Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen

-
Proszę czekać

4

Je­sień 1986

Wszy­scy bar­dzo się róż­ni­li, ale jed­no łą­czy­ło tę szóst­kę li­ce­ali­stów z dru­giej kla­sy. Po za­koń­cze­niu za­jęć spo­ty­ka­li się w le­sie albo na Wy­bo­istych Ścież­kach i od­pa­la­li luf­ki, na­wet kie­dy lało. Cały osprzęt le­żał w po­go­to­wiu w wy­drą­żo­nym pniu drze­wa. Bjar­ne o to za­dbał. Pa­pie­ro­sy mar­ki Ce­cil, za­pał­ki, fo­lia i naj­przed­niej­sza traw­ka z ryn­ku w N?stved.

Sta­li w kó­łecz­ku i mie­sza­li świe­że po­wie­trze z szyb­ki­mi hau­sta­mi dymu, uwa­ża­jąc, żeby nie upa­lić się na tyle moc­no, by zdra­dzi­ły ich roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce.

Wła­ści­wie nie cho­dzi­ło o odu­rze­nie. Cho­dzi­ło wy­łącz­nie o sa­mo­dziel­ne de­cy­zje. O osten­ta­cyj­ne ole­wa­nie wszyst­kich au­to­ry­te­tów. A pa­le­nie ha­szu w po­bli­żu szko­ły to naj­gor­sze, co moż­na zro­bić.

Pusz­cza­li luf­kę w obieg i drwi­li z na­uczy­cie­li, prze­ści­ga­jąc się w po­my­słach, co by im zro­bi­li.

Tak mi­nę­ła pra­wie cała je­sień - aż do dnia, w któ­rym Kri­stia­na i Tor­ste­na pra­wie przy­ła­pa­no z od­de­chem tak za­la­tu­ją­cym traw­ką, że na­wet dzie­sięć ząb­ków czosn­ku nie zdo­ła­ło tego za­tu­szo­wać. Wte­dy zde­cy­do­wa­li, że będą je­dli ha­szysz. Tego się nie da wy­czuć.

Póź­niej wszyst­ko za­czę­ło się na po­waż­nie.

Kie­dy przy­ła­pa­no ich na go­rą­cym uczyn­ku, sta­li w za­ro­ślach nad po­to­kiem. Zu­peł­nie otu­ma­nie­ni, wy­głu­pia­li się bez­tro­sko, a z li­ści ka­pa­ły kro­ple top­nie­ją­ce­go szro­nu. Na­gle zza krza­ków wy­chy­lił się je­den z młod­szych chłop­ców i spoj­rzał im pro­sto w oczy. Ja­sno­wło­sy i am­bit­ny, mały, wku­rza­ją­cy pu­pi­lek na­uczy­cie­li. Szu­kał żuka na lek­cję bio­lo­gii.

Za­miast tego na­tknął się na Kri­stia­na, któ­ry wkła­dał osprzęt do wy­drą­żo­ne­go drze­wa, Ulri­ka i Bjar­ne­go w pa­rok­sy­zmie śmie­chu oraz Di­tle­va z rę­ka­mi pod bluz­ką Kim­mie. Ona też śmia­ła się jak sza­lo­na. Rzad­ko kie­dy tra­fiał im się lep­szy to­war.

- Po­wiem wszyst­ko dy­rek­to­ro­wi! - krzyk­nął chło­piec, nie orien­tu­jąc się w porę, jak bły­ska­wicz­nie ucichł śmiech star­szych uczniów. To był zwin­ny dzie­ciak, przy­zwy­cza­jo­ny do draż­nie­nia in­nych, a oni byli tak nie­przy­tom­ni, że z ła­two­ścią dał­by radę uciec. Ale za­ro­śla były gę­ste, a nie­bez­pie­czeń­stwo, na ja­kie ich na­ra­ził, zbyt duże.

Bjar­ne miał naj­wię­cej do stra­ce­nia, gdy­by zo­stał wy­rzu­co­ny, więc to jego Kri­stian na­pu­ścił na gów­nia­rza. Ude­rzył pierw­szy.

- Mój tata może znisz­czyć fir­mę two­je­go, je­śli tyl­ko ze­chce! Spa­daj, Bjar­ne, ty za­srań­cu, bo po­ża­łu­jesz! Pusz­czaj mnie, pa­lan­cie! - krzy­czał chło­piec.

Przez chwi­lę się wa­ha­li. Chło­piec uprzy­krzył już ży­cie wie­lu ko­le­gom. Wy­cho­wan­ka­mi szko­ły byli przed nim jego oj­ciec, wuj i star­sza sio­stra. Po­dob­no jego ro­dzi­na na­le­ża­ła do sta­łych dar­czyń­ców szko­ły, a od tych do­ta­cji był za­leż­ny Bjar­ne.

Wte­dy pod­szedł Kri­stian, któ­ry by­najm­niej nie uskar­żał się na pro­ble­my ma­te­rial­ne.

- Jak bę­dziesz trzy­mał gębę na kłód­kę, do­sta­niesz dwa­dzie­ścia ty­się­cy ko­ron - po­wie­dział po­waż­nie.

- Dwa­dzie­ścia ty­się­cy ko­ron! - chło­piec skrzy­wił się po­gar­dli­wie. - Je­den te­le­fon do mo­je­go taty i będę miał dwa razy tyle. - I splu­nął Kri­stia­no­wi w twarz.

- Kur­wa, ty gów­nia­rzu, za­bi­je­my cię, je­śli pi­śniesz choć słów­ko! - roz­le­gło się ude­rze­nie i chło­piec ru­nął w tył, na pień drze­wa, ła­miąc kil­ka że­ber z gło­śnym trza­skiem.

Przez chwi­lę le­żał, dy­sząc z bólu, ale spoj­rze­nie nadal miał har­de. Wte­dy pod­szedł Di­tlev.

- Mo­że­my cię te­raz udu­sić, ża­den pro­blem. Albo przy­trzy­mać cię pod wodą w stru­mie­niu. Albo po­zwo­li­my ci odejść i damy ci tych dwa­dzie­ścia ty­się­cy ko­ron, że­byś trzy­mał ję­zyk za zę­ba­mi. Je­śli te­raz wró­cisz i po­wiesz, że się prze­wró­ci­łeś, to ci uwie­rzą. Co ty na to, gów­nia­rzu?

Ale chło­piec nie od­po­wie­dział.

Di­tlev pod­szedł do le­żą­ce­go na zie­mi dzie­cia­ka. Za­cie­ka­wio­ny, przyj­rzał mu się ba­daw­czo. Re­ak­cja tego gów­nia­rza go za­fa­scy­no­wa­ła. Na­gle uniósł dłoń, jak­by do za­da­nia cio­su, ale chło­piec wciąż nie re­ago­wał. Wte­dy Di­tlev ude­rzył go moc­no otwar­tą dło­nią w czu­bek gło­wy. Chło­piec sku­lił się prze­ra­żo­ny, a wte­dy Di­tlev ude­rzył zno­wu. To było wspa­nia­łe uczu­cie. Di­tlev z uśmie­chem kon­ty­nu­ował.

Póź­niej opo­wia­dał, że te cio­sy spra­wi­ły mu pierw­szą w ży­ciu praw­dzi­wą fraj­dę.

- Ja też! - za­re­cho­tał Ulrik, prze­dzie­ra­jąc się do zszo­ko­wa­ne­go chłop­ca. Był naj­więk­szy z nich wszyst­kich, a cios jego pię­ści po­zo­sta­wił brzyd­ki ślad na ko­ści po­licz­ko­wej chło­pa­ka.

Kim­mie za­pro­te­sto­wa­ła sła­bo, ale zo­sta­ła zno­kau­to­wa­na przez wy­buch śmie­chu, któ­ry wy­pło­szył z za­ro­śli wszyst­kie pta­ki.

Sami od­nie­śli chłop­ca do szko­ły i przy­pa­try­wa­li się, kie­dy przy­je­cha­ła po nie­go ka­ret­ka. Część z nich się nie­po­ko­iła, ale chło­pak nie za­ka­blo­wał. Wła­ści­wie to już nig­dy nie wró­cił. Plot­ka gło­si­ła, że oj­ciec za­brał go ze sobą do Hong­kon­gu, ale nie mu­sia­ło tak być.

Parę dni póź­niej na­pa­dli w le­sie psa i za­tłu­kli go na śmierć.

Wte­dy nie było już od­wro­tu.

3

Do­pie­ro gdy zna­lazł się w piw­ni­cy Ko­men­dy Głów­nej, przed to­ną­cy­mi w ciem­no­ściach ga­bi­ne­ta­mi De­par­ta­men­tu Q, Carl M?rck uświa­do­mił so­bie, że wa­ka­cje i lato bez­pow­rot­nie mi­nę­ły. Za­pa­lił świa­tło i spoj­rzał na biur­ko, na któ­rym w cha­otycz­nych rzę­dach pię­trzy­ły się tecz­ki spraw. Ogar­nę­ła go prze­moż­na ocho­ta, by za­trza­snąć za sobą drzwi i uciec. Nie po­mo­gło to, że As­sad po­sta­wił po­środ­ku pęk mie­czy­ków, któ­re mo­gły­by za­blo­ko­wać śred­niej wiel­ko­ści uli­cę.

- Wi­taj z po­wro­tem, sze­fie! - roz­le­gło się za jego ple­ca­mi.

Od­wró­cił się i spoj­rzał pro­sto w żywe i lśnią­ce oczy As­sa­da. Cien­kie, ciem­ne wło­sy za­chę­ca­ją­co ster­cza­ły we wszyst­kie stro­ny. Zwar­ty i go­to­wy na ko­lej­ną roz­gryw­kę na oł­ta­rzu Ko­men­dy Głów­nej, mój Boże!

- Ależ! - ode­zwał się As­sad, wi­dząc przy­ga­słe spoj­rze­nie swe­go sze­fa. - Nie wi­dać, że­byś do­pie­ro co wró­cił z wa­ka­cji, Carl.

Carl po­trzą­snął gło­wą.

- A wra­cam z ja­kichś wa­ka­cji?

Na dru­gim pię­trze zno­wu coś po­za­mie­nia­li. Cho­ler­na re­for­ma po­li­cji. Nie­dłu­go Carl bę­dzie mu­siał uży­wać GPS-u, żeby tra­fić do ga­bi­ne­tu sze­fa Wy­dzia­łu Za­bójstw. Nie było go nędz­ne trzy ty­go­dnie, a tu przy­najm­niej pięć no­wych twa­rzy, ga­pią­cych się na nie­go, jak­by spadł z księ­ży­ca.

Kto to, u li­cha, jest?

- Carl, mam dla cie­bie do­bre wie­ści - po­wie­dział szef Wy­dzia­łu Za­bójstw, Mar­cus Ja­cob­sen, pod­czas gdy wzrok Car­la błą­dził po ścia­nach jego no­we­go ga­bi­ne­tu. Ja­sno­zie­lo­ne po­wierzch­nie przy­wo­dzi­ły na myśl jed­no­cze­śnie salę ope­ra­cyj­ną i cen­trum do­wo­dze­nia kry­zy­so­we­go z thril­le­ra Lena De­igh­to­na. Ze wszyst­kich ścian wpa­try­wa­ły się w nie­go bez­rad­nie zwło­ki o wy­bla­kłych oczach. Mapy, dia­gra­my i gra­fi­ki dy­żu­rów zle­wa­ły się w wie­lo­barw­ny cha­os. Wy­strój sku­tecz­nie przy­gnę­biał.

- Do­bre wie­ści, po­wia­dasz. Nie brzmi za­chę­ca­ją­co - od­po­wie­dział Carl, opa­da­jąc na krze­sło na­prze­ciw­ko sze­fa.

- No, Carl. Wkrót­ce masz wi­zy­tę z Nor­we­gii.

Carl spoj­rzał na nie­go spod cięż­kich po­wiek.

- Sły­sza­łem, że ta de­le­ga­cja skła­da się z pię­ciu osób. Przy­ja­dą z Ko­men­dy Głów­nej Po­li­cji w Oslo, żeby zo­ba­czyć De­par­ta­ment Q. Przy­szły pią­tek, go­dzi­na dzie­sią­ta, pa­mię­tasz? - Mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo. - Mam prze­ka­zać, że się cie­szą.

I są pod tym wzglę­dem, cho­le­ra, osa­mot­nie­ni.

- Z tego po­wo­du wzmoc­ni­łem twój ze­spół. Do­łą­czy do nie­go Rose.

Carl wy­pro­sto­wał się na krze­śle.

Po opusz­cze­niu ga­bi­ne­tu sze­fa za­trzy­mał się pod drzwia­mi, usi­łu­jąc opu­ścić wy­so­ko unie­sio­ne brwi. Mówi się, że nie­szczę­ścia cho­dzą pa­ra­mi. To by się zga­dza­ło, niech to szlag. Pięć mi­nut w pra­cy i już ma niań­czyć sta­żyst­kę z se­kre­ta­ria­tu, nie wspo­mi­na­jąc o za­ba­wia­niu sta­da małp gór­skich. Dziw­nym tra­fem uda­ło mu się o tym za­po­mnieć.

- Gdzie jest ta nowa, któ­ra ma przyjść do mnie na dół? - za­py­tał pa­nią S?ren­sen, sie­dzą­cą za kon­tu­arem w se­kre­ta­ria­cie.

Babsz­tyl nie pod­niósł na­wet wzro­ku znad kla­wia­tu­ry.

Za­stu­kał w blat. Bez efek­tu.

Wte­dy po­czuł stuk­nię­cie w ra­mię.

- Rose, oto on, we wła­snej oso­bie - do­bie­gło go zza ple­ców. - Przed­sta­wiam ci Car­la M?rc­ka.

Od­wró­cił się i uj­rzał dwie za­ska­ku­ją­co po­dob­ne twa­rze. Przy­szło mu do gło­wy, że nie na dar­mo wy­na­le­zio­no czerń. Kru­czo­czar­ne, kró­ciut­kie, roz­wi­chrzo­ne wło­sy, czar­ne jak smo­ła oczy i ciem­ne, po­nu­re ubra­nie. Cho­ler­nie nie­przy­jem­ne.

- A niech to, Lis! Co się z tobą sta­ło?

Naj­bar­dziej efek­tow­na se­kre­tar­ka w wy­dzia­le wy­gła­dzi­ła nie­gdyś de­li­kat­ne, ja­sne wło­sy i ob­da­rzy­ła go pro­mien­nym uśmie­chem.

- Ład­nie, praw­da?

Po­wo­li po­ki­wał gło­wą.

Carl spoj­rzał na dru­gą ko­bie­tę, no­szą­cą nie­bo­tycz­nie wy­so­kie ob­ca­sy i wpa­tru­ją­cą się w nie­go z uśmie­chem, któ­ry każ­de­go zbił­by z tro­pu. Zwró­cił więc wzrok na Lis, któ­ra przy­po­mi­na­ła tam­tą do złu­dze­nia. Cie­ka­we, kto kogo za­ra­ził tym wi­ze­run­kiem.

- To wła­śnie Rose. Jest u nas od paru ty­go­dni i wy­sy­ła do­bre wi­bra­cje na cały se­kre­ta­riat. Zo­sta­wiam ją pod two­ją opie­ką. Dbaj o nią, Carl!

Carl wdarł się do ga­bi­ne­tu Mar­cu­sa, uzbro­jo­ny we wszel­kie moż­li­we ar­gu­men­ty, ale po dwu­dzie­stu mi­nu­tach do­tar­ło do nie­go, że klam­ka za­pa­dła. Uzy­skał ty­go­dnio­we od­ro­cze­nie, a te­raz musi po pro­stu za­brać dziew­czy­nę na dół. Mar­cus Ja­cob­sen po­in­for­mo­wał Car­la, że po­miesz­cze­nie tuż obok jego ga­bi­ne­tu, w któ­rym skła­do­wa­no na­rzę­dzia i wszel­ki sprzęt po­trzeb­ny do od­gra­dza­nia miej­sca prze­stęp­stwa, zo­sta­ło już wy­sprzą­ta­ne i urzą­dzo­ne. Rose Knud­sen była nową pra­cow­ni­cą De­par­ta­men­tu Q i ba­sta.

Bez wzglę­du na to, ja­ki­mi mo­ty­wa­mi kie­ro­wał się szef Wy­dzia­łu Za­bójstw, Car­lo­wi się to nie po­do­ba­ło.

- Mia­ła naj­wyż­sze oce­ny w szko­le po­li­cyj­nej, ale ob­la­ła test z jaz­dy, a wte­dy już po to­bie, na­wet jak się na­da­jesz. Może też była zbyt wraż­li­wa do pra­cy w te­re­nie, ale chcia­ła pra­co­wać w po­li­cji, więc wy­szko­li­ła się na se­kre­tar­kę i przez rok sie­dzia­ła na po­ste­run­ku City. Przez ostat­nich parę ty­go­dni za­stę­po­wa­ła pa­nią S?ren­sen, ale ona prze­cież już wró­ci­ła - oznaj­mił Mar­cus Ja­cob­sen, ob­ra­ca­jąc po raz pięt­na­sty swo­ją wy­peł­nio­ną po brze­gi pacz­kę pa­pie­ro­sów.

- A dla­cze­go nie ode­sła­łeś tej no­wej do City, je­śli moż­na wie­dzieć?

- No, zgad­nij, dla­cze­go? Były tam ja­kieś we­wnętrz­ne nie­sna­ski. Nie ma to związ­ku z nami.

- Okej. - Sło­wo "nie­sna­ski" za­brzmia­ło nie­po­ko­ją­co.

- W każ­dym ra­zie masz te­raz se­kre­tar­kę, Carl. Do tego zdol­ną.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, mó­wił tak o wszyst­kich.

- Uwa­żam, że wy­glą­da na na­praw­dę wy­jąt­ko­wo miłą - As­sad pró­bo­wał do­dać Car­lo­wi ani­mu­szu w bla­sku świe­tló­wek De­par­ta­men­tu Q.

- Po­wiem ci, że wy­wo­ła­ła ja­kieś nie­sna­ski w City. A to zna­czy, że nie jest miła.

- Nies...? Mu­szę to usły­szeć jesz­cze raz.

- Nie­waż­ne, As­sad.

Jego asy­stent kiw­nął gło­wą, bio­rąc z fi­li­żan­ki łyk mię­to­we­go ulep­ku.

- Po­słu­chaj, Carl. Nie mo­głem się po­su­nąć z tą spra­wą, do któ­rej mnie przy­ło­ży­łeś, jak cię nie było. Pa­trzy­łem tu i tam, i wszę­dzie, ale wszyst­kie akta spra­wy znik­nę­ły w ba­ła­ga­nie nad nami.

Carl spoj­rzał w górę. Ach tak? Znik­nę­ły, psia­kość? No do­brze, jed­nak coś po­zy­tyw­ne­go się tego dnia zda­rzy­ło.

- Tak, zu­peł­nie znik­nę­ły. Ale po­pa­trzy­łem za to na te kup­ki tu­taj i zna­la­złem tę. Jest bar­dzo cie­ka­wa.

As­sad po­dał mu ja­sno­zie­lo­ną tecz­kę i sta­nął jak słup soli, z wy­ra­zem wy­cze­ki­wa­nia na twa­rzy.

- Za­mie­rzasz tu stać, gdy będę czy­tał?

- Tak, chęt­nie - od­po­wie­dział, sta­wia­jąc fi­li­żan­kę na biur­ku Car­la.

Carl na­brał w po­licz­ki po­wie­trza i wy­pu­ścił je po­wo­li, otwie­ra­jąc tecz­kę.

Spra­wa była sta­ra. Na­praw­dę sta­ra. Do­kład­nie z lata 1987 roku. Tam­te­go roku po­je­cha­li z kum­plem po­cią­giem na let­ni kar­na­wał do Ko­pen­ha­gi. Tam na­uczy­ła go tań­czyć sam­bę pew­na ru­do­wło­sa dziew­czy­na, któ­rej bio­dra ani na chwi­lę nie tra­ci­ły ryt­mu. Było to tak bo­skie, że za­koń­czy­li noc na kocu za krza­kiem w par­ku Kon­gens Have. Miał wte­dy dwa­dzie­ścia kil­ka lat i po tym wy­jeź­dzie już nig­dy, prze­nig­dy nie czuł się pra­wicz­kiem.

Pięk­ne lato 1987. Tego lata prze­nie­sio­no go do Vej­le, na po­ste­ru­nek przy An­to­ni­ga­de.

Do mor­derstw mu­sia­ło dojść ja­kieś osiem, dzie­sięć ty­go­dni po let­nim kar­na­wa­le, mniej wię­cej wte­dy, gdy ru­do­wło­sa po­sta­no­wi­ła ob­da­rzyć in­ne­go Ju­tland­czy­ka swym ki­pią­cym sam­bą cia­łem. Wła­ści­wie to do­kład­nie wte­dy, gdy cho­dził na pierw­sze noc­ne pa­tro­le po wą­skich ulicz­kach Ko­pen­ha­gi. Dziw­ne, że nie pa­mię­tał tej spra­wy. Była prze­cież wy­jąt­ko­wa.

W domu let­ni­sko­wym nad je­zio­rem Dy­be­s?, w miej­sco­wo­ści R?rvig zna­le­zio­no dwój­kę mło­dych lu­dzi, ro­dzeń­stwo, chło­pa­ka i dziew­czy­nę, w wie­ku sie­dem­na­stu i osiem­na­stu lat. Byli tak po­bi­ci, że nie spo­sób ich było roz­po­znać. Dziew­czy­na była strasz­nie zmal­tre­to­wa­na. Na­cier­pia­ła się okrop­nie. Świad­czy­ły o tym ob­ra­że­nia po­wsta­łe, gdy się bro­ni­ła.

Spoj­rzał w tekst. Ani śla­du prze­mo­cy sek­su­al­nej, nic nie zgi­nę­ło.

Na­stęp­nie prze­czy­tał jesz­cze raz ra­port z sek­cji zwłok, po czym przej­rzał wy­cin­ki z ga­zet. Było ich nie­wie­le, za to z moż­li­wie naj­więk­szy­mi na­głów­ka­mi.

"Po­bi­ci na śmierć" - na­pi­sał dzien­nik "Ber­ling­ske Ti­den­de", do­da­jąc szcze­gó­ło­wy opis zwłok, co nie jest ty­po­wym po­su­nię­ciem dla tej sta­ro­świec­kiej, pa­niu­sio­wa­tej ga­ze­ty.

Cia­ła le­ża­ły w po­ko­ju ko­min­ko­wym. Dziew­czy­na w bi­ki­ni, jej brat nago, z ręką za­ci­śnię­tą na bu­tel­ce ko­nia­ku. Zo­stał za­bi­ty cio­sem w tył gło­wy, za­da­nym tę­pym na­rzę­dziem, któ­re póź­niej uda­ło się zi­den­ty­fi­ko­wać jako mło­tek cie­siel­ski, zna­le­zio­ny w kę­pie wrzo­sów mię­dzy je­zio­ra­mi Flyn­der­s? i Dy­be­s?.

Mo­tyw po­zo­stał nie­zna­ny, ale po­dej­rze­nie wkrót­ce pa­dło na gru­pę uczniów ze szko­ły z in­ter­na­tem, któ­rzy prze­by­wa­li w domu let­ni­sko­wym któ­re­goś z ro­dzi­ców, nie­da­le­ko Flyn­der­s?. Kil­ka razy spro­wo­ko­wa­li awan­tu­rę w lo­kal­nej dys­ko­te­ce o na­zwie "Rund­ka", w któ­rej ucier­pia­ło kil­ku miej­sco­wych roz­ra­bia­ków.

- Do­sze­dłeś już tam, gdzie jest na­pi­sa­ne, kim są po­dej­rza­ni?

Carl spoj­rzał na As­sa­da spode łba. Wzrok był wy­star­cza­ją­co wy­mow­ny, ale As­sa­da nie po­wstrzy­mał.

- Tak, oczy­wi­ście. Ra­port su­ge­ru­je też, że ich oj­co­wie to byli sami tacy, co za­ra­bia­ją dużo pie­nię­dzy. Czy dużo było ta­kich, co do­brze za­ra­bia­li w zło­tych la­tach osiem­dzie­sią­tych czy jak to się na­zy­wa­ło?

Carl kiw­nął gło­wą. Wła­śnie do­szedł do tego frag­men­tu.

Tak, zga­dza­ło się. Oj­co­wie ich wszyst­kich to lu­dzie sław­ni, na­wet dziś.

Kil­ka­krot­nie prze­su­nął wzrok po na­zwi­skach uczniów szko­ły z in­ter­na­tem. Ten wi­dok mógł przy­pra­wić o zim­ne poty, bo nie tyl­ko ich oj­co­wie dużo za­ra­bia­li i byli zna­ni wszyst­kim bez wy­jąt­ku. To samo do­ty­czy­ło kil­kor­ga mło­dych z tej gru­py. Uro­dze­ni pod szczę­śli­wą gwiaz­dą, te­raz świe­cą­cą jesz­cze ja­śniej. Byli to Di­tlev Pram, za­ło­ży­ciel wie­lu eks­klu­zyw­nych pry­wat­nych szpi­ta­li, Tor­sten Flo­rin, pro­jek­tant o mię­dzy­na­ro­do­wej sła­wie, i ana­li­tyk gieł­do­wy Ulrik Dyb­b?l Jen­sen. Wszy­scy zaj­mo­wa­li miej­sca na sa­mym szczy­cie duń­skiej dra­bi­ny suk­ce­su, po­dob­nie jak zmar­ły już ar­ma­tor Kri­stian Wolf. Dwo­je ostat­nich człon­ków gru­py róż­ni­ło się od resz­ty. Kir­sten-Ma­rie Las­sen też kie­dyś na­le­ża­ła do śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej, ale dziś nikt nie znał miej­sca jej po­by­tu. Bjar­ne Th?ger­sen, któ­ry przy­znał się do za­mor­do­wa­nia ro­dzeń­stwa i te­raz sie­dział w wię­zie­niu, po­cho­dził ze skrom­niej­szych krę­gów.

Kie­dy skoń­czył czy­tać, ci­snął akta spra­wy na stół.

- No tak, nie ro­zu­miem, w jaki spo­sób to wy­lą­do­wa­ło u nas - po­wie­dział As­sad. Nor­mal­nie by się uśmiech­nął, tym ra­zem tego nie zro­bił.

Carl po­krę­cił gło­wą.

- Ja też tego nie ro­zu­miem. Ktoś już za to tra­fił do wię­zie­nia. Przy­znał się. Do­stał do­ży­wo­cie i do dziś sie­dzi za kra­ta­mi. Poza tym sam się zgło­sił, więc skąd wąt­pli­wo­ści? Za­koń­czo­ne i po spra­wie. - Za­mknął tecz­kę z hu­kiem.

- Tak - As­sad za­gryzł war­gę. - Ale zgło­sił się do­pie­ro dzie­więć lat po mor­der­stwach.

- No i co z tego? Jed­nak się zgło­sił. Miał tyl­ko osiem­na­ście lat, kie­dy ich za­bił. Może w póź­niej­szych la­tach prze­ko­nał się, że nie­czy­ste su­mie­nie nig­dy nie blak­nie.

- Blak­nie?

Carl wes­tchnął.

- Tak, blak­nie. Usy­cha, za­ni­ka. Wy­rzu­ty su­mie­nia nie usta­ją z bie­giem lat, As­sad. Wręcz prze­ciw­nie.

Wi­dać było, że to ru­szy­ło As­sa­da.

- Przy spra­wie współ­pra­co­wa­li po­li­cjan­ci z Ny­k?bing Sj?l­land i Hol­b?k. Lot­na Bry­ga­da też w tym bra­ła udział. Ale nie wi­dzę, kto nam prze­słał tę spra­wę. A ty?

Carl rzu­cił okiem na pierw­szą stro­nę tecz­ki.

- Nie, nig­dzie tego nie ma. Bar­dzo dziw­ne. - Je­śli to nie ża­den z tych dwóch okrę­gów prze­słał mu tecz­kę, to kto? I po co w ogó­le wzna­wiać spra­wę, w któ­rej za­padł wy­rok?

- Czy to może mieć zwią­zek z tym tu­taj? - za­py­tał As­sad. Prze­wer­to­wał tecz­kę i zna­lazł za­łącz­nik z urzę­du skar­bo­we­go, któ­ry po­dał Car­lo­wi. "Ze­zna­nie rocz­ne" - gło­sił na­pis na gó­rze. Wy­sta­wio­no je na na­zwi­sko Bjar­ne­go Th?ger­se­na, za­miesz­ka­łe­go w gmi­nie Al­bert­sund, w za­kła­dzie kar­nym we Vrid­sl?se­lil­le. Za­bój­cy tych dwoj­ga mło­dych.

- Patrz! - As­sad wska­zał ogrom­ną kwo­tę w ru­bry­ce "Sprze­daż ak­cji". - Co po­wiesz?

- Po­wiem, że po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dzi­ny, a te­raz ma dużo cza­su na za­ba­wę pie­niędz­mi. I naj­wy­raź­niej nie­źle mu to wy­cho­dzi. Do cze­go zmie­rzasz?

- Że on nie po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dzi­ny, mogę cię za­pew­nić, Carl. On był je­dy­nym z tej szko­ły z in­ter­na­tem, co do­sta­wał sty­pen­dium. Wi­dać, że był tro­chę inny od po­zo­sta­łych z gru­py. Po­patrz - prze­wer­to­wał wstecz.

Carl oparł gło­wę na dło­ni.

Tak przed­sta­wia­ła się spra­wa urlo­pu. Była de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czo­na.

1

Ba­lan­so­wa­ła na kra­wę­dzi, gdy skra­da­ła się ku dep­ta­ko­wi Str?get. Z twa­rzą do po­ło­wy za­kry­tą zgni­ło­zie­lo­nym sza­lem, prze­my­ka­ła obok oświe­tlo­nych wi­tryn skle­po­wych, pil­nie śle­dząc ruch ulicz­ny. Cho­dzi­ło o to, żeby roz­po­zna­wać in­nych, po­zo­sta­jąc nie­roz­po­zna­ną. Żeby żyć w spo­ko­ju ze swo­imi de­mo­na­mi, a resz­tę po­zo­sta­wić tym, któ­rzy mi­ja­li ją w pę­dzie. Po­zo­sta­wić całą resz­tę gnoj­kom, któ­rzy źle jej ży­czy­li, i tym, któ­rzy prze­cho­dzi­li obok z obo­jęt­nym spoj­rze­niem.

Kim­mie unio­sła wzrok na la­tar­nie, spo­wi­ja­ją­ce zim­nym świa­tłem uli­cę Ve­ster­bro­ga­de. Wcią­gnę­ła po­wie­trze w noz­drza. Wkrót­ce noce sta­ną się chłod­ne. Czas przy­go­to­wać kry­jów­kę na zimę.

Sta­ła w tłu­mie zmar­z­nię­tych go­ści par­ku roz­ryw­ki Ti­vo­li, przed przej­ściem dla pie­szych na­prze­ciw­ko dwor­ca głów­ne­go, kie­dy spo­strze­gła obok ko­bie­tę w twe­edo­wym płasz­czu. Zmie­rzy­ła ją para zmru­żo­nych oczu, nos zmarsz­czył się, po czym ko­bie­ta od­su­nę­ła się od niej. Za­le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów, ale jed­nak.

"No, Kim­mie" - w gło­wie roz­legł się sy­gnał alar­mo­wy, ogar­nę­ła ją wście­kłość.

Prze­su­nę­ła spoj­rze­nie się w dół po cie­le ko­bie­ty, aż do­tar­ła do nóg. Raj­sto­py po­ły­ski­wa­ły, kost­ki prę­ży­ły się na wy­so­kich ob­ca­sach, a Kim­mie po­czu­ła zdra­dziec­ki uśmiech w ką­ci­kach ust. Jed­nym kop­nię­ciem mo­gła­by zła­mać te ob­ca­si­ki. Baba by się wy­wa­li­ła. Prze­ko­na­ła­by się, że na­wet ko­stiu­mik od Chri­stia­na La­cro­ix może się po­bru­dzić na mo­krym chod­ni­ku. Na­uczy­ła­by się pil­no­wać wła­sne­go nosa.

Kim­mie unio­sła wzrok i spoj­rza­ła ko­bie­cie pro­sto w twarz. Oczy ob­ry­so­wa­ne wy­raź­ną kred­ką, przy­pu­dro­wa­ny no­sek, locz­ki przy­strzy­żo­ne wło­sek po wło­sku. Zim­ne, lek­ce­wa­żą­ce spoj­rze­nie. Tak, do­sko­na­le zna­ła ten typ. Sama kie­dyś taka była. Aro­ganc­kie bu­fo­ny o wnę­trzu zie­ją­cym pust­ką. Ta­kie były kie­dyś jej tak zwa­ne przy­ja­ciół­ki. Taka była ma­co­cha.

Nie zno­si­ła ich.

"No, zrób to!" - wy­szep­tał głos w jej gło­wie. "Nie gódź się na ta­kie trak­to­wa­nie. Po­każ jej, kim je­steś! No, da­lej!"

Kim­mie spoj­rza­ła na grup­kę ciem­no­skó­rych chłop­ców po dru­giej stro­nie uli­cy. Gdy­by nie ich wszę­do­byl­skie spoj­rze­nia, we­pchnę­ła­by ko­bie­tę pod nad­jeż­dża­ją­cy au­to­bus li­nii 47. Wy­obra­zi­ła so­bie, jaka wspa­nia­ła krwa­wa pla­ma by po niej zo­sta­ła! Jaką falę szo­ku wy­wo­ła­ło­by w zbio­ro­wi­sku oka­le­czo­ne cia­ło tej wy­nio­słej ko­bie­ty! Cóż za pysz­ne po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści by jej to dało.

Ale Kim­mie nie pchnę­ła. W tłu­mie za­wsze znaj­dzie się ja­kieś czuj­ne oko. Poza tym coś w niej sa­mej ją po­wstrzy­my­wa­ło. Prze­ra­ża­ją­ce echo daw­no mi­nio­nych dni.

Pod­nio­sła ra­mię do twa­rzy, bio­rąc głę­bo­ki wdech. To, co za­re­je­stro­wa­ła sto­ją­ca obok ko­bie­ta, było zgod­ne z praw­dą. Ubra­nie strasz­nie cuch­nę­ło.

Gdy za­pa­li­ło się zie­lo­ne świa­tło, wkro­czy­ła na przej­ście dla pie­szych, wlo­kąc za sobą wa­liz­kę na krzy­wych kół­kach. To bę­dzie jej ostat­nia run­da, bo na­de­szła pora wy­rzu­cić sta­re ru­pie­cie.

Naj­wyż­szy czas zmie­nić skó­rę.

Przed kio­skiem, na środ­ku hali dwor­co­wej stał bil­l­bo­ard z pierw­szy­mi stro­na­mi ga­zet, ta­ra­su­jąc przej­ście za­bie­ga­nym i nie­wi­do­mym. Cho­dząc po mie­ście, wie­lo­krot­nie wi­dzia­ła re­kla­my dzien­ni­ków i była wręcz cho­ra z obrzy­dze­nia.

- By­dlę - wy­mam­ro­ta­ła, mi­ja­jąc bil­l­bo­ard ze wzro­kiem utkwio­nym przed sie­bie. Po­tem jed­nak ob­ró­ci­ła gło­wę i ką­tem oka do­strze­gła twarz na pierw­szej stro­nie ga­ze­ty "BT".

Na sam wi­dok tego męż­czy­zny prze­szedł ją dreszcz.

Na­pis pod zdję­ciem brzmiał: "Di­tlev Pram wy­ku­pu­je pry­wat­ne szpi­ta­le w Pol­sce za 12 mi­liar­dów". Splu­nę­ła na po­sadz­kę i przez chwi­lę sta­ła spo­koj­nie, by się wy­ci­szyć. Nie­na­wi­dzi­ła Di­tle­va Pra­ma. Jego i Tor­ste­na, i Ulri­ka. Ale któ­re­goś dnia zo­ba­czą. Któ­re­goś dnia do­bie­rze im się do skó­ry. Już ona im po­ka­że.

Za­nio­sła się śmie­chem, wy­wo­łu­jąc uśmiech u zbli­ża­ją­ce­go się prze­chod­nia. Ko­lej­ny na­iw­niak, któ­ry my­śli, że wie, co się dzie­je w gło­wach in­nych.

Na­gle prze­sta­ła się śmiać.

Da­lej, tam gdzie zwy­kle, sta­ła Szczu­rza Tine. Zgię­ta wpół, ki­wa­ła się i wy­cią­ga­ła brud­ną rękę w obłą­ka­nej wie­rze, że w tym mro­wi­sku może choć je­den czło­wiek nie po­ską­pi jej dzie­się­cio­ko­ro­nów­ki. Tyl­ko nar­ko­ma­ni po­tra­fią tak stać go­dzi­na­mi. Nie­szczę­śni­cy.

Kim­mie prze­mknę­ła za nią, idąc pro­sto do wyj­ścia na uli­cę Re­ven­tlows­ga­de, ale Tine ją za­uwa­ży­ła.

- Cześć! O cho­le­ra, cześć, Kim­mie! - do­bie­gło zza jej ple­ców beł­ko­tli­we za­in­te­re­so­wa­nie, ale Kim­mie nie za­re­ago­wa­ła. Na otwar­tych prze­strze­niach ze Szczu­rzą Tine nie było za do­brze. Tyl­ko kie­dy sie­dzia­ła na ław­ce, jej mózg funk­cjo­no­wał jako tako.

Była za to je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­re­go Kim­mie to­le­ro­wa­ła.

Nie wia­do­mo dla­cze­go wiatr tego dnia był wy­jąt­ko­wo prze­ni­kli­wy, więc lu­dzie spie­szy­li się do do­mów. Dla­te­go przy scho­dach na po­sto­ju tak­só­wek przy Isted­ga­de sta­ło pięć czar­nych mer­ce­de­sów z włą­czo­ny­mi sil­ni­ka­mi. Czy­li je­den po­wi­nien zo­stać, kie­dy bę­dzie go po­trze­bo­wa­ła - po­my­śla­ła. Tyl­ko tyle chcia­ła wie­dzieć.

Wlo­kąc wa­liz­kę, prze­szła na ukos przez uli­cę, we­szła do taj­skie­go skle­pu miesz­czą­ce­go się w piw­ni­cy i po­sta­wi­ła wa­liz­kę przy oknie. Tyl­ko raz pod­wę­dzi­li jej stam­tąd ba­gaż, ale to się nie po­win­no po­wtó­rzyć przy ta­kiej po­go­dzie. Wte­dy na­wet zło­dzie­je sie­dzą w do­mach. Zresz­tą, co za róż­ni­ca. W wa­liz­ce nie ma ni­cze­go waż­ne­go.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach cze­ka­nia na pla­cu Dwor­co­wym nada­rzy­ła się oka­zja. Z tak­sów­ki wy­sia­dła po­ra­ża­ją­co pięk­na ko­bie­ta w fu­trze z no­rek i z wa­liz­ką na so­lid­nych, gu­mo­wych kół­kach. Mia­ła szczu­płe cia­ło o roz­mia­rze nie­co po­wy­żej 38. Kie­dyś Kim­mie cho­dzi­ła tyl­ko za ko­bie­ta­mi no­szą­cy­mi roz­miar 40, ale to było daw­no. Trud­no się utu­czyć jako bez­dom­na na uli­cy.

Ukra­dła wa­liz­kę, gdy ko­bie­ta pró­bo­wa­ła ro­ze­znać się w ob­słu­dze au­to­ma­tu bi­le­to­we­go w hali dwor­ca. Prze­szła do tyl­ne­go wyj­ścia i w oka­mgnie­niu zna­la­zła się przy tak­sów­kach na Re­ven­tlows­ga­de.

Tre­ning czy­ni mi­strza.

Za­ła­do­wa­ła skra­dzio­ną wa­liz­kę do ba­gaż­ni­ka pierw­szej tak­sów­ki i po­pro­si­ła kie­row­cę, żeby ją prze­wiózł.

Wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni płasz­cza gru­by plik bank­no­tów stu­ko­ro­no­wych.

- Do­sta­nie pan do­dat­ko­wo parę stó­wek, je­śli pan zro­bi, jak mó­wię - po­wie­dzia­ła, igno­ru­jąc jego po­dejrz­li­we spoj­rze­nie i wy­dę­te noz­drza.

Za ja­kąś go­dzi­nę wró­cą po sta­rą wa­liz­kę. Ona w no­wych ciu­chach, pach­ną­cych obcą ko­bie­tą.

Do tego cza­su noz­drza tak­sów­ka­rza będą wy­dy­mać się z in­ne­go po­wo­du.

7

Po­wie­trze nad to­ra­mi było sza­re od mgły. Z prze­ciw­nej stro­ny pa­ję­czej sie­ci trak­cji ko­le­jo­wej już od paru go­dzin do­bie­gał war­kot żół­tych fur­go­ne­tek pocz­to­wych. Lu­dzie je­cha­li do pra­cy, a po­cią­gi pod­miej­skie, wpra­wia­ją­ce w drże­nie dom Kim­mie, były wy­pcha­ne po brze­gi.

To mógł być po­czą­tek zwy­czaj­ne­go dnia, ale we­wnątrz niej roz­pa­no­szy­ły się de­mo­ny. Były jak ma­ja­ki - zło­wro­gie, nie­prze­wi­dy­wal­ne i uciąż­li­we.

Uklę­kła na chwi­lę, mo­dląc się, by gło­sy za­mil­kły, ale rów­nież tego dnia siły wyż­sze mia­ły wol­ne. Po­cią­gnę­ła więc so­lid­ny łyk z bu­tel­ki sto­ją­cej przy jej pro­wi­zo­rycz­nej pry­czy.

Kie­dy pół bu­tel­ki whi­sky prze­pa­li­ło jej wnętrz­no­ści, po­sta­no­wi­ła zo­sta­wić wa­liz­kę. Mia­ła inny ba­gaż: nie­na­wiść, obrzy­dze­nie, gniew.

Tor­sten Flo­rin był nu­me­rem je­den na li­ście. Od śmier­ci Kri­stia­na Wol­fa. Czę­sto o tym my­śla­ła.

Wi­dzia­ła li­sią twarz Tor­ste­na w ja­kimś ty­go­dni­ku. Pu­szył się przed swo­im od­no­wio­nym i ob­sy­pa­nym na­gro­da­mi pa­ła­cem ze szkła, miesz­czą­cym dom mody na In­dia­kaj w daw­nym por­cie wol­no­cło­wym. Wła­śnie tam chcia­ła skon­fron­to­wać go z rze­czy­wi­sto­ścią.

Obo­la­ła ze­śli­znę­ła się z wy­słu­żo­nej pry­czy i po­wą­cha­ła się pod pa­cha­mi. Za­pach nie był jesz­cze ostry, więc ką­piel w łaź­ni może za­cze­kać.

Roz­ma­so­wa­ła so­bie ko­la­na, po czym wło­ży­ła rękę pod pry­czę, wy­cią­gnę­ła tru­mien­kę i otwo­rzy­ła wie­ko.

- Do­brze się spa­ło, skar­bie? - za­py­ta­ła, gła­dząc pal­cem małą głów­kę.

"Ja­kie te wło­ski mięk­kie, a rzę­sy dłu­gie" - my­śla­ła dzień w dzień. Uśmiech­nę­ła się cie­pło do ma­leń­stwa, za­mknę­ła ostroż­nie wie­ko i wsu­nę­ła trum­nę z po­wro­tem. To był, jak za­wsze, naj­pięk­niej­szy mo­ment dnia.

Po­grze­ba­ła w sto­sie ubrań i wy­ję­ła parę naj­grub­szych raj­stop. Pla­my ple­śni na su­fi­cie z papy ją ostrze­gły. W tym roku je­sień jest ka­pry­śna.

Kie­dy była go­to­wa, ostroż­nie otwo­rzy­ła drzwi swe­go dom­ku z ce­gły i wyj­rza­ła na na­syp. Od to­rów ko­le­jo­wych, po któ­rych przez całą dobę pę­dzi­ły po­cią­gi, dzie­li­ło ją może pół­to­ra me­tra.

Nikt jej nie wi­dział.

Wy­mknę­ła się, za­mknę­ła drzwi na klucz i za­pię­ła gu­zi­ki płasz­cza. Prze­szła dwa­dzie­ścia kro­ków wo­kół sta­lo­wo­sza­rej sta­cji trans­for­ma­to­ro­wej, z rzad­ka do­glą­da­nej przez pra­cow­ni­ków ko­lei, wy­as­fal­to­wa­ną ścież­ką do­tar­ła do ku­tej bra­my wy­cho­dzą­cej na uli­cę In­ger­sle­vs­ga­de i otwo­rzy­ła ją klu­czem.

Klucz do bra­my był kie­dyś jej naj­więk­szym ma­rze­niem. Wte­dy mo­gła dojść do bud­ki ko­le­jo­wej tyl­ko po ka­mie­niach wzdłuż pło­tu, od stro­ny sta­cji Dyb­b?ls­bro. I to je­dy­nie nocą, żeby jej nie na­kry­li. Ja­kieś trzy, czte­ry go­dzi­ny snu i mu­sia­ła opusz­czać mały, okrą­gły bu­dy­nek. Wie­dzia­ła, że gdy­by ją zo­ba­czo­no choć raz, zo­sta­ła­by usu­nię­ta. Dla­te­go noc sta­ła się jej naj­lep­szą to­wa­rzysz­ką, aż do ran­ka, gdy do­strze­gła na­pis na bra­mie pro­wa­dzą­cej na In­ger­sle­vs­ga­de. Gło­sił "Fa­bry­ka L?g­strup Hegn".

Za­dzwo­ni­ła tam, przed­sta­wia­jąc się jako Lily Car­sten­sen z dzia­łu za­opa­trze­nia ko­lei, i umó­wi­ła się ze ślu­sa­rzem na chod­ni­ku przed kutą bra­mą. Z tej oka­zji ubra­ła się w od­pra­so­wa­ny nie­bie­ski ko­stium, w któ­rym do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ła kie­row­nicz­kę śred­nie­go szcze­bla in­sty­tu­cji pu­blicz­nej. Otrzy­ma­ła dwie ko­pie klu­cza oraz ra­chu­nek, któ­ry ure­gu­lo­wa­ła go­tów­ką. Od­tąd mo­gła wcho­dzić i wy­cho­dzić, kie­dy jej się po­do­ba­ło.

Kie­dy tyl­ko była ostroż­na i de­mo­ny da­wa­ły jej spo­kój, wszyst­ko się ukła­da­ło.

Po­je­cha­ła au­to­bu­sem w stro­nę sta­cji ?ster­port, czu­jąc na so­bie lep­kie spoj­rze­nia lu­dzi. Wie­dzia­ła do­sko­na­le, że coś mam­ro­cze. "Prze­stań, Kim­mie" - po­pro­si­ła się w du­chu, ale usta nie chcia­ły jej słu­chać.

Cza­sa­mi sły­sza­ła swo­je sło­wa tak, jak­by wy­po­wia­dał je ktoś obcy. Tak było też tego dnia. Uśmiech­nę­ła się do ma­łej dziew­czyn­ki, a ta od­wza­jem­ni­ła się gry­ma­sem.

Czy­li było bar­dzo źle.

Wy­sia­dła kil­ka przy­stan­ków za wcze­śnie, czu­jąc na ple­cach dzie­siąt­ki ty­się­cy oczu. Obie­ca­ła so­bie, że ostat­ni raz je­dzie au­to­bu­sem. Lu­dzie byli za bli­sko. Już le­piej je­chać po­cią­giem.

- Znacz­nie le­piej - po­wie­dzia­ła gło­śno, idąc w stro­nę Sto­re Kon­gens­ga­de. Uli­ca była pra­wie pu­sta. W gło­wie pra­wie żad­nych gło­sów.

Do­tar­ła do bu­dyn­ku na In­dia­kaj po prze­rwie na lunch i stwier­dzi­ła, że miej­sca par­kin­go­we fir­my Brand Na­tions, któ­re, wnio­sku­jąc po ema­lio­wa­nej ta­blicz­ce, na­le­ża­ły do Tor­ste­na Flo­ri­na, świe­cą pust­ka­mi.

Otwo­rzy­ła to­reb­kę i zaj­rza­ła do środ­ka. Pod­wę­dzi­ła ją w foy­er kina Pa­ła­co­we­go dziew­czy­nie, któ­ra była za­ję­ta sobą i swo­im lu­ster­kiem. Z le­gi­ty­ma­cji ubez­pie­cze­nio­wej wy­ni­ka­ło, że la­lu­nia na­zy­wa­ła się Lise-Maja Pet­ter­son. Pew­nie ko­lej­na ofia­ra nu­me­ro­lo­gii - po­my­śla­ła - od­su­wa­jąc gra­nat ręcz­ny, i po­czę­sto­wa­ła się nie­przy­zwo­icie smacz­nym pa­pie­ro­sem Lise-Mai mar­ki Pe­ter Jack­son. "Pa­le­nie po­wo­du­je cho­ro­by ser­ca" - prze­czy­ta­ła na pacz­ce.

Za­śmia­ła się w głos, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa i za­cią­ga­jąc się głę­bo­ko. Pa­li­ła, od­kąd wy­rzu­co­no ją ze szko­ły z in­ter­na­tem, a jej ser­ce nadal spra­wo­wa­ło się bez za­rzu­tu. To nie za­wał ser­ca ją za­bi­je. Była tego pew­na.

Kie­dy po kil­ku go­dzi­nach pacz­ka była pu­sta, a zgnie­cio­ne nie­do­pał­ki le­ża­ły na chod­ni­ku, Kim­mie chwy­ci­ła za rę­kaw jed­ną z dziew­czyn, któ­re raz po raz ta­necz­nym kro­kiem wy­cho­dzi­ły przez szkla­ne drzwi Brand Na­tions.

- Wiesz, kie­dy przyj­dzie Tor­sten Flo­rin? - spy­ta­ła, otrzy­mu­jąc w od­po­wie­dzi tyl­ko spoj­rze­nie peł­ne nie­uf­no­ści.

- Wiesz? - do­py­ty­wa­ła się, szar­piąc dziew­czy­nę za rę­kaw.

- Pusz­czaj! - krzyk­nę­ła dziew­czy­na i chwy­ci­ła obie­ma dłoń­mi rękę Kim­mie, pró­bu­jąc ją wy­krę­cić.

Kim­mie za­ci­snę­ła po­wie­ki, bo nie cier­pia­ła szar­pa­nia. Nie­na­wi­dzi­ła, kie­dy lu­dzie nie chcie­li jej od­po­wie­dzieć. Nie zno­si­ła ich spoj­rzeń, dla­te­go za­mach­nę­ła się wol­ną ręką i płyn­nym ru­chem, za­czy­na­ją­cym się od bio­dra, ude­rzy­ła dziew­czy­nę w pod­bró­dek.

Ta upa­dła na chod­nik jak szma­cia­na lal­ka. Wra­że­nie było miłe i nie­mi­łe za­ra­zem. Kim­mie wie­dzia­ła po pro­stu, że tak się nie robi.

- No, ga­daj! - po­na­gli­ła, po­chy­la­jąc się nad zszo­ko­wa­ną ko­bie­tą. - Wiesz, kie­dy przyj­dzie Tor­sten Flo­rin?

Kie­dy tam­ta po raz trze­ci wy­krztu­si­ła, że nie wie, Kim­mie ob­ró­ci­ła się na pię­cie. Wie­dzia­ła, że musi mi­nąć spo­ro cza­su, za­nim znów się tu wy­bie­rze.

Na­tknę­ła się na Szczu­rzą Tine przy sfa­ty­go­wa­nej fa­sa­dzie skle­pu Ja­cob's Full Ho­uses przy uli­cy Skel­b?k­ga­de. Sta­ła z pla­sti­ko­wą tor­bą pod szyl­dem "Grzy­by se­zo­no­we", szmin­kę mia­ła już od daw­na star­tą. Pierw­si klien­ci, któ­rym ob­cią­ga­ła w bocz­nych ulicz­kach, za­ła­py­wa­li się na moc­ny ma­ki­jaż oczu i wy­ró­żo­wa­ne po­licz­ki, ale ostat­ni mu­sie­li za­do­wo­lić się czymś skrom­niej­szym. Mia­ła roz­ma­za­ną szmin­kę i wy­raź­ne śla­dy ście­ra­nia z twa­rzy sper­my rę­ka­wa­mi. Klien­ci Tine nie uży­wa­li kon­do­mów. Mi­nę­ły lata, od­kąd Tine mo­gła tego ocze­ki­wać. Od­kąd mo­gła ocze­ki­wać cze­go­kol­wiek.

- Cześć, Kim­mie, cześć, skar­bie! Za­je­bi­ście cię wi­dzieć! - wy­beł­ko­ta­ła i chwiej­nym kro­kiem ru­szy­ła Kim­mie na spo­tka­nie na cien­kich jak pa­ty­ki no­gach.

- Szu­ka­łam cię, skar­bie - po­wie­dzia­ła, wy­ma­chu­jąc do­pie­ro co za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem. - Wiesz, że wy­py­tu­ją o cie­bie na dwor­cu?

Chwy­ci­ła Kim­mie i po­cią­gnę­ła ją na dru­gą stro­nę, do ła­wek przy "Cafe Yrsa".

- Gdzie się ostat­nio po­dzie­wa­łaś? Cho­ler­nie się za tobą stę­sk­ni­łam - oznaj­mi­ła Tine, wy­ła­wia­jąc z re­kla­mów­ki dwie bu­tel­ki piwa.

Tine piła łap­czy­wie, a Kim­mie spo­glą­da­ła na cen­trum han­dlo­we Fi­ske­to­rvet.

- Kto o mnie py­tał? - za­ga­iła Kim­mie, od­su­wa­jąc bu­tel­kę w stro­nę Tine. Piwo to na­pój pleb­su. Wy­nio­sła to z domu.

- Ach, ja­cyś fa­ce­ci - Tine od­sta­wi­ła do­dat­ko­we piwo pod ław­kę. Kim­mie wie­dzia­ła, że do­brze jej się tu sie­dzi. Tu­taj czu­ła, że żyje. Bro­wa­rek w gar­ści, pie­nią­dze w kie­sze­ni, w po­żół­kłych pal­cach pa­pie­ro­sek.

- Opo­wiedz mi wszyst­ko, Tine.

- Och, Kim­mie, wiesz, że mam sła­bą pa­mięć. Hera, co nie? Tu­taj tro­chę szwan­ku­je - po­stu­ka­ła się w gło­wę. - Ale nic im nie mó­wi­łam. Po­wie­dzia­łam tyl­ko, że nie wiem, kim je­steś. - Wy­bu­chła śmie­chem. - Po­ka­za­li mi two­je zdję­cie, Kim­mie. - Po­krę­ci­ła gło­wą. - Daj spo­kój, ależ by­łaś wte­dy ład­na, ko­cha­nie!

Za­cią­gnę­ła się głę­bo­ko.

- Ja też kie­dyś by­łam pięk­na, na­praw­dę. Był taki je­den, co tak mó­wił. Na­zy­wał się... - spoj­rza­ła w górę. To też ule­cia­ło.

Kim­mie po­ki­wa­ła gło­wą.

- Czy ktoś jesz­cze o mnie py­tał?

Tine kiw­nę­ła gło­wą i wzię­ła ko­lej­ny łyk.

- Tacy dwaj, ale nie ra­zem. Je­den przy­szedł nocą, tuż przed za­mknię­ciem dwor­ca, zna­czy mu­sia­ło być koło czwar­tej. Zga­dza się, Kim­mie?

Kim­mie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wła­ści­wie to wszyst­ko jed­no. Wie­dzia­ła już, że jest ich dwóch.

- Ile to bę­dzie kosz­to­wać? - roz­legł się nad nimi głos. Po­stać wy­ro­sła tuż przed Kim­mie, ale ona nie re­ago­wa­ła. To był re­wir Tine.

- Za ile mi ob­cią­gniesz? - roz­le­gło się zno­wu.

Po­czu­ła w boku ło­kieć Tine.

- To do cie­bie, Kim­mie - po­wie­dzia­ła bez za­in­te­re­so­wa­nia. Tego dnia za­ro­bi­ła już, ile trze­ba.

Kim­mie pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła w twarz prze­cięt­ne­go fa­ce­ta, z rę­ka­mi w kie­sze­niach płasz­cza i ża­ło­snym wy­ra­zem twa­rzy.

- Spa­daj - po­wie­dzia­ła, mor­du­jąc go sa­mym wzro­kiem. - Spa­daj, bo ci rąb­nę.

Od­su­nął się i wy­pro­sto­wał, po czym uśmiech­nął się krzy­wo, jak­by groź­ba sama w so­bie go za­do­wa­la­ła.

- Pięć­set. Pięć­set, je­śli przed­tem prze­płu­czesz usta. Nie chcę mieć na ku­ta­sie two­jej fleg­my, ka­pu­jesz?

Wy­cią­gnął pie­nią­dze z kie­sze­ni i po­trzą­snął nimi, a gło­sy w gło­wie Kim­mie wzma­ga­ły się.

- No, da­waj! - wy­szep­tał je­den, po czym za­wo­ła­ły chó­rem: - Sam się o to pro­si!

Chwy­ci­ła sto­ją­cą pod ław­ką bu­tel­kę i przy­ło­ży­ła ją do ust, pod­czas gdy fa­cet pró­bo­wał wy­trzy­mać jej spoj­rze­nie.

Od­sko­czył zdu­mio­ny, gdy od­chy­li­ła gło­wę i splu­nę­ła mu pi­wem w ryj. Z wście­kło­ścią obej­rzał swój płaszcz i znów na nią spoj­rzał. Wie­dzia­ła, że te­raz jest nie­bez­piecz­ny. Na­pa­dy na Skel­b?k­ga­de nie na­le­ża­ły do rzad­ko­ści. Ta­mil­ski chło­pak roz­da­ją­cy ga­ze­ty przy skrzy­żo­wa­niu nie bę­dzie chciał się mie­szać.

Dla­te­go pod­nio­sła się i roz­bi­ła bu­tel­kę piwa na gło­wie fa­ce­ta, aż odłam­ki szkła pry­snę­ły na prze­krzy­wio­ną skrzyn­kę na li­sty po dru­giej stro­nie uli­cy. Krew utwo­rzy­ła del­tę przy uchu i po­cie­kła na koł­nierz płasz­cza. Męż­czy­zna pa­trzył na wy­ce­lo­wa­ny w sie­bie tu­li­pan. Pew­nie my­ślał go­rącz­ko­wo, jak to wy­ja­śni żo­nie, dzie­ciom, ko­le­gom. W koń­cu rzu­cił się pę­dem ku sta­cji, ze świa­do­mo­ścią, że ko­niecz­na bę­dzie in­ter­wen­cja le­ka­rza i nowy płaszcz, by wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my.

- Wi­dy­wa­łam już tego idio­tę - wy­beł­ko­ta­ła Tine, pa­trząc na roz­le­wa­ją­cą się po chod­ni­ku pla­mę piwa. - Cho­le­ra ja­sna, Kim­mie! Mu­szę iść do Al­di­ka po jesz­cze jed­ną bu­tel­kę, nie? Szko­da do­bre­go piwa! Że też ten du­reń mu­siał się przy­błą­kać, kie­dy nam było tak cho­ler­nie miło!

Kim­mie opu­ści­ła bu­tel­kę i ode­rwa­ła wzrok od od­da­la­ją­ce­go się fa­ce­ta, po czym wło­ży­ła pal­ce w spodnie, wy­cią­gnę­ła za­mszo­wą sa­szet­kę i otwo­rzy­ła ją. Wy­cin­ki z ga­zet były ak­tu­al­ne. Wy­mie­nia­ła je raz na ja­kiś czas, żeby na bie­żą­co się orien­to­wać, jak wy­glą­da­ją tam­ci. Wy­gła­dzi­ła wy­cin­ki i zbli­ży­ła je do twa­rzy Tine.

- Czy to ten o mnie py­tał? - po­ka­za­ła pal­cem zdję­cie z ga­ze­ty. Pod spodem wid­niał na­pis: "Ulrik Dyb­b?l Jen­sen, dy­rek­tor in­sty­tu­tu ana­liz gieł­do­wych UDJ, od­ma­wia współ­pra­cy z ze­spo­łem do­rad­ców oby­wa­tel­skich".

Z upły­wem cza­su Ulrik stał się wiel­ki, do­słow­nie i w prze­no­śni.

Tine spoj­rza­ła na wy­ci­nek zza nie­bie­ska­wej chmu­ry dymu z pa­pie­ro­sa i po­krę­ci­ła gło­wą.

- Ża­den nie był taki gru­by.

- A ten tu? - wy­ci­nek po­cho­dził z ko­bie­ce­go pi­sma, któ­re zna­la­zła w ko­szu na uli­cy ?ster Fa­ri­mags­ga­de. Z dłu­gi­mi wło­sa­mi i pro­mien­ną cerą Tor­sten Flo­rin wy­glą­dał na geja, ale nim nie był. Mo­gła o tym za­świad­czyć.

- Tego już kie­dyś wi­dzia­łam. W TvDan­mark albo w czymś ta­kim. Coś z modą, nie?

- Czy to on, Tine?

Za­chi­cho­ta­ła, jak­by to była za­ba­wa. Czy­li to nie Tor­sten.

Po po­ka­za­niu zdję­cia Di­tle­va Pra­ma Kim­mie scho­wa­ła wy­cin­ki z po­wro­tem do spodni. - Co ci fa­ce­ci o mnie mó­wi­li?

- Tyl­ko tyle, że cię szu­ka­ją, skar­bie.

- Roz­po­zna­ła­byś ich, jak­by­śmy ich po­szu­ka­ły?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Nie przy­cho­dzą co­dzien­nie, Kim­mie.

Kim­mie przy­gry­zła war­gi. Musi uwa­żać. Są co­raz bli­żej.

- Po­wiesz mi, jak ich znów zo­ba­czysz, ro­zu­miesz? Przyj­rzyj się, jak wy­glą­da­ją, do­brze? Za­pisz so­bie, to za­pa­mię­tasz. - Po­ło­ży­ła rękę na ko­la­nie Tine, wy­sta­ją­cym ni­czym ostrze noża spod prze­tar­tych dżin­sów. - Jak bę­dziesz mia­ła ja­kieś in­for­ma­cje, włóż je pod tam­tą żół­tą ta­blicz­kę - wska­za­ła ogło­sze­nie "Wy­na­jem sa­mo­cho­dów - ra­ba­ty".

Tine za­kasz­la­ła, ki­wa­jąc gło­wą.

- Do­sta­niesz ty­siąc ko­ron dla swo­je­go szczu­ra za każ­dą cen­ną in­for­ma­cję. Co ty na to, Tine? Twój szczur do­sta­nie nową klat­kę. Trzy­masz go wciąż u sie­bie, praw­da?

Przez pięć mi­nut sta­ła pod ta­bli­cą "Par­king" przy cha­rak­te­ry­stycz­nym szczy­cie bu­dyn­ku tłusz­czow­ni C. E. Bast, by się upew­nić, że Tine już na nią nie pa­trzy.

Nikt nie wie­dział, gdzie miesz­ka, i tak mia­ło po­zo­stać.

Prze­szła na ukos przez uli­cę do ku­tej bra­my, z na­ra­sta­ją­cym bó­lem gło­wy i pie­ką­cą skó­rą. Gniew i fru­stra­cja na­raz. De­mo­ny tego nie­na­wi­dzi­ły.

Kie­dy już sie­dzia­ła na wą­skiej pry­czy, z bu­tel­ką whi­sky w ręce, roz­glą­da­jąc się po ską­po oświe­tlo­nym po­ko­iku, ogar­nął ją spo­kój. To był jej praw­dzi­wy świat. Tu czu­ła się bez­piecz­nie. Tu było wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­ła. Tru­mien­ka z jej naj­uko­chań­szym ma­leń­stwem pod łóż­kiem, pla­kat z ba­wią­cy­mi się dzieć­mi na drzwiach, zdję­cie dziew­czyn­ki, ga­ze­ty, któ­re po­przy­kle­ja­ła do ścian dla izo­la­cji. Stos ubrań, noc­nik i ster­ta ga­zet na pod­ło­dze, dwie świe­tlów­ki na ba­te­rie, na pół­ce para bu­tów na zmia­nę. Z tym wszyst­kim mo­gła ro­bić, co tyl­ko chcia­ła, a je­śli za­pra­gnę­ła­by cze­goś no­we­go, było ją na to stać.

Za­śmia­ła się, czu­jąc dzia­ła­nie whi­sky, i spraw­dzi­ła otwo­ry w mu­rze za trze­ma ce­gła­mi. Ro­bi­ła to pra­wie za­wsze po po­wro­cie do swe­go dom­ku. Naj­pierw skryt­ka z kar­ta­mi kre­dy­to­wy­mi i ostat­ni­mi wy­dru­ka­mi z ban­ko­ma­tów, po­tem skryt­ka z go­tów­ką.

Każ­de­go dnia prze­li­cza­ła, ile jej zo­sta­ło. Żyła na uli­cy od je­de­na­stu lat, a zo­sta­ło jej jesz­cze 1.344.000. Je­śli bę­dzie żyła jak do­tąd, to nie zdo­ła ich wy­dać. Same pie­nią­dze z kra­dzie­ży wy­star­cza­ły z grub­sza na co­dzien­ne po­trze­by. Ubra­nie też kra­dła. Nie ja­dła dużo, a tak zwa­ny zo­rien­to­wa­ny proz­dro­wot­nie rząd za­dbał, by al­ko­hol kosz­to­wał gro­sze. Te­raz moż­na za­pić się na śmierć za pół ceny w tym pięk­nym kra­ju! Za­śmia­ła się zno­wu, wy­ję­ła z to­reb­ki gra­nat i wło­ży­ła do po­zo­sta­łych, le­żą­cych w trze­ciej skryt­ce. Po­tem sta­ran­nie wło­ży­ła ce­gły z po­wro­tem, tak że trud­no było co­kol­wiek za­uwa­żyć.

Tym ra­zem lęk zja­wił się bez uprze­dze­nia. Nie tak jak zwy­kle. Z re­gu­ły ostrze­ga­ły ją we­wnętrz­ne ob­ra­zy. Unie­sio­ne do cio­su dło­nie. Cza­sa­mi krew i oka­le­czo­ne cia­ła. In­nym ra­zem ulot­ne wspo­mnie­nia śmie­chu sprzed lat. Szept o zła­ma­nych obiet­ni­cach. Ale tym ra­zem gło­sy nie zdą­ży­ły jej ostrzec.

Za­drża­ła, czu­jąc w brzu­chu skur­cze ści­ska­ją­ce wnętrz­no­ści. Mdło­ści były nie­unik­nio­nym na­stęp­stwem, po­dob­nie jak łzy. Wcze­śniej pró­bo­wa­ła ga­sić po­żar uczuć al­ko­ho­lem, ale to tyl­ko po­gar­sza­ło spra­wę.

W ta­kich chwi­lach po pro­stu cze­ka­ła na zmrok, a go­dzi­ny mi­ja­ły.

Wsta­nie, kie­dy roz­ja­śni jej się w gło­wie. Wyj­dzie na sta­cję Dyb­b?ls­bro. Po­je­dzie win­dą na pe­ron 3 i po­cze­ka, aż obok prze­mknie po­ciąg. Wy­cią­gnie ra­mio­na, sta­nie na sa­mym brze­gu pe­ro­nu i po­wie:

- Nie uciek­nie­cie, by­dla­ki.

Po­tem po­zwo­li gło­som po­dej­mo­wać de­cy­zje.

6

- Lis, wiesz może, w jaki spo­sób ta spra­wa wy­lą­do­wa­ła na moim biur­ku?

Spoj­rza­ła na tecz­kę Car­la, po­pra­wia­jąc swo­ją nową, roz­wi­chrzo­ną fry­zu­rę. Wy­krzy­wio­ne w dół war­gi za­pew­ne ozna­cza­ły "nie".

Carl po­dał tecz­kę pani S?ren­sen.

- Może pani wie?

Rzut oka na pierw­szą stro­nę tecz­ki za­jął jej pięć se­kund.

- Nie­ste­ty nie - od­par­ła. W jej spoj­rze­niu cza­ił się triumf. Taka wła­śnie była pani S?ren­sen - kie­dy Carl miał pro­ble­my, prze­ży­wa­ła swo­je wiel­kie chwi­le.

Za­stęp­ca sze­fa, Lars Bj?rn, szef Wy­dzia­łu Za­bójstw ani ża­den z sze­fów bry­gad do­cho­dze­nio­wych też nie mie­li nic do po­wie­dze­nia. Tecz­ka spra­wy po pro­stu sama po­ło­ży­ła się na jego sto­le.

- Carl, dzwo­ni­łem na po­li­cję w Hol­b?k! - krzyk­nął As­sad ze swo­je­go ga­bi­ne­tu wiel­ko­ści pu­deł­ka po bu­tach. - O ile wie­dzą, tecz­ka znaj­du­je się w ich ar­chi­wum, tam gdzie po­win­na. Ale spraw­dzą to, jak będą mie­li czas.

Carl po­ło­żył na sto­le swo­je buty Ecco w roz­mia­rze czter­dzie­ści pięć.

- Co mó­wią w Ny­k?bing Sj?l­land?

- Chwi­lecz­kę. Dzwo­nię - As­sad za­gwiz­dał parę zwro­tek ja­kiejś smęt­nej pie­śni ze swo­jej oj­czy­zny, wy­stu­ku­jąc nu­mer. Brzmia­ła, jak­by gwiz­dał ją od tyłu. Nie­do­brze.

Carl uniósł wzrok na wi­szą­cą na ścia­nie ta­bli­cę kor­ko­wą. Wi­sia­ły tam w rzę­dzie wzru­sza­ją­co zgod­ne czo­łów­ki czte­rech ga­zet: bra­wu­ro­we roz­wią­za­nie spra­wy Me­re­te Lyng­ga­ard. De­par­ta­ment Q, nowo utwo­rzo­ną jed­nost­kę do spraw pod spe­cjal­nym nad­zo­rem, z Car­lem M?rc­kiem na cze­le, okre­śla­no jako za­wrot­ny suk­ces.

Spoj­rzał na swo­je zmę­czo­ne dło­nie, któ­re z le­d­wo­ścią obej­mo­wa­ły tę pie­przo­ną tecz­kę nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia, gru­bo­ści trzech cen­ty­me­trów. Sło­wo "suk­ces" pa­so­wa­ło­by w tym kon­tek­ście rów­nie do­brze do pa­dli­ny.

Wes­tchnął i prze­czy­tał za­war­tość po raz ko­lej­ny. Za­bój­stwo dwoj­ga mło­dych lu­dzi. Be­stial­ski mord. Po­dej­rze­wa się kil­ko­ro dzie­ci bo­ga­czy, a po dzie­wię­ciu la­tach zgła­sza się je­dy­ny go­ło­du­piec z ca­łej gru­py i przy­zna­je się do winy. Za ja­kieś trzy lata Th?ger­sen wyj­dzie na wol­ność. War­to za­uwa­żyć, że z kupą kasy za­ro­bio­nej na han­dlu ak­cja­mi pod­czas po­by­tu w pier­dlu. Czy to w ogó­le le­gal­ne? Moż­na grać na gieł­dzie w wię­zie­niu? Co za nie­przy­jem­na wi­zja.

Po raz trze­ci prze­czy­tał wni­kli­wie ko­pie ra­por­tów z prze­słu­chań i przej­rzał resz­tę spra­wy Bjar­ne­go Th?ger­se­na. Praw­do­po­dob­nie mor­der­ca nie znał wcze­śniej ofiar. Cho­ciaż ska­za­ny twier­dził, że spo­ty­kał się z ro­dzeń­stwem, nie moż­na było tego w ża­den spo­sób udo­wod­nić. Akta spra­wy wręcz temu prze­czy­ły.

Po­now­nie spoj­rzał na pierw­szą stro­nę tecz­ki. Było tam na­pi­sa­ne "Ko­men­da w Hol­b?k". Dla­cze­go nie Ny­k?bing? Dla­cze­go nie pra­co­wa­ła z nimi Lot­na Bry­ga­da? Czyż­by lu­dzie z Ny­k?bing byli za bli­sko spra­wy? O to cho­dzi­ło? Czy po pro­stu nie byli dość do­brzy?

- Hej, As­sad! - krzyk­nął przez za­la­ny zim­nym świa­tłem ko­ry­tarz. - Za­dzwoń do Ny­k?bing i za­py­taj, czy ktoś z tam­te­go po­ste­run­ku znał za­mor­do­wa­nych oso­bi­ście!

Z nory As­sa­da do­biegł w od­po­wie­dzi je­dy­nie od­głos roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej.

Carl wstał i prze­szedł przez ko­ry­tarz.

- As­sad, za­py­taj, czy ktoś z po­ste­run­ku...

As­sad po­wstrzy­mał go ru­chem ręki. Był po­chło­nię­ty roz­mo­wą.

- Tak, tak, tak - po­wta­rzał do słu­chaw­ki, po czym roz­le­gło się jesz­cze z dzie­sięć po­dob­nych przy­tak­nięć.

Carl wes­tchnął cięż­ko i po­wiódł wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Na re­ga­le As­sa­da po­ja­wi­ło się wię­cej zdjęć w ram­kach. Fot­ka dwóch star­szych ko­biet biła na gło­wę wszyst­kie inne ro­dzin­ne zdję­cia. Jed­na z nich mia­ła ciem­ny puch nad gór­ną war­gą, dru­ga była zu­peł­nie za­ma­za­na. Za to jej wło­sy były wy­raź­ne i przy­po­mi­na­ły kask mo­to­cy­klo­wy. Ciot­ki As­sa­da, jak oce­nił Carl.

Wska­zał zdję­cia, gdy As­sad odło­żył słu­chaw­kę.

- To moje ciot­ki z Ha­mah. Ta z wło­sa­mi już nie żyje.

Carl kiw­nął gło­wą. Nic dziw­ne­go, są­dząc po jej wy­glą­dzie.

- Co po­wie­dzie­li w Ny­k?bing?

- Oni też nam nie przy­sła­li tej spra­wy, Carl. Nie mo­gli tak zro­bić, bo mie­li do­bre po­wo­dy - wca­le jej nie do­sta­li.

- Aha. Ale w ak­tach spra­wy jest na­pi­sa­ne, że lu­dzie z Ny­k?bing, z Hol­b?k i z Lot­nej Bry­ga­dy pra­co­wa­li nad nią wspól­nie.

- Nie. Mó­wią, że ci z Ny­k?bing prze­pro­wa­dzi­li tyl­ko oglę­dzi­ny zwłok, a po­tem prze­ka­za­li spra­wę da­lej.

- Tak? W su­mie to dziw­ne. Wiesz może, czy ko­goś z Ny­k?bing łą­czy­ły oso­bi­ste re­la­cje z ofia­ra­mi?

- I tak, i nie.

- Tak? Dla­cze­go?

- Po­nie­waż za­mor­do­wa­ni byli dzieć­mi jed­ne­go z de­tek­ty­wów. - Wska­zał swo­je no­tat­ki. - Na­zy­wał się Hen­ning P. J?r­gen­sen.

Carl po­my­ślał o zmal­tre­to­wa­nej dziew­czy­nie. To był naj­gor­szy kosz­mar każ­de­go po­li­cjan­ta - zna­leźć cia­ła wła­snych dzie­ci.

- Tak, to smut­ne. Ale wie­my też, dla­cze­go spra­wa zo­sta­ła wzno­wio­na. Za tym na pew­no kry­ją się po­wo­dy oso­bi­ste. Po­wie­dzia­łeś, że i tak, i nie. Dla­cze­go?

As­sad oparł się na krze­śle.

- Bo na po­ste­run­ku nie ma już ni­ko­go spo­krew­nio­ne­go z dzieć­mi. Tuż po zna­le­zie­niu ciał ich oj­ciec po­je­chał z po­wro­tem na po­ste­ru­nek w Ny­k?bing Sj?l­land. Przy­wi­tał się z dy­żur­nym, po­szedł pro­sto do ma­ga­zy­nu bro­ni i strze­lił ze służ­bo­we­go pi­sto­le­tu do­kład­nie tu. - Przy­tknął krót­kie pal­ce do skro­ni.

Re­for­ma po­li­cji nio­sła ze sobą wie­le oso­bli­wo­ści. Okrę­gi nie na­zy­wa­ły się już tak samo, lu­dzie nie no­si­li tych sa­mych ty­tu­łów, po­prze­no­szo­no ar­chi­wa. Ogól­nie rzecz bio­rąc, więk­szość z tru­dem od­naj­dy­wa­ła się w ca­łym tym roz­gar­dia­szu. Wie­lu wy­ko­rzy­sta­ło oka­zję, by wy­sko­czyć w bie­gu i za­mie­nić sto­pień po­li­cyj­ny na przed­wcze­sną eme­ry­tu­rę.

Kie­dyś przej­ście po­li­cjan­ta na eme­ry­tu­rę to nie były żar­ty. Śred­nia dłu­gość ży­cia eme­ry­to­wa­ne­go po­li­cjan­ta, po­prze­dzo­ne­go wy­czer­pu­ją­cą ka­rie­rą za­wo­do­wą, nie była na­wet dwu­cy­fro­wa. Tyl­ko dzien­ni­ka­rze byli w gor­szej sy­tu­acji, ale ta gru­pa za­wo­do­wa wy­pi­ja­ła też wię­cej piwa. Na coś trze­ba umrzeć.

Carl znał de­tek­ty­wów, któ­rzy wy­cią­gnę­li ko­py­ta po nie­ca­łym roku eme­ry­tu­ry, po­zo­sta­wia­jąc świat w rę­kach ko­lej­nych osił­ków w mun­du­rach. Ale na szczę­ście te cza­sy już się koń­czy­ły. Na­wet po­li­cjan­ci chcie­li cie­szyć się ży­ciem i zo­ba­czyć wnu­ki w stu­denc­kich bi­re­tach. W kon­se­kwen­cji wie­le osób ode­szło ze służ­by, jak na przy­kład Kla­es Tho­ma­sen, eme­ry­to­wa­ny po­li­cjant z Ny­k?bing Sj?l­land, któ­ry wła­śnie ich przy­wi­tał, pre­zen­tu­jąc ob­wi­słe brzu­szy­sko. Trzy­dzie­ści pięć lat w po­li­cji - i star­czy, jak mó­wił. Te­raz cią­gnę­ło go bar­dziej do żony i domu. Carl do­brze go ro­zu­miał. Cho­ciaż kwe­stia żony była bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Oczy­wi­ście z tech­nicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia Carl nadal miał żonę, ale wła­śnie mi­jał rok i dzień, od­kąd od nie­go ode­szła. Jej mło­dzi ko­cha­sie z ko­zią bród­ką na pew­no by pro­te­sto­wa­li, gdy­by pró­bo­wał ją od­zy­skać.

Gdy­by w ogó­le chciał.

- Ma pan so­bie ład­ny dom - po­wie­dział As­sad, wy­glą­da­jąc z po­dzi­wem przez okna z wi­do­kiem na pola wo­kół Sten­l?se i wy­pie­lę­gno­wa­ny traw­nik Kla­esa Tho­ma­se­na.

- Dzię­ku­je­my, że ze­chciał się pan z nami spo­tkać, pa­nie Tho­ma­sen - do­dał Carl. - Nie ma już wie­lu osób, któ­re zna­ły Hen­nin­ga J?r­gen­se­na jako po­li­cjan­ta.

Uśmiech Kla­esa Tho­ma­se­na zbladł.

- Naj­lep­szy ko­le­ga i przy­ja­ciel, ja­kie­go moż­na so­bie wy­obra­zić. Miesz­ka­li­śmy wte­dy drzwi w drzwi. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go się prze­pro­wa­dzi­li­śmy. Nie po­tra­fi­li­śmy dłu­żej tam miesz­kać, gdy wdo­wa po nim roz­cho­ro­wa­ła się i osza­la­ła. Za dużo złych wspo­mnień.

- Do­my­ślam się, że Hen­ning J?r­gen­sen nie był przy­go­to­wa­ny na to, kogo znaj­dzie w domu let­ni­sko­wym?

Po­krę­cił gło­wą.

- Otrzy­ma­li­śmy we­zwa­nie od są­sia­da, któ­ry tam zaj­rzał przy­pad­kiem i zna­lazł za­mor­do­wa­ne dzie­cia­ki. Za­dzwo­nił na po­ste­ru­nek. To ja ode­bra­łem we­zwa­nie. J?r­gen­sen w tym dniu miał wol­ne. Zo­ba­czył rząd sa­mo­cho­dów po­li­cyj­nych przed swo­im dom­kiem, kie­dy przy­je­chał po dzie­ci. Na­stęp­ne­go dnia mie­li pójść do trze­ciej kla­sy li­ceum.

- Był pan na miej­scu, kie­dy przy­je­chał?

- Tak, ra­zem z tech­ni­ka­mi i sze­fem bry­ga­dy do­cho­dze­nio­wej - po­krę­cił gło­wą. - Tak, on też już nie żyje. Wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy!

As­sad wy­cią­gnął no­tes i za­czął pi­sać. Wkrót­ce jego po­moc­nik bę­dzie cał­kiem sa­mo­dziel­ny. Już się na to cie­szył.

- Co pan za­stał w tym dom­ku? Tak ogól­nie - za­py­tał.

- Wszyst­kie drzwi i okna były otwar­te na oścież. Róż­ne śla­dy bu­tów. Sa­mych bu­tów nie zna­leź­li­śmy, ale pia­sek zna­le­zio­ny na miej­scu po­cho­dził z ta­ra­su domu jed­ne­go z po­dej­rza­nych. Jak we­szli­śmy do po­ko­ju ko­min­ko­we­go, zo­ba­czy­li­śmy na pod­ło­dze zwło­ki. - Usiadł przy sto­le i ge­stem po­le­cił im to samo.

- Wi­do­ku dziew­czy­ny wo­lał­bym nie pa­mię­tać, sam pan ro­zu­mie. Prze­cież ją zna­łem - po­wie­dział, pod­czas gdy jego żona o przy­pró­szo­nych si­wi­zną wło­sach na­le­wa­ła kawę. As­sad od­mó­wił, ale go zi­gno­ro­wa­ła.

- Nig­dy nie wi­dzia­łem tak zma­sa­kro­wa­ne­go cia­ła - cią­gnął. - Była taka drob­na i chu­dziut­ka. Nie ro­zu­miem, jak uda­ło jej się tak dłu­go prze­żyć.

- Co pan ma na my­śli?

- Sek­cja zwłok wy­ka­za­ła, że kie­dy ją zo­sta­wi­li, jesz­cze żyła. Może na­wet przez go­dzi­nę. Krwo­tok z wą­tro­by sku­mu­lo­wał się w ja­mie brzusz­nej. Stra­ci­ła za dużo krwi.

- Mor­der­cy ry­zy­ko­wa­li.

- Wła­ści­wie nie. Jej mózg był tak uszko­dzo­ny, że nie wnio­sła­by nic do spra­wy, na­wet gdy­by prze­ży­ła. To było wi­dać na pierw­szy rzut oka - na samą myśl od­wró­cił twarz w stro­nę pól. Carl znał to uczu­cie. We­wnętrz­ne ob­ra­zy spra­wia­ją, że trze­ba spoj­rzeć na świat z in­nej per­spek­ty­wy. Sta­nąć obok.

- Mor­der­cy o tym wie­dzie­li?

- Tak. Otwar­te wgnie­ce­nie czasz­ki nie bu­dzi wąt­pli­wo­ści. Było na sa­mym środ­ku czo­ła, nie­trud­no było za­uwa­żyć. Dość nie­zwy­kłe umiej­sco­wie­nie.

- A chło­pak?

- Le­żał obok ze zdzi­wio­nym, ale spo­koj­nym wy­ra­zem twa­rzy. To był taki do­bry chło­pak. Spo­tka­łem go parę razy w domu i na po­ste­run­ku. Chciał być po­li­cjan­tem, tak jak oj­ciec - zwró­cił wzrok w stro­nę Car­la. Rzad­ko wi­dy­wa­ło się za­pra­wio­ne­go w boju po­li­cjan­ta o tak smut­nych oczach.

- Oj­ciec przy­szedł i zo­ba­czył to wszyst­ko?

- Nie­ste­ty tak - po­krę­cił gło­wą. - Chciał od razu za­brać cia­ła dzie­ci. Mio­tał się w roz­pa­czy po miej­scu zda­rze­nia i pew­nie za­tarł śla­dy. Mu­sie­li­śmy użyć siły, by go stam­tąd wy­cią­gnąć. Do dziś tego ża­łu­ję.

- I wte­dy prze­ka­za­li­ście spra­wę lu­dziom z Hol­b?k?

- Nie, za­bra­no ją nam - kiw­nął gło­wą do żony. Stół był już suto za­sta­wio­ny. - Cia­stecz­ko? - za­py­tał, jak­by chciał, by już po­dzię­ko­wa­li i wy­szli.

- Czy­li to dzię­ki panu spra­wa zna­la­zła się u nas?

- Nie - wy­pił łyk kawy i zer­k­nął na no­tat­ki As­sa­da. - Ale cie­szę się, że spra­wę wzno­wio­no. Za­wsze mam sko­pa­ny dzień, gdy wi­dzę w te­le­wi­zji tych gnoj­ków Di­tle­va Pra­ma, Tor­ste­na Flo­ri­na i tego fa­ce­ta z gieł­dy.

- Wi­dzę, że ma pan wła­sne zda­nie na te­mat winy.

- Cho­le­ra, mogę się o to za­ło­żyć!

- A co ze ska­za­nym Bjar­nem Th?ger­se­nem?

Sto­py eme­ry­to­wa­ne­go po­li­cjan­ta za­czę­ły za­ta­czać koła po par­kie­cie, ale jego twarz była spo­koj­na.

- Zro­bi­li to ra­zem, ta ku­rew­ska ban­da bo­ga­tych ba­cho­rów, niech mi pan wie­rzy. Di­tlev Pram, Tor­sten Flo­rin, gość z gieł­dy i ta dziew­czy­na. Ten gów­niarz Bjar­ne Th?ger­sen też pew­nie z nimi był, ale zro­bi­li to ra­zem. I Kri­stian Wolf, szó­sty z nich. On nie umarł tak po pro­stu, na atak ser­ca. We­dług mo­jej teo­rii tam­ci go usu­nę­li, bo stchó­rzył. To też było mor­der­stwo.

- O ile wiem, Kri­stian Wolf zgi­nął od przy­pad­ko­we­go po­strza­łu, praw­da? We­dług ra­por­tu sam się po­strze­lił w udo. Wy­krwa­wił się na śmierć, bo w po­bli­żu nie było in­nych uczest­ni­ków po­lo­wa­nia.

- W ogó­le w to nie wie­rzę. To było mor­der­stwo.

- A na czym wspie­ra pan tę teo­rię? - As­sad po­chy­lił się nad sto­łem i chwy­cił cia­stecz­ko, pa­trząc na Tho­ma­se­na.

Tho­ma­sen wzru­szył ra­mio­na­mi. In­tu­icja po­li­cjan­ta. Co As­sad może o tym wie­dzieć? - my­ślał za­pew­ne.

- Aha, ale może jest coś zwią­za­ne­go z mor­der­stwa­mi w R?rvig, na co mo­gli­by­śmy spoj­rzeć, a nie znaj­dzie­my tego w in­nych miej­scach? - cią­gnął As­sad.

Kla­es Tho­ma­sen pod­su­nął As­sa­do­wi mi­secz­kę z ciast­ka­mi.

- Nie są­dzę.

- Więc kto? - na­le­gał As­sad, od­su­wa­jąc mi­secz­kę. - Kto nam może da­lej po­móc? Je­śli się tego nie do­wie­my, spra­wa wró­ci na kupę.

Za­ska­ku­ją­co cel­na uwa­ga.

- Spró­buj­cie skon­tak­to­wać się z żoną Hen­nin­ga, Mar­thą J?r­gen­sen. Po mor­der­stwach i sa­mo­bój­stwie męża ca­ły­mi mie­sią­ca­mi cho­dzi­ła od drzwi do drzwi śled­czych. Po­roz­ma­wiaj­cie z Mar­thą.

2

Di­tlev Pram wie­dział, że jest przy­stoj­nym męż­czy­zną. W biz­nes kla­sie sa­mo­lo­tu ko­bie­ty nie pro­te­sto­wa­ły, gdy opo­wia­dał o swo­im lam­bor­ghi­ni i o tym, jak szyb­ko do­jeż­dża do po­sia­dło­ści w Rung­sted.

Tym ra­zem skie­ro­wał po­żą­da­nie ku ko­bie­cie z de­li­kat­nym pusz­kiem na kar­ku, no­szą­cej oku­la­ry w gru­bych czar­nych opraw­kach, któ­re nada­wa­ły jej twa­rzy wy­raz nie­przy­stęp­no­ści. Krę­ci­ło go to.

Pró­by na­wią­za­nia kon­tak­tu nie przy­no­si­ły re­zul­ta­tu. Za­ofe­ro­wał jej "The Eco­no­mist" ze zdję­ciem oświe­tlo­nej w kontrze elek­trow­ni ato­mo­wej na pierw­szej stro­nie, ale otrzy­mał tyl­ko od­mow­ny gest ręką. Za­dbał, by do­sta­ła drin­ka, ale go nie wy­pi­ła. A kie­dy sa­mo­lot ze Szcze­ci­na wy­lą­do­wał punk­tu­al­nie na lot­ni­sku Ka­strup, całe dzie­więć­dzie­siąt cen­nych mi­nut było zmar­no­wa­nych.

Ta­kie rze­czy bu­dzi­ły w nim agre­sję.

Po­szedł pro­sto szkla­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi Ter­mi­na­lu 3 i zo­ba­czył, jak jego ofia­ra wcho­dzi na ru­cho­mą ta­śmę dla pie­szych. Ja­kiś czło­wiek ma­ją­cy trud­no­ści z cho­dze­niem zmie­rzał w stro­nę ru­cho­me­go chod­ni­ka.

Di­tlev przy­spie­szył i zna­lazł się przy ta­śmie aku­rat w chwi­li, gdy star­szy pan sta­wiał na niej nogę. Di­tlev wy­obra­ził to so­bie do­kład­nie: gdy­by dys­kret­nie go pod­ciął, ten łup­nął­by w ta­flę z plek­si­gla­su, a po­tem je­chał­by po niej gębą w tych krzy­wych bry­lach, go­rącz­ko­wo pró­bu­jąc się pod­nieść.

Miał wiel­ką ocho­tę wpro­wa­dzić my­śli w czyn, taki już był. Dla nie­go i dla in­nych z gru­py było to na­tu­ral­ne. Ani eks­cy­tu­ją­ce, ani wsty­dli­we. Gdy­by na­praw­dę to zro­bił, by­ła­by to w su­mie wina tej baby. Prze­cież mo­gła po pro­stu z nim pójść. Za go­dzi­nę le­że­li­by w jego sy­pial­ni.

Sama tego chcia­ła, cho­le­ra.

Ko­mór­ka za­dzwo­ni­ła w chwi­li, gdy w lu­ster­ku wstecz­nym zni­ka­ła re­stau­ra­cja "Strand­m?l­le­kro­en", a przed nim roz­po­star­ło się mi­go­czą­ce mo­rze.

- Tak - po­wie­dział, spo­glą­da­jąc na wy­świe­tlacz.

Dzwo­nił Ulrik.

- Taki je­den ją wi­dział parę dni temu - oznaj­mił. - Na przej­ściu dla pie­szych przy dwor­cu głów­nym na Bern­storf­fs­ga­de.

Di­tlev wy­łą­czył od­twa­rzacz mp3.

- Okej. Kie­dy do­kład­nie?

- W ze­szły po­nie­dzia­łek. Dzie­sią­te­go wrze­śnia. Koło dzie­wią­tej wie­czo­rem.

- Co zro­bi­łeś w tej spra­wie?

- Tor­sten i ja po­krę­ci­li­śmy się tam. Nie było jej.

- Tor­sten tam był?

- Tak. Wiesz, jak to wy­glą­da­ło. Nie było z nie­go po­żyt­ku.

- Kto zo­stał wy­zna­czo­ny do tego za­da­nia?

- Aal­b?k.

- Do­brze. Jak wy­glą­da­ła?

- Po­dob­no była cał­kiem nie­źle ubra­na. Chud­sza niż wcze­śniej. Ale śmier­dzia­ła.

- Śmier­dzia­ła?

- Tak, po­tem i szczy­na­mi.

Di­tlev kiw­nął gło­wą. To było w Kim­mie naj­gor­sze. Po­tra­fi­ła nie tyl­ko zni­kać na całe mie­sią­ce czy lata, ale też nig­dy nie było wia­do­mo, kim jest. Nie­wi­dzial­na i na­gle w nie­przy­jem­ny spo­sób wi­docz­na. Sta­no­wi­ła naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo w ich ży­ciu. Je­dy­ne, ja­kie rze­czy­wi­ście mo­gło im za­gra­żać.

- Tym ra­zem mu­si­my ją mieć, ka­pu­jesz, Ulrik?

- A my­ślisz, że po co, kur­wa, dzwo­nię?

5

Na mu­rze, nad trze­ma okna­mi szpro­so­wy­mi wid­niał na­pis "Ca­ra­cas". Wil­lę zbu­do­wa­no za for­tu­nę za­ro­bio­ną na han­dlu kawą.

Di­tlev Pram na­tych­miast od­krył po­ten­cjał bu­dyn­ku. Kil­ka ko­lumn tu i tam. Parę kil­ku­me­tro­wych ścian z zie­lon­ka­we­go szkła. Rów­ne li­nie fon­tann z szem­rzą­cą wodą i gład­kie po­wierzch­nie traw­ni­ków z fu­tu­ry­stycz­ny­mi rzeź­ba­mi, cią­gną­ce się do cie­śni­ny ?re­sund - tyle wy­star­czy­ło, żeby stwo­rzyć za­ple­cze dla naj­now­sze­go szpi­ta­la na wy­brze­żu Rung­sted­ky­sten. Spe­cjal­ność - chi­rur­gia szczę­ko­wa i pla­stycz­na. Nie­zbyt ory­gi­nal­ne, za to nad­zwy­czaj in­trat­ne, za­rów­no dla Di­tle­va, jak i dla za­trud­nio­nych u nie­go hin­du­skich i wschod­nio­eu­ro­pej­skich le­ka­rzy i den­ty­stów.

On, jego star­szy brat i dwie młod­sze sio­stry odzie­dzi­czy­li for­tu­nę, któ­rej oj­ciec do­ro­bił się na spe­ku­la­cjach ak­cja­mi i agre­syw­nych prze­ję­ciach w la­tach osiem­dzie­sią­tych. Di­tlev zaś pil­nie strzegł swo­je­go spad­ku. Obec­nie jego im­pe­rium obej­mo­wa­ło szes­na­ście szpi­ta­li, a czte­ry ko­lej­ne były w fa­zie pro­jek­to­wa­nia. Di­tlev z po­wo­dze­niem re­ali­zo­wał am­bi­cję, by przy­najm­niej pięt­na­ście pro­cent do­cho­dów z ope­ra­cji pla­stycz­nych pier­si i li­ftin­gów twa­rzy z ca­łej Eu­ro­py Pół­noc­nej za­si­la­ło jego kon­to. Trud­no o ma­jęt­ną ko­bie­tę na pół­noc od Schwarz­wal­du, któ­ra nie po­pra­wia­ła­by na­tu­ry na sto­le ope­ra­cyj­nym Di­tle­va Pra­ma. Krót­ko mó­wiąc, szło mu do­sko­na­le.

Je­dy­nym zmar­twie­niem była Kim­mie. Od dzie­wię­ciu lat mę­czy­ła go sama myśl o jej ist­nie­niu. Miał już tego do­syć.

Po­pra­wił wiecz­ne pió­ro Mont Blanc, le­żą­ce krzy­wo na biur­ku, i spoj­rzał jesz­cze raz na mar­ko­wy ze­ga­rek.

Zo­sta­ło jesz­cze spo­ro cza­su. Aal­b?k bę­dzie tu do­pie­ro za dwa­dzie­ścia mi­nut. Pięć mi­nut póź­niej przyj­dzie Ulrik, może zja­wi się też Tor­sten, Bóg ra­czy wie­dzieć.

Wstał i prze­szedł wy­ło­żo­ny­mi he­ba­nem ko­ry­ta­rza­mi obok od­dzia­łu szpi­tal­ne­go i sal ope­ra­cyj­nych. Przy­jaź­nie i za­chę­ca­ją­co ski­nął gło­wą w stro­nę pra­cow­ni­ków świa­do­mych fak­tu, że jest tu nie­po­dziel­nym wład­cą, po czym pchnął drzwi do kuch­ni, po­ło­żo­nej na naj­niż­szym po­zio­mie, ze wspa­nia­łym wi­do­kiem na bla­do­błę­kit­ne nie­bo i cie­śni­nę ?re­sund.

Po­dał rękę ku­cha­rzo­wi i po­chwa­lił go, wpra­wia­jąc w za­kło­po­ta­nie, po czym po­kle­pał po ra­mie­niu jego po­moc­ni­ków i znik­nął w pral­ni.

Wy­li­czył, że fir­ma pral­ni­cza Be­rend­sen Te­xtil Se­rvi­ce do­star­cza­ła­by po­ściel szyb­ciej i ta­niej, ale nie o to cho­dzi­ło w po­sia­da­niu wła­snej pral­ni. W ten spo­sób nie tyl­ko pra­nie było ła­two do­stęp­ne, ale rów­nież sześć dziew­czyn z Fi­li­pin, któ­re pra­co­wa­ły w ob­słu­dze. Czym wo­bec tego były pie­nią­dze?

Wi­dział, że mło­de, ciem­no­skó­re ko­bie­ty kulą się na jego wi­dok, i jak zwy­kle go to roz­ba­wi­ło. Chwy­cił naj­bliż­szą i wcią­gnął ją do ma­ga­zy­nu z po­ście­lą. Wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną, ale zna­ła się na rze­czy. To była ta z naj­węż­szy­mi bio­dra­mi i naj­mniej­szym biu­stem, za to naj­bar­dziej do­świad­czo­na. Po­bie­ra­ła na­uki w bur­de­lach Ma­ni­li, a w po­rów­na­niu z nimi jej prze­ży­cia tu­taj były pest­ką.

Zdję­ła mu spodnie i bez dal­szych wstę­pów przy­ssa­ła się do jego człon­ka. Jed­ną ręką ma­so­wa­ła mu pod­brzu­sze, a dru­gą wkła­da­ła so­bie pe­nis do ust, pod­czas gdy Di­tlev bił ją po bar­kach i ra­mio­nach.

Nig­dy nie osią­gał z nią sa­tys­fak­cji, or­gazm wkra­dał się w jego tkan­ki inną dro­gą. Gdy pa­da­ły cio­sy, pom­pa tło­czą­ca ad­re­na­li­nę dzia­ła­ła peł­ną parą i już po paru mi­nu­tach mu wy­star­czy­ło.

Od­su­nął się, pod­cią­gnął ją za wło­sy i wsa­dził ję­zyk głę­bo­ko do jej ust, zdej­mu­jąc jej majt­ki i wkła­da­jąc pal­ce do po­chwy. Kie­dy po­pchnął ją z po­wro­tem na pod­ło­gę, obo­je mie­li już do­syć.

Po­pra­wił ubra­nie, wło­żył jej w usta bank­not ty­siąc­ko­ro­no­wy i opu­ścił pral­nię, kła­nia­jąc się wszyst­kim przy­jaź­nie. Dziew­czy­ny wy­glą­da­ły tak, jak­by od­czu­ły ulgę, a nie po­win­ny. Jego ob­chód po kli­ni­ce Ca­ra­cas bę­dzie trwał jesz­cze przez cały przy­szły ty­dzień. Niech po­czu­ją, kto tu rzą­dzi.

Tego ran­ka pry­wat­ny de­tek­tyw wy­glą­dał jak ścier­wo. Do­praw­dy nie­po­żą­da­ny kon­trast z lśnią­cym ga­bi­ne­tem Di­tle­va. Było wi­dać aż na­zbyt wy­raź­nie, że ten tycz­ko­wa­ty czło­wiek spę­dził całą noc na ko­pen­ha­skich uli­cach, ale, do cho­le­ry, czy nie za to wła­śnie mu pła­ci­li?

- Jak tam, Aal­b?k? - wark­nął Ulrik, sie­dzą­cy obok Di­tle­va, i wy­cią­gnął nogi pod sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym. - Coś no­we­go w spra­wie za­gi­nio­nej Kir­sten-Ma­rie Las­sen?

"Za­wsze tak roz­po­czy­na roz­mo­wy z Aal­b?kiem" - po­my­ślał Di­tlev, wpa­tru­jąc się gniew­nie w ciem­no­sza­re fale za pa­no­ra­micz­ny­mi okna­mi.

Do li­cha, żeby to się już skoń­czy­ło. Żeby pa­mięć o Kim­mie prze­sta­ła go gnę­bić. Kie­dy ją zła­pią, musi znik­nąć na do­bre. Już on coś wy­my­śli.

De­tek­tyw roz­pro­sto­wał kark, tłu­miąc ziew­nię­cie.

- Fa­cet z za­kła­du szew­skie­go na dwor­cu wi­dział Kim­mie kil­ka razy. Cho­dzi z wa­liz­ką na kół­kach, a ostat­nio mia­ła na so­bie spód­ni­cę w szkoc­ką kra­tę. Ogól­nie ten sam strój, w któ­rym wi­dzia­ła ją ko­bie­ta przy Ti­vo­li. Ale o ile wiem, Kim­mie nie przy­cho­dzi re­gu­lar­nie na dwo­rzec. W ogó­le ni­cze­go nie robi re­gu­lar­nie. Py­ta­łem tam wszyst­kich. Pra­cow­ni­ków ko­lei, po­li­cję, włó­czę­gów, sprze­daw­ców. Kil­ka osób wie o jej ist­nie­niu, ale nie ma po­ję­cia, gdzie prze­by­wa ani kim jest.

- Mu­sisz za­trud­nić eki­pę do ca­ło­do­bo­we­go mo­ni­to­ro­wa­nia dwor­ca, do­pó­ki ona znów się nie zja­wi. - Ulrik wstał. Był wy­so­kim męż­czy­zną, ale spra­wiał wra­że­nie niż­sze­go, kie­dy mó­wił o Kim­mie. Być może jako je­dy­ny spo­śród nich rze­czy­wi­ście był w niej za­ko­cha­ny. Cie­ka­we, czy nadal drę­czy­ło go to, że tyl­ko on jej nig­dy nie miał - po­my­ślał Di­tev po raz enty i za­śmiał się w du­chu.

- Ca­ło­do­bo­wy mo­ni­to­ring? To bę­dzie was cho­ler­nie dużo kosz­to­wa­ło - od­parł Aal­b?k. Już miał wy­cią­gnąć kal­ku­la­tor ze swo­jej ża­ło­snej tor­by, ale nie zdą­żył.

- Daj spo­kój! - wrza­snął Di­tlev, chcąc rzu­cić mu czymś w gło­wę, ale zre­zy­gno­wał. - Nie waż się mó­wić o pie­nią­dzach, bo gów­no o nich wiesz, ka­pu­jesz? Ile to może być, Aal­b?k? Pa­rę­set ty­się­cy? Coś w tym sty­lu? A jak my­ślisz, ile Ulrik, Tor­sten i ja zdą­ży­li­śmy za­ro­bić, ga­da­jąc o two­ich nędz­nych staw­kach? - Wziął jed­nak wiecz­ne pió­ro i rzu­cił w jego stro­nę. Ce­lo­wał w oko, ale nie tra­fił.

Póź­niej, kie­dy drzwi się za­mknę­ły za chu­dą po­sta­cią Aal­b?ka, Ulrik pod­niósł pió­ro Mont Blanc i wło­żył do kie­sze­ni.

- Zna­le­zio­ne nie­kra­dzio­ne - po­wie­dział ze śmie­chem.

Di­tlev tego nie sko­men­to­wał. Na­stęp­nym ra­zem niech Ulrik le­piej uwa­ża.

- Tor­sten się dziś ode­zwał? - za­py­tał.

Z twa­rzy Ulri­ka znik­nął cały en­tu­zjazm.

- Tak, dziś rano po­je­chał na wieś do Grib­skov.

- Czy jemu jest kom­plet­nie wszyst­ko jed­no, co tu się dzie­je?

Ulrik wzru­szył ra­mio­na­mi, szer­szy­mi niż kie­dy­kol­wiek. Tak to jest, kie­dy ma się w domu ku­cha­rza, któ­re­go spe­cjal­no­ścią jest foie gras.

- Nie jest w naj­lep­szej for­mie, Di­tlev.

- Aha. Czy­li mu­si­my ra­dzić so­bie sami, tak? - Di­tlev za­gryzł zęby. Któ­re­goś dnia Tor­sten na­praw­dę się za­ła­mie, mu­szą się z tym li­czyć. A wte­dy bę­dzie rów­nie nie­bez­piecz­ny, co Kim­mie.

Di­tlev czuł, że Ulrik mu się przy­glą­da.

- Nie zro­bisz nic Tor­ste­no­wi, praw­da, Di­tlev?

- Oczy­wi­ście, że nic nie zro­bię, chło­pie. Prze­cież to Tor­sten.

Przez chwi­lę pa­trzy­li na sie­bie jak dra­pież­ni­ki. Z po­chy­lo­ny­mi gło­wa­mi mie­rzy­li się wzro­kiem. Di­tlev wie­dział, że w kon­ku­ren­cji zwa­nej upo­rem nig­dy nie za­trium­fu­je nad Ulri­kiem Dyb­b?lem Jen­se­nem. Jego oj­ciec stwo­rzył ro­dzin­ny in­sty­tut ana­liz gieł­do­wych, ale to Ulrik przy­spo­rzył mu nie­zrów­na­nych wpły­wów. Kie­dy przy czymś ob­sta­wał, mu­sia­ło być po­dług jego woli. Za wszel­ką cenę.

- No, Ulrik - prze­rwał ci­szę Di­tlev. - Niech Aal­b?k wy­ko­na swo­ją ro­bo­tę, to zo­ba­czy­my.

Wy­raz twa­rzy Ulri­ka się zmie­nił.

- Po­lo­wa­nie na ba­żan­ty przy­go­to­wa­ne? - za­py­tał, pod­eks­cy­to­wa­ny jak dziec­ko.

- Tak, Bent Krum ze­brał całą eki­pę. W czwar­tek o szó­stej rano w go­spo­dzie "Tra­ne­k?r". Mu­si­my za­pro­sić miej­sco­wych dup­ków, ale pew­nie po raz ostat­ni.

Ulrik za­śmiał się.

- Wi­dzę, że ma­cie ja­kiś plan na po­lo­wa­nie.

Di­tlev kiw­nął gło­wą.

- Tak, prze­wi­dy­wa­na jest nie­spo­dzian­ka.

Szczę­ki Ulri­ka za­czę­ły pra­co­wać. Było wi­dać, że myśl go pod­nie­ci­ła. Pod­nie­co­ny i nie­cier­pli­wy - to była praw­dzi­wa na­tu­ra Ulri­ka.

- Co po­wiesz, Ulrik? Spraw­dzisz ze mną, co sły­chać w pral­ni u dziew­czy­nek z Fi­li­pin?

Ulrik pod­niósł gło­wę i zmru­żył oczy. Cza­sa­mi ozna­cza­ło to "tak", in­nym ra­zem "nie" - nig­dy nie wia­do­mo. Miał zbyt wie­le wy­klu­cza­ją­cych się skłon­no­ści.

8

Le­d­wo Carl wszedł do ga­bi­ne­tu, jego wzrok spo­czął na pla­sti­ko­wym se­gre­ga­to­rze le­żą­cym po­środ­ku biur­ka.

"Co, do dia­bła" - po­my­ślał i za­wo­łał As­sa­da.

Wska­zał se­gre­ga­tor, gdy As­sad sta­nął w drzwiach.

- Wiesz, skąd to się wzię­ło? - Ale As­sad po­krę­cił gło­wą. - Nie ru­sza­my tego, ro­zu­miesz? Mogą tam być od­ci­ski pal­ców.

Wpa­try­wa­li się obaj w le­żą­cą na wierz­chu kart­kę w pla­sti­ko­wej ko­szul­ce. "Na­pad ban­dy ze szko­ły z in­ter­na­tem" - gło­sił wy­druk.

Była to li­sta bru­tal­nych na­pa­dów z po­da­ną datą, miej­scem i na­zwi­ska­mi ofiar. Wy­glą­da­ło na to, że do­ko­ny­wa­no ich przez dłuż­szy okres. Mło­dy męż­czy­zna na pla­ży przy zam­ku Ny­borg. Na­paść w bia­ły dzień na bliź­nia­ków na bo­isku pił­kar­skim. Mał­żeń­stwo na wy­spie Lan­ge­land. Co naj­mniej dwa­dzie­ścia na­pa­dów.

- Mu­si­my się do­wie­dzieć, kto to tu przy­no­si, As­sad. Dzwoń po tech­ni­ków. Je­śli to ktoś z ko­men­dy, iden­ty­fi­ka­cja od­ci­sków pal­ców bę­dzie pro­sta.

- Ode mnie nie bra­li od­ci­sków pal­ców - As­sad był wręcz roz­cza­ro­wa­ny.

Carl po­krę­cił gło­wą. Dla­cze­go? W koń­cu za­trud­nie­nie As­sa­da było nie­ty­po­we.

- As­sad, znajdź ad­res mat­ki tych za­mor­do­wa­nych. Przez ostat­nie lata kil­ka razy się prze­pro­wa­dza­ła. Wy­glą­da na to, że nie miesz­ka już w ostat­nim miej­scu za­mel­do­wa­nia w Ti­svil­de, więc mu­sisz po­kom­bi­no­wać, co, As­sad? Za­dzwoń do są­sia­dów, tam masz nu­me­ry te­le­fo­nów. Może coś wie­dzą. - Wska­zał ster­tę świst­ków, któ­re wła­śnie wy­grze­bał z kie­sze­ni.

Na­stęp­nie się­gnął po no­tes i za­pi­sał za­da­nia. Po­czuł, że roz­po­czął wła­śnie nową spra­wę.

- Nie, na­praw­dę, Carl. Nie trać cza­su na spra­wę z wy­ro­kiem! - szef Wy­dzia­łu Za­bójstw, Mar­cus Ja­cob­sen, po­krę­cił gło­wą, grze­biąc w no­tat­kach. Czte­ry nowe, po­waż­ne spra­wy w za­le­d­wie osiem dni. Do tego trzy wnio­ski o urlop i dwa zwol­nie­nia le­kar­skie, w tym pew­nie jed­no na sta­łe. Carl do­brze wie­dział, o czym szef Wy­dzia­łu Za­bójstw te­raz my­śli: kogo od ja­kiej spra­wy od­su­nąć? Ale to na szczę­ście jego pro­blem.

- Skon­cen­truj się le­piej na tej wi­zy­cie z Nor­we­gii, Carl. Sły­sze­li o spra­wie Me­re­te Lyng­ga­ard i chcie­li­by wie­dzieć, jak wy­bie­rasz za­da­nia i któ­re trak­tu­jesz prio­ry­te­to­wo. Pew­nie mają spo­ro sta­rych spraw do za­mknię­cia. Je­śli sku­pisz się na przy­go­to­wa­niu swo­je­go ga­bi­ne­tu, a do tego po­ka­żesz im, jak wy­glą­da do­brze wy­ko­na­na ro­bo­ta duń­skiej po­li­cji, to będą mie­li o czym ga­dać na spo­tka­niu z mi­ni­strem.

Carl zwie­sił gło­wę. Jego go­ście mają iść po­tem na kaw­kę do tego na­dę­te­go mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści i plot­ko­wać o jego de­par­ta­men­cie? Na­praw­dę mało za­baw­ne.

- Mu­szę się do­wie­dzieć, kto pod­rzu­ca spra­wy na moje biur­ko, Mar­cus. Po­tem zo­ba­czy­my.

- Tak, tak, sam zde­cy­du­jesz, Carl. Ale je­śli weź­miesz spra­wę z R?rvig, nie mo­żesz nas w to mie­szać pod żad­nym po­zo­rem. Nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić na zmar­no­wa­nie choć­by jed­nej oso­bo­go­dzi­ny.

- Spo­koj­nie - od­parł Carl, wsta­jąc.

Mar­cus na­chy­lił się do urzą­dze­nia gło­śno­mó­wią­ce­go.

- Lis, mogę cię pro­sić na chwi­lę? Nie mogę zna­leźć ka­len-da­rza.

Wzrok Car­la padł na pod­ło­gę, gdzie le­żał ter­mi­narz sze­fa. Mu­siał zsu­nąć się ze sto­łu.

Po­pchnął go czub­kiem buta, tak że znik­nął pod biur­kiem. Może w ten spo­sób znik­nie też spo­tka­nie z Nor­we­ga­mi.

Po­słał Lis cie­płe spoj­rze­nie, kie­dy mi­ja­ła go drob­nym krocz­kiem. Bar­dziej po­do­ba­ła mu się przed me­ta­mor­fo­zą, ale co tam. Lis to Lis.

"Nie mogę się do­cze­kać, kie­dy do was do­łą­czę" - zda­wa­ły się mó­wić głę­bo­kie jak Rów Ma­riań­ski do­łecz­ki w po­licz­kach Rose Knud­sen, uśmie­cha­ją­cej się zza kon­tu­aru.

Nie od­wza­jem­nił tego uśmie­chu. Prze­cież sam nie miał do­łecz­ków.

W piw­ni­cy As­sad był już po po­po­łu­dnio­wej mo­dli­twie, go­to­wy do wyj­ścia. Ubra­ny w za dużą wia­trów­kę, pod pa­chą trzy­mał małą skó­rza­ną tecz­kę.

- Mat­ka za­mor­do­wa­ne­go ro­dzeń­stwa miesz­ka u daw­nej przy­ja­ciół­ki w Ro­skil­de - oznaj­mił i do­dał, że gdy­by po­je­cha­li szyb­ciej, mo­gli­by się tam do­stać w nie­ca­łe pół go­dzi­ny. - Ale dzwo­ni­li też z Horn­b?k, Carl. To nie były ta­kie do­bre wia­do­mo­ści.

Carl po­my­ślał o Har­dym. Dłu­gie na dwie­ście sie­dem cen­ty­me­trów, spa­ra­li­żo­wa­ne cia­ło z twa­rzą zwró­co­ną ku cie­śni­nie ?re­sund i ża­glów­kom, że­gna­ją­cym się z se­zo­nem.

- Co się sta­ło? - za­py­tał i po­czuł się fa­tal­nie. Mi­nął już po­nad mie­siąc, od­kąd ostat­nio od­wie­dził daw­ne­go ko­le­gę.

- Mó­wią, że dość czę­sto pła­cze. Mimo że dają mu masę pi­gu­łek i po­dob­nych rze­czy, on i tak pła­cze.

To był zwy­czaj­ny do­mek jed­no­ro­dzin­ny na koń­cu uli­cy Ba­żan­ciej. Na mo­sięż­nej ta­blicz­ce było na­pi­sa­ne: "Jens-Ar­nold i Yvet­te Lar­sen", a ni­żej, na kar­to­ni­ku dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi: MAR­THA J?R­GEN­SEN.

W drzwiach po­wi­ta­ła ich de­li­kat­na jak anioł ko­bie­ta w wie­ku eme­ry­tal­nym. Tak uro­cza star­sza pani, że Carl aż się uśmiech­nął.

- Tak, Mar­tha miesz­ka u mnie od śmier­ci mo­je­go męża. Uprze­dzam, że nie czu­je się zbyt do­brze - szep­nę­ła w ko­ry­ta­rzu. - Le­karz mówi, że cho­ro­ba po­stę­pu­je bar­dzo szyb­ko.

Jesz­cze przed wej­ściem na we­ran­dę usły­sze­li ka­szel jej przy­ja­ciół­ki. Sie­dzia­ła, wpa­tru­jąc się w nich za­pad­nię­ty­mi ocza­mi. Przed nią stał sze­reg fio­lek z le­kar­stwa­mi.

- Kim je­ste­ście? - spy­ta­ła, strze­pu­jąc drżą­cą ręką po­piół z cy­ga­ret­ki.

As­sad usa­do­wił się na krze­śle usła­nym spło­wia­ły­mi weł­nia­ny­mi ko­ca­mi i zwię­dły­mi li­ść­mi ze sto­ją­cych na oknie ro­ślin, po czym bez wa­ha­nia ujął dłoń Mar­thy J?r­gen­sen i przy­cią­gnął do sie­bie.

- Po­wiem jed­ną rzecz, pani Mar­tho. Tak jak pani się te­raz czu­je, tak samo czu­ła się moja mama. I nie było to zbyt przy­jem­ne.

Mat­ka Car­la za­bra­ła­by rękę, ale Mar­tha J?r­gen­sen tego nie zro­bi­ła.