Winnice szepczą "Cicho Sza" - Janine Boissard

Reflow text when sidebars are open.
Wiosna zmieniła kolory. Przybrała barwę nieśmiałych uśmiechów Nilsa, a kiedy zdarzało mu się roześmiać, to było już przedwczesne lato.
Chmury, przyciemniające czasem jego spojrzenie, mówiły nam o matce Nilsa, która tam pozostała. "Tam", tak właśnie mówił o Amsterdamie. Razem z Philippine szukałyśmy tego miasta na mapie świata w naszym podręczniku do geografii. Niełatwo było znaleźć stolicę Holandii, malutkiego kraju - dziesięć takich zmieściłoby się na mapie Francji.
- A może zaznaczymy kółkiem, żeby potem szybko znaleźć? - zaproponowałam.
- Może lepiej przekreślić na krzyż i więcej o tym nie gadać.
Przekreślić krzyżykiem Holandię i Amsterdam, to tak jakby wykreślić ciocię Roselyne z mapy świata, tak nie może być!
- Tak, moja droga, życie czasami bywa skomplikowane - podsumowała Philippine ze śmiechem i wydała mi się wtedy dużo ode mnie starsza.
Nils mówił, że "tam" marzył o pięknym białym zamku, o dużej rodzinie, błękitnym niebie, łagodnym wietrze, niewielkim lasku, w którym zbuduje sobie chatę, spokojnej rzece wijącej się pomiędzy drzewami, łódeczkach, mówił też, że co rano po obudzeniu musi się uszczypnąć, aby mieć pewność, że sen stał się rzeczywistością.
Philippine i ja pozwalałyśmy więc sobie na szczypanie go: Nils, jesteś tutaj, to nie sen, masz przecież to wszystko.
Do całości brakowało tylko chatki w lasku, dlatego przyszedł nam do głowy pewien pomysł, ciii!...
Wielką przyjemność sprawiało mu przeglądanie z babcią starych albumów z fotografiami, na których babcia w eleganckim stroju pozowała z dziadkiem i z czworgiem dzieci ustawionych rzędem z przodu. W tej czwórce oczywiście była mała dziewczynka o jasnych włosach, takich jak jego, i tak samo niebieskich oczach. Szukał jej wzrokiem. Kiedyś westchnął:
- Wyglądała na bardzo mądrą dziewczynkę.
Babcia miała doskonałą odpowiedź:
- Była uparta jak osioł, ale wiesz co, jedno co jej się wspaniale udało, to ty.
W kwietniu, podczas ferii wielkanocnych - jak to się dobrze złożyło - obchodziliśmy w zamku osiemnastkę Nilsa. Torba w kolorze khaki, cały jego bagaż, zawierała tak niewiele rzeczy, że nie było trudno o pomysł na prezent. Wystroiliśmy go od stóp do głów. My z Philippine złożyłyśmy się na fosforyzujący zegarek, na który będzie mógł spoglądać w nocy, aby upewnić się, że nie śni, ale najpiękniejszy prezent otrzymał od dziadka: "pozwolenie na budowę" chatki w lasku na tyłach zamku.
- Osiemnaście lat to już nie jest wiek budowania leśnych chatek - stwierdził z protekcjonalnym uśmiechem Thibaut.
Nie umknęło to dziadkowi, który zauważył, nie patrząc akurat na Thibauta, że nigdy nie jest za późno na zrealizowanie dziecięcego marzenia, w przeciwnym razie prześladuje nas przez całe życie. I dodał, uśmiechając się do Nilsa:
- Czy mogę czuć się zaproszony?
Po obiedzie poszliśmy wybierać miejsce. Pan Alvarez, dozorca, który wykonuje różne prace w zamku, został wtajemniczony w sprawę. Pod brezentowym przykryciem poukładał całe stosy drewnianych bali do budowy ścian i dużych desek na dach. Wszyscy oprócz Thibauta, rzecz jasna, i Louisa-Adriena, który wolał grać w golfa, zabraliśmy się do pracy, nawet tatuś, i po ośmiu dniach budowa została zakończona. Nie trzeba było wymyślać nazwy: "Chata", jak w marzeniu Nilsa.
Były tam dwa "pokoje", jeśli tak to można określić. Wchodziło się do pokoju piknikowego, gdzie stał stolik campingowy, taborety, a na ścianie wisiała szafka na prowiant. W głębi był pokój salon, umeblowany przez babcię: duże czerwone skórzane poduszki, które niejedno już widziały, na podłodze stary dywan - zwiniemy go na zimę. W pokoju piknikowym Nils wykopał zagłębienie, w którym było wszystko co potrzeba do pieczenia kartofli w popiele, bo bez kartofli pieczonych w popiele chatka nie jest prawdziwą chatką. Ściany nie miały okien, tylko otwory do wentylacji, było więc ciemnawo, ale na tym polega szałas, musi być tajemniczy, za to przy wejściu wisiała latarka, nie mówiąc już o zapasach płaskich świeczek owiniętych w srebrną folię.
Ciocia Monique była drugą osobą, która krzyknęła "ostrożnie!" i ten fakt nikogo nie zdziwił. Zbliżały się szesnaste urodziny Alexandre'a, a im był starszy, tym bardziej ciocia Monique się o niego bała. Bała się, że wyjdzie z terenu posiadłości, chociaż brama była zdalnie sterowana, a stróżówka znajdowała się tuż obok niej - pani Alvarez nieustannie czuwała, pilnując swojej czteroletniej córeczki Marii, która dawała jej nieźle w kość. Monique bała się, że ogrodnik albo któryś z robotników zawsze naprawiających coś w posiadłości wykorzysta jego niepełnosprawność i go zaatakuje.
Bała się też Nilsa.
- Uważajcie! Co to za pomysł, żeby piec kartofle w popiele! Podpali ten swój szałas i cały lasek, a może i zamek?
I już ciszej wypowiadała po raz drugi "ostrożnie!" A jeśli Nils także choruje na przypadłość, która zabiła Roselyne? I zarazi resztę rodziny?
Kiedy mama to usłyszała, bardzo się zezłościła: Nils już od dawna był na świecie, gdy Roselyne zaraziła się AIDS, nie może więc być nosicielem. Ciocia Monique zamilkła, trochę się zawstydziła. Powinna się cieszyć z przybycia Nilsa, przecież dokonał cudu. Pewnego dnia, gdy była na spacerze z Alexandre'em, Nils zaprosił ich do szałasu, a Alexandre'owi, który bezpiecznie czuje się tylko w swoim pokoju, bardzo się tam spodobało. Od tego dnia często tam przychodzili, a cud polegał na tym, że kiedyś zostawił w szałasie Baloo, tak jakby znalazł dla siebie drugą bezpieczną twierdzę. Zamiast cały czas żyć w niepokoju, ciocia Monique powinna raczej podziękować Nilsowi.
"Ostrożnie!", powtarzali ciągle wuj Baudoin i ciocia Béatrix, o której mama mówiła - gdy ją za bardzo zirytowała - że "x" na końcu jej imienia i usta zaciśnięte jak sznurowadłem doskonale odzwierciedlają jej osobowość. Uważajcie, żeby Nils nie przekabacił dziadka! Od jego przyjazdu dziadek tylko nim się zajmuje. Wszędzie go ze sobą zabiera, czy przypadkiem nie wbił sobie do głowy, że objaśni mu cały proces wytwarzania koniaku, a przecież żeby to zrozumieć, trzeba się urodzić na tej ziemi. Szczytem wszystkiego było, gdy dziadek poszedł z Nilsem do "raju", a potem z dumą oświadczył, że chłopak "ma nosa", co jest największym komplementem, jaki można powiedzieć amatorowi koniaku: to znaczy mieć zdolność wyczucia, tylko wąchając, rozmaitych niuansów smaku.
Czy wujek Baudoin obawia się, że dziadek zechce wprowadzić Nilsa w sprawy firmy? Że kuzyn będzie konkurencją dla Thibauta? Zajmie kiedyś miejsce Louisa-Adriena, który na razie więcej czasu spędza na grze w golfa i na wygłupach niż na nauce? Nie mówiąc o skrzydle cioci Roselyne, na które wujek Baudoin nie może już liczyć.
Kiedy mama z oburzeniem opowiadała o tym tacie, tata obracał to w żart.
- Ciesz się, bogata dziedziczko, że masz męża plebejusza, skromnego rewidenta, Gilles'a Brévala, którego nic nie obchodzą zażarte walki między przyszłymi spadkobiercami.
Mama nie zaprzeczała.
Mam wrażenie, że Nils wznosił się ponad to wszystko, mało obchodziły go ponure spojrzenia i zmarszczone brwi, po prostu był szczęśliwy. Philippine twierdziła, że w Amsterdamie, biorąc pod uwagę zajęcie, a potem chorobę jego matki, gardzili nim wszyscy, z wyjątkiem Mado, która czuwała nad nim i o której czasem mówił z nutą smutku w głosie. Sądzę, że właśnie z tego powodu z radością przyjmował w szałasie Alexandre'a, chociaż ten czasami zakłócał nastrój, a także Marię, córeczkę państwa Alvarez, małą przylepę, która gada jak nakręcona, choć ma dopiero cztery lata i bez żenady podkrada zapasy z szafki na prowiant, to znaczy z szafki na słodycze.
Nils mówił, że jest dla niego jak młodsza siostrzyczka, której nigdy nie miał. Sadzał ją sobie na ramionach i pędził galopem wokół dziedzińca, rżąc jak koń, a Maria trzymała się jego włosów i krzyczała: "Zatrzymaj się, zatrzymaj, boję się!", a potem prosiła o jeszcze.
To stało się w piątek, dobrze pamiętam, w pierwszy dzień lata, w przededniu wakacji, był okropny upał, więc myśleliśmy raczej o basenie u przyjaciół, do których byliśmy zaproszeni na następny dzień, niż o świadectwach szkolnych.
Dlatego bardzo się cieszyłam, że po południu przyjedzie po nas mama i odwiedzimy sklepy ze strojami kąpielowymi, żeby kupić mi nowy kostium. Miałam czternaście lat, nabierałam już kształtów, nie tak bardzo jak Philippine, której zawsze wszystko idzie szybciej i lepiej niż mnie, ale jednak... A później pojedziemy na lody na plac Franciszka I.
O piątej po południu przykra niespodzianka - czekał na nas Pierre, a Benjamin siedział naburmuszony na tylnym siedzeniu. Pierre burknął:
- Wsiadajcie szybko. - Zwykle był bardzo wesoły, a teraz miał grobową minę.
- Dlaczego mama nie przyjechała, co się dzieje? - spytałam.
Głęboko westchnął.
- Nie mam nic mówić, tylko to, że musicie jak najszybciej wrócić do domu i z nikim nie rozmawiać.
Pomimo naszych pytań przez całą drogę do domu nie powiedział już ani jednego słowa.
Przed zamkniętą bramą posiadłości tłoczył się rój dziennikarzy, były motocykle, mikrofony, aparaty fotograficzne, kamery. Stał też samochód z napisem "France 3" i dwie niebieskie furgonetki żandarmerii.
Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, rzucili się w naszą stronę dziennikarze, żandarmi ich odepchnęli, Pierre otworzył małą boczną furtkę, którą weszliśmy po kolei, a potem szybko pobiegliśmy do domu, tak jak nam kazał.
Czekał na nas tata. Zamknął drzwi na klucz i zaprowadził nas do salonu, a tam na kanapie płakała mama. Objął ją. Odchrząknął i powiedział:
- Stało się wielkie nieszczęście. Nie ma już wśród nas Marii, córeczki dozorców. Wymknęła się jakoś podczas poobiedniej drzemki, szukała jej matka, ciocia Monique i ciocia Béatrix, w końcu znalazły nieprzytomną w chatce. Strażacy nie zdołali jej odratować.
Benjamin wybuchnął płaczem, ja nie mogłam w to uwierzyć. Maria? Nie żyje? Niemożliwe. Zresztą tata nie wypowiedział tego słowa.
- To był napad - dodał tata przytłumionym głosem.
Zza ściany dochodziły krzyki cioci Monique:
- Zgwałcił ją! Zgwałcił ją! Zgwałcił ją!
Mama, która nigdy nie podnosiła głosu, krzyknęła do ojca:
- Ucisz ją, błagam, nie mogę już tego znieść!
Tatuś mocno walnął pięścią w ścianę.
- Uspokój się!
Ciocia Monique zamilkła. Nie wiem, dlaczego miałam ochotę uciec gdzieś bardzo daleko, a przede wszystkim nie usłyszeć tego, co zaraz nastąpi. Tatuś popatrzył na nas błędnym wzrokiem, na Benjamina i na mnie, i powiedział:
- Winnego złapano na gorącym uczynku, żandarmi zawieźli go do więzienia. To Nils.
Cicho sza! Kiedy byłam mała, bez przerwy pytałam: "dlaczego, dlaczego, dlaczego?", i zawsze słyszałam taką odpowiedź.
"Cicho sza" z karcącym spojrzeniem, "cicho sza" ze łzami w oczach, "cicho sza" z palcem na ustach, który wyglądał jak dodatkowa bariera.
Cała nasza rodzina mieszkała w zamku, domu dziadka. Co prawda nie był to taki prawdziwy zamek ze zwodzonym mostem, wieżami i machikułami, skąd można rzucać płonące żagwie i kamienie, i wylewać smołę na nieprzyjaciela, ale zawsze to zamek. A mama wyjaśniła mi, że dziadek jest królem, królem koniaku, nazwanego tak jak miasto Franciszka I, które widzieliśmy z okien na górze. A za bramą te zwarte szeregi winnic - to jego armia, a butelki alkoholu, które z nich robiono - to jego wojenne proporce, a na każdej jego nazwisko: Edmond de Saint Junien.
Po każdej stronie zamku za dużym dziedzińcem z ukwieconą studnią - nie wolno siadać na kamiennej cembrowinie - dziadek kazał dobudować boczne skrzydła, które nazywano "przyległościami", aby mogło tam zamieszkać czworo jego dzieci, gdy już założą własne rodziny: jedno dla starszych: Baudoina i Roselyne, drugie dla młodszych: Monique i Hermine (to moja mama).
Tak się stało, jak zaplanował. Wujek Baudoin i ciocia Beatrix zajmowali prawe skrzydło wraz z trojgiem dzieci: Thibautem, Louisem-Adrienem i Philippine. Ciocia Monique miała lewe skrzydło z synem Alexandre'em, a obok my - chociaż całkiem osobno, każdy u siebie - moi rodzice, Gilles i Hermine, ja, czyli Fine, i mój mały braciszek Benjamin.
Od tego właśnie zaczęły się pytania "dlaczego".
- Mamo, dlaczego okiennice u cioci Roselyne są ciągle zamknięte? Gdzie ona jest? Dlaczego nigdy jej nie widać?
- Ciii, Fine - odpowiadała mama. - Ciocia Roselyne wyjechała bardzo daleko, do innego kraju. To bardzo zasmuciło dziadków, nie rozmawiaj z nimi o tym.
- A ty, mamo, też się smucisz?
- Naturalnie, przecież to moja starsza siostra.
- A kiedy ona wróci?
Teraz nastąpiło "ciii" ze łzami w oczach.
- Nigdy, kochanie.
Inne "dlaczego" dotyczyło kuzyna Alexandre'a, syna cioci Monique.
- Mamo, dlaczego Alexandre ciągle siedzi w kącie, nie chce się z nami bawić, wpatruje się w ziemię, coś tam pod nosem bełkocze i okropnie krzyczy?
- Ciii - odpowiadała mama, patrząc na ścianę, tak jakby ciocia Monique nadstawiała ucha z drugiej strony. - Przecież wiesz, że Alexandre jest chory.
- Na co?
- Na nerwy. Leczą go, wszyscy się modlą, żeby wyzdrowiał. Nawet jeśli trochę się go boisz, bądź dla niego miła, bo to przecież nie jego wina, że choruje.
- A dlaczego mąż cioci Monique, wujek Bernard,wyjechał? Ona ciągle mówi, że jest nieodpowiedzialnym tchórzem, a babcia każe jej się uspokoić, bo przecież nie sprowadzi go do domu za pomocą takich obelg.
W tym momencie mama głęboko westchnęła.
- Posłuchaj, Fine, są tatusiowie, którzy z trudem znoszą to, że ich dziecko różni się od innych, myślą, że to przez nich i odchodzą.
- Biorą rozwód?
"Rozwód", w naszej rodzinie to było nieprzyzwoite słowo.
Mama kiwała głową i dodawała: "Ale nie rozmawiaj o tym, zwłaszcza z ciocią Monique, przecież wiesz że to ją złości, bo teraz sama musi się opiekować Alexandre'em, a to nie takie proste".
Dobrze o tym wiedziałam: kiedyś zerwał mi z szyi medalik od chrztu, bo pogłaskałam Baloo, jego misia, a mama musiała kupić drugi łańcuszek, za który ciocia Monique zwróciła pieniądze, bardzo przepraszając.
Z powodu tej choroby ani w zamku, ani w domku dozorców nie było psa, chociaż oni chcieliby choćby jednego, ale to mogło być zbyt niebezpieczne dla Alexandre'a.
- A także dla psa - żartowała córka wuja Baudoina i cioci Beatrix, Philippine, która niczego i nikogo nie szanowała.
Byłyśmy w tym samym wieku, dzieliły nas może dwa tygodnie, często mówiono o nas "bliźniaczki". Bliźniaczki, kuzynki i najlepsze przyjaciółki, to dopiero!
Wiedziała dużo więcej niż ja, dzięki Thibautowi i Louisowi-Adrienowi, a także dlatego, że podsłuchiwała pod drzwiami. Kiedyś usłyszała, jak rodzice mówili, że Roselyne jest "zgubioną dziewczyną" i to naprawdę nami wstrząsnęło. Jeśli Roselyne jest zgubiona, to czemu jej nie szukają? I dlaczego mama ze łzami w oczach oświadczyła, że ona nigdy nie wróci? A co do Alexandre'a, rodzice Philippine mówią, że lepiej mu będzie w specjalnym zakładzie, ale ciocia Monique nawet nie chce o tym słyszeć, bo postanowiła poświęcić mu całe życie.
Skończyłam czternaście lat i nagle wszystkie "cicho sza" ujawniły swoje tajemnice.
"Zgubiona dziewczyna" znaczy, że ciocia Roselyne dała się uwieść sutenerowi, który wywiózł ją za granicę i teraz ona sprzedaje swoje ciało na ulicy. Sutener nazywa się Werner.
Choroba Alexandre'a nazywa się "autyzm", nigdy z niej nie wyzdrowieje.
Ciocia Monique próbowała wszystkiego, chodziła do psychologów, znalazła szkołę specjalną, prywatne lekcje, wszystko na nic. Ale uwaga: on nie jest niedorozwinięty! Zna sporo słów, chociaż czasem mu się mylą, potrafi liczyć, ale żyje jakby w klatce, którą sam sobie zbudował, żeby się bronić przed zagrożeniami z zewnątrz. Miejscem, gdzie czuje się najlepiej, jest jego pokój: twierdza, w której wszystko musi być idealnie poukładane. Nawet ciocia Monique nie ma prawa ruszyć niczego, kiedy tam sprząta. Wykorzystuje porę spaceru, żeby wywietrzyć, ale gdy Alexandre wraca i czuje świeże powietrze, staje się nieufny i sprawdza, czy żaden przedmiot nie został przestawiony. Czasem mówi do siebie różnymi głosami. Ma ataki paniki, kiedy indziej staje się agresywny, nie wiadomo z jakiego powodu, to siedzi u niego w głowie. Mama boi się, że ciocia Monique w końcu zwariuje; moim zdaniem i zdaniem Philippine już zwariowała.
W każdym razie nikt już nie musi nam mówić "cicho sza". Zrozumiałyśmy w końcu, że chodzi po prostu o rodzinne tajemnice, które nie powinny się wydostać poza mury zamku.
Wszyscy chodzimy do szkoły w pobliskim Cognac, moi starsi kuzyni do liceum, jeżdżą tam na motorowerach, Philippine i ja do trzeciej klasy gimnazjum, a Benjamin do ostatniej klasy szkoły podstawowej. Pierre, kierowca dziadka, zawozi co rano naszą trójkę. Obiady jemy w stołówce, a po południu przyjeżdża po nas mama albo ciocia Béatrix, przy okazji robią zakupy w mieście. W przeciwieństwie do naszych mam większość matek koleżanek pracuje. Ja wolę mieć mamę w domu, ale Philippine nie, bo ciocia Béatrix ciągle ją zadręcza: "nie rób tego", nie rób tamtego"...
Kiedy się jest małym dzieckiem, dziadkowie są ciepłymi objęciami, pieszczotami, opowiadają historie, które, na początku straszne, zawsze szczęśliwie się kończą: dobrzy są wynagrodzeni, źli ukarani. Dzisiaj czuję się dumna, że jestem wnuczką Edmonda de Saint Junien, z podniesioną głowa, siwiejącymi wąsami, zawsze w garniturze z krawatem i w wyglansowanych butach, z wyjątkiem końca tygodnia - nie mówi się "week-end", jesteśmy we Francji! I wnuczką Delphine, mojej babci, wciąż pięknej mimo sześćdziesięciu sześciu lat, w naszyjniku z pereł, kostiumie ze spódnicą lub spodniami, w sportowych butach. Nie żartuję.
Moje imię Fine zawiera część jej imienia i tego, z czego słynie moja rodzina. Bo o koniaku także mówi się "fine"*.
Przyszła wiosna, w winnicach wybuchają pąki i chociaż zawsze tak się dzieje, wszędzie panuje radość: to zalążek kwiatu, który zaraz rozkwitnie. Wszyscy wpatrują się w niebo, czy przypadkiem nie nadchodzi grad, który może zniszczyć całoroczną pracę.
Dwudziestego czwartego marca ja i Philippine obchodziłyśmy w zamku czternaste urodziny, w końcu jesteśmy prawie bliźniaczkami. Ogromny tort, dwadzieścia osiem świeczek, które zdmuchnęłyśmy razem. Dostałyśmy pieniądze, bransoletki, każda po kaszmirowym sweterku, no i wreszcie telefon komórkowy, na który czekałyśmy sto siedem lat. W pewnych dziedzinach nasza rodzina ciągle jeszcze żyje w czasach alembików. Dodatkowym prezentem było prawo do wizyty "w raju", tam, gdzie dziadek przechowuje najcenniejszy koniak. Jest to niewielki domek o murach nieco poszarzałych z powodu "anielskich oparów", parowania naszego "boskiego nektaru". Raj, anielskie opary, boski nektar, chyba nie trzeba więcej słów, żeby opisać to wnętrze.
Tylko ja i Philippine zostałyśmy tam zaproszone, byłam więc trochę onieśmielona. Na stole stały karafki z płynami w różnych kolorach i kieliszki do degustacji. Dookoła beczki i kilka gąsiorów. Dziadek nalał nam odrobinkę, mogłyśmy wypić po małym łyczku. Tak, koniak działa, od samego wdychania oparów kręci się w głowie.
- A więc przeszłyście chrzest bojowy, moje waleczne panny - oznajmił dziadek i położył nam ręce na ramionach; nawet Philippine była przejęta.
Czasem dziwimy się, że nie wyczuliśmy nadchodzących zdarzeń, które wstrząsną naszym życiem, zmienią je na zawsze. Wydaje mi się w głębi duszy, że powinien nas zaalarmować jakiś sygnał, tak jak u zwierząt, które uciekają z tonącego statku lub przed trzęsieniem ziemi, ale my jesteśmy zbyt zajęci czym innym, aby go usłyszeć.
Jest Wielkanoc, trzy wolne dni, w niedzielę poszukiwanie czekoladowych jajek w ogrodzie, w poniedziałek przejażdżka na wyspę Oléron, chociaż woda w morzu jest jeszcze za zimna na kąpiel.
Nie popłyniemy na wyspę Oléron, wielkanocne jaja będą miały dziwny smak, a bolesne "cicho sza" zastąpi pełne groźby "ostrożnie!"
Tego ranka, w sobotę, podczas śniadania dziadek odebrał telefon i nawet nie kończąc grzanki, wyjechał z szoferem Pierre'em w nieznanym kierunku.
Już z samochodu zadzwonił do pana Féneca, piwnicznego, mistrza aromatu, który miesza różne "eaux-de-vie" - to taki zawód przekazywany z ojca na syna, trzeba się go uczyć przez dwadzieścia lat - i do wuja Baudoina, zajmującego się sprawami handlowymi. Dziadek prosił, by w jego imieniu spotkali się z Chińczykami, którzy interesują się produkcją, bo to dla firmy bardzo ważne spotkanie.
O trzynastej babcia wezwała do siebie dzieci. Przyszli: Baudoin i ciocia Béatrix, mama i tatuś, który specjalnie przyjechał ze swego biura biegłego rewidenta w mieście, i ciocia Monique, która powierzyła opiekę nad Alexandre'em kucharce Jeanne - dla żartu nazywamy ją "Dame Jeanne", Gąsiorem, bo poza dużym słojem z alkoholem tak się określa barkę, taką, jakie kiedyś transportowały beczki rzeką Charente. Alexandre mocniej niż inni wyczuwa w powietrzu napięcie, był więc wyjątkowo zdenerwowany, usiłował wtulić się w futerko misia Mowgli, z którym nigdy się nie rozstaje, pomimo swych piętnastu lat.
Żaden z kuzynów nie został poproszony na zebranie, nawet Thibaut, który ma dwadzieścia dwa lata i wraz ze swym ojcem zajmuje się promocją firmy; wprawiło go to we wściekłość. W odwecie rozsiedliśmy się wokół studni, niektórzy nawet na zabronionym murku i urządziliśmy sobie piknik: jaja na twardo, czipsy, kiełbaski, ser, coca-cola i owoce. Firanki zasłaniały okna salonu i jadalni, widać było tylko cienie, czasem ktoś wstawał i przechadzał się po pokoju - prawdopodobnie atmosfera stawała się gorąca.
Ja i Philippine byłyśmy podekscytowane, Louis-Adrien zastanawiał się, czy mimo wszystko będzie mógł pójść na golfa, a Benjamin, który miał na koszulce pełno pokruszonych czipsów i skorupek jaj, ciągle mnie pytał: "Fine, co się dzieje? Czy to coś poważnego?", tak jakbym była jasnowidzem. To kolejne słowo, którego nie używa się w rodzaju żeńskim, co bardzo drażni Philippine, bo według niej kobiety lepiej przewidują niż mężczyźni, dzięki instynktowi. Ja uważam, że mężczyźni też potrafią przewidywać, ale są mniej gadatliwi.
Tatuś i wujek Baudoin wyszli pierwsi. Tatuś się do nas uśmiechnął: "Mama wszystko wam wyjaśni", i uciekł do biura. Wujek Baudoin nie uśmiechnął się, pojechał zająć się Chińczykami, ale nie poprosił Thibauta, by mu towarzyszył. Potem po schodach zeszły ciocia Béatrix i mama, żywo rozmawiając. Skinęły na nas i wszyscy poszliśmy do domu.
Mama miała zaczerwienione oczy. To musiało być coś poważnego. Poszliśmy za nią do salonu, tam usiadła na kanapie, Benjamin przycupnął przy niej, ja w fotelu naprzeciwko. Odchrząknęła.
- Posłuchajcie! Wyobraźcie sobie, że macie jeszcze jednego kuzyna - oznajmiła z wymuszoną wesołością w głosie. - Nazywa się Nils, ma siedemnaście lat i jest synem cioci Roselyne i Wernera.
Werner, sutener, imię zabronione.
Zamilkła na chwilkę, tak jakby trudno jej było mówić dalej. Benjamin popatrzył na mnie z przerażeniem, a ja spojrzeniem kazałam mu milczeć. Mama z trudem mówiła dalej.
- Ciocia Roselyne i Werner mieszkali z Nilsem w Amsterdamie, w Holandii. Werner zmarł kilka lat temu, Roselyne także niedawno odeszła i chłopak pozostał sam na świecie. Kiedy nie ma się rodziny, człowiek czuje się osamotniony, Nils zadzwonił więc do dziadka dzisiaj rano i poprosił, żeby po niego przyjechał. - W tym momencie mama uniosła głowę i powiedziała, że mamy wyjątkowych dziadków. Ani przez chwilę nie pomyśleli, żeby nie odpowiadać na to wezwanie. Człowiek nie decyduje o tym, czy się urodzi, nie wybiera sobie rodziców ani kraju, ani koloru skóry, Nils się urodził, to ich wnuk, koniec kropka! My natomiast powinniśmy zapomnieć o wszystkim, co mówiono o jego matce i przyjąć go jako pełnoprawnego brata ciotecznego. Było nas sześcioro, teraz będzie siedmioro.
Mama dodała jeszcze, że nie powinniśmy zadawać kuzynowi pytań na temat jego przeszłości, ale gdyby przyszła mu ochota do zwierzeń, mamy uważnie go wysłuchać.
- Nils, tak jak Nils Holgersson? - spytał Benjamin, a mama skinęła głową z cieniem uśmiechu.
Ukochana książka babci, historia chłopczyka, który podróżuje na grzbiecie gąsiora, wśród stada dzikich gęsi, wszyscy znamy to już na pamięć.
- O której przyjedzie? - spytał zadowolony Benjamin.
- Z Amsterdamu do Cognac jest tysiąc kilometrów; na pewno będzie tu późnym wieczorem.
I wtedy nastąpiło pierwsze "ostrożnie!" Wypowiedziała to słowo ciocia Béatrix, gdy przekazywała nowinę swoim dzieciom, co świadczy o tym, jak bardzo różni się od mamy.
- Ostrożnie! Co my wiemy o tym Nilsie? Z kim zadawał się w Amsterdamie? Siedemnaście lat, to już prawie mężczyzna... Do jakich szkół chodził? Przy takim ojcu jak jego...
- A skąd możemy wiedzieć, że to naprawdę syn Roselyne? - dodał Thibaut. - Dziadek powinien zasięgnąć informacji, a nie od razu po niego pędzić, przecież się nie pali.
Louis-Adrien chodził tylko wkoło salonu, podrygując, machając rękami i wydając krzyki dzikiej gęsi, jak w tej książce Cudowna podróż.
Philippine wyszła, trzaskając drzwiami. Cieszyła się na myśl, że będzie miała jeszcze jednego kuzyna.
Resztę dnia spędziliśmy na wyobrażaniu sobie, jaki on będzie: wysoki czy niski? Ładny czy brzydki? Do kogo podobny? Nigdy nie widzieliśmy ani Roselyne, ani Wernera, nie mieliśmy więc żadnego punktu zaczepienia, skłanialiśmy się raczej ku "wysoki i ładny".
Jakim językiem mówi? W komputerze wujka Baudoina Philippine przeczytała, że w Holandii, tam gdzie leży Amsterdam, mówią po niderlandzku, ale także po angielsku i francusku. No i po fryzyjsku. I kiedy Philippine powiedziała: "Brrr, fryzura mi staje dęba", nie mogłyśmy się powstrzymać, by nie rechotać jak głupie gęsi.
Gdzie Nils zamieszka? W zamku czy w skrzydle cioci Roselyne, którego nigdy nie zajmowała? W tym skrzydle, które - zważywszy na liczną rodzinę - chciałby zająć wujek Baudoin, ale gdy mówi o tym dziadkowi, ten zawsze odpowiada oschle: "Nie ma mowy".
- Tak jakby się spodziewał, że spadnie mu z nieba całkiem nowy wnuk... - zauważyłam, a Philippine, która uważa, że jestem zbyt sentymentalna, wzniosła oczy do góry.
Postanowiłyśmy się tam przejść. Wszystkie zamkowe klucze wiszą w szafce w pomieszczeniu przy kuchni, obok jadalni. Stałam na czatach, gdy niepostrzeżenie weszłyśmy tam tylnymi drzwiami.
W środku nie było światła, panował smutek i pachniało stęchlizną, nie było żadnego mebla, tylko w dużym pokoju na dole stał nadłamany drewniany stół, którego wuj Baudoin pozbył się po cichu. W pokojach na piętrze nie ma ani łóżek, ani w ogóle niczego, w kranach brakowało wody, tak jakby czas zatrzymał się w dniu, w którym Roselyne wyjechała.
- Może otworzymy okiennice? - zaproponowała Philippine. - Niektórzy zaniemówią z osłupienia.
Nie zgodziłam się, bo raczej nie lubię takich zgrzytów. Wzruszyła ramionami i na pokrytym kurzem stole swego ojca czubkiem palca napisała dużymi literami: "NILS".
Chętnie dałybyśmy mu na przywitanie jakiś prezent, ale nie znałyśmy jego upodobań, postanowiłyśmy więc z tym poczekać.
Było po jedenastej wieczorem, gdy Pierre zatrzymał samochód przed zamkiem. Na dziedzińcu zapalono światła, pojawili się wszyscy, oprócz śpiącego już Alexandre'a.
Dziadek wysiadł z auta, nie czekając, aż Pierre, jak zazwyczaj, otworzy mu drzwi, i sam poszedł otworzyć Nilsowi. Podał mu rękę, wtedy Nils się ukazał.
Był wysokim szczupłym blondynem o jasnych oczach. Mama przytuliła się do taty i wyszeptała:
- Mój Boże, Roselyne...
Babcia majestatycznie schodziła po schodach. Wyszykowała się na przyjęcie Nilsa, podeszła do niego, na wysokich obcasach, wszyscy wstrzymali oddech, dziadek odsunął się nieco, babcia długo przyglądała się Nilsowi bez jednego słowa, a gdy rozłożyła ramiona i go objęła, usłyszałam słowo "nadzwyczajne", wypowiedziane przez mamę, bo babcia nie jest osobą, która tak łatwo przytula, nawet członków rodziny, a już na pewno nie młodzieńca, o którego istnieniu nie wiedziała aż do dzisiejszego poranka.
Nawet Pierre, gdy już wyjął z bagażnika torbę Nilsa, dużą płócienną torbę w kolorze khaki, poczuł się dumny ze swej chlebodawczyni.
Dziadek zwrócił się do nas.
- To jest Nils, wasz kuzyn, który będzie tu mieszkał. Dziękuję, że nie poszliście jeszcze spać i zechcieliście go powitać. Dzień był długi i pełen emocji, więc na zawarcie bliższej znajomości poczekacie do jutra.
Babcia i dziadek stanęli po obu stronach Nilsa, po czym cała trójka ruszyła w górę po schodach, a za nimi szedł Pierre z torbą koloru khaki. Spojrzałam na Philippine, dała mi znak brodą i razem zawołałyśmy:
- Dobrej nocy, Nils, do jutra.
Gdy się odwrócił i uśmiechnął do nas, zrozumiałyśmy, że to był dla niego nasz najpiękniejszy prezent.
Kiedy Nils wspominał swoje dzieciństwo, najpierw widział morze, ciemne cuchnące fale, które poruszały ciężkimi statkami zacumowanymi rzędem przy nabrzeżu, liny jak węże, sznury, kotwice, portowe żurawie, wokół których kręcą się dokerzy - bardzo bał się ich śmiechu. Morze jak mury więzienia, syreny z oddali jak jego strażnicy; nienawidził morza, tak jak nienawidził piosenki Jacques'a Brela Amsterdam, bo tak nazywało się miasto, w którym mieszkał.
Na szczęście była przy nim mama, przytulała go do piersi: nie bój się Nils, nikt cię nie skrzywdzi, nikomu nie pozwolę cię tknąć, nigdy! "Nikt" to był Werner, brodaty potwór śmierdzący piwem, który groził, że go zabierze, jeśli matka nie będzie grzeczna. Mama mówiła o Wernerze "tamten", Nils nie mógł nazywać go "tatą".
Werner mieszkał w mieście, w dużym hotelu - Nils nie miał prawa tam chodzić. Razem z matką mieszkał w małym ponurym hoteliku nieopodal portu, Hotel u Mado, w jednym pokoju z umywalką, toaletą na korytarzu, ale przynajmniej mieli tam spokój, a Mado opiekowała się Nilsem, kiedy Roselyne, lub Rosy, lub Lyne, jak nazywali ją klienci, chodziła do pracy, zawsze w nocy, przez co prowadzili życie na opak: kiedy mama pracowała, Nils spał, a kiedy on wstawał, ona próbowała odsypiać. Mado natomiast była zadowolona, że zdołała porzucić ten zawód.
Nazywał się Nils, jak bohater książki: Cudowna podróż Nilsa Holgerssona przez Szwecję, mama uwielbiała ją w dzieciństwie, gdy mieszkała we Francji. To historia chłopczyka, który podróżował na grzbiecie gąsiora, pośród innych dzikich gęsi. Tak często mu tę książkę opowiadała, że znał ją na pamięć, a kiedy nauczył się czytać, mama kupiła mu francuskie wydanie.
Wieczorami, przed zaśnięciem Nils wyobrażał sobie, że siada na grzbiecie gąsiora Marcina i leci wraz z innymi gęsiami. Podróż zawsze kończyła się w tym samym miejscu, w dużym białym zamku otoczonym parkiem, tam gdzie urodziła się mama, gdzie wzrastała beztrosko do czasu, gdy przyjechał po nią Werner.
Miała jedno zdjęcie, które chowała w szufladzie, pod bielizną, aby Werner nie mógł go znaleźć. Gdyby znalazł, podarłby je na tysiąc kawałków, żeby ją ukarać za to, że je zachowała. Nils także znał na pamięć to zdjęcie, tak często mu je pokazywała.
- Popatrz, synku, tutaj, przed zamkiem, ten przystojny pan to twój dziadek Edmond. Obok niego babcia Delphine, a przed nimi czwórka ich dzieci: Baudoin, Monique, Hermine i ja.
Nils oczywiście najczęściej wpatrywał się w Roselyne. Miała wtedy dziesięć lat, długi jasny warkocz, niebieskie oczy, ładną sukienkę z falbanką, było lato, we Francji lato jest o wiele częściej niż tutaj, Mado podarowała mu lupę, żeby mógł dostrzec szczegóły.
Przyjrzał się też dokładnie zamkowi, policzył stopnie schodów, osiem, okna wokół drzwi wejściowych, sześć, trzy po każdej stronie, bardzo wysokie, z zasłonami, i jeszcze sześć na pierwszym piętrze, trochę mniejsze, ale mimo to śliczne, a na samej górze, na różowym dachu, cztery wystające lukarny, okienka, które tak śmiesznie nazywa się "siedzącym psem", tak jakby siedziały na straży, tam gdzie mieszka kucharka, pokojówka, guwernantka. I wreszcie z tyłu, za zamkiem - jak nastroszona czupryna - wystają szczyty drzew lasku, w którym dzieci bawią się w chowanego i urządzają sobie pikniki.
Z początku Nils zabawiał się rysowaniem zamku, aby mieć swoją własną odbitkę, potem zabrał się do budowania go z kawałków drewna, jakich w porcie jest w bród, ale gdy patrzył na zaokrąglone schody przed wejściem i zasłonięte okna, zastanawiał się, czy kiedykolwiek mu się to uda.
Miał sześć lat, gdy "starsi" w szkole powiedzieli mu, jaki zawód uprawia jego matka. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ufał Mado, która twierdziła, że Roselyne prowadzi bar w dużym hotelu, tam gdzie mieszka Werner, bar otwarty tylko w nocy, do którego klienci przychodzą, żeby się rozerwać i zabawić.
- Ha! Ha! Zabawić! Ci klienci biorą ją do łóżka i uprawiają seks - drwili koledzy.
Nils nie uwierzył im, pobiegł do domu, a kiedy Mado wściekła się na tych drani, którzy szargają obraz jego matki, zrozumiał, że mówili prawdę. Mado wzięła go na kolana i wytłumaczyła, że Werner zmusza matkę do uprawiania tego zawodu. Z początku Roselyne nie chciała się zgodzić, ale zagroził, że zabierze jej Nilsa, więc uległa.
- Nie powinieneś mieć do niej pretensji, robi to, by cię chronić.
Nils stwierdził, że Amsterdam to więzienie, w którym Werner zamknął matkę i od tego dnia nie miał już kolegów w szkole - nawet gdyby niektórzy chcieli się z nim przyjaźnić, on nie miał już na to ochoty.
Gdy miał dwanaście lat, Werner zmarł. Pewnej nocy za dużo wypił, pośliznął się na portowym bruku i wpadł do wody między dwa statki. Kiedy go wyłowiono, było już za późno; ani Roselyne, ani Nils nie ubolewali specjalnie z powodu odzyskanej wolności.
Od tego dnia, dziesięć razy, dwadzieścia, sto razy Nils pytał matkę, dlaczego nie wracają do Francji, nie zamieszkają w zamku, którego zdjęcie wisi teraz na ścianie w ich pokoju.
Dziesięć razy, dwadzieścia, sto razy Roselyne odpowiadała, że to niemożliwe: jej rodzice robili wszystko, co się dało, by zabronić jej wyjazdu z Wernerem, uciekła, nie mówiąc im dokąd, a kiedy zrozumiała swój błąd, było już za późno, za bardzo się wstydziła. Rodzice nawet nie wiedzieli, że Nils przyszedł na świat, wolała zniknąć.
- Nie szukali cię?
- Werner tak wykombinował, że zmienił moje dane. Popatrz na mnie, Nils, popatrz, kim teraz jestem: hańbą dla rodziny. Gdybym wróciła, zatrzasnęliby mi drzwi przed nosem.
Nils pochylał się nad zdjęciem, patrzył na wyprostowanych, dumnych dziadków, na małą Roselyne z jasnym warkoczem, stojącą przed nimi, i zadawał im różne pytania, ale nigdy mu nie odpowiadali.
A potem skończył szesnaście lat, Roselyne zaraziła się chorobą, o której wszyscy mówią z obrzydzeniem. Wyrzucono ją z baru. Mado zdołała umieścić ją w szpitalu. Nils przestał chodzić do szkoły; znalazł pracę w porcie przy wyładunku i załadunku towarów na statki. Przestał marzyć o białym zamku.
Przypomniała mu o tym matka. Wiadomo, że zbliżał się koniec, ona sama już tego chciała. Chciała odejść w spokoju, wymusiła więc na Nilsie przysięgę: po pogrzebie, nie wcześniej, bo nie chce, by Edmond zobaczył ją w takim stanie, Nils zatelefonuje do dziadka do Francji i poprosi, żeby ktoś po niego przyjechał.
Tym razem Nils się zbuntował. Nie chce wyjeżdżać, zostanie z Mado, tu gdzie się urodził, blisko matki. Przecież jeśli nawet zadzwoni do dziadka, ten odłoży słuchawkę: dlaczego miałby mu wierzyć? Nawet nie wie o jego istnieniu.
Roselyne uśmiechnęła się słabo, z nikłym błyskiem w oczach:
- Powiesz mu tylko: "Lekkopuszka cię o to prosi", na pewno przyjedzie.
Lekkopuszka, śliczna mała dzika gąska, przyjaciółka gąsiora Marcina - tak nazywał ją tatuś, to było ich hasło, ich tajemnica.
Nils obiecał. Roselyne dała mu jakże cenny wyciąg z aktu urodzenia, który umożliwi dziadkowi załatwienie niezbędnych formalności, aby Nils mógł nosić swoje prawdziwe nazwisko. Podała mu adres zamku - dotychczas nie chciała tego zrobić. Być może numer telefonu jest już zmieniony, Nils znajdzie go w Internecie. W mieście Cognac wszyscy na pewno znają Edmonda de Saint Junien.
Roselyne odeszła pewnego pięknego wiosennego dnia. W kościele był tylko Nils, Mado i garstka sąsiadów. Ksiądz powiedział kilka słów po niderlandzku.
Na drugi dzień po pogrzebie, wcześnie rano, tak jak obiecał matce, Nils zatelefonował do dziadka Edmonda. Dodzwonił się od razu na dawny numer i wydawało mu się, że rozpoznaje mocny, ciepły głos.
Powiedział Edmondowi de Saint Junien, że jest synem Roselyne, która właśnie zmarła w Amsterdamie, że nazywa się Nils i ma siedemnaście lat. I nie czekając, chociaż wydało mu się to trochę śmieszne, wypowiedział hasło: "Lekkopuszka".
Zapanowało milczenie, nagle poczuł strach.
- Podaj mi adres, zaraz wyjeżdżam - odpowiedział dziadek.
Nils poszedł do portu, oświadczył, że rezygnuje z pracy i otrzymał zapłatę. Za te pieniądze kupił sobie dżinsy, sweter i adidasy, potem wrócił do hotelu i spakował torbę. Pamiętał, by włożyć do niej książkę Cudowna podróż i kilka zdjęć Roselyne przed chorobą, kiedy jeszcze była troszeczkę, bardzo mało, podobna do dziewczynki ze zdjętej ze ściany fotografii, którą starannie owinął folią i wsunął na płasko na serce, pod nowy sweter.
Zjadł obiad z Mado, która jednocześnie płakała i śmiała się, szczęśliwa, że mu się powiodło, a smutna z powodu rozstania. Obiecał, że będzie do niej pisał, i - dlaczegóżby nie - zaprosi ją kiedyś do zamku. Potem czekał.
Około drugiej po południu piękny czarny samochód, prowadzony przez szofera, zatrzymał się przed hotelem. Szofer wysiadł i poszedł otworzyć drzwi Edmondowi de Saint Junien. Tak jak po usłyszeniu głosu w telefonie, choć dziadek był o wiele starszy niż na fotografii, Nilsowi zdawało się, że go rozpoznał. Edmond bez pośpiechu podszedł do Nilsa, który starał się ukryć lęk, popatrzył na niego i szepnął:
- Jaki jesteś do niej podobny. - I rozłożył ramiona.
Przed wyruszeniem w drogę Edmond pragnął położyć bukiet na grobie Roselyne. Zostawił Mado grubą kopertę, aby regularnie zanosiła tam kwiaty i w podzięce za to, co zrobiła dla jego córki i wnuka.
Powiedział: "mojego wnuka".
Wiadomość o wyjeździe Nilsa szybko się rozeszła; zwabieni pięknym samochodem okoliczni mieszkańcy zgromadzili się przed hotelem, aby popatrzeć na pożegnanie Nilsa z Mado. Edmond de Saint Junien pocałował ją w rękę jak damę, a kiedy szofer włożył na głowę kaszkiet i ruszył z miejsca, Nils wiedział, że wyjeżdża stąd na dobre.