Wieża z piasku - Agata Marzec

Reflow text when sidebars are open.
Tytułem wstępu...
Kiedy postawiłam ostatnią kropkę w tekście niniejszej powieści, pomyślałam, że opisane w niej zdarzenia zostaną przez czytelników automatycznie przyjęte jako typowa dla beletrystyki fikcja literacka. Rzeczywiście, brzmią one niewiarygodnie, a jednak zaistniały w rzeczywistości i stanowią "zlepek" autentycznych wątków obyczajowych, jakie rozgrywały się na moich oczach w granicach mojego miasta. Nie jest w tej chwili ważne kiedy dokładnie, kim są pierwowzory bohaterów książki ani jak potoczyły się ich dalsze losy. Dla mnie zawsze istotny był i jest odarty z kategorii czasu i przestrzeni CZŁOWIEK! Dlatego pozwoliłam sobie zawłaszczyć osobiste historie kilku osób, których człowieczeństwo zostało nagle wystawione na poważną próbę. Ubrałam je w dobrze maskujący kostium, dość swobodnie uzupełniłam o brakujące informacje, doszukałam się analogii do klasycznego porządku rzeczy i uniwersalnej struktury człowieka, lecz warstwę emocji oraz psychologicznych następstw opisanych wydarzeń pozostawiłam niezmienioną. W ten sposób powstała Wieża z piasku, która jest po części wszystkim, co istniało przed nią: trojańskim koniem, Chimerą, Ikarem, Minotaurem i puszką Pandory.
Każdy z nas jest Niną Ciesielską i Jerzym Dębskim. Budując swoje imperia, wciąż przekraczamy ustalone granice, choć najlepiej czujemy się w obrębie własnej strefy komfortu. Wydaje się nam, że stanowimy o sobie sami, podczas gdy faktycznym reżyserem naszych poczynań oraz nastrojów są zwykle okoliczności zewnętrzne. Nina nie szukała wrażeń, Jerzy przeciwnie - łaknął ich we wszystkich dziedzinach swojego życia. A jednak spotkali się na tej samej granicy. Przekonali się, że nie jest łatwo zaprojektować wzorcowe człowieczeństwo.
Osobowość borderline to zaburzenie, które zaczyna się we wczesnym dzieciństwie, ale często nie jest w pełni ujawnione aż do wieku dorosłego. Gdy przejmuje ster, potrafi z powrotem sprowadzić człowieka do poziomu dziecka. Życie ludzi z osobowością borderline potrafi przeobrazić się w prawdziwe piekło. Często też nieświadomie zapraszają do niego innych. Osobowość borderline oznacza kłopoty, niestabilność i chaos. A przecież niczego nie pragniemy bardziej niż świętego spokoju, stabilnego gruntu pod nogami i panowania nad własnym światem.
Wszyscy żyjemy na pograniczu. Jak grom z jasnego nieba spada na nas nagła zmiana stanu psychicznego. Jesteśmy zbudowani z paradoksów i wewnętrznych konfliktów. Balansujemy na linie lub żyjemy na ostrzu noża. Depersonalizujemy się. Stygmatyzujemy sobą bliskich. Czasem jesteśmy tak okropni, że najchętniej oddalibyśmy swoje życie komuś innemu. Częściej jednak odbieramy mu jego własne prawo do godnego życia.
Czy czujesz chroniczną pustkę, mając wszystko, czego pragnąłeś? Przejawiasz działania autoagresywne? Nie potrafisz stworzyć stabilnego związku, chociaż uwielbiasz swojego partnera? A może innym razem kochasz siebie tak bardzo, że mógłbyś nawet zostać Bogiem i Architektem Świata?
Jeśli właśnie przytaknąłeś, powinieneś poznać historię Niny Ciesielskiej i Jerzego Dębskiego. Spisałam ją dla Ciebie, Drogi Czytelniku, i ku chwale zuchwałemu człowieczeństwu! Bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny...
Mam nadzieję, że w dobie prymatu powieści sensacyjnych, kryminalnych oraz fantastyczno-naukowych znajdziesz czas na to, aby pochylić się nad gorzkim realizmem, którego autorem stało się życie. Nie zniechęcaj się przewagą partii opisowych nad liczbą dialogów, chłoń narrację słowo po słowie, cierpliwie, uważnie i bez oczekiwań. Niech zasieje w Tobie odpowiedzi na pytania, z których się składasz. A jeśli zamiast tego rozmnoży Twoje wątpliwości - pamiętaj, że na nich wzrosła cała nasza genialna cywilizacja. Masz prawo nie rozumieć. Masz prawo nie czuć więzi z samym sobą. Masz prawo cofać się do początku dziejów. Ale nie wolno Ci zejść z areny bez walki!
Gladiatorka Agata
1.
W życiu Niny Ciesielskiej od dawna nie działo się nic, co można by uznać za wydarzenie istotne, przełomowe lub godne zwrócenia na jej osobę uwagi.
Niezmiennie od kilku lat wczesnym rankiem wychodziła do pracy, u lokalnych możnowładców przepędzała godziny na księgowaniu biznesowych rachunków, a po ich odłożeniu raczyła podniebienie promocyjnym espresso w ulubionej kawiarni, by za kilka złotych kupić sobie energię do przeżycia dalszej części przewidywalnego dnia. Gdy wracała do wynajętego w bloku drugiej kategorii mieszkania, najczęściej zapadała się w wygodnym fotelu i kierowana nadzieją na znalezienie edukacyjnych rozrywek, którymi mogłaby choć w małym stopniu pobudzić otępiały umysł, włączała telewizor. Nim zdążyła wpłynąć na głębokie intelektualne wody Kultury TV lub chociaż podryfować u koralowych brzegów Australii za sprawą Discovery Travel, zapadał wieczór i musiała wykonać cały szereg czynności niezbędnych do logistycznego zakończenia dnia. Podrywała się więc z wygodnego siedziska, po czym z wpisanym w każdy ruch przymusem ospale przedzierała się przez labirynt konieczności prowadzących ją do świętego Graala zlokalizowanego na miękkiej poduszce łóżka. Najpierw składała na niej wycieńczony liczeniem umysł, potem w objęcia Morfeusza przekazywała strudzone popołudniowym odpoczywaniem ciało. Zasypiała w poczuciu braku wyższego sensu czegokolwiek, w czym brała udział.
W weekend spała zazwyczaj ponad przewidzianą dla zdrowego człowieka normę, każdorazowo stwierdzając, że skoro głowa nie wyraża woli podniesienia się z poduszki, to nie należy jej siłą do tego zmuszać. Według Niny resetowanie umysłu czasem wymagało najwyraźniej dłuższego pochodu wskazówek zegara po białej tafli. O zjedzeniu śniadania zazwyczaj zapominała, bo organizm już dawno przestał oczekiwać regularnie dostarczanej strawy. Zdany był na przypadek i łaskę swojej żywicielki, ale ta rzadko obdarowywała go pożywnym oraz wartościowym dobrodziejstwem. Zakupy dzielnie dźwigała ze sklepu sama, zawsze w niedzielę, bo wtedy w hipermarkecie królowały najatrakcyjniejsze przeceny. Zabierała ze sobą dokładnie wcześniej przeanalizowaną gazetkę informacyjną i nurzała się w wąskie korytarze sklepowych półek, eksplorując ich kolorowe ekspozycje. Dzierżone przez dumną konsumentkę reklamówki, których przeznaczeniem było wylądowanie w koszu na śmieci, przekazywały mijanym przechodniom komunikat, że dyndają w rękach samodzielnej i potrafiącej zarobić na siebie kobiety. Przechodząc pod oknami sąsiadów z bloku, zwalniała kroku. Po południu spędzała czas na niebieskim portalu, z ciekawością zaglądając do wirtualnych żyć bliższych lub dalszych znajomych. Czasem delektowała się wielogodzinną konwersacją w małym bocznym okienku, będącym jej oknem na zewnętrzny świat. Początkowo pełniło ono dla niej jedynie funkcję narzędzia służącego sprawnej komunikacji, jednak szybko stało się silnym narkotykiem. Uzależnienie od niekontrolowanych czasowo konwersacji tłumaczyła sobie powszechnie panującą wśród znajomych pandemią. Jej negatywne przejawy uznała w końcu za walor - facebook idealnie wypełniał nadmiar singielstwa wielokrotnością żyć oraz zajmował uwagę obyczajowymi ciekawostkami, za którymi nie trzeba było gonić po miejskiej przestrzeni. Gdyby wszystkie choroby przebiegały tak przyjemnie jak facebookoholizm, Nina nie obawiałaby się ich. Przyjemnie było istnieć, fizycznie nie istniejąc.
Po spędzeniu zbytecznych weekendowych godzin na klikaniu - jeszcze bardziej otępiała i ołowiana w gestach - składała ciało w trumiennej niecce wysłużonej sofy. Zatapiała się w niej całym swoim lenistwem, następnie włączała muzykę. Nina Ciesielska kochała ludzi, którzy potrafili pięknie śpiewać. Zazdrościła im nadanego przez Boga talentu, żałując, że gdy był on rozdawany, ona stanęła w kolejce do szafy z modnymi ubraniami. Od tego czasu jedyną ponadprzeciętną umiejętnością Niny było trafne zestawianie ze sobą kolorów oraz faktur. Tymczasem doskonała muzyka w cudowny sposób relaksowała ją, rozweselała, innym razem koiła zbolałe serce lub łagodziła sejsmiczne wstrząsy nerwowe. Muzyka zmieniała Ninę w niematerialny czujący twór. Muzyka, jak Bóg, czyniła ją lepszym człowiekiem. Melodie z różnych stron świata towarzyszyły zapracowanej księgowej niemal w każdej życiowej rewolucji. Gdy umierał dziadek, zgodnie z jej wolą na pogrzebie odśpiewano Who wants to live forever. Po odebraniu prawa jazdy w podskokach przemierzyła miasto, nucąc pod nosem Highway to hell, a inicjację seksualną odbyła w towarzystwie Marysi Sadowskiej i jej Kiedy nie ma miłości, co dalej. Dźwiękami wypełniała także głuchą, szarą codzienność. Wsłuchując się w ulubione piosenki, mimowolnie wtłaczała dopaminę do swojego krwiobiegu. Szczególnie zimowymi wieczorami wraz z Kayah wprowadzała się w lekko intymny knajpiany klimat, nieporadnie uzupełniając ruchem warg znane kompozycje przearanżowane na smyki. Stała się gorliwą wyznawczynią kultu wyrafinowanej muzyki akustycznej, w której głos boskiej piosenkarki okazywał się najlepszym instrumentem. W ten sposób Nina odkryła swoją wrażliwość. Kaśka Nosowska rozpostarła przed swoją wymagającą słuchaczką podcięte skrzydła wewnętrznego rozdarcia. Razem zaczęły miotać się między doznawaniem szczęścia a strachem przed jego utratą. Psychodeliczne gitary szturmowały ucho niczym trąby jerychońskie. W ten sposób Nina odkryła tragizm istnienia. Z Renatą Przemyk smakowała elektronikę jak subtelne wino, z Anną Marią Jopek odrealniała znajome kształty, a z Anką Dąbrowską naiwnie marzyła. Kobiece głosy były, zdaniem Niny, mową zesłanych między ludzi aniołów, które czuwały nad odtwarzaniem ich zakrzyczanego przez jazgot kapitalistycznych żądz dobra. Robiły, co było w ich mocy, by najprostsze melodie nadal poruszały najbardziej skomplikowane i zagubione dusze.
Jednak ostatnimi czasy wiele się w muzycznym świecie Niny zmieniło. Zanim zdążyła zorientować się, z jakiej płyty wypływa magiczny głos, melicznie i cicho łkający wśród oliwkowych ścian, spała już snem twardszym niż spiżowy głaz. Mocno ugruntowana w granicach każdego dnia rutyna pozbawiła wrażliwą dotąd słuchaczkę nie tylko czujności, ale i zdolności aktywnego odbioru rzeczywistości. Nina słuchała, ale nie słyszała. Jedynym rejestrowanym zmysłowo i automatycznie rytmem stało się płynne następowanie po sobie pór roku. W tym samonapędzającym się cyklu dni odpływały niezauważone, a zmienność natury Nina rejestrowała za sprawą swojej wydelikaconej cielesności. Skóra Ciesielskiej nie znosiła zimy, bo wysuszała się wtedy jak papier i traciła blask. Wczesną wiosną, dzięki ciepłu słonecznej kuli, powoli powracała do formy. Jesienią serce biło Ninie szybciej, ale płytko, jakby oszczędniej. Prawdziwie głęboki oddech mogła zaczerpnąć jedynie w pełni lata, a i to na krótko, bo bałtyckie lato przemijało, nim ludzie zdążyli je na dobre powitać. Jeśli prawdą było to, co głosiły życiowe poradniki, w których światli znawcy wszechrzeczy stwierdzali jednoznacznie, że: Miarą długości życia jest ilość poprawnie wykonanych wdechów i wydechów, to stąpanie Niny po ziemskim padole należało zakwalifikować do kategorii cudów.
W ciągu dnia oddychała głównie stresem, w nocy cierpiała na bezdech. Weekendowe spowolnienie tempa nie było w stanie wyregulować pracy styranych narządów. Zwłaszcza serce nie miało z Niną łatwego życia. Każdego dnia wystawiała je na ciężką próbę wytrzymałości, a i rzadkie chwile spokoju podszyte były zwykle jakąś obawą, czającą się za dobrą karmą. Sen tej pozornie zrównoważonej kobiety wypełniony był prefiguracją złowrogiej jawy. Poranne pobudki nie przynosiły ukojenia. Ostatni raz prawdziwie spokojna była w bezpiecznym, bo odizolowanym od świata, łonie matki.
Po weekendzie, przebudziwszy zregenerowane tylko połowicznie członki, z niezmiennie towarzyszącym jej zdziwieniem odkrywała, że zastawał ją poniedziałkowy początek, a wraz z nim misternie opracowany harmonogramem tygodniowy kierat. Ratował ją i przytłaczał jednocześnie. Doznawała poczucia wytchnienia od samej siebie, ale w zamian musiała zmagać się z gaszeniem finansowych pożarów, a te potrafiły wybuchnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Ta nieprzewidywalność uwierała Ninę. Wiedziała, że z chwilą zamknięcia ważnego rozliczenia, jeszcze tego samego dnia złośliwy los otworzy jej kolejne. Nie miała wpływu na przeznaczenie, więc pozostawało jej zwiesić głowę i przejść ze swoim krzyżem do następnej stacji. Pasja księgowej nie kończyła się nigdy.
W poniedziałki siłą woli Nina wydobywała się ze strefy komfortu, by według doskonale znanego jej schematu odwzorować kolejny tydzień zwyczajnego życia. Piątkowe popołudnie zwiastowało chwilowe porzucenie schematu. Piątek wraz ze swoim pojawieniem się przenosił więdnące ciało Niny do wynajmowanego mieszkania na okres dwóch bezproduktywnych, ale na swój sposób wolnych dni.
W życiu Niny Ciesielskiej nie było miejsca na nic, co można by uznać za wydarzenie istotne, przełomowe lub godne zwrócenia na jej osobę uwagi.
Nastał jeden z wielu podobnych do siebie wtorków. Oznaczało to zwykle zejście do archiwum firmy w celu wypchania go kolejnymi segregatorami. Ale tym razem Nina miała poprzedzić piwniczne pielgrzymowanie wizytą u kardiologa. Gdy szykowała się do wcześniejszego niż zazwyczaj wyjścia, nieoczekiwanie zadzwonił telefon. Stała już w przedpokoju, obładowana teczkami, nerwowo poszukując klucza. Pojemne torby kobiet stają się zwykle bezdennymi czeluściami, w których rozpływają się najtwardsze przedmioty. Torba Niny nie była pod tym względem wyjątkiem, a jej właścicielka nie znalazła sposobu, by się z problemem znikających kluczy uporać. Powracał on jak bumerang, pomimo doczepienia do pęku kluczy dużego breloka. Teraz również jedną ręką mocowała się spazmatycznie z głębokim dnem jak Jakub z Aniołem, gdy drugą machinalnie dotknęła na wyświetlaczu symbol zielonej słuchawki. Było zbyt wcześnie, by normalny człowiek dzwonił do kogokolwiek, jednak w ferworze walki nie zwróciła na ów fakt uwagi. Z jakiejś innej, znajdującej się po drugiej stronie telefonu rzeczywistości przypłynął ciepły, aczkolwiek stanowczy męski głos:
- Dzień dobry, pani Nino, mam nadzieję, że dodzwoniłem się bezpośrednio do pani.
- Tak, z tej strony Nina Ciesielska. Z kim mam przyjemność?
- Wiem, że jest wczesny ranek, a ja bezczelnie łamię etykietę. Narażam się na pani gniew, bezceremonialnie pogwałciwszy zasady savoir vivre'u. Mimo to ośmielę się mówić tak, jakby nie stało się nic niestosownego. Sprawa jest pilna, poza tym: "Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje". Kłania się Jerzy Dębski, a kontaktuję się z panią w bardzo typowej, choć o nietypowej porze dnia, sprawie.
Dopiero teraz dotarło do niej, że jest szósta trzydzieści. Rzeczywiście, Jerzy Jakiśtam miał tupet, dzwoniąc o tej porze. A jednak poczuła chęć kontynuowania rozmowy.
- Podobno jest pani najlepszą księgową w okolicy - ogłosił, po czym na chwilę zamilkł.
Tym jednym zdaniem od razu zbił ją z tropu. A więc nie był natrętnym telemarketerem, pracownikiem gazowni ani właścicielem wynajmowanego mieszkania. Był kimś, kto miał słuszne pojęcie i znał jej zawodową wartość. Natychmiast złagodniała, uznawszy, że wypowiedzianą przed chwilą konstatację Jerzy Jakiśtam miał prawo wyrecytować o każdej porze dnia lub nocy.
- A pan skąd o tym wie? - postanowiła szybko wpisać się w konwencję rozmowy.
- Przeprowadziłem tajną misję wywiadowczą, ale, proszę mi wybaczyć, nie zdradzam szczegółów swoich strategii. Po prostu wiem. I zamierzam tę wiedzę wykorzystać na użytek własny oraz całej ludzkości.
Ninie spodobała się ta prostolinijna odwaga o znamionach męskiej buty. Telemarketerzy byli obrzydliwie uprzejmi, pracownicy gazowni - nudni, a właściciel wynajmowanego lokum - schizofreniczny. Ten typ przynajmniej przełamywał schematy.
- No dobrze, skoro wie pan już o mnie to, co najważniejsze, proszę zdradzić celowość pozyskania owej informacji - drążyła dalej.
- Czyli wyraża pani wolę kontynuowania rozmowy ze mną, świetnie. I odważnie. Pewnie myśli pani, że będę teraz owijał w bawełnę, pocił się nerwowo i wił się przed telefonem jak piskorz. Nic z tych rzeczy, droga pani Nino. Ja jestem konkretny, choć uprzejmy, facet. Potrzebuję pani w swojej firmie, najlepiej od zaraz. Czekają nas wielkie projekty i wymagające maksymalnego zbiorowego wysiłku zadania. Każdy dzień zwłoki hamuje nas w ich realizacji i pozbawia świat szansy na technologiczny przełom. Kiedy możemy podpisać umowę i rozpocząć współpracę?
Wraz z rozbrzmieniem tego pytania torba Niny powędrowała na podłogę, poszukiwania klucza zeszły na drugi plan, a sama gospodyni opuszczanego jeszcze przed chwilą mieszkania przysiadła w kącie ciemnej kuchni. Cała była teraz uchem, choć głos z drugiej strony domagał się jej transformacji w język. Cisza okazała się słabym wstępem do odpowiedzi, dlatego Jerzy postanowił rozwinąć swój zamysł. Czuł, że ma Ninę w garści, ale chciał mieć pewność.
- Jeśli to prawda, co o pani mówią w branży, nie ma się nad czym zastanawiać - kontynuował zachęcającym tonem. - Najlepszy pracownik musi realizować się w najlepszej firmie. Tak się składa, że jej właścicielem jestem ja.
- Znam wszystkie firmy w okolicy. A pana jakoś nie kojarzę...
- Bo to, co powszechnie uchodzi za najlepsze, niekoniecznie takim jest. Miejscowe periodyki chełpią się popularnością swoich plebiscytów na najsprawniej zarządzane przedsiębiorstwo, pracodawcę roku, najlepiej rozwinięty konglomerat, a tubylcy przyjmują ich wynik za niepodważalny pewnik. I tak rodzą się legendy Morpoli oraz innych, choć w gruncie rzeczy podobnych, tworów. Tymczasem za kulisami tych pseudorankingów kryje się gorączkowe wysyłanie esemesów przez samych właścicieli, a nawet zmuszanie swoich podwładnych do robienia tego samego. Potem otwieramy gazetę, odczytujemy na pierwszej stronie werdykt rzekomo niezależnej i absolutnie obiektywnej grupy odbiorców wystawionych do rywalizacji usług i...
- ...i zostajemy nabici w butelkę. Tak, wiem, jak to działa. Dlatego też mój telefon nie bierze udziału w tej tragifarsie.
- Czyli myślimy podobnie, droga pani Nino. Zatem pozwolę sobie przedstawić się raz jeszcze. Mam na imię Jerzy. Jestem właścicielem niedawno powstałej fabryki, której siedziba znajduje się w naszej podsłupskiej strefie ekonomicznej. Wciśnięta jest niewidzialnie między dwa ogromne molochy obrabiające rybę. Jednak od kilku miesięcy rozpycha się między nimi łokciami na tyle skutecznie, że ich fundatorzy spoglądają na nią z coraz większym respektem. Zdezorientowani dziennikarze zaglądają do nas przez bramę w poszukiwaniu źródeł nagłego wzrostu naszej pozycji na rynku giełdowym. Przechadzający się niby-przypadkiem włodarze sąsiednich przedsiębiorstw godzinami obserwują zewnętrzne manewry naszych koparek i wózków widłowych. Dziwią ich odwiedzający nas licznie inwestorzy zagraniczni, którzy wypełniają okoliczną ciszę egzotycznymi językami. Patrzą i nie rozumieją. Wiedzą tylko tyle, że zaczynamy podbijać najbardziej oporne rynki krajowe i zagraniczne. Idziemy do przodu jak burza! Nie odnotowują tego żadne rankingi, bo też słabo za naszym sukcesem nadążają.
Próbowała zlokalizować w myślach afirmowane superlatywami Eldorado, ale wszystko wskazywało na to, że i ona nie odnotowała faktu jego pojawienia się w lokalnym wszechświecie. Ostatnio pobliskie firmy częściej zwijały żagle niż rozpościerały skrzydła. Pomyślała, że wstydem będzie wykazanie się ignorancją w zakresie znajomości środkowopomorskiego rynku nowych usług, więc przekierowała swoje pytania na inny front:
- Jakim cudem osiągacie zyski dzisiaj, podczas gdy pozostali w strefie ledwie zarabiają na wypłaty? Jak to możliwe, że osiągacie znaczący sukces w dobie żarłocznego kapitalizmu i monopolu wielkich koncernów produkujących wszystko, co objęte ludzkim zapotrzebowaniem? Wybaczy pan, ale samo sformułowanie tych pytań wydaje się czynić je retorycznymi.
- Nie wierzy mi pani. Wyczuwam ironię na odległość. Tym bardziej cieszę się, że mogę na nią odpowiedzieć. Jeśli spotka się pani ze mną osobiście w celu podpisania umowy o pracę, w ciągu minuty udowodnię, że jesteśmy obecnie najprężniej działającą firmą w mikroregionie dawnego województwa.
- Jest pan magikiem?
- Nie, skutecznym zarządcą wyrosłym z tej samej ziemi, co tamci, mającym po prostu lepszy instynkt do robienia interesów.
- Drwi pan ze mnie, prawda?
- Jedyne, co mnie bawi, to pani programowe niedowierzanie.
- Takie czasy...
- Takie nasze zwyczajowe i utrwalone historycznie nastawienie.
Nie uraził jej, ale poczuła, że uzyskał przewagę w tym słownym ping-pongu. Musiała bronić się atakiem:
- A co tak rewolucyjnego pańska firma produkuje, że udało się jej przechytrzyć korporacyjne rynki?
- Otóż, droga pani Nino, budujemy domy z gliny.
Wyartykułowane ze stoickim spokojem zdanie rozbawiło ją niemal do łez. Jakże naiwny wydał się jej teraz ton głosu nieznanego Jerzego. Jakże mały wydał się jej sam rozmówca!
- Pan żartuje, prawda?! Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku! Ludzie stawiają domy w technologii 3D, a pan sugeruje, że cofa się produkcją do glinianych lepianek i rewolucjonizuje nimi świat.
Drwiący śmiech Niny wypełnił obie słuchawki.
- Wyczuwam, że poziom ironii wzrasta u pani wraz ze zdziwieniem i niedowierzaniem. To dobrze, tym większa będzie pani ochota na współtworzenie tego biznesu. Wątpić jest rzeczą ludzką. Wierzyć nieznajomemu na słowo - niebezpieczną. Liczyłem się z taką reakcją. Ale urodziłem się po to, żeby przekraczać granice zarówno konwenansów, jak i rzeczy niemożliwych. Los mi sprzyja, droga pani Nino. Zanim odłoży pani słuchawkę, proszę zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i wyzwolić się na chwilę z powszechnych mniemań. Istnieją po to, żeby ograniczać wyobraźnię, a w konsekwencji - poczynania człowieka. Za chwilę przekonam panią, że wcale nie żartuję.
Gdyby wiedział, że wykonanie głębokiego oddechu graniczy u niej z cudem, ugryzłby się w język. Postanowiła jednak wykonać nadprogramową próbę. Ku własnemu zdziwieniu odkryła, że jest to możliwe o tej porze roku. Zapał, z jakim przemawiał do niej Jerzy, najwyraźniej zasilił także jej płuca. Kierowana instynktowną wdzięcznością, nie zakończyła rozmowy:
- Do kardiologia i tak już się nie dostanę, bo siedzące w poczekalni kobiety rozerwą mnie na strzępy zanim otworzę oznajmiające spóźnienie usta. Pracę zaczynam za dwie godziny, więc teoretycznie jestem gotowa zamienić z panem parę zdań. Chętnie dowiem się, jak powstają te rzekome cuda.
Poluzowała pod szyją apaszkę, zrzuciła z ramion płaszcz, następnie uniosła kuchenną roletę. Zwykle robiła to dopiero po przyjściu z pracy. Wyłaniający się zza okna świat witał ją ponurą zapowiedzią doskonale znanej zwyczajności. Ciekawsze rzeczy działy się aktualnie po drugiej stronie telefonicznych łączy.
- No, niechże pan opowiada dalej.
- Otóż, droga pani, po kilku latach życia w dużym mieście, w pogoni za pieniędzmi, czasem i nie wiadomo czym, w otoczeniu wszechobecnego konsumpcjonizmu, nabywszy wszystko, co było mi potrzebne do szczęścia, spełniwszy wszystkie swoje materialne pragnienia, postanowiłem zerwać z dotychczasowym trybem życia. Stałem się sobie obcy. Nie miałem marzeń, przyjaciół ani powodu do narzekań. Dysponowałem za to masą bezdusznych przedmiotów, których posiadanie przestało sprawiać mi jakąkolwiek radość. Zrozumiałem, że służę sztucznie napędzanemu systemowi, choć to system powinien służyć mnie. Dusiłem się we własnym ciele, coraz gorzej czułem się w wielkim mieście. Z dnia na dzień rzuciłem korporację i wróciłem do naszego prowincjalnego, ale dzielnie walczącego z kompleksami Słupska. Raz na zawsze pożegnałem aglomeracyjny stres i kompulsywne gromadzenie. Początkowo było mi trudno przystosować się z powrotem do tutejszych warunków bytowych. Podjąłem pracę wartą tyle, co działalność charytatywna. Zarobione pieniądze wystarczały na przedłużenie o miesiąc dostawy prądu i gazu. Ale stopniowo dojrzewałem do minimalizmu. Nauczyłem się recyklingu, ubrania zacząłem kupować w second handach, a warzywa u zaufanego ogrodnika w małej budzie przy markecie. Z ciasnego mieszkania pozbyłem się zbędnych przedmiotów. Nagle okazało się, że nie jest ono takie małe. Wokół mnie zrobiło się przytulnie, swojsko i przestronnie. Zaprzyjaźniłem się z ciszą, która zastąpiła mi gwar galerii handlowych. Zrozumiałem, że byłem samotny w tłumie.
Nina po raz pierwszy uważnie wsłuchiwała się w słowa telefonującego do niej o szóstej trzydzieści człowieka. Wydał się jej niezwykle bliski i autentyczny. Zaczęła wierzyć jego słowom.
- I wtedy przypadkiem natrafiłem na artykuł, w którym autor przekonywał, że gdzieś tam, w innych krajach, żyją ludzie wolni od kapitalistycznej uwięzi i szczęśliwi sami ze sobą. Podobno coraz częściej przenosili się do glinianych domów, hołdując nie tylko naturze, ale i pierwotnej normalności.
- Normalności? A czym jest dzisiaj normalność?!
- Normalność, droga pani, to brak sztucznie wytworzonego skomplikowania. Świat jest w gruncie rzeczy prosty, to ludzie go sobie komplikują. A potem płaczą nad własnym nieszczęściem i rozkładają bezradnie ręce w poszukiwaniu pocieszenia.
- I gliniane domy są w stanie podobne zjawiska powstrzymać? Wybaczy pan, ale to brzmi jak utopijna wizja "szklanych domów" Żeromskiego, z których śmiał się Cezary Baryka, a i sam autor nie pozostawił złudzeń co do ich istnienia. Fikcja musi pozostać w sferze fikcji. Chyba zbyt łatwo ulegamy dziś fascynacji nieograniczonymi możliwościami nauki i umysłu ludzkiego. Szczęścia nie można ani zbudować, ani ulepić.
- Ale trzeba próbować je skonstruować według własnych wyobrażeń, nie czekać na gotową instalację. Często dla architekta największą radością jest sam projekt, bo stanowi odzwierciedlenie układu wnętrza duszy. W niej kryje się stwórczy porządek mikroświata jednostki. Lubimy lepić go z własnej gliny. Wtedy świat i my to jedno! Ja doszedłem do wniosku, że prócz gliny do szczęścia wystarczy mi słoma i drewno. Im prościej, tym bliżej prawdy. Bezduszne cegły budują ogromny mur między człowiekiem a jego przestrzenią. Według mitologii, człowieka ulepiono właśnie z gliny pomieszanej ze łzami. Dlaczego nie ulepić mu z niej także domu?
- Nigdy nie myślałam o architekturze w ten sposób.
- Podobnie jak ja. Do momentu, w którym udusiłem się w zimnych wielkomiejskich molochach.
- Faktycznie, glina, słoma i drewno to produkty łatwo dostępne, tanie i przyjazne.
- A nade wszystko - naturalne, droga pani Nino. Co nie znaczy, że starodawne. Proponowane przez moją firmę projekty w żaden sposób nie przypominają dawnych tradycyjnych lepianek. Ja jestem człowiekiem postępowym, uszytym na miarę dwudziestego pierwszego wieku! Zakotwiczyłem w tradycji tylko po to, by wprowadzić ją w gościnne progi nowoczesności. Kreujemy i produkujemy nowoczesne energooszczędne przestrzenie niezawierające toksycznych oraz szkodliwych dla zdrowia substancji. Mają one jeszcze jedną cenną zaletę. Materiały używane do ich produkcji są mało przetworzone, a odpady z budowy wracają do natury, nie zanieczyszczając środowiska. Po zakończonej eksploatacji domu budulec może zostać przetworzony lub w krótkim czasie rozłożyć się w ziemi. W ten sposób śmierć staje się ponownymi narodzinami - jak w odwiecznym cyklu natury. Czy to nie jest genialne?
- Na pierwszy rzut oka może i jest, ale dostrzegam pewną słabość pańskiego systemu. Skoro wspomniane składniki budulcowe szybko wracają do łona Matki Natury, to co dzieje się z samymi domami? Nie mogą one stanowić solidnej konstrukcji. Proszę wybaczyć, ale sam pan podważył przed chwilą ich trwałość.
- Otóż, droga pani Nino, myli się pani. Architekci to jednak genialne stworzenia. W Niemczech stoją gliniane domy, które mają ponad siedemset lat. Ząb czasu nie potrafi ich nadgryźć. Wystarczy technikę gliny układanej ręcznie połączyć z innymi, na przykład z metodą dodawania słomianych beli. Okazuje się to ponadczasowym rozwiązaniem!
- Czyli domy te nie są niczym nowym ani odkrywczym? To dlaczego nie zwojowały jeszcze świata? Dlaczego przegrały z tak pogardzaną przez pana cegłą?
- A kto powiedział, że przegrały? Od wieków towarzyszą ludzkości we wszystkich kulturach świata. Ale w tych kulturach, w których najważniejszy jest myślący o przyszłości swojej planety człowiek. Pierwotna metoda budowania spotykana jest do dziś w krajach Afryki, natomiast w krajach o wysokiej kulturze ekologicznej technika ta doczekała się bardziej zmodernizowanej wersji. Europa upomina się o gliniane domy coraz częściej, jednak oddychający pieniądzem kapitaliści skutecznie blokują ich rozwój. Wolą tańsze, tradycyjne rozwiązania. One zapewniają im dający się zaplanować zysk. A chęć zysku jest dziś silniejszym afrodyzjakiem niż jakość życia człowieka.
- I pan to zmieni?
- Przynajmniej spróbuję stworzyć ambitną alternatywę. Kto wie, co za kilka lat wybierze świat.
- Melodia niepewnej przyszłości...
- Niekoniecznie, pewne zjawiska łatwo przewidzieć. Zobaczy pani, że w dobie wzrastającej konieczności ochrony środowiska i kryzysu ekonomicznego zwojujemy rynki wszystkich nowoczesnych państw! Ludzie zaczną myśleć, nie tylko kalkulować. A potem sami będą pukać do naszych drzwi. Jestem tego pewien. Wtedy wyjdziemy im naprzeciw i z powitalnym uśmiechem powiemy: Witamy w równoległym świecie! W świecie, w którym nie produkujemy kolosów na glinianych nogach, ale z gliny lepimy mądrą i stabilną przyszłość!
- Życzę panu tego z całego serca. Szkoda by było ponieść porażkę, wykazując tak idealistyczne zaangażowanie.
- Idealistyczne? Droga pani Nino - interesują mnie tylko rozwiązania praktyczne!
- To dlaczego Polska nie poszła tą drogą? Przecież nie brakuje u nas proekologicznych idealistów. Wiele razy byliśmy prekursorami podobnych idei.
- Widzi pani, w pewnym sensie byliśmy prekursorami. Pod koniec lat pięćdziesiątych uruchomiono w naszym kraju nowoczesne budownictwo z gliny niepalonej. Ale trzeba było zakończyć wielkie inwestycje planu sześcioletniego dla przemysłu ciężkiego. Przy hucie imienia Lenina powstała cementownia, a wraz z nią nagromadziły się olbrzymie ilości hutniczego żużla i taniego cementu. Coś trzeba było z nimi zrobić. Polityka państwa zmieniła się wówczas radykalnie. W Polsce nastała era żużlobetonów, a o budowaniu z gliny zapomniano.
- I teraz sobie przypomniano?
- Nie, nie, droga pani, pamiętano cały czas. Nigdy nie przerwano zaawansowanych prac naukowo-badawczych. Wypracowano nawet zbiór norm dla budownictwa glinianego, a niewiele krajów go posiada.
- Ciekawe, cisi prawie pionierzy. Jakież to typowe dla Polaków.
- Owszem, tu się z panią zgodzę. W 2009 roku zaczęła obowiązywać u nas unijna dyrektywa w sprawie charakterystyki energetycznej budynków. Każdy nowo powstały budynek musiał posiadać świadectwo potwierdzające jego klasę energetyczną. A to dla mnie i dla mojej firmy kluczowa wiadomość.
- Jeśli tak, to muszę przyznać, że faktycznie potrafi pan prześcignąć rzeczywistość.
- To najważniejsza umiejętność w moim zawodzie. Projektować i przewidywać!
- I tworzyć projekcje.
- Nie inaczej, droga pani Nino.
- Ale ta glina... Jej pierwotna symbolika nie daje mi spokoju. Chce pan znów uczynić z ludzi jaskiniowców? Przecież jeśli powie pan pierwszemu z rzędu biznesmenowi, żeby zamieszkał w domu z gliny, pomyśli, że drwi pan z niego i z jego stanu posiadania.
- Rzeczywiście, dawniej budowanie z gliny kojarzyło się z sytuacją biedy, na szczęście powoli staje się synonimem bogactwa i postępowości. To wartości, których głodni są dziś wspomniani przez panią biznesmeni. Trzeba wiedzieć, jak pomysł sprzedać. Tak się składa, że przez lata kontaktu ze środowiskiem kastowych wybrańców doskonale poznałem metody skutecznego ich łechtania. Są one jeszcze prostsze niż składniki moich domów.