Wyścig po miłość - Jane Costello

-
Proszę czekać

Rozdział 6

Tak między nami, to nie mam nadbagażu doświadczeń. W porównaniu z historiami niektórych ludzi, historia moich romantycznych uniesień jest bardzo zwyczajna. A może naoglądałam się za dużo talk show Jeremy'ego Kyle'a?

Jako szczęśliwa mężatka z sześcioletnim stażem Jess ma wypaczone wyobrażenie o życiu miłosnym wolnej kobiety przed trzydziestką.

Nie zaprzeczam, że miałam wzloty i upadki, lecz któż ich nie ma? Byłam w dwóch stałych związkach, raz facet złamał mi serce. Przeżyłam długi okres celibatu (który nadal trwa). I wakacyjny romans (cudowne doświadczenie, póki nie dowiedziałam się, że mój wybranek ma żonę). Dotąd jednak nie umiałam sobie wyobrazić, że miałabym zestarzeć się u boku któregoś z moich dotychczasowych partnerów. W minionym, wyjątkowo szalonym roku, w ogóle nie miałam głowy do szukania Tego Jedynego. W rezultacie od ponad roku w moim życiu uczuciowym panuje zastój. Jakim cudem do tego doszło, nie mam pojęcia.

W taki wieczór jak dziś, gdy po pracy zmywam z włosów wszystkie problemy związane z firmą i zastępuję je chmurą lakieru, przypominam sobie, że życie to coś więcej niż zdobywanie klientów. To też flirt, zabawa, nieplanowane wyjścia z domu i zuchwałe patrzenie w oczy.

Tak powinien wyglądać wieczór i sprawiać, że człowiek znów nabierze ochoty na życie towarzyskie.

Nie wiem, czego dokładnie spodziewałam się po Oliverze, którego dziadek jest w jednej czwartej Włochem, ale na pewno nie tego, że okaże się twardo stąpającym po ziemi, skromnym i niesamowicie atrakcyjnym facetem z uśmiechem tak oślepiającym, że mógłby zasilić krajową sieć energetyczną.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że taki z niego przystojniak? - syczę do Jess odcedzającej ziemniaki.

- Nie mówiłam? - pyta niewinnie. - Byłam pewna, że tak. Na pewno powiedziałam, że jest miły. - Jess wykłada ziemniaki na półmisek i posypuje je solą.

- To tak jakby skonstatować, że Barack Obama ma niezłą pracę. Oliver jest idealny. Jest...

- ...w jadalni i rozmawia z moim mężem zamiast z tobą - wchodzi mi w słowo Jess. - Wracaj tam, ale już.

- Dobrze, zaraz. - Opieram się o szafkę kuchenną, by zebrać się w sobie.

Uwielbiam kuchnię Jess. Uwielbiam cały jej dom, ale kuchnię najbardziej. Jednocześnie klasyczna i nowoczesna, są w niej ciepłe meble z drewna czereśniowego z lśniącymi blatami. Zaczęła jako eleganckie pomieszczenie, które bez trudu trafiłoby na łamy każdego magazynu wnętrzarskiego, ale z czasem obrosła w osobliwości - od kolekcji dziecięcych rysunków na drzwiach lodówki po olbrzymi regał na książki pod jedną ze ścian.

- Nigdy nie chodziłam z lekarzem - mamroczę, sącząc wino. Wspominałam już, że Oliver jest kardiologiem z siedmioletnią praktyką?

Zjawił się półtorej godziny temu z butelką włoskiego wina Valpolicella i kwiatami dla Jess. I wydaje się, że umiera ze wstydu za każdym razem, gdy przyłapuję go na wpatrywaniu się w mój dekolt. Szczerze mówiąc, to bardzo poprawia mi nastrój.

- Cóż, Doktor Ciacho może być pierwszy - mówi Jess. - Ale do niczego nie dojdzie, jeśli będziesz tu sterczała.

Moja przyjaciółka ma oczywiście rację. Nawet jeśli chcę opóźnić tę chwilę, powinnam przyjść z odsieczą Oliverowi, który - osaczony przez Adama - jak dotąd mężnie radzi sobie z jego politycznymi tyradami - lecz Bóg jeden wie, jak długo jeszcze wytrzyma.

- Szkoda, że nie przygotowałam się lepiej - wzdycham. - Spójrz na moje paznokcie, Jess. Można się przerazić tych odprysków lakieru. Na dodatek nie miałam czasu ogolić nóg.

- I co z tego, przecież masz spodnie. - Jess podaje mi półmisek parujących ziemniaków.

- Nie o to chodzi.

- A o co? Masz zamiar je zdjąć?

- Nie mówiłam ci, że po cichu liczę na wieczorną partyjkę rozbieranego pokera? - Uśmiecham się szelmowsko.

Nagle słyszę ciche kasłanie. Odwracam głowę. W drzwiach stoi Oliver. Na jego twarzy maluje się osłupienie. Oblewam się rumieńcem.

- Chodzi o... Wcale nie miałam na myśli... - bąkam.

- Jak się bawisz, Oliverze? - Jess ratuje mnie z opresji.

- Uhm, dobrze, dzięki - odpowiada Oliver, na ułamek sekundy zatrzymując na mnie spojrzenie, po czym spogląda gdzieś w bok. - Przyszedłem sprawdzić, czy może potrzebujesz pomocy.

- Wszystko pod kontrolą - zapewnia spokojnie Jess.

Oliver znów kieruje spojrzenie na mnie. Nie odwracam wzroku. Po chwili podchodzi do korkowej tablicy.

- Masz śliczne dzieci - mówi do Jess, patrząc na zdjęcia. - Już śpią?

Odwracam głowę w stronę Jess, czekając na jej odpowiedź, i zdziwiona zauważam, że moja przyjaciółka wskazuje na swoje oczy, wykonując przy tym jakieś dziwne ruchy palcami.

- Słucham? - Dopiero po chwili dociera do niej znaczenie pytania Olivera. - A tak, chodzą spać o dziewiętnastej. Uśpienie ich to wyższa szkoła jazdy.

- Uwielbiam dzieci - ciągnie Oliver - nie mogę się doczekać swoich. Niedawno zostałem wujkiem.

- O, cudownie - mówi Jess z roztargnieniem, nie przestając wskazywać oczu. Kręcę głową z niedowierzaniem. Nie mam pojęcia, dlaczego nagle Jess zachciało się szarad.

- Moja siostra ma synka Jonah. Wspaniały dzieciak.

- Ile ma lat? - pytam.

Kiedy Oliver odwraca się w moją stronę, Jess łapie mnie za łokieć i okręca, jakby chciała porwać mnie do flamenco.

- Chyba cztery miesiące. Już raczkuje.

- To bardzo wcześnie. - Jess kaszle. - Dzieci zwykle zaczynają raczkować w ósmym miesiącu życia. - Chcę się odwrócić, ale Jess znów łapie mnie za ramię i gwałtownie wyjmuje mi z rąk półmisek. - Przepraszam, że zawracam ci głowę, Oliverze, ale czy możesz zanieść to do jadalni, zanim wystygnie?

- Z przyjemnością - odpowiada Oliver, Jess tymczasem zaciska palce na moim ramieniu z taką siłą, że boję się, co będzie dalej.

- Co ty wyprawiasz? Zaczęłaś trenować dżudżitsu? - pytam, kiedy Oliver znika za drzwiami. Jess bez słowa otwiera szufladę, wyjmuje z niej lusterko i podtyka mi pod nos. Para z ziemniaków sprawiła, że tusz do rzęs spłynął mi po policzkach, tworząc zacieki podobne do plam ropy na Morzu Północnym.

- Pięknie, tego tylko brakowało.

- Nie martw się, nie zauważył. Masz chusteczkę, wytrzyj się. A potem idź do jadalni i flirtuj, jakby od tego zależało twoje życie.

Adama niełatwo wybić z rytmu. Nie reaguje, gdy Jess stara się skierować rozmowę na inne tory.

- W tym kraju obojętność na sprawy Europy jest niewiarygodna - peroruje po przełknięciu kawałka marchewki. - Unia liczy trzysta siedemdziesiąt pięć milionów obywateli, a mało kto docenia wpływ, jaki ma na nasze życie Parlament Europejski. Budżet, jakim dysponuje, jest bardzo wysoki, a mimo to...

Nagle odzywa się elektroniczna niania. Słyszymy płacz Loli. Czekamy przez chwilę, aż się uspokoi. Po kilku sekundach staje się jasne, że sytuacja wymaga interwencji.

- Ja pójdę. - Adam odsuwa krzesło i wstaje od stołu. Siłą powstrzymuję się przed głośnym westchnieniem ulgi.

- Oliverze, co sądzisz o półmaratonie w przyszłym tygodniu? - zagaja Jess, napełniając winem mój kieliszek. - Zamierzasz pobić swój życiowy rekord?

- Spróbuję - odpowiada Oliver. - Zwykle dwa tygodnie przed biegiem nie piję. Dziś złamałem tę zasadę. - Uśmiecha się, patrząc na mnie. Dopiero teraz zauważam dołeczki w jego policzkach. Są bardzo seksowne, z czego on najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy.

- Właśnie znalazłam kolejny powód, żeby wymigać się od biegania - rzucam niedbale.

Jess chichocze. Zerkam na Olivera i przychodzi mi do głowy myśl, że to niezbyt rozsądna taktyka, jeśli chcę go sobą zainteresować. Nie mogę hodować sadła.

- Nie lubisz biegać, Abby? - Oliver uśmiecha się do mnie przyjaźnie. Mimo życzliwości w jego oczach coś powstrzymuje mnie przed posmarowaniem bułeczki masłem. Kuszące puszyste ciasto przeliczam na kalorie.

- Kiedyś regularnie ćwiczyłam - mówię, a Jess zagryza wargi i odwraca wzrok.

- Tak? - odpowiada Oliver, a ja chłonę widok jego przedramion. Jak cały Oliver są szczupłe i umięśnione, bez śladu tłuszczu.

- Uhm. Głównie jeździłam na rowerze. I dużo pływałam. Zawsze to lubiłam.

- To dobrze. To sporty akurat dla ciebie.

- Abby jest tak zajęta swoją firmą, że nie ma czasu na rekreację - przychodzi mi z pomocą Jess. Co dwie głowy to nie jedna, gdy na gwałt trzeba szukać jakichś żałosnych wymówek.

- Wiem, że każdy tak się usprawiedliwia, ale w moim przypadku to prawda - zapewniam, ostentacyjnie podając dalej półmisek ziemniaków i nakładając sobie bogatą w błonnik fasolkę szparagową.

- Och, daj spokój. - Oliver się śmieje, znów pokazując urocze dołeczki. - Nikt nie jest tak zajęty, żeby nie wygospodarować wolnej godziny kilka razy w tygodniu. Nawet ty, Abby - dodaje z żartobliwym błyskiem w oku, choć nie mam wątpliwości, że mówi poważnie.

Ośmielona trzema kieliszkami wina, wytrzymuję jego spojrzenie dłużej, niż zrobiłabym to bez wsparcia alkoholu. Odwracam wzrok, kiedy czuję, że policzki zaczynają mi płonąć.

- Skoro tak mówisz, to chyba nigdy nie spotkałeś nikogo, kto właśnie wystartował z własną firmą - zaczynam.

- Może i masz rację - przyznaje. Boże, jaki on słodki. - Czym zajmuje się twoja firma? Jess wspominała, że działasz w branży internetowej.

- Projektujemy strony internetowe. Działamy od półtora roku.

- W tak niedługim czasie Abby dostała już nagrodę branżową i zdobyła ważnych klientów - dodaje Jess.

- Brawo, gratuluję. - Oliver patrzy mi w oczy. Pierwszy raz tego wieczoru czuję, że mu się podobam. Widzę wyraźnie, że nie jest urodzonym flirciarzem. Jest na to zbyt szczery, reprezentuje typ chłopaka z sąsiedztwa, co czyni go jeszcze bardziej pociągającym.

- Idę zrobić porządek z naczyniami. - Jess wstaje od stołu, usatysfakcjonowana rozwojem sytuacji. - Oliverze, ty zostań. - Opiera mu ręce na ramionach z siłą prasy hydraulicznej. - I zabawiaj Abby rozmową.

Kiedy Jess znika za drzwiami, Oliver i ja zakłopotani rozglądamy się po pokoju, zastanawiając się, co powiedzieć.

- Ładna bransoletka - mówi w końcu Oliver. Czuję, że chce dobrze wypaść, ponieważ mu się podobam, ale nie ma zbyt dużej wprawy w słownych gierkach. - Wygląda jak pamiątka z jakiegoś egzotycznego wyjazdu.

Kupiona w Claire's Accessories za jedyne siedem dziewięćdziesiąt dziewięć, dopowiadam w myślach, ale ty nie musisz tego wiedzieć.

- Dziękuję - mówię speszona. Oliver sięga po wino. Kiedy muska przedramieniem moją rękę, czuję narastającą tremę.

Nasze spojrzenia znów się spotykają. Z wrażenia robi mi się słabo.

- Skoro twoja firma działa od półtora roku - zaczyna Oliver z namysłem - najwyższy czas, żebyś zrobiła coś tylko dla siebie.

Moje serce bije coraz szybciej.

- Może masz rację. A o czym konkretnie myślisz?

Odchyla się na krześle.

- Dołącz do Klubu Biegacza - proponuje.

Po tych nieoczekiwanych słowach uśmiech zamiera mi na ustach.

- To chyba nie moja bajka - odpowiadam.

- Naprawdę? Jeśli kiedyś dużo i regularnie pływałaś, szybko odzyskasz kondycję. - Po jego minie widzę, że wierzy w to, co mówi.

- Sama nie wiem. Pomyślę o tym - kłamię.

- Nie musisz, jeśli nie chcesz. - Olivier wygląda jednocześnie uroczo i seksownie. - Ale byłoby wspaniale, gdybyś się zdecydowała.

Wstrzymuję oddech. W tej samej chwili w drzwiach staje Adam.

- Lola jest strasznie zakatarzona - mówi, siadając do stołu. - Dałem jej calpol, ale... O, gdzie Jess?

- W kuchni, nakłada następne danie - informuję, licząc w duchu, że Adam pójdzie jej pomóc. - Aha. Nie lubi, kiedy się wtrącam. Na czym skończyliśmy naszą rozmowę, Oliverze? A tak, referendum.

Opadam na oparcie krzesła.

- Właśnie rozmawialiśmy z Abby o Klubie Biegacza - oznajmia Oliver. - Abby zastanawia się nad dołączeniem do nas.

- Naprawdę, Abby? - Jess, która właśnie weszła do pokoju, wydaje stłumiony okrzyk. Stawia talerze na stole i dolewa mi wina. - To cudownie! Spodoba ci się.

- Wcale nie mówiłam, że się przyłączę - oponuję.

- Abby, jeśli zaczniesz trenować powoli, nawet nie zauważysz, kiedy zbudujesz formę - tłumaczy zaaferowana Jess, nie przyjmując do wiadomości moich protestów. Sięgam po kieliszek i upijam łyk wina.

- Spotykamy się prawie co wieczór, ale tobie na początek wystarczą trzy treningi w tygodniu - stwierdza Oliver.

Z wrażenia o mało nie krztuszę się winem.

Rozdział 7

Podczas cotygodniowych zakupów bardzo sobie pofolgowałam, nawet jak moje standardy: czteropak wykwintnych białych magnum, monstrualna paczka Tortilla Chips, dwie butelki Pinot Grigio i Wyborne Przekąski Serowe. Tak wyborne, że nie mogłam powstrzymać się od splądrowania pudełka jeszcze przed dotarciem do domu. Spoglądam na swoje łupy i nagle dopada mnie poczucie winy. Po takiej ilości przyswojonego tłuszczu krew w moich tętnicach będzie płynąć równie wolno, jak strumień aut na londyńskiej obwodnicy w dni wolne od pracy.

Dzwoni moja komórka. Przyciskam ją ramieniem do ucha, otwieram paczkę pianek i wrzucam jedną do ust, słuchając wywodu Jess. Odzywam się dopiero wtedy, gdy moja przyjaciółka robi krótką przerwę, by nabrać powietrza.

- Jess, to doskonały pomysł. Nie tylko dlatego, że Doktor Ciacho jest kapitanem.

- Pełni obowiązki kapitana - poprawia mnie Jess. - Nadal ci się podoba?

- Jest boski.

- Więc wstąp do Klubu Biegacza.

- Mam bardzo poważny powód, żeby tego nie zrobić. - Wzdycham ciężko.

- Jaki znowu powód?

Wyjmuję kolejną piankę i przyglądam jej się uważnie.

- Mogę umrzeć - odpowiadam.

Jess wybucha śmiechem.

- Nie żartuję - zapewniam niewinnie. - Po prostu znam swoje ograniczenia.

Szczerze mówiąc, rozważałam wczorajszą propozycję Olivera. Jest kusząca, boję się jednak, że przy najmniejszych oznakach entuzjazmu z mojej strony Jess nie da mi spokoju. Dlatego zachowuję rezerwę.

- Może i masz rację - przyznaje niechętnie - ale jest na to sposób. Pochodź przez kilka tygodni do fitness clubu, dojdź do jako takiej formy i potem się przyłącz. Przekonasz się, że to nie takie straszne. Nie będziesz zaczynała od zera.

- Hm - mruczę znacznie mniej podekscytowana tą perspektywą niż Jess.

- Abby - mówi Jess tonem, jakim przemawia właściciel pieska chihua­hua, gdy chce nauczyć go siadać - wszystkie twoje argumenty przeciw są tak naprawdę argumentami za.

- Słucham?

- Chodzi mi o to, że nie masz kondycji. Jeśli chcesz być w dobrej formie, zapisz się do Klubu Biegacza.

- Gdyby to było takie proste...

- To jest proste! Oliver chce, żebyś przyszła, bo mu się spodobałaś, ale pomysł jest dobry i bez tego. Potrzebujesz trochę ćwiczeń w okresie przejściowym między lenistwem a aktywnością. To nie problem. Jest grupa początkujących. Wszystko będzie w porządku. Zapomnij o swoich uprzedzeniach. Nie jesteśmy bandą fanatyków aktywności fizycznej.

- Jesteście.

- Wcale nie! Jesteśmy wszechstronnymi ludźmi, którzy bieganie uważają za wspaniałą zabawę. - Ja tej opinii nie podzielam.

- Abby, wiele osób zaczyna tak jak ty.

- Czyli jak? Z grubą talią i kartą do fitness clubu, która wygasła w roku powstania Spice Girls?

- Widzę, że to beznadziejna sprawa. Wygrałaś. Nawet gdyby dołączenie do Klubu Biegacza oznaczało początek cudownego związku z Doktorem Ciacho, nie rób tego. Najwyraźniej nie jest ci to pisane.

- To chwyt poniżej pasa, Jess.

- Wiem. Zadziałało?

Namyślam się przez chwilę.

- Jeśli naprawdę mu się podobam, dlaczego nie postara się o mój numer telefonu i nie zaprosi mnie na randkę?

- Bo chce, żebyś zaczęła biegać - odpowiada Jess bez namysłu.

- O rany, to nie w porządku - jęczę. - Pomyślę o tym. A teraz jedź nakarmić dzieci i przestań mnie męczyć.

Rozłączam się i spoglądam na swój brzuch. Gdybym przesunęła pasek o jedną dziurkę, przeciąłby mnie na pół. Wrzucam do ust kolejną piankę i wykładam zakupy na kuchenny stół.

Moja kuchnia ma zaledwie jedną czwartą powierzchni kuchni Jess, ale jest urocza i funkcjonalna. Uwielbiam ją, tak jak uwielbiam cały mój niewielki dom. Kupiłam go trzy lata temu. To świeżo odnowiony wiktoriański szeregowiec w okolicy, którą agenci nieruchomości nazywają "zielonym przedmieściem", choć więcej zieleni znalazłabym na kawałku spleśniałego sera niż w ogródku na tyłach domu.

Przez długie miesiące polowałam na odpowiednie mieszkanie. Kiedy znalazłam ten dom, zakochałam się od pierwszego wejrzenia w jego wysokich sufitach, wykuszowych oknach i oryginalnej obudowie kominka. Miałam romantyczną wizję, że spędzam zimowe wieczory przy ogniu z kubkiem grzanego wina. Tymczasem napaliłam w kominku tylko raz. Zajęło mi to trzy godziny, a kiedy wreszcie dopięłam swego, byłam pokryta pyłem węglowym, a temperatura w domu podniosła się tak bardzo, że o mało nie dostałam udaru cieplnego.

Dopiero teraz, w sobotnie popołudnie, wyjmuję listy ze skrzynki.

Dwa pierwsze listy to typowe reklamowe śmiecie. Jeden informuje mnie, że jestem o krok od wygrania pięciu tysięcy funtów, jeśli tylko zamówię katalog firmy oferującej nieprawdopodobną liczbę rajstop modelujących sylwetkę. Drugi to reklama prywatnej firmy lotniczej. Muszą mieć wyjątkowo kiepską bazę danych, skoro uważaj mnie za potencjalną klientkę.

Trzecia koperta jest szara, dlatego nie mam ochoty do niej zaglądać. Listy w szarych kopertach nigdy nie wróżą niczego dobrego. Otwieram ją ostrożnie i wyjmuję pierwszy napisany odręcznie list od czasów, gdy moja osiemdziesięcioletnia babcia przysłała mi pięciofuntowy banknot z poleceniem, bym sprawiła sobie nowe ubranie.

Szanowna Pani Rogers! Optymistyczna część mojej natury próbuje znaleźć istotne powody, dla których nie odpowiedziała Pani na moje trzy e-maile. Oto, do jakiego wniosku doszedłem: pocałowanie mnie na parkingu było tak oszałamiającym doświadczeniem, że z wrażenia podała mi Pani złe namiary. Moje e-maile nie wróciły jednak z adnotacją, że nie udało się ich wysłać. Próbuję więc uciszyć pesymistyczną część mojej natury, która mówi mi, że unika Pani tematu moich roszczeń wobec Pani. Wziąwszy jednak pod uwagę tysiąc funtów, gdyż tyle wyniósł rachunek za naprawę motocykla, tak się dla Pani niefortunnie składa, że nie mam zamiaru rezygnować z dochodzenia swoich praw. Powtarzam po raz czwarty (chociaż bardzo nie lubię się powtarzać): proszę o przesłanie mi wszystkich danych Pani polisy. Mam nadzieję, że nie jest to dla Pani zadanie ponad siły. Dziękuję. Tom Bronte

Co za tupet. Przecież nawet się ze mną nie skontaktował! Tysiąc funtów? Tyle forsy za naprawę tego przeklętego motocykla? Można by za to kupić samochód. Wprawdzie tylko starego grata, ale zawsze.

Poza tym, o co mu chodzi z tym całowaniem? To przecież on mnie pocałował. Najwyraźniej robi sobie ze mnie jaja, co jeszcze pogarsza sprawę.

Nie godzę się na oskarżanie mnie o coś, czego nie zrobiłam. Wcale nie zignorowałam jego e-maili. A przynajmniej... tak mi się wydaje.

Ogarnięta niepokojem, idę do gabinetu i włączam laptop. Czekając, aż zastartuje, nerwowo bębnię palcami w blat biurka. Sprawdzam skrzynkę. Z ulgą widzę, że nie mam żadnych nieprzeczytanych wiadomości prócz kilku tych, które wysłano w piątek wieczorem już po moim wyjściu z biura.

- I co, panie Tomie - mówię głośno z nieskrywaną satysfakcją - "Tysiąc Funtów za Marne Wgniecenie" Bronte? Gdzie twoje e-maile?

W tej samej chwili serce podchodzi mi do gardła. Na wizytówce, którą dostałam po wypadku, facet podpisał się tylko imieniem. Dlaczego więc jego nazwisko brzmi znajomo?

Klikam na "kosz". Przebiegam wzrokiem dziesiątki nieprzeczytanych e-maili, które tam umieściłam, i zatrzymuję się na trzech, wysłanych z adresu tbronte@caroandco.com.

- O cholera. - Widziałam je w dniu, kiedy usuwałam mnóstwo e-maili, nie mając czasu ich czytać. Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że Caro & Co. to firma próbująca wcisnąć mi oranżerię do ogródka za domem.

Sięgam po kolejną piankę i zaczynam czytać. Nie sposób nie zauważyć zmiany tonu: od pogodnego w pierwszym e-mailu po suchy i rzeczowy w trzecim. Jakaś cząstka mnie rozumie niepokój wywołany moim milczeniem. Mimo to nie akceptuję tonu jego listu. Ani horrendalnej kwoty tysiąca funtów. Czy naprawa dwukołowego pojazdu może kosztować aż tyle?

Zaczynam pisać:

Szanowny Panie Bronte! Dziękuję za korespondencję. Przeczytałam Pański list i zapewniam, że nie użyłabym słów "oszałamiające doświadczenie" na określenie naszego "pocałunku". Ponadto przypominam Panu, że to nasze firmy ubezpieczeniowe ostatecznie zdecydują, po czyjej stronie leży wina, dlatego nie zamierzam uprzedzać faktów, godząc się już teraz na pokrycie zdumiewająco wysokich kosztów naprawy Pańskiego motocykla. A skoro o tym mowa, to choć przyznaję, że nie znam się na motocyklach, nie daje mi spokoju pytanie, czy w tej kwocie nie zawiera się przypadkiem usługa pozłacania błotnika.

Uśmiecham się do siebie. Kusi mnie, by wysłać tego uszczypliwego e-maila od razu.

Może jednak powinnam trochę złagodzić ton i ograniczyć się do podania swoich danych oraz uprzejmego: Mam nadzieję, że uda nam się szybko rozwiązać problem.

Zapisuję e-mail w kopiach roboczych i kieruję myśli na przyjemniejsze tory: wyobrażam sobie, że Doktor Ciacho obsypuje pocałunkami mój pępek.

Cudowna chwila. Leżymy spleceni w uścisku w kącie stodoły, przenikające do środka ciepłe promienie słońca ślizgają się po jego ciele. I kiedy robi mi się coraz przyjemniej, on podnosi głowę i wtedy zamiast Doktora Ciacho widzę... Toma Bronte.

Na miłość boską!

Zaciskam powieki i odpędzam tę wizję.

Moje wysiłki na nic się zdają. Tom Bronte znowu się pojawia. Otwieram oczy, odnajduję w komputerze kopię roboczą e-maila do nieznośnego motocyklisty i wciskam "wyślij".

Znów zamykam oczy i wracam na stóg siana. Nieważne, że gdybym naprawdę się tam znalazła, kichałabym seriami jak karabin maszynowy. Najważniejsze, że w moich objęciach leży Doktor Ciacho.

Tym razem to rzeczywiście on. Zalewa mnie fala pożądania, gdy doktorek całuje mnie i pieści, łaskocze i kusi. Dotyk jego języka na moim sprężystym i płaskim brzuchu jest...

Zaraz, zaraz.

Otwieram oczy i spoglądam na swój brzuch. Pod wpływem tego nieprzyjemnego widoku marzenia pryskają niczym bańka mydlana.

Sprężysty i płaski brzuch? Mój jest płaski jak, nie przymierzając, Matterhorn.

Przygnębiona wrzucam do ust kolejną piankę. Tym razem nie sprawia mi przyjemności jej oblepiająca zęby słodycz. Stanowczym gestem biorę paczkę z resztką pianek, wstaję, idę do kuchni i wyrzucam ją do kosza. Potem biorę telefon i wybieram numer Jess.

- Lepiej usiądź, kochana, bo właśnie postanowiłam wejść w ten cyrk z bieganiem - oznajmiam.

Rozdział 8

Przez następne dwa dni przygotowuję się psychicznie na dołączenie do Klubu Biegacza. Jak na złość Jess - która przecież sama mnie namawiała do tego - upiera się, żebym najpierw popracowała nad kondycją.

Na szczęście, co zresztą sama zauważyła, są w klubie zajęcia dla początkujących. A skoro już zdecydowałam się na bieganie, nie chcę tego odkładać. Bo jaki jest sens w odkładaniu spotkania z Doktorem Ciachem? Kiedy ja przez dwa miesiące będę pracowała nad kondycją w fitness clubie, on może znaleźć sobie dziewczynę. Wolę nie ryzykować.

Poza tym aktywność fizyczna to doskonały sposób na rozładowanie stresu. Właśnie tego mi trzeba. Zwłaszcza po ostatniej odpowiedzi od mojego "przyjaciela" Toma Bronte, którą dostałam wczoraj. Droga Abigail, napisał, a ja zagotowałam się ze złości. Kto dał mu zielone światło do wejścia na ten stopień zażyłości?

Dzięki za informacje w sprawie polisy. Masz rację - to firmy ubezpieczeniowe zdecydują, kto ponosi winę za wypadek. Jeśli osoby zajmujące się tą sprawą będą tak stuknięte, jak mój motocykl, jest szansa, że uznają cię za niewinną. Pozdrawiam serdecznie, Tom PS. Przykro mi, że dla Ciebie nasz pocałunek nic nie znaczył. Mnie się nawet podobał.

Spokojnie, Abby, tylko spokojnie, nie daj się sprowokować. Ale to postscriptum! O co mu chodzi?

Kręcę głową. Teraz muszę myśleć o zbliżającym się wieczorze.

Nie mogę się doczekać. Główną atrakcją jest oczywiście Doktor Ciacho. Poza tym przeanalizowałam argumenty Jess o popracowaniu nad kondycją. Może stanę się jedną z tych osób, którym ćwiczenia naprawdę sprawiają przyjemność? Pod warunkiem, że zmienię nastawienie. Przecież nie mogę być aż tak zgnuśniała. Żyję i pracuję w ciągłym pędzie. I chociaż to nie to samo, co ćwiczenia w fitness clubie, gdybym miała krokomierz, uległby samozapłonowi, gdyby próbował za mną nadążyć.

Posłuchałam też rady Jess i zadbałam o to, by pić odpowiednią ilość płynów. Tym sposobem zafundowałam sobie częste wizyty w toalecie. Żałuję tylko, że nie zatroszczyłam się wcześniej o strój sportowy. Po szalonym dniu w pracy wpadłam do domu jak burza, a muszę być u Jess za dwadzieścia minut.

Jedyne adidasy, jakie udaje mi się znaleźć, leżą pod schodami od półtora roku, zasiedlone przez dwa pająki i rozkładającego się chrząszcza. Jeśli chodzi o strój, sytuacja przedstawia się równie fatalnie. Mam do wyboru szare poplamione farbą spodnie od dresu albo czerwone legginsy z lycry, które nie dodawały mi urody, nawet gdy nosiłam ubrania o dwa rozmiary mniejsze. Wkładam je pełna nadziei, ale tracę ją bezpowrotnie, gdy widzę w lustrze swoje nogi. Przypominają dwie gigantyczne kiełbasy wciśnięte w kondomy o smaku truskawkowym.

Nie mam wyjścia. Pozostają mi spodnie od dresu. Farba ma kolor magnolii, nikt nie zobaczy plamek, chyba że przyjrzy się uważniej. Poza tym, jeśli zjawię się w zupełnie nowym stroju, będę nie tylko wyglądała jak przebrana oferma, ale zdradzę też, że nie robiłam nic dla swojej kondycji od czasów, gdy Cheryl i Ashleya Cole'ów* uważano za idealną parę. Spodnie od dresu nie są idealne, sprawiają jednak wrażenie, że były bardzo intensywnie używane.

* Ona piosenkarka, on piłkarz - rozwiedli się w 2010 roku.

- Przestań panikować, Abby - upomina mnie Jess w drodze do klubu. Jest bardzo gorąco, według mnie zdecydowanie za gorąco na ćwiczenia, ale Jess ani myśli zawracać.

- Nie panikuję. - Oddycham głęboko.

- I dobrze. Kogo obchodzi, co masz na sobie?

- Mnie. Nie miałam pojęcia, że będziesz taka... szykowna. Jak ty to robisz? W sportowym stroju? To nie fair.

- Mam ten top od dawna - zbywa mnie Jess.

To dla mnie żadne pocieszenie. Nie wiem, czy Jess jest tego świadoma, czy nie, ale wygląda jak kobieta z reklamy Nike. Dotąd sądziłam, że wszystkie modelki poprawia się w Photoshopie. Na przykładzie Jess widzę, że można nosić szorty i modny różowy top, nie strasząc fałdami tłuszczu.

- Mam ten strój dlatego, że bieganie to moje hobby i poświęcam mu mnóstwo czasu. Poza tym od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku dostaję w prezencie gwiazdkowym takie topy od różnych osób. Jeśli ci się spodoba, zafundujesz sobie ubranko treningowe. Wierz mi, Abby, nie wyglądasz tak źle, jak ci się wydaje.

Wybacz Jess, ale ci nie wierzę.

W workowatych spodniach dresowych, które upodabniają mnie do postaci tłuściochów z rysunków Beryl Cook, i obszernym podkoszulku mogącym służyć za poszwę na kołdrę, nie wierzę ci nic a nic.

W duchu nakazuję sobie spokój. Jeśli Doktor Ciacho jest tak płytki, że zauważy tylko mój strój, nie warto się nim przejmować. Och, Abby... Kogo ty chcesz oszukać?

- Jak ci minęły dwa pierwsze dni po powrocie do pracy? - pytam Jess, gdy po zaparkowaniu auta zmierzamy do centrum sportu.

- Jestem wykończona, ale szczęśliwa. - Jess uśmiecha się szeroko.

- Więc cieszysz się, że znów jesteś pracującą mamą?

- To dopiero początek. - Wzrusza ramionami. - Ale zespół jest fantastyczny. Oczywiście połowy tych, których znałam, nie ma już w firmie, ale nowi wydają się całkiem mili. Uwielbiam tę pracę. To tutaj.

Otwiera drzwi. Wchodzimy do holu, mijamy kolejkę do recepcji i idziemy do szatni. Wkładam torbę do szafki i rozglądam się dyskretnie. Widok kobiet w różnym wieku reprezentujących wszelkie kształty i rozmiary nieco mnie uspokaja.

- Tędy - mówi Jess, prowadząc mnie do sali na końcu boisk do squasha.

Wszystkie trzy grupy biegaczy - początkująca, średnio zaawansowana i zaawansowana - na początku treningu zbierają się razem, by omówić jego przebieg. Jess należy do grupy zaawansowanej. Jest jedną z trzech kobiet w tej grupie, choć zapewnia mnie, że często przenosi się też do średnio zaawansowanej.

- O, jednak się zdecydowałaś. - Wstrzymuję oddech na widok Olivera i jego niewiarygodnie uroczego uśmiechu. - Cieszę się, że nasze namowy odniosły skutek.

Wprawdzie jego czerwony podkoszulek nie jest koszulą i bryczesami pana Darcy'ego, w które ubierałam go w swoich fantazjach, ale i tak wygląda w nim rewelacyjnie. Najważniejsze, że podkreśla jego szczupłą sylwetkę.

Oliver pochyla się i całuje mnie w policzek. Jest śmielszy i bardziej pewny siebie niż podczas naszego pierwszego spotkania. To pomieszanie chłopięcości i męskiego seksapilu sprawia, że moje serce bije szybciej.

- Która grupa bardziej ci odpowiada: wolna czy średnia?

Odpowiedź może być tylko jedna. To chyba jasne, że dołączę do grupy wolnej.

Tyle że po pytaniu Doktora Ciacha nagle zaczynam gardzić słowem "wolna" i wszystkim, co niesie: amatorstwem w wydaniu żałosnych oferm. Przyznanie, że należę do tej grupy, godzi w moją ambicję.

- Hm, mówiłam ci, że dużo pływałam... - mamroczę. Jess odwraca głowę w moją stronę tak gwałtownie, że obawiam się o jej kręgi szyjne. - ...więc może grupa średnia?

- Jesteś pewna? - pyta moja przyjaciółka. Posyłam jej miażdżące spojrzenie.

- Co za ambicja - chwali mnie Oliver. - Ale nawet jeśli dużo pływałaś i masz doskonałą kondycję, bieganie to zupełnie inna dyscyplina. Chyba że już kiedyś biegałaś.

- Trochę. - Szczerzę zęby, ukrywając zakłopotanie. Jess spogląda na mnie jak na potencjalną pacjentkę szpitala psychiatrycznego.

- To się nazywa duch walki. - Oliver uśmiecha się życzliwie, a w moim sercu wzbiera tęsknota. - Zobaczymy, jak sobie poradzisz. Zawsze można coś zmienić przy następnym treningu.

Po tych słowach Oliver wychodzi na środek sali i próbuje przyciągnąć uwagę grupy. Dopiero po dłuższej chwili uczestnicy zajęć orientują się, że chce coś powiedzieć. Dziwne, bo mnie wystarczy, że Oliver otwiera usta.

- W zeszłym tygodniu trenowaliśmy podbiegi, dzisiaj czas na miarowy bieg - oznajmia.

"Miarowy bieg". W moich uszach brzmi to zupełnie niegroźnie. Nic męczącego. Odwracam głowę i napotykam spojrzenie Jess, którą ciągle dziwi moja decyzja.

Doktor Ciacho omawia wagę łączenia różnych typów biegania - podbiegów, biegu w miarowym tempie oraz treningu szybkościowego - koniecznych do poprawienia formy. A przynajmniej tak mi się wydaje, ponieważ tonąc w jego oczach, nie zwracam uwagi na szczegóły.

Wreszcie ruszamy na bieżnię, gdzie Oliver funduje nam serię forsownych ćwiczeń, które okazują się, o zgrozo, rozgrzewką. Przysiady, rozciąganie, skłony, wykroki - tyle tego, że pod koniec moja czerwona twarz lśni od potu bardziej, niż się spodziewałam.

Jess łapie mnie za ramię.

- Co ty robisz w średniej grupie, na miłość boską?

Wyrywam rękę z jej uścisku.

- Chcesz mnie upokorzyć?

- Jasne, że nie - odpowiada wściekła. - Jeszcze możesz przejść do początkujących. W  średniej grupie są ludzie, którzy biegają od lat.

- Nic mi nie będzie - cedzę przez zęby.

Jess wzdycha zrezygnowana.

- Jak chcesz. Maureen będzie miała na ciebie oko. Dobrze, Mau?

Dużo słyszałam o Maureen. Jej wiek okrywa tajemnica równie głęboka, jak sekret pochodzenia czarnej materii. Na pewno jednak ma więcej lat niż przeciętny uczestnik treningu. I wyróżnia się wyglądem. Ma na sobie obcisły zielony kombinezon z lycry, fryzurę a la Stephanie Powers z serialu Państwo Hart i tyle biżuterii, że przy każdym ruchu pobrzękuje niczym duch z Opowieści wigilijnej. Cieszyłabym się nawet dzisiaj, mając takie ciało jak ona, a co dopiero za trzydzieści lat.

- Zwykle trenuję w wolnej grupie, kochana - mówi Mau - ale ostatnio popełniłam błąd. Przez kilka tygodni biegałam trochę za szybko i uroczy Oliver uparł się, żebym przeszła do grupy średniej. Ustąpię mu na tydzień, choć szczerze mówiąc, w moim wieku wolałabym już nie sapać i nie dyszeć, przynajmniej nie podczas biegu. - Puszcza do mnie oko.

Dzielimy się na grupy. Przyglądam się moim towarzyszom z grupy średnio zaawansowanej. Jest nas dwanaścioro: osiem kobiet i czterech mężczyzn. Niestety, mam na sobie więcej tłuszczu niż oni wszyscy razem wzięci.

Ustawiam się za nimi. W tej samej chwili powietrze przecina ryk motocykla. Na widok znajomej niebieskiej karoserii moje serce zamiera. Wrażenie jeszcze się pogłębia, gdy właściciel pojazdu zdejmuje kask i szybkim krokiem rusza do wejścia. Po chwili zaczyna biec, zarzucając torbę na nieprawdopodobnie muskularne ramię opięte czarnym podkoszulkiem.

Szybko odwracam głowę i wbijam wzrok w plecy kobiety przede mną. Staram się wyrównać oddech i skupić na zadaniu. Wiedziałam, że dzisiejszego wieczoru czeka mnie wiele wyzwań. Nie sądziłam, że Tom Bronte będzie jednym z nich.

Rozdział 9

- Słyszeliście trenera, dzisiaj biegamy w jednym tempie - zwraca się Mau do reszty grupy. - Żadnego ścigania się, żadnych popisów. Pamiętajcie, że jestem starszą kobietą.

- Która ma lepszą kondycję niż większość dwudziestolatek - dopowiada z uśmiechem moja na oko czterdziestopięcioletnia ciemnowłosa sąsiadka o krótko ostrzyżonych włosach i najbardziej kusych szortach, jakie widziałam od czasów zabawy lalkami Barbie. Robi wrażenie na tyle otwartej i życzliwej, że postanawiam zadać jej ważne dla mnie pytanie.

- Ten facet na motocyklu - zaczynam obojętnym tonem - też należy do klubu?

- Tom? Tak. Cudowny, prawda? - szepcze z szelmowskim uśmiechem, zasłaniając dłonią usta. - Ach, ten jego uśmiech...

- Niestety, jest już zajęty - dodaje Mau, która słyszy tę wymianę zdań. - Wielka szkoda. Nie tracę nadziei, że pewnego dnia zwróci uwagę na Szykowną Babcię.

Grupa szybka biegnie na wzniesienie. Oliver prowadzi, stawkę zamyka Jess. Na jej kształtnych udach nie widać śladu cellulitu. Kątem oka dostrzegam biegnącego Toma Bronte. Goni grupę Jess płynnym krokiem, bez wysiłku.

Kolej na nas.

Niezdarnie stawiam pierwsze kroki. Zupełnie jakbym wychodziła ze stanu hibernacji po długiej zimie spędzonej w syberyjskiej tundrze. Ku mojemu zdziwieniu dość szybko odnajduję swój rytm. Kiełkuje mi w głowie nieśmiała myśl, że może całe to bieganie nie jest takie straszne, jak mi się wydawało. Fakt, biegniemy dopiero od trzech minut, najlepsi są już daleko przed nami, tempo większości jest jednak wolniejsze, niż się spodziewałam.

Puszczam wodze fantazji i wyobrażam sobie, że należę do grupy, że Jess i ja jesteśmy ulepione z tej samej gliny. Uwielbiam ćwiczyć, tyle że uświadomiłam to sobie o wiele później niż moja przyjaciółka.

Wciągam głęboko powietrze. Krew żywiej krąży mi w żyłach. Czuję przypływ pozytywnej energii. Życie jest piękne!

Piętnaście minut później staram się nie rzęzić jak w agonii, chociaż mam wrażenie, jakby ktoś oblał moje płuca benzyną i podpalił miotaczem ognia.

Na domiar złego życzliwi biegacze wcale nie zostawili mnie z tyłu. Przybiegają do mnie, towarzyszą mi przez chwilę, potem odwracają się i ruszają przed siebie pełnym gazem, by znów powtórzyć ten cykl.

Chciałabym im powiedzieć, że nie muszą tego robić, że mogą mnie zostawić. Niestety, z wysiłku odjęło mi mowę. W rezultacie uczestniczę w scenie rodem z łzawego filmu wojennego, w którym garstka dzielnych żołnierzy naraża życie, ratując ofermę z urwanymi przez minę nogami. W tej chwili bez trudu utożsamiam się z ratowanym.

- Dobrze się czujesz, skarbie? - pyta Mau. Przebiegłszy już kilka kilometrów równym tempem bez przystanków, mówi to bez wysiłku, zupełnie jakby leżała na kanapie z kieliszkiem szampana i pudełkiem drażetek czekoladowych pod ręką.

- Uhm - wyrzucam z siebie zamiast: "Dobrze, daj mi spokój".

Mau rzuca mi zatroskane spojrzenie.

- Może zwolnimy? - proponuje, biegnąc obok mnie.

- Nie... nie... nie... musisz... - Poddaję się w połowie zdania.

- Jeśli chcesz stanąć, możesz to zrobić. Nie musisz biec z nami przez całą godzinę.

Po tych słowach uginają się pode mną nogi. Schylam się, opieram dłonie na udach, opuszczam głowę i dyszę ciężko, z trudem łapiąc powietrze.

- Godzinę? - pytam w końcu. - Biegacie przez godzinę? Jakim cudem?

Po twarzy Mau przemyka ledwo dostrzegalny uśmiech.

- Dzisiaj biegamy tylko przez czterdzieści pięć minut. Reszta treningu to rozgrzewka przed biegiem i rozciąganie po. Zostało tylko pół godziny. Dobrze ci idzie.

- Naprawdę? - jęczę.

Spogląda na mnie współczująco.

- Może skrócimy sobie drogę?

- Nie, nie chcę cię wstrzymywać. Biegnij dalej.

- Mnie wszystko jedno. Jutro znowu przychodzę na trening. Daj sobie spokój, póki masz jeszcze siłę.

- Skąd wiesz, że mam? - mamroczę pod nosem. Na trzęsących się jak galareta nogach biegnę za Mau jej "skrótem". Maureen zapewnia, że to trucht, choć mnie się wydaje, że sprint. Docieramy na metę dokładnie za dziesięć ósma - jak na złość jednocześnie z pozostałymi trenującymi - i nagle zyskuję pewność, że następne trzy minuty są ostatnimi minutami w moim życiu.

Podbiega do mnie Jess.

- Rany, Abby, wszystko w porządku?

- Uhm, uhm, uh... uh... - dyszę.

- Chcesz usiąść?

Kręcę głową i z impetem ląduję tyłkiem na bieżni.

- Napij się. - Jess przytka mi do ust butelkę wody. Wypijam ją łapczywie, łykając przy okazji powietrze. - Cholera jasna - mamrocze Jess - mówiłam, że nie jesteś gotowa na bieganie w tej grupie. Po urodzeniu Loli dopiero teraz wróciłam do grupy szybkiej, a przecież biegam od lat. Padło ci na mózg, Abby?

- Uh, uh, uhm - dyszę.

- Rusz się, wstawaj - popędza mnie.

- Uhm? - Patrzę na nią jak na wariatkę.

- Mięśnie odmówią ci posłuszeństwa, jeśli ich nie rozciągniesz.

- Szansa, że... nie odmówią... posłuszeństwa jest ... bliska zeru - nadal dyszę. Mimo mojego oporu Jess stawia mnie na nogi. Kuśtykam, by dołączyć do biegaczy, którzy połączyli się w jedną grupę na ćwiczenia rozciągające po biegu.

Patrzę na ich twarze. Kobiety mają zaróżowione policzki i czoła lekko błyszczące od potu. Wyglądają na ożywione i szczęśliwe, odurzone adrenaliną.

Ze mną jest inaczej. Mokre od potu strąki kleją mi się do twarzy. Nie potrzebuję lustra, by wiedzieć, że moje policzki pałają purpurą. I mimo zbyt luźnej koszulki mam pod pachami plamy potu wielkości jeziora Windermere.

- Stanę z tyłu - szepczę do Jess.

- Dobrze. - Wzrusza ramionami.

Rozciągam się tylko dlatego, by nie zwracać na siebie uwagi, ale każdy ruch to dla mnie tortura. Na samą myśl o jutrzejszym bólu ud chce mi się wyć.

Co gorsza, z każdą chwilą coraz bardziej zbiera mi się na wymioty. Zupełnie jakby moje ciało brało odwet za piekło, jakie mu zafundowałam.

- Koniec na dzisiaj! - woła Oliver. Grupa powoli się rozchodzi. Czuję nagły skurcz żołądka. Nie wytrzymam ani chwili dłużej.

- Chodźmy stąd - syczę, coraz bardziej zaniepokojona rewolucją w moich trzewiach. Łapię Jess za ramię i wtedy widzę, że zmierza ku nam Oliver.

- Abby, jak ci poszło? Czy... - Urywa w połowie zdania, patrząc na mnie jak na przejechanego kota.

- Dobrze - odpowiadam, czując kolejny kurcz żołądka, którego zawartość podchodzi mi do przełyku. - Uhm... świetnie.

- Miło mi to słyszeć. - Kiwa głową. Na jego twarzy maluje się troska. Albo przerażenie. A może jedno i drugie. - Przyjdziesz na następny trening?

Jess unosi brwi w oczekiwaniu. Na szczęście dla mnie w tej samej chwili rozlega się sygnał jej komórki, uniemożliwiając usłyszenie mojej odpowiedzi.

- Och... nie wiem. - Mój żołądek wyprawia dzikie harce. Zupełnie jakbym miała w brzuchu kręcącą się betoniarkę. - Muszę się... hm... w tym tygodniu mam mnóstwo pracy.

- No tak - mówi Oliver. - Może następnym razem.

Wstrzymuję oddech. Przez chwilę wydaje mi się, że odcięcie dopływu tlenu do płuc przynajmniej oddaliło atak mdłości. Jedyny problem polega na tym, że nie mogę w nieskończoność wstrzymywać oddechu. Kiedy wciągam powietrze nosem, uczucie chwilowej ulgi mija. Mój zbuntowany żołądek znów daje o sobie znać jeszcze energiczniej.

W gardle czuję mieszankę częściowo przetrawionego pączka, chipsów serowych i trzech czekoladek Cadbury, które wcześniej buchnęłam Priyi.

- Ja... - Zasłaniam usta. Oliver patrzy na mnie przestraszony. Z braku lepszych pomysłów robię jedyną możliwą rzecz: odwracam się na pięcie i ruszam pędem przed siebie. To moje najszybsze tempo podczas dzisiejszego treningu.

Nieświadoma sytuacji Jess rozmawia przez telefon. Działam odruchowo. Za węgłem budynku zginam się wpół i wymiotuję do studzienki ściekowej.

Kiedy się prostuję, wyczuwam za plecami czyjąś obecność. Jestem pewna, że to Jess. Dzięki ci Boże, że tylko ona widziała moje upokorzenie. Ścierając z ust cierpki smak, odwracam się i nieruchomieję.

To nie Jess. To cholerny Tom Bronte.

Rozdział 1

Żyję w strachu przed złowrogim słowem na "s", które prześladuje mnie od rana do wieczora. Dręczy mnie myśl, że prędzej czy później stanie się faktem dokonanym.

Co to za słowo? "Spóźnienie". Jego groźba ciągle nade mną wisi. A skutki mogą być opłakane.

Może przesadzam z tym czarnowidztwem, wiem jednak, że stoję w obliczu nieuniknionego, ponieważ zbyt często balansuję na krawędzi.

Zziajana wpadam w ostatniej chwili na prezentację, uśmiecham się przepraszająco z płonącymi policzkami, po czym uświadamiam sobie, że czegoś zapomniałam: a to karteczek samoprzylepnych, a to materiałów dla uczestników, a to... majtek.

O Boże, majtki! Na szczęście dziś rano odkryłam ich brak zaraz po wyjściu z domu, więc wystarczyło pędem zawrócić spod furtki.

Gdy napięty plan każe mi łamać wszystkie przepisy drogowe, pozostaje jedynie desperacja.

Szaleńcza, trwająca dwadzieścia minut jazda odzwierciedla cały mój dzień. To piekło wielozadaniowości, w którym prócz panowania nad kierownicą dokonuję innych wyczynów: rozładowuję baterię telefonu w trakcie siedmiu rozmów, nakładam korektor na sińce pod oczami i jem lunch. Słowa "lunch" używam tu w znaczeniu umownym. Trudno przecież nazwać lunchem nędzną porcyjkę frytek i ledwo zjadliwego cienkiego burgera.

Gryzę ostatni kęs i odkładam resztki burgera na siedzenie obok, jednocześnie zerkając na zegarek. Jest za piętnaście czwarta. Serce wali mi jak oszalałe. Starając się je uspokoić, skupiam się na swojej prezentacji. Zapamiętałam trzy pierwsze zdania, tak jak uczono mnie na kursie wystąpień publicznych w zeszłym roku.

- Panie i PANOWIE. - Zaciskam ręce na kierownicy i demonicznie szczerzę zęby (prowadzący przekonywał, że każdy mniej entuzjastyczny uśmiech jest źródłem złych wibracji) - witam bardzo, BARDZO serdecznie. Mam nadzieję, że wszyscy są wypoczęci.

Co ja gadam, przecież jest popołudnie. Nie mogą być wypoczęci.

Wspaniały początek, Abby. Szalenie przekonujący z ciebie przedsiębiorca.

To słowo nadal budzi moje zażenowanie. Zupełnie jakbym zaliczała siebie - dwudziestoośmiolatkę, która od półtora roku z trudem porusza się w świecie biznesu - do tej samej kategorii co Richard Branson.

Mam firmę, mam wizytówki z napisem "dyrektor naczelny", wątpię jednak, bym kogokolwiek zwiodła. Równie wiarygodna jako rekin biznesu byłaby Miss Piggy.

- Nazywam się Abigail Rogers. Opowiem wam DZISIAJ, co River Web Design MOŻE dla was ZROBIĆ.

Przesadna modulacja. Trener kazał podkreślać trzy słowa w każdym akapicie, ale stosując się do jego wskazówek, mówię jak sir William "Waleczne Serce" Wallace.

Często się zastanawiam, czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do bycia szefową. Gdy od razu po studiach wylądowałam w dużej firmie, nie miałam aż takich ambicji. Lubiłam swoją pracę, dlatego nie mogę powiedzieć, że odeszłam z powodu wrednego przełożonego czy paskudnych klientów, którzy mnie nie doceniali.

Wręcz przeciwnie, to za sprawą pochwał - i jednego odcinka The Apprentice* za dużo - zakiełkowała mi w głowie myśl o własnym biznesie. Tyle że najwcześniej za rok będę mogła powiedzieć, czy podjęłam słuszną decyzję. A może dopiero za dziesięć lat.

* Program telewizyjny prowadzony przez amerykańskiego miliardera Donalda Trumpa, w którym kilkanaścioro uczestników rywalizuje o pozycję menedżera w jednej z jego firm.

- River Web Design to czteroosobowy zespół o WYSOKICH KWALIFIKACJACH. Szczycimy się POMYSŁOWOŚCIĄ (tu stosowna pauza), PRACOWITOŚCIĄ (kolejna pauza) oraz umiejętnością rozpoznania RZECZYWISTYCH POTRZEB klientów i konsumentów.

W tym miejscu znów posyłam w przestrzeń obłąkańczy uśmiech.

Ostatnio spędzam w aucie większość dnia, co wcale nie usprawiedliwia towarzystwa ubezpieczeniowego, które wczoraj zażądało ode mnie nieprzyzwoicie wysokiej kwoty za przedłużenie polisy.

Przyznaję, w zeszłym roku miałam wyjątkowego pecha. Rywalizując z bmw o miejsce na parkingu przed supermarketem, trochę je zarysowałam, za drugim razem na niewielkim rondzie otarłam się o ciężarówkę z naczepą. Z powodu tych drobnych zdarzeń komunikacyjnych firma tak podniosła mi stawkę ubezpieczenia, jakby chodziło o prywatny samolot.

Mam zielone światło. Zerkam na mapę i pluję sobie w brodę, że zostawiłam GPS w biurze. Zwalniam i wpatruję się w znak po lewej. Serce podchodzi mi do gardła na dźwięk klaksonu za plecami.

- Cholera! - Przejechałam właściwy skręt.

Dodaję gazu i szukam wzrokiem miejsca, w którym mogłabym zawrócić. Czując na karku oddech jadących za mną zirytowanych kierowców, skręcam w wąską uliczkę między dwoma budynkami i znajduję się na małym zatłoczonym parkingu. Kręcę kierownicą, by rozpocząć manewr zawracania na trzy.

Spoglądam na zegarek, zatrzymuję się na chwilę, sięgam po frytki i popijam je colą. Energicznym ruchem umieszczam butelkę w stojaku, wrzucam wsteczny bieg, przełykam frytki i zaczynam od nowa:

- Panie i panowie, witam bardzo serdecz...

Przerywa mi głuchy odgłos. Auto zatrzymuje się gwałtownie, a ja siłą bezwładu lecę do przodu, czując, jak pasy wrzynają mi się w ciało. Cola wylewa się z niezakręconej butelki. Przerażona odwracam się, by spojrzeć przez tylną szybę.

Nie widzę nic prócz betonowej ściany budynku rady miejskiej grubo ponad dziesięć stóp od tyłu auta. Bogu dzięki! Musiałam uderzyć w jeden ze słupków.

Drżącą ręką otwieram drzwi. I wtedy to dostrzegam.

Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że patrzę na znieruchomiałą rękę tuż przy tylnym kole mojego auta. Wydaję zduszony okrzyk.

Nie wierzę. Czyżbym kogoś zabiła? Naprawdę kogoś zabiłam?!

Rozdział 2

O. Mój. Boże!

Wyskakuję z auta. Serce wali mi jak młotem, żołądek podchodzi do gardła. Mężczyzna, którego właśnie przejechałam, leży na plecach z nogami przygniecionymi motocyklem. Granatowy lakier maszyny lśni w lipcowym słońcu. Zauważam kask, który potoczył się dalej.

Schylam się, by dotknąć ręki. Jest ciepła. To piękna, opalona męska dłoń, duża i silna, ze zdartą skórą na kostkach. Młoda dłoń, która przeze mnie nie zestarzeje się i nie doczeka deformacji wywołanych artretyzmem.

- Przepraszam! - zawodzę. - Tak mi przykro, tak mi przykro!

Oczy zachodzą mi łzami, lecz umysł pracuje na najwyższych obrotach. Podnoszę się i omiatam wzrokiem parking. Jestem sama. Tylko z sąsiedniej ulicy dobiega szum samochodów. Dopadam otwartych drzwi auta i łapię torebkę. Grzebię w niej wściekle i po chwili wyjmuję telefon. Wybieram 999, naciskam klawisz połączenia i wtedy... pada mi bateria.

- Niech to szlag! - Próbuję zmniejszyć napięcie szybkimi urywanymi oddechami, których moja przyjaciółka Jess uczyła się w szkole rodzenia. Na próżno. Działają tak samo jak zadziałałby defibrylator.

Biegnę na tył auta w nadziei, że mężczyzna, którego przygwoździłam do ziemi, usiadł o własnych siłach i ma się dobrze.

Niestety, moje nadzieje okazują się płonne.

Biorę go za przegub. Nie wyczuwam pulsu.

- NA POMOC! - wrzeszczę, a mój głos niesie się echem po parkingu. Po chwili dociera do mnie, że jestem zdana tylko na siebie.

Zakasuję spódnicę, padam na kolana i chwytam mężczyznę pod ramiona. Zapieram się z całej siły, walcząc z bezwładnym ciężarem atletycznego ciała. Krzywię się z bólu, szorując kolanami po szorstkim asfalcie.

Dalej, Abby. Masz tylko jedno wyjście. Sztuczne oddychanie.

TAK!

Jest tylko jedno "ale": nie umiem robić sztucznego oddychania.

Mimo to postanawiam spróbować. Z zakamarków pamięci wydobywam strzępki informacji. Moja wiedza o pierwszej pomocy to wypadkowa wiadomości zdobytych w skautkach w 1989 roku i obrazków z odcinka serialu Ostry dyżur z ubiegłego tygodnia.

Myśl, Abby!

Czy najpierw robi się sztuczne oddychanie metodą usta-usta, a potem uciska klatkę piersiową, czy odwrotnie? Wydaje mi się, że najpierw to pierwsze. Ale i tak muszę przygotować ofiarę do tego drugiego. Drżącymi rękami rozpinam mężczyźnie kurtkę i odsłaniam szeroką pierś. Dwa pierwsze guziki koszuli ma rozpięte.

Sprawdzam, czy w ustach są jakieś ciała obce. Jestem pewna, że gdzieś o tym czytałam, chociaż Bóg jeden wie, czego szukać. Drobnych, skarpetki nie do pary? A może jednej z tych broni masowej zagłady, których nigdy nie znaleziono...

Skąd mi to przyszło do głowy?!

Odchylam mu głowę i nabieram powietrza. Co ma być, to będzie.

Pochylam się nad nim, serce wali mi jak szalone. Zamykam oczy i przywieram wargami do jego ust.

Kiedy orientuję się, że popełniłam błąd - powinnam zatkać mu nos - uświadamiam sobie coś jeszcze. Wargi reanimowanego mężczyzny wcale nie wydają się wargami nieprzytomnego człowieka. A już z całą pewnością nie martwego.

Po chwili już wiem, skąd to dziwne wrażenie. Jego usta się poruszają. Jego usta... Boże, my się całujemy!

Odsuwam się gwałtownie i patrzę na niego oniemiała.

Niedoszły trup ma niewiele ponad trzydzieści lat. Jest piekielnie przystojny, opalony, ma mocno zarysowaną szczękę, wydatne usta i ciemne, prawie czarne włosy obcięte krótko, by ujarzmić lekkie fale.

Powoli przygryza wargi, jakby chciał sprawdzić smak moich ust, i otwiera oczy. Są zielone. Albo brązowe. Nie. Są i zielone, i brązowe. Mają barwę lasu. Najważniejsze, że są oczami żywego człowieka.

Patrzę zdziwiona, jak mruga i porusza szczęką na boki, zupełnie jak wyrwany z głębokiego snu. Spogląda na mnie, a ja wybucham niekontrolowanym śmiechem. Nie umiem powstrzymać radości, że do listy swoich dzisiejszych wyczynów nie muszę dopisywać zabójstwa.

- Dzięki ci, Boże! Dzięki, dzięki! - powtarzam jak nakręcona.

Wyraz twarzy nieznajomego mówi mi, że winna mu jestem wyjaśnienie.

- Czy pani zawsze cofa auto z prędkością czterdziestu mil na godzinę?

Mężczyzna kuca i obrzuca uważnym spojrzeniem swój motocykl. O motocyklach wiem tylko jedno: że ich nie znoszę. Ten wygląda, a raczej wyglądał, na bardzo drogie cacko. W tej chwili przypomina kupę złomu stratowanego przez stado nosorożców.

- Przepraszam, ale wcale nie jechałam czterdzieści na godzinę. - Staram się zachować spokój.

Rzuca mi gniewne spojrzenie. Jest wspaniale zbudowany. Mięśnie ramion drgają mu pod kurtką, gdy wyszarpuje spod koła kawałek karoserii.

- Jechała pani wystarczająco szybko, żeby mnie zabić - rzuca warkliwie.

- Och, nie przesadzajmy. - Nerwowym uśmiechem próbuję rozładować nieco napięcie.

- Nie przesadzajmy? - powtarza ostro, z czego wnioskuję, że na próżno się wysilałam. - Nie muszę przesadzać. Pani zwaliła mnie z nóg.

Mimo okoliczności w jego głosie i sposobie mówienia jest coś magnetycznego. Na podstawie wyglądu i brzmienia głosu oceniam, że facet musi się uważać za ciacho.

- Naprawa będzie kosztować majątek - ciągnie. - Mam nadzieję, że jest pani ubezpieczona.

Serce mi zamiera na wzmiankę o ubezpieczeniu. Przypominam sobie nową niebotyczną składkę i brak zniżki za bezwypadkową jazdę.

- Oczywiście - odpowiadam wymijająco. W tym jestem świetna, trenuję wymijające odpowiedzi od lat. - A może... - Już mam zaproponować, że zapłacę za szkody bez pośrednictwa ubezpieczyciela, lecz w ostatniej chwili gryzę się w język i przeklinam w duchu za to, że tak łatwo dałam się podejść.

Czytałam ostatnio artykuł, w którym przypominano, by nigdy nie brać na siebie odpowiedzialności pod wpływem impulsu. Nieważne, jak bardzo ma się ochotę przepraszać. Dopiero teraz rozumiem, na czym polegał mój błąd - oczywiście prócz spowodowania tamtych dwóch kolizji, ale nie to jest teraz przedmiotem moich rozważań.

- Coś pani mówiła? - pyta nieznajomy, rzucając mi złowieszcze spojrzenie znad wraku motocykla.

- Nie. - Posyłam mu słodki uśmiech.

- I dobrze. - Wstaje i wyciera zakurzone ręce o spodnie na udach. - Pani mi poda swoje namiary, ja podam swoje, i najszybciej, jak to możliwe, zwrócę się do mojej firmy ubezpieczeniowej.

- Do-brze - mówię z ociąganiem. - Pan najwyraźniej uważa, że wina leży po mojej stronie.

Jego oczy ciemnieją.

- To oczywiste.

- O tym zdecydują nasi ubezpieczyciele - cedzę przez zęby.

Nieznajomy źle przyjmuje moje słowa.

- Proszę pani, spokojnie prowadzę motocykl przez parking i nagle widzę tył citroena C4, który zaraz mnie staranuje...

- Mogę to panu wyjaśnić... - zaczynam, lecz on nie daje mi dojść do słowa.

- Nie wzięła pani pod uwagę, że ktoś lub coś może nagle pojawić się na drodze. Z tego, co zdążyłem zauważyć, była pani zbyt zajęta gadaniem do siebie, by zwracać uwagę na cokolwiek innego.

- Nie gadałam do siebie, tylko ćwiczyłam...

- Wrzuciła pani wsteczny bieg i po prostu ruszyła. Czterdzieści mil na godzinę.

Krzyżujemy spojrzenia.

- Nie jechałam czterdzieści na godzinę - protestuję. - A co do mówienia do siebie... - krzyżuję ręce na piersi - niech panu będzie, przyznaję, rzeczywiście mówiłam do siebie. I co z tego? To była o wiele przyjemniejsza rozmowa niż nasza.

Mam wrażenie, że kąciki jego ust unoszą się w lekkim uśmiechu, nad którym stara się zapanować.

- Proszę pana - z rozmysłem odwracam wzrok - już wyraziłam swoje ubolewanie z powodu tego niefortunnego zdarzenia.

- Tak? Nie przypominam sobie.

- Moje słowa brzmiały, cytuję: "Przepraszam. Tak mi przykro, tak przykro".

Patrzy na mnie zdezorientowany. Uderza mnie myśl, że przecież był nieprzytomny, kiedy to mówiłam.

- Może przejdziemy do konkretów? - proponuję. - Spieszę się.

- Do jakich konkretów?

- Wymiany numerów telefonów.

- Pani propozycja mi pochlebia, ale przez kilka następnych weekendów jestem zajęty. Poza tym mam już dziewczynę.

- Chodzi o ubezpieczenie, a nie o... - Urywam, orientując się, że perfidnie mnie podpuszcza. - Ma pan długopis?

- Nie przy sobie. - Maca się po kieszeniach. - A pani?

- Proszę poczekać. - Wracam do auta i sięgam po torebkę. Zamiast długopisu znajduję konturówkę do ust. Musi wystarczyć. Prostując się, czuję na sobie jego wzrok. Odwracam się gwałtownie, lecz on spogląda już w innym kierunku i nie wiem, czy sobie tego nie wyobraziłam. Chcę pisać, lecz nagle moja ręka zawisa w powietrzu.

- Co się stało?

- Nie pamiętam nazwy mojej firmy ubezpieczeniowej - wyznaję oszołomiona takim obrotem sprawy. W zeszłym roku miałam z nimi do czynienia trzy razy. Mogę podać nazwiska przynajmniej sześciu pracowników ich centrali telefonicznej i imiona większości ich dzieci. Dostałam nawet zaproszenie na srebrne gody jednego z nich.

- Pani żartuje.

- Niestety nie. Proszę do mnie napisać, prześlę panu dane e-mailem - Podaję mu wizytówkę.

Kiedy ją ode mnie bierze, nasze palce stykają się na ułamek sekundy. Czerwienię się i jednocześnie karcę w duchu. Myśl, że łechczę ego mężczyzny, który: a) nie musi się wysilać, by zwrócić na siebie uwagę płci przeciwnej, i b) puści mnie z torbami, jest niemal bolesna.

- Dziękuję - mówi uprzejmie, biorąc drugą wizytówkę, na której zapisuje mi swój adres e-mailowy. W jego ręku moja konturówka przypomina kredkę z pudełka czteroletniego dziecka. - Odezwę się.

- Super - mamroczę. Nie powinnam tego mówić.

- Nie prosiłem się o to - mówi lodowato. - To pani najechała na mnie, skasowała mi motocykl i o mało mnie nie zabiła.

- Bez przesady. - Zaczynam gotować się ze złości.

- Cóż znaczy drobne wstrząśnienie mózgu między przyjaciółmi, prawda?

- Nie jesteśmy przyjaciółmi - zauważam.

Nieznajomy podnosi wrak motocykla i przygląda mu się uważnie.

- Nie, nie jesteśmy - mówi.

Rozdział 3

Docieram do biura Max Crane Law półtorej minuty przed planowanym rozpoczęciem prezentacji. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moja straszna fryzura. Moje włosy są za długie (sięgają do ramion) i mają widoczne odrosty, a wszystko z powodu braku czasu na wizytę u fryzjera. Na dodatek wyglądają, jakbym w ostatniej chwili suszyła je dmuchawą do liści.

Jestem pąsowa z przejęcia. Z kolorem moich policzków współgra barwa moich kolan. Patrząc na nie, można by pomyśleć, że usiłowałam ogolić je zardzewiałym skalpelem.

Upewniwszy się, że jestem sama w damskiej toalecie, zadzieram spódnicę i wkładam nogę do umywalki z matowego szkła. W pośpiechu spłukuję krew i obmywam kolano pianką do rąk o zapachu lawendy. W tej samej chwili drzwi otwierają się szeroko i do łazienki wkracza Letitia Hooper, szefowa działu rozwoju i marketingu, alias Pani Big. Przynajmniej tak ją dzisiaj nazywam ze względu na prezentację w jej firmie.

Chociaż Letitia, którą często spotykam przy okazji różnych wydarzeń branżowych, ma dopiero trzydzieści siedem lat, ubiera się jak dyrektorka szkoły z internatem dla dziewcząt. Za każdym razem na jej widok spodziewam się posadzenia w kozie.

- Ach, Letitio! - wołam. Szybko wyciągam nogę z umywalki, opryskując Letitię wodą. Mruga, by usunąć z nich drobiny pianki do rąk, i taksuje mnie z góry na dół. - Bardzo przepraszam. - Kuśtykam boso po papierowy ręcznik. - Co u ciebie?

Biorę kilka ręczników z podajnika i osuszam nogi.

- Wszystko dobrze, Abby, dziękuję - odpowiada jak gdyby nigdy nic. - W zeszłym tygodniu spotkałam na lunchu twoją pracownicę, Heidi Hughes.

- Och, Heidi. - Uśmiecham się zadowolona, że nasza rozmowa przybrała taki obrót. Wiem, że Heidi nie sprawi mi zawodu. - Jest w mojej firmie prawie od początku.

- Robi doskonałe wrażenie - stwierdza Letitia. - Świetnie się spisała, promując wasze usługi.

Notuję sobie w pamięci, żeby podziękować za to Heidi przy najbliższym spotkaniu. Cała Heidi. Właśnie dlatego kilka tygodni temu awansowałam ją na głównego projektanta.

Jej pierwszy dzień w pracy ponad rok temu nie rzuciłby na kolana kierownika działu personalnego.

I nie była to wcale jej wina. Heidi nigdy nie sprawiała kłopotów. Chodziło o jej szefową, której kariera zawodowa właśnie nabrała kosmicznego przyspieszenia.

Kiedy tamtego dnia otworzyłam drzwi naszego biura na czwartym piętrze, od razu zauważyłam serdeczny uśmiech Heidi i życzliwość wypisaną na jej twarzy. Była ładną dwudziestopięciolatką o jasnorudych włosach, cherubinkowych ustach i piegowatym nosku.

Przyszła przed czasem. W odpowiedzi na moje powitanie zalała mnie potokiem słów, widać było, że jest zdenerwowana. Pomyślałam sobie wtedy, że trochę za bardzo się wystroiła. Miała na sobie szykowny grafitowy kostium. Dziś wiem, że zawsze ubiera się tak do pracy.

- Ładnie tu - powiedziała, rozglądając się po miniaturowym biurze w biznesowej dzielnicy Liverpoolu. Rozmowę kwalifikacyjną odbyłyśmy w kafejce po drugiej stronie ulicy, więc dopiero pierwszego dnia zobaczyła swoje nowe miejsce pracy. - Gdzie mam siedzieć?

Wolałabym, żeby to pytanie nie padło.

- W ostateczności tutaj. - Wskazałam miejsce na dywanie.

Zamrugała zdziwiona.

- To kłopotliwa sytuacja, ale twoje biurko i komputer przyjadą jutro - wyjaśniłam przepraszającym tonem. - To moja wina, za późno je zamówiłam. Miałam tyle na głowie, do tej pory wszystko robiłam sama... Nie chcę zanudzać cię szczegółami. Niedługo wychodzę, usiądziesz przy moim biurku.

Odsunęłam na bok stertę papierów i opakowania czekoladek Maltesers, mrucząc pod nosem przeprosiny. Jeśli Heidi miała jakieś obawy, nie zdradziła ich ani słowem, ani gestem.

Miała doskonałe CV. Skończyła przyzwoitą uczelnię i tak jak ja pracowała w dużej firmie marketingowej. Ale to nie dlatego przyjęłam ją do pracy. Zdecydowały cechy jej charakteru: entuzjazm, bezpretensjonalność, miłe obejście i - na co liczyłam - inicjatywa.

Nie zawiodłam się. Podczas mojej czterogodzinnej nieobecności w biurze Heidi przyswoiła sobie informacje o naszych klientach, sporządziła listę tych potencjalnych, spisała propozycje zakupów do biura, a na dokładkę zrobiła porządek w szafce z materiałami biurowymi, która przedtem wyglądała jak pobojowisko.

Przyznaję, że w tamtej chwili przemknęła mi przez głowę kąśliwa myśl, że Heidi jest zbyt doskonała. Byłyśmy w tym biurze tylko we dwie i nie chciałam mieć pracownicy cyborga. Marzyłam o kimś, z kim mogłabym się pośmiać.

Pod koniec dnia musiałam jej przypomnieć, że czas iść do domu.

- Dziękuję za cudowny dzień. - Uśmiechnęła się szeroko, wkładając płaszcz. - Bardzo mi się podobało.

- To ja ci dziękuję. Jutro będzie łatwiej. Nie będziemy już musiały siedzieć przy jednym biurku. A może skoczymy na drinka? - zaproponowałam.

Heidi nagle spoważniała.

- Firma nie wypracowała jeszcze własnej polityki dotyczącej alkoholu? - spytała.

Zaśmiałam się, choć czułam lekki niepokój na myśl, że nie żartuje.

- Jak dotąd nie. Dlaczego pytasz? Jaka powinna być według ciebie polityka firmowa w kwestii alkoholu?

- Szybki drink powinien być obowiązkowy.

Resztę wieczoru spędziłyśmy na wesołej pogawędce. Opowiadałyśmy sobie o poprzedniej pracy i o sprawach sercowych (okazało się, że obie mamy w tej dziedzinie okropne doświadczenia).

Tak się ma sprawa z Heidi. Ta dziewczyna umie zaskakiwać.

Rozdział 4

Nie wiem, czy to zasługa Heidi, która przygotowała grunt, ale moja prezentacja bardzo się podoba.

- Dobra robota, pani Rogers - mówi Boris Keppelhammer, wspólnik Letitii, którego dziwne nazwisko kłóci się z jego bardzo zwyczajną aparycją. - Musimy omówić pani propozycję ze wspólnikami, ale ponieważ reprezentuje pani ostatnią agencję, z którą rozmawiamy, z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że jesteśmy pod wrażeniem.

Uśmiecham się czarująco, uważając, by nie przesadzić, a tak naprawdę mam ochotę paść na obtarte kolana i obsypać jego stopy pocałunkami.

- Dziękuję za miłe słowa, panie Keppelhammer - odpowiadam. W drzwiach ściskam na pożegnanie jego dłoń. - Będę z niecierpliwością czekała na odpowiedź.

Jeszcze przed powrotem do biura odbieram telefon z informacją, że mamy ten kontrakt.

Jak widać, to działa, choć świadomość, że to robię i nawet mi się udaje, jest dla mnie źródłem nieustającego zdziwienia. Bez względu na to, jak wielki bałagan panuje w innych sferach mojego życia, w pracy prezentuję spójny profesjonalny wizerunek: staję się opanowaną, pewną siebie i kompetentną Abby. Taką Abby, z którą ludzie chcą robić interesy.

Muszę stale przypominać sobie, ilu klientów zdobyłam, odkąd prowadzę własną firmę. W przeciwnym wypadku miewam jedną z tych "chwil", gdy paraliżuje mnie myśl o odpowiedzialności za klientów, za troje pracowników i obrotach rzędu stu siedemdziesięciu tysięcy funtów rocznie.

Chociaż daleko mi do Alana Sugara*, ludzie znający się na rzeczy zapewniają mnie, że to dobre tempo jak na firmę w pierwszym roku jej istnienia. Choć na razie osiągam minimalne zyski, słyszę z różnych stron, że w mojej firmie tkwi olbrzymi potencjał. Zwłaszcza teraz, gdy udało mi się zdobyć paru naprawdę prestiżowych klientów. Wśród tej śmietanki jest krajowa sieć centrów ogrodniczych o nazwie Diggles.

* Alan Sugar - brytyjski biznesmen, gwiazda programu BBC The Apprentice.

Uwielbiam Diggles, chciałabym mieć z nimi dzieci. Kiedy zdobyłam ten kontrakt, wracałam do domu w podskokach, zupełnie jakbym odziedziczyła sieć ekskluzywnych sklepów obuwniczych albo poznała gwiazdora filmowego.

- Cześć, Abby - rzuca mi na powitanie Priya, moja młodsza graficzka.

- Ty ciągle tutaj? Już po wpół do siódmej.

- Zaraz wychodzę do Cross Keys - wyjaśnia.

- Na spotkanie z tym... jak mu tam? Karl?

- Ten "jak mu tam" mnie rzucił.

- O nie. Bardzo mi przykro, Priyo - mówię zakłopotana. Chociaż przyznaję, że coraz łatwiej mi to przychodzi, ponieważ Priya jest porzucana mniej więcej raz w miesiącu, czasem dwa, dając mnie i reszcie współpracowników okazję do częstego wyrażania współczucia.

Nie tylko mnie zastanawia, dlaczego tak się dzieje. Przecież Priya, moja najmłodsza pracownica, jest urocza. Ma mnóstwo entuzjazmu, nietuzinkową osobowość i ciekawą urodę.

Od lat poddaje swoje włosy dziwacznym eksperymentom. Teraz paraduje z odblaskowym różem na głowie. Na okładkę "Vogue'a" raczej nie trafi, ale podczas ostatniej awarii prądu jej fryzura okazała się bardzo pożyteczna, bo odkryliśmy, że świeci w ciemności. Dzięki niej odnaleźliśmy drogę do wyjścia awaryjnego. Priya nosi swój róż w sposób niedościgniony.

Inni nie są równie otwarci na jej ekstrawagancję. Zanim przyjęłam ją do zespołu, sześć firm odrzuciło jej kandydaturę z powodu kolczyka w nosie i fryzury. Nie wiedzą, co stracili. Priya ma zaledwie dwadzieścia lat, ale jest jednym z najlepszych grafików komputerowych, jakich znam: szybka, pomysłowa i niezwykle oryginalna. Jej życie uczuciowe jest tak skomplikowane, jak traktat lizboński, ale to zupełnie inna historia.

- Czekaj, póki nie zobaczysz listu od administratora budynku.

- Brzmi intrygująco. - Opadam na krzesło.

Priya chrząka i zaczyna:

- Cytuję: Dotarły do nas informacje, że Niektóre Firmy mieszczące się w naszym Budynku nie przestrzegają obowiązujących tu restrykcyjnych Przepisów Bezpieczeństwa...

- To chyba jakaś poważna sprawa - zauważam, z trudem powstrzymując uśmiech.

Priya kontynuuje:

- Dysponujemy niezbitymi dowodami (m.in. informacjami od świadka, który należy jednocześnie do ścisłego grona osób zarządzających budynkiem) świadczącymi o tym, że głównym winowajcą jest Pewna Firma - której nazwy tu nie wymienimy - zajmująca lokal na czwartym piętrze.

- Sądzisz, że chodzi o nas? - pytam.

- Tak przypuszczam. Posłuchaj, co piszą dalej. Robi się groźnie. Rzeczona Firma używa Nieautoryzowanego Tostera w przestrzeni biurowej, zamiast korzystać z Tostera Ogólnodostępnego, który za zgodą administracji budynku został umieszczony na czwartym piętrze w części wydzielonej dla celów kuchenno-konsumpcyjnych. To kwestia bardzo poważna, ponieważ dotyczy Zdrowia i Bezpieczeństwa, Naruszenia Obowiązujących Przepisów i poważnego naruszenia Porządku. Proszę o natychmiastowe zaprzestanie używania Nieautoryzowanego Tostera, w przeciwnym wypadku Podejmiemy Stosowne Kroki. Podpisano: Zarządca Budynku.

- Powiem krótko: o rany! - rzuca Matt Przystojniak.

Priya jęczy i przewraca oczami.

- Nie bój się, nic nam nie zrobią - mówię.

Matt zyskał swój przydomek dzięki Brendzie, barmance z pobliskiego baru, która - choć nie pierwszej młodości - wykorzystuje każdą okazję, by rzucić kilka pochlebnych uwag na temat jego kształtnego tyłka. Ksywka przykleiła się do niego głównie dzięki Priyi, która rozpuściła pogłoski, że Mattowi schlebia bycie "Przystojniakiem", choć głośno nigdy się do tego nie przyzna.

Trudno uznać Matta za klasycznego przystojniaka. Nie imponuje obwodem bicepsa ani szeroką klatką piersiową. Jest jednak na swój sposób uroczy. Wysoki okularnik o łagodnym głosie, który lubi dopasowane dżinsy i podkoszulki od najlepszych projektantów, i upiera się przy noszeniu modnej grzywki włażącej mu do oczu, gdy nachyla się nad klawiaturą komputera.

- Jak poszła prezentacja? - pyta Priya.

- Nieźle - odpowiadam spokojnie, sprawdzając pocztę. - Całkiem nieźle.

- Kiedy poznamy decyzję?

Nie umiem powstrzymać drgania kącików ust. Byłabym fatalną tajną agentką.

- Już ją znam.

- I co?

- I... mamy ten kontrakt!

- Hura! - Priya rzuca mi się na szyję. - Czy to znaczy, że dzisiaj ty stawiasz drinki?

- Nie przepuścisz żadnej okazji. - Cmokam z udawanym niezadowoleniem. - Chyba nie mam wyjścia. Chociaż Bóg jeden wie, co na to mój księgowy. Przy każdej nowej umowie przepuszczam połowę pierwszej płatności na opijanie sukcesu.

Otwieram skrzynkę z wiadomościami. Przytłacza mnie liczba nieprzeczytanych e-maili. Z braku czasu mogę tylko pobieżnie rzucić na nie okiem.

Do biura wchodzi Heidi. Wygląda dziś wyjątkowo szykownie w garsonce a la Jackie Kennedy i w ślicznych zielonkawoniebieskich pantofelkach.

- Heidi, jestem ci winna drinka - zagajam. - Nie wiem, co powiedziałaś ludziom w Max Crane, ale zadziałało.

- Pozyskałaś ich jako klientów? Brawo, świetna robota. - Heidi uśmiecha się niewyraźnie, z roztargnieniem. Kolejny raz w ciągu paru tygodni zauważam, że jej reakcje są bardziej powściągliwe niż zwykle, choć Heidi nigdy nie dorównywała Priyi poziomem spontaniczności. Zresztą Priyi nikt by nie dorównał, chyba że po dopalaczach.

Bez względu na wszystko ani przez chwilę nie wątpiłam, że Heidi jest najlepszą rzeczniczką naszej firmy. Nasza konkurencja chętnie by ją podkupiła. Często się zastanawiam, czy pewnego dnia nie skusi jej perspektywa kariery i wysokich zarobków w dużej firmie.

- Wszystko w porządku? - pytam.

Kręci głową, jakby nagle obudziła się z drzemki.

- Tak, Abby. Przepraszam. Przygotowałaś komunikat prasowy o swoim sukcesie? Jeśli nie, zaraz coś napiszę.

- To nie jest mój sukces, Heidi, lecz nasz.

- Skoro tak mówisz... - Heidi się uśmiecha. - Ale i tak to ciebie będą cytowali. Znajdziesz pięć minut, żeby pogadać o potencjalnym kliencie? To nowa klinika chirurgii plastycznej. Specjalizują się w botoksie. Rozmawiałam wstępnie z właścicielką. Jeśli ją przyciśniesz, będzie nasza.

Właśnie do takiej Heidi przywykłam. Energicznej, entuzjastycznej i zawsze krok przed innymi.

- Kończę o szesnastej - mówię, kasując wiadomości. - Pójdziesz z nami na drinka?

- Raczej nie. Chcę się wcześniej położyć, padam ze zmęczenia. Wypij jednego za moje zdrowie. I - Heidi puszcza do mnie oko - postaraj się, żeby Brenda trzymała ręce z dala od tyłka Matta, dobrze?

Rozdział 5

Tylko jedna rzecz poprawia mi samopoczucie w towarzystwie wysportowanych ludzi: solidny kit kat.

Wracam z holu centrum sportu z batonikiem w jednej ręce i dietetyczną colą w drugiej i dołączam do mojej najlepszej przyjaciółki, która stoi za linią boiska do piłki halowej.

- Dawaj, Jamie! - szepcze przejęta, gdy jej czteroletni syn przymierza się do strzału. - Brawo! - Klaszcze podekscytowana tym, że trafił.

Po wznowieniu gry podaje grzechotkę dziewięciomiesięcznej Loli, która reaguje radosnym szczebiotem.

- Pilnuj, żebym nie zamieniła się w przesadnie ambitną matkę, dobrze? - prosi Jess.

- Niebezpiecznie zbliżasz się do tego modelu macierzyństwa - dogryzam jej i wbijam zęby w kit kata.

- Ja to jeszcze nic - mówi Jess, wyjmując z torebki jabłko. - W Dniu Sportu siedziałam obok matki, która instruowała swoją dopiero uczącą się chodzić córeczkę jak, nie przymierzając, Fabio Capello*.

* Fabio Capello - włoski trener piłkarski, uważany za jednego z najlepszych trenerów wszech czasów.

Przyjaźnię się z Jess od niepamiętnych czasów. Mamy wspólne zainteresowania, od miłości do książek po uwielbienie dla włoskich mężczyzn. Różnimy się tylko pod jednym względem, co doskonale ilustruje wybór przekąsek.

Jess reprezentuje typ, który moja babcia określiłaby mianem "fanatyczki aktywności fizycznej". Jest wręcz nieprzyzwoicie wysportowana. W szkole była kapitanem drużyny netballa i rounders**, reprezentowała hrabstwo w biegach przełajowych, w roku 1991 i 1992 zdobyła tytuł mistrzyni w biegu przez płotki w kategorii juniorek, a swoim ścięciem znad siatki mogła pozbawić widzów głowy.

** Rounders - gra podobna do baseballu, odmiana palanta.

Podczas gdy inne zbliżające się do trzydziestki kobiety stopniowo traciły sportowy impet w wirze pracy, macierzyństwa i życia towarzyskiego, Jess przerzuciła się na bieganie w maratonach i triatlon. Wziąwszy pod uwagę jej sportowe zacięcie, drobną budowę, błękitne oczy i naturalny wdzięk, powinnam jej nienawidzić. Na szczęście jest cudowną przyjaciółką i potrafi mnie rozśmieszyć jak nikt inny, dlatego mogę jej wybaczyć te "wady".

Jeśli o mnie chodzi, to nie uważam się za łamagę. Nie jestem chorobliwie otyła, nie cierpię na trądzik wywołany fatalną dietą, nie mam innych oczywistych objawów. Zwykle wchodzę w rozmiar czternasty (w Wallis nawet w dwunastkę - niech ich Bóg błogosławi), mimo różnych grzeszków. Jednego dnia objadam się ponad miarę, drugiego nie jem nic. Za dużo piję. Nie umiem odmówić sobie kieliszka, czasem trzech kieliszków wina pod koniec ciężkiego dnia.

Nie zawsze tak było. Tak jak Jess grałam w szkolnej drużynie rounders (chociaż większość czasu spędzałam za czwartą bazą w nadziei, że piłka nigdy do mnie nie dotrze). W zeszłym roku chodziłam do fitness clubu na step i jeździłam na rowerze, gdy naszła mnie ochota, chociaż, szczerze mówiąc, nie zdarzało się to zbyt często.

Odkąd mam własną firmę, moje zdrowie i forma zeszły na dalszy plan. Gdybym teraz wybrała się na siłownię, mięśnie brzucha szybko ogłosiłyby strajk.

- Biegasz dzisiaj? - pytam.

- Jasne. - Jess się uśmiecha, wiedząc, jak dziwi mnie to, że należy do Klubu Biegacza.

- Nie masz wolnego dnia? - dociekam, choć znam odpowiedź.

- Nie spotykamy się codziennie. Biegamy kilka razy w tygodniu.

- Ale ty biegasz codziennie.

- W Boże Narodzenie nie biegam. Chociaż w zeszłym roku udało mi się zrobić pięć kilometrów, gdy Adam obierał brukselkę. - Puszcza do mnie oko. - Jak sprawa z motocyklistą?

- Ach, to... - Przewracam oczami. - Wysłałam mu e-mail, czekam na odpowiedź, żeby podać mu dane dla ubezpieczyciela. Dziwne, że jeszcze się nie odezwał. Był taki zły, że spodziewałam się rachunku jeszcze tego samego dnia.

- O jejku.

- Boję się tego, Jess. To będzie mnie kosztować majątek. Stałam się praktycznie nieubezpieczalna.

- To była wyłącznie twoja wina?

- Obawiam się, że tak, chociaż strasznie mnie korci, żeby zwalić winę na tego zrzędliwego sukinsyna.

- Mówiłaś, że jest niesamowicie przystojny.

- Jedno nie wyklucza drugiego.

- O mało go nie zabiłaś.

Krzywię się na te słowa.

- Wcale nie.

- Tak mi powiedziałaś.

- Naprawdę? Och... Zaznaczam, że nie tak brzmi moja oficjalna wersja zdarzenia.

Jess chichocze. Wyjmuje chusteczki dla niemowląt i usiłuje wytrzeć Loli nos.

- Jak się czujesz przed powrotem do pracy? - pytam, zastanawiając się jednocześnie, czy wystarczy mi drobnych na paczkę czipsów z automatu.

- Dobrze. - Jess robi minę, jakby zaskoczyła samą siebie. W przyszłym tygodniu wraca po urlopie macierzyńskim na wyższe stanowisko kierownicze w firmie telekomunikacyjnej. - Będę musiała na nowo się wdrożyć, ale wreszcie wyrwę się z domu.

- Założę się, że dziwnie ci będzie bez dzieci.

- Jestem na to gotowa. W tym tygodniu zamiast do Tesco, do którego mam dwie minuty drogi, wypuściłam się do Sainsbury's na drugim końcu miasta. Dla odmiany. Człowiek musi mieć jakieś nowe bodźce.

Lola upuszcza grzechotkę i zaczyna popłakiwać. Podnoszę zabawkę i wkładam ją Loli do rączki. Mała obdarza mnie promiennym uśmiechem. Nie mogę oprzeć się pokusie, wypinam Lolę z szelek, biorę ją na ręce i przytulam.

- Co to za ślicznotka? - zagaduję, muskając nosem jej brzuszek. Lola zanosi się śmiechem.

- Czyżby obudził się w tobie instynkt macierzyński? - Jess unosi brwi.

- Daj mi cztery, pięć lat. Ty dorobiłaś się męża i dzieci przed trzydziestką, ale niektóre kobiety mają wolniejsze tempo. Poza tym z trudem godzę pracę z życiem prywatnym, a troszczę się na razie tylko o siebie.

- Kiedy spotkasz odpowiedniego faceta, nic cię nie powstrzyma. - Jess przybiera mentorski ton.

- To już inna para kaloszy - wzdycham.

Jess rzuca mi z ukosa znaczące spojrzenie.

- Poszukiwania tego właściwego niedługo się skończą. Przyrzekam ci to jako twoja przyjaciółka. Dzisiejszy wieczór będzie twoim triumfem. Czuję to przez skórę.

Mimo jej entuzjazmu pozostaję sceptyczna.

- Czułaś to przez skórę przed każdą z trzech randek w ciemno, na które mnie umówiłaś. I każda z nich okazała się totalną katastrofą.

Jess postanowiła, że choćby nie wiem co, znajdzie mi faceta. W rezultacie zafundowała mi paradę kolegów z pracy Adama, swojego męża. Wszyscy byli w porządku, żadnemu niczego nie brakowało, tyle że ani jeden mi się nie spodobał. To utwierdziło Jess w przekonaniu, że jestem chorobliwie wybredna.

Dzisiaj wieczorem czeka mnie odmiana. Zamiast kumpla Adama na kolacji zjawi się facet z Klubu Biegacza. Jess bardzo zależy, żeby to spotkanie było początkiem pięknego związku, który zaowocuje ślubem, dziećmi i wypadami do wiosek wypoczynkowych Center Parcs.

- Może i tak - przyznaje samokrytycznie - ale Oliver jest Włochem. A na pewno jego dziadek jest Włochem. Przynajmniej w jednej czwartej. Mniej więcej.

- W takim razie ja jestem bardziej Włoszką niż on Włochem - stwierdzam.

- Właśnie objął funkcję kapitana zespołu - ciągnie Jess, ignorując moją kąśliwą uwagę - bo poprzedni nabawił się kontuzji. Nie znam go zbyt dobrze, zjawił się parę miesięcy temu, ale jestem pewna, że ci się spodoba. Jest bardzo przystojny, i co ważniejsze, bardzo miły.

- Skoro tak, to dlaczego najpierw swatałaś mnie z trzema innymi, zamiast od razu umówić mnie z nim?

- Przedtem nie był sam. Właśnie rozstał się z jakąś kobietą.

- Ach, więc dźwiga bagaż doświadczeń?

- Tak jakbyś ty go nie miała.

Nie ma dobrej odpowiedzi na takie dictum. Kit kat i dietetyczna cola już się skończyły.

Wyjmuję z kieszeni pięćdziesiąt pensów. Mam straszną ochotę na czipsy.