Winnice szepczą "Cicho Sza" - Janine Boissard

-
Proszę czekać

3FINE

Wio­sna zmie­ni­ła ko­lo­ry. Przy­bra­ła bar­wę nie­śmia­łych uśmie­chów Nil­sa, a kie­dy zda­rza­ło mu się ro­ze­śmiać, to było już przed­wcze­sne lato.

Chmu­ry, przy­ciem­nia­ją­ce cza­sem jego spoj­rze­nie, mó­wi­ły nam o mat­ce Nil­sa, któ­ra tam po­zo­sta­ła. "Tam", tak wła­śnie mó­wił o Am­ster­da­mie. Ra­zem z Phi­lip­pi­ne szu­ka­ły­śmy tego mia­sta na ma­pie świa­ta w na­szym pod­ręcz­ni­ku do geo­gra­fii. Nie­ła­two było zna­leźć sto­li­cę Ho­lan­dii, ma­lut­kie­go kra­ju - dzie­sięć ta­kich zmie­ści­ło­by się na ma­pie Fran­cji.

- A może za­zna­czy­my kół­kiem, żeby po­tem szyb­ko zna­leźć? - za­pro­po­no­wa­łam.

- Może le­piej prze­kre­ślić na krzyż i wię­cej o tym nie ga­dać.

Prze­kre­ślić krzy­ży­kiem Ho­lan­dię i Am­ster­dam, to tak jak­by wy­kre­ślić cio­cię Ro­se­ly­ne z mapy świa­ta, tak nie może być!

- Tak, moja dro­ga, ży­cie cza­sa­mi bywa skom­pli­ko­wa­ne - pod­su­mo­wa­ła Phi­lip­pi­ne ze śmie­chem i wy­da­ła mi się wte­dy dużo ode mnie star­sza.

Nils mó­wił, że "tam" ma­rzył o pięk­nym bia­łym zam­ku, o du­żej ro­dzi­nie, błę­kit­nym nie­bie, ła­god­nym wie­trze, nie­wiel­kim la­sku, w któ­rym zbu­du­je so­bie cha­tę, spo­koj­nej rze­ce wi­ją­cej się po­mię­dzy drze­wa­mi, łó­decz­kach, mó­wił też, że co rano po obu­dze­niu musi się uszczyp­nąć, aby mieć pew­ność, że sen stał się rze­czy­wi­sto­ścią.

Phi­lip­pi­ne i ja po­zwa­la­ły­śmy więc so­bie na szczy­pa­nie go: Nils, je­steś tu­taj, to nie sen, masz prze­cież to wszyst­ko.

Do ca­ło­ści bra­ko­wa­ło tyl­ko chat­ki w la­sku, dla­te­go przy­szedł nam do gło­wy pe­wien po­mysł, ciii!...

Wiel­ką przy­jem­ność spra­wia­ło mu prze­glą­da­nie z bab­cią sta­rych al­bu­mów z fo­to­gra­fia­mi, na któ­rych bab­cia w ele­ganc­kim stro­ju po­zo­wa­ła z dziad­kiem i z czwor­giem dzie­ci usta­wio­nych rzę­dem z przo­du. W tej czwór­ce oczy­wi­ście była mała dziew­czyn­ka o ja­snych wło­sach, ta­kich jak jego, i tak samo nie­bie­skich oczach. Szu­kał jej wzro­kiem. Kie­dyś wes­tchnął:

- Wy­glą­da­ła na bar­dzo mą­drą dziew­czyn­kę.

Bab­cia mia­ła do­sko­na­łą od­po­wiedź:

- Była upar­ta jak osioł, ale wiesz co, jed­no co jej się wspa­nia­le uda­ło, to ty.

W kwiet­niu, pod­czas fe­rii wiel­ka­noc­nych - jak to się do­brze zło­ży­ło - ob­cho­dzi­li­śmy w zam­ku osiem­nast­kę Nil­sa. Tor­ba w ko­lo­rze kha­ki, cały jego ba­gaż, za­wie­ra­ła tak nie­wie­le rze­czy, że nie było trud­no o po­mysł na pre­zent. Wy­stro­ili­śmy go od stóp do głów. My z Phi­lip­pi­ne zło­ży­ły­śmy się na fos­fo­ry­zu­ją­cy ze­ga­rek, na któ­ry bę­dzie mógł spo­glą­dać w nocy, aby upew­nić się, że nie śni, ale naj­pięk­niej­szy pre­zent otrzy­mał od dziad­ka: "po­zwo­le­nie na bu­do­wę" chat­ki w la­sku na ty­łach zam­ku.

- Osiem­na­ście lat to już nie jest wiek bu­do­wa­nia le­śnych cha­tek - stwier­dził z pro­tek­cjo­nal­nym uśmie­chem Thi­baut.

Nie umknę­ło to dziad­ko­wi, któ­ry za­uwa­żył, nie pa­trząc aku­rat na Thi­bau­ta, że nig­dy nie jest za póź­no na zre­ali­zo­wa­nie dzie­cię­ce­go ma­rze­nia, w prze­ciw­nym ra­zie prze­śla­du­je nas przez całe ży­cie. I do­dał, uśmie­cha­jąc się do Nil­sa:

- Czy mogę czuć się za­pro­szo­ny?

Po obie­dzie po­szli­śmy wy­bie­rać miej­sce. Pan Alva­rez, do­zor­ca, któ­ry wy­ko­nu­je róż­ne pra­ce w zam­ku, zo­stał wta­jem­ni­czo­ny w spra­wę. Pod bre­zen­to­wym przy­kry­ciem po­ukła­dał całe sto­sy drew­nia­nych bali do bu­do­wy ścian i du­żych de­sek na dach. Wszy­scy oprócz Thi­bau­ta, rzecz ja­sna, i Lo­uisa-Ad­rie­na, któ­ry wo­lał grać w gol­fa, za­bra­li­śmy się do pra­cy, na­wet ta­tuś, i po ośmiu dniach bu­do­wa zo­sta­ła za­koń­czo­na. Nie trze­ba było wy­my­ślać na­zwy: "Cha­ta", jak w ma­rze­niu Nil­sa.

Były tam dwa "po­ko­je", je­śli tak to moż­na okre­ślić. Wcho­dzi­ło się do po­ko­ju pik­ni­ko­we­go, gdzie stał sto­lik cam­pin­go­wy, ta­bo­re­ty, a na ścia­nie wi­sia­ła szaf­ka na pro­wiant. W głę­bi był po­kój sa­lon, ume­blo­wa­ny przez bab­cię: duże czer­wo­ne skó­rza­ne po­dusz­ki, któ­re nie­jed­no już wi­dzia­ły, na pod­ło­dze sta­ry dy­wan - zwi­nie­my go na zimę. W po­ko­ju pik­ni­ko­wym Nils wy­ko­pał za­głę­bie­nie, w któ­rym było wszyst­ko co po­trze­ba do pie­cze­nia kar­to­fli w po­pie­le, bo bez kar­to­fli pie­czo­nych w po­pie­le chat­ka nie jest praw­dzi­wą chat­ką. Ścia­ny nie mia­ły okien, tyl­ko otwo­ry do wen­ty­la­cji, było więc ciem­na­wo, ale na tym po­le­ga sza­łas, musi być ta­jem­ni­czy, za to przy wej­ściu wi­sia­ła la­tar­ka, nie mó­wiąc już o za­pa­sach pła­skich świe­czek owi­nię­tych w srebr­ną fo­lię.

Cio­cia Mo­ni­que była dru­gą oso­bą, któ­ra krzyk­nę­ła "ostroż­nie!" i ten fakt ni­ko­go nie zdzi­wił. Zbli­ża­ły się szes­na­ste uro­dzi­ny Ale­xan­dre'a, a im był star­szy, tym bar­dziej cio­cia Mo­ni­que się o nie­go bała. Bała się, że wyj­dzie z te­re­nu po­sia­dło­ści, cho­ciaż bra­ma była zdal­nie ste­ro­wa­na, a stró­żów­ka znaj­do­wa­ła się tuż obok niej - pani Alva­rez nie­ustan­nie czu­wa­ła, pil­nu­jąc swo­jej czte­ro­let­niej có­recz­ki Ma­rii, któ­ra da­wa­ła jej nie­źle w kość. Mo­ni­que bała się, że ogrod­nik albo któ­ryś z ro­bot­ni­ków za­wsze na­pra­wia­ją­cych coś w po­sia­dło­ści wy­ko­rzy­sta jego nie­peł­no­spraw­ność i go za­ata­ku­je.

Bała się też Nil­sa.

- Uwa­żaj­cie! Co to za po­mysł, żeby piec kar­to­fle w po­pie­le! Pod­pa­li ten swój sza­łas i cały la­sek, a może i za­mek?

I już ci­szej wy­po­wia­da­ła po raz dru­gi "ostroż­nie!" A je­śli Nils tak­że cho­ru­je na przy­pa­dłość, któ­ra za­bi­ła Ro­se­ly­ne? I za­ra­zi resz­tę ro­dzi­ny?

Kie­dy mama to usły­sza­ła, bar­dzo się ze­zło­ści­ła: Nils już od daw­na był na świe­cie, gdy Ro­se­ly­ne za­ra­zi­ła się AIDS, nie może więc być no­si­cie­lem. Cio­cia Mo­ni­que za­mil­kła, tro­chę się za­wsty­dzi­ła. Po­win­na się cie­szyć z przy­by­cia Nil­sa, prze­cież do­ko­nał cudu. Pew­ne­go dnia, gdy była na spa­ce­rze z Ale­xan­dre'em, Nils za­pro­sił ich do sza­ła­su, a Ale­xan­dre'owi, któ­ry bez­piecz­nie czu­je się tyl­ko w swo­im po­ko­ju, bar­dzo się tam spodo­ba­ło. Od tego dnia czę­sto tam przy­cho­dzi­li, a cud po­le­gał na tym, że kie­dyś zo­sta­wił w sza­ła­sie Ba­loo, tak jak­by zna­lazł dla sie­bie dru­gą bez­piecz­ną twier­dzę. Za­miast cały czas żyć w nie­po­ko­ju, cio­cia Mo­ni­que po­win­na ra­czej po­dzię­ko­wać Nil­so­wi.

"Ostroż­nie!", po­wta­rza­li cią­gle wuj Bau­do­in i cio­cia Béa­trix, o któ­rej mama mó­wi­ła - gdy ją za bar­dzo zi­ry­to­wa­ła - że "x" na koń­cu jej imie­nia i usta za­ci­śnię­te jak sznu­ro­wa­dłem do­sko­na­le od­zwier­cie­dla­ją jej oso­bo­wość. Uwa­żaj­cie, żeby Nils nie prze­ka­ba­cił dziad­ka! Od jego przy­jaz­du dzia­dek tyl­ko nim się zaj­mu­je. Wszę­dzie go ze sobą za­bie­ra, czy przy­pad­kiem nie wbił so­bie do gło­wy, że ob­ja­śni mu cały pro­ces wy­twa­rza­nia ko­nia­ku, a prze­cież żeby to zro­zu­mieć, trze­ba się uro­dzić na tej zie­mi. Szczy­tem wszyst­kie­go było, gdy dzia­dek po­szedł z Nil­sem do "raju", a po­tem z dumą oświad­czył, że chło­pak "ma nosa", co jest naj­więk­szym kom­ple­men­tem, jaki moż­na po­wie­dzieć ama­to­ro­wi ko­nia­ku: to zna­czy mieć zdol­ność wy­czu­cia, tyl­ko wą­cha­jąc, roz­ma­itych niu­an­sów sma­ku.

Czy wu­jek Bau­do­in oba­wia się, że dzia­dek ze­chce wpro­wa­dzić Nil­sa w spra­wy fir­my? Że ku­zyn bę­dzie kon­ku­ren­cją dla Thi­bau­ta? Zaj­mie kie­dyś miej­sce Lo­uisa-Ad­rie­na, któ­ry na ra­zie wię­cej cza­su spę­dza na grze w gol­fa i na wy­głu­pach niż na na­uce? Nie mó­wiąc o skrzy­dle cio­ci Rose­lyne, na któ­re wu­jek Bau­do­in nie może już li­czyć.

Kie­dy mama z obu­rze­niem opo­wia­da­ła o tym ta­cie, tata ob­ra­cał to w żart.

- Ciesz się, bo­ga­ta dzie­dzicz­ko, że masz męża ple­be­ju­sza, skrom­ne­go re­wi­den­ta, Gil­les'a Bréva­la, któ­re­go nic nie ob­cho­dzą za­żar­te wal­ki mię­dzy przy­szły­mi spad­ko­bier­cami.

Mama nie za­prze­cza­ła.

Mam wra­że­nie, że Nils wzno­sił się po­nad to wszyst­ko, mało ob­cho­dzi­ły go po­nu­re spoj­rze­nia i zmarsz­czo­ne brwi, po pro­stu był szczę­śli­wy. Phi­lip­pi­ne twier­dzi­ła, że w Am­ster­da­mie, bio­rąc pod uwa­gę za­ję­cie, a po­tem cho­ro­bę jego mat­ki, gar­dzi­li nim wszy­scy, z wy­jąt­kiem Mado, któ­ra czu­wa­ła nad nim i o któ­rej cza­sem mó­wił z nutą smut­ku w gło­sie. Są­dzę, że wła­śnie z tego po­wo­du z ra­do­ścią przyj­mo­wał w sza­ła­sie Ale­xan­dre'a, cho­ciaż ten cza­sa­mi za­kłó­cał na­strój, a tak­że Ma­rię, có­recz­kę pań­stwa Alva­rez, małą przy­le­pę, któ­ra gada jak na­krę­co­na, choć ma do­pie­ro czte­ry lata i bez że­na­dy pod­kra­da za­pa­sy z szaf­ki na pro­wiant, to zna­czy z szaf­ki na sło­dy­cze.

Nils mó­wił, że jest dla nie­go jak młod­sza sio­strzycz­ka, któ­rej nig­dy nie miał. Sa­dzał ją so­bie na ra­mio­nach i pę­dził ga­lo­pem wo­kół dzie­dziń­ca, rżąc jak koń, a Ma­ria trzy­ma­ła się jego wło­sów i krzy­cza­ła: "Za­trzy­maj się, za­trzy­maj, boję się!", a po­tem pro­si­ła o jesz­cze.

To sta­ło się w pią­tek, do­brze pa­mię­tam, w pierw­szy dzień lata, w przeded­niu wa­ka­cji, był okrop­ny upał, więc my­śle­li­śmy ra­czej o ba­se­nie u przy­ja­ciół, do któ­rych by­li­śmy za­pro­sze­ni na na­stęp­ny dzień, niż o świa­dec­twach szkol­nych.

Dla­te­go bar­dzo się cie­szy­łam, że po po­łu­dniu przy­je­dzie po nas mama i od­wie­dzi­my skle­py ze stro­ja­mi ką­pie­lo­wy­mi, żeby ku­pić mi nowy ko­stium. Mia­łam czter­na­ście lat, na­bie­ra­łam już kształ­tów, nie tak bar­dzo jak Phi­lip­pine, któ­rej za­wsze wszyst­ko idzie szyb­ciej i le­piej niż mnie, ale jed­nak... A póź­niej po­je­dzie­my na lody na plac Fran­cisz­ka I.

O pią­tej po po­łu­dniu przy­kra nie­spo­dzian­ka - cze­kał na nas Pier­re, a Ben­ja­min sie­dział na­bur­mu­szo­ny na tyl­nym sie­dze­niu. Pier­re burk­nął:

- Wsia­daj­cie szyb­ko. - Zwy­kle był bar­dzo we­so­ły, a te­raz miał gro­bo­wą minę.

- Dla­cze­go mama nie przy­je­cha­ła, co się dzie­je? - spy­ta­łam.

Głę­bo­ko wes­tchnął.

- Nie mam nic mó­wić, tyl­ko to, że mu­si­cie jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu i z ni­kim nie roz­ma­wiać.

Po­mi­mo na­szych py­tań przez całą dro­gę do domu nie po­wie­dział już ani jed­ne­go sło­wa.

Przed za­mknię­tą bra­mą po­sia­dło­ści tło­czył się rój dzien­ni­ka­rzy, były mo­to­cy­kle, mi­kro­fo­ny, apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne, ka­me­ry. Stał też sa­mo­chód z na­pi­sem "Fran­ce 3" i dwie nie­bie­skie fur­go­net­ki żan­dar­me­rii.

Gdy tyl­ko wy­sie­dli­śmy z sa­mo­cho­du, rzu­ci­li się w na­szą stro­nę dzien­ni­ka­rze, żan­dar­mi ich ode­pchnę­li, Pier­re otwo­rzył małą bocz­ną furt­kę, któ­rą we­szli­śmy po ko­lei, a po­tem szyb­ko po­bie­gli­śmy do domu, tak jak nam ka­zał.

Cze­kał na nas tata. Za­mknął drzwi na klucz i za­pro­wa­dził nas do sa­lo­nu, a tam na ka­na­pie pła­ka­ła mama. Ob­jął ją. Od­chrząk­nął i po­wie­dział:

- Sta­ło się wiel­kie nie­szczę­ście. Nie ma już wśród nas Ma­rii, có­recz­ki do­zor­ców. Wy­mknę­ła się ja­koś pod­czas po­obied­niej drzem­ki, szu­ka­ła jej mat­ka, cio­cia Mo­ni­que i cio­cia Béa­trix, w koń­cu zna­la­zły nie­przy­tom­ną w chat­ce. Stra­ża­cy nie zdo­ła­li jej od­ra­to­wać.

Ben­ja­min wy­buch­nął pła­czem, ja nie mo­głam w to uwie­rzyć. Ma­ria? Nie żyje? Nie­moż­li­we. Zresz­tą tata nie wy­po­wie­dział tego sło­wa.

- To był na­pad - do­dał tata przy­tłu­mio­nym gło­sem.

Zza ścia­ny do­cho­dzi­ły krzy­ki cio­ci Mo­ni­que:

- Zgwał­cił ją! Zgwał­cił ją! Zgwał­cił ją!

Mama, któ­ra nig­dy nie pod­no­si­ła gło­su, krzyk­nę­ła do ojca:

- Ucisz ją, bła­gam, nie mogę już tego znieść!

Ta­tuś moc­no wal­nął pię­ścią w ścia­nę.

- Uspo­kój się!

Cio­cia Mo­ni­que za­mil­kła. Nie wiem, dla­cze­go mia­łam ocho­tę uciec gdzieś bar­dzo da­le­ko, a przede wszyst­kim nie usły­szeć tego, co za­raz na­stą­pi. Ta­tuś po­pa­trzył na nas błęd­nym wzro­kiem, na Ben­ja­mi­na i na mnie, i po­wie­dział:

- Win­ne­go zła­pa­no na go­rą­cym uczyn­ku, żan­dar­mi za­wieź­li go do wię­zie­nia. To Nils.

1FINE

Cicho sza! Kie­dy by­łam mała, bez prze­rwy py­ta­łam: "dla­cze­go, dla­cze­go, dla­cze­go?", i za­wsze sły­sza­łam taką od­po­wiedź.

"Ci­cho sza" z kar­cą­cym spoj­rze­niem, "ci­cho sza" ze łza­mi w oczach, "ci­cho sza" z pal­cem na ustach, któ­ry wy­glą­dał jak do­dat­ko­wa ba­rie­ra.

Cała na­sza ro­dzi­na miesz­ka­ła w zam­ku, domu dziad­ka. Co praw­da nie był to taki praw­dzi­wy za­mek ze zwo­dzo­nym mo­stem, wie­ża­mi i ma­chi­ku­ła­mi, skąd moż­na rzu­cać pło­ną­ce ża­gwie i ka­mie­nie, i wy­le­wać smo­łę na nie­przy­ja­cie­la, ale za­wsze to za­mek. A mama wy­ja­śni­ła mi, że dzia­dek jest kró­lem, kró­lem ko­nia­ku, na­zwa­ne­go tak jak mia­sto Fran­cisz­ka I, któ­re wi­dzie­li­śmy z okien na gó­rze. A za bra­mą te zwar­te sze­re­gi win­nic - to jego ar­mia, a bu­tel­ki al­ko­ho­lu, któ­re z nich ro­bio­no - to jego wo­jen­ne pro­por­ce, a na każ­dej jego na­zwi­sko: Ed­mond de Sa­int Ju­nien.

Po każ­dej stro­nie zam­ku za du­żym dzie­dziń­cem z ukwie­co­ną stud­nią - nie wol­no sia­dać na ka­mien­nej cem­bro­wi­nie - dzia­dek ka­zał do­bu­do­wać bocz­ne skrzy­dła, któ­re na­zy­wa­no "przy­le­gło­ścia­mi", aby mo­gło tam za­miesz­kać czwo­ro jego dzie­ci, gdy już za­ło­żą wła­sne ro­dzi­ny: jed­no dla star­szych: Bau­do­ina i Ro­se­ly­ne, dru­gie dla młod­szych: Mo­ni­que i Her­mi­ne (to moja mama).

Tak się sta­ło, jak za­pla­no­wał. Wu­jek Bau­do­in i cio­cia Be­atrix zaj­mo­wa­li pra­we skrzy­dło wraz z troj­giem dzie­ci: Thi­bau­tem, Lo­uisem-Ad­rie­nem i Phi­lip­pi­ne. Cio­cia Mo­ni­que mia­ła lewe skrzy­dło z sy­nem Ale­xan­dre'em, a obok my - cho­ciaż cał­kiem osob­no, każ­dy u sie­bie - moi ro­dzi­ce, Gil­les i Her­mi­ne, ja, czy­li Fine, i mój mały bra­ci­szek Ben­ja­min.

Od tego wła­śnie za­czę­ły się py­ta­nia "dla­cze­go".

- Mamo, dla­cze­go okien­ni­ce u cio­ci Ro­se­ly­ne są cią­gle za­mknię­te? Gdzie ona jest? Dla­cze­go nig­dy jej nie wi­dać?

- Ciii, Fine - od­po­wia­da­ła mama. - Cio­cia Ro­se­ly­ne wy­je­cha­ła bar­dzo da­le­ko, do in­ne­go kra­ju. To bar­dzo za­smu­ci­ło dziad­ków, nie roz­ma­wiaj z nimi o tym.

- A ty, mamo, też się smu­cisz?

- Na­tu­ral­nie, prze­cież to moja star­sza sio­stra.

- A kie­dy ona wró­ci?

Te­raz na­stą­pi­ło "ciii" ze łza­mi w oczach.

- Nig­dy, ko­cha­nie.

Inne "dla­cze­go" do­ty­czy­ło ku­zy­na Ale­xan­dre'a, syna cio­ci Mo­ni­que.

- Mamo, dla­cze­go Ale­xan­dre cią­gle sie­dzi w ką­cie, nie chce się z nami ba­wić, wpa­tru­je się w zie­mię, coś tam pod no­sem beł­ko­cze i okrop­nie krzy­czy?

- Ciii - od­po­wia­da­ła mama, pa­trząc na ścia­nę, tak jak­by cio­cia Mo­ni­que nad­sta­wia­ła ucha z dru­giej stro­ny. - Prze­cież wiesz, że Ale­xan­dre jest cho­ry.

- Na co?

- Na ner­wy. Le­czą go, wszy­scy się mo­dlą, żeby wy­zdro­wiał. Na­wet je­śli tro­chę się go bo­isz, bądź dla nie­go miła, bo to prze­cież nie jego wina, że cho­ru­je.

- A dla­cze­go mąż cio­ci Mo­ni­que, wu­jek Ber­nard,wy­je­chał? Ona cią­gle mówi, że jest nie­od­po­wie­dzial­nym tchó­rzem, a bab­cia każe jej się uspo­ko­ić, bo prze­cież nie spro­wa­dzi go do domu za po­mo­cą ta­kich obelg.

W tym mo­men­cie mama głę­bo­ko wes­tchnę­ła.

- Po­słu­chaj, Fine, są ta­tu­sio­wie, któ­rzy z tru­dem zno­szą to, że ich dziec­ko róż­ni się od in­nych, my­ślą, że to przez nich i od­cho­dzą.

- Bio­rą roz­wód?

"Roz­wód", w na­szej ro­dzi­nie to było nie­przy­zwo­ite sło­wo.

Mama ki­wa­ła gło­wą i do­da­wa­ła: "Ale nie roz­ma­wiaj o tym, zwłasz­cza z cio­cią Mo­ni­que, prze­cież wiesz że to ją zło­ści, bo te­raz sama musi się opie­ko­wać Ale­xan­dre'em, a to nie ta­kie pro­ste".

Do­brze o tym wie­dzia­łam: kie­dyś ze­rwał mi z szyi me­da­lik od chrztu, bo po­gła­ska­łam Ba­loo, jego mi­sia, a mama mu­sia­ła ku­pić dru­gi łań­cu­szek, za któ­ry cio­cia Mo­ni­que zwró­ci­ła pie­nią­dze, bar­dzo prze­pra­sza­jąc.

Z po­wo­du tej cho­ro­by ani w zam­ku, ani w dom­ku do­zor­ców nie było psa, cho­ciaż oni chcie­li­by choć­by jed­ne­go, ale to mo­gło być zbyt nie­bez­piecz­ne dla Ale­xan­dre'a.

- A tak­że dla psa - żar­to­wa­ła cór­ka wuja Bau­do­ina i cio­ci Be­atrix, Phi­lip­pi­ne, któ­ra ni­cze­go i ni­ko­go nie sza­no­wa­ła.

By­ły­śmy w tym sa­mym wie­ku, dzie­li­ły nas może dwa ty­go­dnie, czę­sto mó­wio­no o nas "bliź­niacz­ki". Bliź­niacz­ki, ku­zyn­ki i naj­lep­sze przy­ja­ciół­ki, to do­pie­ro!

Wie­dzia­ła dużo wię­cej niż ja, dzię­ki Thi­bau­to­wi i Lo­uiso­wi-Ad­rie­no­wi, a tak­że dla­te­go, że pod­słu­chi­wa­ła pod drzwia­mi. Kie­dyś usły­sza­ła, jak ro­dzi­ce mó­wi­li, że Ro­se­ly­ne jest "zgu­bio­ną dziew­czy­ną" i to na­praw­dę nami wstrzą­snę­ło. Je­śli Ro­se­ly­ne jest zgu­bio­na, to cze­mu jej nie szu­ka­ją? I dla­cze­go mama ze łza­mi w oczach oświad­czy­ła, że ona nig­dy nie wró­ci? A co do Ale­xan­dre'a, ro­dzi­ce Phi­lip­pi­ne mó­wią, że le­piej mu bę­dzie w spe­cjal­nym za­kła­dzie, ale cio­cia Mo­ni­que na­wet nie chce o tym sły­szeć, bo po­sta­no­wi­ła po­świę­cić mu całe ży­cie.

Skoń­czy­łam czter­na­ście lat i na­gle wszyst­kie "ci­cho sza" ujaw­ni­ły swo­je ta­jem­ni­ce.

"Zgu­bio­na dziew­czy­na" zna­czy, że cio­cia Ro­se­ly­ne dała się uwieść su­te­ne­ro­wi, któ­ry wy­wiózł ją za gra­ni­cę i te­raz ona sprze­da­je swo­je cia­ło na uli­cy. Su­te­ner na­zy­wa się Wer­ner.

Cho­ro­ba Ale­xan­dre'a na­zy­wa się "au­tyzm", nig­dy z niej nie wy­zdro­wie­je.

Cio­cia Mo­ni­que pró­bo­wa­ła wszyst­kie­go, cho­dzi­ła do psy­cho­lo­gów, zna­la­zła szko­łę spe­cjal­ną, pry­wat­ne lek­cje, wszyst­ko na nic. Ale uwa­ga: on nie jest nie­do­ro­zwi­nię­ty! Zna spo­ro słów, cho­ciaż cza­sem mu się mylą, po­tra­fi li­czyć, ale żyje jak­by w klat­ce, któ­rą sam so­bie zbu­do­wał, żeby się bro­nić przed za­gro­że­nia­mi z ze­wnątrz. Miej­scem, gdzie czu­je się naj­le­piej, jest jego po­kój: twier­dza, w któ­rej wszyst­ko musi być ide­al­nie po­ukła­da­ne. Na­wet cio­cia Mo­ni­que nie ma pra­wa ru­szyć ni­cze­go, kie­dy tam sprzą­ta. Wy­ko­rzy­stu­je porę spa­ce­ru, żeby wy­wie­trzyć, ale gdy Ale­xan­dre wra­ca i czu­je świe­że po­wie­trze, sta­je się nie­uf­ny i spraw­dza, czy ża­den przed­miot nie zo­stał prze­sta­wio­ny. Cza­sem mówi do sie­bie róż­ny­mi gło­sa­mi. Ma ata­ki pa­ni­ki, kie­dy in­dziej sta­je się agre­syw­ny, nie wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du, to sie­dzi u nie­go w gło­wie. Mama boi się, że cio­cia Mo­ni­que w koń­cu zwa­riu­je; moim zda­niem i zda­niem Phi­lip­pi­ne już zwa­rio­wa­ła.

W każ­dym ra­zie nikt już nie musi nam mó­wić "ci­cho sza". Zro­zu­mia­ły­śmy w koń­cu, że cho­dzi po pro­stu o ro­dzin­ne ta­jem­ni­ce, któ­re nie po­win­ny się wy­do­stać poza mury zam­ku.

Wszy­scy cho­dzi­my do szko­ły w po­bli­skim Co­gnac, moi star­si ku­zy­ni do li­ceum, jeż­dżą tam na mo­to­ro­we­rach, Phi­lip­pi­ne i ja do trze­ciej kla­sy gim­na­zjum, a Ben­ja­min do ostat­niej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. Pier­re, kie­row­ca dziad­ka, za­wo­zi co rano na­szą trój­kę. Obia­dy jemy w sto­łów­ce, a po po­łu­dniu przy­jeż­dża po nas mama albo cio­cia Béa­trix, przy oka­zji ro­bią za­ku­py w mie­ście. W prze­ci­wień­stwie do na­szych mam więk­szość ma­tek ko­le­ża­nek pra­cu­je. Ja wolę mieć mamę w domu, ale Phi­lip­pi­ne nie, bo cio­cia Béa­trix cią­gle ją za­drę­cza: "nie rób tego", nie rób tam­te­go"...

Kie­dy się jest ma­łym dziec­kiem, dziad­ko­wie są cie­pły­mi ob­ję­cia­mi, piesz­czo­ta­mi, opo­wia­da­ją hi­sto­rie, któ­re, na po­cząt­ku strasz­ne, za­wsze szczę­śli­wie się koń­czą: do­brzy są wy­na­gro­dze­ni, źli uka­ra­ni. Dzi­siaj czu­ję się dum­na, że je­stem wnucz­ką Ed­mon­da de Sa­int Ju­nien, z pod­nie­sio­ną gło­wa, si­wie­ją­cy­mi wą­sa­mi, za­wsze w gar­ni­tu­rze z kra­wa­tem i w wy­glan­so­wa­nych bu­tach, z wy­jąt­kiem koń­ca ty­go­dnia - nie mówi się "week-end", je­ste­śmy we Fran­cji! I wnucz­ką Del­phi­ne, mo­jej bab­ci, wciąż pięk­nej mimo sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, w na­szyj­ni­ku z pe­reł, ko­stiu­mie ze spód­ni­cą lub spodnia­mi, w spor­to­wych bu­tach. Nie żar­tu­ję.

Moje imię Fine za­wie­ra część jej imie­nia i tego, z cze­go sły­nie moja ro­dzi­na. Bo o ko­nia­ku tak­że mówi się "fine"*.

Przy­szła wio­sna, w win­ni­cach wy­bu­cha­ją pąki i cho­ciaż za­wsze tak się dzie­je, wszę­dzie pa­nu­je ra­dość: to za­lą­żek kwia­tu, któ­ry za­raz roz­kwit­nie. Wszy­scy wpa­tru­ją się w nie­bo, czy przy­pad­kiem nie nad­cho­dzi grad, któ­ry może znisz­czyć ca­ło­rocz­ną pra­cę.

Dwu­dzie­ste­go czwar­te­go mar­ca ja i Phi­lip­pi­ne ob­cho­dzi­ły­śmy w zam­ku czter­na­ste uro­dzi­ny, w koń­cu je­ste­śmy pra­wie bliź­niacz­ka­mi. Ogrom­ny tort, dwa­dzie­ścia osiem świe­czek, któ­re zdmuch­nę­ły­śmy ra­zem. Do­sta­ły­śmy pie­nią­dze, bran­so­let­ki, każ­da po kasz­mi­ro­wym swe­ter­ku, no i wresz­cie te­le­fon ko­mór­ko­wy, na któ­ry cze­ka­ły­śmy sto sie­dem lat. W pew­nych dzie­dzi­nach na­sza ro­dzi­na cią­gle jesz­cze żyje w cza­sach alem­bi­ków. Do­dat­ko­wym pre­zen­tem było pra­wo do wi­zy­ty "w raju", tam, gdzie dzia­dek prze­cho­wu­je naj­cen­niej­szy ko­niak. Jest to nie­wiel­ki do­mek o mu­rach nie­co po­sza­rza­łych z po­wo­du "aniel­skich opa­rów", pa­ro­wa­nia na­sze­go "bo­skie­go nek­ta­ru". Raj, aniel­skie opa­ry, bo­ski nek­tar, chy­ba nie trze­ba wię­cej słów, żeby opi­sać to wnę­trze.

Tyl­ko ja i Phi­lip­pi­ne zo­sta­ły­śmy tam za­pro­szo­ne, by­łam więc tro­chę onie­śmie­lo­na. Na sto­le sta­ły ka­raf­ki z pły­na­mi w róż­nych ko­lo­rach i kie­lisz­ki do de­gu­sta­cji. Do­oko­ła becz­ki i kil­ka gą­sio­rów. Dzia­dek na­lał nam odro­bin­kę, mo­gły­śmy wy­pić po ma­łym łycz­ku. Tak, ko­niak dzia­ła, od sa­me­go wdy­cha­nia opa­rów krę­ci się w gło­wie.

- A więc prze­szły­ście chrzest bo­jo­wy, moje wa­lecz­ne pan­ny - oznaj­mił dzia­dek i po­ło­żył nam ręce na ra­mio­nach; na­wet Phi­lip­pi­ne była prze­ję­ta.

Cza­sem dzi­wi­my się, że nie wy­czu­li­śmy nad­cho­dzą­cych zda­rzeń, któ­re wstrzą­sną na­szym ży­ciem, zmie­nią je na za­wsze. Wy­da­je mi się w głę­bi du­szy, że po­wi­nien nas za­alar­mo­wać ja­kiś sy­gnał, tak jak u zwie­rząt, któ­re ucie­ka­ją z to­ną­ce­go stat­ku lub przed trzę­sie­niem zie­mi, ale my je­ste­śmy zbyt za­ję­ci czym in­nym, aby go usły­szeć.

Jest Wiel­ka­noc, trzy wol­ne dni, w nie­dzie­lę po­szu­ki­wa­nie cze­ko­la­do­wych ja­jek w ogro­dzie, w po­nie­dzia­łek prze­jażdż­ka na wy­spę Oléron, cho­ciaż woda w mo­rzu jest jesz­cze za zim­na na ką­piel.

Nie po­pły­nie­my na wy­spę Oléron, wiel­ka­noc­ne jaja będą mia­ły dziw­ny smak, a bo­le­sne "ci­cho sza" za­stą­pi peł­ne groź­by "ostroż­nie!"

2FINE

Tego ran­ka, w so­bo­tę, pod­czas śnia­da­nia dzia­dek ode­brał te­le­fon i na­wet nie koń­cząc grzan­ki, wy­je­chał z szo­fe­rem Pier­re'em w nie­zna­nym kie­run­ku.

Już z sa­mo­cho­du za­dzwo­nił do pana Féne­ca, piw­nicz­ne­go, mi­strza aro­ma­tu, któ­ry mie­sza róż­ne "eaux-de-vie" - to taki za­wód prze­ka­zy­wa­ny z ojca na syna, trze­ba się go uczyć przez dwa­dzie­ścia lat - i do wuja Bau­do­ina, zaj­mu­ją­ce­go się spra­wa­mi han­dlo­wy­mi. Dzia­dek pro­sił, by w jego imie­niu spo­tka­li się z Chiń­czy­ka­mi, któ­rzy in­te­re­su­ją się pro­duk­cją, bo to dla fir­my bar­dzo waż­ne spo­tka­nie.

O trzy­na­stej bab­cia we­zwa­ła do sie­bie dzie­ci. Przy­szli: Bau­do­in i cio­cia Béa­trix, mama i ta­tuś, któ­ry spe­cjal­nie przy­je­chał ze swe­go biu­ra bie­głe­go re­wi­den­ta w mie­ście, i cio­cia Mo­ni­que, któ­ra po­wie­rzy­ła opie­kę nad Ale­xand­re'em ku­char­ce Je­an­ne - dla żar­tu na­zy­wa­my ją "Dame Je­an­ne", Gą­sio­rem, bo poza du­żym sło­jem z al­ko­ho­lem tak się okre­śla bar­kę, taką, ja­kie kie­dyś trans­por­to­wa­ły becz­ki rze­ką Cha­ren­te. Ale­xan­dre moc­niej niż inni wy­czu­wa w po­wie­trzu na­pię­cie, był więc wy­jąt­ko­wo zde­ner­wo­wa­ny, usi­ło­wał wtu­lić się w fu­ter­ko mi­sia Mow­gli, z któ­rym nig­dy się nie roz­sta­je, po­mi­mo swych pięt­na­stu lat.

Ża­den z ku­zy­nów nie zo­stał po­pro­szo­ny na ze­bra­nie, na­wet Thi­baut, któ­ry ma dwa­dzie­ścia dwa lata i wraz ze swym oj­cem zaj­mu­je się pro­mo­cją fir­my; wpra­wi­ło go to we wście­kłość. W od­we­cie roz­sie­dli­śmy się wo­kół stud­ni, nie­któ­rzy na­wet na za­bro­nio­nym mur­ku i urzą­dzi­li­śmy so­bie pik­nik: jaja na twar­do, czip­sy, kieł­ba­ski, ser, coca-cola i owo­ce. Fi­ran­ki za­sła­nia­ły okna sa­lo­nu i ja­dal­ni, wi­dać było tyl­ko cie­nie, cza­sem ktoś wsta­wał i prze­cha­dzał się po po­ko­ju - praw­do­po­dob­nie at­mos­fe­ra sta­wa­ła się go­rą­ca.

Ja i Phi­lip­pi­ne by­ły­śmy pod­eks­cy­to­wa­ne, Lo­uis-Ad­rien za­sta­na­wiał się, czy mimo wszyst­ko bę­dzie mógł pójść na gol­fa, a Ben­ja­min, któ­ry miał na ko­szul­ce peł­no po­kru­szo­nych czip­sów i sko­ru­pek jaj, cią­gle mnie py­tał: "Fine, co się dzie­je? Czy to coś po­waż­ne­go?", tak jak­bym była ja­sno­wi­dzem. To ko­lej­ne sło­wo, któ­re­go nie uży­wa się w ro­dza­ju żeń­skim, co bar­dzo draż­ni Phi­lip­pi­ne, bo we­dług niej ko­bie­ty le­piej prze­wi­du­ją niż męż­czyź­ni, dzię­ki in­stynk­to­wi. Ja uwa­żam, że męż­czyź­ni też po­tra­fią prze­wi­dy­wać, ale są mniej ga­da­tli­wi.

Ta­tuś i wu­jek Bau­do­in wy­szli pierw­si. Ta­tuś się do nas uśmiech­nął: "Mama wszyst­ko wam wy­ja­śni", i uciekł do biu­ra. Wu­jek Bau­do­in nie uśmiech­nął się, po­je­chał za­jąć się Chiń­czy­ka­mi, ale nie po­pro­sił Thi­bau­ta, by mu to­wa­rzy­szył. Po­tem po scho­dach ze­szły cio­cia Béa­trix i mama, żywo roz­ma­wia­jąc. Ski­nę­ły na nas i wszy­scy po­szli­śmy do domu.

Mama mia­ła za­czer­wie­nio­ne oczy. To mu­sia­ło być coś po­waż­ne­go. Po­szli­śmy za nią do sa­lo­nu, tam usia­dła na ka­na­pie, Ben­ja­min przy­cup­nął przy niej, ja w fo­te­lu na­prze­ciw­ko. Od­chrząk­nę­ła.

- Po­słu­chaj­cie! Wy­obraź­cie so­bie, że ma­cie jesz­cze jed­ne­go ku­zy­na - oznaj­mi­ła z wy­mu­szo­ną we­so­ło­ścią w gło­sie. - Na­zy­wa się Nils, ma sie­dem­na­ście lat i jest sy­nem cio­ci Ro­se­ly­ne i Wer­ne­ra.

Wer­ner, su­te­ner, imię za­bro­nio­ne.

Za­mil­kła na chwil­kę, tak jak­by trud­no jej było mó­wić da­lej. Ben­ja­min po­pa­trzył na mnie z prze­ra­że­niem, a ja spoj­rze­niem ka­za­łam mu mil­czeć. Mama z tru­dem mó­wi­ła da­lej.

- Cio­cia Ro­se­ly­ne i Wer­ner miesz­ka­li z Nil­sem w Am­ster­da­mie, w Ho­lan­dii. Wer­ner zmarł kil­ka lat temu, Ro­se­ly­ne tak­że nie­daw­no ode­szła i chło­pak po­zo­stał sam na świe­cie. Kie­dy nie ma się ro­dzi­ny, czło­wiek czu­je się osa­mot­nio­ny, Nils za­dzwo­nił więc do dziad­ka dzi­siaj rano i po­pro­sił, żeby po nie­go przy­je­chał. - W tym mo­men­cie mama unio­sła gło­wę i po­wie­dzia­ła, że mamy wy­jąt­ko­wych dziad­ków. Ani przez chwi­lę nie po­my­śle­li, żeby nie od­po­wia­dać na to we­zwa­nie. Czło­wiek nie de­cy­du­je o tym, czy się uro­dzi, nie wy­bie­ra so­bie ro­dzi­ców ani kra­ju, ani ko­lo­ru skó­ry, Nils się uro­dził, to ich wnuk, ko­niec krop­ka! My na­to­miast po­win­ni­śmy za­po­mnieć o wszyst­kim, co mó­wio­no o jego mat­ce i przy­jąć go jako peł­no­praw­ne­go bra­ta cio­tecz­ne­go. Było nas sze­ścio­ro, te­raz bę­dzie sied­mio­ro.

Mama do­da­ła jesz­cze, że nie po­win­ni­śmy za­da­wać ku­zy­no­wi py­tań na te­mat jego prze­szło­ści, ale gdy­by przy­szła mu ocho­ta do zwie­rzeń, mamy uważ­nie go wy­słu­chać.

- Nils, tak jak Nils Hol­gers­son? - spy­tał Ben­ja­min, a mama ski­nę­ła gło­wą z cie­niem uśmie­chu.

Uko­cha­na książ­ka bab­ci, hi­sto­ria chłop­czy­ka, któ­ry po­dró­żu­je na grzbie­cie gą­sio­ra, wśród sta­da dzi­kich gęsi, wszy­scy zna­my to już na pa­mięć.

- O któ­rej przy­je­dzie? - spy­tał za­do­wo­lo­ny Ben­ja­min.

- Z Am­ster­da­mu do Co­gnac jest ty­siąc ki­lo­me­trów; na pew­no bę­dzie tu póź­nym wie­czo­rem.

I wte­dy na­stą­pi­ło pierw­sze "ostroż­nie!" Wy­po­wie­dzia­ła to sło­wo cio­cia Béa­trix, gdy prze­ka­zy­wa­ła no­wi­nę swo­im dzie­ciom, co świad­czy o tym, jak bar­dzo róż­ni się od mamy.

- Ostroż­nie! Co my wie­my o tym Nil­sie? Z kim za­da­wał się w Am­ster­da­mie? Sie­dem­na­ście lat, to już pra­wie męż­czy­zna... Do ja­kich szkół cho­dził? Przy ta­kim ojcu jak jego...

- A skąd mo­że­my wie­dzieć, że to na­praw­dę syn Ro­se­ly­ne? - do­dał Thi­baut. - Dzia­dek po­wi­nien za­się­gnąć in­for­ma­cji, a nie od razu po nie­go pę­dzić, prze­cież się nie pali.

Lo­uis-Ad­rien cho­dził tyl­ko wko­ło sa­lo­nu, po­dry­gu­jąc, ma­cha­jąc rę­ka­mi i wy­da­jąc krzy­ki dzi­kiej gęsi, jak w tej książ­ce Cu­dow­na po­dróż.

Phi­lip­pi­ne wy­szła, trza­ska­jąc drzwia­mi. Cie­szy­ła się na myśl, że bę­dzie mia­ła jesz­cze jed­ne­go ku­zy­na.

Resz­tę dnia spę­dzi­li­śmy na wy­obra­ża­niu so­bie, jaki on bę­dzie: wy­so­ki czy ni­ski? Ład­ny czy brzyd­ki? Do kogo po­dob­ny? Nig­dy nie wi­dzie­li­śmy ani Ro­se­ly­ne, ani Wer­ne­ra, nie mie­li­śmy więc żad­ne­go punk­tu za­cze­pie­nia, skła­nia­li­śmy się ra­czej ku "wy­so­ki i ład­ny".

Ja­kim ję­zy­kiem mówi? W kom­pu­te­rze wuj­ka Bau­doi­na Phi­lip­pi­ne prze­czy­ta­ła, że w Ho­lan­dii, tam gdzie leży Am­ster­dam, mó­wią po ni­der­landz­ku, ale tak­że po an­giel­sku i fran­cu­sku. No i po fry­zyj­sku. I kie­dy Phi­lip­pi­ne po­wie­dzia­ła: "Brrr, fry­zu­ra mi sta­je dęba", nie mo­gły­śmy się po­wstrzy­mać, by nie re­cho­tać jak głu­pie gęsi.

Gdzie Nils za­miesz­ka? W zam­ku czy w skrzy­dle cio­ci Ro­se­ly­ne, któ­re­go nig­dy nie zaj­mo­wa­ła? W tym skrzy­dle, któ­re - zwa­żyw­szy na licz­ną ro­dzi­nę - chciał­by za­jąć wu­jek Bau­do­in, ale gdy mówi o tym dziad­ko­wi, ten za­wsze od­po­wia­da oschle: "Nie ma mowy".

- Tak jak­by się spo­dzie­wał, że spad­nie mu z nie­ba cał­kiem nowy wnuk... - za­uwa­ży­łam, a Phi­lip­pi­ne, któ­ra uwa­ża, że je­stem zbyt sen­ty­men­tal­na, wznio­sła oczy do góry.

Po­sta­no­wi­ły­śmy się tam przejść. Wszyst­kie zam­ko­we klu­cze wi­szą w szaf­ce w po­miesz­cze­niu przy kuch­ni, obok ja­dal­ni. Sta­łam na cza­tach, gdy nie­po­strze­że­nie we­szły­śmy tam tyl­ny­mi drzwia­mi.

W środ­ku nie było świa­tła, pa­no­wał smu­tek i pach­nia­ło stę­chli­zną, nie było żad­ne­go me­bla, tyl­ko w du­żym po­ko­ju na dole stał nad­ła­ma­ny drew­nia­ny stół, któ­re­go wuj Bau­do­in po­zbył się po ci­chu. W po­ko­jach na pię­trze nie ma ani łó­żek, ani w ogó­le ni­cze­go, w kra­nach bra­ko­wa­ło wody, tak jak­by czas za­trzy­mał się w dniu, w któ­rym Ro­se­ly­ne wy­je­cha­ła.

- Może otwo­rzy­my okien­ni­ce? - za­pro­po­no­wa­ła Phi­lip­pi­ne. - Nie­któ­rzy za­nie­mó­wią z osłu­pie­nia.

Nie zgo­dzi­łam się, bo ra­czej nie lu­bię ta­kich zgrzy­tów. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i na po­kry­tym ku­rzem sto­le swe­go ojca czub­kiem pal­ca na­pi­sa­ła du­ży­mi li­te­ra­mi: "NILS".

Chęt­nie da­ły­by­śmy mu na przy­wi­ta­nie ja­kiś pre­zent, ale nie zna­ły­śmy jego upodo­bań, po­sta­no­wi­ły­śmy więc z tym po­cze­kać.

Było po je­de­na­stej wie­czo­rem, gdy Pier­re za­trzy­mał sa­mo­chód przed zam­kiem. Na dzie­dziń­cu za­pa­lo­no świa­tła, po­ja­wi­li się wszy­scy, oprócz śpią­ce­go już Ale­xan­dre'a.

Dzia­dek wy­siadł z auta, nie cze­ka­jąc, aż Pier­re, jak za­zwy­czaj, otwo­rzy mu drzwi, i sam po­szedł otwo­rzyć Nil­so­wi. Po­dał mu rękę, wte­dy Nils się uka­zał.

Był wy­so­kim szczu­płym blon­dy­nem o ja­snych oczach. Mama przy­tu­li­ła się do taty i wy­szep­ta­ła:

- Mój Boże, Ro­se­ly­ne...

Bab­cia ma­je­sta­tycz­nie scho­dzi­ła po scho­dach. Wy­szy­ko­wa­ła się na przy­ję­cie Nil­sa, po­de­szła do nie­go, na wy­so­kich ob­ca­sach, wszy­scy wstrzy­ma­li od­dech, dzia­dek od­su­nął się nie­co, bab­cia dłu­go przy­glą­da­ła się Nil­so­wi bez jed­ne­go sło­wa, a gdy roz­ło­ży­ła ra­mio­na i go ob­ję­ła, usły­sza­łam sło­wo "nad­zwy­czaj­ne", wy­po­wie­dzia­ne przez mamę, bo bab­cia nie jest oso­bą, któ­ra tak ła­two przy­tu­la, na­wet człon­ków ro­dzi­ny, a już na pew­no nie mło­dzień­ca, o któ­re­go ist­nie­niu nie wie­dzia­ła aż do dzi­siej­sze­go po­ran­ka.

Na­wet Pier­re, gdy już wy­jął z ba­gaż­ni­ka tor­bę Nil­sa, dużą płó­cien­ną tor­bę w ko­lo­rze kha­ki, po­czuł się dum­ny ze swej chle­bo­daw­czy­ni.

Dzia­dek zwró­cił się do nas.

- To jest Nils, wasz ku­zyn, któ­ry bę­dzie tu miesz­kał. Dzię­ku­ję, że nie po­szli­ście jesz­cze spać i ze­chcie­li­ście go po­wi­tać. Dzień był dłu­gi i pe­łen emo­cji, więc na za­war­cie bliż­szej zna­jo­mo­ści po­cze­ka­cie do ju­tra.

Bab­cia i dzia­dek sta­nę­li po obu stro­nach Nil­sa, po czym cała trój­ka ru­szy­ła w górę po scho­dach, a za nimi szedł Pier­re z tor­bą ko­lo­ru kha­ki. Spoj­rza­łam na Phi­lip­pi­ne, dała mi znak bro­dą i ra­zem za­wo­ła­ły­śmy:

- Do­brej nocy, Nils, do ju­tra.

Gdy się od­wró­cił i uśmiech­nął do nas, zro­zu­mia­ły­śmy, że to był dla nie­go nasz naj­pięk­niej­szy pre­zent.

4NILS

Kiedy Nils wspo­mi­nał swo­je dzie­ciń­stwo, naj­pierw wi­dział mo­rze, ciem­ne cuch­ną­ce fale, któ­re po­ru­sza­ły cięż­ki­mi stat­ka­mi za­cu­mo­wa­ny­mi rzę­dem przy na­brze­żu, liny jak węże, sznu­ry, ko­twi­ce, por­to­we żu­ra­wie, wo­kół któ­rych krę­cą się do­ke­rzy - bar­dzo bał się ich śmie­chu. Mo­rze jak mury wię­zie­nia, sy­re­ny z od­da­li jak jego straż­ni­cy; nie­na­wi­dził mo­rza, tak jak nie­na­wi­dził pio­sen­ki Ja­cqu­es'a Bre­la Am­ster­dam, bo tak na­zy­wa­ło się mia­sto, w któ­rym miesz­kał.

Na szczę­ście była przy nim mama, przy­tu­la­ła go do pier­si: nie bój się Nils, nikt cię nie skrzyw­dzi, ni­ko­mu nie po­zwo­lę cię tknąć, nig­dy! "Nikt" to był Wer­ner, bro­da­ty po­twór śmier­dzą­cy pi­wem, któ­ry gro­ził, że go za­bie­rze, je­śli mat­ka nie bę­dzie grzecz­na. Mama mó­wi­ła o Wer­ne­rze "tam­ten", Nils nie mógł na­zy­wać go "tatą".

Wer­ner miesz­kał w mie­ście, w du­żym ho­te­lu - Nils nie miał pra­wa tam cho­dzić. Ra­zem z mat­ką miesz­kał w ma­łym po­nu­rym ho­te­li­ku nie­opo­dal por­tu, Ho­tel u Mado, w jed­nym po­ko­ju z umy­wal­ką, to­a­le­tą na ko­ry­ta­rzu, ale przy­najm­niej mie­li tam spo­kój, a Mado opie­ko­wa­ła się Nil­sem, kie­dy Ro­se­ly­ne, lub Rosy, lub Lyne, jak na­zy­wa­li ją klien­ci, cho­dzi­ła do pra­cy, za­wsze w nocy, przez co pro­wa­dzi­li ży­cie na opak: kie­dy mama pra­co­wa­ła, Nils spał, a kie­dy on wsta­wał, ona pró­bo­wa­ła od­sy­piać. Mado na­to­miast była za­do­wo­lo­na, że zdo­ła­ła po­rzu­cić ten za­wód.

Na­zy­wał się Nils, jak bo­ha­ter książ­ki: Cu­dow­na po­dróż Nil­sa Hol­gers­so­na przez Szwe­cję, mama uwiel­bia­ła ją w dzie­ciń­stwie, gdy miesz­ka­ła we Fran­cji. To hi­sto­ria chłop­czy­ka, któ­ry po­dró­żo­wał na grzbie­cie gą­sio­ra, po­śród in­nych dzi­kich gęsi. Tak czę­sto mu tę książ­kę opo­wia­da­ła, że znał ją na pa­mięć, a kie­dy na­uczył się czy­tać, mama ku­pi­ła mu fran­cu­skie wy­da­nie.

Wie­czo­ra­mi, przed za­śnię­ciem Nils wy­obra­żał so­bie, że sia­da na grzbie­cie gą­sio­ra Mar­ci­na i leci wraz z in­ny­mi gę­sia­mi. Po­dróż za­wsze koń­czy­ła się w tym sa­mym miej­scu, w du­żym bia­łym zam­ku oto­czo­nym par­kiem, tam gdzie uro­dzi­ła się mama, gdzie wzra­sta­ła bez­tro­sko do cza­su, gdy przy­je­chał po nią Wer­ner.

Mia­ła jed­no zdję­cie, któ­re cho­wa­ła w szu­fla­dzie, pod bie­li­zną, aby Wer­ner nie mógł go zna­leźć. Gdy­by zna­lazł, po­darł­by je na ty­siąc ka­wał­ków, żeby ją uka­rać za to, że je za­cho­wa­ła. Nils tak­że znał na pa­mięć to zdję­cie, tak czę­sto mu je po­ka­zy­wa­ła.

- Po­patrz, syn­ku, tu­taj, przed zam­kiem, ten przy­stoj­ny pan to twój dzia­dek Ed­mond. Obok nie­go bab­cia Del­phi­ne, a przed nimi czwór­ka ich dzie­ci: Bau­do­in, Mo­ni­que, Her­mi­ne i ja.

Nils oczy­wi­ście naj­czę­ściej wpa­try­wał się w Ro­se­ly­ne. Mia­ła wte­dy dzie­sięć lat, dłu­gi ja­sny war­kocz, nie­bie­skie oczy, ład­ną su­kien­kę z fal­ban­ką, było lato, we Fran­cji lato jest o wie­le czę­ściej niż tu­taj, Mado po­da­ro­wa­ła mu lupę, żeby mógł do­strzec szcze­gó­ły.

Przyj­rzał się też do­kład­nie zam­ko­wi, po­li­czył stop­nie scho­dów, osiem, okna wo­kół drzwi wej­ścio­wych, sześć, trzy po każ­dej stro­nie, bar­dzo wy­so­kie, z za­sło­na­mi, i jesz­cze sześć na pierw­szym pię­trze, tro­chę mniej­sze, ale mimo to ślicz­ne, a na sa­mej gó­rze, na ró­żo­wym da­chu, czte­ry wy­sta­ją­ce lu­kar­ny, okien­ka, któ­re tak śmiesz­nie na­zy­wa się "sie­dzą­cym psem", tak jak­by sie­dzia­ły na stra­ży, tam gdzie miesz­ka ku­char­ka, po­ko­jów­ka, gu­wer­nant­ka. I wresz­cie z tyłu, za zam­kiem - jak na­stro­szo­na czu­pry­na - wy­sta­ją szczy­ty drzew la­sku, w któ­rym dzie­ci ba­wią się w cho­wa­ne­go i urzą­dza­ją so­bie pik­ni­ki.

Z po­cząt­ku Nils za­ba­wiał się ry­so­wa­niem zam­ku, aby mieć swo­ją wła­sną od­bit­kę, po­tem za­brał się do bu­do­wa­nia go z ka­wał­ków drew­na, ja­kich w por­cie jest w bród, ale gdy pa­trzył na za­okrą­glo­ne scho­dy przed wej­ściem i za­sło­nię­te okna, za­sta­na­wiał się, czy kie­dy­kol­wiek mu się to uda.

Miał sześć lat, gdy "star­si" w szko­le po­wie­dzie­li mu, jaki za­wód upra­wia jego mat­ka. Nig­dy się nad tym nie za­sta­na­wiał, ufał Mado, któ­ra twier­dzi­ła, że Ro­se­ly­ne pro­wa­dzi bar w du­żym ho­te­lu, tam gdzie miesz­ka Wer­ner, bar otwar­ty tyl­ko w nocy, do któ­re­go klien­ci przy­cho­dzą, żeby się ro­ze­rwać i za­ba­wić.

- Ha! Ha! Za­ba­wić! Ci klien­ci bio­rą ją do łóż­ka i upra­wia­ją seks - drwi­li ko­le­dzy.

Nils nie uwie­rzył im, po­biegł do domu, a kie­dy Mado wście­kła się na tych dra­ni, któ­rzy szar­ga­ją ob­raz jego mat­ki, zro­zu­miał, że mó­wi­li praw­dę. Mado wzię­ła go na ko­la­na i wy­tłu­ma­czy­ła, że Wer­ner zmu­sza mat­kę do upra­wia­nia tego za­wo­du. Z po­cząt­ku Ro­se­ly­ne nie chcia­ła się zgo­dzić, ale za­gro­ził, że za­bie­rze jej Nil­sa, więc ule­gła.

- Nie po­wi­nie­neś mieć do niej pre­ten­sji, robi to, by cię chro­nić.

Nils stwier­dził, że Am­ster­dam to wię­zie­nie, w któ­rym Wer­ner za­mknął mat­kę i od tego dnia nie miał już ko­le­gów w szko­le - na­wet gdy­by nie­któ­rzy chcie­li się z nim przy­jaź­nić, on nie miał już na to ocho­ty.

Gdy miał dwa­na­ście lat, Wer­ner zmarł. Pew­nej nocy za dużo wy­pił, po­śli­znął się na por­to­wym bru­ku i wpadł do wody mię­dzy dwa stat­ki. Kie­dy go wy­ło­wio­no, było już za póź­no; ani Ro­se­ly­ne, ani Nils nie ubo­le­wa­li spe­cjal­nie z po­wo­du od­zy­ska­nej wol­no­ści.

Od tego dnia, dzie­sięć razy, dwa­dzie­ścia, sto razy Nils py­tał mat­kę, dla­cze­go nie wra­ca­ją do Fran­cji, nie za­miesz­ka­ją w zam­ku, któ­re­go zdję­cie wisi te­raz na ścia­nie w ich po­ko­ju.

Dzie­sięć razy, dwa­dzie­ścia, sto razy Ro­se­ly­ne od­po­wia­da­ła, że to nie­moż­li­we: jej ro­dzi­ce ro­bi­li wszyst­ko, co się dało, by za­bro­nić jej wy­jaz­du z Wer­ne­rem, ucie­kła, nie mó­wiąc im do­kąd, a kie­dy zro­zu­mia­ła swój błąd, było już za póź­no, za bar­dzo się wsty­dzi­ła. Ro­dzi­ce na­wet nie wie­dzie­li, że Nils przy­szedł na świat, wo­la­ła znik­nąć.

- Nie szu­ka­li cię?

- Wer­ner tak wy­kom­bi­no­wał, że zmie­nił moje dane. Po­patrz na mnie, Nils, po­patrz, kim te­raz je­stem: hań­bą dla ro­dzi­ny. Gdy­bym wró­ci­ła, za­trza­snę­li­by mi drzwi przed no­sem.

Nils po­chy­lał się nad zdję­ciem, pa­trzył na wy­pro­sto­wa­nych, dum­nych dziad­ków, na małą Ro­se­ly­ne z ja­snym war­ko­czem, sto­ją­cą przed nimi, i za­da­wał im róż­ne py­ta­nia, ale nig­dy mu nie od­po­wia­da­li.

A po­tem skoń­czył szes­na­ście lat, Ro­se­ly­ne za­ra­zi­ła się cho­ro­bą, o któ­rej wszy­scy mó­wią z obrzy­dze­niem. Wy­rzu­co­no ją z baru. Mado zdo­ła­ła umie­ścić ją w szpi­ta­lu. Nils prze­stał cho­dzić do szko­ły; zna­lazł pra­cę w por­cie przy wy­ła­dun­ku i za­ła­dun­ku to­wa­rów na stat­ki. Prze­stał ma­rzyć o bia­łym zam­ku.

Przy­po­mnia­ła mu o tym mat­ka. Wia­do­mo, że zbli­żał się ko­niec, ona sama już tego chcia­ła. Chcia­ła odejść w spo­ko­ju, wy­mu­si­ła więc na Nil­sie przy­się­gę: po po­grze­bie, nie wcze­śniej, bo nie chce, by Ed­mond zo­ba­czył ją w ta­kim sta­nie, Nils za­te­le­fo­nu­je do dziad­ka do Fran­cji i po­pro­si, żeby ktoś po nie­go przy­je­chał.

Tym ra­zem Nils się zbun­to­wał. Nie chce wy­jeż­dżać, zo­sta­nie z Mado, tu gdzie się uro­dził, bli­sko mat­ki. Prze­cież je­śli na­wet za­dzwo­ni do dziad­ka, ten odło­ży słu­chaw­kę: dla­cze­go miał­by mu wie­rzyć? Na­wet nie wie o jego ist­nie­niu.

Ro­se­ly­ne uśmiech­nę­ła się sła­bo, z ni­kłym bły­skiem w oczach:

- Po­wiesz mu tyl­ko: "Lek­ko­pusz­ka cię o to pro­si", na pew­no przy­je­dzie.

Lek­ko­pusz­ka, ślicz­na mała dzi­ka gą­ska, przy­ja­ciół­ka gą­sio­ra Mar­ci­na - tak na­zy­wał ją ta­tuś, to było ich ha­sło, ich ta­jem­ni­ca.

Nils obie­cał. Ro­se­ly­ne dała mu jak­że cen­ny wy­ciąg z aktu uro­dze­nia, któ­ry umoż­li­wi dziad­ko­wi za­ła­twie­nie nie­zbęd­nych for­mal­no­ści, aby Nils mógł no­sić swo­je praw­dzi­we na­zwi­sko. Po­da­ła mu ad­res zam­ku - do­tych­czas nie chcia­ła tego zro­bić. Być może nu­mer te­le­fo­nu jest już zmie­nio­ny, Nils znaj­dzie go w In­ter­ne­cie. W mie­ście Co­gnac wszy­scy na pew­no zna­ją Ed­mon­da de Sa­int Ju­nien.

Ro­se­ly­ne ode­szła pew­ne­go pięk­ne­go wio­sen­ne­go dnia. W ko­ście­le był tyl­ko Nils, Mado i garst­ka są­sia­dów. Ksiądz po­wie­dział kil­ka słów po ni­der­landz­ku.

Na dru­gi dzień po po­grze­bie, wcze­śnie rano, tak jak obie­cał mat­ce, Nils za­te­le­fo­no­wał do dziad­ka Ed­mon­da. Do­dzwo­nił się od razu na daw­ny nu­mer i wy­da­wa­ło mu się, że roz­po­zna­je moc­ny, cie­pły głos.

Po­wie­dział Ed­mon­do­wi de Sa­int Ju­nien, że jest sy­nem Ro­se­ly­ne, któ­ra wła­śnie zmar­ła w Am­ster­da­mie, że na­zy­wa się Nils i ma sie­dem­na­ście lat. I nie cze­ka­jąc, cho­ciaż wy­da­ło mu się to tro­chę śmiesz­ne, wy­po­wie­dział ha­sło: "Lek­ko­pusz­ka".

Za­pa­no­wa­ło mil­cze­nie, na­gle po­czuł strach.

- Po­daj mi ad­res, za­raz wy­jeż­dżam - od­po­wie­dział dzia­dek.

Nils po­szedł do por­tu, oświad­czył, że re­zy­gnu­je z pra­cy i otrzy­mał za­pła­tę. Za te pie­nią­dze ku­pił so­bie dżin­sy, swe­ter i adi­da­sy, po­tem wró­cił do ho­te­lu i spa­ko­wał tor­bę. Pa­mię­tał, by wło­żyć do niej książ­kę Cu­dow­na po­dróż i kil­ka zdjęć Ro­se­ly­ne przed cho­ro­bą, kie­dy jesz­cze była tro­szecz­kę, bar­dzo mało, po­dob­na do dziew­czyn­ki ze zdję­tej ze ścia­ny fo­to­gra­fii, któ­rą sta­ran­nie owi­nął fo­lią i wsu­nął na pła­sko na ser­ce, pod nowy swe­ter.

Zjadł obiad z Mado, któ­ra jed­no­cze­śnie pła­ka­ła i śmia­ła się, szczę­śli­wa, że mu się po­wio­dło, a smut­na z po­wo­du roz­sta­nia. Obie­cał, że bę­dzie do niej pi­sał, i - dla­cze­góż­by nie - za­pro­si ją kie­dyś do zam­ku. Po­tem cze­kał.

Oko­ło dru­giej po po­łu­dniu pięk­ny czar­ny sa­mo­chód, pro­wa­dzo­ny przez szo­fe­ra, za­trzy­mał się przed ho­te­lem. Szo­fer wy­siadł i po­szedł otwo­rzyć drzwi Ed­mon­do­wi de Sa­int Ju­nien. Tak jak po usły­sze­niu gło­su w te­le­fo­nie, choć dzia­dek był o wie­le star­szy niż na fo­to­gra­fii, Nil­so­wi zda­wa­ło się, że go roz­po­znał. Ed­mond bez po­śpie­chu pod­szedł do Nil­sa, któ­ry sta­rał się ukryć lęk, po­pa­trzył na nie­go i szep­nął:

- Jaki je­steś do niej po­dob­ny. - I roz­ło­żył ra­mio­na.

Przed wy­ru­sze­niem w dro­gę Ed­mond pra­gnął po­ło­żyć bu­kiet na gro­bie Ro­se­ly­ne. Zo­sta­wił Mado gru­bą ko­per­tę, aby re­gu­lar­nie za­no­si­ła tam kwia­ty i w po­dzię­ce za to, co zro­bi­ła dla jego cór­ki i wnu­ka.

Po­wie­dział: "mo­je­go wnu­ka".

Wia­do­mość o wy­jeź­dzie Nil­sa szyb­ko się ro­ze­szła; zwa­bie­ni pięk­nym sa­mo­cho­dem oko­licz­ni miesz­kań­cy zgro­ma­dzi­li się przed ho­te­lem, aby po­pa­trzeć na po­że­gna­nie Nil­sa z Mado. Ed­mond de Sa­int Ju­nien po­ca­ło­wał ją w rękę jak damę, a kie­dy szo­fer wło­żył na gło­wę kasz­kiet i ru­szył z miej­sca, Nils wie­dział, że wy­jeż­dża stąd na do­bre.