Zagubieni w mroku dusz. Tom 2 - Susan Hill

Reflow text when sidebars are open.
O wpół do ósmej Lynsey Williams spakowała rzeczy do sportowej torby, osłoniła sałatkę z łososia folią kuchenną, napisała na karteczce: "Matt, jedzenie masz w lodówce", i wyszła. Matt był teraz na tych oświetlanych reflektorami kortach, gdzie po szkole trenował z chłopakami.
Kiedy szła ulicą Świętego Łukasza, zastanawiała się, dlaczego niektórym parom wydaje się, że tak trudno jest żyć wspólnie, mieć wspólne sprawy, a jednocześnie zachowywać swoją indywidualność. Ona i Matt nie mieli z tym problemu. Niezależnie od tego, co mówią ludzie, szkolne wakacje trwały dość długo, ona zaś pracowała mniej więcej w tym samym czasie co mąż, dlatego mogli przynajmniej trzy razy w roku wspólnie wyjeżdżać, jeździć na nartach, nurkować, wspinać się i cały tydzień nie robić nic na zalanej słońcem plaży. W trakcie semestru Matt był zajęty od rana do wieczora, uczył, a potem jeszcze pełnił obowiązki trenera i jeździł na mecze. Lynsey starała się upchnąć w semestrze wszystko, co miała do zrobienia. Szczęśliwie mogła. Pięć lat temu kupiła pierwszą, na wpół zrujnowaną posiadłość i doprowadziła do porządnego stanu. Przy cięższych pracach pomogli trochę Matt i jej brat. Teraz zajmowała się już dwudziestym domem. Jedne szybko sprzedawała, inne wynajmowała. Trafiła na niezły czas, okres boomu na rynku nieruchomości. Dobrze jej się wiodło.
Miała tylko problem z tym, czy rozwijać działalność, czy może zatrudnić personel i podwoić obroty. Zastanawiała się już od paru miesięcy, przy czym kwestia pieniędzy nie martwiła jej tak, jak zrobienie gigantycznego kroku z poziomu małej, jednoosobowej firmy. Lubiła sama zajmować się pracą i podejmować decyzje. Dalszy rozwój? Czego właściwie chciała? Uznała, że zastanowi się nad tym, pływając w miejskim basenie, tam i z powrotem, ze czternaście razy. Nie ma sensu rozmawiać z Mattem. "Nie mam o tym bladego pojęcia", tak zwykle odpowiadał.
Skręciła za róg. Wtedy ktoś zawołał jej imię. Obejrzała się.
Mężczyzna pomachał jeszcze raz i znowu krzyknął. Biegł ulicą w jej stronę. Lynsey zawahała się. Nie rozpoznawała go, wciąż jeszcze był daleko, ale kiedy zawołał znowu, niecierpliwie, zaczekała. Może oglądał kiedyś jeden z jej domów, może to był któryś z najemców, chociaż wszystkie sprawy związane z wynajmem załatwiała przez agencję.
- Lynsey... - Czy tak właśnie wołał?
Teraz był już bliżej, wyraz twarzy miał dziwny, jakby zdumiony tym, że ją widzi, podekscytowany i jakiś taki... jedynym słowem, które przychodziło jej do głowy, było: "dziki".
- Lizzie...
Stanął bez ruchu, metr czy dwa od niej.
- Słucham? - powiedziała Lynsey. - Przepraszam, czy do mnie pan mówił?
Patrzył na nią, a twarz wykrzywiła mu się we wściekłym grymasie, jakby konsternacji - nie potrafiła tego odczytać. Teraz jednak poczuła się zdenerwowana i zaczęła się już odsuwać, odchodzić szybko, w stronę głównej drogi, ku przejeżdżającym samochodom, otwartym sklepom, innym ludziom.
- Nie... Nie idź, zatrzymaj się. Proszę. Stój spokojnie. Stój spokojnie!
Stanęła spokojnie. Powoli podszedł do niej.
- Kim jesteś? - zapytał.
- Lynsey... - zdołała wykrztusić.
- Nie. Nie, ty jesteś Lizzie. Odwróć się. Pozwól mi spojrzeć na swoje włosy.
Zamarła.
- Ty jesteś Lizzie. Musisz być.
- Jestem Lynsey. Przykro mi, muszę iść, ktoś... ktoś tam na mnie czeka.
Stał, a jego oczy rozpaczliwie wpijały się w jej twarz.
- Odwróć się. - Miała długie włosy, związane bawełnianą frotką. - Proszę, rozpuść włosy... Chcę zobaczyć twoje włosy. Muszę, proszę...
Nie zbliżył się, ale w głosie słychać było ponaglenie, wyraz twarzy stał się tak dziwny, że Lynsey odłożyła sportową torbę i posłuchała go. Zdjęła frotkę, potrząsnęła głową, włosy rozsypały się na ramiona.
- Lizzie?
- Już mówiłam, że jestem Lynsey... Lynsey Williams. Słuchaj, po prostu mnie z kimś pomyliłeś... Proszę, daj mi już iść, jestem spóźniona, mówiłam, że muszę się z kimś spotkać.
- Twoje włosy mają zły kolor. To nie są włosy Lizzie.
- Nie - odparła Lynsey. - Przykro mi, ale nie.
Dom za nimi otaczał niski murek. Mężczyzna nagle oparł się o niego, jakby zasłabł, potem usiadł ciężko. Lynsey stała i patrzyła, chciała, by dał jej sygnał, że może już iść, biec, zniknąć mu z oczu. I wtedy zobaczyła, że mężczyzna szlocha, otwarcie, cicho, przyciska grzbiet dłoni do twarzy, aby ocierać oczy, które od razu znowu wypełniają się łzami. Poczuła się zakłopotana, nie wiedziała, co ma powiedzieć, bardzo chciała odejść. Nieznajomy przestał na nią zwracać uwagę, tylko siedział zatopiony w sobie i w swojej rozpaczy, a więc po prostu odeszła, odwróciła się i odeszła, choć powoli. Kiedy dotarła na róg ulicy, obejrzała się, zdenerwowana tym, co widziała. Chciała mu pomóc - tyle że nie miała pojęcia, co się wydarzyło, czego potrzebował i dlaczego.
Uspokoiła się dopiero po przepłynięciu kilkunastu basenów, przez resztę wieczoru miała jednak w głowie wizerunek tego człowieka i nie potrafiła go wymazać.
Wróciła do domu inną, dłuższą trasą, szła szybko. Od czasu do czasu oglądała się za siebie, nasłuchiwała, na wypadek gdyby znowu ktoś wołał jej imię.
Nikt nie zawołał.
Matt siedział w kuchni. Zjadł już sałatkę z łososia, umył i położył na swoje miejsce talerze i sztućce. Jej mąż był po prostu wymarzonym współlokatorem, zawsze schludnym, czystym, zorganizowanym, punktualnym. Teraz przy kuchennym stole starał się dokończyć krzyżówkę.
- Cześć, kochanie. Dobrze się pływało?
Lynsey wypuściła torbę z ręki.
- Lyns?
- Stało się coś dziwnego.
Rozejrzał się.
- Ale co? Nic ci nie jest?
- Chyba nic. Tak, tak, nic. Tylko to było... trochę dziwne, i wszystko.
Wyjęła butelkę wody, podeszła do stołu, potem do zlewu i znowu do lodówki. Wciąż widziała zapłakanego człowieka na murku przy ulicy.
Matt wysłuchał jej uważnie.
- Nic nie zrobił, nie dotknął cię?
- Nie. Wiesz, myślę sobie... Kiedy się okazało, że nie jestem tą Lizzie, tylko Lynsey, po prostu jakby się zapadł, wiesz? Jakby przestał mnie dostrzegać.
- No dobrze, ludzie się czasem mylą, widzisz kogoś od tyłu, odwraca się, no i się okazuje, że to ktoś zupełnie inny... Ale nie prosi się go wtedy, żeby zdjął frotkę z włosów. Dziwne. To mi się nie podoba.
- Nie.
- Co chcesz zrobić?
- Jak to?
- Idziesz na policję? Teraz? Jutro?
- Po co miałabym iść na policję? Nie bądź głupi.
- Mógł coś planować. Byłaś sama, w cichej uliczce, wołał za tobą... Mógł być gwałcicielem.
- Nie. Nie wiem, o co w tym chodziło, ale nie zamierzał mnie atakować... To nie tak.
- Nie wiesz tego na pewno. Nie tak dawno temu mieliśmy tu w okolicy seryjnego mordercę, pamiętaj o tym.
- Pamiętam. Wszyscy pamiętają. Tylko mówiłam ci, to było... coś innego. Wolałabym o tym nie rozmawiać.
- Dobrze. - Matt wrócił do krzyżówki.
Właśnie tak się zawsze zachowywał. Nie było po co wdawać się z nim w dyskusję, bo po prostu nie dyskutował, porzucał sporną kwestię, zapominał o niej, przechodził do czegoś innego. Czasem doprowadzało to Lynsey wręcz do szaleństwa, ale pozwalało wieść spokojne życie.
Poszła na górę i się wykąpała. Tamten mężczyzna wciąż jeszcze tkwił w jej głowie, siedział na murku, płakał. Słyszała jego głos, wołał ją przez szum wody płynącej z kranów, wołał jej imię, choć to nie było jej imię.
Nie czuła strachu, a jednak się martwiła.
Zwykle zatrzymywali się w kwaterach prywatnych, ale tym razem Dougie zarezerwował pokój w hotelu Sandybank, z widokiem na zatokę. W holu wisiała reklama weekendowych, świątecznych wyjazdów do Turcji, z października. Kiedy weszli, wskazał ją głową.
- Spodobałoby ci się coś takiego, prawda?
- Dougie Meelup, chyba żartujesz! Boże Narodzenie jest bardzo miłe, lubię, kiedy już nadchodzi, ale przecież jest dopiero w ostatnim tygodniu grudnia. No tak, niektórzy chyba chcą sobie używać na całego.
Roześmiał się. Często się śmiał. To była jedna z rzeczy, które od początku jej się w nim podobały, uśmiech i to, jak lata uśmiechu wyrzeźbiły mu twarz, nawet we śnie wyglądał czasem, jakby się śmiał. Mieli pokój od frontu, z widokiem na morze, ale słońce już zaszło i fale przewalały się teraz pod ciemniejącym niebem.
- Na co miałabyś ochotę? Drink w barze hotelowym czy powłóczymy się w poszukiwaniu innego miejsca, gdzie można się rozkoszować szklaneczką wina?
- Tutaj jest bardzo miło.
Hotel, czysty, jasny i nie za duży, przywitał ich jak oczekiwanych gości, a nie zwykłych klientów. Byłaby szczęśliwa, mogąc w nim posiedzieć, spoglądać na zatokę i na wszystko, co działo się nad brzegiem morza. Szczęśliwa...
Była szczęśliwa.
W barze siedziało jeszcze kilka innych osób, w niewielkim pomieszczeniu obok wisiał włączony telewizor.
- Podoba mi się tu - stwierdziła Eileen, biorąc kieliszek wina. - Nie lubię miejsc, gdzie leci telewizja, czy tego chcesz, czy nie.
Obejrzała się za siebie, popatrzyła przez okno. Teraz, gdy zaszło już słońce, większość turystów zeszła z plaży i ławeczek wzdłuż promenady. Było cicho. Zaczynał się odpływ.
- Mogłabym tutaj mieszkać - stwierdziła.
Dougie uniósł ku niej szklankę piwa. Ale zaraz ją odstawił.
- Serio tak myślisz?
- Żeby tutaj mieszkać? Tak. Nad morzem. Bardzo mi się tu podoba.
- No to nic nas nie zdoła powstrzymać. Za osiemnaście miesięcy będę już wolnym człowiekiem, a zawsze mogę trochę popracować tutaj na pół etatu. I ty też.
Upiła łyk wina i spróbowała to sobie wyobrazić.
- Tak naprawdę, to nie wiem. To byłaby wielka zmiana.
- A cóż jest złego w wielkich zmianach? Poczuj się młodo.
Ona jednak dobrze wiedziała, że musiałaby najpierw powoli rozważyć całą sprawę, poobracać ją w myślach na wszystkie strony, niczym pensa w kieszeni, przyjrzeć się jej, zastanowić nad problemami i minusami. Nie dałaby rady uporać się z tym ot tak. Musiała mieć na to całe tygodnie. To byłyby miłe tygodnie. Niezależnie od tego, do jakich wniosków by doszła, same rozważania byłyby miłe.
- Pójdę obejrzeć wiadomości w telewizji - stwierdziła. Propozycja Dougiego była aż za bardzo ekscytująca, mówił właśnie o tym, czego pragnęła. Właściwie chciała zgodzić się od razu. Powiedzieć: "tak, tak" i przeprowadzić się, znaleźć się w podobnym miejscu, w domu z morzem za oknami - tyle że z marzeniami należy uważać. Bardzo uważać. Zbyt wiele ich straciła, żeby teraz działać pochopnie.
Chciała ochłonąć i nie myśleć o tym. Teraz.
Okna niewielkiej sali telewizyjnej wychodziły na ogród, gdzie rosły krzaki błękitnej hortensji, a na gałęzi jarzębiny kołysał się karmnik dla ptaków. Właśnie taki ogród mogliby mieć, z krzakami i drzewami, bez zbyt wielu chwastów. Żeby tylko wychodził na morze.
Dougie zatrzymał się przy barze, wziął wieczorną gazetę i zamówił drugą szklankę piwa. Przez otwarte drzwi spojrzała na niego z czułością. Nie wyróżniał się z tłumu. Nie był ani za wysoki, ani za niski, ani gruby, ani szczupły, ani łysy, ani z młodzieńczą gęstwą włosów. Nikt nie powróciłby do niego spojrzeniem, nie zapamiętał go, nie gapił się na niego, a widząc ich razem, nikt nie zazdrościł jej ani nie współczuł. Nikt nie rozpoznałby w nim tej dobroci, życzliwości, tego, w jaki sposób podarował jej nowe życie.
Wiadomości poprzedzała muzyka, którą Eileen zawsze uważała za wściekłą, ale prezenterka Katie Derham miała niesamowicie ładny, granatowy żakiet z białą lamówką.
- "Dobry wieczór państwu".
Dougie Meelup dosyć uważnie przeczytał miejscową popołudniową gazetę, jak zwykle sądząc, że dowie się z niej więcej o życiu w okolicy niż z ogólnokrajowych mediów. Kiedy wspominał o przeprowadzce gdzieś nad morze, w takie miejsce jak to, mówił poważnie, i gdy zapoznał się z najświeższymi informacjami oraz wiadomościami sportowymi, przeszedł do działu ogłoszeń. Chciał zorientować się w cenach nieruchomości. Zaszokowały go. Każdy dom z widokiem na morze, nawet odległym, miał cenę, która daleko wykraczała poza ich możliwości finansowe, chociaż już w pewnej odległości za promenadą stało kilka ładnych, nowych i niewielkich domów. Tylko czy Eileen spodobałby się widok z ich okien? Zauważył, jak patrzyła na zatokę, siedząc na ławeczce, a potem z okna sypialni. Zastanawiał się, ile pieniędzy zdołałby zgromadzić i czy któryś z synów zechciałby się tu sprowadzić razem z nimi.
Wyjął długopis, lata temu wygrany w konkursie bilardowym, od tamtego czasu jedyny, jaki miał. Na marginesie gazety zaczął kreślić liczby. Zatopił się w nich, zaczął nimi obracać i wygładzać je, tak by zmieniły się w bardziej obiecujące. Wtedy wyczuł, że Eileen stoi obok.
Dougie uniósł wzrok. Stała w przejściu między barem a salą telewizyjną. Twarz miała dziwną, wykrzywioną w dziwnym grymasie, którego nigdy jeszcze nie widział i nie potrafił określić, przez chwilę zastanawiał się, czy nie dostała wylewu. Była bardzo blada, tylko na policzkach wystąpiły jej dwie plamy. Krzywiła usta.
Odłożył długopis.
- Kochanie, wszystko w porządku?
Widać było wyraźnie, że coś się stało, tak wyraźnie, że nawet dziewczyna zza baru spojrzała na niego i zapytała, czy może jakoś pomóc.
Eileen nie poruszyła się. Otworzyła i zamknęła usta, ale się nie poruszyła.
Dougie podszedł do niej. Oczy miała otwarte szeroko, oszołomione. Poczuł, że żona się trzęsie. I wtedy w tej strasznej, surrealistycznej chwili zaczęła się śmiać, niesamowitym, niezbyt głośnym chichotem.
Do baru weszła jakaś inna para; przystanęli ze zdumieniem, nie do końca pewni, czy chcą tutaj się zatrzymać.
Dougie i barmanka zaprowadzili Eileen do stolika. Usiadła.
- Mam przynieść jej brandy? - szepnęła dziewczyna.
- Może szklankę wody. - Ujął dłoń żony w ręce i potarł. - Eileen.
Wciąż miała dziwny wyraz twarzy. To go przerażało.
Niezgrabnie sięgnęła do torebki, wyjęła chusteczkę i otarła oczy, potem usta, w mechaniczny, odruchowy sposób. Patrzyła na niego, potem odwracała wzrok, raz czy dwa spoglądała za siebie, na wejście do sali telewizyjnej, jakby coś sprawdzała.
- Źle się czujesz? Mam zadzwonić po lekarza? Możesz mi prostu powiedzieć, co się stało?
Nadal trzymał jej dłoń między swoimi.
Uśmiechnęła się niepewnie. Próbowała podnieść szklankę wody, ale zadrżała jej ręka. Dougie zbliżył szklankę do jej ust; upiła kilka łyków.
- Chodzi mi o to, że wszystko jest takie niedorzeczne, to nieprawda, to znaczy, ja myślę, że to nie ta osoba. To głupie, ale przeżyłam straszny szok. No, nic dziwnego.
- Dlaczego przeżyłaś szok?
- Bo powiedzieli, jak ona się nazywa.
- Jaka ona?
Raz jeszcze spojrzała na wejście do sali telewizyjnej. Potem gwałtownie i głęboko westchnęła.
- To nie jest jakieś popularne imię, prawda? Imię Weeny. Edwina.
- Niezbyt popularne. Mówiąc szczerze, nie znam nikogo innego, kto by się tak nazywał.
- Tak powiedzieli. Edwina Sleightholme. Oczywiście to nie ona, nie moja Edwina, moja Weeny, to nie mogła być ona, ale widzisz, to straszne usłyszeć coś takiego w telewizji. Pokój obrócił mi się do góry nogami.
Minęło kilka minut, zanim Dougie dokładnie zrozumiał, o co chodzi.
Młoda kobieta, nosząca takie samo imię i nazwisko jak młodsza córka Eileen, i w tym samym wieku, została oskarżona o uprowadzenie i zamordowanie dwojga dzieci i uprowadzenie z zamiarem morderstwa trzeciego.
- To po prostu nie do wiary - powiedział. - Po prostu nie do wiary. Nic dziwnego, że tak to tobą wstrząsnęło. Czy chodzi o tego chłopaka, który zniknął w zeszłym roku?
- Tak. I jeszcze jednego, i małą dziewczynkę. To okropne.
- Oczywiście. Przypuszczam, że gdyby złapali kogoś... to... nie, to okropne.
Ale coś było nie w porządku.
- Gdzie to słyszałaś?
- W dzienniku. Mówiła Katie Derham.
- A gdzie... Gdzie mieszkała ta osoba o tym samym imieniu i nazwisku, co twoja Weeny? Gdzie to było?
- To też trochę śmieszne.
- Eileen, co jest śmieszne?
- Trochę śmieszne jest to, że ona nie tylko ma takie samo imię, nazwisko i wiek, ale i miejsce zamieszkania. Ona mieszkała w tym samym miejscu, gdzie nasza Weeny. W tym samym mieście!
Zaczęła znowu śmiać się tym samym straszliwym chichotem, ale patrzyła cały czas na niego, tylko na nim skupiała spojrzenie, a w oczach miała błaganie, by śmiał się wraz z nią, zobaczył, jakie to jest naprawdę śmieszne, że istnieją dwie kobiety o tym samym imieniu, nazwisku i w tym samym wieku, dwie Edwiny Sleightholme mieszkające w tym samym mieście, dwie...
Serce Dougiego Meelupa biło tak mocno, że aż czuł ucisk w piersi, uszach, głowie, okropny pulsujący ucisk.
Cześć, to ja.
- Cześć. Jak ci idzie?
- Dobrze. Wspaniale.
- Dużo ludzi?
- Całe tłumy.
- Sprzedałeś coś?
- Tak mniej więcej połowę prac od razu. Co najmniej połowę, nie policzyłem dokładnie.
Simon siedział w samochodzie, w cichej uliczce na tyłach galerii. Przed chwilą minęła dziewiąta wieczór, wyszedł z wystawy pierwszy, zanim jeszcze Martin Lovat, marszand, zdołał zaciągnąć go na wspólną kolację i przede wszystkim, zanim Diana zorientowała się, że wyszedł.
- Si, naprawdę, naprawdę się cieszę. Chciałabym tam być. Staruszkowie się pojawili?
- Nie. Ale mama przysłała pozdrowienia.
- O, serio?
- Wiesz, że tata prędzej by umarł, niż wszedł do galerii sztuki, a mama nie poszłaby bez niego. Nigdy nie przychodzą. I teraz też się ich nie spodziewałem.
- Chwileczkę... Chyba słyszę Feliksa. Poczekaj.
Nastało kilka sekund pełnej koncentracji, zasłuchanej ciszy, aż wreszcie Cat powiedziała:
- Fałszywy alarm. Idziesz teraz świętować? Pobrylować w Mayfair?
- Nie. Wracam do domu. Zastanawiam, czy mógłbym do was wpaść.
- Dzisiaj? Nie przyjedziesz przed jedenastą.
- Przepraszam, faktycznie, to nie za dobry pomysł.
- Szczerze mówiąc, nie. Jego lordowska mość budzi mnie trzy razy w nocy, a Sam ciągle przychodzi do naszego łóżka. Kiedy zadzwoniłeś, właśnie miałam się kłaść.
- W porządku.
- Masz jakiś słaby głos. Coś się stało?
- Nie. Oglądałaś może wiadomości?
- Tak, wszystko było o szóstej. Hordy wrzeszczących kobiet, biegły za policyjną furgonetką, która wiozła ją z sądu. Wstrząsające.
- Ed Sleightholme jest wstrząsająca.
- Chcesz przyjść jutro? Koło czwartej powinnam być już w domu. Zjesz kolację i zostaniesz na noc.
- Tylko jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko temu.
- Nie chrzań, Simon - powiedziała Cat i odłożyła słuchawkę.
W lusterku dostrzegł grupę ludzi wychodzących z galerii na ulicę. Uruchomił silnik i odjechał.
Powinien czuć się wspaniale. Wystawa odniosła sukces. Rozmawiał z kilkoma krytykami sztuki z prasy krajowej, widział czerwone kółka poprzyczepiane do ram jego grafik, słyszał szum zainteresowania. A jednak czuł się od tego wszystkiego odcięty, jakby szkice nie miały z nim nic wspólnego. Chociaż z drugiej strony, gdy patrzył na nie, widział, czuł mocno, jak bardzo są mu bliskie, i nienawidził tego, że każdy może teraz się na nie gapić, komentować je, oceniać. Lubił samą pracę, rysowanie w ciszy, spokoju, prywatności. Reszta była mu obojętna, a właściwie wielu elementów owej reszty bardzo nie lubił. Pomyślał o tym i ze smutkiem pokręcił głową.
We wszystkich stacjach radiowych główną informacją była rozprawa Edwiny Sleightholme. Kobieta nie przyznała się do żadnego z zarzucanych jej czynów, nikt nie wystąpił z propozycją wpłacenia kaucji. Simon zastanawiał się, jak wyglądała na sali sądowej, wyobraził ją sobie, małą, drobną, ciemnowłosą, bierną. Nic nie powiedziała, ani jemu, ani żadnemu innemu policjantowi i jak się domyślał, nikomu nic nie powie, nawet psychiatrze. Znał morderców. Wyjąwszy tych, którzy zabili zaślepieni rozpaczą, w szale wywołanym alkoholem lub narkotykami, wszyscy byli tak samo nieprzejrzyści jak Sleightholme, w taki sam irytujący, niemal arogancki sposób odmawiali udziału w zwykłych kontaktach międzyludzkich. Pomyślał o niej, o tym, jak stała obok niego na półce w połowie klifu, wystraszona i wściekła, że właśnie tak się czuje. Butna. Zamknięta w sobie. Czy ktokolwiek się w ogóle dowie, dlaczego zrobiła te niewyobrażalnie straszne rzeczy, Bóg wie ilu dzieciom? Czy w ogóle miała jakiś powód? Widział w duchu jej twarz, aż wreszcie uświadomił sobie, że chciałby ją narysować, uchwycić ten wyraz, zatrzymać na wieczność na kartce papieru schludnie przycięte włosy i nieprzeniknione oczy. Niezbyt często rysował z pamięci, ale zastanawiał się, czy tym razem nie spróbuje. Może przyglądając się jej twarzy, analizując każdy szczegół, patrząc w oczy takie, jakimi je zapamiętał, studiując układ ust i głowy, próbując w pełni uchwycić wyraz, znajdzie drogę do jej myśli i jej motywów. Może.
- "Trzydziestoośmioletnia Edwina Sleightholme pojawiła się..."
Wyłączył radio i dodał gazu, chcąc, aby prędko przybywało kilometrów dzielących go od Londynu. Wymknął się, uciekając od Diany i całego wieczoru, od pospiesznych powitań. Udało mu się bez trudu, bo w sali było tłoczno, ludzie chcieli z nim rozmawiać. Raz czy dwa dostrzegł, jak Diana usiłuje chwycić jego spojrzenie, raz odsunął się, kiedy przeciskała się ku niemu między ludźmi.
Jakiś samochód wjechał nagle na pas przed nim, Simon miał tylko ułamek sekundy, by zahamować, o centymetry uniknął zderzenia. Błysnął światłami, a potem, wściekły na siebie, wystukał numer na głośnomówiącym zestawie telefonu komórkowego.
- Policja w Lafferton, słucham.
Simon przeczytał na głos numer rejestracyjny pędzącego przed nim auta.
- Możecie dać znać patrolowi drogówki? Zbliżamy się do skrzyżowania z siódemką i chciałbym, żeby go zatrzymali.
Lekko przyhamował. Niech skurczybyk przyspieszy do dziewięćdziesięciu albo stu mil, akurat wtedy, gdy się z nimi spotka.
Koniec wersji demonstracyjnej.