Wszyscy jesteśmy nomadami - Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska

-
Proszę czekać

MIASTO I SACRUM O PORANKU

Yvonne nie było na lotnisku. Rozglądałam się wokoło, gdy podeszła do mnie wysoka młoda Europejka. Trzymała w ręce dużą kartkę z moim nazwiskiem, ale nie mogłam go odczytać bez okularów.

- Maugosza? - zapytała. - Jestem Odile. Mama pomyliła daty i przyjechała na lotnisko wczoraj. A dzisiaj rano była umówiona na uniwersytecie. Askaa zaniesie do samochodu twoje rzeczy.

Więc to jest Askaa, mongolski przyjaciel, kierowca i pomocnik mojej przyjaciółki, o którym tyle słyszałam. Askaa wygląda jak policjant w cywilu z polskiego filmu. Nosi kamizelkę i czarną kurtkę ze skóry. Ma mocny uścisk ręki, dobry humor i porusza się bezszelestnie. Kilkanaście słów angielskich, które zna, kilkanaście rosyjskich oraz francuskie marcher, marcher, ça vacomme ci, comme ça pozwolą nam na wymianę poglądów, informacji i wyrażenie całej gamy uczuć i opinii w ciągu paru tygodni spędzonych razem.

Yvonne mieszka w centrum miasta, na drugim piętrze solidnego, kilkupiętrowego bloku zbudowanego na wzór rosyjski. Ciężkie metalowe drzwi wejściowe zamykają się z hukiem armatniego wystrzału. Zdemolowany domofon sprawia wrażenie tajemniczego obiektu science fiction. Sień cuchnie śmieciami, klatka schodowa jest w stanie "ogólnoradzieckim".

Ale mieszkanie Yvonne, o wysokich sufitach, z głębokim tarasem wychodzącym na skrzyżowanie dużych ulic, jest miłe i jasne. Mebli w nim niewiele, naczyń kuchennych właściwie żadnych, a łóżek mniej niż obecnych gości. Jest natomiast sporo roślin i akurat ciepła woda w kranie. Prysznic po długim locie dobrze mi robi. Dowiaduję się, że wyruszamy w drogę za dwa dni, i poznaję towarzyszy podróży.

Odile, która odebrała mnie z lotniska, to zgrabna, ładna, energiczna i mało sympatyczna pannica. Pełna agresji do świata, a zwłaszcza do swojej matki, jakby miała szesnaście lat, a nie blisko trzydziestkę. Po matce odziedziczyła zamiłowanie do kapeluszy i entuzjazm dla szamanów. Ojca Odile nie znam, ale być może to po nim ten wojowniczy stosunek do matki. Odile charakteryzuje się też i tym, że żywi się w sposób niezwykle skomplikowany, bo jest uczulona na wszystko.

Richard - brat Yvonne. Nigdy przedtem go nie spotkałam i mam nadzieję już nie spotkać w przyszłości. Pojawił się w szlafroku - urodziwy, smukły, zarośnięty, rozczochrany i wściekły. Nie przywitał się, tylko spytał, czy wiemy, gdzie jest biuro Aeroflotu. Czuje się chory, zupełnie mu się tu nie podoba i chce natychmiast wyjeżdżać. Będzie próbował zmienić bilet. Zamierza lecieć do Chin.

Niestety, biletu nie udało mu się zamienić.

Natalie - nieznana mi paryska przyjaciółka gospodyni. Emerytowana nauczycielka. Cichutka, szlachetna, skromna i sympatyczna. Ma w plecaku tomik francuskiej poezji, która w trudnych momentach podróży będzie koić naszą psychikę. Serdecznie się ze mną wita i mówi, że zgubiła okulary. Szukanie okularów - każda swoich - będzie czymś, co nas do siebie zbliży. Natomiast szukanie przez Natalie innych przedmiotów - biletu lotniczego, swetra, paszportu, karty kredytowej, koszuli nocnej, pieniędzy - a także drogi lub jurty, w której śpimy, i wątku w urwanych opowieściach, jest czymś, co mnie zatrważa i mobilizuje do tego stopnia, że w czasie podróży staję się osobą niemal pedantyczną, doskonale zorganizowaną, która wszystkie swoje rzeczy (poza okularami) ma pod kontrolą.

Dostaję posłanie na podłodze na dmuchanym materacu, obok profesor Yvonne, która śpi na karimacie. Odczytuję hierarchię ważności w grupie. Brat i córka Yvonne zajmują osobne pokoje z normalnymi łóżkami, a Natalie śpi w salonie, na skrzyni, która w przyszłości ma być kanapą, ale na razie jest czymś w rodzaju katafalku. Natalie umościła tam sobie gniazdko za pomocą ręcznika, dwóch kamizelek i ściereczki do mycia naczyń. Jest całkiem zadowolona. Razem witamy dzień, który już rozpoczął się na dobre. Za oknem słyszę muzyczkę dochodzącą z jakiegoś auta. Wesołe nutki przywodzą mi na myśl samochody amerykańskich lodziarzy, tu jednak taki sygnał dają śmieciarze. Ludzie słyszą, że śmieciarka nadjeżdża, i biegną z torbami i kubłami odpadków. Kto nie zdąży, zostawia torby na klatce schodowej lub w ulicznym koszu na śmieci, dzięki czemu mogą przeżyć w Ułan Bator bezdomni wypełzający o zmierzchu i o świcie w poszukiwaniu pożywienia. Tworzą kilkuosobowe, ale niezbyt liczne grupki. Na ogół zachowują się spokojnie i nie są agresywni. Przeważnie to mężczyźni. Grzebiących w śmietnikach kobiet jest mniej i poruszają się zazwyczaj pojedynczo.

W Ułan Bator nie widzi się więcej bezdomnych niż w większości dużych miast Europy, a żebraków jest zdecydowanie mniej. Żebranie, mówi Yvonne, jest obce mentalności mongolskiej, w której ważne miejsce zajmuje obyczaj wymiany, bo Mongołowie niczego nie biorą bez podarowania czegoś w zamian. To ich obraża. Codziennie jednak widzi się w centrum miasta żebrzące dzieciaki, a w zaułkach ulic spotyka się nocą rozbawione grupki małolatów; nie wiadomo, czy w ogóle gdzieś mieszkają. Czasem przeganiają ich policjanci.

Jeszcze nie ochłonęłam po podróży, a już znalazłam się w klasztorze Gandan, który jest najważniejszą świątynią w Mongolii. Oszczędzono ją - jako jedyną, wraz z niewielką liczbą lamów - w czasie krwawych pogromów i niszczenia religii i klasztorów przez władze sowieckie w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Różne źródła podają różne dane co do liczby klasztorów i lamów przed nastaniem sowieckiej władzy, która wtargnęła tu w 1921 roku. Najmniejsza liczba, z jaką się spotkałam, to siedemset świątyń i sto tysięcy lamów, największa - dwa tysiące siedemset klasztorów i blisko pięćset tysięcy lamów! Pomyśleć, ile kobiet musiało pracować na tych świętych mężów! Przed 1921 rokiem lamą zostawał jeden syn z każdej rodziny. Po roku 1921 buddyzm był tępiony, a szamanizm zabroniony. Klasztor Gandan w Ułan Bator funkcjonował jednak przez cały czas komunizmu jako wizytówka tolerancji zsowietyzowanego państwa. Gandan to w języku tybetańskim "pełnia radości" i "przyszły raj dla Buddy". Także dla dzisiejszych pielgrzymów w tym chaotycznym i niepięknym mieście jest rajską oazą, dość skromną na pierwszy rzut oka, ale posiadającą bezsprzeczny urok. Gandan otacza znikająca w szybkim tempie najstarsza dzielnica miasta, w której można jeszcze trafić na zagracony sklepik z prawdziwymi i fałszywymi starociami. Zabytkowe uliczki to bezładny ciąg niskich ruder i otaczających je zmurszałych parkanów. Te gliniaste i piaszczyste drogi w dni deszczowe zamieniają się w błotniste strumienie. Gandan kontrastuje z tym nędznym otoczeniem ładem w przestrzeni, zielenią drzew, urokiem misternie zdobionych - jak w chińskich pagodach - zadartych dachów świątyń. Chmary gołębi, karmionych przez pielgrzymów sprzedawanymi za kilka groszy nasionami, tworzą ruchliwy dywan, przez który niełatwo przejść. Jeżeli lubisz zaczynać dzień od mocnych wrażeń, skieruj się najpierw do dużej murowanej świątyni, przekrocz próg prawą nogą i stań - malutki - przed posągiem Buddy Dżanrajsig, ogromnym i złotym, o rysach nie mężczyzny i nie kobiety, ale raczej obojga. Jest to bóstwo Kochających Oczu, określane jako "pełne litości" lub "miłosierne", mongolski odpowiednik hinduskiego bóstwa Awalokiteśwary reprezentującego wszystkie wcielenia Buddy. Uważa się, że bóstwo to patrzy we wszystkie strony i widzi wszystko. Posąg stanął tu w latach dziewięćdziesiątych, na miejscu poprzedniego, dziewiętnastowiecznego, który Rosjanie zniszczyli i wywieźli w 1938 roku. Postawienie tej ponaddwudziestosześciometrowej rzeźby z miedzi, złota i drogich kamieni było symbolicznym ukoronowaniem upadku sowietyzmu i przemian, które pozwoliły na odbudowę klasztorów i ożywienie lamaizmu.

U złotych stóp największego świątynnego posągu Buddy na świecie czujesz się mały.

Trudno dostrzec, czy Dżanrajsig, buddyjski Światowid, ma oczy pełne miłości. Jego ciasny dom - świątynia, w której stoi uwięziony w niewielkiej przestrzeni - sprawia, że bóstwo jest nie do ogarnięcia wzrokiem, niemożliwe do ujęcia w całość. Bo też to wszystko, co ten Budda ma reprezentować i wyrazić, jest nie do ogarnięcia. Jak go tu wniesiono? Może najpierw wstawiono do nieukończonej budowli, a potem wymurowano czwartą ścianę, a może jest zmontowany z kilku części. Dla mnie jest jak wielka złota marionetka. Ale czyż nie czułam się podobnie, patrząc na posąg Jana Pawła II przed świątynią w Licheniu? Moim myślom akompaniuje dochodzący z mroku szmer modłów. U podnóża ogromnego posągu płoną świece. Mnisi wyjmują z szaf pudła z wielkimi zwojami świętych tekstów. Obchodzę wnętrze świątyni, idę wzdłuż niezliczonych zakurzonych półek wypełnionych rzędami wotywnych fi gurek Buddy różnej wielkości. Podobno jest ich około trzydziestu tysięcy. Zamykam oczy i słucham głosów świątyni. Przestają mruczeć mnisi, przez dłuższą chwilę dzwonią dzwonki i dudnią bębenki, potem nagle milkną i znów słychać jedynie głuche szemranie obracanych chürd - modlitewnych kołowrotków. Przez otwarte drzwi dobiega świergot wróblowatych ptaszków i gruchanie gołębi, odległy śpiew żebraka i nawoływanie handlarzy do kupna ziarna. Jakby nigdy nie działo się tu nic innego.

W końcu ubiegłego wieku uważano Mongolię za kraj całkowicie laicki, a tymczasem wiernych w świątyniach jest coraz więcej.

A przecież miejsce to od XVII wieku do lat dwudziestych ubiegłego wieku było jednym z najruchliwszych w Azji Centralnej. Opisywał je między innymi polski pisarz, podróżnik i nie lada watażka Ferdynand Ossendowski. W 1921 roku Budda Dżanrajsig zrobił na nim nie mniejsze wrażenie niż na mnie, a klasztor, który wówczas tętnił życiem dzięki pielgrzymom wielu narodowości i wielu kultur, polski przybysz z dalekiej Rosji odkrywał z poczuciem przenikania niedostępnych tajemnic. To właśnie ta świątynia w klasztorze Gandan przyciągała tłumy i stworzyła wielkość Ułan Bator, wtedy nazywanego Urgą. Miasto rozrosło się pod łagodnie opadającym klasztornym wzgórzem. Zabudowania dzisiejszego Gandanu obejmują trzy świątynie, pięć szkół buddyjskich, instytucje badań nauk ezoterycznych, kapliczki, sklep z dewocjonaliami, sale komputerowe i rozmaite pomieszczenia do spotkań z wiernymi. Jest także internat dla chłopców - przyszłych lamów. Przed jego budynkiem, na schodach, obok kobiety - prawdopodobnie matki - siedzi chłopczyk w żółtym stroju mnicha z czerwonym płaszczem na ramieniu, z wygoloną głową, może dziesięcioletni. Płacze. Kobieta bezradnie spuszcza wzrok. Udaję, że ich nie widzę. Zaglądam przez okno do jakiegoś wnętrza, gdzie rząd siedzących przy niskich stoliczkach mnichów udziela porad wiernym, którzy przychodzą w rozmaitych sprawach - jeden uzgodnić przebieg religijnej uroczystości, inny po to, aby lama z małych karteczek odczytał mu jego los. Przed niektórymi zakonnikami wznoszą się ułożone w stosy pliki banknotów - waluta mongolska jest słaba, wszystko liczy się w tysiącach i dziesiątkach tysięcy tugrików, toteż stosy bywają całkiem pokaźne i przyciągają wzrok, zanim znikną w fałdach sukni mnicha. Niemal nie widzi się mniszek. Przeczytałam gdzieś, że Budda niechętnie zaakceptował zapał kobiet do życia monastycznego i zgodził się na to, pod warunkiem że zawsze będą pełnić funkcję służebną wobec mnichów. Jan Potocki, nasz podróżnik i pisarz z przełomu XVIII i XIX wieku, pisze, że "gdy Bogdo-lama i podwładni mu kapłani zaczęli udzielać godności duchowych kobietom, wśród krwawych walk nastąpiła gwałtowna schizma"[1].

W angielskojęzycznej gazecie wydawanej w Ułan Bator ktoś napisał, że mniszek jest dziś w Mongolii dwadzieścia. Podczas mojej podróży zauważyłam jedną. Natomiast wiele kobiet świeckich pełni w świątyniach różne funkcje pomocnicze. Sprzedają chadag, czyli błękitne szarfy, poświęcane po modlitwie, sprzątają świątynie, zapalają lampki i świece, przygotowują i kroją ciasto - podzielone między wiernych, pobłogosławione przez lamę, jest pod koniec ceremonii wspólnie spożywane - i roznoszą miseczki z białym, gęstym mleczno-ryżowym napojem, którego nikt nie odmawia.

W obrębie klasztoru Gandan rozrasta się szkoła dla przyszłych lamów.

Matka i syn trzykrotnie obchodzą owoo, czyli kopiec ofiarny.

Do świątyń przychodzi modlić się więcej kobiet niż mężczyzn, więcej młodych dziewcząt niż chłopców. Chłopcy stoją w progu i patrzą. Przy zejściu prowadzącym do miasta stoi święty słup, który otacza wianuszek wiernych obu płci. Dotykają go, obchodzą w kółko, obwiązują błękitnymi szarfami, modlą się i przytykają do niego czoła. Chwilami gromadzi się przy nim kilkanaście osób. Nie wiem, na czym dokładnie polega świętość tego słupa, nie znalazłam wytłumaczenia w żadnym przewodniku. Oczywiście przypomina mi to kult krzyża, a jego czciciele kojarzą się z grupą "obrońców krzyża" sprzed Pałacu Prezydenckiego w Warszawie. W Mongolii religia nie ma wyrazistego styku z polityką. Adoracja drzewa to oczywisty wyraz uwielbienia dla życia i natury, symbol uniesienia ponad ziemskie sprawy. Ja też mam takie własne święte drzewo - to rosnący w moim wrocławskim ogrodzie buk czerwony, do którego lubię się przytulić. Tutaj, w Mongolii, w kraju szamanów, ten drewniany słup, przystrojony jak choinka, jest też szczególną formą owoo. Owoo, czyli wotywny kopiec, wzniesiony z piramidy kamieni i ułożonych w szałas gałęzi, to obiekt czczony od czasów pogańskich. Owoo stawia się na wzgórzach i przełęczach, tam gdzie ziemia jest najbliżej nieba. Ozdabia się te drewniane szałasy kolorowymi szmatkami, jedwabnymi szarfami, najczęściej błękitnymi, obchodzi trzykrotnie zgodnie z ruchem słońca, modląc się przy tym i w ukłonach składając ręce. W Azji Centralnej wierni łączą lamaizm z praktykami magicznymi, co w buddyzmie tybetańskim jest objęte doktryną zwaną Wozem Diamentowym. Czcząc owoo, rzucają banknot, cukierek albo butelkę oranżady, gumę do żucia lub pocztówkę - jako drobne ofiary dla lokalnych duchów. Podążając tym zwyczajem, Nepalczyk Tenzing Norkay, Szerpa, który towarzyszył Edmundowi Hillary'emu podczas zdobywania Mount Everestu, pozostawił na szczycie garść słodyczy w ofierze Matce Ziemi. W miejscach bardziej dostępnych, po kilkunastu mongolskich rodzinnych wycieczkach, które zatrzymują się na modlitwę, chcąc zasłużyć sobie na szczęście lub przynajmniej odpędzić zły urok, przy takim owoo pozostaje niezły śmietnik.

[1] Jan Potocki, Podróże, zebrał i opracował Leszek Kukulski, Czytelnik, Warszawa 1959