Wróciła po paru minutach i wyglądało na to, że chce u nas zostać, ale jej nie zachęcałyśmy. Teraz jest w łóżku i gra na lutni. Sama lutnia mi się podoba, ale nie hałas, który robi; rzadko jest nastrojona i wydaje się instrumentem, na którym nigdy nic nie wychodzi.

Czuję się trochę winna, że byłam chłodna dla Topaz, ale dzisiejszego wieczora mieliśmy tyle atrakcji.

Koło ósmej przyszła panna Marcy i przyniosła książki. Ma około czterdziestu lat, jest niewysoka i raczej spłowiała, a jednak w jakiś sposób bardzo młoda. Często mruga oczami, ma tendencję do chichotania i mówi: "No, nie!". Pochodzi z Londynu, ale mieszka tu na wsi już od ponad pięciu lat. Sądzę, że bardzo przyjemnie uczy. Jej przedmioty to: pieśń ludowa, dzikie kwiaty i tradycja ludowa. Na początku jej się tutaj nie podobało (zawsze mówi, że "brakuje jej jasnych świateł miasta"), ale wkrótce zajęła się sprawami wsi i teraz próbuje zainteresować nimi także tutejszych mieszkańców.

Jako bibliotekarka troszkę oszukuje, żeby dać nam najnowsze książki: miała dziś dostawę i przyniosła ojcu powieść kryminalną, która wyszła zaledwie dwa lata temu, a jej autorem był jeden z ulubionych pisarzy ojca. Topaz powiedziała:

- Ach, muszę to natychmiast zanieść Mortmainowi. - Mówi do ojca "Mortmain" dlatego, że podoba jej się nasze dziwne nazwisko i żeby podtrzymać fikcję, że wciąż jest on słynnym pisarzem.

Wrócił z nią, by podziękować pannie Marcy, i wreszcie wydawał się całkiem szczerze ożywiony.

- Przeczytam każdy kryminał, dobry, zły czy średni - zwrócił się do niej - ale klasyczny należy do rzadkich przyjemności w życiu.

Potem się dowiedział, że dostał książkę przed pastorem, i był tak uradowany, że posłał pannie Marcy całusa, a ona powiedziała:

- Ach, dziękuję, panie Mortmain. To znaczy... no, nieee! - Zarumieniła się i zamrugała. Ojciec zarzucił na siebie koc jak togę i poszedł z powrotem do wartowni, wyglądając pogodnie jak nigdy. Kiedy był już dość daleko i nie mógł usłyszeć, panna Marcy zapytała: - Jak on się miewa? - przyciszonym głosem, który sugerował, że albo jest na progu śmierci, albo stracił rozum.

Rose odrzekła, że ojciec ma się doskonale i jest doskonale bezużyteczny, jak zawsze. Panna Marcy wyglądała na zaszokowaną.

- Rose jest przygnębiona finansami - wyjaśniłam.

- Nie będziemy zanudzać panny Marcy naszymi zmartwieniami - szybko wtrąciła Topaz.

Ona nie znosi, gdy coś rzuca cień na ojca.

Panna Marcy powiedziała, że jest wykluczone, by cokolwiek, co dotyczy naszego domostwa, mogło ją nudzić - wiem, że uważa życie w zamku za niezwykle romantyczne. Potem zapytała, bardzo nieśmiało, czy mogłaby nam służyć radą.

- Czasami osoba z zewnątrz...

Nagle poczułam, że chętnie bym zasięgnęła jej rady. Jest taką rozsądną małą kobietką - to ona wpadła na pomysł, żeby sprowadzić dla mnie książkę o nowej metodzie stenografowania. Mama nauczyła nas, by we wsi nigdy nie opowiadać o naszych sprawach, i szanuję też lojalność Topaz wobec ojca, ale byłam pewna, że panna Marcy musiała doskonale wiedzieć, że jesteśmy bankrutami.

- Gdyby pani mogła podsunąć nam jakieś sposoby na zarobienie pieniędzy - powiedziałam.

- Albo żeby na dłużej starczyły... wiem, że was wszystkich tak pochłania sztuka, że w ogóle nie jesteście praktyczni. Zróbmy zebranie zarządu!

Powiedziała to tak, jakby zachęcała dzieci do zabawy. I miała tyle zapału, że byłoby po prostu niegrzecznie jej odmówić. Myślę też, że Rose i Topaz były już tak zdesperowane, że chciały spróbować czegokolwiek.

- Potrzebny jest papier i ołówki - dodała panna Marcy, klaszcząc w dłonie.

Papier do pisania jest w tym domu rzadkością, a ja nie zamierzałam wydzierać kartek z tego zeszytu, wspaniałego zeszytu za sześć pensów, który dał mi pastor. W końcu panna Marcy wyjęła środkowe strony bibliotecznego rejestru, co dało nam przyjemne uczucie, że okradamy rząd, a potem siedliśmy dookoła stołu i wybraliśmy ją na przewodniczącą. Powiedziała, że musi też być sekretarzem, by móc pisać protokół, i zanotowała:

ANALIZA FINANSÓW RODZINY MORTMAINÓW

Obecni

Panna Marcy (przewodnicząca) Pani Jamesowa Mortmain Panna Rose Mortmain Panna Cassandra Mortmain Thomas Mortmain Stephen Colly

Zaczęliśmy od dyskusji nad wydatkami.

- Najpierw czynsz - powiedziała panna Marcy.

Czynsz wynosi czterdzieści funtów rocznie; wydaje się to niewiele jak na taki wielki zamek, ale mamy tylko parę akrów ziemi, miejscowi wieśniacy uważają, że ruiny są minusem, no i mówi się, że są tu duchy - lecz to nieprawda. (Coś dziwnego pojawia się na wzgórzu, ale to nigdy nie przychodzi do domu). W każdym razie nie płacimy czynszu od trzech lat. Właściciel zamku, bogaty stary dżentelmen, który mieszkał w Scoatney Hall, pięć mil od nas, zawsze przysyłał nam szynkę na Boże Narodzenie, bez względu na to, czy płaciliśmy czynsz, czy nie. Zmarł zeszłego roku w listopadzie i bardzo nam brakowało tej szynki.

- Mówią, że Scoatney Hall będzie ponownie otwarte - powiedziała panna Marcy, kiedy wyjaśniliśmy jej sytuację związaną z czynszem. - Dwóch chłopców ze wsi zatrudniono jako dodatkowych ogrodników. No, to zapiszemy "czynsz", z adnotacją "nieobowiązkowy". A co z jedzeniem? Czy wystarczy wam piętnaście szylingów tygodniowo na osobę? Powiedzmy, jeden funt, wliczając świece, naftę do lampy i środki czyszczące.

Myśl, że nasza rodzina mogłaby kiedykolwiek mieć sześć funtów na tydzień, sprawiła, że wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

- Jeżeli panna Marcy ma nam naprawdę coś poradzić - odezwała się Topaz - to lepiej jej wyjaśnić, że nie mamy żadnego dochodu w tym roku.

Panna Marcy zarumieniła się i powiedziała:

- Wiedziałam, że sytuacja jest trudna. Ale droga pani Mortmain, przecież jakieś pieniądze muszą chyba być?

Przedstawiliśmy jej fakty. Ani jeden pens nie wpłynął w styczniu i lutym. W zeszłym roku ojciec dostał czterdzieści funtów z Ameryki, gdzie książka Boje Jakuba jeszcze się sprzedawała. Topaz pozowała w Londynie przez trzy miesiące, zaoszczędziła osiem funtów i pożyczyła pięćdziesiąt; sprzedaliśmy także komodę marszandowi w pobliskim miasteczku King's Crypt, za dwadzieścia funtów. Żyjemy za tę komodę od Bożego Narodzenia.

- Dochód w zeszłym roku wyniósł sto osiemnaście funtów - podliczyła panna Marcy i zapisała to.

Szybko wyjaśniliśmy, że to nie ma żadnego związku z tegorocznym dochodem, bo już nie mamy dobrych mebli do sprzedania, Topaz wyczerpała możliwości bogatych pożyczkodawców i wiemy, że jest mało prawdopodobne, by tantiemy ojca były tak wysokie, bo zmniejszają się z każdym rokiem.

- Może powinienem przestać chodzić do szkoły? - spytał Thomas. Oczywiście odparłyśmy, że to byłby absurd, bo jego nauka nic nas nie kosztuje dzięki stypendium, a pastor właśnie dał mu roczny bilet na kolej.

Panna Marcy przez chwilę bawiła się ołówkiem i wreszcie powiedziała:

- Jeżeli mam pomóc, to muszę być szczera. Czy nie można by trochę oszczędzić na wypłatach dla Stephena?

Poczułam, że się rumienię. Przecież nigdy nie płaciliśmy Stephenowi - nigdy nawet się o tym nie pomyślało. I nagle zdałam sobie sprawę z tego, że powinniśmy byli. (Nie znaczy to, że mieliśmy kiedykolwiek jakieś pieniądze, żeby mu płacić, od czasu kiedy był już na tyle duży, by zarabiać).

- Nie chcę żadnej zapłaty - szepnął Stephen. - Nie wziąłbym jej. Wszystko, co kiedykolwiek miałem, dano mi tutaj.

- Wie pani, Stephen jest jak syn - powiedziałam.

Panna Marcy miała taką minę, jakby nie była pewna, czy to dobrze, ale twarz Stephena rozjaśniła się na moment. Potem się zawstydził i mruknął, że musi sprawdzić, czy wszystkie kury wróciły do kurnika. Kiedy już poszedł, panna Marcy upewniła się:

- Żadnej, zupełnie żadnej zapłaty? Tylko utrzymanie?

- Nie płacimy sobie żadnych pensji - odparła Rose, i była to prawda; ale my nie pracujemy tak ciężko jak Stephen i nie śpimy w małym ciemnym pokoiku koło kuchni. - I uważam, że to upokarzające dyskutować o naszej biedzie przy pannie Marcy - z gniewem mówiła Rose. - Myślałam, że tylko poprosimy o radę.

Po tych słowach straciłyśmy dużo czasu na ugłaskanie dumy Rose i uczuć panny Marcy. Potem zabrałyśmy się do rozważenia możliwości zarabiania.

Topaz powiedziała, że nie zarobi w Londynie więcej niż cztery funty tygodniowo, może nawet i tego nie, i że musi mieć trzy funty na życie, jakieś ubranie i bilet, by tu przyjeżdżać przynajmniej co drugi weekend.

- I ja wcale nie chcę jechać do Londynu - dodała żałośnie. - Jestem zmęczona pozowaniem. I okropnie tęsknię za Mortmainem. On mnie potrzebuje, jestem jedyną osobą, która potrafi gotować.

- To nie jest takie ważne, kiedy nie mamy co gotować - zauważyła Rose. - A czy ja mogłabym zarabiać jako modelka?

- Obawiam się, że nie - odparła Topaz. - Twoja figura jest zbyt ładna; nie daje rysownikowi pola do popisu. I nigdy nie miałabyś cierpliwości, by usiedzieć spokojnie. Myślę, że jeśli nic innego się nie trafi, będę jednak musiała jechać do Londynu. Mogę przysyłać do domu około dziesięciu szylingów tygodniowo.

- To wspaniale - powiedziała panna Marcy i zapisała: "Pani Jamesowa Mortmain: możliwe dziesięć szylingów tygodniowo".

- Nie przez cały rok - zaznaczyła Topaz zdecydowanie. - Nie zniosłabym tego i w ogóle nie miałabym czasu na własne malowanie. Naturalnie, mogłabym też coś z tego sprzedać.

- Oczywiście, że by pani mogła - zgodziła się bardzo grzecznie panna Marcy, po czym odwróciła się do mnie.

Powiedziałam, że ćwiczona przeze mnie metoda stenografii pozwala mi pisać coraz szybciej, ale nie jest to prawdziwa stenografia (ani też właściwie nie jest to prawdziwa metoda), no i nie potrafię pisać na maszynie, a szanse zdobycia gdzieś maszyny do pisania są znikome.

- No to obawiam się, że dopóki nie ruszysz ze swoją pracą literacką, musimy wpisać ci zero - powiedziała panna Marcy. - Thomas oczywiście będzie miał zero jeszcze przez parę lat. Rose, moja droga?

Jeżeli ktokolwiek w tej rodzinie ma zero, jeśli chodzi o zarabianie pieniędzy, to właśnie Rose. Pomimo że gra trochę na fortepianie i całkiem ładnie śpiewa, no i jest oczywiście śliczna, to nie ma żadnych talentów.

- Może mogłabym opiekować się małymi dziećmi - podsunęła.

- O, nie - zaprzeczyła szybko panna Marcy. - To znaczy, moja droga... no, nie sądzę, żeby ci to mogło odpowiadać.

- Pójdę do Scoatney Hall pracować jako pokojówka - powiedziała Rose z taką miną, jakby wstępowała na szafot.

- Pokojówki muszą być wykwalifikowane, moja droga - zauważyła panna Marcy - i czuję, że to nie spodobałoby się twojemu ojcu. A nie mogłabyś uszyć czegoś ładnego?

- Z czego? - zapytała Rose. - Z materiału na worki? W istocie Rose wcale nie radzi sobie z szyciem.

Panna Marcy z przygnębieniem patrzyła na swoją listę.

- Przykro mi, ale na razie musimy zapisać zero naszej drogiej Rose - powiedziała. - Zostaje nam tylko pan Mortmain.

- Jeżeli ja mam zero, to ojciec powinien mieć podwójne zero - mruknęła Rose.

Panna Marcy pochyliła się do przodu i powiedziała ściszonym głosem:

- Moje drogie, wiecie, że próbuję wam pomóc. Na czym polega prawdziwy problem pana Mortmaina? Czy to... czy to... alkohol?

Śmiałyśmy się tak bardzo, że Stephen przyszedł zobaczyć, co to za żart tak się udał.

- Biedny, biedny Mortmain. - Topaz z trudem wydobyła głos. - Przecież on nigdy nie ma nawet na piwo! Na alkohol potrzeba pieniędzy, panno Marcy.

Panna Marcy powiedziała, że nie mogą to też być narkotyki - i na pewno nie są; on nawet nie pali, jak już skończą się cygara podarowane mu na Boże Narodzenie przez pastora.

- To jest czyste lenistwo - oznajmiła Rose. - Lenistwo i słabość. I nie wierzę, że ojciec w ogóle był kiedyś dobry, tak naprawdę. Podejrzewam, że Boje Jakuba były przereklamowane.

Topaz wyglądała na tak zagniewaną, że przez sekundę myślałam, że uderzy Rose. Stephen podszedł do stołu i stanął między nimi.

- Ależ skąd, panienko Rose - powiedział spokojnie. - To jest wielka książka, wszyscy to wiedzą. Ale coś mu się stało i już nie może pisać. Nie da się pisać tylko dlatego, że się chce. - Spodziewałam się, że Rose niegrzecznie mu odpowie, ale zanim zdołała się odezwać, on obrócił się w moją stronę i szybko mówił dalej: - Myślałem o tym, panienko Cassandro, że powinienem znaleźć pracę; mogą mnie zatrudnić na farmie Four Stones.

- Ale co z naszym ogrodem, Stephen! - prawie jęknęłam, bo właśnie dzięki warzywom udaje nam się jakoś przeżyć.

Powiedział, że już wkrótce dni będą dłuższe i że będzie pracował dla nas wieczorami.

- Ja też się przydam w ogrodzie, prawda, Stephen? - zapytała Topaz.

- Tak, proszę pani, bardzo. Nie mógłbym się oczywiście zatrudnić w Four Stones, gdyby pani pojechała do Londynu, bo wtedy byłoby za dużo pracy dla panienki Cassandry.

Rose nie jest dobra w takich sprawach jak ogrodnictwo i prowadzenie domu.

- Tak więc można zapisać dwadzieścia pięć szylingów tygodniowo przy moim nazwisku, panno Marcy - mówił dalej Stephen - bo pan Stebbins obiecał, że na początek tyle dostanę. I będę mieć również obiad w Four Stones.

Z zadowoleniem pomyślałam, że to znaczy, że dostanie jeden porządny posiłek dziennie.

Panna Marcy powiedziała, że to wspaniały pomysł, chociaż szkoda, że przez to trzeba wykreślić dziesięć szylingów Topaz.

- Mimo że była to tylko pewna możliwość - dodała.

Kiedy zapisywała te dwadzieścia pięć szylingów Stephena na liście, Rose nagle się odezwała:

- Dziękuję, Stephen.

No, a ponieważ ona z zasady raczej nie zwraca na niego uwagi, zabrzmiało to poważnie. I uśmiechnęła się bardzo miło. Biedna Rose chodzi ostatnio tak przygnębiona, że jej uśmiech jest jak popołudniowe słońce po długim deszczowym dniu. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek, widząc uśmiechającą się Rose, nie poczuł, że ją lubi. Spodziewałam się, że Stephen będzie ogromnie zadowolony, ale on tylko skinął głową i przełknął kilka razy.

Właśnie wtedy ojciec pojawił się na schodach i spojrzał w dół na nas wszystkich.

- Co, gracie w karty? - zapytał. Mogło to tak wyglądać, bo siedzieliśmy dookoła stołu w świetle lampy. Potem zszedł do nas, mówiąc: - Ta książka jest pierwszorzędna. Zrobiłem sobie małą przerwę, próbując odgadnąć, kto jest mordercą. Chciałbym dostać herbatnika.

Zawsze, kiedy ojciec jest głodny między posiłkami - a podczas nich je bardzo niewiele, mniej niż ktokolwiek z nas - prosi o herbatnika. Domyślam się, że w jego pojęciu jest to najmniejsza i najtańsza rzecz, o którą może prosić. Oczywiście od wieków nie mieliśmy prawdziwych herbatników, takich ze sklepu, ale Topaz robi owsiane ciasteczka, które są bardzo sycące.

Położyła trochę margaryny na herbatniku. Spostrzegłam lekki niesmak w oczach ojca, który zapytał, czy mogłaby posypać to odrobiną cukru.

- To tak dla odmiany - rzucił przepraszająco. - Czy możemy poczęstować czymś pannę Marcy? Może trochę herbaty albo kakao, panno Marcy?

Podziękowała, mówiąc, że nie chce odbierać sobie apetytu przed kolacją.

- No to nie będę wam przerywał gry - powiedział ojciec. - Co to jest?

I zanim zdążyłam pomyśleć, jak odwrócić jego uwagę, pochylił się przez jej ramię, żeby popatrzeć na leżącą przed nią listę. A oto co było tam zapisane:

Możliwości zarobku w roku bieżącym

Pani Mortmain . . . . . . . . . . . zero Cassandra Mortmain . . . . . . zero Thomas Mortmain . . . . . . . . zero Rose Mortmain . . . . . . . . . . zero Pan Mortmain . . . . . . . . . . . zero Stephen Colly . . . . . . . . . . . 25 szylingów na tydzień

Mina ojca nie zmieniła się, kiedy to czytał - nadal się uśmiechał, ale ja czułam, że coś się z nim działo. Rose mówi, że zawsze przypisuję ludziom emocje, które bym sama odczuwała, gdybym była w ich sytuacji, ale jestem pewna, że miałam wtedy prawdziwy przebłysk intuicji. I nagle zobaczyłam jego twarz bardzo wyraźnie, nie tak jak się widzi twarze ludzi, które zna się na pamięć. Zobaczyłam, jak zmienił się od czasów, gdy byłam mała, i przypomniałam sobie słowa Ralpha Hodgsona o "poskromionych i liniejących tygrysach"1. Jak długo trwa zapisywanie myśli, które zajmują ledwie chwilę! Myślałam o wielu innych rzeczach, skomplikowanych, wzruszających i bardzo zagadkowych, podczas gdy ojciec czytał naszą listę.

Kiedy skończył, rzucił całkiem lekko:

- I Stephen oddaje nam swoje zarobki?

- Powinienem płacić za wyżywienie i mieszkanie, proszę pana - powiedział Stephen - za życzliwość w przeszłości i książki, które mi pan pożyczał.

- Jestem przekonany, że będziesz bardzo dobrą głową rodziny - skwitował ojciec.

Wziął od Topaz owsiane ciasteczko posypane cukrem i ruszył w stronę schodów. Zawołała za nim:

- Zostań chwilę przy kominku, Mortmain.

Ale odpowiedział, że chce wrócić do lektury. Potem jeszcze raz podziękował pannie Marcy za przyniesienie takiej dobrej książki i powiedział jej "dobranoc", bardzo szarmancko.

Słyszeliśmy, jak nucił pod nosem, idąc przez sypialnie do wartowni. Panna Marcy słowem nie skomentowała całego zdarzenia, co dowodzi, jak bardzo jest taktowna; ale wyglądała na speszoną i oznajmiła, że już będzie musiała iść. Stephen zapalił latarnię i powiedział, że odprowadzi ją do drogi, gdzie zostawiła swój rower z powodu okropnego błota na naszym podjeździe. Ja także z nią wyszłam. Kiedy przechodziłyśmy przez dziedziniec, spojrzała w górę, w okno wartowni, i zapytała, czy myślę, że ojciec by się obraził, gdyby mu przyniosła małą puszkę herbatników, żeby miał je u siebie. Odrzekłam, że nie uważam, by jakiekolwiek jedzenie mogło kogoś w naszym domu obrazić, a ona tylko westchnęła: "Ojej". Potem popatrzyła na ruiny dookoła i powiedziała, że są takie piękne, ale że pewnie ja już się do nich przyzwyczaiłam. Chciałam szybko wrócić do ciepłej kuchni, więc po prostu potwierdziłam; ale to nie jest prawda. Piękno zamku wcale mi nie spowszedniało. I potem, gdy odeszła ze Stephenem, zdałam sobie sprawę z tego, że zamek wygląda szczególnie pięknie. To była dziwna noc. Księżyc w pełni skrywał się za chmurami, ale osrebrzył je tak, że niebo było całkiem jasne. Wieża Belmotte, wysoko na swoim wzniesieniu, wydawała się jeszcze wyższa niż zwykle. Jak już popatrzyłam w niebo, to chciałam tak stać i patrzeć; przyciągało mnie jakby do siebie i sprawiło, że zaczęłam nasłuchiwać, chociaż nie było czego słuchać, bo żadna gałązka nawet nie drgnęła.

Kiedy Stephen wrócił, wciąż patrzyłam w niebo.

- Jest zbyt zimno, żeby wychodzić bez płaszcza, panienko Cassandro - powiedział.

Ale ja zapomniałam o wszystkim i naturalnie nie było mi już wcale zimno. Gdy wracaliśmy do domu, zapytał, czy myślę, że La Belle Dame sans Merci2 mogła mieszkać w takiej wieży jak Belmotte. Przyznałam, że to całkiem prawdopodobne, chociaż nigdy nie przyszło mi do głowy, że ona miała jakieś życie rodzinne.

Potem wszyscy zdecydowaliśmy się wcześniej położyć, żeby już nie dokładać do ognia, wzięliśmy więc swoje nagrzane cegły z piekarnika i każdy poszedł w swoją stronę. Jednak wczesne kładzenie się jest bardzo szkodliwe dla świec. Myślałam, że moja wystarczy na dwie godziny, ale kawałek knota się zapadł i teraz mam stopioną masę. (Ciekawe, jak król Artur radził sobie z zegarami ogniowymi, kiedy zdarzało się coś takiego). Zapytałam Thomasa, czy mogę wziąć jego świecę, ale on ciągle jeszcze odrabia zadania domowe. Będę musiała iść do kuchni - mam tam sekretny schowek z ogarkami. I zrobię dobry uczynek, bo w drodze na dół, do kuchni, utnę sobie przyjacielską pogawędkę z Topaz.

...Jestem z powrotem. Zdarzyło się coś zaskakującego. Kiedy zeszłam do kuchni, Heloiza obudziła się i zaszczekała i Stephen pojawił się w swoich drzwiach, by zobaczyć, co się dzieje. Zawołałam, że to tylko ja, i zniknął w swoim pokoju. Znalazłam ogarek i właśnie kiedy przyklękłam przy koszyku Heloizy, by powiedzieć do niej parę słów (ma taki szczególnie przyjemny ciepły zapach czystego psa po spaniu), znowu pojawił się Stephen w płaszczu narzuconym na koszulę nocną.

- Wszystko w porządku! - zawołałam. - Już znalazłam, co chciałam.

Wtedy właśnie zatrzasnęły się drzwi na górze kuchennych schodów, tak że nastała zupełna ciemność, z wyjątkiem bledszego kwadratu okna. Po omacku przeszłam przez kuchnię i wpadłam na stół. Wtedy Stephen wziął mnie za ramię i podprowadził do schodów.

- Teraz już sobie poradzę - powiedziałam.

Byliśmy bliżej okna, gdzie wszystko było spowite dziwnym światłem księżyca.

Nie puścił mojego ramienia.

- Chcę o coś zapytać, panienko Cassandro - odezwał się. - Chcę wiedzieć, czy jest panienka czasem głodna, to znaczy wtedy, kiedy nie ma nic do jedzenia.

Pewnie bym potwierdziła: "Oczywiście, że jestem", ale zauważyłam napięcie i zatroskanie w jego głosie, więc powiedziałam:

- No przecież zazwyczaj coś tam mamy do jedzenia, prawda? Oczywiście byłoby przyjemniej mieć mnóstwo pyszności, ale zwykle mi wystarcza. Dlaczego nagle o to pytasz?

Powiedział, że nie mógł zasnąć i o tym myślał, i że nie zniósłby, gdybym była głodna.

- Jeżeli kiedykolwiek będziesz, to mi powiedz - poprosił. - Coś wymyślę.

Bardzo mu podziękowałam i przypomniałam, że będzie nam pomagał swoimi zarobkami.

- Tak, to już będzie coś - zgodził się. - Ale proszę mi powiedzieć, gdyby było mało. Dobranoc, panienko Cassandro.

Idąc na górę, byłam zadowolona, że nie przyznałam mu się, iż często odczuwam głód, bo jeżeli on podkrada dla mnie wiersze Herricka, to sądzę, że mógłby też kraść jedzenie. Była to raczej przerażająca myśl, ale też jakoś podnosząca na duchu.

Ojciec właśnie szedł z wartowni. Nie zauważyłam u niego żadnych oznak urażonej dumy. Powiedział, że zostawił sobie cztery rozdziały książki do przeczytania w łóżku.

- I wymagało to wielkiej siły woli - dodał. Topaz wyglądała na dość przygnębioną.

Zastałam Rose leżącą w ciemnościach, bo Thomas pożyczył od niej świecę, żeby skończyć odrabiać lekcje. Powiedziała, że nie zrobiło jej to różnicy, bo jej książka okazała się zbyt ładna i to było nie do zniesienia.

Zapaliłam ogarek przyniesionej świecy i przykleiłam go do stopionej masy w lichtarzu. Musiałam przykucnąć nisko na łóżku, żeby mieć dość światła do pisania. Już miałam zacząć, kiedy zobaczyłam, że Rose obejrzała się, sprawdzając, czy zamknęłam drzwi do pokoju buforowego. Potem spytała:

- Czy pomyślałaś o czymś, kiedy panna Marcy powiedziała, że Scoatney Hall znów będzie otwarte?

No tak, pomyślałam o początku powieści Duma i uprzedzenie, kiedy pani Bennet mówi: "Wydzierżawiono nareszcie Netherfield Park". A potem pan Bennet jedzie tam złożyć wizytę bogatemu nowemu właścicielowi.

- Pan Bennet nie był mu winien żadnego czynszu - zauważyłam.

- Nasz ojciec i tak by nie pojechał. Jak ja bym chciała żyć w powieści Jane Austen!

Powiedziałam, że ja wolałabym żyć w powieści Charlotte Bronte¨.

- Co byłoby przyjemniejsze: Jane z odrobiną Charlotte czy Charlotte z odrobiną Jane? - spytała Rose.

Jest to ten rodzaj dyskusji, który bardzo lubię, ale chciałam pisać dalej, więc tylko powiedziałam:

- Pięćdziesiąt procent każdej byłoby idealnie. - Po czym z determinacją wróciłam do pamiętnika.

Teraz jest już prawie północ. Sama czuję się jak jakaś Bronte¨, pisząc przy świetle migocącej świecy palcami tak zdrętwiałymi, że ledwie mogę utrzymać ołówek. Wolałabym, żeby Stephen nie przywiódł mi na myśl jedzenia - cały czas czuję głód, co jest śmieszne, bo zjadłam dobry posiłek z jajkiem niecałe sześć godzin temu. O Boże - właśnie pomyślałam, że jeżeli Stephen martwił się, czy nie jestem głodna, to pewnie sam był głodny. Ależ my gospodarujemy!

Ciekawa jestem, czy uda mi się zdobyć kilka dodatkowych minut światła, jak zrobię knoty z zapałek. Czasem to skutkuje.

Nie udało się - jakbym próbowała pisać przy świetle robaczka świętojańskiego. Ale księżyc wreszcie przedarł się przez chmury i da się coś zobaczyć. To dość ekscytujące pisać przy świetle księżyca.

Rose śpi na plecach, usta ma szeroko otwarte. Nawet tak leżąc, ładnie wygląda. Mam nadzieję, że śni jej się piękny sen o bogatym młodzieńcu, który jej się oświadcza.

Wcale nie jestem śpiąca. Utnę sobie w myślach małą pogawędkę z panną Blossom. Na tle srebrnego okna jej szlachetne popiersie wydaje się większe niż zwykle. Właśnie zapytałam ją, czy uważa, że Rose i mnie przydarzy się kiedykolwiek coś ekscytującego, i usłyszałam wyraźnie, jak powiedziała: "No, nie wiem, kochanie, ale jestem pewna, że twoja siostra będzie gwiazdą, jak tylko trafi jej się szansa".

Nie sądzę, by mnie kiedykolwiek udało się zostać gwiazdą. Mogłabym pisać przez całą noc, ale ledwie widzę, no i nie mogę rozrzutnie marnować papieru, więc będę sobie tylko myśleć. Kontemplacja wydaje się jedynym luksusem, który nic nie kosztuje.

1 Cytat z wiersza The Bells of Heaven (Niebiańskie dzwony) Ralpha Hodgsona (1871-1962), angielskiego poety, którego twórczość zalicza się do nurtu poezji georgiańskiej (przyp. red.).

2 Tytuł wiersza Johna Keatsa (1795-1821) (przyp. tłum.).

 

III

Właśnie przeczytałam swój pamiętnik od początku. Okazuje się, że potrafię z łatwością odczytywać tekst zapisany tym moim sposobem stenografii, nawet to, co pisałam przy świetle księżyca wczoraj w nocy. Ze zdziwieniem widzę, ile napisałam; przy opowiadaniach nawet jedna strona może mi zająć całe godziny, ale prawda wydaje się płynąć tak szybko, jak tylko potrafię zapisywać. Jednak słowa są bardzo niedoskonałe, w każdym razie moje słowa są niedoskonałe. Czy ktokolwiek, czytając je, mógłby wyobrazić sobie naszą kuchnię w blasku ognia albo wieżę Belmotte wznoszącą się ku osrebrzonym przez światło księżyca chmurom, albo Stephena wyglądającego zarówno szlachetnie, jak i pokornie? (Było ogromnie niesprawiedliwe z mojej strony powiedzieć, że ma odrobinę głupawy wyraz twarzy). Kiedy czytam książkę, wkładam w to całą swoją wyobraźnię, tak że jest to prawie jak pisanie tej książki i równoczesne jej czytanie - albo raczej przeżywanie. To sprawia, że lektura staje się o wiele bardziej ekscytująca, ale nie przypuszczam, żeby wiele osób próbowało tak robić.

Dziś po południu piszę na strychu, bo Topaz i Rose są zajęte rozmową w kuchni; znalazły gdzieś opakowanie zielonej farby - pochodzi z czasów, kiedy byłam elfem w szkolnej sztuce - i mają zamiar ufarbować kilka starych sukienek. Nie chcę być pisarką, która potrafi pracować wyłącznie w odosobnieniu - w końcu Jane Austen pisała w salonie i tylko przykrywała swoją pracę, kiedy ktoś przychodził z wizytą (chociaż założę się, że myślała o tym i o owym) - jednak nie jestem jeszcze całkiem jak Jane Austen i są granice tego, co mogę wytrzymać. A chcę w spokoju zająć się opisem zamku. Jest tutaj okropnie zimno, ale mam na sobie płaszcz i wełniane rękawiczki, które stopniowo stały się mitenkami na wszystkich palcach z wyjątkiem jednego kciuka. Ab, nasz piękny bladorudy kot, grzeje mi brzuch; pochylam się nad nim, by pisać. Jego prawdziwe imię brzmi Abelard, by pasowało do Heloizy (nie muszę mówić, że to Topaz nadała im imiona), ale prawie nigdy tak się na niego nie woła. Ma dość przyjemną naturę, nie egzaltowaną; rzadko okazuje takie specjalne względy, jakimi obdarza mnie dzisiejszego popołudnia.

Dziś chciałabym zacząć od tego:

JAK PRZYJECHALIŚMY NA ZAMEK

Kiedy ojciec był w więzieniu, mieszkaliśmy w londyńskim pensjonacie, bo mama nie chciała znowu znaleźć się koło przeskakującego przez płot sąsiada. Gdy ojca wypuszczono, zdecydował się kupić dom na wsi. Myślę, że musieliśmy być raczej zamożni w tamtych czasach, bo Boje Jakuba sprzedawały się nadzwyczaj dobrze jak na tak dziwną książkę, a odczyty ojca przyniosły jeszcze więcej zysku niż sprzedaż. A mama miała własny dochód.

Ojciec wybrał Suffolk jako odpowiednie hrabstwo, więc zatrzymaliśmy się w hotelu King's Crypt, Królewska Krypta, i jeździliśmy codziennie w poszukiwaniu domu; wtedy mieliśmy jeszcze samochód. Ojciec i mama z przodu, Rose, Thomas i ja z tyłu. Bawiliśmy się świetnie, bo ojciec był we wspaniałym nastroju: Pan Bóg świadkiem, że wtedy wcale nie było mu ciężko na duszy. Ale na pewno był uprzedzony do wszystkich sąsiadów; widzieliśmy mnóstwo ładnych wiejskich domów, ale on nawet nie brał ich pod uwagę.

Była późna jesień, bardzo łagodna i złota. Uwielbiam spokojne kolory rżyska i mgliste łęgi. Rose nie przepada za nizinnym krajobrazem, ale ja go zawsze lubiłam, bo równina stanowi dobre zestawienie z niebem. Pewnego wieczoru, podczas pięknego zachodu słońca, zgubiliśmy się. Mama miała mapę i cały czas mówiła, że teren jest do góry nogami, a kiedy ułożyła ją prawidłowo, wtedy nazwy na mapie były do góry nogami. Rose i ja się z tego śmiałyśmy; podobało nam się, że się zgubiliśmy. A ojciec był idealnie cierpliwy wobec mamy, jeśli chodzi o tę mapę.

Nagle zobaczyliśmy wysoką okrągłą wieżę na małej górce. Ojciec natychmiast zadecydował, że musimy ją zbadać, chociaż mama nie wydawała się zachwycona. Wieżę trudno było znaleźć, bo wąskie drogi były kręte, a zagajniki i wioski wciąż skrywały ją przed nami, chociaż co parę minut migała nam przez moment i wtedy ojciec, Rose i ja wpadaliśmy w wielki entuzjazm. Mama cały czas mówiła, że Thomas za późno pójdzie spać, a on spał, kołysząc się na siedzeniu między Rose i mną.

W końcu dojechaliśmy do zniszczonego drogowskazu z napisem: TYLKO DO BELMOTTE I ZAMKU, wskazującego wąską, zarośniętą ścieżkę. Ojciec natychmiast skręcił na nią i wolno potoczyliśmy się do przodu, a jeżyny czepiały się auta, jakby próbowały je zatrzymać; pamiętam, że pomyślałam o księciu, który musiał się przedzierać przez las, by dotrzeć do Śpiącej Królewny. Żywopłot był tak wysoki i wąska droga skręcała tak często, że mogliśmy widzieć tylko na parę jardów przed sobą. Mama wciąż powtarzała, że powinniśmy zawrócić, zanim utkniemy, i że zamek jest pewnie bardzo daleko. Potem nagle wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń i zobaczyliśmy na wzniesieniu wieżę, której szukaliśmy - wcale nie samotną. Przed nami był całkiem duży zamek, zbudowany na płaskim terenie. Ojciec krzyknął i w następnej chwili wyskoczyliśmy z auta, wytrzeszczając oczy ze zdumienia.

Jak dziwnie i pięknie wyglądał zamek w świetle odchodzącego dnia! Ciągle potrafię przywołać ten pierwszy widok: pionowe, strome szare kamienne ściany i wieże na tle bladożółtego nieba, odbicie zamku biegnące w naszą stronę po powierzchni wody w fosie i pływające na niej szmaragdowe plamy wodorostów. Najmniejszy powiew wiatru nie marszczył zwierciadła wody, nie dobiegał żaden dźwięk. Nasze podekscytowane głosy sprawiały, że zamek wydawał się jeszcze bardziej milczący.

Ojciec wskazał na wartownię - miała dwie okrągłe wieże połączone w połowie pokojem z oknami o kamiennych słupkach. Na prawo od wartowni nie było nic prócz rozpadających się ruin, ale na lewo odcinek murów obronnych z blankami łączył ją z narożną okrągłą wieżą. Most nad fosą prowadził do wielkiej, nabijanej gwoździami dębowej bramy pod oknami wartowni, a małe drzwi wycięte w tej wielkiej bramie były lekko uchylone. Kiedy ojciec je zauważył, ruszył natychmiast w ich kierunku. Mama mówiła coś niejasno o wkraczaniu na teren prywatny i próbowała nas zatrzymać, żebyśmy nie szły za nim, ale w końcu pozwoliła nam iść, a sama została z Thomasem, który się obudził i trochę popłakiwał.

Jak dobrze pamiętam ten bieg przez ciszę, zapach mokrego kamienia i mokrego zielska, kiedy przechodziliśmy przez most, a także chwilę podniecenia, gdy weszliśmy przez małe drzwi! Minąwszy je, znaleźliśmy się w chłodnym półmroku korytarza wartowni. To tam po raz pierwszy poczułam zamek - to miejsce, gdzie człowiek jest najbardziej świadomy wielkiego ciężaru kamienia nad sobą i dookoła siebie. Byłam zbyt mała, by wiedzieć wiele o historii i przeszłości; zamek kojarzył mi się tylko z bajką. Dziwne, dotkliwe zimno było tak hipnotyzujące, że kurczowo złapałam Rose. Razem pobiegłyśmy w stronę dziennego światła i stanęłyśmy jak wryte.

Po naszej lewej stronie zamiast szarych murów i wież, których się spodziewałyśmy, był długi dom z cegły ułożonej w jodełkę, cały w siatce wyblakłych drewnianych belek. Fragmenty ścian między belkami były pokryte białym tynkiem. Miał rozmaite dziwne okienka z małymi szybkami w ołowianych ramkach, jasnozłote od zachodzącego słońca, a szczyt poddasza wyglądał, jakby zaraz miał runąć. To wszystko należało do innej bajki. Tak właśnie wyobrażałam sobie domek Jasia i Małgosi i przez sekundę obawiałam się, że wiedźma, która musiała czyhać w środku, porwała ojca. Potem zobaczyłam, że próbował wejść kuchennymi drzwiami. Wrócił, biegnąc przez zarośnięty ogród na dziedzińcu, i wołając, że małe okno koło frontowych drzwi jest otwarte i że może podsadzić Rose, by weszła do środka i nas wpuściła. Byłam zadowolona, że mówił o Rose, a nie o mnie - ja bałabym się znaleźć w tym domu sama choćby przez sekundę. Rose nigdy nie boi się niczego; próbowała wspiąć się na okno, zanim ojciec tam dotarł, żeby jej pomóc. Dostała się do środka i słyszeliśmy, jak walczyła z ciężkimi zasuwami. Potem z triumfem gwałtownie otworzyła drzwi.

Kwadratowy hol był ciemny, zimny i miał okropny zapach stęchlizny. Każdy kawałek stolarki był w ponurym rudobrunatnym kolorze, pomalowany tak, by imitować słoje drewna.

- To nie do uwierzenia - wybuchnął ojciec - że ktoś mógł w ten sposób potraktować taką starą piękną boazerię.

Poszłyśmy za nim do pokoju na lewo, który miał ciemnoczerwoną tapetę i duży kominek pokryty ochronną grafitową warstwą. Było tam ładne małe okno wychodzące na ogród, ale pokój wydał mi się ohydny.

- Podwieszany sufit - powiedział ojciec, wyciągając się, by w niego popukać. - O Boże, widzę, że wiktoriańscy mieszkańcy jak najgorzej obeszli się z tym wszystkim.

Wróciliśmy do holu, po czym weszliśmy do dużego pokoju, który teraz jest naszym salonem; rozciąga się na całą długość domu. Rose i ja przebiegłyśmy przez pokój i uklękłyśmy na szerokiej ławeczce w wykuszowym oknie, a ojciec otworzył te ciężkie wielodzielne okna, tak że mogłyśmy popatrzeć w dół i zobaczyć swoje odbicie w fosie. Potem pokazał nam, jak gruby jest mur, i wyjaśnił, że dom pochodzi z czasów Stuartów i został zbudowany na ruinach zamku.

- Kiedyś musiał być piękny... i mógłby znowu być - powiedział, wpatrując się w pole po ściętym zbożu. - Pomyślcie, jaki to będzie widok w lecie, kiedy zboże dochodzi do samej fosy.

Potem się odwrócił i krzyknął ze zgrozy, ujrzawszy tapetę. Powiedział, że wygląda jak gigantyczne rozkwaszone żaby. I rzeczywiście tak wyglądała, a jeszcze do tego było okropieństwo w postaci kominka obramowanego kafelkami w kolorze tabaczkowym. Ale okna z szybkami w kształcie rombów, wychodzące na ogród, i zachód słońca w całej okazałości były piękne i już zakochałam się w fosie.

Kiedy Rose i ja machałyśmy do naszego odbicia, ojciec poszedł krótkim przejściem do kuchni i nagle usłyszałyśmy, jak krzyczy: "Świnie, świnie!". Przez moment myślałam, że znalazł świnie, ale okazało się, że po raz kolejny wyrażał swoją opinię o ludziach, którzy zepsuli dom. Kuchnia była naprawdę straszna. Została podzielona na parę małych pomieszczeń. W jednym z nich trzymano kury; był tam wielki opadający podwieszany sufit, schody z poręczą i szafki pomalowane we wzór słojów drewna w rudobrunatnym kolorze, tak samo jak hol. Najbardziej zaniepokoił mnie tobołek łachmanów i wiązka słomy, gdzie pewnie musieli spać włóczędzy. Trzymałam się od tego jak najdalej i byłam zadowolona, kiedy ojciec ruszył schodami na górę.

Sypialnie były tak samo oszpecone jak pokoje na dole - podwieszane sufity, wstrętne kominki, obrzydliwe tapety. Ale byłam zachwycona, kiedy zobaczyłam okrągłą wieżę, łączącą się z pokojem, który teraz należy do Rose i do mnie. Ojciec próbował otworzyć drzwi do niego, ale były zabite gwoździami, więc poszedł dalej przez podest.

- Ta narożna wieża, którą widzieliśmy z zewnątrz, musi być gdzieś tutaj - powiedział.

Poszłyśmy za nim do dzisiejszego małego pokoju Thomasa, szukając tej wieży, a potem do łazienki. Stała tam ogromna wanna z szerokim mahoniowym obramowaniem i dwa sedesy z mahoniowymi siedzeniami, tuż koło siebie, pod jedną pokrywą. Ceramiczne detale były udekorowane widokami zamku Windsor, którego dół opadał, kiedy spłukiwało się muszlę. Wyżej widniał napis pozostawiony przez poprzednich mieszkańców: "Podnieś mnie, a nie sprawię ci zawodu". Ojciec usiadł na brzegu wanny i wybuchnął gromkim śmiechem. Nigdy nie dał nic zmienić w łazience, więc nawet ten napis ciągle tam jest.

Narożna wieża znajdowała się między wanną a sedesami. Nie było do niej drzwi; zaczęliśmy się wspinać po krętych kamiennych schodach w środku, ale były tak pokruszone, że musieliśmy zawrócić. Jednak doszliśmy dość wysoko, by znaleźć wyjście na szczyt murów obronnych; było tam całkiem szerokie przejście mające z obu stron parapet z blankami. Mogliśmy stamtąd zobaczyć mamę w aucie, tulącą Thomasa.

- Nie wołajcie do niej - poprosił nas ojciec - bo będzie się martwić, że skręcimy karki.

Górą murów doszliśmy do jednej z wież wartowni; w środku były drzwi prowadzące ze schodów do dawnej izby wartownika.

- Dzięki Bogu, to nie jest zeszpecone - powiedział ojciec, kiedy tam weszliśmy. - Mógłbym pracować w tym pokoju!

Były tam wielodzielne okna z kamiennymi słupkami, wychodzące na dziedziniec, oraz inne, od frontu, z widokiem na podjazd. Ojciec powiedział, że pochodzą z czasów Tudorów, z późniejszego okresu niż sama wartownia, lecz są o wiele wcześniejsze niż dom.

Wróciliśmy do wieży i stwierdziliśmy, że kręte schody są w wystarczająco dobrym stanie, żeby pójść wyżej. Kiedy jednak weszliśmy powoli w ciemność, pożałowałam, że były takie dobre; ojciec palił zapałki, ale zawsze przychodziła ta straszna czarna chwila, gdy zapałka gasła. I zimny, szorstki kamień, którego dotykałam dłońmi i gołymi kolanami, wydawał się dziwny. Ale kiedy w końcu wyszliśmy na szczyt muru obronnego wieży, poczułam, że było warto. Nigdy w życiu nie byłam tak wysoko. Triumfowałam, że znalazłam w sobie dość odwagi, żeby tam dojść. Nie miałam zresztą wielkiego wyboru; Rose przez cały czas popychała mnie z tyłu.

Staliśmy tam, patrząc w dół na podjazd i na pola ciągnące się daleko po obu stronach. Z tej wysokości mogliśmy zobaczyć, jak żywopłoty tworzą szachownicę z pól. Widać było kilka zagajników i około mili w lewo maleńką wioskę. Ruszyliśmy wokół szczytu wieży, żeby popatrzeć na ogród na dziedzińcu - i wszyscy krzyknęliśmy: "Jest!", w tym samym momencie. Za zrujnowanymi murami w zachodniej części dziedzińca znajdowało się małe wzniesienie, a na nim stała wysoka wieża, której szukaliśmy, jadąc tutaj tak długo. Zastanawiam się teraz, dlaczego nie zobaczyliśmy jej od razu, idąc korytarzem wartowni. Może zarośnięty ogród zasłaniał widok, a może byliśmy zbyt zdumieni na widok domu, żeby popatrzeć w przeciwnym kierunku.

Ojciec dał nurka na schody. Ja zawołałam: "Czekaj, czekaj!". Obrócił się i wziął mnie na ręce, pozwalając Rose pójść przodem i palić zapałki. Domyślał się, że dół schodów musi być w korytarzu wartowni, ale Rose zużyła ostatnią zapałkę, gdy dotarliśmy do przejścia prowadzącego na mury. Poszliśmy wzdłuż nich z powrotem do łazienki i na dół, niewielkimi ładnymi schodami frontowymi, do holu. Mama właśnie wchodziła przez główne drzwi, żeby nas szukać; ciągnęła gniewnego, zaspanego Thomasa - nigdy nie lubił zostawać sam w aucie. Ojciec pokazał jej wieżę na wzniesieniu - teraz, kiedy wiedzieliśmy, gdzie patrzeć, mogliśmy ją od razu zobaczyć - i poprosił, żeby poszła z nami; po czym pobiegł przez ogród na dziedzińcu. Odparła, że nie da rady z Thomasem. Pamiętam to uczucie, że powinnam z nią zostać, ale nie zostałam. Pognałam za ojcem i Rose.

Przeleźliśmy przez zrujnowane mury, które opasywały ogród, i przeszliśmy nad fosą po chybotliwym moście w południowo-zachodnim rogu. Dotarliśmy do stóp góry, a ojciec wyjaśnił nam, że to jest dawny wał ziemny, a nie prawdziwa góra (odtąd zawsze mówimy na to "kopiec"). Pokrywała go krótka i gładka darń i już nie było tam ruin. Na szczycie musieliśmy gramolić się przez jakieś nasypy, które zdaniem ojca stanowiły kiedyś zewnętrzny system obrony. Doszliśmy do szerokiego trawiastego płaskowyżu. Na jego odległym krańcu znajdował się mniejszy kopiec, okrągły i bardzo gładki; wyrastała z niego wieża wysoka na sześćdziesiąt stóp, czarna na tle gasnącej łuny zachodu słońca. Wejście było na wysokości około piętnastu stóp na szczycie zewnętrznych kamiennych schodów; ojciec usiłował otworzyć drzwi, ale bez powodzenia, więc tamtego wieczoru nie zobaczyliśmy wnętrza wieży.

Chodziliśmy dookoła małego kopca, a ojciec wyjaśnił nam, że taka niewielka fortyfikacja polowa to gródek, a szeroki trawiasty płaskowyż to pas obronny; powiedział też, że cała ta część jest o wiele starsza od zamku z fosą. Słońce zaszło, zerwał się wiatr i wszystko zaczęło wyglądać przerażająco, ale ojciec mówił dalej, radośnie i z ożywieniem. Nagle Rose odezwała się: "To jest jak wieża w Wiedźmach z Lancashire, gdzie żyła Mateczka Demdike"3. Rose kiedyś czytała mi fragmenty tej książki na głos, aż mnie tak wystraszyła, że mama kazała jej przestać. Wtedy właśnie usłyszeliśmy, jak mama woła z dołu; jej głos brzmiał wysoko, dziwnie i dość rozpaczliwie. Złapałam Rose za rękę i powiedziałam: "Chodź, mama jest przerażona". Wmawiałam sobie, że biegnę pomóc mamie, ale w rzeczywistości bałam się pozostawać tu dłużej.

Ojciec powiedział, że lepiej, byśmy już wszyscy wracali. Wspięliśmy się po nasypie, a potem Rose i ja chwyciłyśmy się za ręce i popędziłyśmy w dół po gładkim zboczu - prędzej i prędzej, aż myślałam, że upadniemy. Kiedy biegłyśmy, byłam straszliwie przerażona, ale mi się to podobało. Cały ten wieczór był taki.

Kiedy dotarliśmy do domu, mama siedziała na progu przed frontowymi drzwiami, tuląc Thomasa, który znowu zasnął.

- Czyż to nie jest cudowne? - zawołał ojciec. - Biorę to, nawet jeżeli zostaniemy bez pensa.

Mama powiedziała:

- Jeżeli to ma być mój krzyż, mam nadzieję, że Bóg da mi siłę, by go nieść.

Ojciec zaśmiał się na to, a ja czułam się lekko zszokowana. Nie mam pojęcia, czy żartowała, ale właściwie coraz jaśniej zdaję sobie sprawę, jak mglisty stał się dla mnie jej obraz. Nawet jeśli pamiętam to, co mówiła, nie mogę przypomnieć sobie tonu głosu. I chociaż ciągle widzę jej sylwetkę skuloną na schodach tego dnia, plecy, kiedy byliśmy w aucie, brązowy tweedowy kostium i pognieciony filcowy kapelusz, to nie mogę odtworzyć sobie jej twarzy. Kiedy próbuję, widzę po prostu jej fotografię, którą mam.

Rose i ja poszłyśmy z nią do auta, a ojciec spacerował, aż się zrobiło ciemno. Pamiętam, że widziałam go, jak wyszedł na mury koło wartowni - i dziwiłam się, że też byłam tam na górze. Nawet o zmierzchu mogłam dostrzec jego złote włosy i wspaniały profil.

W tamtym czasie był szczupły, ale barczysty - zawsze wyróżniał się okazałą posturą.

Był tak rozemocjonowany, że zaczął bardzo szybko jechać z powrotem do King's Crypt, a Rose, Thomas i ja po prostu obijaliśmy się o siebie na tylnym siedzeniu. Mama zwróciła mu uwagę, że to nie jest bezpieczne na tych wąskich drogach, a wtedy zwolnił do tempa ślimaka, co sprawiło, że Rose i ja zaczęłyśmy się śmiać. Mama powiedziała: "Wszystko ma swój sens i Thomas powinien już być w łóżku". Thomas nagle usiadł i pisnął: "Ojejku, tak, powinienem być", co rozśmieszyło nawet mamę.

Następnego dnia, popytawszy i zebrawszy informacje, ojciec poszedł do Scoatney Hall. Kiedy wrócił, powiedział, że pan Cotton nie chce sprzedać zamku, ale wydzierżawił mu go na czterdzieści lat.

- I mogę zrobić z zamkiem wszystko, co mi się podoba, bo starszy pan się zgadza, że nie mógłbym go w żaden sposób doprowadzić do większej ruiny.

Rzecz jasna, ojciec sprawił, że zamek jest w znacznie lepszym stanie - pobielił ściany, odkrył boazerię w salonie spod ośmiu warstw tapety, usunął najgorsze kominki, podwieszane sufity i ścianki działowe w kuchni. Wiele innych rzeczy zamierzał zrobić, szczególnie jeżeli chodzi o wygody. Wiem, że mama chciała mieć centralne ogrzewanie i maszynę do wytwarzania prądu elektrycznego, ale ojciec wydał tyle na stylowe meble, jeszcze zanim rozpoczęły się prace remontowe w zamku, że mama przekonała go, że trzeba zmniejszyć wydatki do minimum. Zawsze się planowało, że pożyteczne rzeczy zostaną zrobione później; może kiedy ojciec napisze następną książkę.

Wprowadziliśmy się na wiosnę. Szczególnie pamiętam popołudnie, kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy gotowy salon. Wszystko było takie świeże: perkalowe zasłony w kwiaty, piękne błyszczące stare meble, biała boazeria - musiała zostać pomalowana, w tak złym była stanie. Zafascynował mnie wielki dzban gałązek brzozowych; siedziałam na podłodze, gapiąc się na nie, podczas gdy Rose grała swój ulubiony utwór, Do lilii wodnej, na starym fortepianie mamy. Nagle wszedł ojciec i nie posiadając się z radości, powiedział, że za oknem czeka na nas niespodzianka. Z rozmachem otworzył szeroko wielodzielne okna, a tam w fosie dostojnie pływały dwa łabędzie. Wychyliłyśmy się, by nakarmić je chlebem, a powiew wiosennego powietrza poruszał brzozowe listki i wpadał do środka. Potem poszłam do ogrodu, gdzie trawniki zostały przycięte, a grządki kwiatowe uporządkowane. Kwitło bardzo dużo wczesnych dużych kwiatów laku, które pięknie pachniały. Ojciec układał książki w pokoju wartowni. Zawołał:

- Czy nie uważacie, że to wspaniały dom?

Zgodziłam się z nim, że dom jest wspaniały, i ciągle tak myślę. Ale każdy, kto przetrwa tu zimę, będzie czuł, że na biegunie północnym jest duszno.

Jak dziwna jest pamięć. Kiedy zamykam oczy, widzę trzy różne zamki. Jeden w świetle zachodzącego słońca, jak w ten pierwszy wieczór; drugi cały świeży i czysty, jak na początku naszych dni tutaj. Ostatni obraz jest przejmująco smutny, bo nie ma już pięknych mebli; w pokoju jadalnym został tylko dywan; no, ale nie brak nam za bardzo tego pokoju - pierwszego, który zobaczyliśmy, zwiedzając zamek - bo zawsze był zbyt oddalony od kuchni. W salonie stoi jeszcze kilka krzeseł i, dzięki Bogu, nikt nie kupi nigdy fortepianu, bo jest tak wielki i stary. Niestety, perkalowe zasłony wypłowiały i wszystko wygląda na zaniedbane. Kiedy przyjdzie wiosna, musimy naprawdę spróbować trochę odświeżyć nasz dom - wciąż możemy sobie pozwolić przynajmniej na brzozowe gałązki.

Jesteśmy biedni już od pięciu lat; po śmierci mamy żyliśmy, jak sądzę, z kapitału, który zostawiła. Nigdy się wtedy nie martwiłam o takie rzeczy, bo byłam pewna, że prędzej czy później ojciec znowu coś zarobi. Mama wychowała nas w przekonaniu, że ojciec jest geniuszem, a geniuszy nie można poganiać.

Co mu jest? I co on robi cały czas? Wczoraj napisałam, że czyta powieści detektywistyczne, ale to jest dziecinne uogólnienie, bo panna Marcy rzadko może mu pożyczyć więcej niż dwie książki tygodniowo (chociaż on po pewnym czasie czyta niektóre od nowa, co wydaje mi się zdumiewające). Naturalnie, czyta też inne książki. Wszystkie wartościowe sprzedaliśmy (jak mi ich brak!), choć jeszcze zostało sporo innych, w tym stare niekompletne wydanie Encyclopaedia Britannica; wiem, że ją czyta - bawi się w jakąś grę, sprawdzając tam odsyłacze. I jestem pewna, że bardzo intensywnie myśli. Kilka razy, kiedy nie odpowiedział na moje pukanie do drzwi pokoju w wartowni, weszłam tam i ujrzałam go zapatrzonego w przestrzeń. Przy dobrej pogodzie spacerował, ale teraz od miesięcy nie wychodzi. Zerwał kontakty z wszystkimi przyjaciółmi w Londynie. Jedyna osoba, z którą się tu zaprzyjaźnił, to pastor, najmilszy człowiek pod słońcem; kawaler mający starszą gospodynię. Teraz, jak o tym myślę, widzę, że i jego unikał tej zimy.

To, że ojciec stroni od towarzystwa, bardzo utrudnia nam poznanie jakichkolwiek ludzi - a i tak nie ma ich tu zbyt wielu. Wieś jest maleńka: tylko kościół, plebania, mała szkoła, gospoda, jeden sklep (w którym jest także poczta) i skupisko chat; a jednak pastor ma całkiem sporą grupkę parafian z okolicznych osad i gospodarstw. Nasza wieś jest bardzo ładna i ma nieprawdopodobną nazwę Godsend - co może wyglądać na "dar niebios", a jest przekręconą formą Godys End, co pochodzi od nazwiska normańskiego rycerza, Etienne'a de Godysa, który zbudował zamek Belmotte. Nasz zamek - mam na myśli ten z fosą, gdzie jest nasz dom - też się nazywa Godsend; został zbudowany przez jakiegoś późniejszego de Godysa.

Nikt naprawdę nie zna pochodzenia nazwy "Belmotte" - cały kopiec i wieża na nim tak się nazywają. Można by przypuszczać, że "Bel" pochodzi z francuskiego, ale pastor wyznaje teorię, że nazwa pochodzi od Bela, boga słońca, którego kult wprowadzili Fenicjanie, i że kopiec został wzniesiony po to, by mogły być tam palone ognie wotywne w wigilię letniego przesilenia; pastor uważa, że Normanowie po prostu to wykorzystali. Ojciec nie wierzy w teorię o bogu Belu i mówi, że Fenicjanie czcili gwiazdy, a nie słońce. W każdym razie kopiec jest bardzo dobrym miejscem do czczenia zarówno słońca, jak i gwiazd. Sama tam trochę oddaję im cześć, kiedy mam czas.

Chciałam przepisać do tego pamiętnika mój esej o zamkach, który napisałam dla Towarzystwa Historycznego, ale jest bardzo długi i ma strasznie kwiecisty styl (musieli cierpieć ci, co go czytali!), więc go krótko streszczę.

ZAMKI

Wydaje się, że we wczesnym okresie normańskim jako system obronny istniały tylko kopce z rowami i drewniane palisady. Wewnątrz takiego systemu obronnego stawiano drewniane budynki, a czasem również wysoki, usypany z ziemi gródek (mała fortyfikacja polowa), który służył jako punkt obserwacyjny. Późniejsi Normanowie wznosili wielkie kwadratowe kamienne wieże (nazywane stołpami albo słupami), ale okazało się, że można podminować narożniki tych wież - oczywiście podminowanie znaczyło w tamtych czasach podkopanie, a nie stosowanie materiałów wybuchowych - tak więc zaczęto budować wieże okrągłe, do których należy Belmotte. Potem wieże stołpy otaczano wysokimi murami, czyli ścianami fortyfikacyjnymi, zwanymi kurtyną. Często przybierały one formę czworokątu, z wieżami przy wartowni, na rogach i pośrodku z każdej strony, tak że obrońcy mogli zobaczyć wroga, który usiłował podkopać się lub wspiąć na mury, i go odeprzeć. Ale wróg znał wiele innych sprytnych sztuczek, a przede wszystkim miał broń zwaną tr´ebuchet, czyli machinę miotającą, która mogła przerzucać wielkie kamienie - lub martwego konia - ponad murem obronnym, czyniąc duże szkody. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby mury obronne otoczyć fosą. Naturalnie zamki z fosą trzeba było budować na płaskim gruncie; wieża Belmotte, wystrzelająca ze swojego kopca, musiała być bardzo starym zabytkiem z czasów, kiedy był wznoszony zamek Godsend. A potem wszystkie zamki stopniowo stały się starymi budowlami; a żołnierze Cromwella - Okrągłe Głowy - zburzyli nasze mury obronne z dwóch stron z kawałkiem.

Długo przedtem ród de Godysów wygasł i obydwa zamki przeszły w ręce rodziny Cottonów ze Scoatney, przez córkę. Budynek wzniesiony na ruinach przez pewien czas był jej wdowim wianem, potem stał się po prostu wiejską zagrodą. A teraz nie jest już nawet tym; jest tylko domem zrujnowanych Mortmainów.

Och, skąd my mamy wziąć pieniądze? Z pewnością jesteśmy dość inteligentni, żeby jakoś zarobić albo korzystnie wyjść za mąż - to znaczy Rose by mogła, bo ja podchodziłabym do małżeństwa tak ochoczo jak do grobu i nie sądzę, że zdołałabym się dobrze spisać. Ale jak Rose ma kogokolwiek poznać? Kiedyś co roku jeździłyśmy do Londynu i zatrzymywałyśmy się u ciotki ojca, która ma dom i sadzawkę z liliami w Chelsea oraz hołubi artystów. Ojciec poznał tam Topaz. Ciocia Millicent nigdy mu nie wybaczyła, że się z nią ożenił, no i teraz nas już nie zaprasza. Jest to bolesne, bo oznacza, że nie spotykamy żadnych mężczyzn, choćby nawet artystów. O, ja biedna! Mam kiepski nastrój. Kiedy pisałam, żyłam przeszłością i otaczało mnie jej światło; najpierw złoto jesieni, potem srebrne światło wiosny i dalej dziwne światło, szare, ale ekscytujące, w którym widzę dawne dzieje. A teraz wróciłam na ziemię i deszcz bije w okno na poddaszu, lodowaty przeciąg pędzi po schodach na górę, a kot Ab uciekł na dół i już nie grzeje mi brzucha.

Boże, jak leje! Zacinający deszcz okrywa Belmotte niczym woalka. Ale czy w deszczu, czy w słońcu, Belmotte zawsze wygląda cudownie. Chciałabym, żeby nadeszło już letnie przesilenie, żebym mogła zapalić mój ofiarny ogień na kopcu.

Słychać bulgocący hałas w kotle, co oznacza, że Stephen pompuje wodę. O, radosna myśli, dziś jest moja kolej na kąpiel! I jeżeli Stephen przyszedł, to musi już być pora kolacji. Pójdę na dół i będę bardzo uprzejma dla wszystkich. Szlachetne uczynki i gorąca kąpiel są najlepszym lekarstwem na przygnębienie.

3 Książka The Lancashire Witches Williama Harrisona Ainswortha (1805-1882), angielskiego pisarza historycznego (przyp. red.).