Zamknięte drzwi - Magda Szabó

-
Proszę czekać

Drzwi

Z rzad­ka coś mi się śni. A je­śli już, to zry­wam się zla­na po­tem. Wte­dy na po­wrót pa­dam na łóż­ko, cze­kam, aż uspo­koi mi się ser­ce, i za­my­ślam się nad nie­od­par­tą, ma­gicz­ną po­tę­gą nocy. Jako dziec­ko, a tak­że w mło­do­ści, nie mie­wa­łam snów: ani do­brych, ani złych, do­pie­ro sta­rość wciąż na nowo wy­rzu­ca ku mnie z na­mu­li­ska prze­szło­ści tę skon­cen­tro­wa­ną zmo­rę, któ­ra dla­te­go tak mnie prze­ra­ża, że jest cał­ko­wi­cie ir­ra­cjo­nal­na, bo prze­cież nig­dy na­praw­dę nie spo­tka­ło mnie to coś, co spra­wia, że bu­dzę się z krzy­kiem.

Moje sny to do­kład­nie ta­kie same po­wra­ca­ją­ce wi­zje, ja za­wsze śnię o jed­nym i tym sa­mym. Sto­ję w na­szej bra­mie, u pod­nó­ża scho­dów, przed drzwia­mi z nie­tłu­ką­cą się szy­bą (zbro­jo­ną dru­cia­ną siat­ką) w że­la­znej ra­mie i pró­bu­ję je otwo­rzyć. Przed do­mem, na uli­cy, ka­ret­ka po­go­to­wia, iry­zu­ją­ce przez szkło syl­wet­ki pie­lę­gnia­rzy są nie­na­tu­ral­nie duże, ich obrzmia­łe twa­rze mają wo­kół świetl­ne krę­gi, jak księ­życ. Klucz się ob­ra­ca, ale da­rem­nie się zma­gam, nie po­tra­fię otwo­rzyć drzwi, a prze­cież mu­szę wpu­ścić tych lu­dzi, bo in­a­czej przy­bę­dą do cho­re­go za póź­no. Jed­nak za­mek ani drgnie, bra­ma jest jak­by ze­spa­wa­na z że­la­zną fu­try­ną. Wo­łam o po­moc, ale spo­śród lo­ka­to­rów trzech pię­ter nikt nie re­agu­je, nie może za­re­ago­wać, prze­cież - stwier­dzam - tyl­ko bez­gło­śnie jak ryba otwie­ram usta. Szczy­tem tej sen­nej zgro­zy jest na­ra­sta­ją­ca we mnie świa­do­mość, że nie tyl­ko nie po­tra­fię otwo­rzyć bra­my spie­szą­cym z po­mo­cą, lecz tak­że onie­mia­łam. Pod­ry­wa mnie wła­sny krzyk, za­pa­lam świa­tło, pró­bu­ję zwal­czyć brak po­wie­trza, któ­ry za­wsze po tym śnie od­czu­wam, do­ko­ła zna­jo­me me­ble na­szej sy­pial­ni, nad łóż­kiem ro­dzin­ny iko­no­stas, moi wszyst­ko wi­dzą­cy, wszyst­ko ro­zu­mie­ją­cy przod­ko­wie w wy­so­kich, sztyw­nych koł­nie­rzy­kach, sza­me­ro­wa­nych do­lma­nach1 w sty­lu wę­gier­skie­go ba­ro­ku lub bie­der­me­ie­ra, je­dy­ni świad­ko­wie mo­ich zma­gań. Oni wie­dzą, ileż to razy bie­ga­łam nocą otwie­rać bra­mę ka­ret­ce, ile razy so­bie wy­obra­ża­łam - gdy na onie­mia­łych uli­cach wśród na­pły­wa­ją­cej przez otwar­tą bra­mę nocy za­miast zna­jo­mych dzien­nych od­gło­sów sze­le­ści­ły tyl­ko po­ru­sza­ją­ce się ga­łę­zie i prze­my­ka­ją­ce koty - co by było, gdy­bym kie­dyś zma­ga­ła się z klu­czem, a on by się nie ob­ró­cił.

Por­tre­ty wie­dzą wszyst­ko, naj­le­piej to, o czym naj­usil­niej pró­bu­ję za­po­mnieć, a co nie jest już snem, mia­no­wi­cie że kie­dyś, je­den je­dy­ny raz w moim ży­ciu, nie wsku­tek nie­do­krwie­nia mó­zgu we śnie, lecz na­praw­dę, roz­war­ły się przede mną ta­kie drzwi, któ­rych strze­gą­ca za nimi swej sa­mot­no­ści i bez­sil­nej nę­dzy wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia nie otwo­rzy­ła­by na­wet, gdy­by już trzesz­czał nad jej gło­wą pło­ną­cy dach. Ten za­mek tyl­ko ja by­łam wład­na po­ru­szyć: ta, któ­ra wów­czas prze­krę­ci­ła klucz, ufa­ła mi bar­dziej niż Bogu i ja tak­że w tej fa­tal­nej mi­nu­cie by­łam prze­ko­na­na, że je­stem bo­giem i mę­dr­cem, że je­stem roz­waż­na, do­bra i ro­zum­na. Oby­dwie by­ły­śmy w błę­dzie: i ta, któ­ra we mnie wie­rzy­ła, i ja, prze­świad­czo­na o wła­snej do­sko­na­ło­ści. Te­raz to już wła­ści­wie nie­waż­ne, bo tego, co się sta­ło, nie moż­na na­pra­wić. Nie­chże więc co pe­wien czas zja­wia­ją się ery­nie w pie­lę­gniar­skich bu­tach na ko­tur­nach i czap­kach po­go­to­wia nad tra­gicz­ny­mi ma­ska­mi, niech się tło­czą wo­kół mo­je­go łóż­ka, trzy­ma­jąc w rę­kach mie­cze o wy­ostrzo­nych mo­imi sna­mi klin­gach. Ga­sząc co wie­czór świa­tło, już na nie cze­kam, li­czę się z tym, że w mo­ich śpią­cych uszach za­raz ode­zwie się dzwo­nek, na któ­re­go dźwięk bez­i­mien­na gro­za po­pchnie mnie ku nig­dy nie otwie­ra­ją­cej się bra­mie ze snu.

Moja re­li­gia nie zna in­dy­wi­du­al­nej spo­wie­dzi, przez usta ka­pła­na wy­zna­je­my, że je­ste­śmy grzesz­ni i za­słu­gu­je­my na po­tę­pie­nie, gdyż na wszel­kie spo­so­by ła­ma­li­śmy przy­ka­za­nia. Otrzy­mu­je­my roz­grze­sze­nie w ten spo­sób, że Bóg nie żąda od nas ani wy­tłu­ma­cze­nia, ani po­da­wa­nia szcze­gó­łów.

A jed­nak ja te­raz je po­dam.

Ta książ­ka nie po­wsta­ła dla Boga, któ­ry zna moje wnę­trze, ani dla cie­ni mych bli­skich, któ­re są świad­ka­mi wszyst­kie­go i śle­dzą go­dzi­ny mo­jej przy­tom­no­ści i snu, lecz dla lu­dzi. Ży­łam do­tąd od­waż­nie i mam na­dzie­ję, że tak samo umrę, od­waż­nie i bez kłam­stwa, ale pod wa­run­kiem, że to wy­po­wiem: to ja za­bi­łam Eme­renc. I nie ma tu nic do rze­czy to, że nie chcia­łam jej znisz­czyć, lecz ją ura­to­wać.

Viola

Za­wsze za­le­ża­ło mi na tym, by lu­dzie, z któ­ry­mi się bli­żej ze­tknę­łam, oka­zy­wa­li za­do­wo­le­nie czy ra­dość z po­now­ne­go spo­tka­nia. Kom­plet­na obo­jęt­ność Eme­renc na­stęp­ne­go ran­ka po tej nie­re­al­nej nocy, kie­dy ze mną zo­sta­ła i przed­sta­wi­ła mi daw­ną sie­bie-dziec­ko, ura­zi­ła nie moją próż­ność, lecz tę wła­śnie ce­chę mo­je­go cha­rak­te­ru. Za­snę­łam wte­dy o świ­cie bez nie­po­ko­ju i lęku, czu­łam, że świat jest jed­nak okrą­gły, i ani przez mi­nu­tę nie wąt­pi­łam w po­myśl­ność ope­ra­cji, bo opo­wia­da­nie Eme­renc roz­ła­do­wa­ło we mnie strach. Do­tąd wszyst­kie waż­ne szcze­gó­ły jej isto­ty prze­sła­nia­ła chust­ka, te­raz Eme­renc sta­ła się cen­tral­ną po­sta­cią dzi­kie­go, wiej­skie­go kra­jo­bra­zu, za nią pło­ną­cy fir­ma­ment, przed nią zwę­glo­ne tru­py, bły­ska­wi­ca nad żu­ra­wiem stud­ni. Na­praw­dę wie­rzy­łam, że coś de­fi­ni­tyw­nie prze­ła­ma­ło się w na­szych re­la­cjach, że Eme­renc nie jest już oso­bą obcą, lecz przy­ja­ciół­ką, moją przy­ja­ciół­ką.

Kie­dy się obu­dzi­łam, nie było jej w miesz­ka­niu, nie wi­dzia­łam jej też na uli­cy, gdy szłam do szpi­ta­la, ale o pra­cy jej rąk świad­czył od­śnie­żo­ny do czy­sta skra­wek chod­ni­ka przed bra­mą. Eme­renc na pew­no ob­cho­dzi inne swo­je domy, tłu­ma­czy­łam so­bie po dro­dze. Nie ba­łam się, nie kłu­ło mnie w ser­cu, czu­łam, że w szpi­ta­lu ocze­ku­ją mnie same do­bre no­wi­ny, i tak też było. Zo­sta­łam tam do obia­du, wró­ci­łam głod­na i prze­ko­na­na, że Eme­renc sie­dzi w miesz­ka­niu cie­ka­wa, z czym przy­by­wam, ale po­my­li­łam się. Dała mi do zro­zu­mie­nia, że ni­ko­go nie ob­cho­dzi, z jaką to ra­do­sną czy tra­gicz­ną no­wi­ną wra­ca czło­wiek do domu. Nasz ne­an­der­tal­ski przo­dek pew­nie wła­śnie w ta­kiej chwi­li na­uczył się pła­kać: kie­dy po raz pierw­szy do­świad­czył sa­mot­no­ści w swo­im trium­fie nad przy­wle­czo­nym do domu zwie­rzem, bo nie miał z kim po­dzie­lić prze­żyć tej wal­ki, nie miał też komu po­ka­zać ani łupu, ani swych ran. Miesz­ka­nie było pu­ste, obe­szłam je, wo­ła­łam ją, nie chcia­ło mi się wie­rzyć, że może być gdzie in­dziej tego dnia, nie wie­dząc na­wet, czy mój cho­ry żyje. Śnieg prze­stał pa­dać, więc na pew­no nic jej nie za­trzy­ma­ło na uli­cy. Jed­nak nig­dzie jej nie było. We­szłam do kuch­ni i znów bez ape­ty­tu za­bra­łam się do od­grze­wa­nia obia­du. Lo­gicz­nie my­śląc, wie­dzia­łam, że nie mam pra­wa do tego, cze­go ży­czy­ła­bym so­bie od tej sta­rej ko­bie­ty, ale prze­cież na­wet kie­ru­jąc się lo­gi­ką, nie moż­na w ogó­le nie zwra­cać uwa­gi na emo­cje, na­głe po­czu­cie bra­ku czy roz­cza­ro­wa­nie. Eme­renc tego dnia w ogó­le nie sprzą­ta­ła, koc le­żał na ka­na­pie tak samo, jak go rano od­rzu­ci­łam, zro­bi­łam więc tro­chę po­rząd­ku, po­zmy­wa­łam i znów po­szłam do szpi­ta­la po jesz­cze lep­sze wie­ści. Po­wra­ca­ją­ce po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa za­har­to­wa­ło mnie, po­sta­no­wi­łam, że gdy ją znów zo­ba­czę, nie wspo­mnę ani sło­wem o tym, co po­wie­dzie­li le­ka­rze, nie będę jej nu­dzi­ła mo­imi spra­wa­mi. Pew­nie i tak jej to nie ob­cho­dzi, jaka gwa­ran­cja, że mó­wi­ła praw­dę w tę noc z grza­nym wi­nem, prze­cież opo­wia­da­ła nie­stwo­rzo­ne rze­czy, lu­do­wą bal­la­dę pro­zą, i w ogó­le po co ja się tak przej­mu­ję tą Eme­renc, czy ja zwa­rio­wa­łam? Zaj­rza­ła tego dnia do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem, po­in­for­mo­wa­ła mnie, że znów za­po­wia­da­ją śnieg, moż­li­we, że ju­tro też nie bę­dzie mia­ła cza­su po­sprzą­tać, ale nad­ro­bi, jak tyl­ko bę­dzie mo­gła, i praw­da, że go­spo­darz ma się le­piej? Nie in­te­re­so­wa­ło mnie ani jej oświad­cze­nie, ani py­ta­nie, de­mon­stra­cyj­nie prze­wra­ca­łam kart­ki ja­kiejś książ­ki, po­wie­dzia­łam, że mąż żyje i ona, Eme­renc, może so­bie spo­koj­nie iść. Wy­szła na­tych­miast, ży­czy­ła mi do­brej, spo­koj­nej nocy i nie zro­bi­ła na­wet tyle, żeby sprząt­nąć z ku­chen­ne­go sto­łu po­jem­ni­czek po ke­fi­rze, sko­ro już ja o tym za­po­mnia­łam. Nie za­trosz­czy­ła się też o ogień, tej nocy już nie wró­ci­ła, nie było ani grza­ne­go wina, ani opo­wie­ści. Zgło­si­ła się do­pie­ro po dwóch dniach, wów­czas do­kład­nie po­sprzą­ta­ła i już na­wet nie za­py­ta­ła o go­spo­da­rza, pew­nie wła­sny in­stynkt po­wie­dział jej, że jego stan się po­lep­sza. Nie lu­bi­ła zbęd­nej ga­da­ni­ny.

Póź­niej by­wa­ła u nas jesz­cze mniej niż do tej pory, ży­cie nas obu było czymś zde­ter­mi­no­wa­ne, moje - szpi­ta­lem, jej - opa­da­mi. Nie przyj­mo­wa­łam go­ści i nie­wie­le cza­su spę­dza­łam w domu, gdzieś koło Gwiazd­ki do­sta­łam z po­wro­tem męża, Eme­renc po­wi­ta­ła go uprzej­mie, ży­czy­ła mu zu­peł­ne­go po­wro­tu do zdro­wia i, jak na­ka­zy­wa­ła jej wła­sna, pry­wat­na kon­sty­tu­cja, u nas tak­że zja­wi­ła się z od­po­wied­nim dla re­kon­wa­le­scen­ta po­sił­kiem. Te­raz do­kład­nie obej­rza­łam na­czy­nie, kie­dy się spo­tka­ły­śmy na uli­cy, nie mo­głam prze­cież wy­jąć jej go z rąk. Waza, jak i tam­ten kie­lich, była ar­cy­dzie­łem, mia­ła dwa ucha, była ku­li­sta, sta­ła na ma­łej, okrą­głej pod­staw­ce, na por­ce­la­no­wej po­kry­wie zaś wid­niał wę­gier­ski sztan­dar z por­tre­tem i na­zwi­skiem Kos­su­tha3. Przy­nio­sła aro­ma­tycz­ny ro­sół z kury, a wi­dząc, że in­te­re­su­je mnie przede wszyst­kim waza, po­wie­dzia­ła, że to bar­dzo przy­dat­na rzecz, do­sta­ła ją od jed­nej ze swych pań, Gros­sman­no­wej, gdy wy­da­no usta­wę an­ty­ży­dow­ską, ale, rzecz ja­sna, tam­ta nie uży­wa­ła jej do no­sze­nia cho­rym po­sił­ków, tyl­ko trzy­ma­ła w niej do­nicz­kę z kwia­ta­mi, choć szko­da tego mar­no­wać na do­nicz­kę. Gros­sman­no­wa mia­ła mnó­stwo pięk­nej por­ce­la­ny i to szkla­ne coś, w czym przy­nio­sła ona, Eme­renc, grza­ne wino, też jest spu­ści­zną po niej.

Ład­na mi spu­ści­zna, po­my­śla­łam ze wstrę­tem, roz­draż­nio­na, że znów przy­bra­ła daw­ną pozę, i już na­praw­dę bra­ko­wa­ło mi tyl­ko ob­ra­zu Eme­renc pa­ku­ją­cej sprzę­ty w splą­dro­wa­nym domu, któ­ry utra­cił swych go­spo­da­rzy. Lata po­prze­dza­ją­ce dru­gą woj­nę świa­to­wą prze­ży­łam w bar­dzo szczę­śli­wych wa­run­kach po­li­tycz­nych, wśród cu­dzo­ziem­ców, któ­rzy byli znacz­nie le­piej zo­rien­to­wa­ni niż moje wę­gier­skie śro­do­wi­sko. Je­śli kie­dyś spi­szę hi­sto­rię tego okre­su mo­je­go ży­cia, o któ­rym nie­mal nig­dy nie wspo­mi­nam, to opo­wia­da­nie o tej mo­jej naj­młod­szej mło­do­ści nie bę­dzie nud­ne, ja mia­no­wi­cie wie­dzia­łam, co wio­zą wa­go­ny, do­kąd i w ja­kim celu. Naj­chęt­niej od­da­ła­bym Eme­renc wazę, ale to nie od­by­ło­by się bez wy­ja­śnie­nia, a nie mo­głam de­ner­wo­wać męża, do któ­re­go do­pusz­cza­łam na ra­zie tyl­ko prze­fil­tro­wa­ny świat i któ­ry na­wet wpół­ży­wy wy­sko­czył­by z łóż­ka na samą myśl, że przy­no­si mu się je­dze­nie w wa­zie po­zo­sta­wio­nej przez wy­sła­ną do gazu nie­zna­jo­mą, bo Eme­renc za­pew­ne ro­zu­mo­wa­ła w swo­im cza­sie jak wie­lu in­nych, że je­śli ona nie weź­mie, i tak tra­fi się chęt­ny. Po­zwo­li­łam więc, by do ostat­niej kro­pli zjadł ro­sół, i ze­mści­łam się tyl­ko w ten spo­sób, że nie po­wie­dzia­łam jej: po raz pierw­szy zjadł coś z praw­dzi­wym ape­ty­tem, a prze­cież Eme­renc jesz­cze dłu­go coś ro­bi­ła w kuch­ni i choć nig­dy nie żą­da­ła uzna­nia, czu­łam, że tym ra­zem wy­jąt­ko­wo jej na nim za­le­ży. Na­wet nie po­dzię­ko­wa­łam, po­sta­wi­łam przed nią pu­stą wazę i wró­ci­łam do sy­pial­ni. Czu­łam jej spoj­rze­nie na ple­cach i cie­szy­łam się, że te­raz ona nie ro­zu­mie, o co mi cho­dzi. By­łam trium­fu­ją­ca, dum­na, nie­co po­gar­dli­wa i wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złam wy­tłu­ma­cze­nie za­ka­zu wstę­pu do jej miesz­ka­nia. Maj­ster-klep­ka słusz­nie po­dej­rze­wa, że za wiecz­nie za­mknię­ty­mi drzwia­mi mu­szą kryć się cen­ne przed­mio­ty, skar­by wy­wie­zio­nych ska­zań­ców, nie na­le­ży ni­cze­go po­ka­zy­wać, ktoś mógł­by coś roz­po­znać i mia­ła­by Eme­renc za swo­je, na dar­mo tak sta­ran­nie pa­ko­wa­ła swe­go cza­su łup, te­raz bez ry­zy­ka nie może go na­wet sprze­dać. Co za typ, bied­ni Gros­sman­no­wie nie mają na­wet gro­bu, a ta zbie­ra na Tadż Ma­hal! Że niby trzy­ma w domu kota i dla­te­go nie otwie­ra drzwi! Wię­zi zwie­rza­ka, żeby mieć ali­bi, i to na­wet jest nie­zły pre­tekst, tyle że dziu­ra­wy, bo nie ma w tej le­gen­dzie ani sło­wa o po­sa­gu Gros­sman­no­wej.

Była dum­niej­sza ode mnie. Je­śli ją na­wet za­sko­czy­łam, nig­dy nie za­py­ta­ła o przy­czy­nę tego na­głe­go ozię­bie­nia at­mos­fe­ry. Mój mąż nie był z na­tu­ry przy­ja­ciel­ski, zwłasz­cza nie był taki wo­bec niej. Wspo­mi­na­łam już, że choć nig­dy o tym nie mó­wił, ca­ły­mi la­ta­mi krę­po­wa­ła go obec­ność sta­rej ko­bie­ty: Eme­renc była no­wym ele­men­tem, któ­ry mógł wy­wrzeć na nas za­rów­no do­bry, jak i zły wpływ, jej nie moż­na było tak zwy­czaj­nie wy­eli­mi­no­wać z na­sze­go dwu­oso­bo­we­go krę­gu. Zresz­tą z ni­czym się wię­cej nie na­rzu­ca­ła. Te­raz już nie wy­da­wa­ła mi się su­we­re­nem: wie­rzy­łam, że od­ga­dłam jej ta­jem­ni­cę. Nie my­śla­łam też, że jest nad­zwy­czaj mą­dra, bo gdy­by kie­dy­kol­wiek mia­ła ro­zum, to po czter­dzie­stym pią­tym na­praw­dę zna­la­zła­by spo­sób, żeby się kształ­cić. Gdy­by po woj­nie za­bra­ła się do na­uki, mo­gła­by dziś być am­ba­sa­do­rem czy mi­ni­strem, ale jej nie trze­ba było kul­tu­ry, ona mia­ła tyl­ko tyle ro­zu­mu, żeby się ob­ło­wić, a te­raz od­wie­dza cho­rych z kra­dzio­ną wazą i za­ba­wia mnie o świ­cie gad­ką, któ­rą mu­sia­ła usły­szeć od jar­marcz­ne­go śpie­wa­ka lub zna­leźć w ja­kimś stra­ga­no­wym czy­ta­dle na dziad­ko­wym stry­chu. Bu­rza, bły­ska­wi­ca, pio­run, stud­nia to już dy­so­nans, za dużo. Te­raz zro­zu­mia­łam tak­że jej po­li­tycz­ną bier­ność i wro­gie na­sta­wie­nie do re­li­gii: to na­praw­dę mą­drzej, że nie po­ka­zu­je się na żad­nym pu­blicz­nym fo­rum, w koń­cu Bu­da­peszt to nie ta­kie duże mia­sto, a nuż zo­sta­li ja­cyś krew­ni Gros­sman­nów, ktoś usły­szy o za­wsze za­mknię­tym miesz­ka­niu, za­cznie się za­sta­na­wiać i doj­dzie do tego sa­me­go wnio­sku co ja. Zresz­tą, po co mia­ła­by cho­dzić do ta­kie­go zbo­ru, w co taka jak ona mo­gła­by wie­rzyć? Zima była cięż­ka, Eme­renc mia­ła dużo ro­bo­ty, cho­ro­ba męża po­chła­nia­ła cały mój czas, uni­ka­ły­śmy się i nie było w tym nic dziw­ne­go, że wła­ści­wie nig­dy tak na­praw­dę ze sobą nie roz­ma­wia­ły­śmy.

Po­tem zna­la­złam psa.

Mąż znów mógł wy­cho­dzić z domu, za­czy­nał od­zy­ski­wać daw­ną for­mę. Już wcze­śniej czę­sto mu­sia­łam go pie­lę­gno­wać, w cią­gu pra­wie trzy­dzie­stu pię­ciu lat na­sze­go mał­żeń­stwa nie­jed­no­krot­nie nie­mal cu­dem wy­dzie­rał się z ob­jęć śmier­ci, ale z każ­dej cho­ro­by, aż do tej ostat­niej, wy­cho­dził w koń­cu od­młod­nia­ły i zwy­cię­ski - dla mo­je­go męża zwy­cię­stwo w każ­dej dzie­dzi­nie ży­cia było spra­wą naj­istot­niej­szą. Te­raz było Boże Na­ro­dze­nie, wra­ca­li­śmy we dwo­je spa­ce­rem z dy­żu­ru, gdzie prze­pi­sa­no le­kar­stwo, i w za­pa­da­ją­cym zmro­ku zna­leź­li­śmy szcze­nia­ka za­ko­pa­ne­go po szy­ję w śnie­gu. W wo­jen­nych fil­mach roz­gry­wa­ją­cych się w da­le­ko­wschod­nich obo­zach je­niec­kich wi­du­je się ta­kie me­to­dy za­bi­ja­nia: za­ko­pu­je się czło­wie­ka po uszy, tak że pia­sek za­sła­nia mu już na­wet usta i czło­wiek taki może się od­zy­wać je­dy­nie no­sem, za­tem nie krzy­czy, a tyl­ko sa­pie. Sa­pał tak­że ten pies. Kto­kol­wiek li­czył na to, że w koń­cu ktoś się nim za­opie­ku­je, był nie­złym psy­cho­lo­giem, no bo kto w wi­gi­lię na­ro­dzin Chry­stu­sa zo­sta­wił­by w pasz­czy śmier­ci żywe stwo­rze­nie? To była ta chwi­la, przed któ­rej cza­rem nie mógł się obro­nić na­wet mój nie­lu­bią­cy zwie­rząt mąż. Na­praw­dę nie chciał wpusz­czać ob­cych do na­sze­go domu, a już naj­mniej psa, któ­ry wy­ma­ga nie tyl­ko je­dze­nia, ale i uczu­cia, jed­nak po­mógł go wy­grze­bać z za­mar­z­nię­te­go śnie­gu. Wła­ści­wie nie chcie­li­śmy za­trzy­my­wać szcze­nia­ka na za­wsze, mie­li­śmy na­dzie­ję, że uda się go ko­muś od­dać, wie­dzie­li­śmy na­to­miast, że tu zo­stać nie może, prze­cież do rana bę­dzie mar­twy. Zwie­rzak, na ra­zie, za­po­wia­dał kło­po­ty, bo cał­kiem wy­raź­nie po­trze­bo­wał nie tyle je­dze­nia, co le­ka­rza. "To szcze­gól­ny po­da­ru­nek - po­wie­dział mój mąż, kie­dy scho­wa­łam psia­ka pod pal­to i czar­na prze­ra­żo­na mord­ka to­ro­wa­ła so­bie dro­gę zza fu­trza­ne­go koł­nie­rza, a pod pal­tem z jego brzusz­ka i ła­pek ska­py­wał to­pią­cy się śnieg. - Rzad­ko tra­fia się czło­wie­ko­wi praw­dzi­wa gwiazd­ko­wa nie­spo­dzian­ka". Eme­renc skoń­czy­ła już w domu wiel­kie sprzą­ta­nie, po­ko­je lśni­ły i wlo­kąc się z pie­skiem, ła­ma­li­śmy so­bie gło­wy, gdzie ma za­miesz­kać, zde­cy­do­wa­li­śmy, że u mo­jej mat­ki, któ­ra już wte­dy nie żyła i na­wet nie opa­la­li­śmy tego po­ko­ju z pięk­ny­mi, sta­ry­mi me­bla­mi. "Mam na­dzie­ję, że lubi osiem­na­sty wiek - po­wie­dział mój mąż. - Pies gry­zie rze­czy tyl­ko do dru­gie­go roku ży­cia, po­tem sam z sie­bie prze­sta­je". Na­wet mu nie od­po­wie­dzia­łam, bo miał ra­cję, ale nie moż­na było zro­bić nic in­ne­go, na­wet gdy­by to bie­da­czy­sko skry­te pod moim pal­tem mia­ło na­praw­dę po­zja­dać me­ble. Kro­czy­li­śmy ni­czym mała, ta­jem­ni­cza pro­ce­sja ja­kiejś sek­ty, z czar­ną re­li­kwią za pa­zu­chą, w wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

Chustka

Kie­dy roz­ma­wia­ły­śmy ze sobą po raz pierw­szy, mia­łam ocho­tę spoj­rzeć jej w twarz i pe­szy­ło mnie, że nie dała mi szan­sy. Sta­ła przede mną ni­czym po­sąg, nie­ru­cho­mo, ale nie na bacz­ność, tyl­ko ra­czej odro­bi­nę po­chy­lo­na, wi­dzia­łam za­le­d­wie ka­wa­łe­czek jej czo­ła. Wte­dy jesz­cze nie mia­łam po­ję­cia, że do­pie­ro na łożu śmier­ci zo­ba­czę ją bez chust­ki, przed­tem za­wsze cho­dzi­ła osło­nię­ta, jak bar­dzo re­li­gij­na ka­to­licz­ka lub Ży­dów­ka w sza­bas, któ­rej wia­ra za­ka­zu­je zbli­żać się do Pana z od­kry­tą gło­wą. Był let­ni dzień, taki, któ­ry nie uza­sad­niał, nie wy­ma­gał żad­nej osło­ny, sta­ły­śmy w ogro­dzie pod przed­wie­czor­nym, prze­cho­dzą­cym w fio­let nie­bem i ona nie pa­so­wa­ła do róż. Czło­wiek wy­czu­wa, kto był­by ja­kim kwia­tem, gdy­by uro­dził się ro­śli­ną, a jej ga­tun­kiem na pew­no nie by­ła­by róża z tym swo­im nie­mal bez­wstyd­nym kar­mi­no­wym kwit­nie­niem, róża to nie jest nie­win­ny kwiat. Od razu prze­czu­łam, że Eme­renc nie by­ła­by różą, ale wte­dy nic jesz­cze o niej nie wie­dzia­łam, a już naj­mniej, czym by za­tem mo­gła być.

Chust­ka okry­wa­ła jej gło­wę w ten spo­sób, że rzu­ca­ła cień na oczy. Póź­niej za­uwa­ży­łam, że ma nie­bie­skie tę­czów­ki. Mia­łam ocho­tę do­wie­dzieć się, ja­kie ma wło­sy, ale za­wsze je za­sła­nia­ła, do­pó­ki była sobą. Waż­ne mi­nu­ty prze­ży­ły­śmy tego wcze­sne­go wie­czo­ru, oby­dwie mu­sia­ły­śmy roz­wa­żyć, czy mo­że­my się na sie­bie zde­cy­do­wać. Od paru ty­go­dni miesz­ka­li­śmy w no­wym miesz­ka­niu, znacz­nie więk­szym niż daw­ne, jed­no­po­ko­jo­we, do któ­re­go utrzy­ma­nia w po­rząd­ku nie­po­trzeb­na była mi po­moc, już choć­by dla­te­go, że moja za­mro­żo­na na dzie­sięć lat ka­rie­ra za­le­d­wie ru­sza­ła z miej­sca i do­pie­ro tu, w no­wym miesz­ka­niu, sta­łam się przede wszyst­kim pi­sar­ką o zwięk­szo­nych moż­li­wo­ściach i roz­licz­nych zo­bo­wią­za­niach, któ­re bądź to przy­ku­wa­ły mnie do biur­ka, bądź wy­ga­nia­ły z domu. Sta­łam więc w ogro­dzie na­prze­ciw mil­czą­cej sta­rej ko­bie­ty, bo wte­dy było już oczy­wi­ste, że je­śli ktoś nie wy­rę­czy mnie w do­mo­wych obo­wiąz­kach, to nie zdo­łam wy­dać tego, co po­wsta­ło w la­tach mil­cze­nia, ani ubrać w for­mę tego, co jesz­cze chcia­ła­bym po­wie­dzieć. Kie­dy za­koń­czy­li­śmy prze­pro­wadz­kę z księ­go­zbio­rem, któ­re­go star­czy­ło­by na spo­rą bi­blio­te­kę, i ża­ło­sny­mi, roz­chwia­ny­mi me­bla­mi, na­tych­miast za­czę­łam szu­kać po­mo­cy do­mo­wej. Wy­py­ty­wa­łam wszyst­kich oko­licz­nych zna­jo­mych, w koń­cu pro­blem roz­wią­za­ła moja daw­na ko­le­żan­ka szkol­na, któ­ra po­wie­dzia­ła mi, że od nie­pa­mięt­nych cza­sów sprzą­ta u jej bra­ta pew­na sta­ra ko­bie­ta, war­ta wię­cej od wszyst­kich mło­dych, byle tyl­ko wy­kro­iła dla nas tro­chę cza­su. Ko­le­żan­ka gwa­ran­to­wa­ła, że ta oso­ba nie pod­pa­li pa­pie­ro­sem domu, nie bę­dzie spro­wa­dza­ła ka­wa­le­rów i nic nie wy­nie­sie, naj­wy­żej przy­nie­sie, je­śli nas po­lu­bi, gdyż uwiel­bia da­wać pre­zen­ty. Nig­dy nie mia­ła męża ani dziec­ka, od­wie­dza ją re­gu­lar­nie ja­kiś ku­zyn i pe­wien ofi­cer po­li­cji, i wszy­scy w oko­li­cy ją lu­bią. Mó­wi­ła o niej cie­pło, z sza­cun­kiem, po­in­for­mo­wa­ła mnie, że Eme­renc jest też do­zor­czy­nią, czy­li oso­bą nie­mal urzę­do­wą, i wy­ra­zi­ła na­dzie­ję, że nas za­ak­cep­tu­je, bo je­śli nie zdo­bę­dzie­my jej uzna­nia, to nie ma ta­kich pie­nię­dzy, za ja­kie pod­ję­ła­by się pra­cy u nas.

Nie wy­glą­da­ło to za­chę­ca­ją­co, sama Eme­renc też nie była przy­ja­ciel­ska, kie­dy ją po­pro­si­łam, by przy oka­zji po­fa­ty­go­wa­ła się do nas na roz­mo­wę. Za­sta­łam ją na po­dwó­rzu domu, gdzie była do­zor­czy­nią - miesz­ka­ła bli­sko nas, tak bli­sko, że mo­głam wi­dzieć ten dom z bal­ko­nu. Ro­bi­ła aku­rat wiel­kie pra­nie w spo­sób cał­ko­wi­cie sta­ro­świec­ki; go­to­wa­ła bie­li­znę w ko­tle na otwar­tym ogniu, w i tak już do­kucz­li­wym upa­le, i wy­cią­ga­ła prze­ście­ra­dła ogrom­ną drew­nia­ną wa­rzą­chwią. Opro­mie­niał ją ogień, była wy­so­ka, ko­ści­sta, na­wet jak na sta­rą ko­bie­tę ja­koś po­tęż­na, nie tęga, lecz mu­sku­lar­na ni­czym Wal­ki­ria, i na­wet chust­ka na jej gło­wie spra­wia­ła wra­że­nie szy­sza­ka. Zgo­dzi­ła się do nas przyjść i dla­te­go mo­gły­śmy wte­dy o zmierz­chu stać ra­zem w ogro­dzie. Słu­cha­ła w mil­cze­niu, jak opo­wia­dam, co mia­ła­by u nas do ro­bo­ty, i na­gle przy­szło mi na myśl, że nig­dy nie wie­rzy­łam pi­sa­rzo­wi, któ­ry w ja­kimś ubie­gło­wiecz­nym ar­cy­dzie­le od­no­to­wał, że ktoś ma twarz jak je­zio­ro. Za­wsty­dzi­łam się, jak za­wsze, gdy ośmie­la­łam się zwąt­pić w kla­sy­ków; twa­rzy Eme­renc po pro­stu nie moż­na było przy­rów­nać do ni­cze­go poza gład­kim, nie­ru­cho­mym zwier­cia­dłem wody o świ­cie. Nie wie­dzia­łam, w ja­kim stop­niu in­te­re­su­je ją moja pro­po­zy­cja, wi­dać było po niej, że nie po­trze­bu­je ani po­sa­dy, ani pie­nię­dzy, dla mnie by­ło­by zna­ko­mi­cie, gdy­by się zgo­dzi­ła, ale ta twarz bę­dą­ca zwier­cia­dłem je­zio­ra, ocie­nio­na chust­ką, przy­wo­dzą­cą na myśl te­atral­ny re­kwi­zyt, dłu­go nic nie zdra­dza­ła. Eme­renc nie pod­nio­sła gło­wy na­wet wte­dy, gdy wresz­cie od­po­wie­dzia­ła: moż­li­we, że bę­dzie­my mo­gły wró­cić do spra­wy, bo je­den dom, gdzie pra­cu­je, stał się miej­scem nie­od­po­wied­nim, mąż i żona piją, do­ro­sły syn się sta­cza, więc u nich nie zo­sta­nie. Je­śli ktoś udzie­li nam re­fe­ren­cji i prze­ko­na ją, że żad­ne z nas nie jest awan­tur­ni­kiem ani pi­ja­kiem, mo­że­my po­roz­ma­wiać. Słu­cha­łam osłu­pia­ła, po raz pierw­szy zda­rzy­ło się, że ktoś żą­dał o nas re­fe­ren­cji. "Byle komu nie pio­rę bru­dów" - oświad­czy­ła Eme­renc.

Mia­ła czy­sty, po­waż­ny so­pran. Mu­sia­ła miesz­kać w sto­li­cy od daw­na, bo gdy­bym w prze­szło­ści nie stu­dio­wa­ła ję­zy­ko­znaw­stwa, nie zo­rien­to­wa­ła­bym się, że za­pew­ne przy­wę­dro­wa­ła z mo­ich stron. Za­py­ta­łam, czy po­cho­dzi z Haj­duc­czy­zny2, i my­śla­łam, że tym py­ta­niem spra­wię jej przy­jem­ność, ale po­ki­wa­ła tyl­ko gło­wą i przy­zna­ła, że przy­je­cha­ła do Bu­da­pesz­tu z Nádo­ri, a wła­ści­wie z Csa­ba­dul, i od razu zmie­ni­ła te­mat, jak­by chcia­ła dać mi do zro­zu­mie­nia, że nie ży­czy so­bie o tym roz­ma­wiać. Rów­nież ta spra­wa, jak wie­le in­nych, wy­ja­śni­ła się do­pie­ro po la­tach: Eme­renc uzna­ła moje py­ta­nie za nie­tak­tow­ne i na­tręt­ne, nie mia­ła za­mia­ru zaj­mo­wać się wspo­mnie­nia­mi. Nie stu­dio­wa­ła He­ra­kli­ta, a jed­nak wie­dzia­ła wię­cej niż ja, któ­ra, gdy tyl­ko było to moż­li­we, wciąż po­wra­ca­łam do opusz­czo­ne­go prze­ze mnie nie­gdyś mia­sta, szu­ka­jąc tego, co za­gi­nę­ło bez­pow­rot­nie - cie­ni do­mów, cie­ni, któ­re kie­dyś pa­da­ły mi na twarz, utra­co­ne­go nie­gdy­siej­sze­go domu - i, rzecz ja­sna, nic nie od­naj­do­wa­łam, bo gdzież się te­raz wiła ta rze­ka, któ­ra unio­sła sko­ru­py mo­je­go ży­cia? Eme­renc była za mą­dra, by pró­bo­wać cze­goś, co nie­moż­li­we, swo­ją ener­gię za­cho­wy­wa­ła na to, co moż­na by jesz­cze uczy­nić w przy­szło­ści dla prze­szło­ści, ale ja oczy­wi­ście do­pie­ro mia­łam to zro­zu­mieć.

Tam­te­go dnia, kie­dy po raz pierw­szy usły­sza­łam na­zwy dwóch wsi: Nádo­ri i Csa­ba­dul, wy­czu­łam tyl­ko, że nie po­win­nam ich zbyt czę­sto wspo­mi­nać, bo te dwa sło­wa z ja­kie­goś po­wo­du sta­no­wią tabu. Sko­ro tak, to po­mów­my o kon­kre­tach. My­śla­łam, że umó­wi­my się na za­pła­tę za go­dzi­nę, by­ło­by to dla niej ko­rzyst­niej­sze, ale na ra­zie nie chcia­ła się uma­wiać: po­wie, ile mamy jej pła­cić, kie­dy bę­dzie już o nas coś wie­dzia­ła i zo­rien­tu­je się, na ile je­ste­śmy nie­dba­li i nie­po­rząd­ni, to zna­czy, jak dużo bę­dzie mia­ła z nami ro­bo­ty. Po­sta­ra się ze­brać o nas in­for­ma­cje - nie od mo­jej ko­le­żan­ki, bo ta nie bę­dzie obiek­tyw­na - a jak już je zbie­rze, to się ode­zwie, na­wet gdy­by od­po­wiedź mia­ła być ne­ga­tyw­na. Pa­trzy­łam za nią, gdy po­wo­li szła do wyj­ścia, i w pew­nej chwi­li prze­szło mi przez myśl, że ta sta­ra ko­bie­ta jest tak nie­zwy­czaj­na, iż by­ło­by chy­ba dla wszyst­kich le­piej, gdy­by nie pod­ję­ła się pra­cy u nas. Jesz­cze nic stra­co­ne­go, za­wo­łam ją i spra­wa prze­sta­nie być ak­tu­al­na. Nie za­wo­ła­łam. Eme­renc wró­ci­ła dwa ty­go­dnie póź­niej. Rzecz ja­sna, przez ten czas tak­że czę­sto spo­ty­ka­łam ją na uli­cy, ale tyl­ko mnie po­zdra­wia­ła i szyb­ko szła da­lej, jak ktoś, kto nie chce po­dej­mo­wać po­chop­nej de­cy­zji ani też nie­po­trzeb­nie za­trza­ski­wać jesz­cze nie­otwar­tych drzwi. Kie­dy roz­legł się dzwo­nek, za­uwa­ży­łam, że jest od­święt­nie ubra­na, i na­tych­miast po­ję­łam, co ozna­cza ten strój. Za­kło­po­ta­na, szłam obok niej w ską­pym opa­la­czu. Była w czer­ni, w po­rząd­nej weł­nia­nej suk­ni z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi i w la­kier­kach na pa­sek. Jak­by­śmy w ogó­le nie prze­rwa­ły na­szej po­przed­niej roz­mo­wy, po­in­for­mo­wa­ła, że na­za­jutrz roz­po­czy­na pra­cę, a pod ko­niec mie­sią­ca po­wie, ile ma wy­no­sić jej pen­sja. Pa­trzy­ła przy tym sztyw­no na moje na­gie ra­mio­na i by­łam za­do­wo­lo­na, że przy­najm­niej mo­je­mu mę­żo­wi nie bę­dzie mia­ła nic do za­rzu­ce­nia: w trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upa­le sie­dział w ma­ry­nar­ce i kra­wa­cie, na­wet w naj­go­ręt­sze dni nie zmie­niał zwy­cza­jów na­bra­nych w przed­wo­jen­nej An­glii. Oni obo­je wy­glą­da­li przy mnie tak, jak­by chcie­li dać przy­kład ja­kiejś pier­wot­nej, tyl­ko przez nich po­strze­gal­nej spo­łecz­no­ści, do któ­rej ja też na­le­ża­łam, i wzbu­dzić we mnie po­sza­no­wa­nie ze­wnętrz­nych form wy­ra­ża­ją­cych sza­cu­nek dla ludz­kiej god­no­ści. Je­śli kie­dy­kol­wiek kto­kol­wiek przy­po­mi­nał Eme­renc pod wzglę­dem pew­nych norm, to był to mój mąż, i pew­nie dla­te­go dłu­go nie po­tra­fi­li się do sie­bie na­praw­dę zbli­żyć.

Sta­ra ko­bie­ta po­da­ła nam oboj­gu rękę. Na­wia­sem mó­wiąc, gdy tyl­ko mo­gła tego unik­nąć, nie do­ty­ka­ła mnie, a gdy ja pró­bo­wa­łam, od­su­wa­ła moje pal­ce, jak­by od­ga­nia­ła mu­chę. Ale Eme­renc tam­te­go wie­czo­ru nie przy­szła na służ­bę, to nie by­ło­by ani god­ne, ani na miej­scu: Eme­renc na­sta­ła. Na po­że­gna­nie po­wie­dzia­ła do mo­je­go męża: "Ży­czę go­spo­da­rzo­wi do­brej nocy". Ten tyl­ko pa­trzył za nią, nie było na świe­cie dru­gie­go czło­wie­ka, do któ­re­go to sło­wo tak bar­dzo by nie pa­so­wa­ło. Eme­renc zwra­ca­ła się tak do nie­go aż do śmier­ci i trze­ba było cza­su, by do tego przy­wykł i re­ago­wał.

Umo­wa nie okre­śla­ła cza­su, jaki Eme­renc mia­ła spę­dzać w na­szym domu, po­dob­nie jak pory, o któ­rej po­win­na przy­cho­dzić. Moż­na było so­bie wy­obra­zić, że nie zo­ba­czy­my jej przez cały dzień, za to zja­wi się o je­de­na­stej wie­czo­rem i wpraw­dzie do nas nie zaj­rzy, lecz do świ­tu bę­dzie sprzą­tać kuch­nię i spi­żar­nię, a może się też zda­rzyć, że przez pół­to­ra dnia nie bę­dzie­my mo­gli ko­rzy­stać z ła­zien­ki, gdzie na­mo­czy w wan­nie dy­wa­ni­ki. Ten nie­ure­gu­lo­wa­ny czas pra­cy szedł w pa­rze z za­dzi­wia­ją­cy­mi re­zul­ta­ta­mi, Eme­renc była jak ro­bot, nie oszczę­dza­jąc się, dźwi­ga­ła me­ble, któ­re nie nada­wa­ły się do dźwi­ga­nia. W jej pra­co­wi­to­ści i sile było coś nad­ludz­kie­go, nie­mal groź­ne­go, tym bar­dziej, że wła­ści­wie nie było po­trze­by, żeby tak ha­ro­wa­ła. Wy­raź­nie wy­ży­wa­ła się w pra­cy, nie wie­dząc, co po­cząć z wol­nym cza­sem. Wszyst­ko, co ro­bi­ła, ro­bi­ła bez za­rzu­tu, prze­waż­nie krzą­ta­ła się po domu w mil­cze­niu, nie była ani po­ufa­ła, ani cie­kaw­ska, i w ogó­le uni­ka­ła zbęd­nych słów. Za­żą­da­ła dużo, wię­cej niż się spo­dzie­wa­łam, ale i dużo da­wa­ła. Gdy za­po­wia­da­li się go­ście lub wpa­dał ktoś nie­spo­dzie­wa­ny, py­ta­ła, czy so­bie ży­czę, by mi po­mo­gła. Prze­waż­nie od­rzu­ca­łam wte­dy jej pro­po­zy­cję. Nie chcia­łam, by nasi przy­ja­cie­le wie­dzie­li, że je­stem ni­kim we wła­snym domu. Eme­renc wy­my­śli­ła mia­no tyl­ko dla mo­je­go męża, ja nie by­łam ani "pi­sar­ką", ani "pa­nią", w ogó­le mnie nie na­zy­wa­ła, do­pó­ki osta­tecz­nie nie umiej­sco­wi­ła mnie w swo­im ży­ciu, do­pó­ki nie do­szła do tego, kim dla niej je­stem i jak brzmi ta na­zwa, któ­ra mi się na­le­ży. Rzecz ja­sna i tu mia­ła ra­cję, bo de­fi­ni­cja, któ­rej nie to­wa­rzy­szy żad­na emo­cja, jest nie­do­kład­na.

Eme­renc, nie­ste­ty, była pod każ­dym wzglę­dem do­sko­na­ła, nie­kie­dy aż przy­gnę­bia­ją­co do­sko­na­ła. Na moje nie­śmia­łe sło­wa uzna­nia nie ta­iła, że nie ży­czy so­bie cią­głych kom­ple­men­tów: nie chwal­my jej, ona sama do­brze wie, ile jest war­ta. Ubie­ra­ła się za­wsze na sza­ro, tyl­ko w świę­ta czy przy szcze­gól­nych oka­zjach w czerń, suk­nię osła­niał co­dzien­nie zmie­nia­ny far­tuch na szel­kach, pa­pie­ro­wy­mi chu­s­tecz­ka­mi po­gar­dza­ła, uży­wa­ła za to śnież­no­bia­łych, wy­kroch­ma­lo­nych płó­cien­nych chu­s­tek. Na­praw­dę uszczę­śli­wi­ło mnie od­kry­cie, że jed­nak ma tak­że swo­je dzi­wac­twa, na przy­kład cza­sa­mi bez żad­ne­go po­wo­du mil­cza­ła przez pół dnia, nie re­agu­jąc na żad­ne moje py­ta­nia, gdy zaś bły­ska­ło i grzmia­ło, za­uwa­ży­łam, że boi się bu­rzy. Gdy zbli­ża­ła się bu­rza, ci­ska­ła, co mia­ła w ręce, i bez sło­wa wy­ja­śnie­nia bie­gła do domu. "Sta­ra pan­na musi mieć ja­kie­goś bzi­ka" - po­wie­dzia­łam do męża, a on po­krę­cił gło­wą. Ten strach to i wię­cej, i mniej niż bzik, orzekł. Na pew­no jest czymś spo­wo­do­wa­ny, tyle że we­dług niej to do nas nie na­le­ży. Ale czy ona kie­dy­kol­wiek po­wie­dzia­ła nam o so­bie coś na­praw­dę istot­ne­go? Nie­chże so­bie przy­po­mnę: nig­dy. Eme­renc nie jest ga­da­tli­wa.

Pra­co­wa­ła już u nas od po­nad roku, kie­dy chcia­łam ją po­pro­sić, by ode­bra­ła awi­zo­wa­ną na to po­po­łu­dnie pacz­kę - mój mąż eg­za­mi­no­wał na uczel­ni, a mnie tyl­ko tego jed­ne­go dnia mógł przy­jąć den­ty­sta. Przy­pię­łam do na­szych drzwi kar­tecz­kę, gdzie i kogo ma szu­kać po­sła­niec pod­czas na­szej nie­obec­no­ści, i po­bie­głam do Eme­renc, któ­rej za­po­mnia­łam po­wie­dzieć pod­czas sprzą­ta­nia, co ma za mnie za­ła­twić. Do­pie­ro co u nas skoń­czy­ła i mo­gła być u sie­bie naj­wy­żej od paru mi­nut. Jej drzwi ani drgnę­ły na moje stu­ka­nie, ale sły­sza­łam, że krzą­ta się po miesz­ka­niu. To, że nie na­ci­snę­ła klam­ki, nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym: jesz­cze nikt nie wi­dział otwar­tych drzwi Eme­renc, na­wet je­śli z wiel­kim tru­dem uda­ło się ją ubła­gać, by wy­szła, kie­dy już bo­wiem raz wró­ci­ła do domu, nie otwie­ra­ła drzwi, i przy­wy­kła do tego cała oko­li­ca. Za­wo­ła­łam, żeby się po­spie­szy­ła, bo mu­szę iść i mam dla niej pew­ne po­le­ce­nie. Na po­cząt­ku moje sło­wa przy­ję­ła nie­zmien­na ci­sza, ale kie­dy za­czę­łam szar­pać klam­kę, Eme­renc wy­pa­dła z ta­kim im­pe­tem, że zlę­kłam się, by mnie nie ude­rzy­ła. Za­trza­snę­ła za sobą drzwi i krzyk­nę­ła, abym jej nie na­cho­dzi­ła po pra­cy, bo jej za to nie pła­cę. Sta­łam za­wsty­dzo­na, czer­wo­na po uszy przez ten jej krzyk, któ­ry ni­czym nie był uza­sad­nio­ny, bo prze­cież je­śli z ja­kiejś nie­od­gad­nio­nej przy­czy­ny uwa­ża, że na­ru­sze­nie prze­ze mnie jej wód te­ry­to­rial­nych uwła­cza jej god­no­ści, mo­gła­by to po­wie­dzieć ci­szej. Kie­dy wy­ją­ka­łam, jaką mam do niej proś­bę, na­wet nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko sta­ła na­prze­ciw mnie i tak na mnie pa­trzy­ła, jak­bym jej wbi­ła nóż w ser­ce. W po­rząd­ku. Po­że­gna­łam się grzecz­nie, wró­ci­łam do domu, od­wo­ła­łam te­le­fo­nicz­nie den­ty­stę, bo mąż już wy­szedł i tyl­ko ja mo­głam cze­kać na pacz­kę. Nie chcia­ło mi się na­wet czy­tać, snu­łam się po miesz­ka­niu i za­sta­na­wia­łam się, jaką to nie­zręcz­ność mo­głam po­peł­nić, skąd ta wy­raź­nie ob­raź­li­wa w in­ten­cji od­pra­wa, któ­ra na do­da­tek wca­le nie była ty­po­wa dla Eme­renc, cza­sa­mi aż że­nu­ją­co gor­li­wie prze­strze­ga­ją­cej form.

Dłu­go by­łam sama. Żeby ten dzień był do resz­ty ze­psu­ty, pacz­ka nie na­de­szła, da­rem­nie cze­ka­łam, mąż też nie wró­cił o zwy­kłej po­rze, po eg­za­mi­nach zo­stał jesz­cze ze stu­den­ta­mi. Prze­glą­da­łam wła­śnie al­bum z re­pro­duk­cja­mi, kie­dy usły­sza­łam szczęk klu­cza w drzwiach. Nie do­bie­gło mnie sło­wo, któ­rym zwy­kli­śmy się wi­tać, wie­dzia­łam więc, że to nie mąż wró­cił do domu, tyl­ko przy­szła Eme­renc, któ­rej w ten pa­skud­ny wie­czór nie ży­czy­łam so­bie oglą­dać. Do tej pory na pew­no już jej prze­szło - po­my­śla­łam - i chce mnie prze­pro­sić. Ale Eme­renc na­wet się nie po­ka­za­ła, nie po­wie­dzia­ła ani sło­wa, sły­sza­łam, jak coś robi w kuch­ni, i wkrót­ce szczęk­nął za­mek. Ode­szła. Kie­dy zja­wił się mój mąż i wy­bie­głam po na­szą zwy­kłą ko­la­cję, dwie szklan­ki ke­fi­ru, zna­la­złam w lo­dów­ce ru­mia­ne pier­si kur­czę­cia, któ­re ktoś naj­pierw po­kro­ił w pla­stry, a po­tem, ze zręcz­no­ścią chi­rur­ga, po­now­nie zło­żył w ca­łość. Kie­dy na­za­jutrz po­dzię­ko­wa­łam Eme­renc za tę ko­la­cję, któ­ra mia­ła mnie udo­bru­chać, i chcia­łam jej zwró­cić umy­ty pół­mi­sek, nie tyl­ko nie po­wie­dzia­ła, żeby nam po­szło na zdro­wie, ale w ogó­le wy­par­ła się kur­cza­ka, a na­wet pół­mi­ska, nie przy­ję­ła go ode mnie i mam go do dziś. Kie­dy póź­niej za­te­le­fo­no­wa­łam na pocz­tę i za­czę­łam wy­py­ty­wać o nie­do­rę­czo­ną pacz­kę, oka­za­ło się, że nie­po­trzeb­nie całe po­po­łu­dnie ster­cza­łam w domu. Pacz­ka była w spi­żar­ni pod dol­ną pół­ką, przy­nie­sio­na ra­zem z kur­cza­kiem. Eme­renc wa­ro­wa­ła przed bra­mą, po­wtó­rzy­ła do­rę­czy­cie­lo­wi sło­wo w sło­wo to, co jej po­wie­dzia­łam, ode­bra­ła prze­sył­kę, nie in­for­mu­jąc mnie o tym, i zni­kła w swo­im miesz­ka­niu. To był waż­ny epi­zod w na­szym ży­ciu, bo od tej chwi­li dłu­go mi się wy­da­wa­ło, że sta­rusz­ka jest nie­co po­my­lo­na i w związ­ku z tym mu­si­my mieć na uwa­dze jej spe­cy­ficz­nie pra­cu­ją­cy umysł.

Wie­le utwier­dza­ło mnie w tym prze­ko­na­niu, zwłasz­cza zaś in­for­ma­cja, któ­ra do mnie do­tar­ła dzię­ki miesz­ka­ją­ce­mu w tej sa­mej co Eme­renc wil­li po­bor­cy czyn­szu, któ­ry w wol­nych chwi­lach wciąż maj­stro­wał i dla­te­go zna­ny był w oko­li­cy jako maj­ster-klep­ka, a mia­no­wi­cie, że od­kąd Eme­renc tam miesz­ka, to zna­czy od ty­sią­ca lat, nikt z lo­ka­to­rów nie był w jej miesz­ka­niu da­lej niż w sie­ni, bo nig­dy nie wpusz­cza go­ści do po­ko­ju i ma za złe, gdy ktoś ją nie­spo­dzie­wa­nie wy­wo­łu­je. Trzy­ma w domu kota, któ­re­mu nie po­zwa­la wy­cho­dzić, i cza­sa­mi tyl­ko sły­chać, jak miau­czy, ale zaj­rzeć przez okna nie moż­na, bo za­sła­nia­ją je drew­nia­ne okien­ni­ce. Nikt nie wie, co ona tam ma poza ko­tem, ale je­śli ja­kieś dro­go­cen­ne rze­czy, to źle robi, że się tak ba­ry­ka­du­je, bo jesz­cze ktoś po­my­śli, że ukry­wa skar­by, i da jej w łeb. Nig­dzie nie wy­jeż­dża, naj­wy­żej gdy cho­wa­ją ko­goś z jej zna­jo­mych, od­pro­wa­dza go w ostat­nią dro­gę, ale za­wsze tak jej pil­no do domu, jak­by się bała ja­kie­goś nie­szczę­ścia. Mam się nie ob­ra­żać, gdy­by mnie ewen­tu­al­nie nie wpu­ści­ła, ona na­wet wła­sne­go krew­nia­ka, syna swe­go młod­sze­go bra­ta Józ­sie­go, a tak­że pod­puł­kow­ni­ka przyj­mu­je w sie­ni, la­tem i zimą, oni już daw­no przy­ję­li do wia­do­mo­ści, że im tak­że wstęp wzbro­nio­ny, i tyl­ko się z tego śmie­ją, przy­wy­kli.

Z tych słów wy­ło­nił się przede mną dość prze­ra­ża­ją­cy por­tret i przez to za­nie­po­ko­iłam się jesz­cze bar­dziej. Jak moż­na żyć w ta­kiej izo­la­cji? I dla­cze­go nie wy­pusz­cza kota, sko­ro go cho­wa, prze­cież ma przy domu ogro­dzo­ny ka­wa­łek grun­tu. Wła­ści­wie uwa­ża­łam ją za nie­speł­na ro­zu­mu, do­pó­ki z epic­kiej, roz­wle­kłej opo­wie­ści wdo­wy po la­bo­ran­cie, Adel­ki, któ­ra była jej wiel­bi­ciel­ką, nie do­wie­dzia­łam się, że nie­gdy­siej­szy, pierw­szy kot Eme­renc był wiel­kim my­śli­wym i wciąż dzie­siąt­ko­wał ho­dow­lę go­łę­bi pew­ne­go lo­ka­to­ra, któ­ry spro­wa­dził się do wil­li jesz­cze pod­czas woj­ny. Są­siad ra­dy­kal­nie za­ła­twił spra­wę, bo kie­dy Eme­renc wy­ja­śni­ła mu, że kot to nie pro­fe­sor uni­wer­sy­te­tu, żeby moż­na go było prze­ko­nać sło­wem, i taka już jego na­tu­ra, że na­wet dla za­ba­wy lubi za­bi­jać, nie po­pro­sił jej, by trzy­ma­ła by­dla­ka w domu pod klu­czem, lecz zła­pał i po­wie­sił chwac­kie­go my­śli­we­go na jej klam­ce. Kie­dy Eme­renc, wró­ciw­szy do domu, sta­nę­ła przed zim­nym już ko­cim trup­kiem, jesz­cze jej ele­ganc­ko wy­łusz­czył, że nie­ste­ty zmu­szo­ny jest wła­sny­mi me­to­da­mi bro­nić je­dy­ne­go pew­ne­go źró­dła do­cho­dów i po­ży­wie­nia swej ro­dzi­ny.

Eme­renc nie po­wie­dzia­ła ani sło­wa, od­wią­za­ła kota z dru­tu, bo opraw­ca nie użył sznur­ka, lecz dru­tu, i ko­cur z prze­cię­tą krta­nią wy­glą­dał wręcz kosz­mar­nie, a po­tem po­cho­wa­ła go w ogro­dzie, w gro­bie pana Szlo­ki, któ­ry nie był wte­dy jesz­cze eks­hu­mo­wa­ny, i cią­ga­li ją za to, bo koci opraw­ca spro­wa­dził po­li­cję, na szczę­ście spra­wa uci­chła. Na­wia­sem mó­wiąc, go­łę­biarz nie miał z tego wszyst­kie­go żad­nej po­cie­chy, nie mógł się na­wet po­kłó­cić z Eme­renc, któ­ra trak­to­wa­ła go jak po­wie­trze i je­śli mia­ła ja­kąś urzę­do­wą spra­wę, roz­ma­wia­ła z nim przez po­śred­ni­ka, któ­rym był maj­ster-klep­ka, a po­nad­to, jak­by łą­czy­ła świat zwie­rzę­cy ja­kaś fa­tal­na so­li­dar­ność, je­den po dru­gim pa­da­ły mu go­łę­bie. Wte­dy znów zja­wi­ła się po­li­cja. Pod­puł­kow­nik, któ­ry od­wie­dza Eme­renc, był wów­czas za­le­d­wie pod­po­rucz­ni­kiem. Go­łę­biarz oskar­żył Eme­renc, że mu wy­tru­ła pta­ki, ale w żo­łąd­kach po­kro­jo­nych go­łę­bi nie zna­le­zio­no tru­ci­zny, we­te­ry­narz re­jo­no­wy stwier­dził, że wy­koń­czy­ła je ja­kaś spo­wo­do­wa­na nie­zna­nym wi­ru­sem pta­sia za­ra­za, in­nym też pa­dły go­łę­bie i nie na­le­ży z ta­kie­go po­wo­du nie­po­ko­ić ani są­sia­dów, ani władz.

Wte­dy dom zjed­no­czył się prze­ciw­ko ko­cie­mu mor­der­cy, naj­sza­cow­niej­sze mał­żeń­stwo, pań­stwo Bro­da­ric­so­wie, na­pi­sa­li list do rady, że bu­dzi ich o świ­cie cią­głe gru­cha­nie, maj­ster-klep­ka oznaj­mił, że go­łę­bie wciąż mu pa­sku­dzą na bal­kon, a pani in­ży­nie­ro­wa zło­ży­ła skar­gę, że z po­wo­du go­łę­bi do­sta­ła aler­gii. Rada nie na­ka­za­ła wpraw­dzie go­łę­bia­rzo­wi, by zli­kwi­do­wał ho­dow­lę, ale zwró­ci­ła mu uwa­gę. Lo­ka­to­rzy byli roz­cza­ro­wa­ni, bo chcie­li ze­msty za po­wie­szo­ne­go kota Eme­renc, chcie­li praw­dzi­wej kary.

No i zo­stał uka­ra­ny: opraw­ca znów po­niósł stra­tę, nowo na­by­te sta­do go­łę­bi wy­zdy­cha­ło w spo­sób rów­nie ta­jem­ni­czy jak po­przed­nie. Jesz­cze raz pró­bo­wał do­no­su, ale pod­po­rucz­nik już nie zle­cił sek­cji, tyl­ko sklął od ostat­nich go­łę­bia­rza za usta­wicz­ne za­wra­ca­nie gło­wy prze­pra­co­wa­nej po­li­cji, z cze­go ten wresz­cie wy­cią­gnął wła­ści­we wnio­ski, wrza­skli­wie prze­klął w sie­ni Eme­renc, któ­rej, cze­go nie­ste­ty nie uda­ło się udo­wod­nić, wy­koń­czył na po­że­gna­nie no­we­go kota, i wy­pro­wa­dził się na przed­mie­ście. Jesz­cze po prze­pro­wadz­ce wciąż nę­kał wła­dze do­no­sa­mi na do­zor­czy­nię. Eme­renc zno­si­ła tę na­gon­kę z taką po­go­dą i tak fi­lo­zo­ficz­nym hu­mo­rem, że po­lu­bi­li ją za­rów­no w ra­dzie, jak i na po­li­cji, żad­na skar­ga na nią nie mia­ła na­stępstw, wła­dze przy­wy­kły, że oso­ba sta­rusz­ki przy­cią­ga ano­ni­mo­we po­dej­rze­nia jak góra ma­gne­tycz­na pio­ru­ny. Na po­li­cji za­ło­żo­no Eme­renc osob­ne do­ssier, gdzie od­kła­da­no uroz­ma­ico­ny ma­te­riał, i tyl­ko ma­cha­no ręką, gdy nad­cho­dzi­ły li­sty, na­wet po­cząt­ku­ją­cy po­li­cjan­ci roz­po­zna­wa­li słow­nic­two go­łę­bia­rza, jego ba­ro­ko­wo roz­wle­kły styl. Co ja­kiś czas któ­ryś z po­li­cjan­tów wpa­dał do Eme­renc, ale tyl­ko tak, żeby z nią po­ga­dać, na­pić się kawy, re­gu­lar­nie awan­su­ją­cy były pod­po­rucz­nik przy­zwy­cza­ił się ją od­wie­dzać, a gdy zja­wiał się nowy chło­pak, przed­sta­wia­li go jej, Eme­renc po­da­wa­ła na stół kieł­ba­sę, po­ga­cze, na­le­śni­ki, czę­stu­jąc każ­de­go tym, na co miał ape­tyt. Każ­de­mu z tych przy­by­łych ze wsi po­li­cjan­tów przy­po­mi­na­ła jego ro­dzin­ny dom, wła­sną bab­kę, więc na­wet jej nie mó­wi­li, że oskar­ża się ją o mor­do­wa­nie i okra­da­nie Ży­dów pod­czas woj­ny, o szpie­go­stwo na rzecz Ame­ry­ki, o ob­słu­gę taj­nej ra­dio­sta­cji, a tak­że o to, że trud­ni się pa­ser­stwem i prze­cho­wu­je w miesz­ka­niu skar­by. Wła­ści­wie uspo­ko­iłam się na­praw­dę do­pie­ro po tej opo­wie­ści Adel­ki, a do resz­ty wte­dy, gdy z po­wo­du zgu­bio­ne­go do­wo­du oso­bi­ste­go mu­sia­łam iść na po­li­cję. Wła­śnie kie­dy dyk­to­wa­łam moje dane per­so­nal­ne, prze­cho­dził przez salę pod­puł­kow­nik, usły­szał moje na­zwi­sko i za­pro­sił mnie do swe­go ga­bi­ne­tu na czas, gdy wy­sta­wia­no mi nowy do­ku­ment. By­łam prze­ko­na­na, że zna moje książ­ki i stąd ta uprzej­mość, oka­za­ło się jed­nak, że by­łam w błę­dzie. Nie in­te­re­so­wa­ło go nic poza tym, jak się mie­wa i co po­ra­bia Eme­renc, wie­dział od niej, że u nas pra­cu­je, i był cie­ka­wy, czy cór­ka syna Józ­sie­go wy­szła już ze szpi­ta­la. Na­wet nie wie­dzia­łam, że ta­kie dziec­ko jest na świe­cie. Wy­da­je mi się, że na po­cząt­ku ba­łam się Eme­renc.

Dba­ła o nas przez po­nad dwa­dzie­ścia lat, ale przez pierw­sze pięć na­sze sto­sun­ki były, mó­wiąc oględ­nie, moc­no ogra­ni­czo­ne. Ja je­stem kon­tak­to­wa, chęt­nie roz­ma­wiam na­wet z ob­cy­mi, Eme­renc de­cy­do­wa­ła się je­dy­nie na mó­wie­nie o rze­czach naj­waż­niej­szych, spie­szy­ła się ze sta­ran­nie wy­ko­ny­wa­ną pra­cą, bo za­wsze mia­ła jesz­cze nie­zli­czo­ne czyn­no­ści przed sobą. Ży­cie bez resz­ty wy­peł­nia­ło jej dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny doby i choć nie wpusz­cza­ła ni­ko­go do miesz­ka­nia, to wła­śnie u niej zbie­ga­ły się wia­do­mo­ści, jej sień była ni­czym hala te­lek­sów, wszy­scy o wszyst­kim jej do­no­si­li, o śmier­ci, skan­da­lu, ra­do­ści i ka­ta­stro­fie. Pie­lę­gna­cja cho­rych spra­wia­ła jej przy­jem­ność, nie­mal co­dzien­nie spo­ty­ka­łam ją na uli­cy z wazą przy­kry­tą tacą, nio­sła ob­fi­ty po­si­łek każ­de­mu, o kim ulicz­na wieść gło­si­ła, że przy­da­ło­by mu się coś po­żyw­ne­go do zje­dze­nia. Eme­renc za­wsze wie­dzia­ła, gdzie jest po­trzeb­na, jej oso­bo­wość spra­wia­ła, że lu­dzie bez naj­mniej­szej na­dziei od­wza­jem­nie­nia ich za­ufa­nia otwie­ra­li się, choć wie­dzie­li, że w re­wan­żu do­sta­ną od niej je­dy­nie ko­mu­na­ły lub po­wszech­nie zna­ne fak­ty. Po­li­ty­ka jej nie in­te­re­so­wa­ła, sztu­ka w ogó­le nie, na spo­rcie się nie zna­ła, słu­cha­ła o zdra­dach mał­żeń­skich, ale nie fe­ro­wa­ła wy­ro­ków, naj­chęt­niej za­sta­na­wia­ła się nad po­go­dą, bo na jej ewen­tu­al­ne cmen­tar­ne wy­ciecz­ki mo­gła wpły­nąć za­po­wiedź bu­rzy, któ­rej, jak już wspo­mnia­łam, bar­dzo się bała. Praw­dę mó­wiąc, po­go­da de­ter­mi­no­wa­ła nie tyl­ko oka­zje to­wa­rzy­skie, lecz tak­że zwy­kłe je­sien­ne i zi­mo­we dni Eme­renc; kie­dy przy­cho­dzi­ła ostra zima, ty­ra­nem dla niej sta­wa­ły się opa­dy. To ona od­mia­ta­ła śnieg sprzed nie­mal wszyst­kich więk­szych do­mów w oko­li­cy, nie mia­ła na­wet cza­su słu­chać ra­dia, naj­wy­żej nocą lub o świ­cie. Gdy była na uli­cy, orien­to­wa­ła się po gwiaz­dach, co przy­nie­sie ju­tro, zna­ła te ich na­zwy, któ­re nada­wa­li cia­łom nie­bie­skim jej dzia­do­wie, ostrość lub zbled­nię­cie ich bla­sku zdra­dza­ły jej za­wcza­su zmia­nę po­go­dy na­wet wte­dy, gdy nie mó­wi­ły o tym jesz­cze ko­mu­ni­ka­ty. Pod­ję­ła się uprzą­ta­nia śnie­gu w je­de­na­stu do­mach, pod­czas za­mie­ci zmie­nia­ła się nie do po­zna­nia, wy­glą­da­ła jak wiel­ka szma­cia­na lal­ka, za­miast wy­glan­so­wa­nych trze­wi­ków no­si­ła gu­mia­ki. Moż­na było my­śleć, że w ostre zimy Eme­renc nig­dy nie prze­by­wa w domu, tyl­ko na dwo­rze, i na­wet się nie kła­dzie spać jak inni śmier­tel­ni­cy. I wła­ści­wie tak było: Eme­renc nig­dy się nie kła­dła, tyl­ko myła się, zmie­nia­ła odzież i drze­ma­ła na ma­łej ka­nap­ce zwa­nej lo­ver­se­at, krze­słem ko­chan­ków. Wśród jej me­bli bra­ko­wa­ło łóż­ka, twier­dzi­ła, że kie­dy się kła­dzie, na­cho­dzi ją ja­kaś sła­bość, tyl­ko w po­zy­cji sie­dzą­cej ma wła­ści­we pod­par­cie dla bo­lą­ce­go krzy­ża, a jak leży, krę­ci się jej w gło­wie, więc nie­po­trzeb­ne jej łóż­ko.

W wiel­kie śnie­ży­ce, rzecz ja­sna, nie od­po­czy­wa­ła na­wet na ka­nap­ce, bo za­le­d­wie skoń­czy­ła przed czwar­tym do­mem, na chod­ni­ku przed pierw­szym był już nowy śnieg, bie­ga­ła więc Eme­renc od domu do domu w wiel­kich gu­mia­kach i z jesz­cze więk­szą mio­tłą. Przy­wy­kli­śmy, że w te bia­łe dni na­wet do nas nie zaj­rzy, nie ro­bi­łam na ten te­mat żad­nych uwag, bo i po co, nie­wy­po­wie­dzia­na ar­gu­men­ta­cja Eme­renc była nie do od­par­cia: mamy dach nad gło­wą, a ona na ogół po­rząd­nie sprzą­ta, więc za­cze­kaj­my, aż znów bę­dzie mia­ła czas, wte­dy wszyst­ko od­ro­bi, zresz­tą mnie też nie za­szko­dzi tro­chę ru­chu. Kie­dy wresz­cie śnieg da­wał za wy­gra­ną, Eme­renc znów się zja­wia­ła, w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób do­pro­wa­dza­ła miesz­ka­nie do ładu i bez sło­wa wy­ja­śnie­nia zo­sta­wia­ła na ku­chen­nym sto­le ja­kieś pie­czo­ne mię­so lub bryt­fan­nę pier­nicz­ków. Ro­zu­mia­łam, że pod­rzu­co­ny dar niósł to samo prze­sła­nie co pla­stry kur­czę­cia po pierw­szym nie­do­rzecz­nym gru­biań­stwie: by­li­ście grzecz­ni - mó­wił pół­mi­sek, jak­by­śmy wciąż byli ucznia­ka­mi, a nie ludź­mi na die­cie - a do­brym, cier­pli­wym dzie­ciom na­le­ży się na­gro­da.

Nie wiem, jak to wszyst­ko mie­ści­ło się w jed­nym ży­ciu, ale Eme­renc pra­wie nig­dy nie sie­dzia­ła. Kie­dy nie mia­ła w ręku mio­tły, na pew­no spie­szy­ła gdzieś z wazą lub szu­ka­ła wła­ści­cie­la ja­kie­goś za­błą­ka­ne­go zwie­rzę­cia, a gdy nie uda­ło się go od­na­leźć, sta­ra­ła się ko­muś wci­snąć znajd­ka, prze­waż­nie z po­wo­dze­niem, je­śli zaś nie, to pies czy kot zni­kał na­gle z oko­li­cy, jak­by nig­dy nie snuł się wy­głod­nia­ły wo­kół śmiet­ni­ków. Pra­co­wa­ła dużo, w wie­lu miej­scach, dużo też za­ra­bia­ła, na­piw­ków na­to­miast nie przyj­mo­wa­ła nig­dy i w żad­nej for­mie. To mo­głam jesz­cze ja­koś zro­zu­mieć, ale nig­dy nie wpa­dłam na to, dla­cze­go od­ma­wia­ła przyj­mo­wa­nia pre­zen­tów. Sta­ra ko­bie­ta lu­bi­ła tyl­ko da­wać, a gdy ją chcia­no czymś ob­da­ro­wać, nie uśmie­cha­ła się, lecz chmu­rzy­ła. Przez całe lata wciąż pró­bo­wa­łam w na­dziei, że może wresz­cie przyj­mie ode mnie to, co chcia­ła­bym jej po­da­ro­wać, ale in­for­mo­wa­ła mnie szorst­ko, że nie przy­słu­gu­je jej osob­na za­pła­ta za to, co robi, śmier­tel­nie ob­ra­żo­na od­kła­da­łam ko­per­tę, a mąż śmiał się ze mnie, mó­wiąc, że­bym się nie pod­li­zy­wa­ła Eme­renc i nie sta­ra­ła się zmie­nić ist­nie­ją­cej sy­tu­acji, bo jemu bar­dzo od­po­wia­da ten zni­ka­ją­cy cień, któ­ry wszyst­ko u nas robi, mimo że o nie­praw­do­po­dob­nych po­rach, i wbrew wszel­kim re­gu­łom nie przyj­mu­je na­wet fi­li­żan­ki kawy. Eme­renc to ide­al­na po­moc, mogę więc mieć pre­ten­sje je­dy­nie do sie­bie, sko­ro tego mi za mało, sko­ro z każ­dym chcę się za­przy­jaź­nić. Nie­ła­two mi było przy­znać, że Eme­renc tak­że o nas, jak i o wszyst­kich in­nych, mia­ła swo­je zda­nie - na­sza bli­skość też nie była jej po­trzeb­na.

Chrystusowe rodzeństwo

Na­praw­dę la­ta­mi nie by­li­śmy jej po­trzeb­ni, a po­tem na­gle - tak, kie­dy mój mąż śmier­tel­nie za­cho­ro­wał. Po­nie­waż naj­wy­raź­niej nie ob­cho­dzi­ło jej nic, co się u nas dzie­je, by­łam prze­ko­na­na, że gdy­bym opo­wie­dzia­ła jej mało efek­tow­ną praw­dę, zdo­by­ła­by się naj­wy­żej na wazę z po­żyw­nym po­sił­kiem. Nie mó­wi­łam jej więc o ni­czym i od­pro­wa­dzi­łam mo­je­go męża na ope­ra­cję rop­nia płuc w ten spo­sób, że nie tyl­ko nikt w domu czy oko­li­cy, ale i ona nie wie­dzia­ła, do­kąd się wy­bie­ra­my. O ni­czym nie mia­ła po­ję­cia, na­wet o ba­da­niach po­prze­dza­ją­cych ope­ra­cję, i kie­dy wresz­cie do­tar­łam do domu, Eme­renc sie­dzia­ła w fo­te­lu i czy­ści­ła srebr­ne ły­żecz­ki. Ope­ra­cja trwa­ła nie­mal sześć go­dzin i je­śli ktoś kie­dyś już pa­trzył na pa­lą­cą się nad drzwia­mi sali ope­ra­cyj­nej lamp­kę, li­cząc się z tym, że czło­wiek, któ­re­go ope­ru­ją, może już nig­dy nie wsta­nie, bez żad­nych wy­ja­śnień po­tra­fi so­bie wy­obra­zić, w ja­kim sta­nie we­szłam do miesz­ka­nia. Eme­renc po raz pierw­szy do­świad­czy­ła, że wy­klu­czy­łam ją z naj­waż­niej­sze­go mo­men­tu mo­je­go ży­cia. Nie wda­jąc się w szcze­gó­ły, po­in­for­mo­wa­łam ją o ak­tu­al­nej sy­tu­acji. Sta­ra ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie: jak obcą wy­eli­mi­no­wa­łam ją z mo­je­go stra­chu przed ope­ra­cją, któ­ra mo­gła się za­koń­czyć tra­ge­dią. Po­wie­dzia­ła to bez ob­ra­zy, wzbu­rzo­na, na co od­par­łam, że prze­cież nig­dy nie ob­cho­dzi­ło jej na­sze ży­cie, skąd mo­głam wie­dzieć, że przej­mie się tym, co nas spo­tka­ło, na­wia­sem mó­wiąc, je­śli nie weź­mie mi tego za złe, chcia­ła­bym zo­stać sama i wcze­śnie się po­ło­żyć, to nie był ła­twy dzień i nic jesz­cze nie jest prze­są­dzo­ne. Eme­renc na­tych­miast wy­szła. Po­my­śla­łam, że się ob­ra­zi­ła i już nie wró­ci, ale mniej wię­cej po pół­go­dzi­nie ock­nę­łam się z lek­kie­go, nie­spo­koj­ne­go snu na od­głos jej krzą­ta­ni­ny w miesz­ka­niu, po­tem zaś po­ja­wi­ła się z pa­ru­ją­cym pu­char­kiem w ręku.

Na bla­sza­nej tacy przy­nio­sła dzie­ło sztu­ki: kie­lich z gru­be­go szkła w ko­lo­rze kró­lew­skie­go błę­ki­tu, z rzeź­bio­nym zdo­bie­niem: wy­pu­kły, owal­ny wie­niec, a w nim dwie dło­nie, na prze­gu­bie ko­bie­cym - bran­so­le­ta, mę­skim - ko­ron­ko­wy man­kiet, te dło­nie trzy­ma­ły z dwóch stron zło­tą ta­blicz­kę, na któ­rej wid­nia­ły nie­bie­skie ema­lio­wa­ne li­te­ry TO­UJO­URS. Wzię­łam kie­lich za pod­sta­wę i unio­słam go pod świa­tło. Pa­ro­wał w nim ciem­ny płyn pach­ną­cy goź­dzi­ka­mi. "Wy­pić!" - roz­ka­za­ła Eme­renc. Nie chcia­łam pić, nie chcia­łam ni­cze­go poza ci­szą.

"Wy­pić!" - po­wtó­rzy­ła, jak do nie­grzecz­ne­go, nie­po­jęt­ne­go dziec­ka, po czym, gdy zo­ba­czy­ła, że od­sta­wiam kie­lich i nie otwie­ram ust, chwy­ci­ła go tak gwał­tow­nie, że aż krzyk­nę­łam, bo na de­kolt kap­nę­ło mi grza­ne wino. Uję­ła mnie za rękę, przy­su­nę­ła kie­lich do mo­ich zę­bów i, chcąc nie chcąc, wy­pi­łam jego za­war­tość, żeby jej na mnie nie wy­la­ła. To był naj­lep­szy na­pój świa­ta, choć strasz­li­wie go­rą­cy, po pię­ciu mi­nu­tach prze­szło mi dy­go­ta­nie. Eme­renc po raz pierw­szy w ży­ciu usia­dła przy mnie na ka­na­pie, wy­ję­ła mi z ręki pu­sty kie­lich, a po­tem już tyl­ko sie­dzia­ła, jak­by w ocze­ki­wa­niu na to, że się ode­zwę i wy­rzu­cę z sie­bie nie­zna­ne jej sześć go­dzin i to, co było po­tem. Nie po­tra­fi­łam mó­wić, opo­wie­dzieć, co się sta­ło, ani wy­tłu­ma­czyć jej zgro­zy po­przed­nich dni, wy­pi­ty jed­nym hau­stem tru­nek też nie po­zo­stał bez skut­ku. Wiem, że za­snę­łam, bo na­gle się prze­bu­dzi­łam, lam­pa pa­li­ła się tak samo jak wte­dy, gdy wró­ci­łam do domu, tyl­ko ze­gar wska­zy­wał dru­gą po pół­no­cy. Mu­sia­ła otwo­rzyć mój tap­czan, bo le­ża­łam na ka­na­pie przy­kry­ta lek­kim ko­cem, a ten mo­gła wy­jąć tyl­ko z po­jem­ni­ka na po­ściel. Swo­im zwy­kłym, obo­jęt­nym gło­sem po­wie­dzia­ła, że nie ma co spę­dzać nocy wśród złych my­śli, mam się od­prę­żyć, bo nie dzie­je się nic złe­go, że ona za­wsze prze­czu­wa śmierć, a zresz­tą nie wył ża­den oko­licz­ny pies i nie pę­kła też żad­na szklan­ka ani u niej, ani w na­szej kuch­ni, oczy­wi­ście, je­śli jej nie wie­rzę, do cze­go mam pra­wo, mogę się ewen­tu­al­nie zwró­cić do Boga, ona przy­nie­sie mi Bi­blię, nie mam obo­wiąz­ku z nią roz­ma­wiać.

Nie my­śla­łam już wte­dy o grza­nym wi­nie ani o tym, że w koń­cu sie­dzia­ła tu przy mnie nocą, tyl­ko wy­chwy­ci­łam iro­nię: znów mi przy­cię­ła. Nie dość, że - aby unik­nąć jej uwag - cho­dzę w nie­dzie­lę do zbo­ru okręż­ną dro­gą. Jak mam jej wy­tłu­ma­czyć, sko­ro nic nie chce zro­zu­mieć, co dla mnie ozna­cza na­bo­żeń­stwo, ilu tam w ław­kach wo­kół mnie sie­dzi nie­wi­dzial­nych, któ­rzy z upły­wem wie­ków mo­dli­li się tak samo i o to samo co ja, że te sześć­dzie­siąt mi­nut ob­rząd­ku to jest ta je­dy­na go­dzi­na, kie­dy na pew­no spo­tkam mych dro­gich zmar­łych, ojca i mat­kę? Eme­renc ni­cze­go nie zro­zu­mie i nie za­ak­cep­tu­je, jak wódz ja­kie­goś pier­wot­ne­go szcze­pu prze­ciw cho­rą­gwi z Ba­ran­kiem po­wie­wać bę­dzie wie­czo­ro­wą suk­nią z pa­jet­ka­mi ni­czym fla­gą wo­jen­ną.

Sta­ra ko­bie­ta z ja­kimś fa­na­tycz­nym ża­rem prze­ciw­sta­wia­ła się Ko­ścio­ło­wi, nie tyl­ko du­chow­nym, lecz tak­że Bogu i wszyst­kim bi­blij­nym po­sta­ciom, z wy­jąt­kiem świę­te­go Jó­ze­fa, któ­re­go sza­no­wa­ła ze wzglę­du na jego za­wód - oj­ciec Eme­renc rów­nież był cie­ślą. Gdy uj­rza­łam jej dom ro­dzin­ny, któ­ry z god­no­ścią wy­zie­rał zza ży­wo­pło­tu i z po­dwój­nie ścię­tym da­chem nad ma­syw­ny­mi ko­lu­mien­ka­mi gan­ku spra­wiał po czę­ści wra­że­nie cha­ty w sty­lu chłop­skie­go ba­ro­ku, po czę­ści zaś da­le­ko­wschod­niej pa­go­dy, wy­czu­łam coś ze sma­ku i oso­bo­wo­ści świę­tej pa­mię­ci Józ­se­fa Sze­re­dása, któ­ry wła­sno­ręcz­nie rzu­cił na pa­pier szkic bu­dyn­ku. Kro­wie drze­wa, jak na­zy­wa­ła Eme­renc ota­cza­ją­ce dom pla­ta­ny, po­tęż­nie się roz­ro­sły, a wo­kół domu kwi­tły kwia­ty; kie­dy tam po­je­cha­łam, nadal był to naj­pięk­niej­szy dom w Nádo­ri, obec­nie warsz­tat cie­siel­sko-sto­lar­ski spół­dziel­ni pro­duk­cyj­nej. Na­wia­sem mó­wiąc, wol­te­ria­nizm Eme­renc był nie­lo­gicz­ny, dłu­go nie ro­zu­mia­łam jego przy­czy­ny, pe­szył mnie, aż wresz­cie - tym ra­zem z po­mo­cą in­nej jej wiel­bi­ciel­ki, zie­le­niar­ki Sutu - zło­ży­łam w ca­łość frag­men­ty i wy­szedł mi peł­ny ob­raz.

Kon­flikt z Ko­ścio­łem nie był wy­ni­kiem prze­ży­te­go ob­lę­że­nia, ostat­nich wy­da­rzeń woj­ny i pierw­szych dni po­ko­ju, nie był wy­ni­kiem fi­lo­zo­fii ukształ­to­wa­nej przez zglisz­cza zbu­rzo­ne­go świa­ta, lecz pry­mi­tyw­ną, pier­wot­ną ze­mstą za pew­ne szwedz­kie dary. Współ­wier­ni Eme­renc otrzy­ma­li prze­sył­kę od pew­ne­go skan­dy­naw­skie­go Ko­ścio­ła. Do­tąd nikt nie wy­py­ty­wał Eme­renc o jej wy­zna­nie, nie wi­dy­wa­no jej też w zbo­rze, prze­cież wciąż pra­co­wa­ła, zwłasz­cza w po­cząt­ko­wym okre­sie, kie­dy jesz­cze re­gu­lar­nie po­dej­mo­wa­ła się pra­nia i naj­wię­cej bie­li­zny pra­ła wła­śnie w nie­dzie­le. Pod­czas gdy inni spie­szy­li do zbo­ru, ona roz­pa­la­ła pod ma­łym ko­tłem i bra­ła się do ro­bo­ty. Wieść, że da­le­cy współ­wy­znaw­cy prze­sła­li ich wspól­no­cie dary, na­tu­ral­nie do­tar­ła i do Eme­renc, z tą no­wi­ną przy­bie­gła do niej jej przy­ja­ciół­ka Po­lett i kie­dy w sali mo­dli­tew­nej za­czę­ło się dzie­le­nie rze­czy, Eme­renc, któ­ra nig­dy nie po­ka­zy­wa­ła się w zbo­rze, zja­wi­ła się na­gle w od­święt­nej czer­ni i cze­ka­ła, by ją we­zwa­no. Zna­li ją wszy­scy z oko­licz­nych do­mów, ale ni­ko­mu nie wpa­dło na myśl, aby ją brać pod uwa­gę, pa­nie, zaj­mu­ją­ce się roz­dzia­łem da­rów i jed­no­cze­śnie słu­żą­ce człon­kom szwedz­kiej mi­sji za tłu­macz­ki, spo­glą­da­ły za­kło­po­ta­ne na chu­dą, wy­cze­ku­ją­cą po­stać o nie­ru­cho­mej twa­rzy. Na­tych­miast po­ła­pa­ły się, że je­śli na­wet nie uczęsz­cza do zbo­ru, to na pew­no jest człon­kiem wspól­no­ty, ale roz­dzie­li­ły już wszyst­kie cie­płe weł­nia­ne rze­czy i na dnie ko­szy zo­sta­ły tyl­ko wie­czo­ro­we suk­nie, przy­sła­ne przez do­bro­czyn­ne Szwed­ki, któ­re nie zna­ły wi­docz­nie tu­tej­szej sy­tu­acji i chcia­ły się po­zbyć nie­po­trzeb­nej odzie­ży. Nie moż­na było jed­nak wy­pu­ścić jej z pu­sty­mi rę­ka­mi. Jak się po­tem oka­za­ło, pa­nie mia­ły na­dzie­ję, że może uda jej się sprze­dać dar w ja­kimś te­atrze czy domu kul­tu­ry, względ­nie wy­mie­nić go na żyw­ność - w żad­nym wy­pad­ku nie chcia­ły z niej za­kpić, jak to oce­ni­ła Eme­renc, któ­ra ci­snę­ła wie­czo­ro­wą suk­nię pod nogi pre­ze­sce do­bro­czyn­nych dam i od­tąd już nie z po­wo­du pra­cy, lecz wła­sne­go ślu­bo­wa­nia nie cho­dzi­ła do zbo­ru na­wet wte­dy, gdy przy­pad­kiem tra­fi­ła się jej wol­na go­dzi­na. Pa­nie z do­bro­czyn­no­ści utoż­sa­mi­ły się w jej gło­wie z Bo­giem i Ko­ścio­łem i nie prze­pusz­cza­ła żad­nej oka­zji, żeby się przy­cze­pić do wie­rzą­cych, mnie też nie oszczę­dza­ła, wi­dząc jak w świę­to do­kład­nie na pół go­dzi­ny przed roz­po­czę­ciem na­bo­żeń­stwa wy­cho­dzę z bra­my z psał­te­rzem w ręku.

Kie­dy spo­tka­łam ją przed bra­mą po raz pierw­szy, jesz­cze nie zna­łam hi­sto­rii z wie­czo­ro­wą suk­nią i nie­win­nie za­py­ta­łam, czy­by ze mną nie po­szła. Po­in­for­mo­wa­ła mnie, że nie jest ja­śnie pa­nią, któ­ra wy­ma­lo­wa­na na nie­bie­sko i zie­lo­no pę­dzi się po­ka­zać w zbo­rze, na­wet gdy­by nie trze­ba było sprzą­tać przed do­mem, też by nie po­szła. Pa­trzy­łam na nią osłu­pia­ła, bo od po­cząt­ku było dla mnie ja­sne, że Eme­renc jest "krew­niacz­ką" bi­blij­nej Mar­ty, prze­cież jej ży­cie to bez­u­stan­na po­moc i pra­ca, jak­że więc mo­gła aż tak bar­dzo po­róż­nić się z Pa­nem na Wy­so­ko­ściach? Kie­dy po­zna­łam po­wód, obu­rzy­łam się i chcia­łam, by mi wy­tłu­ma­czy­ła swo­ją po­sta­wę, ale ro­ze­śmia­ła mi się w nos, a to do niej nie pa­so­wa­ło: ani łzy, ani po­god­ny śmiech nie były od­po­wied­nie dla Eme­renc.

Po­wie­dzia­ła, że nie po­trze­bu­je ani pa­sto­ra, ani zbo­ru, nie pła­ci na­wet skła­dek. Owoc­ną dzia­łal­ność Boga po­zna­ła pod­czas woj­ny, nic nie ma do cie­śli i jego syna, bo to byli ro­bot­ni­cy, tyle że łgar­stwa po­li­ty­ków tak chło­pa­ko­wi za­mą­ci­ły w gło­wie, że trze­ba go było w coś wmie­szać, aby go wy­koń­czyć, kie­dy stał się już nie­wy­god­ny dla przy­wód­ców. Naj­bar­dziej żal jej mat­ki, bo ta nie mia­ła chy­ba jed­ne­go do­bre­go dnia, choć jed­nak to dziw­ne, że bie­dacz­ka na pew­no po raz pierw­szy spa­ła spo­koj­nie w Wiel­ki Pią­tek, bo przed­tem wciąż tyl­ko mu­sia­ła się bać o syna. My­śla­łam, że strze­li grom z ja­sne­go nie­ba, gdy w wy­po­wie­dzi Eme­renc Chry­stus jako ofia­ra ma­chi­na­cji po­li­tycz­nych, ni­czym prze­gra­ny bo­ha­ter sfin­go­wa­ne­go pro­ce­su, prze­sta­je wresz­cie de­ner­wo­wać znę­ka­ną nie­po­ko­jem o Syna Ma­rię. Eme­renc za­uwa­ży­ła, że spra­wi­ła mi przy­krość, i to ją ucie­szy­ło, pa­trzy­ła za mną nie­go­dzi­wie, kie­dy z pod­nie­sio­ną gło­wą wy­ru­szy­łam do zbo­ru. Wte­dy przy­szło mi na myśl, że ta oso­bli­wa isto­ta, któ­ra po­dob­no nig­dy nie po­li­ty­ku­je, mu­sia­ła jed­nak przez ta­jem­ni­cze na­czy­nia wło­so­wa­te dni po­wsze­dnich coś w sie­bie wchło­nąć z tego, co się u nas dzia­ło w tam­tych po­wo­jen­nych la­tach, i jesz­cze, że po­win­no się zna­leźć ta­kie­go pa­sto­ra, któ­ry by na nowo roz­bu­dził w Eme­renc to coś, co na pew­no było, ale za­raz zro­zu­mia­łam, że tyl­ko by go ob­ra­zi­ła. Eme­renc jest chrze­ści­jan­ką, ale nie ma ta­kie­go pa­sto­ra, któ­ry po­tra­fił­by ją o tym prze­ko­nać. Po tam­tej wie­czo­ro­wej suk­ni nie ma już śla­du, ale mi­go­czą­ce pa­jet­ki głę­bo­ko za­pa­dły w jej świa­do­mość.

Oczy­wi­ście tam­tej nocy chcia­ła mnie tyl­ko roz­draż­nić. Nie wie­dzieć cze­mu, uspo­ko­iło mnie to, po­my­śla­łam, że gdy­by prze­czu­wa­ła nie­szczę­ście, nie do­ku­cza­ła­by mi, ale dzię­ki Bogu żar­tu­je, śmie­je się ze mnie. Chcia­łam wstać, nie po­zwo­li­ła, po­wie­dzia­ła, że je­śli będę grzecz­na, coś mi opo­wie, mam tyl­ko le­żeć spo­koj­nie i za­mknąć oczy. Uło­ży­łam się wy­god­nie, Eme­renc sta­ła, opie­ra­jąc się o piec. Mało o niej wie­dzia­łam, tyle co z ułam­ków da­nych zdo­ła­łam zło­żyć w ilu­zję, pra­wie nic. Tej nie­re­al­nej nocy, gdy ży­cie i śmierć, trzy­ma­jąc się za ręce, sta­ły w zi­mo­wym brza­sku, Eme­renc, aby od­pę­dzić mój strach, przed­sta­wi­ła mi się.

- Je­ste­ście ro­dzeń­stwem Chry­stu­sa, zwy­kła ma­wiać na­sza mat­ka - za­czę­ła swą opo­wieść Eme­renc - bo nasz oj­ciec był cie­ślą i sto­la­rzem me­blo­wym, a jego młod­szy brat, mój chrzest­ny, maj­strem mu­rar­skim i cie­siel­skim, ale ten szyb­ko zmarł, za­raz po­tem jak mnie ochrzci­li. Miał zręcz­ne ręce, jak każ­dy Sze­re­dás. Nasz oj­ciec też dużo umiał i był po­staw­nym męż­czy­zną, mat­ka zaś była jak ru­sał­ka z baj­ki. Mia­ła zło­te wło­sy do zie­mi i dzia­dek był z niej bar­dzo dum­ny, więc jej nie dał za chło­pa, a i za rze­mieśl­ni­ka nie­zbyt chęt­nie. Kształ­cił ją w szko­le wy­dzia­ło­wej i ka­zał ojcu dać sło­wo, że jej nie za­gna do ro­bo­ty. No więc jej nie gnał. Do­pó­ki oj­ciec żył, mat­ka tyl­ko czy­ta­ła, ale nie­dłu­go to trwa­ło, bo prze­cież mia­łam za­le­d­wie trzy lata, kie­dy się bie­da­ko­wi zmar­ło, cie­ka­we, dzia­dek znie­na­wi­dził go za to, że ośmie­lił się umrzeć, jak­by to on sam za­pra­gnął wła­sne­go koń­ca, dziad­ko­wi na złość, zresz­tą i tak, żeby było jesz­cze cię­żej, przy­szła woj­na. Nie wy­da­je mi się, żeby mat­ka od po­cząt­ku ko­cha­ła pierw­sze­go cze­lad­ni­ka, ale nie da­wa­ła so­bie rady z warsz­ta­tem, więc za nie­go wy­szła. Oj­czym nie lu­bił ksią­żek, ale nie to było naj­gor­sze, tyl­ko ten jego strach, że sko­ro wszyst­kich bio­rą do woj­ska, to i na nie­go przyj­dzie ko­lej, a tak mu było do­brze przy na­szej mat­ce, bo nas też po­lu­bił. To nie był zły czło­wiek, choć mnie ode­brał ze szko­ły, cze­go ża­ło­wał na­wet kie­row­nik, no ale prze­cież ktoś mu­siał go­to­wać dla tych pi­ja­ków żni­wia­rzy, mat­ka by nie na­dą­ży­ła i bliź­nia­ki też trze­ba było niań­czyć. To były bar­dzo pięk­ne dzie­ci, wy­pisz, wy­ma­luj na­sza mat­ka, jak z baj­ki, nic dziw­ne­go, że oj­czym nig­dy ich nie bił, mój młod­szy brat Józ­si, któ­re­go syna pani zna, bo tu do mnie przy­cho­dzi, nie był po­dob­ny do ni­ko­go i rzad­ko go wi­dy­wa­łam, bo po śmier­ci na­sze­go ojca wziął go do sie­bie dzia­dek Di­vék i wię­cej prze­by­wał w Csa­ba­dul niż z nami w Nádo­ri. Do dziś żyją tam jesz­cze krew­ni mo­jej mat­ki. Pan kie­row­nik szko­ły, kie­dy mnie oj­czym ode­brał, wy­krzy­ki­wał, że to wiel­ka stra­ta, ale mu oj­czym wy­tłu­ma­czył, że tyl­ko łaj­dak pcha nos w cu­dze spra­wy, więc niech mnie nie bun­tu­je, bo może obe­rwać, on sam wziął so­bie na kark babę z czwór­ką dzie­ci, poza tym w każ­dej chwi­li mogą go po­wo­łać do woj­ska, a żona nie ra­dzi so­bie z ro­bo­tą, ale niech so­bie kie­row­nik nie wy­obra­ża, że to dla nie­go przy­jem­ność za­przę­gać mnie do pra­cy, on jed­nak nic na to nie po­ra­dzi, nie ma żad­ne­go chło­pa do po­mo­cy ani w warsz­ta­cie, ani w polu, wciąż tyl­ko się od nie­go żąda plo­nów, choć ro­dzi się za mało, na­wet dla by­dła, sło­wem, pan kie­row­nik do­stał za swo­je, a mnie oj­czym za­gnał do po­mo­cy w go­spo­dar­stwie. On na­praw­dę nie był zły, niech pani so­bie nie wy­obra­ża, tyl­ko się bał, sama pani wie, do cze­go jest zdol­ny czło­wiek, któ­ry się boi. Nie mam do nie­go żalu za to, że mnie bił, jak mi się z po­cząt­ku coś nie uda­wa­ło, zwłasz­cza w polu, bo przed­tem wy­cho­dzi­łam w pole, żeby się ba­wić, a nie pra­co­wać. Po­wo­ła­nia do woj­ska sfru­wa­ły do wsi jak pta­ki, więc oj­czym wciąż się bał i prze­kli­nał. Pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy w domu zro­bi­ło się wresz­cie ci­cho, bo po­ło­ży­łam bliź­nia­ki, a Józ­si nie miesz­kał już z nami, tyl­ko z dziad­kiem, mat­ka po­wie­dzia­ła do oj­czy­ma, żeby prze­stał wciąż mó­wić o tym, cze­go się boi, bo wy­wo­ła wil­ka z lasu, na co on jej wy­ja­śnił, że spo­dzie­wa się naj­gor­sze­go, bo miał sen, że je­śli go po­wo­ła­ją, to już nas wię­cej nie zo­ba­czy. No i nie zo­ba­czył, po­legł jako pierw­szy z Nádo­ri. Mat­ka nie wie­dzia­ła, co ma zro­bić z warsz­ta­tem, bo wpro­wa­dzo­no re­gla­men­ta­cję na drew­no, zresz­tą nikt się nie bu­do­wał, a gdy­by na­wet, to i tak nie mia­ła lu­dzi, ale z po­cząt­ku wy­da­wa­ło się jej, że ja­koś so­bie po­ra­dzi­my bez męż­czy­zny. Była go­spo­dar­ską cór­ką, my­śla­ła, że zna się na zie­mi i da so­bie sama radę. Żeby pani wi­dzia­ła, jak ona się mę­czy­ła, by­łam nie­głu­pim dziec­kiem, po­ma­ga­łam jej, jak mo­głam, ale i tak nic nam z tego nie wy­szło. Ma­jąc dzie­więć lat, niań­czy­łam bliź­nia­ki i go­to­wa­łam. Kie­dy przy­szła wia­do­mość o śmier­ci oj­czy­ma, oka­za­ło się, że mat­ka zdą­ży­ła go już po­ko­chać i te­raz opła­ki­wa­ła dwóch, ojca i jego, tyle że oj­czym nie miał na­wet gro­bu, i mat­ka co­raz trud­niej zno­si­ła to wszyst­ko, niech pani nie my­śli, że tyl­ko ta­kie jak pani mają ner­wy. Była mło­da, sła­ba i bez­rad­na. Pew­ne­go dnia, kie­dy bliź­nia­ki były nie­zno­śne i tak­że we mnie coś wstą­pi­ło, bo w koń­cu ja też by­łam jesz­cze dziec­kiem, ude­rzy­ła mnie za to, że się ba­wi­łam za­miast ro­bić to, co mi ka­za­ła, i wte­dy po­my­śla­łam, że uciek­nę, pój­dę za Józ­sim do Csa­ba­dul, bo dzia­dek jest za­wsze dla nie­go do­bry i je­śli na­wet daje mu coś do ro­bo­ty, to nie za dużo. Po­sta­no­wi­łam, że za­bio­rę ze sobą bliź­nia­ki i niech so­bie mat­ka po­tem robi, co chce, my pój­dzie­my, wiem, gdzie to jest, prze­cież Csa­ba­dul są­sia­du­je z Nádo­ri i mo­że­my na­wet iść na pie­cho­tę. Wy­ru­szy­li­śmy w trój­kę wcze­snym ran­kiem, nio­słam na rę­kach dwo­je ja­sno­wło­sych dzie­ci, ale do­tar­li­śmy tyl­ko do ścier­ni­ska, bo za­raz chcia­ły usiąść i jeść, a po­tem za­chcia­ło im się wody, więc po­bie­głam do stud­ni na pa­stwi­sku z bla­sza­nym gar­nusz­kiem, któ­ry za­wsze no­si­łam prze­wie­szo­ny na sznur­ku na szyi, bo­wiem na­uczy­łam się, że małe dzie­ci cią­gle chcą pić, i na­wet po domu cho­dzi­łam z tym gar­nusz­kiem. Stud­nia była niby bli­sko, a jed­nak da­le­ko, zresz­tą ta­kie dziec­ko nie wie, co to jest bli­sko, a co da­le­ko. Wła­śnie do­bie­głam do stud­ni, kie­dy ze­rwa­ła się bu­rza, nig­dy nie wi­dzia­łam tak szyb­ko nad­cho­dzą­cej bu­rzy. W ca­łej oko­li­cy nie pa­mię­ta­no ta­kich pio­ru­nów. Nie­bo zmie­ni­ło się w jed­nej chwi­li, nie było czar­ne jak zwy­kle, lecz fio­le­to­we, i całe pło­nę­ło, jak­by roz­pa­lo­no ogień wśród chmur, dud­nił, to­czył się po nie­bie grzmot, omal nie po­pę­ka­ły mi bę­ben­ki, ale po­tem ci­snę­łam gar­nu­szek i po­bie­głam z po­wro­tem, bo kie­dy się obej­rza­łam na bliź­nię­ta, już ich nie zo­ba­czy­łam, tyl­ko to, że pio­run strze­lił w drze­wo nad nimi. Wszę­dzie był dym i kie­dy tam do­bie­głam, były już mar­twe, a ja nie mo­głam uwie­rzyć, że te dzie­ci przede mną to one, bo w ogó­le nie były po­dob­ne do lu­dzi. Wte­dy już lało, deszcz spły­wał po mnie jak pot, a ja tyl­ko sta­łam nad bra­tem i sio­strą i pa­trzy­łam na te dwie czar­ne, zwę­glo­ne szczap­ki, sta­łam jak głu­pia, ob­ra­ca­łam gło­wę na wszyst­kie stro­ny, gdzie też się po­dzia­ły blon­da­ski, prze­cież to nie może być moje ro­dzeń­stwo. Dzi­wi się pani, że moja mat­ka sko­czy­ła do tej stud­ni na pa­stwi­sku? Już tyl­ko tego jej było trze­ba, tego wi­do­ku i mnie wrzesz­czą­cej hi­ste­rycz­nie, tak wrzesz­czą­cej, że po bu­rzy sły­chać mnie było aż do go­ściń­ca, aż do na­sze­go domu. Mat­ka wy­bie­gła boso i w ko­szu­li, rzu­ci­ła się na mnie, za­czę­ła mnie okła­dać, a prze­cież nie wie­dzia­ła, że chcia­łam uciec przed jej łza­mi, złym hu­mo­rem, wiecz­ny­mi kło­po­ta­mi i na­rze­ka­niem, ona wca­le nie wie­dzia­ła, co robi, chcia­ła tyl­ko w roz­pa­czy nisz­czyć, bić, kogo po­pad­nie, po­tem, kie­dy po­ję­ła, dla­cze­go ją wo­łam, i zo­ba­czy­ła dzie­ci, twarz jej sta­nę­ła na­gle w pło­mie­niach i mat­ka jak strza­ła od­bie­gła ode mnie w desz­czu, roz­pusz­czo­ne wło­sy cią­gnę­ły się za nią po zie­mi, a ona tyl­ko bie­gła i krzy­cza­ła, pta­ki zwy­kły tak krzy­czeć. Wi­dzia­łam, jak ska­cze do stud­ni, ale nie mo­głam się po­ru­szyć, sta­łam przy drze­wie i trup­kach dzie­ci, już nie grzmia­ło, nie bły­ska­ło się, gdy­bym wte­dy po­bie­gła po po­moc, jesz­cze by ją ura­to­wa­li, nasz dom był przy go­ściń­cu, ścier­ni­sko tuż za na­szym ogro­dem, ale ja tyl­ko sta­łam jak za­klę­ta i nie mia­łam w gło­wie żad­nej my­śli, cał­kiem zdrę­twiał mi mózg. Czło­wiek nie po­tra­fi tak ko­chać, jak ja ko­cha­łam te ma­leń­stwa, i tyl­ko pa­trzy­łam na te czar­ne szczap­ki i nie mo­głam uwie­rzyć, że to one, nie wzy­wa­łam po­mo­cy, tyl­ko się ga­pi­łam i tak cał­kiem mi­mo­cho­dem za­sta­no­wi­łam się, co też mat­ka robi tak dłu­go na dnie stud­ni. Te­raz wiem, co ro­bi­ła, ucie­kła bie­dacz­ka ode mnie, ucie­kła przed tym wi­do­kiem i swo­im lo­sem, wszyst­kie­go mia­ła już dość, bywa, że czło­wiek na­gle za­pra­gnie skoń­czyć z ży­ciem. Przez pe­wien czas sta­łam i pa­trzy­łam, po­tem po­szłam, dom był pu­sty, po co mia­ła­bym wcho­dzić, sta­nę­łam na go­ściń­cu i po­pro­si­łam pierw­sze­go na­po­tka­ne­go czło­wie­ka, żeby po­roz­ma­wiał z moją mat­ką, bo we­szła do stud­ni, a blon­da­ski, czy­li moje ro­dzeń­stwo, zni­kły spod drze­wa i w miej­scu, gdzie były, jest coś czar­ne­go. Są­siad, bo to jego za­cze­pi­łam na go­ściń­cu, po­biegł i w koń­cu to on wszyst­ko za­ła­twił, zo­sta­wi­li mnie u kie­row­ni­ka szko­ły, nim po­szli po dziad­ka, żeby mnie za­brał, ale dzia­dek mnie u sie­bie nie za­trzy­mał jak bra­ta Józ­sie­go i kie­dy przy­je­cha­li z Pesz­tu pań­stwo po słu­żą­cą, od­dał mnie bez sło­wa. Wzię­li mnie za­raz po po­grze­bie. Nic nie zro­zu­mia­łam z po­grze­bu, choć ich wi­dzia­łam, obie trum­ny były prze­cież otwar­te, bliź­nię­ta w jed­nej, mat­ka w dru­giej, i mat­ka wy­glą­da­ła rów­nie nie­do­rzecz­nie jak blon­da­ski, któ­rym ja­koś roz­to­pi­ły się wło­sy i nic nie mia­ły na głów­kach, praw­dę mó­wiąc, głó­wek też nie mia­ły, były tak nie­po­dob­ne do dzie­ci, że nie po­tra­fi­łam na­wet za­pła­kać, opła­ki­wać ich. To, co mnie spo­tka­ło, to było już za dużo, nie mie­ści­ło się w gło­wie. Wie pani, na co zbie­ram pie­nią­dze? Na kryp­tę. Bę­dzie wiel­ka jak świat i pięk­na jak żad­na inna, każ­de okno ze szkła w in­nym ko­lo­rze i będą w niej pół­ki, a na każ­dej pół­ce trum­na. Oj­ciec, mat­ka, bliź­nię­ta i ja, a je­śli syn bra­ta Józ­sie­go zo­sta­nie taki, jak jest, dwa po­zo­sta­łe miej­sca mogą być dla nich. Za­czę­łam zbie­rać pie­nią­dze jesz­cze przed woj­ną, ale po­tem były po­trzeb­ne na co in­ne­go, po­pro­szo­no mnie, więc da­łam i nie ża­łu­ję. Znów zbie­ra­łam. Wte­dy mnie okra­dli, ale znów za­osz­czę­dzi­łam, bo ktoś mi re­gu­lar­nie przy­sy­ła z za­gra­ni­cy i na­wet przez je­den dzień w ży­ciu nie by­łam bez pra­cy. Mam już całą sumę i te­raz, jak cho­dzę na po­grze­by, to za­wsze pa­trzę, czy jest taka kryp­ta, jaką za­pro­jek­to­wa­łam, ale ta­kiej nie wi­dzia­łam, moja bę­dzie inna niż wszyst­kie. Zo­ba­czy pani, ja­kie pięk­ne smu­gi bę­dzie rzu­ca­ło słoń­ce na trum­ny przez ko­lo­ro­we szy­by. Mój spad­ko­bier­ca każe wy­bu­do­wać taką kryp­tę, że każ­dy się przed nią za­trzy­ma. Wie­rzy mi pani?