Wszystkie pory uczuć. Lato - Magdalena Majcher

Reflow text when sidebars are open.
Joasia nie była pewna, czy najpierw kupiła test ciążowy, czy może jednak poradniki dla rodziców. Nie potrafiła teraz odtworzyć w pamięci, czy w pierwszej kolejności wstąpiła do apteki, czy do księgarni.
Do domu wróciła z testami ciążowymi od pięciu różnych producentów, żeby mieć pewność, że wynik będzie miarodajny, i sześcioma opasłymi tomiskami, na których grzbietach wypisano tytuły dość jednoznacznie sugerujące, jakiej tematyki dotyczą: Mądrzy rodzice, mądre dzieciaki, Księga wymagającego dziecka, Księga Rodzicielstwa Bliskości, Pierwszy rok życia dziecka, Wychowywanie chłopców, Sekrety wychowywania dziewcząt. Bo przecież nie wiedziała, czy urodzi chłopca, czy dziewczynkę. O ile w ogóle jest w ciąży, a nie na przykład wkracza we wczesną fazę menopauzy.
Wprawdzie nie przekroczyła jeszcze czterdziestki, ale i tak miała wrażenie, że jest za stara na dziecko. W reklamach i kolorowych pismach matki zawsze wyglądały na co najwyżej trzydzieści lat. Nie miały ani jednej zmarszczki, ich skóra była idealnie gładka i naprężona. Tymczasem ona zdecydowała się na dziecko w wieku trzydziestu ośmiu lat. Na pierwsze dziecko!
I to wcale nie dlatego, że robiła karierę i najzwyczajniej w świecie zabrakło jej czasu na macierzyństwo.
Bo o jakiej karierze może być mowa w przypadku zwykłej ekspedientki w markecie? O awansie z magazynu na kasę?
Marzenie o dziecku pojawiło się, gdy miała około dwudziestu pięciu lat. To właśnie wtedy Asia po raz pierwszy pomyślała, że chciałaby zostać mamą, ale realizacja tego planu okazała się mocno problematyczna. No bo jak zajść w ciążę, skoro kandydata na ojca brak? A może inaczej: kandydatów na ojca nigdy nie brakowało, bo przecież średnio raz na pół roku wikłała się w kolejną skomplikowaną i mocno toksyczną znajomość, ale żeby któryś z tych mężczyzn był odpowiednim kandydatem na ojca... cóż. Tego nie mogła powiedzieć, chociaż tak bardzo chciała widzieć w nich zalety, których nie dostrzegała cała reszta świata.
Joanna była klasycznym przykładem kobiety, która kocha za bardzo. Od najmłodszych lat nawykła do stresów i cierpień, więc w dorosłym życiu podświadomie odtwarzała doskonale znany z domu schemat. Dorastała w mocno patologicznej rodzinie, w której zawsze najważniejszy był alkohol. Na miłość, czułość i bliskość po prostu brakowało w niej miejsca.
Mała Asia zawsze była zaniedbywana. Jako dojrzała kobieta wzorowała swoje relacje na tych, które znała z rodzinnego domu. Rodzice byli nieprzystępni emocjonalnie i zbyt zajęci piciem, żeby zwracać uwagę na córkę. Ojciec to odchodził, to znów wracał, a matka za każdym razem przyjmowała go z otwartymi ramionami. Nieważne, że kiedy poszedł w długą, nie było go przez ciągnące się w nieskończoność tygodnie. W tym czasie Dorota jeszcze częściej zaglądała do kieliszka, zapijając smutki. Asia była dla niej przezroczysta. Dziewczynka czasem miała wrażenie, że matka nie patrzy na nią, a przez nią. Zupełnie jakby Asia była duchem.
Potem ojciec wracał, a wraz z nim wszystko powracało do względnej normy. Dorota przestawała pić ze smutku, co nie znaczyło, że odstawiała alkohol w ogóle. Zmieniał się po prostu powód picia: powrót marnotrawnego męża był przecież doskonałą okazją do świętowania. Wieczorami Joasia nie mogła zasnąć przez trzeszczącą w sąsiednim pokoju starą wersalkę. Rodzice godzili się zdecydowanie zbyt głośno, ale kto by się tym przejmował? Nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na kulącą się ze strachu kilkuletnią dziewczynkę.
Potem ojciec przepadł na dobre. Ktoś widział go w jakiejś melinie, ale ślad szybko po nim zaginął. Dorota się wściekała i tłumaczyła zdziwionej córce, która nagle przestawała być dla niej niewidzialna, co myśli o mężczyznach. Asia była przecież na tyle dorosła, że z braku innych możliwości mogła stać się powierniczką jej problemów.
- Oni wszyscy są tacy sami. Wszyscy, co do joty! Wspomnisz kiedyś moje słowa, zobaczysz... Są mili, kochani, bo chcą dostać dupy, a potem przestają być przyjemni! Już ja ich, kurwa, znam - mamrotała, zapalając papierosa.
Dorota w pojedynkę jeszcze gorzej radziła sobie z wychowywaniem dziecka niż razem z Jarosławem, dlatego po niedługim czasie dziewczynka została umieszczona w domu dziecka. Nigdy jednak nie odwróciła się od matki.
Joasia kochała mamę całym swoim dziecięcym sercem i wierzyła, że jest w stanie ocalić ją od zguby swoją gorącą miłością. Nieraz zdarzało się, że zamiast do szkoły, zaglądała do mieszkania matki. Miała zaledwie jedenaście lat, kiedy zaczęła jej gotować. Wiedziała, że jeśli nie przygotuje matce posiłku, Dorota nie zje niczego, bo każdy grosz wyda na alkohol. Szkoda jej było pieniędzy na jedzenie, dlatego każdego dziesiątego dnia miesiąca Asia czekała przed blokiem na listonosza i odbierała od niego rentę, zanim dorwała się do niej Dorota. Dziewczynka szła do sklepu, kupowała mięso, warzywa, pieczywo i jakąś wędlinę. Potem wszystko porcjowała i wkładała do zamrażarki.
- Mamo, ugotowałam ci zupę, powinna wystarczyć na trzy dni, ale potem rozmroź sobie mięso i zrób coś na obiad, dobrze? - prosiła przed wyjściem do domu dziecka. - Wpadnę do ciebie w przyszłym tygodniu, w tym już nie dam rady, bo mam trzy sprawdziany w szkole i muszę się uczyć. Mamo, słyszysz mnie? Zrozumiałaś, co powiedziałam?
Dorota tylko patrzyła na nią nieprzytomnie i potakiwała, nie zastanawiając się nad słowami córki. Nic do niej nie docierało.
- Daj mi pieniądze. - Wyciągała rękę, a Asia z bólem serca oddawała jej resztę gotówki.
- Ale nie wydaj wszystkiego na alkohol, dobrze? - błagała dziewczynka.
Czasem miała ochotę już nigdy tam nie wracać, jak wtedy, kiedy zorientowała się, że po zaledwie trzech dniach od większych zakupów zniknęła cała zawartość lodówki i zamrażarki. Chciała wierzyć, że Dorota wszystko zjadła, ale rozsądek podpowiadał jej coś zupełnie innego.
- Mamo, gdzie jest mięso? - zapytała drżącym głosem, wchodząc do pokoju, w którym matka leżała na kanapie, zaciągając się papierosem. Na stole leżały maszynka, bibułki i tytoń. Dorota sama skręcała sobie papierosy, próbując zaoszczędzić na alkohol.
- Sprzedałam. - Wzruszyła ramionami.
Asia miała ochotę ją uderzyć, sprawić jej ból. Chciała rzucić się na matkę, wyszarpać ją za włosy, wbić jej paznokcie w oczy, uszkodzić i tak już mocno zniszczoną twarz. Nie zrobiła tego jednak. W jej oczach wezbrały łzy. Wyszła bez słowa i pomyślała, że już nigdy nie wróci do mieszkania, z którego nie wiedzieć kiedy matka zdążyła zrobić melinę.
Ale wróciła.
Oczywiście, że wróciła. Powodował nią strach, że matka sama sobie nie poradzi, że doprowadzi do jakiejś tragedii. Asia była coraz starsza, coraz lepiej zdawała sobie sprawę z grożących Dorocie niebezpieczeństw. Antek z domu dziecka stracił w pożarze oboje rodziców, bo ojciec zasnął z papierosem. Ktoś inny opowiadał, że matka Kamili została zatrzymana przez policję w związku z jakąś bójką, chociaż sama Kamila utrzymywała, że to bzdura, a jej mama jest porządną kobietą. Nikt jednak nie dawał wiary jej słowom.
- Gdyby była taka porządna, na pewno by cię tu nie było!
Dzieci z domu dziecka, przynajmniej te, które wciąż miały rodziców, wiedziały, że nikt poza nimi nie zatroszczy się o matkę i ojca. Asia była więc wściekła na matkę, ale zdawała sobie sprawę z tego, że musi do niej wrócić, żeby jej przypilnować. Czuła do niej obrzydzenie, ale też przywiązanie. Może była wstrętną alkoholiczką, zbyt skupioną na sobie, żeby dostrzec potrzeby córki, ale nadal była jej matką. Wydała ją na ten świat, a Asia, jak inne dzieci z domu dziecka, nie potrafiła tak po prostu przestać jej kochać. Dlatego wracała. Za każdym razem wracała. Pomagała Dorocie się wykąpać, sprzątała i wietrzyła mieszkanie, włączała pralkę.
- Ubierz się, załóż na siebie coś czystego - wydawała matce polecenia, a Dorota je wykonywała.
Nie potrafiła spełnić tylko jednego żądania. Nie umiała przestać pić. Obiecywała, ale za każdym razem kończyło się tak samo. Asia, narażając się dyrekcji i opiekunom z domu dziecka, bo przecież znów była na wagarach, przychodziła do mieszkania i z obrzydzeniem patrzyła na pijaną w sztok matkę.
- Mówiłaś, że nie będziesz pić. Przysięgałaś! Tyle są warte twoje słowa! - wyrzucała Dorocie ze łzami w oczach.
- Tylko jedno piwo, wypiłam tylko jedno piwo - tłumaczyła matka, bełkocząc.
Czasem nawet nie siliła się na tłumaczenia. Machała tylko ręką i odwracała się od córki ostentacyjnie.
Kiedy Dorota zmarła, owszem, było jej przykro, ale czuła przede wszystkim ulgę. Śmierć matki już zawsze miała jej się kojarzyć nie tylko ze stratą, lecz także ze spokojem. Dorota nie męczyła się już z nałogiem, a ona nie musiała matkować dorosłej kobiecie, która powinna zapewniać jej opiekę i poczucie bezpieczeństwa.
Długo nie przyznawała się sama przed sobą, że jako dorosła kobieta naśladuje zachowania swojej matki. Uważała, że poradziła sobie całkiem nieźle. Ba! Poradziła sobie wspaniale jak na warunki, w których dorastała. Nie poszła w ślady rodziców: nie piła, nie stoczyła się na dno. Miała jakąś pracę, może nie była to praca marzeń, ale jednak. Próbowała normalnie żyć.
Nie widziała, a raczej nie chciała widzieć problemu. Była odpowiedzialna, opiekuńcza, ambitna, a pomoc drugiemu człowiekowi wydawała jej się naturalna. Nie zauważyła, że poświęcając się dla innych, zaniedbuje swoje potrzeby.
Joasia konsekwentnie wpadała w sidła destrukcyjnych związków. Myliła miłość z niezdrowym przywiązaniem do kolejnych partnerów. Nie chciała być sama, dlatego wybaczała im zdecydowanie zbyt wiele. Wciąż podświadomie obwiniała siebie za to, że jej matce nie udało się wygrać z nałogiem, dlatego chciała zbawiać rzesze amantów.
Zawsze znajdowała wytłumaczenie dla swoich partnerów. Pije, bo odeszła od niego żona. Ma długi, bo zostawili mu je w spadku rodzice. Bierze narkotyki, bo chce zapomnieć o przemocy, której doświadczał w rodzinnym domu. Kradnie, bo pracodawca go wykorzystuje i nie płaci terminowo za wykonaną pracę. Nie płaci alimentów, bo sam nie ma na życie.
Chciała być ich terapeutką. Wierzyła, że jej miłość ma magiczną moc. Rozgrzeszała z braku szacunku, wybuchów złości, kłamstw i niedotrzymanych obietnic, składając je na karb trudnego dzieciństwa. Jak magnes przyciągała trudnych mężczyzn, którzy mogli się pochwalić nie mniejszym bagażem życiowych doświadczeń niż ona. Nie zauważała tylko, że mimo wszystkiego, co przeżyła, z natury była dobra, i taka właśnie pozostała. Oni przechodzili na tę drugą stronę mocy.
Kolejne związki zaburzały jej równowagę emocjonalną, ale nie potrafiła z nich zrezygnować. Była uzależniona od słownych przepychanek, mierzyła swoją miłość miarą cierpienia, które zadawali jej kolejni partnerzy. Stagnacja wywoływała w niej lęk, bo przecież człowiek boi się tego, co nieznane. Potrzebowała intensywnych doznań. Przyjaciele i znajomi Asi załamywali ręce; tłumaczyli, prosili, ale ona sama musiała to wszystko zrozumieć.
Nigdy nie porzuciła marzeń o szczęśliwej, kochającej się rodzinie. Wierzyła, że taką stworzy, ale najpierw... musiała odmienić aktualnego partnera. Sprawić, że będzie lepszy, a przecież na to potrzeba czasu! Nie zmienia się człowieka ot tak. Musiała włożyć w to mnóstwo pracy, a jednak kolejni mężczyźni odchodzili, zanim udało jej się uzyskać zadowalający efekt, a ci następni tylko początkowo wydawali się lepsi od poprzednich.
Dopiero niedawno coś się zmieniło. Asia, z niewielką pomocą swojej przyjaciółki, sama zaczęła dostrzegać, że z Jurkiem jest coś nie tak. Powoli rodził się w niej wewnętrzny bunt. Jurek chciał, żeby wzięła kredyt i spłaciła jego zadłużenie.
Trzydzieści tysięcy złotych. Na tyle wycenił swoją miłość. Joasia była już o krok od popełnienia tego życiowego błędu, ale coś (a raczej ktoś) ją tknęło, żeby sprawdzić Jurka, zanim podpisze umowę kredytową. Jerzy utrzymywał, że jego mieszkanie jest zadłużone przez matkę, która latami nie płaciła czynszu. Potem zmarła, a Jurek został sam ze spłatą długów.
Och, jak ona go rozumiała! Rodzice potrafią przecież wszystko zniszczyć, dlatego postanowiła mu pomóc. Zresztą zaproponował jej, żeby z nim zamieszkała, czyli miał wobec niej poważne plany. Dlaczego więc miała takie opory przed wzięciem tego kredytu? Dlaczego nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że jednak nie tak powinien wyglądać związek? Czy nie powinni oboje dawać od siebie po równo? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, co od niego dostała, poza szczątkowym zainteresowaniem oczywiście.
Otrzeźwienie przychodziło stopniowo. Można latami okłamywać innych, uśmiechać się, zapewniając, że wszystko jest w porządku, ale najtrudniej oszukiwać siebie. A ona mimo tylu prób zbudowania związku wciąż czuła się przeraźliwie samotna. Powoli docierała do niej smutna prawda: nie istniała w żadnej z tych relacji. Cały czas dawała, nie otrzymując niczego w zamian. Postanowiła, że owszem, zdobędzie te pieniądze dla Jurka, ale nie za darmo. Na wszystkie sposoby starała się uciszyć głosik z tyłu głowy, który podszeptywał jej, że próbuje kupić jego miłość i zainteresowanie. Chciała po prostu być ważna, doceniana, kochana. Ale Jurek najwyraźniej nie przewidział, że spłata długów będzie kosztować go tak wiele. Wściekł się, kiedy Joasia zaczęła drążyć, dopytywać o możliwość rozłożenia zadłużenia na raty. Szybko okazało się, że nie był wobec niej uczciwy i wielokrotnie miewał sposobność spłaty długu. Z żadnej okazji nie skorzystał; wolał prowadzić rozrywkowe życie. Żył chwilą, nie przejmował się konsekwencjami. W gruncie rzeczy wisząca nad nim groźba eksmisji była tym, na co sobie zasłużył.
Asia przestała wierzyć w to, że w końcu ułoży sobie życie. Miotała się między własnymi pragnieniami a potrzebami innych, szukając miejsca dla siebie. I wtedy pojawił się Maciek. Może nie idealny, ale przecież życie to nie bajka, a Joasi daleko było do współczesnej królewny, jednak - w końcu, po wielu nieudanych próbach - normalny, a Asia niczego nie łaknęła tak bardzo jak namiastki normalności, życia, jakim każdego dnia żyją tysiące ludzi. Związek z Maćkiem był najlepszym, co ją w życiu spotkało, dlatego ku przerażeniu przyszłej teściowej codziennie okazywała ukochanemu wdzięczność za to, że wybrał właśnie ją.
- Joasiu, to tak nie może wyglądać! - burzyła się Renata. - Ja wiem, że Maciek to całkiem rozsądny mężczyzna, w końcu sama go wychowałam, nie mogłoby być inaczej, ale... - przewróciła oczami - żaden facet nie może żyć w przekonaniu, że jest prawdziwym darem niebios! To niezdrowe i w końcu odbije ci się czkawką.
Ale co ona mogła wiedzieć?
Maciek był jej darem niebios, odpowiedzią na jej modlitwy. W końcu poznała mężczyznę, z którym zamierzała założyć rodzinę, a co ważniejsze, on też zamierzał założyć rodzinę z nią. Bo wbrew pozorom to wcale nie jest takie oczywiste. Nie zawsze obie strony chcą tego samego równie mocno.
Jako że była sobota, a Maciek nie pracował w weekendy, po powrocie do domu Asia zastała go w mieszkaniu, co w tygodniu było niewykonalne. Pracował od bladego świtu do późnego wieczora.
Kiedy zobaczył, co jego ukochana taszczy pod pachą, wysoko uniósł brwi ze zdziwienia. Wiedział o staraniach o dziecko, w końcu sam aktywnie w nich uczestniczył, a Joasia od kilku dni przebąkiwała, że spóźnia jej się okres, ale nie przypominał sobie, żeby potwierdziła ciążę, a tymczasem przytargała do domu chyba wszystkie książki o wychowywaniu dzieci, jakie dotychczas wydano. Nieopatrznie podzielił się z nią swoimi spostrzeżeniami.
- Ty chyba żartujesz! To tylko część tego, co znalazłam w księgarni - pospieszyła z wyjaśnieniami. - Wybrałam kilka tytułów, żeby się wgryźć w temat.
Maciek powoli pokiwał głową. Był wykształcony i uważał się za osobę inteligentną, a jednak nadal miał ogromne problemy ze zrozumieniem kobiet. Sprawy nie ułatwiał nawet fakt, że matka wychowywała go samotnie, co powinno sprawić, że kobiecy świat będzie dla niego bardziej przystępny. Niestety, to tak nie działało.
- Zdaję sobie sprawę, że pewnie jestem mocno do tyłu w kwestiach związanych z wychowaniem dzieci, w końcu niektórzy moi koledzy mają w domu już nastolatki, a ja wciąż nie jestem ojcem i moja wiedza z pewnością jest uboga, ale... - przełknął głośno ślinę - naprawdę uważasz, że potrzebujesz tych wszystkich poradników? Nie ma jednej książki, w której będą wszystkie informacje? A tak w ogóle - zreflektował się - zrobiłaś już test?
Joasia zastygła w bezruchu, bo właśnie dotarło do niej, jak idiotycznie się zachowała. A co, jeśli jednak nie jest w ciąży? Szybko przeanalizowała w myślach zawartość torebki i mogłaby przysiąc, że wrzucała do niej paragon z księgarni. Trudno, najwyżej zwróci kupione w ciążowym amoku książki.
Podniosła wyżej reklamówkę z logo sieciowej apteki, którą trzymała w drugiej ręce.
- Jeszcze nie, ale mam tutaj pięć różnych testów.
- Aż pięć? - zdziwił się.
No proszę. Ciąża Joasi jeszcze nie została potwierdzona, ba!, nie została nawet stwierdzona, a już zawładnęły nią ciążowe hormony. Jednym słowem: zwariowała. Pięć testów?
- Wolę mieć pewność - bąknęła, przygryzając dolną wargę. - No, to zostawiam cię z poradnikami, możesz je sobie przejrzeć, a ja tymczasem idę siusiać do kubeczka... - oznajmiła, po czym zniknęła w toalecie.
Maciek skorzystał z propozycji i wziął do ręki pierwszą z brzegu książkę. Spojrzał na tytuł.
Sekrety wychowywania dziewcząt.
Wzdrygnął się odruchowo. Już dawno doszedł do wniosku, że świat kobiet diametralnie różni się od tego męskiego. Po cichu liczył na to, że będzie mieć syna, o ile, oczywiście, Joasia w ogóle jest w ciąży.
To nie tak, że nie chciał mieć córki. On się jej po prostu bał, jak każdej kobiety. Szlag go trafiał na myśl o potencjalnych nastoletnich adoratorach śliniących się na widok jego córeczki. Musiałby wytłuc połowę męskiej populacji osiedla, a na drugą połowę nasłać policję. Poza tym... cóż, żyli w pokręconych czasach. Bałby się dotknąć córki. Dzisiaj nawet nie można spojrzeć na dziecko z ukosa, bo od razu w sprawę angażuje się rzecznik praw dziecka, a rodzinie zakłada się Niebieską Kartę.
A gdyby był ze swoją potencjalną córką na zakupach i dziewczynce nagle zachciałoby się siku? Co niby miałby zrobić w takiej sytuacji? Wejść z córką do damskiej toalety, narażając się na oburzenie kobiet, czy do męskiej, ryzykując, że dziecko zobaczy przy pisuarze jakiegoś mężczyznę z interesem w dłoni. A co jeśli oskarżą go o molestowanie córki? W tych czasach czwarta władza błyskawicznie wydaje wyroki. Nawet jeśli sąd oczyści go z zarzutów, w opinii społeczeństwa już na zawsze zostanie pedofilem.
Przełknął głośno ślinę. Uznał, że trochę się zagalopował, dlatego odłożył książkę i sięgnął po następną. Pierwszy rok życia dziecka. Przeczytał opis na okładce i odkrył, że Joasia, zapewne przez nieuwagę, pominęła pierwszą część publikacji. Pierwszy rok życia dziecka był kontynuacją bestsellerowego poradnika W oczekiwaniu na dziecko. Pomyślał, że jeśli ciąża się potwierdzi, kupi jej tę książkę w prezencie. A co! Wprawdzie przypuszczał, że mężczyźni na wieść o ciąży wręczają swoim ukochanym bardziej wyszukane upominki, ale skoro Joasia chciała się dokształcać, nie zamierzał jej tego utrudniać. Prawdę mówiąc, nie przewidywał lektury żadnego z tych poradników, ale może Asia potem streści mu najważniejsze informacje. Przecież oboje mają potężne braki!
Tymczasem Asia siedziała na opuszczonej desce sedesowej i po omacku próbowała trafić kciukiem do ust. Już dawno obgryzła wszystkie paznokcie, ale przecież miała jeszcze skórki. Czuła strach przed otworzeniem oczu. Jednocześnie bardzo chciała zobaczyć dwie kreski i bardzo się ich bała.
Oboje chcieli mieć dziecko. Tykanie zegara biologicznego rzeczywiście zaczynało coraz bardziej irytować Joasię, ale nie był to jedyny powód ich decyzji. Nie mieli już po dwadzieścia lat, wiedzieli, że to ostatni dzwonek, jeśli chcą być rodzicami. W porządku, może nie wydawało się to zbyt romantyczne, ale oni naprawdę chcieli mieć dziecko. Ze sobą. Kochali się i chociaż znali się dopiero od roku, mieli pewność, że pragną stworzyć rodzinę. To nie była decyzja podjęta pod wpływem chwili. Wcześniej dużo rozmawiali, konfrontowali swoje wizje rodzicielstwa, wymarzone modele rodziny. Nie mieli ślubu, ale nie potrzebowali go do szczęścia. To znaczy Maciek nie potrzebował, a Joasia mu wtórowała. Jak we wszystkim.
Liczba zdolnych do zapłodnienia komórek jajowych z roku na rok sukcesywnie maleje. Joasia uważała za szalenie niesprawiedliwe to, że znacznie większą szansę na zostanie matką ma niedoświadczona, sama jeszcze niewiedząca czego naprawdę chce od życia dwudziestolatka niż stateczna kobieta w wieku lat trzydziestu pięciu, no, dobra, trzydziestu ośmiu, ale takie były fakty. Wprost proporcjonalnie do zmniejszania się liczby jajeczek zwiększa się liczba cykli bezowulacyjnych. Każda dziewczynka przychodzi na świat z określoną liczbą komórek jajowych, a ich pula zmniejsza się z roku na rok; w wieku trzydziestu lat zostajemy z dwunastoma procentami.
Z dwunastoma procentami! Później jest już tylko gorzej. Kiedy dopływamy, kraulem czy też stylem dowolnym, do czterdziestki, mamy już tylko trzy procent jajeczek. Dramat, co nie? Asia wprawdzie nie znała szczegółowych danych i statystyk, ale wiedziała, że jej szanse na macierzyństwo drastycznie spadły po trzydziestym piątym roku życia. Ten mistyczny trzydziesty piąty rok życia przewijał się w wypowiedziach współpracujących z telewizją śniadaniową ekspertów i w artykułach publikowanych przez pisma kobiece, toteż Joasia zdawała sobie sprawę, że upływ czasu działa na jej niekorzyść. A Maciek był od niej młodszy. Niby tylko o dwa lata, ale w przypadku jajeczek te dwa lata wydawały się całą wiecznością. Całkiem możliwe, że taki czas to ich być albo nie być. A przynajmniej tak się Joannie wydawało. Gdyby więc Maciek postanowił założyć rodzinę ze swoją rówieśnicą...
Nie. To idiotyczne.
Najwyższa pora sprawdzić wynik testu.
Otworzyła oczy, ale nadal nie potrafiła się zmusić, żeby spojrzeć na pięć kawałków plastiku, które ułożyła na pralce w idealnie równym szeregu. Szukała pomocy w niebiosach, posyłając tęskne spojrzenia w stronę błękitnego firmamentu, ale najwyraźniej Ten Tam Na Górze miał akurat ciekawsze rzeczy do roboty, albo po prostu nie był tak wszechmocny, jak się wszystkim wydawało, i nie mógł dostrzec przez kolejne warstwy szkła i betonu jej błagającego o ratunek spojrzenia. Joasia i Maciek mieszkali na czwartym piętrze dziesięciopiętrowego bloku, stąd Ten W Niebiosach mógł mieć utrudnione zadanie.
Ratunek nie nadszedł, ale Maciek zaczynał nieśmiało dobijać się do drzwi.
- Asiu, czy wszystko w porządku?
Westchnęła głośno. Spojrzała na pięć ułożonych w równej linii kawałków plastiku. W sumie doliczyła się dziesięciu kresek.
Zemdlała.
Ciąża, nawet ta planowana co do momentu, potrafi zadziwić. Człowiek potrzebuje naprawdę dużo czasu, żeby pojąć, że z połączenia niewidocznego gołym okiem plemnika i jajeczka, będącego wprawdzie największą w ludzkim organizmie, dwudziestokrotnie większą od plemnika komórką, ale wciąż rozmiarów ziarnka piasku, może powstać... życie. Wprawdzie Joasia uczyła się o tym na biologii już w szkole podstawowej, ale nadal nie potrafiła objąć tego rozumem.
Była w ciąży.
Spodziewała się dziecka.
Dziecka, za którego życie będzie całkowicie odpowiedzialna. A co, jeżeli się pogubi? Jeśli podejmie błędną decyzję, a w konsekwencji zniszczy mu życie? Rodzicielstwo to całkiem fajna sprawa, pod warunkiem że pozostaje w sferze marzeń. Proszę bardzo, weźmy na przykład naszą Joasię. Jeszcze wczoraj marzyła o dziecku. Wyobrażała sobie, jak cudownie będzie biegać po mieście z ciążowym brzuchem, sugestywnie głaszcząc wypukłość i tym samym sygnalizując całemu światu: "Hej, będę matką! Możecie mi być wdzięczni, że zadbam o wasze przyszłe emerytury, sprowadzając na ten świat kolejnego obywatela, który za osiemnaście lat z małym hakiem zacznie sponsorować waszą starość!". Wydawało jej się, że dziecko w fantastyczny sposób dopełni jej związek z Maćkiem, scali rodzinę bardziej niż jakikolwiek papierek z podpisem ich dwojga i świadków.
Dlaczego więc była przerażona, a widok pozytywnego wyniku testów ciążowych pozbawił ją na moment kontaktu z rzeczywistością?
Maciek, bohater swojego domu i przyszły ojciec, czym prędzej pospieszył do kuchni po nóż i sprawnym ruchem rozprawił się z zamkiem w drzwiach do łazienki, zupełnie jakby robił to każdego dnia. Ostrożnie odłożył nóż na kosz na pranie, żeby nie zranić Joasi, i nachylił się nad nią. Siedziała na podłodze i drapała się po głowie, sprawiając wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, co się dzieje.
- Ale mnie wystraszyłaś! - westchnął z ulgą. - Usłyszałem, jak coś huknęło. Nawet nie wiesz, jak się przeraziłem! Myślałem, że coś ci się stało.
- Chyba zemdlałam - oznajmiła Asia beznamiętnym tonem, wpatrując się w Maćka.
Miał dziwne wrażenie, że nawet nie mrugnęła.
- Jak to: zemdlałaś? Źle się czujesz? Co się dzieje? - spanikował.
Uważał się za opanowanego człowieka, ale z natury unikał tego, czego nie rozumiał. Nie mógł jednak zostawić Joasi samej, dlatego przełamał swoją wrodzoną niechęć do nowych sytuacji, przełknął głośno ślinę i oznajmił pewnie:
- W porządku, jedziemy do szpitala. To pewnie nic takiego, ale myślę, że powinniśmy to sprawdzić. Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że człowiek nie traci przytomności ot tak, po prostu, dlatego lepiej, żeby zobaczył cię lekarz.
Joasia zachichotała nerwowo.
- Ty nic nie rozumiesz! Ja jestem w ciąży - powiedziała, ale zabrzmiało to na tyle dziwnie, że szybko dodała: - To znaczy tak wynika z tych kawałków plastiku. - Wskazała na testy ciążowe, nadal leżące na pralce w równym rządku.
Maciek na zmianę to bladł, to odzyskiwał kolory. Gdyby Asia sama nie była aż tak przerażona, z pewnością zażartowałaby, że przybiera barwy narodowe, ale w tamtej chwili dowcipkowanie było ostatnim, na co miała ochotę.
- Jesteś pewna? - wydukał w końcu Maciek. - Udało nam się? - zapytał takim tonem, że Joasia wraz ze swoimi jajeczkami miała ochotę się obrazić.
- No, na to wygląda... - wymamrotała, poprawiając sobie włosy.
Ciąża ciążą, ale musiała jakoś się prezentować!
Powoli wracała do pełni sił umysłowych. Zaczęła się podnosić z pozycji siedzącej, podczas gdy Maciek nadal klęczał na podłodze i wpatrywał się w nią z głupkowatym wyrazem twarzy. Nic dziwnego, dowiedział się o ciąży kilka minut po niej, dlatego potrzebował teraz nieco więcej czasu na przetworzenie tej informacji.
- To... wspaniale! - wydał zduszony okrzyk. - Asiu, będziemy mieli dziecko! Będziemy mieli dziecko!
Porwał ją w ramiona i zaczął całować, ściskać, obejmować, i co tylko było możliwe. Kiedy tak tarmosił Asię bez litości, wybuchła głośnym płaczem, który cisnął się jej do ust, a może raczej do oczu, od momentu, kiedy zerknęła na testy. Maciek pomyślał, że płacze ze wzruszenia, ale mocno się pomylił.
Joasia łkała z przerażenia.
Myślała o najdziwniejszych uczuciach, jakich doświadczyła. Ot, choćby wtedy, kiedy została zabrana do domu dziecka, albo później, gdy dowiedziała się o śmierci matki. Podobnie czuła się też, kiedy jej trzyletni, bardzo męczący emocjonalnie związek zakończył się zdradą partnera. I to z kim? Ze znajomą matki, która akurat uczestniczyła w popijawie. Tak, tak, patologia. Joasia dorastała w mocno toksycznym środowisku, więc takie sprawy jej nie dziwiły. Przynajmniej nie aż tak bardzo.
Wszystko, co przeżyła, nie mogło się jednak równać z oceanem emocji, które zalały ją momencie, gdy okazało się, że jest w ciąży. W żaden sposób nie była na to przygotowana. Owszem, gdzieś na dnie tliło się szczęście, ale była zbyt przytłoczona nadmiarem negatywnych uczuć, aby je w sobie odkryć.
- Będziesz najlepszą matką na świecie - wyszeptał jej prosto do ucha wzruszony Maciek.
Bardzo chciała w to wierzyć. Niczego nie pragnęła tak mocno, a jednak strach przed upadkiem nie pozwolił jej rozwinąć skrzydeł. Marzyła o tym, że pewnego dnia jej syn czy córka w wypracowaniu na temat "Kto jest twoim największym autorytetem?" opisze właśnie ją, swoją matkę, ale wiedziała, jak łatwo można się pogubić w tej trudnej roli. Od teraz musiała być odpowiedzialna za cudze życie i wcale nie podobała jej się ta myśl.
Maciek podał jej rękę i oboje wstali z podłogi. Później, kiedy pierwsze emocje już opadły, wchodząc do łazienki, Joasia przypominała sobie te chwile. Mimo że poczęli dziecko dwa, może trzy tygodnie wcześniej, w ich myślach zaczęło ono żyć właśnie tego dnia. Wcześniej było ono bytem nieoczywistym. Nagle nabrało kształtów, mimo że na tym etapie zapewne przypominało bardziej ziarno fasoli niż człowieka. Jednak było, istniało i z dnia na dzień coraz częściej dawało o sobie znać.
Joasia zawsze traktowała kobiety w ciąży jako nadludzi; jak kogoś więcej niż kobietę, mężczyznę czy dziecko, i kiedy sama już była w błogosławionym stanie, utwierdziła się w przekonaniu, że nie myliła się ani trochę. Powiedzieć, że wszystko się zmieniło, to jak nie powiedzieć nic. Początkowy szok wywołany wiadomością o ciąży jeszcze nie minął, kiedy w sercu przyszłej matki zrodziła się pierwsza potężna wątpliwość. Na wizytę do ginekologa szła więc z duszą na ramieniu.
Wiadomo. Wiek.
Posiłkując się poradnikami i informacjami z sieci, wiedziała przecież, że po trzydziestym piątym roku życia drastycznie maleje nie tylko liczba jajeczek, ale też ich jakość. I znowu te statystyki. Dlaczego, no dlaczego zdecydowanie bliżej było jej do czterdziestki niż do trzydziestki? Zaklinała zegar, ale jego wskazówki w żaden sposób nie chciały zmienić biegu.
Maciek niemal natychmiast po wykonaniu testu, a właściwie testów, chciał obwieścić światu radosną nowinę, ale Joasia ubłagała go, żeby tego nie robił. Jeszcze nie. Potrzebowała trochę czasu, żeby oswoić się z myślą, że zostanie matką. Dopiero wtedy mogła poinformować Renatę i przyjaciół. Ona żadnej rodziny nie miała, on z kolei miał tylko mamę. To znacząco skracało listę osób do powiadomienia, ale Asia i tak wolała poczekać. Chciała pobyć sama z Maćkiem. I z gonitwą myśli. Doszło do tego, że zaczęła uważać się za egoistkę. Zachodzić w pierwszą ciążę w wieku trzydziestu ośmiu lat! Była słaba i bała się o zdrowie dziecka. A nade wszystko obawiała się tego, że zupełnie nieświadomie je skrzywdzi.
Niestety, nie trafiła na specjalistę, który zarażałby spokojem i przekonaniem, że będzie dobrze, nie zarażał w zasadzie żadnymi emocjami, bo w ogóle niewiele mówił. Koleżanka z pracy poleciła jej właśnie tego położnika, sugerując, że jest najlepszy w swoim fachu.
- Jest, hm, specyficzny, ale zna się na rzeczy - podsumowała.
Asia już na pierwszej wizycie zrozumiała, co miała na myśli Marta, mówiąc, że doktor Tomaszewski jest "specyficzny". Kiedy Joasia usiadła naprzeciw lekarza i nerwowo zacisnęła palce na torebce, nawet się nie odezwał. Wbił w nią tylko pytające spojrzenie i czekał, aż ona zacznie mówić.
- Yyy, przyszłam do pana, żeby potwierdził pan ciążę i ewentualnie ją poprowadził. - Asia zaczęła z nerwów drapać się po dłoni. Ten nieznośny nawyk w przeszłości doprowadził do powstania trudno gojącej się rany, a następnie do jej zakażenia. Od tamtej pory próbowała tego unikać, ale dawne przyzwyczajenie czasem brało górę. - Ostatnią miesiączkę miałam dwudziestego trzeciego września, zrobiłam kilka testów ciążowych, wszystkie pozytywne. Innych objawów brak - wyrecytowała, wpatrując się w lekarza z wyczekiwaniem, ale on tylko skinął głową.
Zapadła cisza. Doktor poruszał myszką od komputera, aby uruchomić system.
- Pani nazwisko?
- Metera. Joanna Metera. - Joasia zacisnęła dłonie w pięści, żeby się nie drapać. - Recepcjonistka wprowadziła wszystkie moje dane.
Lekarz oderwał wzrok od komputera i gestem wskazał Asi fotel ginekologiczny. Po badaniu zaprosił ją na leżankę, przy której stał aparat ultrasonograficzny. Cisza panująca w gabinecie była nie do zniesienia, dlatego Joasia drżącym głosem zapytała, czy wszystko jest w porządku.
- Skoro nic nie mówię, to znaczy, że nie mam zastrzeżeń. - Doktor wzruszył ramionami. Już wcześniej Asia dostrzegła na jego palcu serdecznym obrączkę i pomyślała, że współczuje jego żonie. Sama raczej nie wytrzymałaby z tak małomównym człowiekiem. A może był taki tylko wobec pacjentek?
W końcu lekarz mruknął do Asi, że może się ubrać, i wrócił do biurka. Po chwili Joasia usiadła po drugiej stronie. Tym razem to ona wpatrywała się w niego ze zniecierpliwieniem.
- Macica jest rozpulchniona, ale na USG jeszcze nic nie widać, za wcześnie. Zrobi pani badania i wróci do mnie za dwa tygodnie. - Zapisał niewielką kartkę drobnymi literami i podał ją Joannie.
- Ale... czy ja jestem w ciąży? - dopytywała się Joasia. W końcu przyszła tu po to, żeby potwierdzić swój odmienny stan!
- No, tak - odpowiedział lekarz. Sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał zadanego przez pacjentkę pytania. - Od razu dam pani skierowanie na badania prenatalne, zadzwoni sobie pani i zarezerwuje termin w okolicach... - zmarszczył brwi i spojrzał na kalendarz - no, pod koniec roku.
Joanna głośno przełknęła ślinę.
- Ach, tak - mruknęła tylko.
- Sama pani rozumie: wiek, ryzyko. Standardowa procedura. - Tomaszewski poruszył ręką w bliżej niesprecyzowanym geście i dodał szybko: - Proszę się nie zamartwiać. Miałem pacjentki starsze od pani o co najmniej kilka lat i urodziły zdrowe, silne dzieci.
Joanna wracała do domu autobusem i przez cały czas rozpamiętywała słowa lekarza. Mogła mieć tylko nadzieję, że dziecko będzie zdrowe... Wiek. Ryzyko. Standardowa procedura. Trochę uspokoił ją tą ostatnią uwagą, ale i tak się bała. Dobry Boże, czy od teraz jej życie będzie jednym wielkim lękiem i niewiadomą?
Wróciła do pustego mieszkania - Maciek oczywiście był jeszcze w pracy, chociaż za oknami zaczynało już zmierzchać. Potrzebowała bratniej duszy, więc zadzwoniła do przyjaciółki.
Hania była u niej po trzydziestu minutach.
- Dobrze, że zadzwoniłaś - uśmiechnęła się, ściągając kurtkę. - Też siedziałam sama w domu. Andrzej dzwonił, że będzie dziś późno, Daria wyszła z koleżanką, dlatego spadłaś mi z nieba!
Joasia wzięła od przyjaciółki kurtkę, powiesiła ją na wieszaku i zachęciła Hanię, aby się rozgościła. Z grzeczności zaproponowała jej coś do picia, ale ta tylko machnęła ręką, sugerując, że to niepotrzebne.
- Muszę ci coś powiedzieć - wypaliła Joasia. - Ale jak powiesz Renacie, to własnoręcznie cię uduszę! Nie chcę, żeby dowiedziała się od ciebie przypadkiem. Chcemy z Maćkiem poinformować ją osobiście...
Kąciki ust Hani nieznacznie drgnęły. Chyba już wiedziała, co przyjaciółka chce jej przekazać!
- Tak? - zachęciła ją do zwierzeń.
- Jestem w ciąży - oznajmiła Asia i wypuściła z siebie głośno powietrze.
- Tak myślałam! - Hania klasnęła w dłonie i poderwała się z fotela, aby uściskać Joasię. Była dla niej jak rodzona siostra, której nigdy nie miała, a przynajmniej nic jej na ten temat nie było wiadomo.
Obie dorastały w domu dziecka, z tą różnicą, że matka Hani porzuciła ją od razu po porodzie, więc nie znała swojej rodziny. Wprawdzie przed rokiem odszukała kobietę, która ją urodziła, ale nie zdecydowała się na próbę odbudowy relacji. Nie po tym, co zobaczyła.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę! - powiedziała, ściskając przyjaciółkę. - Czasami już się bałam, że nigdy nie ułożysz sobie życia, ale w końcu nadszedł dzień, kiedy mogę odetchnąć z ulgą i przestać się o ciebie martwić. Misja ukończona!
- Dzięki - bąknęła Joasia, a Hania, zbyt zaoferowana ciążą przyjaciółki, nie zauważyła, że Asia jest dziwnie markotna.
- A jak zareagował Maciek? Bardzo się cieszy, prawda? - kontynuowała Hania. - Ale Renata będzie szczęśliwa! Musicie jej jak najszybciej powiedzieć, bo obawiam się, że nie będę potrafiła zbyt długo utrzymać języka za zębami.
Uwaga Hani nie była pozbawiona sensu. Miała regularny kontakt z matką Maćka, z którą mieszkała po sąsiedzku. Najdziwniejsze w tej relacji było to, że kobiety mieszkały obok siebie przez wiele lat, mijały się obojętnie na ulicy i rzucały tylko pod nosem "dzień dobry", a przypadek sprawił, że rok temu zbliżyły się do siebie. Joasia spotykała się wówczas z Jurkiem i wiązała z nim jak najbardziej poważne plany, chociaż Hania od początku wiedziała, co się święci, i błyskawicznie, nawet go nie znając, wyczuwała, że to kolejna pomyłka przyjaciółki. Nie musiała go poznawać. Wystarczyło, że Joasia przedstawiała jej swoich poprzednich partnerów. Hania wielokrotnie próbowała wpłynąć na koleżankę, ale Asia tłumaczyła się, że inaczej nie potrafi. Że przecież nie robi tego specjalnie - nie wybierała trudnych mężczyzn dla własnej przyjemności, nie była przecież masochistką. A jednak Hania wiedziała, że kolejne toksyczne związki Joanny nie są dziełem przypadku. Asia miała po prostu zbyt niskie poczucie własnej wartości, a ona sama coś na ten temat wiedziała... Musiało minąć wiele lat, żeby w końcu odważyła się zawalczyć o siebie w małżeństwie.
Wydarzenia potoczyły się lawinowo. Hania zbliżyła się do Renaty, w międzyczasie Joasia ostatecznie rozstała się z Jurkiem, a narzeczona Maćka, syna Renaty, zaszła w ciążę z innym mężczyzną. Przypadek zrządził, że tych dwoje znalazło się w domu Hani w tym samym czasie. Wprawdzie Asia była umówiona z przyjaciółką, a w tym samym czasie Hania zaprosiła Renatę, żeby dwie bliskie jej kobiety mogły się w końcu poznać, ale Maćka nikt się wówczas nie spodziewał. Zajechał akurat do matki, bo potrzebował coś wziąć z piwnicy, a że Renaty nie było w domu, zadzwonił do niej, żeby zapytać, gdzie jest. Przyszedł do domu Hani, żeby wziąć od matki klucze i... stało się.
- Oczywiście, że niedługo jej o wszystkim powiemy, w końcu zostanie babcią - głos Asi ściągnął Hanię z powrotem na ziemię. - Mogę cię o coś zapytać?
Hania wywróciła zabawnie oczami.
- Myślałam, że po tylu latach przyjaźni nawet nie musisz robić takich wstępów!
- Jak ty zareagowałaś, kiedy dowiedziałaś się, że no wiesz... jak zareagowałaś, kiedy zorientowałaś się, że jesteś w ciąży?
Hania się zawahała.
- Wiesz, że nam jest trudniej niż kobietom, które wychowały się w kochających rodzinach, miały normalne domy - przyznała ze smutkiem. - Nie pozwól, żeby te złe wspomnienia zepsuły ci radość z macierzyństwa. Ja na przykład bałam się, że nie będę potrafiła odnaleźć w sobie miłości do dziecka. Pojawiały się myśli, że skoro moja matka mnie nie chciała, pewnie jestem taka sama jak ona.
Joasia drgnęła.
- Ja panicznie boję się o zdrowie dziecka - odezwała się zachrypniętym głosem. - Nie mam już dwudziestu lat, w moim wieku ciąża wiąże się z pewnym ryzykiem i nachodzą mnie czasem takie myśli, że jestem... egoistką - ostatnie słowo wypowiedziała szeptem.
- Nic mądrego ci nie doradzę, ale chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że w ciążę zachodzą kobiety o wiele starsze od ciebie? Trzydzieści osiem lat w dzisiejszych czasach to wcale nie jest późny wiek na macierzyństwo, nie wiem, co ty w ogóle sobie ubzdurałaś - oburzyła się Hania.
- Cóż, nawet lekarz powiedział, że powinnam zrobić badania prenatalne, bo mam już swoje lata - Joasia wzruszyła ramionami. - Więc chyba coś w tym jest...
Hania wywróciła niecierpliwie oczami.
- Podejdź do tych badań jak do formalności, nie zadręczaj się, bo w ten sposób możesz zaszkodzić dziecku. Podejrzewam, że stres może być dla niego bardziej obciążający niż twój wiek... - zawahała się, po czym uśmiechnęła się szeroko i aż podskoczyła z radości. - Aaa! Asia jest w ciąży! Nie mogę w to uwierzyć!
Joasia nie potrafiła się powstrzymać. Zaśmiała się pod nosem.
- Wariatka!
Hania może nie rozwiała wszystkich jej wątpliwości, jednak szczera rozmowa pomogła Joasi uporać się ze swoimi myślami. Postanowiła, że przestanie zamęczać się rzeczami, na które i tak nie ma wpływu, i po prostu zacznie się cieszyć odmiennym stanem.
Renata podejrzewała, co sprowadza do niej Joasię i Maćka, i to wcale nie dlatego, że była wróżką; miała zasadę, że nigdy nie stawiała tarota swoim najbliższym. Nie pytała też nigdy kart o to, jak potoczy się jej życie, co wzbudzało niezdrową ciekawość znajomych. Dziwili się, że nigdy nie kusiło jej, aby sprawdzić swoją przyszłość, ale Renata uparcie powtarzała, że to, że z czegoś żyje, nie oznacza, że od razu musi się z tym zgadzać. Lubiła stawiać tarota, ale nie pochwalała pragnienia swoich klientów, aby poznać przyszłość. Uważała, że czasem może wyniknąć z tego więcej szkody niż pożytku. Po co się zamartwiać czymś, co ma dopiero nastąpić? Renata zdecydowanie wolała brać sprawy w swoje ręce.
Nie musiała stawiać tarota, żeby wiedzieć, że ta wizyta jest zupełnie inna, jakby bardziej oficjalna: młodzi tym razem zapowiedzieli swoje przyjście. Joasia często odwiedzała ją razem z Hanią, a Maciek zazwyczaj wpadał bez zapowiedzi. Niestety nie robił tego zbyt często. Wprawdzie odkąd związał się z Joasią, jego relacje z matką się polepszyły, ale i tak były dalekie od ideału.
Mądra kobieta potrafi pokierować mężczyzną - myślała Renata, wspominając czasy, kiedy Maciek mieszkał z Agatą i nawet nie pamiętał o swojej matce. Oczywiście to nie była wyłącznie wina Agaty, bo kryzys zaczął się o wiele wcześniej, jeszcze zanim eksnarzeczona w ogóle pojawiła się w życiu Maćka, niemniej jednak Renata twierdziła, że kobieta powinna scalać rodzinę, podsycać domowe ognisko, a jedynym, co potrafiła podsycać Agata, była niezgoda.
Asia stopniowo ocieplała relacje panujące w rodzinie. Renata zawsze marzyła o takiej partnerce dla swojego syna i wierzyła, że teraz w końcu wszystko zmierza we właściwym kierunku.
Obstawiała albo ślub, albo ciążę, ale kobieca intuicja podpowiadała jej, że chodzi o to drugie. Kiedy ostatni raz widziała Asię u Hani, przyszła synowa promieniała takim blaskiem, jakim może błyszczeć tylko kobieta spodziewająca się dziecka. Zawsze była roztrzepana, a teraz jej ruchy stały się jakby bardziej dostojne, a ona sama - ostrożniejsza i bardziej opanowana. Różnicę było widać gołym okiem. Renata poczuła ukłucie żalu, że syn jeszcze nie przekazał jej tej istotnej wieści, ale czekała cierpliwie.
I chyba się w końcu doczekała!
W innych okolicznościach uraczyłaby gości domowej roboty nalewką, której sława wykraczała już poza granice Sosnowca, ale zachowała się stosownie do sytuacji i zaparzyła zieloną herbatę z pieprzem i skórką pomarańczy. Jej kolekcja herbat była zresztą nie mniej znana niż własnoręcznie przygotowywana przez nią nalewka.
Renata nigdy nie zaproponowałaby ciężarnej alkoholu, dlatego kiedy już usadziła gości przy stoliku, nieśmiało podsunęła Joasi filiżankę z aromatycznym napojem.
Mimo że Maciek wychował się w tym domu, który jego mama odziedziczyła po swojej babci, kiedy miał osiem lat, czuł się tutaj nieswojo. Nigdy nie pochwalał zajęcia matki. W pewnym momencie Renata z bólem serca zorientowała się, że syn najzwyczajniej w świecie się jej wstydzi.
"Wariatka", "nawiedzona", "pomylona" - to tylko najłagodniejsze z określeń, jakimi koledzy Maćka nazywali jego mamę. Ludzie nie rozumieli inności, a Renata wzbudzała nie tylko niezdrowe zaciekawienie, ale też lęk. Ekscentryczna samotna kobieta parająca się wróżbiarstwem - takie osoby zawsze stają się obiektami kpin. Renata doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nieco, z naciskiem na "nieco", odbiega od stereotypu typowej matki Polki. Nigdy nie można jej było określić jako przeciętną. A Maciek, mimo że nigdy nie poznał swojego ojca, z którym Renatę połączył dziesięciodniowy romans w Helu, odziedziczył po nim pragmatyczność i potrzebę normalności.
Dwie tak skrajnie różne osobowości nie mogły bezkolizyjnie funkcjonować pod jednym dachem. W końcu nastąpił wybuch.
Był w tej rodzinie taki czas, kiedy wzajemnym pretensjom nie było końca. Maciek miał żal do matki, że swoim zachowaniem wystawia jego i siebie na pośmiewisko. Chciał, żeby była z niego dumna.
W końcu miał doskonale płatną pracę i pewną pozycję w firmie. I to nie byle jakiej, bo w międzynarodowej korporacji! Renata powtarzała jednak, że dobrowolna odsiadka w szklanym więzieniu to nie powód do dumy. Bała się, że w tym wyścigu szczurów syn straci swoją niezależność, własne zdanie. Nie pasowała do tych czasów. Dla niej nadrzędnym dobrem była nawet nie miłość czy przyjaźń, a wolność. Postrzegała pracę Maćka jako niebezpieczną pułapkę, obawiała się, że syn w pewnym momencie po prostu nie wytrzyma tego szalonego pędu. Wciąż musiał udowadniać, że jest najlepszy, że zasługuje na swoje stanowisko jak nikt inny. Renata do niczego nie musiała przekonywać przełożonych, a świadomość, że jej syn jest produktem systemu, bardzo ją bolała. Tak bardzo chciała, żeby był wolny, niezależny, żeby nie bał się mówić tego, co myśli...
Może za bardzo? Może w tym pragnieniu niezawisłości nie dostrzegała, że praca w korporacji jest spełnieniem jego marzeń? Renata chciała żyć na swoich zasadach, a cały problem polegał na tym, że nie potrafiła zrozumieć, iż Maciek ma zupełnie inne plany. Na linii matka-syn iskrzyło od lat. W pewnym momencie Maciek praktycznie zerwał kontakt z mamą. A potem poznał Joasię. Wysłuchał historii o jej matce, która sprzedawała zakupione przez Asię mięso, żeby mieć pieniądze na alkohol, i... poczuł wstyd.
Odkąd dowiedział się, że sam zostanie ojcem, towarzyszyło mu przekonanie, że nie żyje już tylko dla siebie. Był częścią wielopokoleniowej układanki, i tylko od niego samego, i od Joasi rzecz jasna, zależało, w jakiej rodzinie dziecko przyjdzie na świat - skonfliktowanej czy pogodzonej z przeszłością i ufnie spoglądającej w przyszłość. Dziecko, które nosiła pod sercem Joasia, było nie tylko ich synem czy córką. Było wnukiem Renaty. Miało gdzieś w świecie dziadka, który zapewne nie miał najmniejszego pojęcia o tym, że wkrótce spotka go taki zaszczyt. Było również wnukiem Doroty i Jarosława, których wprawdzie miało nie poznać, ale których decyzje miały odcisnąć piętno na jego życiu. Po przodkach dziedziczymy przecież coś więcej niż tylko grupę krwi czy kolor włosów.
Właśnie dlatego musiał, nie, nie musiał, chciał przełamać opór i zacząć czerpać przyjemność z czasu spędzonego z matką. Tak po prostu. Nie zamierzał już krzywić się z niesmakiem na widok ludzi czekających na podwórzu w kolejce po wróżbę. Nie chciał bać się poruszać po rodzinnym domu z obawy, że natknie się na szklaną kulę czy zaplącze się w długą do samej ziemi kotarę. Zresztą jego mama nigdy nie korzystała z takich czarnoksięskich atrybutów. Renata nie była czarownicą. Była jego matką, normalną kobietą z pasją. Jeśli ktoś tego nie rozumiał... cóż, jego problem.
Owszem, kiedyś Maciek mocno się tym przejmował. Nie mógł spać po nocach. Bał się iść do szkoły, bo wiedział, że znów zaczną się kpiny, głupie żarty. Ale nie był już przecież tamtym pryszczatym, zamkniętym w sobie piętnastolatkiem.
Był głową rodziny, do cholery, i musiał wziąć się w garść!
Renata z tajemniczym uśmiechem na ustach przyglądała się to Maćkowi, to znów Joasi. Czekała, nie ponaglając syna, kiedy opowiadał o nowym projekcie w pracy. Nie odezwała się też ani słowem, gdy Joasia zastanawiała się, co kupić córce Hani na osiemnaste urodziny. W końcu zamilkli, onieśmieleni dziwnym zachowaniem gospodyni. Zazwyczaj Renacie nie zamykały się usta, a tymczasem tego dnia była dziwnie milcząca. Maciek zdążył się już przestraszyć nie na żarty, że matka jest chora, ale przecież wtedy nie uśmiechałaby się tak pod nosem.
- Jesteś w ciąży, Joasiu, prawda?
Renata nigdy nie owijała w bawełnę. W towarzystwie słynęła z bezkompromisowości i otwartości. Połączenie tych dwóch cech sprawiało, że często zdarzało jej się wprawiać swoich rozmówców w zdumienie.
Maciek uniósł wysoko brwi i rzucił Asi porozumiewawcze spojrzenie. Ta zachichotała nerwowo.
- Nic się przed tobą nie ukryje - zauważyła. - Aż tak to widać?
Renata aż podskoczyła z wrażenia.
- Oczywiście! Wystarczy na ciebie spojrzeć. Już dawno się zorientowałam, tylko czekałam, aż zechcecie mnie poinformować - nie planowała tego, ale w jej głosie rozbrzmiała nuta pretensji, co sprawiło, że Asia jakby zapadła się w sobie.
Skuliła się i delikatnie szturchnęła Maćka, sugerując, że to on powinien przejąć na siebie ciężar tej odpowiedzi.
Maciek odchrząknął znacząco i wytarł spocone dłonie o dżinsy. Cóż, potrafił z powodzeniem prowadzić negocjacje biznesowe, ale poinformowanie własnej matki, że wkrótce zostanie babcią, sprawiło, że oblał go zimny pot, a przecież nie miał już szesnastu lat!
- Chcieliśmy najpierw sami się oswoić z tą myślą, no i upewnić się, że wszystko jest w porządku - bąknął nieśmiało, ale Renata tylko machnęła ręką.
- A co by miało nie być? Oczywiście, że wszystko jest i będzie w porządku, bo nastawienie to już połowa sukcesu! A ja nie mam do was pretensji - oświadczyła, chociaż oboje daliby sobie rękę uciąć, że przed kilkunastoma sekundami usłyszeli w jej głosie żal. - Kiedy Asia urodzi? Kiedy zostanę babcią? - Poruszyła się niespokojnie.
Była taka podekscytowana!
- Latem - odezwała się Joasia. - Mam termin na koniec czerwca.
- Cudownie! - Renata klasnęła w dłonie. - To będzie niezwykłe lato! Zawsze powtarzam, że lepiej, jak się dzieci rodzą latem niż zimą. Młodej mamie łatwiej się zorganizować, a i pogoda bardziej sprzyja spacerom - zauważyła z szerokim uśmiechem na twarzy. - Już się nie mogę doczekać... Będę bardzo wścibska, jeśli zapytam, czy już byłaś u lekarza? - zwróciła się do Asi.
Joasia się uśmiechnęła. Renata miała w sobie tyle ciepła, że nie sposób było jej nie lubić. Tym bardziej nie rozumiała dystansu w relacjach między Maćkiem a jego mamą. Gdyby ona miała taką matkę...
- Nie mam z tym problemu, pytaj, o co tylko chcesz. - Asia posłała Renacie ciepłe spojrzenie. - Przecież to twój wnuk!
- Mój wnuk - powtórzyła matka Maćka i zrobiła pauzę, jakby chciała sprawdzić, jak te słowa brzmią w jej ustach. - Mój wnuk. Albo wnuczka! No, przydałaby się dziewczynka, żeby była równowaga w rodzinie... - Mrugnęła porozumiewawczo do Joasi. - Po moich doświadczeniach z tym ancymonem chyba jednak wolałabym wnuczkę - roześmiała się.
- Hej! - oburzył się Maciek. - Przypominam ci, że ja nadal tu jestem...
Renata wykonała dłonią gest, jakby odganiała natrętnego komara w letni wieczór.
- Oczywiście żartowałam. Nie chcę, żebyś czuła presję obdarowania mnie wnuczką. Co ja mówię, dla mnie to bez znaczenia, czy wnuczka, czy wnuk... Ktoś w końcu wysłuchał moich próśb - westchnęła ostentacyjnie.
- Przecież nigdy nie byłaś specjalnie wierząca - wtrącił nieśmiało Maciek.
- Co nie znaczy, że moje prośby nie mogły być wysłuchane! - Uniosła wysoko lewą brew i nadęła usta. - Ale, Asiu, jak ty się w ogóle, dziecko, czujesz?
Renata miała tendencje do tytułowania dzieckiem każdego, kto urodził się choć kilka lat wcześniej niż ona. Dzieckiem był więc nie tylko jej syn, ale także Hania, Joasia, listonosz, ekspedientka w osiedlowym sklepie, lekarka w przychodni, a nawet policjant nakładający na nią mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości.
Tak. Renata miała stanowczo zbyt ciężką nogę.
- Zaskakująco dobrze, dziękuję - przyznała Joasia. - Jedyna zmiana, jaką zauważyłam, to tyle, że cały czas chce mi się spać! Od czasu do czasu dopadają mnie też mdłości, ale tylko wtedy, kiedy jestem głodna, więc jem, żeby do nich nie dopuścić, i... - Wzdrygnęła się. - Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak będę wyglądać przed samym porodem, skoro to dopiero początek, a ja już zaczęłam tyć!
- Nie ma się czym przejmować! Najważniejsze, żeby dziecko zdrowo rosło i bezpiecznie przyszło na ten świat - stwierdziła Renata, delikatnie zwracając Joasi uwagę.
Asia nigdy by się do tego nie przyznała, ale poczuła ukłucie żalu. Wstydziła się swoich uczuć, bała się, że zostanie uznana za egoistkę, a jednak nie potrafiła do końca zgodzić się z Renatą. Oczywiście, zdrowie i bezpieczeństwo dziecka to sprawy priorytetowe, ale...
Przełknęła głośno ślinę. Dlaczego czuła złość, słysząc takie mądrości i rady? Wiedziała, że matka Maćka nie miała na myśli nic złego, ale odniosła wrażenie, jakby sprowadzono ją do roli inkubatora. Jakby jedyne, do czego została stworzona, to zapewnienie dziecku warunków do rozwoju i bezpieczne przetransportowanie go na drugą stronę brzucha. Jakby jej potrzeba bycia docenianą, atrakcyjną z dnia na dzień stała się całkowicie nieistotna. Oczywiście, Joasia nigdy nie twierdziła, że wygląd jest najważniejszy. Nic się nie zmieniło. Uważała, że na tym świecie są istotniejsze sprawy, ale... Po prostu chciała czuć się dobrze we własnej skórze, czy to źle?
Tymczasem miała wrażenie, że jej ciało przestało należeć do niej i stało się prywatną własnością rozwijającego się w macicy dziecka. Jej kobiecość, seksualność, figura, dobre samopoczucie - to wszystko zeszło na dalszy plan.
Odsunęła od siebie te refleksje. Przecież nie mogła tak myśleć! Gorsze od samych myśli były tylko wywoływane przez nie palące wyrzuty sumienia.
- Uhm, oczywiście - wymamrotała z zażenowaniem. Miała wrażenie, że zarówno Renata, jak i Maciek czytali z niej jak z otwartej księgi i bez trudu zorientowali się, o czym myśli. - Tak, tak, masz rację, teraz najważniejsze jest dziecko.
- No, to co powiedział lekarz? - zapytała Renata.
Chciała wiedzieć wciąż więcej i więcej, miała wrażenie, że młodzi mówią jej stanowczo za mało. A przecież tu chodziło o jej wnuka!
- Jestem po drugiej wizycie, przedwczoraj miałam USG - powiedziała Joasia.
Przypomniała sobie o herbacie, ale ta była już zimna, dlatego skrzywiła się i odstawiła filiżankę na stolik. Kawa i herbata musiały być gorące! Myśl o kawie sprawiła, że Asia się rozmarzyła. Ile ona by dała za kubek mocnej czarnej... Lekarz kazał się jej jednak ograniczać. Podobno kofeina w dużych ilościach może być szkodliwa dla nienarodzonego dziecka.
Joasia zrezygnowała z niej nie bez żalu, tak jak i z sushi, do którego miłością zaraził ją Maciek. Wcześniej bywali w Hana Sushi w Katowicach co najmniej raz w miesiącu.
Dlaczego ja w ogóle o tym myślę? - zrugała się za to Joasia.
Maciek zorientował się, że jego partnerka jest dziwnie rozkojarzona, dlatego pospieszył jej z pomocą.
- To było pierwsze USG - przejął pałeczkę. - Lekarz wykonał je, żeby potwierdzić ciążę i jej prawidłową lokalizację. Wygląda na to, że wszystko jest w porządku - rozluźnił się.
Renata powoli skinęła głową i przeniosła wzrok na Asię.
- A co z twoją pracą? Uważam, że ciąża to nie choroba, ale... - urwała znacząco. - Przecież ty w pracy, dźwigasz ciężkie towary, schylasz się, jesteś w ciągłym ruchu. Sama nie wiem, czy to dobrze dla dziecka.
- Asia dostała od lekarza zwolnienie - wtrącił Maciek, a Renata odetchnęła z ulgą. Nie powiedziałaby tego na głos, nie chciała robić Asi przykrości, ale ta miała przecież prawie czterdzieści lat i była w pierwszej ciąży. Musiała na siebie szczególnie uważać.
- Szefowa sama mi to zasugerowała - wtrąciła Joanna. - W świetle prawa pracodawca ma obowiązek przenieść ciężarną pracownicę na inne stanowisko, takie, które nie stanowi zagrożenia dla zdrowia kobiety i jej dziecka, ale w praktyce... - Wzruszyła ramionami. - Wiadomo, jak wygląda praca w sklepie. U nas albo pracuje się fizycznie, albo w ogóle. Szefowa nie wiedziałaby, co ze mną zrobić... Poza tym lekarz uznał, że w moim wieku rozsądniej będzie, jeśli będę się oszczędzać, i wysłał mnie na zwolnienie.
- Tym lepiej dla ciebie! Potem sobie na chwilę nawet nie usiądziesz, pamiętam, jak to jest z małym dzieckiem. Teraz sobie odpoczniesz, nabierzesz sił potrzebnych na pierwsze miesiące macierzyństwa - zasugerowała Renata.
Joasia przytaknęła z grzeczności, chociaż, prawdę mówiąc, zaczynała się już nudzić w domu. Maciek dużo pracował, a ona po prostu nie miała co robić.
Cała sytuacja była dla niej zupełnie nowa. Nigdy nie siedziała w domu, nie mogła sobie na to pozwolić. Czasem zazdrościła swojej przyjaciółce Hani, która była pełnoetatową panią domu, a jedyne, czym się zajmowała, to prowadzenie bloga w wolnych chwilach, ale teraz zrozumiała, że nie mogłaby tak żyć. Może praca w charakterze ekspedientki w markecie nie była wielkim osiągnięciem ani szczytem jej marzeń, ale ceniła sobie kontakt z ludźmi i, co tu dużo mówić, wpływającą regularnie na konto pensję. Wprawdzie Maciek w tej swojej korporacji zarabiał całkiem nieźle i, co było dla niej totalną nowością, nie musiała się już tak martwić o pieniądze, to jednak doceniała swoją niezależność finansową. Wcześniej nigdy nie mogła liczyć na niczyje wsparcie, do wszystkiego doszła sama. Żyła skromnie, nigdy ponad stan, i czasem udawało jej się nawet odłożyć z wypłaty pięćdziesiąt czy sto złotych.
- Joasia dużo czyta - wtrącił Maciek. - Głównie książki i magazyny o rodzicielstwie.
Renata w żaden sposób tego nie skomentowała, chociaż na końcu języka miała uwagę, że każda kobieta ma w sobie ten mityczny instynkt, który podpowiada jej, jak zająć się dzieckiem, ale przypomniała jej się obietnica, którą złożyła sobie uroczyście przed laty.
Kiedy Maciek był malutki, co oczywiste, był całym jej światem. Potrzebował ciągłej obecności matki, a Renata była dziwnie podbudowana świadomością, że spoczywa na niej odpowiedzialność za życie syna. Niektóre kobiety czują się przytłoczone tą myślą, ale Renata zdecydowanie nie należała do tego grona. Chciała czuć się potrzebna.
Potem Maciek zaczął dorastać, co też przecież było oczywiste, i nie potrzebował matki już tak często jak na początku. Nawet się nie spostrzegła, kiedy chłopak wkroczył w wiek nastoletni i zaczął się interesować dziewczynami w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Już nie ciągnął ich za warkocze, nie dokuczał z powodu zarysowujących się dopiero pod bluzką piersi. Chociaż Maciek nigdy nie był popularny wśród rówieśników, to jednak udało mu się zaprosić na randkę jedną z najładniejszych dziewcząt w szkole i nie zostać odrzuconym. Edyta była nie tylko piękną, ale też bardzo inteligentną dziewczyną. Renacie zaimponowało, że Maciek wybrał właśnie tak wyjątkową młodą kobietę, nie potrafiła się jednak pozbyć dziwnego wrażenia, że bezpowrotnie traci swoje dziecko. Nie chciała dzielić się synem z inną babą!
Długo toczyła ze sobą wewnętrzny spór. Matka konkurowała w niej z dwudziestoletnią dziewczyną, którą Renata była jeszcze dwadzieścia lat wcześniej. Tamta młoda kobieta musiała znosić miażdżące spojrzenia i niezadowolenie potencjalnej teściowej. Wprawdzie z tamtego związku nic nie wyszło, bo jej ówczesnego narzeczonego zabrali do wojska do Suwałk, gdzie się zakochał i został na stałe, ale Renata nadal wzdrygała się z niesmakiem na myśl o krytycznym wzroku jego matki, i w końcu tamta dziewczyna wygrała z matką, którą stała się później. A może właśnie dlatego, że nic nie wyszło z tamtej znajomości, dwudziestoletnia wersja Renaty miała w niej więcej do powiedzenia? Życie nie zdążyło podeptać jej wyobraźni.
W każdym razie wtedy Renata złożyła sobie uroczystą obietnicę, że nie będzie się wtrącać. I miała zamiar dotrzymać tego przyrzeczenia.
- Myśleliście już nad imieniem dla dziecka? - zapytała, aby przerwać przedłużającą się ciszę.
- Prawdę mówiąc, jeszcze nie - przyznał Maciek. - Mamy dużo czasu! Pewnie zaczniemy się zastanawiać, jak poznamy płeć.
- Czyli chcecie wiedzieć?
- No, a czy w dwudziestym pierwszym wieku można nie wiedzieć? - zdziwił się.
Joasia błyskawicznie pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Twojej mamie na pewno chodziło o to, że niektórzy nie zamierzają poznawać płci dziecka, wolą, żeby to była niespodzianka, ale my chcemy wiedzieć - oświadczyła z pełnym przekonaniem. - Wprawdzie nie planuję kupować tylko różowych ubranek dla dziewczynki i tylko niebieskich dla chłopca, ale jednak przy kompletowaniu wyprawki dobrze jest wiedzieć, dla kogo się ją przygotowuje. No, i chcielibyśmy przyszykować pokoik dla dziecka, chociaż myślę, że na początku wstawimy łóżeczko do naszej sypialni. - Zmarszczyła brwi i spojrzała na Maćka. - Jak myślisz?
- Mamy dużo czasu - odpowiedział wymijająco. - W każdym razie chcemy wiedzieć i się przygotować, również psychicznie.
Nie zająknął się ani słowem o swoich obawach związanych z posiadaniem córki. Wciąż miał nadzieję, że to jednak będzie chłopak...
- Oczywiście ja też wolałabym wiedzieć, chociaż w moich czasach USG nie było tak popularne, a płeć dziecka poznałam dopiero na porodówce - Uśmiechnęła się do swoich wspomnień Renata. - Ale wtedy na półkach w sklepie było mniej towarów, dlatego człowiek nie zastanawiał się, czy to dla chłopczyka, czy dla dziewczynki, tylko brał, jak leci... Dużo ubranek dla Maćka szyłam też sama, no bo jako samotna matka musiałam liczyć się z każdym groszem. Co nie zmienia faktu, że uważam tamten okres za najpiękniejszy w moim życiu i dziś tak sobie myślę, że niczego bym nie zmieniła... - Z łezką w oku spojrzała na syna.
Maciek poczuł się nieswojo. Był zamknięty w sobie, niewiele mówił o swoich uczuciach, bo wpędzało go to w zakłopotanie. Nie mniejsze zmieszanie odczuwał, kiedy ktoś opowiadał w jego obecności o swoich emocjach. Wciąż uczył się rozmawiać z ludźmi.
- Niczego nie żałuję - kontynuowała tymczasem Renata. - Non, rien de rien. Non, je ne regrette rien...* - zanuciła pod nosem, a widząc skonsternowane miny Joasi i Maćka, sapnęła z oburzeniem. - Nie mówcie, że nie znacie Edith Piaf? - Pokręciła z niedowierzaniem głową. - To czego wy słuchacie? A zresztą, nieważne! Chyba nie chcę wiedzieć. Zaraz, zaraz... - podrapała się po głowie - o czym to ja mówiłam?
* Fragment piosenki Edith Piaf Non, je ne regrette rien.
- O tym, że okres, kiedy Maciek był mały, był najpiękniejszy w twoim życiu - podsunęła jej Joasia.
Wprawdzie dziwnie się czuła, zwracając się po imieniu do kobiety starszej niemal o trzy dekady, ale Renata uparła się, żeby Joasia właśnie tak do niej mówiła, jeszcze zanim poznała Maćka i stała się najpoważniejszą kandydatką na jej synową. A skoro jesteśmy już przy tym temacie...
- Tak, rzeczywiście - mruknęła Renata, ale nie kontynuowała tematu. - W każdym razie teraz chyba weźmiecie ślub, prawda? - wypaliła, a Maciek aż zakrztusił się zimną herbatą.
- Prawdę mówiąc, myślałem, że będziesz ostatnią osobą, która wpadnie na taki pomysł! Nigdy nie pochwalałaś małżeństw zawieranych ze względu na ciążę, prawda? - zwrócił matce uwagę.
- Nonsens! - zniecierpliwiła się Renata. - Owszem, nie pochwalałam małżeństw bez przyszłości, zawieranych tylko ze względu na ciążę, ale przecież u was sytuacja wygląda inaczej. Wy po prostu chcecie ze sobą być, więc czego tu się bać?
Maciek, blady jak ściana, uciekł wzrokiem, a Joasia poczuła niemiłe ukłucie w sercu. Renata trafiła bardzo celnie.
- Nie czujemy takiej potrzeby - bąknął Maciek, uznając temat za zakończony, a z Asi uszło całe powietrze.
Wynik badań prenatalnych nieco uspokoił Asię, ale i tak miała wrażenie, że powinna bardziej cieszyć się z ciąży, a tymczasem jej radość podszyta była sporą dawką lęku i niepewności.
Jaką będę matką? Czy będę potrafiła właściwie zająć się dzieckiem?
Te i wiele innych pytań krążyło po głowie Joasi, zostawiając na idealnym obrazku nieładne rysy. Często już prawie inicjowała rozmowę na ten temat z Maćkiem, ale w ostatniej chwili się wycofywała. Nie chciała, żeby pomyślał, że jest nieczuła czy że doświadczenia z dzieciństwa odbiły się na jej psychice do tego stopnia, że nie potrafi cieszyć się z nadchodzącego macierzyństwa. Czuła się rozbita, a na dodatek miała stanowczo zbyt dużo wolnego czasu.
Godzinami leżała na łóżku i wpatrywała się w sufit, nie mogąc się doczekać, aż Maciek wróci do domu. Jej humor poprawiał się wieczorami i w weekendy, które ukochany spędzał razem z nią. Wtedy na moment zapominała o rozterkach i po prostu cieszyła się bliskością swojego mężczyzny. Wiedziała, że musi pracować, żeby zapewnić jej i dziecku godne warunki życia, ale najchętniej zamknęłaby go w mieszkaniu i nie wypuszczała nawet na krok.
Przeraziła się, bo przez jej głowę nigdy nie przetaczały się tego rodzaju myśli. Owszem, w przeszłości miała spore problemy z budowaniem z mężczyznami zdrowych relacji, ale nie zachowywała się jak kobieta bluszcz. Miała swoje życie, swoją pracę, swoje zajęcia. Tymczasem wydawało jej się, że odkąd zaszła w ciążę, przestała być sobą.
Odmienny stan zmieniał nie tylko jej ciało, ale także psychikę. Nie rozumiała swojej frustracji. Przecież chciała tego dziecka! Wiele kobiet bezskutecznie próbuje zajść w ciążę, a jej udało się praktycznie od razu, mimo wieku. Powinna się cieszyć, skakać z radości i głaskać rosnący brzuch, a jednak nie potrafiła się pozbyć wrażenia, że została czegoś bezpowrotnie pozbawiona. Że zabrano jej dotychczasowe życie i tożsamość. Teraz była przede wszystkim matką, kobietą w ciąży, która w pierwszej kolejności musi myśleć o dziecku, a dopiero później o sobie.
- Czy nie tego właśnie chciałaś? - mruczała sama do siebie.
Wstydziła się swojej niechęci wobec odmiennego stanu, który przecież kiedyś ktoś, pewnie nie bez powodu, nazwał błogosławionym. Dlaczego więc ona nie potrafiła dostrzec tego błogosławieństwa? Czuła narastające rozczarowanie, a głównym źródłem tego zawodu była ona sama. Cieszyła się, że będzie miała dziecko, ale nie podobało jej się, że jest w ciąży. Dobry Boże, czy ona zwariowała? Przecież nie od dziś wiadomo, że żeby mieć dziecko, trzeba być w ciąży... Czy ona jest jakaś nienormalna?!
Usłyszała odgłos klucza wsuwanego do zamka, a po chwili głos Maćka.
- Wróciłem! - oznajmił, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony, a Joasia głośno odetchnęła z ulgą.
Skończyła się jej kilkunastogodzinna - bo praca w korporacji wiązała się z ciągłymi nadgodzinami - gehenna. Kiedy Maciek wracał do domu, cała ta sytuacja wydawała się bardziej znośna, a Joasia obiecywała sobie, że następnego dnia nie pozwoli dojść smutkowi do głosu. Jednak gdy budziła się po dziewiątej - nigdy tak długo nie sypiała! - w pustym domu, nie chciało jej się nawet wstawać z łóżka. W takich chwilach myślała, że chciałaby, aby dziecko było już na świecie. Miała dość tej bezczynności. Wierzyła, że kiedy urodzi, nie będzie miała czasu, żeby się zadręczać. Pochłoną ją obowiązki i wszystko wróci do normy. Tymczasem do porodu zostały jeszcze ponad cztery miesiące. Jak je przetrwać i nie zwariować?
Wstała z łóżka i z nie do końca szczerym uśmiechem wyszła z sypialni, w której spędziła ostatnie godziny. Najpierw przeczytała kilka rozdziałów W oczekiwaniu na dziecko - poradnika, który dostała w prezencie od Maćka, a później i na to brakło jej już sił i ochoty.
- Cześć, jak minął dzień? - Podeszła do Maćka i mocno go przytuliła.
Przez chwilę wdychała jego zapach. Szybko uderzył jej do głowy. Jedyna rzecz, na którą miała ochotę w tej ciąży, to seks. Mogłaby się kochać z Maćkiem po kilka razy dziennie i ciągle było jej mało. Ze wstydem łapała się na tym, że wpatruje się z zainteresowaniem w obcych mężczyzn, mijanych na ulicy czy w sklepie. Kilkakrotnie zdarzyło jej się nawet fantazjować o seksie z nieznajomym, miewała sny, których sama się przed sobą wstydziła. Już myślała, że coś z nią nie tak, ale w jednym ze swoich genialnych poradników wyczytała, że to hormony ciążowe odpowiadają za zwiększone w drugim trymestrze libido. Nie była więc sama. Ta zmiana akurat jej nie przeszkadzała, a Maciek był nią zachwycony, chociaż, oczywiście, nie wiedział, że Joasi zdarzało się marzyć o seksie z nieznajomym. Dzięki Bogu!
Wplotła dłoń w jego włosy i szarpnęła delikatnie. Bezbłędnie wyczytał, o co jej chodzi. Schylił się, żeby mogła go pocałować, a ona śmiało wsunęła język w jego usta. Zamruczała, kiedy on odwzajemnił pocałunek. Niemal natychmiast poczuła przyjemne ciepło w dole brzucha.
- Kochaj się ze mną - wymruczała zalotnie, kiedy na chwilę się od niego oderwała.
Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać.
Złapał Joasię za rękę i już chciał poprowadzić ją w stronę sypialni, kiedy ona stanowczo zaprotestowała.
- Tutaj - powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy, a on poczuł, że w jednej chwili robi mu się gorąco.
Co te hormony robią z kobietą! Jeśli ciąża tak działa na Joasię... cóż, chyba będą musieli szybko pomyśleć o drugim dziecku.
Maciek rozejrzał się nieprzytomnie po przedpokoju, ale nie miał zbyt wiele czasu na refleksję, bo Asia już zaczynała dobierać się do jego rozporka. Wydał z siebie zduszony krzyk, kiedy swoją zimną dłonią dotknęła jego męskości. Przeszedł go dreszcz, ale był to bardzo przyjemny dreszcz. Jednym sprawnym ruchem ściągnął jej bluzkę. Miała na sobie jego ulubiony czarny koronkowy biustonosz. Spojrzał z podziwem na jej piersi, które w ciąży urosły o dwa rozmiary. Lekko zaokrąglony brzuszek, szerokie biodra... Wcześniej uważał, że była nieco zbyt szczupła, ale teraz...
Teraz była idealna.
Złapała mocniej jego penisa. Musiał się jej odwdzięczyć. Wsunął rękę w jej majtki i z zachwytem odkrył, że już jest wilgotna. Ze zdumieniem odnotowywał kolejne ruchy Joasi. Nadal patrząc mu głęboko w oczy, opuściła majtki i spodnie do kostek, po czym po prostu się odwróciła i wypięła pośladki. Stali przodem do lustra, widział jej zamglone spojrzenie, widział, jak przygryzała dolną wargę, kiedy w nią wchodził, kiedy wypełniał jej mokre i ciepłe wnętrze swoją męskością.
Nie spuszczała wzroku, z zachwytem wymalowanym na twarzy bezpruderyjnie patrzyła w lustro. Z zadowoleniem obserwowała jego reakcję; zbyt szybką, gdyby ktoś zechciał zapytać go o zdanie. Nie jego wina, że Joasia w ciąży działała na niego jak nigdy wcześniej. Może odezwał się w nim samczy instynkt, świadomość, że ona nosi w sobie jego dziecko, że już na zawsze będzie jego, a może po prostu podniecały go jej kobiece kształty? W tamtej chwili była to ostatnia kwestia, którą miał ochotę roztrząsać. Wyszedł z niej delikatnie i jednym sprawnym ruchem odwrócił ją przodem do siebie. Pochylił się i z głośnym westchnieniem ulgi pocałował prosto w nabrzmiałe usta.
- Kocham cię - wymruczał prosto w jej wargi. - Nie wiem, co cię napadło, ale mogłoby cię napadać częściej...
- To co, teraz drugi raz? Idziemy do sypialni? - wymruczała namiętnie, splatając dłonie na jego karku, a on poczuł, że rzeczywiście mógłby się z nią kochać od razu, ale ona roześmiała się głośno. - Żartowałam! Jesteś głodny? - zapytała, odrywając się od niego.
- Jestem, ale pomyślałem sobie, że może dzisiaj gdzieś wyjdziemy? Wprawdzie Hana Sushi odpada, ale zarezerwowałem stolik w Len Arte przy Mariackiej w Katowicach. Podobno mają tam najlepszą pizzę w okolicy - zasugerował, a ona od razu poczuła, że jest wściekle głodna, chociaż jeszcze przed kilkoma minutami o tym nie myślała.
- O tak, pizza z serem!
Wcześniej nie miała ochoty na to danie, ale kiedy Maciek zaczął mówić o wyjściu do pizzerii, zrozumiała, że pizza z serem jest właśnie tym, czego musi dostarczyć swojemu żołądkowi. I to jak najszybciej!
- Nasze dziecko chyba będzie wielbicielem pizzy - uśmiechnął się Maciek. - Dasz mi chwilę? Wezmę tylko szybki prysznic, przebiorę się i możemy jechać.
- W porządku, ja też muszę się przygotować.
Maciek zniknął w łazience, a ona otworzyła wielką szafę, zastanawiając się, co na siebie włożyć. Nie miała zbyt dużego wyboru: przestała się dopinać w swoich spodniach, a do tej pory kupiła tylko jedną parę ciążowych dżinsów i jedną sukienkę. Wybór natychmiast padł na małą czarną, w której jej brzuszek prezentował się bardzo zgrabnie, co nawet ona musiała przyznać.
Jestem wariatką - myślała, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. W jednej chwili oczy sobie wypłakuję i rozpaczam, że moje życie jest takie beznadziejne, a w następnej rzucam się na mojego mężczyznę, wypinając się przed nim jak zwykła dziwka.
Maciek najwyraźniej nie podzielał jej wątpliwości, gdyż wesoło podśpiewywał sobie pod prysznicem. Nie zgłaszał też żadnych zastrzeżeń, kiedy po trzydziestu minutach wyszli z mieszkania i wsiedli do samochodu.
Maciek zaparkował przy Tylnej Mariackiej, do pizzerii doszli pieszo. Wcześniej zasięgnął języka i okazało się, że wszyscy jego znajomi są zgodni co do jednego - najlepsza pizza w Katowicach jest właśnie w Len Arte.
- Mała Italia w centrum miasta! - podsumował jego kolega Paweł. - Ale najpierw zadzwoń i zarezerwuj stolik, bo tam zawsze mają komplet gości!
I rzeczywiście, po przestąpieniu progu mieli wrażenie, jakby znaleźli się na południu kontynentu. Wystrój restauracji dość jednoznacznie kojarzył się Maćkowi z knajpkami w nadmorskiej miejscowości Lignano Sabbiadoro, którą odwiedził kilka lat temu, a Joasi, której nigdy nie udało się dotrzeć do słonecznej Italii, przypominał po prostu... no cóż. Włoską pizzerię. Jak dowiedzieli się od kelnera, szef kuchni, Włoch z pochodzenia, przygotowuje pizzę ze sprowadzanych z Italii składników, a w menu znajduje się kilkanaście rodzajów prawdziwie włoskiej pizzy, prosto z pieca opalanego drewnem. Te informacje w połączeniu z obłędnym zapachem unoszącym się w restauracji wystarczyły, aby rozbudzić apetyt. Maciek, zgodnie z wcześniejszymi wytycznymi Joasi, zamówił quattro formaggi, czyli pizzę z czterema gatunkami włoskich serów.
- Dziękuję, czy to wszystko? - upewnił się kelner, a kiedy odszedł, Maciek zwrócił się do Asi:
- Mam ochotę na kieliszek włoskiego wina do pizzy, ale przecież jakoś musimy wrócić do domu.
Asia odwróciła wzrok i podrapała się po dłoni. Wiedziała, że nie powiedział tego, aby zrobić jej przykrość, ale i tak odebrała tę uwagę bardzo osobiście. Wszystkie żony i partnerki kolegów Maćka były świetnymi kierowcami. Ona korzystała z komunikacji miejskiej, bo wygospodarowanie tysiąca pięciuset złotych na kurs prawa jazdy było ponad jej możliwości, a co dopiero mówić o kupnie samochodu.
Maciek bezbłędnie wyczuł, że coś jest nie tak. Błyskawicznie podążył z wyjaśnieniami:
- Asiu, przecież nie mam do ciebie pretensji! Jeśli będziesz miała ochotę zapisać się na kurs, mogę ci pożyczyć pieniądze.
Powiedział "pożyczyć", bo nie chciał urazić Joasi. Długo musiała radzić sobie sama, a teraz była szczególnie wyczulona na punkcie pieniędzy. Maciek nie był jakimś bogaczem, ale w korporacji zarabiał o wiele lepiej niż ona w sklepie, co, jak zauważył, ją krępowało. Mimo że mieszkali razem od ośmiu miesięcy, a w tym roku miało przyjść na świat ich dziecko, Joasia nie mogła się przełamać i wciąż nie godziła się na propozycję Maćka, który sugerował, żeby założyli wspólne konto.
- Przecież niedługo urodzi się dziecko, jak ty to sobie wyobrażasz? - Wielokrotnie próbował przemówić jej do rozumu. - Że raz pampersy kupię ja, a potem ty, i tak na zmianę?
- Właśnie tak. - Asia była wyjątkowo uparta i obstawała przy swoim.
Teraz Joasia machnęła tylko ręką, sugerując, że temat kursu prawa jazdy specjalnie jej nie interesuje.
- Skoro radziłam sobie bez samochodu przez prawie czterdzieści lat, poradzę sobie drugie tyle - bąknęła, wzruszając ramionami.
- W porządku, ale teraz wszystko się zmieni - przypomniał jej. - Z dzieckiem trzeba będzie podjechać do lekarza, na szczepienie, potem zacznie się przedszkole, zajęcia dodatkowe - wyliczał. - Myślę, że prawo jazdy by ci się przydało.
- Możemy o tym teraz nie rozmawiać? - zirytowała się. Dobry nastrój prysł jak mydlana bańka. - Naprawdę nie chcę twojej jałmużny. Tłumaczyłam ci już wielokrotnie, że świetnie radziłam sobie sama i nie związałam się z tobą dla pieniędzy.
- Ale ja nigdy nawet tak nie pomyślałem! - zdziwił się. - Jesteś niesprawiedliwa.
Ostrej kłótni zapobiegło pojawienie się kelnera.
- Państwo zamawiali quattro formaggi, zgadza się? - upewnił się kelner, po czym położył pizzę na ich stole.
Joasia dałaby sobie rękę uciąć, że właśnie w tym samym momencie, kiedy do jej nozdrzy dotarł aromat prawdziwie włoskiej pizzy, jej dziecko podskoczyło z radości i uraczyło ją solidnym kopniakiem. Odruchowo złapała się za brzuch.
- Coś nie tak? - zaniepokoił się Maciek.
- Poruszyło się - przyznała z zadowoleniem Joasia. Wciąż nie wiedzieli, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka.
Gdyby Asia miała podać jedną rzecz, którą w ciąży po prostu uwielbia, bez zastanowienia wskazałaby ruchy dziecka. Po raz pierwszy poczuła je przed dwoma tygodniami i od razu pokochała to uczucie. Wciąż się zamartwiała, czy z dzieckiem wszystko jest w porządku, dlatego jego ruchy ją uspokajały. Joasi wówczas wydawało się, że dzieciątko przesyła dość jednoznaczny sygnał: "Mamo, jestem bezpieczny, nie musisz się niczego obawiać".
Podzieliła się swoimi refleksjami z Maćkiem.
- Dlaczego ciągle się martwisz, czy z dzieckiem wszystko jest w porządku? - zdziwił się na jej słowa. - Przecież zarówno twój lekarz, jak i ta lekarka, u której byliśmy na badaniach prenatalnych, twierdzą, że ciąża przebiega książkowo.
Schowała dłoń w rękaw, żeby więcej się po niej nie drapać, ale niewiele to dało, bo nawyk był silniejszy od niej. Wzięła kolejny kawałek pizzy, żeby zająć czymś ręce.
- To chyba normalne - podsumowała. - Każda matka martwi się o zdrowie swojego dziecka. A przynajmniej powinna.
Zapadła cisza. Maciek przez dłuższą chwilę przeżuwał nie tylko kęs pizzy, ale także jej ostatnie słowa.
- Zauważyłem, że jesteś jakaś przygaszona - odważył się w końcu. - Czy to właśnie dlatego, że martwisz się o zdrowie dziecka?
Zamarła. A jednak zauważył, że była jakaś dziwna! Przejrzał jej myśli, których tak bardzo się wstydziła...
- Przygaszona? Sama nie wiem... - zawahała się. - W naszym życiu ostatnio dużo się zmieniło, chyba po prostu potrzebuję czasu, żeby nadążyć za tymi wszystkimi zmianami.
- Ale nie żałujesz? - przeraził się.
- Skąd! - zapewniła go stanowczo.
I w zasadzie go nie okłamała. Nie żałowała, chociaż nadal nie potrafiła odnaleźć się w nowej sytuacji. Na początku myślała, że po prostu potrzebuje czasu. Ale ile tego czasu mogła potrzebować? Była w piątym miesiącu ciąży. Jeśli do tej pory nie zaadaptowała się do zmian, to kiedy to nastąpi? A może po prostu była za stara na takie życiowe rewolucje? Nie od dziś przecież wiadomo, że człowiek łatwiej przyzwyczaja się do zmian, kiedy jest młody.
- Asiu... - Maciek nie odpuszczał tak łatwo.
- Może to nie jest już odpowiedni wiek na ciążę? - Wzruszyła ramionami.
- Te ciążowe hormony zdecydowanie ci nie służą - zażartował. - Czy ty siebie słyszysz? Masz trzydzieści osiem lat, a nie pięćdziesiąt osiem! Kompletnie nie rozumiem, co ty sobie w ogóle ubzdurałaś z tym wiekiem. Przecież starsze od ciebie kobiety też zachodzą w ciążę i rodzą dzieci! - Pokręcił z niezadowoleniem głową. - Skoro lekarze zapewniają nas, że dziecko nie ma żadnej wady genetycznej, a ciąża rozwija się prawidłowo, nie mam pojęcia, o co chodzi. Dopadł cię kryzys wieku średniego?
- Bzdura! - zdenerwowała się. - Nie mam już dwudziestu lat i po prostu jestem świadoma pewnych... hm, ograniczeń. Kiedy moje dziecko będzie miało dziesięć lat, ja będę dobijała do pięćdziesiątki.
- To tylko matematyka - nie rozumiał jej wątpliwości.
- Na dobrą sprawę kobiety w moim wieku zostają już babciami - prychnęła.
Coraz bardziej irytowała ją ta rozmowa i zaczynała żałować, że w ogóle wyszli z domu.
- Wybacz, ale uważam, że trzydzieści osiem lat to jednak jest wiek bardziej odpowiedni do rodzenia dzieci niż do tego, żeby zostać babcią - dość sprawnie odbił piłeczkę. - A poza tym dlaczego, do licha, zastanawiasz się nad tym właśnie teraz? Skoro tak ci to przeszkadza, mogłaś o tym pomyśleć, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o dziecku.
W gruncie rzeczy miał rację, i Joasia o tym wiedziała. Co się z nią działo? Dlaczego teraz tak się tego uczepiła? Psuła sobie i Maćkowi ten magiczny czas oczekiwania na dziecko. Zamiast przygotowywać się na jego przyjście na świat, była w kompletnej rozsypce. Co z niej za matka?
- Przepraszam - wymamrotała. - Nie mam pojęcia, co się dzieje, jestem dziwnie rozbita. Nie gniewaj się na mnie.
Spodziewała się, że Maciek będzie dalej drążył temat, ale odpuścił. Kąciki jego ust delikatnie drgnęły.
- Spokojnie, koledzy mnie przed tym ostrzegali - wyznał, wycierając się serwetką. - Te wasze słynne ciążowe humorki... Ale nie przejmuj się tym, w porządku? Dziecko niebawem przyjdzie na świat i wszystko wróci do normy.
Joasia miała dziwne wrażenie, że będzie wręcz przeciwnie - kiedy dziecko się urodzi, wszystko się zmieni, ale nie chciała wysuwać kontrargumentu. I tak niewiele zabrakło, żeby się pokłócili. Wolała tego uniknąć.
- Mogę poprosić o rachunek czy masz ochotę na coś jeszcze? - zapytał.
- Chcę wrócić do domu - oświadczyła.
Asia odczuwała już zmęczenie i znużenie. Wybiła dwudziesta pierwsza, a od jakiegoś czasu właśnie o tej godzinie kładła się spać. Organizm upominał się o swoje.
Maciek objął Joasię i poprowadził ją do samochodu. Powieki bezlitośnie ciążyły, ale wiedziała, że jeśli pozwoli sobie na chociaż kilka minut snu, przebudzenie będzie bolesne. Temperatura na zewnątrz oscylowała wokół zera, wzdrygnęła się na myśl o konieczności wyjścia z samochodu i przejścia kilkudziesięciu metrów w takim stanie. Wolała położyć się spać w ciepłym mieszkaniu pod grubą kołdrą. Aby nie zasnąć, poprosiła Maćka, żeby zajął ją rozmową.
- Wiesz, że nie umiem tak na zawołanie! - roześmiał się, wyjeżdżając z miejsca parkingowego. - Mogłaś nic nie mówić, pewnie po chwili zacząłbym sam z siebie, a teraz czuję presję i się plączę!
- Nasze dziecko ma już paznokcie i linie papilarne, wiedziałeś o tym? - wypaliła nagle.
Jej słowa tak zszokowały Maćka, że nie zauważył, jak światło zmieniło się na czerwone, i zahamował w ostatniej chwili.
- Dobrze się czujesz? - Spojrzał na nią wymownie. - Masz gorączkę? Jeszcze przed chwilą zachowywałaś się całkiem normalnie, ale w sumie już przekonałem się, że kobieta w ciąży jest jeszcze bardziej zmienna niż kobieta z syndromem napięcia przedmiesiączkowego...
Posłała mu nienawistne spojrzenie.
- Hej! - oburzyła się. - Przeglądałam dziś poradnik, który od ciebie dostałam, i nowy numer M jak mama i natrafiłam na informację, że dziecko w tym tygodniu ciąży ma już w pełni ukształtowane palce z paznokciami i liniami papilarnymi. Dowiedziałam się też, że waży około dwustu pięćdziesięciu gramów i mierzy mniej więcej piętnaście centymetrów.
- Dwieście pięćdziesiąt gramów? - zdziwił się, ruszając ze skrzyżowania. - Jesteś pewna? Jesteś w połowie ciąży. Noworodek waży około trzech i pół kilograma. To chyba niemożliwe, żeby teraz ważył tylko dwieście pięćdziesiąt gramów.
- A właśnie, że możliwe! - żachnęła się, głaszcząc się po brzuchu. - Dziecko najwięcej przybiera na wadze w ostatnich tygodniach ciąży. Teraz rozwijają się głównie jego narządy wewnętrzne, układ nerwowy, wyostrzają się zmysły...
- W porządku, nie zamierzam polemizować z ekspertem - poddał się ze śmiechem Maciek. - Chyba nie pozostaje mi nic innego, tylko ci uwierzyć. Czego jeszcze dowiedziałaś się z tych swoich poradników?
- Na przykład tego, jak rozpoznać przyczynę płaczu dziecka. Noworodek inaczej płacze, kiedy jest głodny, inaczej, gdy ma mokro, a jeszcze inaczej, kiedy po prostu chce mu się spać - wyjaśniła.
Maciek na chwilę oderwał wzrok od jezdni i spojrzał na nią z podziwem.
- Naprawdę? A jak rozpoznać poszczególne rodzaje płaczu?
- Po tonacji - odpowiedziała szalenie poważnie Joasia.
- Mogłabyś zaprezentować?
- Ty się ze mnie nabijasz, a ja mówię poważnie. - Cmoknęła z niezadowoleniem. - Potem będziesz w panice wertował poradniki, a ja już będę miała tę wiedzę w małym palcu, o!
- W razie potrzeby zwrócę się do mojej kobiety, bo ona jest chodzącą encyklopedią i poradnikiem w jednym - zauważył ze śmiechem.
- Bardzo zabawne! - fuknęła na niego. - Lepiej patrz na drogę, bo zaraz przegapisz zjazd!
Rzeczywiście, zbliżali się do zjazdu na Sosnowiec, ale nie musiała mu tego mówić. Maciek był doskonale zorientowany, gdzie się znajduje. Przemierzał tę trasę co najmniej dwa razy dziennie.
- No dobrze, jestem szalenie poważny - odezwał się - i proszę cię o skondensowaną dawkę wiedzy. Co powinienem wiedzieć przed przyjściem dziecka na świat?
- Na przykład to - zaczęła ostrożnie - że dziecko jest szczęśliwe i odprężone, kiedy jego mama jest spokojna, i że co jakiś czas wypadałoby odciążyć partnerkę w obowiązkach przy dziecku.
- Naprawdę tego uczą w tych poradnikach? To wiedziałem bez żadnych książek - zauważył, a Joasia nie mogła się powstrzymać od szerokiego uśmiechu. Jeśli wierzyć relacjom koleżanek i wpisom na forach internetowych, niektórym mężczyznom naprawdę trzeba to tłumaczyć! Maciek na szczęście był inny.
- Masz już listę zakupów, które musimy zrobić przed narodzinami dziecka? Słyszałem, że to wszystko kosztuje kupę kasy, więc pomyślałem, że może moglibyśmy rozłożyć te wydatki na raty - zasugerował.
- Bardzo dobry pomysł, mam już wstępną listę, ale będę musiała dopisać jeszcze kilka rzeczy - przyznała.
Zwolnił przed rondem, ustępując pierwszeństwa.
- Podejrzewam, że wózek czy łóżeczko kupimy na samym końcu, kiedy pokój dla dziecka będzie już gotowy. Nie ma co zagracać mieszkania, ale myślę, że teraz możemy już spokojnie kupić mniejsze gadżety, te wszystkie beciki, butelki, smoczki...
Nie wiedzieć czemu, Joanna posłała mu oburzone spojrzenie. Co znowu zrobił nie tak?
- Będę karmić dziecko piersią na żądanie, nie potrzebujemy butelek ani smoczków - żachnęła się.
- Nie? - zdziwił się. - Wydawało mi się, że to atrybut każdego bobasa.
- To firmy produkujące mleko modyfikowane chcą, byśmy tak myśleli. Mleko z piersi jest najzdrowszym, najlepszym pokarmem dla dziecka - oświadczyła z pełnym przekonaniem - i na dodatek nic nie kosztuje. Jak myślisz? Komu to nie jest na rękę?
Maciek odchrząknął nerwowo.
- Joasiu, spokojnie. - Kompletnie nie rozumiał jej wybuchu. - Nie miałem nic złego na myśli. Uznałem, że butelki będą nam niezbędne, nie wiedziałem, że tak ambitnie podchodzisz do tematu karmienia piersią.
- To teraz już wiesz - mruknęła, a on odniósł wrażenie, że z niewiadomego powodu jest wściekła jak osa.
- W porządku - wycofał się. - Chcesz karmić piersią, to zrozumiałe. Po prostu myślałem, że na wypadek, gdyby nie wyszło, no wiesz... gdybyś jednak nie mogła karmić piersią - zaplątał się - dobrze by było mieć pod ręką chociaż jedną butelkę, prawda? Nie chcę spędzać pierwszych dni życia mojego dziecka na bieganiu po sklepach.
- Nie, nie, nie, ty mnie nie zrozumiałeś - zaprotestowała. - To nie jest kwestia tego, czy ja chcę, czy nie. Ja będę karmić piersią, wiem to - uściśliła. - Nie ma innej opcji.
Zerknął na nią kątem oka.
- To chyba zależy też od dziecka, czy będzie chciało ssać, czy... - urwał w połowie zdania, widząc jej minę. - Dobrze, będzie, jak postanowisz.
- Chcę dla dziecka jak najlepiej, a moje mleko jest dla niego najdoskonalszym pokarmem - oświadczyła.
Już miał zapytać, dlaczego w takim razie tak wiele kobiet nie może karmić piersią, ale uznał, że lepiej ugryźć się w język. Joasia była w wyjątkowo bojowym nastroju.
Dojechali na osiedle w ciszy. Maciek dość szybko znalazł wolne miejsce parkingowe i odstawił auto. Nie odzywali się też w windzie. Joasia od razu po powrocie do mieszkania wzięła prysznic i położyła się do łóżka. Po piętnastu minutach dołączył do niej Maciek.
Asia, już na wpół świadomie, postanowiła wymóc na nim obietnicę.
- Pójdziemy razem do szkoły rodzenia?
- Że co? - zdziwił się.
- Pytałam, czy pójdziemy do szkoły rodzenia.
Udała, że nie słyszy głośnego westchnięcia.
- Jeśli musimy...
- Obiecujesz? - upewniła się.
- Obiecuję! A teraz już śpij!
Joasia miała dokładny plan nie tylko na ostatnie tygodnie ciąży, ale też na poród i pierwsze trzy lata życia dziecka, chociaż od czasu do czasu pozwalała wybiec swoim myślom jeszcze dalej i zahaczyć o tematy związane z edukacją czy zajęciami dodatkowymi, w których miał uczestniczyć w przyszłości jej syn.
Bo miała urodzić syna, o czym przyszli rodzice dowiedzieli się wczesną wiosną.
- W zasadzie od początku czułam, że to chłopiec - oświadczyła wówczas Asia, chociaż jeszcze poprzedniego dnia zaklinała się, że urodzi dziewczynkę.
Stworzenie szczegółowego planu pozwoliło jej odpędzić od siebie lęk, bo przecież nie od dziś wiadomo, że najbardziej przeraża nas to, co nieznane. Joasia postanowiła więc ogarnąć wszystkie sprawy, jeszcze zanim jej syn przyjdzie na świat. Traktowała macierzyństwo jako zadanie do wykonania i odhaczała na swojej liście kolejne tygodnie ciąży jako zaliczone. Przygotowywała się do porodu, biorąc pod uwagę tylko ten naturalny.
- A co to za różnica, jak dziecko przyjdzie na świat? - zapytał pewnego dnia Maciek, zanim zdążył się dwa razy zastanowić nad tym, co zamierza powiedzieć.
Joasia była oburzona jego pytaniem. Jak to: co to za różnica?
- Autorzy wszystkich poradników, które przeczytałam, są zgodni co do jednego: niepowikłana ciąża fizjologiczna powinna skończyć się porodem siłami natury. Cesarskie cięcie to operacja, którą wykonuje się w sytuacji, kiedy poród naturalny jest niemożliwy albo zagraża życiu matki lub dziecka - wyrecytowała z pamięci. - Niektórzy wciąż spierają się co do tego, czy wskazaniem do cesarki może być niechęć matki do porodu naturalnego albo jej ogólny stan psychiczny, ale nie o tym miałam mówić - zreflektowała się. - Poród naturalny jest lepszy nie tylko dla matki, która szybciej wraca do zdrowia. Przejście przez kanał rodny pomaga dziecku przygotować się do zaczerpnięcia pierwszego oddechu. Wiele badań wykazało, że noworodek urodzony siłami natury ma kontakt z naturalną florą bakteryjną matki, która wspomaga prawidłowe funkcjonowanie układu pokarmowego. Poza tym...
- W porządku, zrozumiałem - wszedł jej w słowo Maciek.
Łykała kapsułki z olejem z wiesiołka, parzyła herbatę z liści malin i zapisała się na jogę dla ciężarnych, aby przygotować ciało do porodu. Każdego dnia poświęcała co najmniej dziesięć minut na ćwiczenia mięśni Kegla, a w okolicach trzydziestego piątego tygodnia ciąży zaczęła codziennie wykonywać masaż krocza, który miał je ochronić przed pęknięciem czy koniecznością nacięcia.
- Pamiętaj, w razie gdybym w bólach prosiła o znieczulenie, przypomnij mi, że jestem przeciwna tego typu środkom - powtarzała swojemu partnerowi.
Maciek był coraz bardziej przerażony perspektywą zbliżającego się rozwiązania. Nie, nie bał się ewentualnych komplikacji czy samego widoku. W tajemnicy przed Joasią oglądał porody na YouTubie, żeby się przygotować, więc uważał, że już nic nie jest go w stanie zaskoczyć. Przynajmniej w kwestii fizjologii. Bo jeśli chodzi o Asię...
Panikował na myśl o odgrywaniu roli, którą wyznaczyła mu ukochana. Prawdę mówiąc, już się w tym wszystkim pogubił. Znieczulenie nie, ale nacięcie krocza już tak? Czy może odwrotnie? A może i znieczulenie, i nacięcie nie?
Joasia zaplanowała poród co do minuty. Spotkała się nawet z położną, która pracowała w wybranym przez nią szpitalu. Wróciła z tej rozmowy podbudowana i pewna, że dobrze robi. Położna rozumiała, że Asia chce urodzić w intymnej atmosferze, przy przygaszonym świetle. Szpital na szczęście dysponował taką salą. W pewnym momencie Joasia zastanawiała się nad porodem domowym, ale ostatecznie zwyciężyła obawa o zdrowie i bezpieczeństwo dziecka. Wprawdzie nic nie wskazywało na to, że bezpośrednio po narodzinach syn będzie potrzebował natychmiastowej interwencji medycznej, ale lepiej dmuchać na zimne. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że kiedy Maciek usłyszał o porodzie w domu, stanowczo zaprotestował.
- Ja rozumiem, że chcesz urodzić fizjologicznie, że wierzysz w moc natury i tak dalej, ale poród domowy to już przesada - oznajmił. Jeśli w ogóle bierzesz pod uwagę moje zdanie, wolałbym, żebyś urodziła w szpitalu. Uważam, że tam będziecie bezpieczniejsi, i ty, i Antoś.
Maciek rzadko ingerował w sprawy związane z ciążą, uważał, słusznie zresztą, że to kobieta powinna mieć w tych kwestiach najwięcej do powiedzenia, jednak perspektywa porodu w ich mieszkaniu w bloku na tyle go przeraziła, że postanowił zabrać głos.
Koniec końców Joasia zgodziła się ze swoim partnerem i rozpoczęła poszukiwania szpitala, który będzie odpowiadał jej wymaganiom. A było ich niemało. Chciała urodzić w szpitalu, w którym może wybierać pozycję do rodzenia, korzystać z niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu, odchodzi się od rutynowego nacinania krocza, a mężczyzna może być obecny przy partnerce podczas wszystkich faz porodu. Dziecko miało być zabrane na mierzenie i ważenie dopiero po dwóch godzinach nieprzerwanego kontaktu skóra do skóry, a pierwsze karmienie noworodka odbyć się bezpośrednio po narodzeniu. Ocena zdrowia dziecka miała przebiegać na brzuchu matki, podczas porodu i po nim światła miały być przygaszone, dziecko nie miało być dokarmiane mlekiem modyfikowanym bez wyraźnego życzenia matki, a na oddziale miał obowiązywać rooming-in. To było niezbędne minimum.
Asia miała wizję idealnego porodu i idealnego szpitala i nawet nie chciała słuchać rad kobiet, które już urodziły i miały nieco większe od niej doświadczenie w macierzyństwie.
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej