Więcej gazu, Kameraden - Krystian Piwowarski

-
Proszę czekać

Kobiety na łące i ja

Na­gie ko­bie­ty. Wie­le na­gich, od­da­nych mi ko­biet. Świe­ci słoń­ce i jest go­rą­co, pot spły­wa mi po twa­rzy; czu­ję jego sło­no-gorz­ki smak. Bóg roz­piął błę­kit­ne nie­bo, rzu­cił garść chmur i ka­zał im pęcz­nieć jak brzu­chom ko­biet, któ­re zgro­ma­dził w dole, by były mi po­słusz­ne, co­kol­wiek z nimi uczy­nię. To nie jest sen, choć śni­łem już ta­kie ob­ra­zy; wi­dzia­łem w nich moje ciot­ki, ku­zyn­ki, ko­le­żan­ki ze szko­ły, obce dziew­czy­ny. Bu­dzi­łem się oszo­ło­mio­ny, bo­lał na­prę­żo­ny czło­nek. Przy­glą­dam się uważ­nie i kry­tycz­nie. Me­to­da po­stę­po­wa­nia jest nie­zmien­na od dnia, kie­dy sta­ną­łem na­prze­ciw­ko mo­ich pierw­szych na­gich ko­biet: naj­pierw pa­trzę w oczy, to spoj­rze­nie jest szyb­kie, po­tem pod brzu­chy, bo tam są kę­dzie­rza­we wło­sy. Wło­sy czar­ne, ja­sne, brą­zo­we, a cza­sem rude, pra­wie czer­wo­ne. Ko­bie­ty za­sła­nia­ją je dło­nią, dru­gą ręką za­sła­nia­ją pier­si. Wsty­dzą się nas, ob­cych. Męż­czyzn przy żół­tym na­sy­pie, cze­ka­ją­cych na swo­ją ko­lej, też się wsty­dzą. Mę­żów, oj­ców, sy­nów, bra­ci, na­rze­czo­nych. Męż­czyź­ni są spo­koj­ni. Sta­rych ko­biet nie ka­dru­ję; prze­klę­te wiedź­my z krzy­czą­cy­mi ocza­mi. Wy­da­je się dziw­ne, żeby oczy krzy­cza­ły, ale tak jest; krzyk oczu jest nie do wy­trzy­ma­nia, dla­te­go od­wra­cam gło­wę. Wy­obra­żam so­bie, że tak mu­sie­li krzy­czeć ob­dzie­ra­ni ze skó­ry, ła­ma­ni ko­łem albo roz­ry­wa­ni koń­mi. Nie chciał­bym żyć w tam­tych bar­ba­rzyń­skich cza­sach.

Dziew­czy­nom nie ro­sną pod brzu­chem ta­kie gę­ste wło­sy, jak ko­bie­tom doj­rza­łym, pod trzy­dziest­kę i da­lej. Małe dziew­czyn­ki w ogó­le nic tam nie mają. Jak lal­ki mo­jej sio­stry. Na cip­kach pio­no­we kre­secz­ki. Wia­do­mo, co ozna­cza­ją, co tam się kry­je. Kie­dyś wsa­dzi­łem pa­lec; nie chciał wejść głę­biej, dziu­ra była zim­na i za­mknię­ta. Dla­te­go. Gdy­bym się zde­cy­do­wał wie­czo­rem, na świe­żo, nie by­ło­by pro­ble­mu, ale po­sze­dłem nad ra­nem, a noc była chłod­na i na brzu­chu dziew­czyn­ki le­ża­ła rosa.

Po­mi­jam tak­że męż­czyzn; tym ele­men­tem kra­jo­bra­zu w ogó­le się nie in­te­re­su­ję. Nikt z na­szych nie po­świę­ca im uwa­gi. Tra­fia­ją się przy­stoj­ni fa­ce­ci w ty­pie fil­mo­wym. Sau­lis się wście­ka, że z taką uro­dą te świ­nie kra­dły nam naj­pięk­niej­sze ko­bie­ty. Albo sta­je przed nami, sę­dzia­mi, taki, co mu wisi po­rząd­ny ka­wał wur­stu. Wte­dy każ­dy po­rów­nu­je w my­ślach swo­ją nędz­ną ku­ta­si­nę z tym oka­zem. Czu­je­my im­pul­sy elek­trycz­ne na cie­le i go­rycz w ustach. Krzy­czą­ca nie­spra­wie­dli­wość do­ma­ga się za­dość­uczy­nie­nia.

Wie­czo­ra­mi my­ślę o wy­bra­nej dziew­czy­nie dnia, wy­obra­żam so­bie, że leżę z nią w łóż­ku. Sta­je mi i mu­szę so­bie ulżyć pod sza­rym ko­cem. Żar­tu­je­my je­den z dru­gie­go, a w du­chu je­ste­śmy po­waż­ni. Noce roz­brzmie­wa­ją na­szym stę­ka­niem i skrzy­pie­niem sprę­żyn, a oczy po­wle­ka­ją się łu­ska­mi drżą­cych po­wiek. Koce kle­ją się i śmier­dzą, tyle do­bre­go na­sie­nia z nas wy­pły­wa, nie­wy­ko­rzy­sta­nych moż­li­wo­ści. Szko­da, że ro­bo­ta idzie tak szyb­ko. Po­win­no się ro­bić prze­rwę na roz­ryw­kę i w taki dzień jak ten pójść z dziew­czę­ta­mi do lasu, na po­lan­kę i tam, w tra­wach, w kwia­tach i zio­łach, na­sy­cić się nimi do utra­ty tchu, mieć je po ty­siąc razy, po­siąść całą ich ko­bie­cość, do sa­mej ko­ści, żeby po­tem móc roz­stać się bez żalu, z prze­świad­cze­niem, że wy­rzu­ca się zu­ży­tą rzecz. Tym­cza­sem mamy trzy­mać fa­son i z tymi dziew­czę­ta­mi się nie za­da­wać. Taka jest ra­cja sta­nu, jak nam wy­ło­ży­li na szko­le­niu po­li­tycz­nym, ale ra­cja sta­nu i każ­da inna ra­cja prze­gry­wa z ład­ny­mi ko­bie­ta­mi w na­szych my­ślach i uczyn­kach nocą. Tra­fia­ją się ślicz­not­ki. Uwa­żam, że na­szym dziew­czę­tom do nich da­le­ko. Do­wód? Dłu­gie nogi. I cy­cu­sie tak zu­chwa­le ster­czą, jak­by się wy­ry­wa­ły i na­pra­sza­ły: Gnieć nas, Rolf, liż nas, bierz w usta bro­daw­kę! Baw się nami, bo my bar­dzo lu­bi­my, kie­dy męż­czyź­ni ba­wią się nami! Kie­dy mło­de bie­gną na miej­sce, to im te cu­dow­no­ści pod­ska­ku­ją, jak­by na sprę­ży­nach. Po­wie­dzia­łem Sau­li­so­wi, że po­win­no się wy­brać mło­de cia­ła, po­wiedz­my same dzie­wi­ce, i dać nam na cały dzień. Sau­lis uwa­ża, że je­stem ma­rzy­cie­lem, a mnie idzie tyl­ko o nie­po­trzeb­ne mar­no­traw­stwo. Ni­ko­mu nie ubę­dzie. Moż­na to ja­koś zor­ga­ni­zo­wać, nie? Odro­bi­na do­brej woli, Sau­lis, świat się od tego nie za­wa­li. Sau­lis na to, że przez ta­kie ga­da­nie skoń­czy się wy­god­na ro­bo­ta na ty­łach i pój­dzie­my na pierw­szą li­nię.

Dziew­czy­na pa­trzy na mnie za­chę­ca­ją­co. Uśmie­cha się i do­ty­ka pier­si, lecz nie po to, żeby je ukryć. Pięk­na. Ja­sne wło­sy i nie­bie­skie oczy. I za­dar­ty no­sek. My­ślę, że to może ja­kaś po­mył­ka. Py­tam Sau­li­sa, bo ona wy­glą­da mi na Bia­ło­ru­sin­kę.

- Nie pod­pa­laj się. Tra­fia się ta­kich kil­ka­dzie­siąt dzien­nie - od­po­wia­da Sau­lis, sta­ry wy­ja­dacz. - Gdy­by było coś nie tak, ja­kieś pro­ble­my z iden­ty­fi­ka­cją, to­by­śmy wie­dzie­li. Nie myśl jak urzęd­nik, Rol­fi. Oni są róż­ni. Czę­sto ro­bią nas w ko­nia. Zwłasz­cza ko­bie­ty.

Mówi, że na ty­siąc bru­ne­tek wy­pa­da na­wet set­ka blon­dy­nek. Tego nikt nie li­czy, waż­na jest suma ogól­na, któ­ra świad­czy o na­szej wy­daj­no­ści.

- Sze­fie! - krzy­czy Sau­lis. - Ile już dzi­siaj?!

Śmie­je się na boku, że blon­di na mnie leci. Fak­tycz­nie, dziew­czy­na gła­dzi się po udzie i bła­ga nie­bie­ski­mi ocza­mi, że­bym ją wy­brał, a już tam jej cia­ło od­pła­ci mi ule­gło­ścią i piesz­czo­tą. Chciał­bym, ale nie mogę. Prę­dzej słoń­ce zga­śnie, zie­mia się za­pad­nie, spad­ną mar­twe pta­ki. Nie dzi­wi mnie, że wpa­dłem jej w oko. Je­stem wy­so­ki i sil­ny, oczy sza­re, mę­ska twarz o zde­cy­do­wa­nym wy­ra­zie. Rę­ka­wy blu­zy mam pod­wi­nię­te i moje opa­lo­ne mu­sku­lar­ne przed­ra­mio­na nie­źle się pre­zen­tu­ją. Nie od­po­wia­dam na za­czep­ki nie­bie­sko­okiej, więc ona pró­bu­je z Sau­li­sem. Sau­lis jest moim prze­ci­wień­stwem: ni­ski, tęgi i już ły­sie­je. Nie po­do­ba się dziew­czy­nom. Tym­cza­sem ona bez­wstyd­nie uśmie­cha się do Sau­li­sa i to mnie moc­no gnie­wa. Zdraj­czy­ni, my­ślę. Ob­łud­ni­ca.

W moje wą­skie pole wi­dze­nia - wi­dzę, jak­bym fo­to­gra­fo­wał, sku­piam się na obiek­cie - wcho­dzi dzie­ciak i ła­pie rękę blon­di. Za­wsze, jak przy­kła­dam oko, przy­po­mi­nam so­bie, że le­d­wie mie­siąc temu by­łem w Al­pach i ro­bi­łem ko­zi­com zdję­cia. Le­icą ojca. Za­raz też przy­cho­dzi mę­czą­ca myśl, że oj­ciec był­by zgor­szo­ny, gdy­by wie­dział, że oglą­dam na­gie ko­bie­ty. Twier­dzi, że mam czas na "draż­li­we spra­wy płci", jak je na­zy­wa. Naj­pierw po­wi­nie­nem dać coś oj­czyź­nie, a po­tem ko­bie­cie. Daję li­try sper­my i co? Co oj­czyź­nie po mo­jej sper­mie? Nic, tyl­ko na tym tra­ci, bo wa­le­nie ko­nia osła­bia za­pał bi­tew­ny, wpra­wia w stan roz­ma­rze­nia, a prze­cież mamy de­mon­stro­wać kły i pa­zu­ry. Więk­szy był­by po­ży­tek z tych ty­się­cy ob­cych, przez nas za­płod­nio­nych ko­biet. Ro­bię zdję­cia chło­pa­kom, któ­re oni wy­sy­ła­ją do ro­dzi­ców, na­rze­czo­nym i żo­nom; mam dużo za­mó­wień, bo na mo­ich fo­to­gra­fiach każ­dy wy­cho­dzi bo­ha­ter­sko, na­wet po­kra­ka Sau­lis z kró­li­czy­mi zę­ba­mi. Ja nie mam dziew­czy­ny. Nie za­ko­cha­łem się jesz­cze i nie mam komu wy­sy­łać zdjęć.

Przy­pa­tru­ję się dziec­ku ci­sną­ce­mu się do nóg blon­dyn­ki. Brat? Może. Dziec­ko? Ona le­d­wo roz­kwi­tła, nie może być mat­ką; bla­dy brzu­szek pła­ski, tro­chę na­wet jak­by za­pad­nię­ty, i te ró­żo­we pącz­ki, twar­de, mię­si­ste, z czer­wo­ny­mi bro­daw­ka­mi. Jezu, na­praw­dę cudo z niej! Sau­lis pyta, w co po­ca­łu­ję blon­di.

- W cy­cek - od­po­wia­dam.

- W któ­ry?

- W pra­wy.

- Jej pra­wy czy twój?

- Jej lewy. A ty swo­ją? - py­tam Sau­li­sa.

- W cip­kas.

Ja na to, że za ni­sko.

- Ale - mówi Sau­lis - w cip­kas to jak­bym ją na­praw­dę ze­rżnął.

Uśmie­cham się z po­li­to­wa­niem: masz po­my­sły, dro­gi Sau­li­sie.

- Ty­siąc dwie­ście sie­dem­na­ście!

To mówi Zyg­fryd, nasz szef, co po­wo­du­je, że zno­wu czu­ję w po­wie­trzu za­pach że­la­za, jak przed chwi­lą czu­łem woń każ­dej z ty­sią­ca dwu­stu sie­dem­na­stu na­gich ko­biet. Zyg­fryd ude­rza mnie w ra­mię, pyta:

- Idziesz na za­ba­wę?

- Będą dziew­czy­ny?

- Będą, ośle. Tych ci nie wy­star­czy? - Zyg­fryd pusz­cza oko do Sau­li­sa.

Sau­lis chi­cho­cze. Zyg­fryd spo­glą­da w nie­bo.

- Bę­dzie bu­rza - mówi - i cho­ler­ne bło­to. Upie­przy­my się po ko­la­na, a buty trze­ba czy­ścić sa­dzą i ło­jem, bo w ma­ga­zy­nie brak pa­sty.

- Ktoś krad­nie - za­uwa­ża Sau­lis.

- Moż­li­we - go­dzi się Zyg­fryd. - Tyl­ko po co komu tyle pa­sty?

- Czar­ny ry­nek.

Zer­kam na blon­di. Chu­dy Zyg­fryd też musi być pod wra­że­niem, bo mówi, że szko­da. Ja i Sau­lis ki­wa­my gło­wa­mi. Zyg­fryd prze­cho­dzi da­lej, za­mie­nia sło­wa z chło­pa­ka­mi, po­cie­sza, do­da­je sił: jesz­cze tyl­ko osiem­dzie­siąt trzy sztu­ki i za­my­ka­my ra­chu­nek. Po­wie­dział mi na sa­mym po­cząt­ku, że przy­po­mi­nam mu jego młod­sze­go bra­ta Alo­isa. Ale może to wy­my­ślił, żeby się do mnie zbli­żyć. Po co? Cze­go bę­dzie chciał ode mnie? Tak czy owak, mogę li­czyć na jego po­par­cie. A Sau­lis przy oka­zji.

Ja so­bie nie wy­bra­łem tej dziew­czy­ny; przy­pa­dek, że sta­nę­ła aku­rat na­prze­ciw­ko mnie. Wie­le razy sta­wa­łem na­prze­ciw dziew­cząt; na świa­tłach, pod­czas prze­cho­dze­nia przez uli­cę, w skle­pie, na chod­ni­ku, kie­dy wy­cho­dzi­łem zza rogu, w dro­dze do szko­ły, kie­dy na przy­stan­ku wy­ska­ki­wa­łem z ja­dą­ce­go tram­wa­ju wprost na pier­si dziew­cząt i mło­dych ko­biet, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, jak­bym ska­kał w ła­god­ną prze­paść. Mam­ro­ta­łem prze­pro­si­ny i czer­wie­ni­łem się, a w domu usi­ło­wa­łem przy­po­mnieć so­bie, jak pach­nia­ły i co czu­łem, kie­dy do­ty­ka­łem ich pier­si.

Blon­di nie prze­su­nie się ani w lewo, ani w pra­wo, bo inne sto­ją cia­sno, bio­dro w bio­dro. Ten dzie­ciak to jest nad­pro­gram. Nie chciał cze­kać i sam się we­pchnął. Jak to dzie­ciak. Blon­di wska­zu­je na mal­ca, po­ru­sza usta­mi. Może coś mówi, ale ja nie sły­szę. Na­wet gdy­bym usły­szał, to nic nie zro­zu­miem. A na­wet jak­bym zro­zu­miał, to co z tego? Naj­le­piej bez słów. Bez krzy­ków. Bez pła­czu.

Po­ka­zu­ję, żeby wzię­ła ma­łe­go na ręce. Ple­cy dziec­ka za­sła­nia­ją pięk­ne pier­si z bro­daw­ka­mi ża­rzą­cy­mi się jak wę­giel­ki. Trud­no, nie moż­na mieć wszyst­kie­go. Le­piej nie bę­dzie. Ona ro­zu­mie i dzię­ku­je mi ocza­mi. Mały od­wra­ca się, a dziew­czy­na przy­ci­ska jego bu­zię do smu­kłej szyi, nie po­zwa­la mu się od­wró­cić ani nie po­zwa­la mu pa­trzeć na to, co jest za nią.

- Wi­dzia­łeś? - Sau­lis po­ka­zu­je tęgą dziew­czy­nę obok mo­jej.

- Co?

- Ze­sra­ła się!

Sau­lis marsz­czy nos, pa­trzy z od­ra­zą.

- By­dło - mówi.

Te­raz wi­dzę, że brzy­du­la stoi ty­łem do nas, pa­trzy w dół, a po no­gach ciek­nie jej rzad­ki kał; wy­pły­wa spo­mię­dzy bia­łych po­ślad­ków. Tego mo­gła nam oszczę­dzić! Do koń­ca dnia będę miał przed ocza­mi wstręt­ny wi­dok usma­ro­wa­nej gów­nem ko­bie­ty, a to się nie go­dzi, to jak­by... sam nie wiem... to jest ja­koś sprzecz­ne z na­tu­rą, ze słoń­cem, z żół­ty­mi, nie­bie­ski­mi i bia­ły­mi kwiat­ka­mi, któ­re ro­sną wo­kół nas.

- Po co się od­wra­ca­ła? - rzu­ca Sau­lis, rów­nie za­wie­dzio­ny.

- Ona jest ty­siąc dwie­ście trzy­dzie­sta trze­cia - li­czę wy­cią­gnię­tym pal­cem.

- Co? - pyta Sau­lis złym gło­sem. - Dla­cze­go to mó­wisz?

- Pod­su­mo­wu­ję.

- Po co?

- Tak so­bie. Po nic.

- Świ­nia. - Sau­lis za­ci­ska szczę­ki. - Nie umie się za­cho­wać. Wi­dzisz? Nie umie się za­cho­wać!

Blon­di jed­ną ręką przy­ci­ska dziec­ko, dru­gą ła­pie po­sra­ną za kark i siłą od­wra­ca, mówi coś do niej. Pod­brzu­sze tłu­ściosz­ki za­ro­śnię­te aż po pę­pek czar­ny­mi kła­ka­mi, nogi krót­kie. Brzy­du­la za­czy­na wrzesz­czeć, wła­ści­wie to wyje, uno­si twarz i wyje, pod­no­si ręce i po­trzą­sa nimi. Gro­zi. Nie nam, bo na nas nie pa­trzy, na dwu­dzie­stu zmę­czo­nych, spo­co­nych chło­pa­ków. Zyg­fryd do­kądś bie­gnie.

Na ze­gar­ku za sie­dem pią­ta. Je­ste­śmy tu od szó­stej rano. Sto­py pa­rzą, w ra­mio­na i ple­cy wszedł rwą­cy ból. Oj­ciec mówi, że pra­ca na po­wie­trzu jest zdro­wa, po­bu­dza ape­tyt. Pod wa­run­kiem że sto­isz z wia­trem. Czy­li nie tu­taj i nie te­raz. Na obiad do­sta­li­śmy po pół kury i ćwiart­ce wód­ki. Na­żar­łem się do roz­pu­ku, a te­raz zno­wu czu­ję głód.

- Sau­lis - py­tam - co na ko­la­cję?

- Ja­jecz­ka.

- Zno­wu?

- Ale praw­dzi­we.

- Skąd?

- Baby z wio­ski przy­nio­sły. Od­wdzię­czy­ły się. Po­rząd­ne baby.

Kie­dy roz­ma­wiam z Sau­li­sem, twarz mam od­wró­co­ną, a kie­dy zno­wu pa­trzę przed sie­bie, wi­dzę w sze­re­gu ko­biet wy­rwę po gru­ba­sce; stoi w niej Zyg­fryd, wy­chy­lo­ny w tył. A te­raz bie­gnie sko­sem na po­czą­tek sze­re­gu chło­pa­ków, spo­glą­da na ze­ga­rek, ocie­ra pot z czo­ła. A moja blon­di robi coś ta­kie­go, że wsu­wa rękę w tę wą­ską pust­kę w kra­jo­bra­zie let­niej łąki z ko­bie­ta­mi i mną i chwy­ta dłoń, któ­rej tam już nie ma. Żad­na nie krzy­czy. Do­brze, że po­go­dzi­ła się z lo­sem. Jest mą­dra. Te ko­bie­ty, jak za­uwa­ży­łem, nie sprze­ci­wia­ją się woli Boga. Cza­sem w ostat­niej chwi­li wa­riu­ją, ale nie uwa­żam, żeby mu bluź­ni­ły. Po pro­stu ogar­nia je sza­leń­stwo.

Sły­szę za sobą sil­nik opla blit­za peł­zną­ce­go cięż­ko przez pia­ski z nową do­sta­wą.

- Tu­taj za nad­go­dzi­ny nie pła­cą - mru­czy Sau­lis. - Or­ga­ni­za­cja do du­pas. Ty­dzień ha­ru­jesz jak wo­łas, a na­stęp­ny gni­jesz bez­czyn­nie albo cię wożą na głu­pie ak­cje.

Szu­kam wzro­kiem Zyg­fry­da, spo­glą­dam z wy­rzu­tem. Zyg­fryd uśmie­cha się prze­pra­sza­ją­co, roz­kła­da ręce.

- Kur­was, po za­ba­wie i dziew­czyn­kach! - klnie Sau­lis, a ja mu od­po­wia­dam, że ta­kie jest ży­cie.

- Ciesz się chwi­lą, Sau­li­sie - do­da­ję. - Ciesz się, że nie pada.

Z po­cząt­ku to, co się dzie­je, ja­koś do mnie nie tra­fia; wbrew wła­snym sło­wom je­stem znie­chę­co­ny, przy­my­kam oczy, my­śli mam za­ję­te łóż­kiem i mięk­ko­ścią jej cia­ła.

- Rol­fas! - Sau­lis się śmie­je. - Rol­fas! Dziew­czy­na ci ucie­ka!

Sto­ję jak ko­łek, wi­dzę wą­skie ple­cy, roz­wia­ne wło­sy i mlecz­ną pupę. Piesz­czę ją w my­ślach; pach­nie słod­ko i jest gła­dziut­ka jak ak­sa­mit. I za­miast wy­ka­dro­wać syl­wet­kę bie­gną­cej, wy­dzie­lić ostrym kon­tu­rem z kra­jo­bra­zu, za­cho­wać się jak fo­to­graf, po­zwa­lam opaść po­wie­kom, te­raz przed ocza­mi in­nych chro­ni nas cień lasu i nikt nie wi­dzi, że bie­gnę za nią, ra­do­sny, szczę­śli­wy, i śmie­je­my się obo­je.

- Rolf, co ty ro­bisz! - sły­szę od­le­gły krzyk Zyg­fry­da.

Zyg­fryd mie­rzy z pi­sto­le­tu.

- Nic, nic - od­po­wia­dam. Jesz­cze mam usta roz­cią­gnię­te w uśmie­chu, kadr z ko­bie­ta­mi jest pu­sty, one już są w dole, za­wi­nię­te w czer­wo­ną bło­nę, tyl­ko moja blon­di oży­wia kra­jo­braz, wdra­pu­je się na skar­pę, wy­pi­na na nas wszyst­kich pupę, wszyst­kich nas rów­no nią ob­dzie­la, wy­rzu­ca w przód rękę, prze­bie­ra no­ga­mi, za­pa­da się w pia­sek, zsu­wa, opa­da na ko­la­na i zno­wu się pod­ry­wa i wy­pi­na pupę, po­ru­sza się z wiel­kim tru­dem, bo przy­ci­ska do pier­si dziec­ko, a ono obej­mu­je ją rę­ka­mi i no­ga­mi jak małp­ka.

- Rol­fas! Opa­mię­taj się! - Sau­lis ude­rza mnie w twarz. - Ona uciek­nie!

- Nie - od­po­wia­dam. - Nie uciek­nie.

Nie­śpiesz­nie uno­szę ka­ra­bin, da­jąc Zyg­fry­do­wi i chło­pa­kom - a może i tam­tym oj­com i mę­żom, sy­nom i bra­ciom - znać, że to tyl­ko za­ba­wa, pew­ne drob­ne od­stęp­stwo od pro­ce­du­ry, po­zwól­my dziew­czy­nie jesz­cze chwi­lę ucie­kać.

W książ­ce wy­ko­rzy­sta­no frag­men­ty utwo­rów:

Co dzie­ci wi­dzia­ły w dro­dze Ma­rii Ko­nop­nic­kiej (roz­dział "La­lu­nia i elf"), Lili Mar­le­en Han­sa Lepa w prze­kła­dzie Woj­cie­cha Mły­nar­skie­go ("Po­ran­ki Herz­ber­ga") i Fuga śmier­ci Pau­la Ce­la­na w prze­kła­dzie Jac­ka Fil­ka ("Im­pe­ra­tyw pa­mię­ta­nia").

 

 

Re­dak­tor se­rii: Da­riusz So­śnic­ki

 

Re­dak­cja: Jan Koź­biel

Ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta De­nys, Ju­sty­na Że­brow­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na: Anna Ga­jew­ska

 

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Ja­cek Szew­czyk na pod­sta­wie kon­cep­cji gra­ficz­nej se­rii Ma­cie­ja Sa­dow­skie­go

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki: ? Ste­phen Mul­ca­hey / Ar­can­gel Ima­ges

Fo­to­gra­fia au­to­ra: ? Iwo­na Paw­licz­ka

 

Skład i ła­ma­nie: Tekst - Mał­go­rza­ta Krzy­wic­ka

Żół­kiew­skie­go 7a, Pia­secz­no

 

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-386 War­sza­wa, ul. Usy­pi­sko­wa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

 

ISBN 978-83-7747-428-0

 

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Brzuch, który się trząsł

- Jak się trzę­sie wiel­ki brzuch, to z nim cały świat - po­wie­dział An­dre­as.

An­dre­as śmie­ją­cy się. An­dre­as na da­chu.

- Dziw, dziw - mó­wił My­ko­ła i drep­tał w kół­ko. Po­chy­lał się nad ko­mi­nem, za­glą­dał do środ­ka przez za­po­co­ne szkieł­ka, mó­wił gło­śno: - Tuk­tuk! Tuk­tuk! - przy­kła­dał ucho, na­słu­chi­wał i zno­wu: - Tuk­tuk! Tuk­tuk!

Do uszu My­ko­ły wpa­dło dud­nie­nie. A wy­do­sta­ło się ono nie z dołu, jak się spo­dzie­wał, ale z boku, spod gumy na twa­rzy An­dre­asa.

- Co być? - My­ko­ła uniósł brwi.

An­dre­as po­krę­cił gło­wą, że nic. Wes­tchnął de­mon­stra­cyj­nie. Po­ka­zał na ko­min i na My­ko­łę, po­tem na ze­ga­rek na sze­ro­kim, wło­cha­tym prze­gu­bie. Pięk­ny ze­ga­rek!

- Tak, szef - za­bu­czał My­ko­ła pod swo­ją gumą. - Aj­mo­men­bi­te.

Szur­nął bu­tem krysz­ta­ły, któ­re roz­sy­pał. An­dre­as naj­pierw po­gro­ził pal­cem, co mia­ło zna­czyć: Nie przy­kła­dasz się do na­uki, po­tem stuk­nął się w czo­ło: Nie wy­cią­gasz wnio­sków, a na ko­niec wska­zał dwo­ma pal­ca­mi na swo­je oczy, co mia­ło zna­czyć: Nie rób ze mnie dur­nia, wszyst­ko wi­dzia­łem.

My­ko­ła ze­sko­czył pierw­szy. Pod­sta­wił drew­nia­ne schod­ki, któ­re sam zro­bił, a to dla­te­go, że kie­dy An­dre­as ze­ska­ki­wał, to ska­kał rów­nież jego brzuch, a to już było nie­przy­jem­ne i głu­pio wy­glą­da­ło. My­ko­ła nie lu­bił, kie­dy An­dre­as tra­cił do­stoj­ny wy­gląd.

- Masz, po­nie­siesz. - An­dre­as od­dał chło­pa­ko­wi sprzęt, otarł twarz z potu kra­cia­stą chust­ką, wy­tarł dło­nie. - Mu­sisz stać z wia­trem, syn­ku, ka­pu­jesz?

- Ty mó­wić - po­pro­sił My­ko­ła.

Po­czę­sto­wał An­dre­asa pa­pie­ro­sem. Trzy­mał je w tom­ba­ko­wej pa­pie­ro­śni­cy z mo­no­gra­mem. Sam też za­pa­lił.

- By­łem w ki­nie - po­wie­dział An­dre­as.

- Po co?

- Głu­pi je­steś.

- Co?

An­dre­as przy­glą­dał się kry­tycz­nie My­ko­le: ja­sne, we­so­łe oczy, nos jak gu­zik, czasz­ka wy­go­lo­na do skó­ry, uszy jak pie­ro­gi; My­ko­ła wy­glą­dał nie­po­waż­nie.

- Ale z cie­bie szcze­niak. Otwie­rasz i wsy­pu­jesz. Ko­niec.

- Co?

- Sły­szysz?

- Co?

- Psz­czo­ły.

My­ko­ła spoj­rzał w górę.

- Tu. - An­dre­as po­ka­zał na dach.

- Cze­mu pczo­ły?

- Nie wiem. Bzzzz! Sły­szysz?

- Nie.

An­dre­as prze­wró­cił ocza­mi; on sły­szał. Ale to nie wszyst­ko - rój brzę­czał od­mien­nie, upar­cie, rój był nie­spo­koj­ny.

- Pusz­ka być pu­sta?

- Pu­sta. Wszyt­ko. - My­ko­ła ude­rzył się pię­ścią w pierś. - Być. Na Chry­sta Zba­wi­cie­la. - Prze­że­gnał się.

An­dre­as po­ło­żył dłoń na pa­pie, po­tem do­tknął ucha.

- Ul - po­wie­dział. - Po­słu­chaj.

- Aha - rzekł My­ko­ła z wdzięcz­no­ścią i przy­tknął ucho do papy.

Ro­bił, co mu ka­zał An­dre­as. Szef prze­kro­czył czter­dziest­kę, a My­ko­ła nie miał dwu­dzie­stu; szef był wy­so­ki i tęgi, a My­ko­ła ni­ski i chu­dy; szef sta­wiał piwo, a My­ko­ła pił. I upi­jał się. Pi­ja­ny śpie­wał, pła­kał i mó­wił po swo­je­mu, pod­czas gdy szef dłu­bał w szpa­rach wy­ka­łacz­ką i za­chę­cał: Da­waj, mo­ło­diec!

- Oni krzy­czeć.

- Brzę­czeć - po­wie­dział An­dre­as.

- Nie krzy­czeć? - zdzi­wił się My­ko­ła.

- Nie, syn­ku.

- Oni brzen­czeć - zgo­dził się My­ko­ła.

Po­ka­zał kil­ka zę­bów, mię­dzy nimi dziu­ry.

- Miód do­bry. - Mla­snął. - Ach, jaki do­bry! U nas pczo­ły ka­put.

- U nas też.

My­ko­ła zno­wu przy­tknął ucho do papy.

- Dziw, dziw - po­wie­dział.

- Wi­dzisz? Sam kom­bi­nu­ję, cze­mu oni brzę­czą.

- Za­gad­ka - po­wie­dział My­ko­ła.

- Że­byś wie­dział - zgo­dził się An­dre­as.

My­ko­ła za­py­tał:

- Co być na dach, ty się śmiać?

- Być w ki­nie.

- Na dach?

- Aleś ty głu­pi. Być głod­ny? - Szturch­nął My­ko­łę w brzuch.

- Ja być, szef. O, jak bar­dzo ja być! Furt głod­ny! Aj­mo­men­bi­te!

- Na pew­no sprząt­nę­li lep­sze ką­ski - gde­rał An­dre­as w dro­dze do sto­łów­ki. - Kam­ra­ci. O in­nych nie po­my­ślą. Wszyst­ko ma być dla nich: żar­cie, zło­to, let­nie ko­szu­le, ze­gar­ki i tak da­lej. Że­byś się nie grze­bał, to za­osz­czę­dzi­li­by­śmy z dzie­sięć mi­nut. Wiesz, co to dzie­sięć mi­nut? W je­dze­niu to jest wiecz­ność. Kie­dyś zja­dłem w kwa­drans trzy­dzie­ści wie­przo­wych ser­del­ków. Ta­kie gru­be. - Po­ka­zał pa­lec wska­zu­ją­cy ob­wią­za­ny ban­da­żem, bo się gdzieś, na­wet nie wie­dział gdzie, ska­le­czył. A My­ko­ła po­biegł do la­za­re­tu po opa­tru­nek, bo co to bę­dzie, jak szef za­ra­zi się ja­dem i umrze! - Musz­tar­da. Tak, syn­ku. Musz­tar­da. Bez musz­tar­dy mowy nie ma. Lu­bić musz­tar­dę?

- Lu­bić. Ja być też pu­sto - My­ko­ła kle­pał się po brzu­chu - i nie pła­kać. Ja ro­zu­mieć sy­tu­acja. Ona być chu­da.

- Komu to mó­wisz? Mnie? A wi­dzisz wil­ka? - An­dre­as po­kle­pał się po brzu­chu. - On się do­ma­ga, jak mu nie dam, to na mnie war­czy.

My­ko­ła par­sk­nął śmie­chem.

- U nas to być wil­ki! Jak ko­nie! - po­chwa­lił się. - Oni żreć tru­py. Żreć i żreć, i oni się zro­bić ta­kie gru­be jak twój brzuch, szef.

Usie­dli przy oknie, w stru­mie­niu won­ne­go wia­tru. Byli sami, sto­łów­ka opu­sto­sza­ła. Po­zo­stał za­pach je­dze­nia.

- Reszt­ka zupy, sama woda, mię­sa oczy­wi­ście brak. - An­dre­as prze­szu­ki­wał ta­le­rze. - Co do dru­gie­go, to mia­ła być ryba, tak sta­ło w menu, a co jest? Okru­chy, na wi­de­lec nie na­bie­rzesz. Ni­ko­las, na­bie­rzesz na wi­de­lec po­wie­trze albo wodę?

- Nie - od­parł My­ko­ła. - Na łyż­ke wode umieć, ale po­wie­cze na nic. Nie zła­pać. Po­wie­cze być jak­by... jego nie wi­dać, to jak zła­pać? Wi­dać, jak być wia­ter i w po­wie­czu być ta­kie coś jak su­che. O, wte­dy lu­dzie się du­sić i oni zdy­chać.

- To się na­zy­wa bu­rza pia­sko­wa - ob­ja­śnił An­dre­as. - Tu nie ma. Tyl­ko smród i dym. Od smro­du nikt jesz­cze nie umarł.

Ku­charz słu­chał z cierp­ką miną, dra­pał się w pod­bró­dek.

- Patrz! - An­dre­as po­ka­zał ku­cha­rza My­ko­le. - Na­żar­ty kot. Za­raz pój­dzie le­żeć na słoń­cu. Rzuć! - Wy­trą­cił wi­de­lec z dło­ni My­ko­ły. - Po­my­je i reszt­ki moż­na żreć łyż­ką - oznaj­mił. - To jemy: po­my­je i reszt­ki. Że­byś pa­mię­tał. Tak się tu­taj trak­tu­je cięż­ko pra­cu­ją­cych. My­ślisz, że mo­żesz li­czyć na ko­le­gów? Uwa­żaj, bo się po­my­lisz. Ego­iści i zło­dzie­je. Pierw­si do ko­ry­ta, ostat­ni do ro­bo­ty.

- Uuuu! Do­bre! - My­ko­ła ma­chał łyż­ką. - Do­bre! Szmacz­ne!

- Głu­pio ci? - za­py­tał ku­charz An­dre­asa. - Z fran­cu­skim prze­ły­kiem to do re­stau­ra­cji.

- Ni­ko­las wszyst­ko ze­żre. - An­dre­as wzru­szył ra­mio­na­mi. - Ża­den do­wód, że two­je wy­po­ci­ny są ja­dal­ne. - Pchnął ta­lerz po sto­le.

- Wszyt­ko! Tak, ja wszyt­ko! Aj­mo­men­bi­te! - za­pew­nił My­ko­ła. - Daj! Da­waj! Wszyt­ko! Ja być wilk!

- Klaus, daj mu jesz­cze - po­le­cił An­dre­as.

- Musi coś zo­stać dla świ­nia­ków - sprze­ci­wił się ku­charz. - To jest, bra­cie, świń­ska szar­ża. Może do­stać kom­pot. Ukra­iniec, chcesz kom­pot?

- Mnie też daj - po­pro­sił An­dre­as.

Wy­wi­nął dol­ną war­gę w gry­ma­sie za­du­my.

- Na­wet kom­pot do dupy - rzekł do sie­bie. - Kom­plet­na ka­ta­stro­fa.

- Kom­pot? - zdzi­wił się ku­charz.

- No, ale jak się krad­nie cu­kier...

- Po­han­dlu­je­my? - za­gad­nął ku­charz.

- Zły ad­res, ko­le­go.

- Mam kup­ca na ze­gar­ki.

- My też mamy.

- Mieć ze­ga­rek! O! - My­ko­ła wy­cią­gnął rękę nad sto­łem. - Sza­now­ny ze­ga­rek od szef. O! I ja mieć tyż por­cy­gar od szef! - Po­ka­zał pa­pie­ro­śni­cę.

Ku­charz obej­rzał.

- Tan­de­ta. Ja mam ze­gar­ki z Wied­nia.

- Pa­trz­cie go, jak łże! - zdu­miał się An­dre­as. - Wie­deń­skie trans­por­ty przy­cho­dzi­ły rok temu. Wte­dy była ka­na­da. Owszem, wte­dy mo­głeś mieć.

- Co być ka­na­da? - za­in­te­re­so­wał się My­ko­ła.

- Ze­gar­ki - wy­ja­śnił ku­charz.

- Aha. Ty mieć ka­na­da ze­gar­ki?

- Ni­ko­las! - An­dre­as trzep­nął My­ko­łę w ucho. - Nie ga­daj z nim, bo się bę­dziesz mu­siał dzie­lić for­są. To jest lep­szy cwa­niak.

- Nie na­sta­wiaj go prze­ciw­ko mnie! - za­pro­te­sto­wał.

- Nie na­sta­wiam.

- Ro­bisz ze mnie ło­bu­za.

- Idź po ten kom­pot - po­wie­dział An­dre­as. - Nie ba­ła­muć chło­pa­ka.

Ku­charz przy­niósł dwa garncz­ki kom­po­tu agre­sto­we­go. My­ko­ła z wy­ra­zem bło­go­ści na twa­rzy po­chła­niał gę­stą pap­kę. An­dre­as pod­su­nął mu swój garn­czek.

- Ni­ko­las - spy­tał - ile ty zjesz? Na je­den raz?

My­ko­ła wzniósł oczy ku su­fi­to­wi.

- Ilu was... - An­dre­as prze­je­chał dło­nią po gar­dle.

- Do­bry, uuuu! Do­bry, szef, szmacz­ne! - stę­kał My­ko­ła znad garncz­ka.

- Dużo was wy­zdy­cha­ło?

- Dużo. Du­uużo!

- Ile?

- Wszyt­ko. Ociec, mać, bra­ty, sio­stra. I dziad­ko. Bab­ka nie. Bab­ka zni­kła. Leży, leży i buch! - My­ko­ła kla­snął - nie ma! Cza­ry! I tyż żony bra­tów i dzie­ci bra­tów, ojce i ma­cie żo­nów bra­tów tyż. Wszyt­ko zde­chło. Bra­ty żo­nów bra­tów i sio­stry żo­nów bra­tów, i dzie­ci sio­strów.

Wró­cił do kom­po­tu.

- Je­dli­ście lu­dzi?

- Aha.

- Ty ja­dłeś?

- Aha.

- Wpie­przaj, dzi­ku­sie. - An­dre­as po­kle­pał chło­pa­ka po ple­cach. - Sły­sza­łeś, Klaus?

- Taa... Ty, Ni­ko­las, a lu­dzie sma­ku­ją? - Ku­charz przy­su­nął krze­sło.

- Nie.

- Ani go­to­wa­ne, ani pie­czo­ne?

- Nic szmacz­ne. Gów­no. Tfu! - My­ko­ła splu­nął.

- A co­ście je­dli?

- Wszyt­ko.

- Nogi?

- Aha.

- Mię­so z dupy?

- Z moja sio­stra. O, pięk­na sio­stra!

- No i po­wiedz­cie, gdzie był Bóg? - za­sta­no­wił się An­dre­as.

- W psim za­dku - od­rzekł ku­charz.

- Źle mó­wić, Klaus. - My­ko­ła stuk­nął łyż­ką w stół. Ku­charz pod­su­nął tłu­stą pięść pod nos My­ko­ły.

- Żar­łeś sio­strę? - spy­tał.

- Sama zdech­nonć! Mó­wić: Ja zdech­nonć, wy żreć.

- Ale żar­łeś! Nie wy­pie­raj się!

- Prze­cież się nie wy­pie­ra - rzekł An­dre­as. Za­py­tał: - A jak two­ja sio­stra mia­ła na imię?

- Oksa­na. O! - My­ko­ła cmok­nął.

- Sta­ra?

- Mło­da.

- Ile lat?

- Nie wiem. Mieć cyc­ki.

- Duże?

My­ko­ła po­ka­zał.

- Dzie­wi­ca?

- Nie wiem.

- Pier­do­li­łeś ją?

- Nie.

- Ja­dłeś jej cyc­ka? - za­in­te­re­so­wał się ku­charz.

- Nie.

- Cze­mu?

- Głu­pie py­ta­nie! - zde­ner­wo­wał się An­dre­as. - Ze­żresz kro­wie wy­mię?

Ku­charz po­ma­cał cof­nię­tą bro­dę.

- Bo co?

- Ku­charz nie wie?

- Wiem. Wy­mio­na - ku­charz zła­pał swo­je ob­fi­te pier­si i ści­snął - prze­ra­bia się na przy­kład na pa­rów­ki.

- Two­im zda­niem - An­dre­as z po­li­to­wa­niem ki­wał gło­wą - mie­li zro­bić z cyc­ków jego sio­stry pa­rów­ki?

- Jak­by nie byli dzi­ku­sa­mi, toby zro­bi­li.

- A za­sta­no­wi­łeś się czym? Ni­ko­las, mie­li­ście ma­szyn­kę do mie­le­nia?

- A co to?

- Sły­szysz, Klaus? A gdzie ja­kieś inne skład­ni­ki? A do­dat­ki sma­ko­we? Oni na­wet soli nie mie­li. Ni­ko­las, mie­li­ście sól?

- Nie, szef, Ru­ski wszyt­ko za­brać.

Ku­charz po­wie­dział, że za­raz wra­ca, i znik­nął.

- Dur­ny buc - mruk­nął An­dre­as. - Pa­mię­taj, że­byś z nim nie han­dlo­wał, bo zdzier­ca. Ni­ko­las, a jaka Oksa­na była w sma­ku? Smacz­na?

- Ta­kie coś słod­ki - od­parł My­ko­ła. - Nie­do­bre.

- Mar­ność nad mar­no­ścia­mi - skwi­to­wał An­dre­as. - Tym jest czło­wiek: wstręt­na du­sza i nie­ja­dal­ne cia­ło. Jaki po­ży­tek? Nie ma cze­go ża­ło­wać, syn­ku.

Ku­charz przy­niósł sznap­sa; po ko­lei łyk­nę­li z por­ce­li­to­we­go kub­ka.

- Co to? - za­py­tał My­ko­ła, krę­cąc ję­zy­kiem w ustach i mla­ska­jąc.

- Ko­niak, za­co­fa­ny chłop­cze - wy­ja­śnił An­dre­as.

- Nie ka­pu­ję, Ni­ko­las - rzekł ku­charz - cze­mu twoi krew­ni nie je­dli tru­pów?

My­ko­ła wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie sma­ko­wa­li im?

- To się ro­zu­mie samo przez się - wtrą­cił An­dre­as. - Jemu sma­ko­wa­li i prze­żył, a im nie. Rzecz gu­stu. Są rze­czy, któ­rych za nic nie we­zmę do ust. Na przy­kład ostry­gi.

- Szef, dziś kino? - za­gad­nął My­ko­ła.

- Za­le­ży, syn­ku.

- Co?

- Jaki film.

- Jaki?

- Nie wiem. Jak we­so­ły, to może.

- A co szef śmiać się na dach?

- Bo przy­po­mnieć, co wi­dzieć.

- Co wi­dzieć? Ja pa­trzeć i nie wi­dzieć.

- Gdzie?

- Co?

- Gdzie się ga­pić i nie wi­dzieć?

- Na dach. Co my ich... - My­ko­ła za­char­czał, wy­wa­lił ję­zyk.

- Przy­po­mnieć film, syn­ku - rzekł An­dre­as. - Puk­nij ty się.

- Wy głu­pio ga­dać - za­kpił ku­charz, po­ka­zał obu pal­cem. Na An­dre­asie nie zro­bi­ło to wra­że­nia.

- Kop, kró­li­ku, norę - rzekł.

- Cze­mu?

- A po co ko­pie się norę?

- Żeby się scho­wać?

- Zga­dza się.

- Ja mam się cho­wać?

- Boś kró­lik.

- Ja? Niby jak?

- Cze­go tu moż­na nie ro­zu­mieć? - An­dre­as spoj­rzał przez otwar­te okno na krzew ja­śmi­nu. Nad pę­ka­mi odu­rza­ją­cych wo­nią kwia­tów uno­si­ły się psz­czo­ły. - Cze­go tu moż­na nie ro­zu­mieć? - po­wtó­rzył, pa­trząc po­nad krze­wem, przed sie­bie. - Prze­cież kie­dyś się to skoń­czy. Za­czną spraw­dzać prze­pły­wy, grze­bać w księ­gach...

- Co? - spy­tał ku­charz. - Co się skoń­czy?

- Co wte­dy?

An­dre­as pro­sił wzro­kiem o od­po­wiedź.

- Za­ka­po­wa­li mnie? - za­nie­po­ko­ił się ku­charz.

- Kto?

- Ja mam wie­dzieć? Ty wiesz, mą­dra­lo.

- Skąd? Ja też nie wiem. Coś taki ner­wo­wy?

Ku­charz przy­po­mniał, stu­ka­jąc pal­cem w sto­lik:

- In­ten­dent sie­dzi u mnie w kie­sze­ni.

- I do­brze mu tam?

- Naj­le­piej.

- No wi­dzisz?

An­dre­asem wstrzą­snął śmiech. Trój­kąt mał­żeń­ski i ko­me­dia omy­łek. Przy­po­mi­na­ły mu się sce­ny z fil­mu. Wspo­mniał tak­że sce­ny z wła­sne­go ży­cia, któ­re nie było za­baw­ne. Ży­cie kło­po­tli­we, kar­ko­łom­ne. Zo­sta­wił w domu żonę, a trzy przy­stan­ki tram­wa­jem da­lej ko­chan­kę. Dzie­lił czas mię­dzy obie mniej wię­cej po rów­no, a mimo to spóź­niał się i z tru­dem znaj­do­wał wy­tłu­ma­cze­nia. A te­raz śmiał się ze swo­je­go ży­cia; wy­da­ło mu się nie­war­te tych za­cho­dów. Ku­charz i My­ko­ła przy­glą­da­li się sze­ro­ko uśmiech­nię­ci, bo nie było na świe­cie ni­cze­go, co trzę­sło­by się przy­jem­niej i wspa­nia­lej niż po­bu­dzo­ny wspo­mnie­niem brzuch An­dre­asa. Do­pie­ro po­ja­wie­nie się żoł­nie­rza i jego sło­wa: - Ty, szu­ka­ją cię - za­trzy­ma­ło fi­glar­ny brzuch. Jak­by to o brzuch tyl­ko cho­dzi­ło, a nie o An­dre­asa w ca­ło­ści.

- Do­bre so­bie - od­parł An­dre­as. - Niech się po­ca­łu­ją. Je­stem po służ­bie i może sko­czy­my do kina, co, Ni­ko­las?

- O, ja ko­chać kino! - ucie­szył się My­ko­ła.

- Chry­ja jak dia­bli! - emo­cjo­no­wał się żoł­nierz.

- Ga­daj! - ze­zło­ścił się nie­ocze­ki­wa­nie ku­charz. - Coś dzi­siaj wszy­scy ner­wo­wi. Ta at­mos­fe­ra nie słu­ży zdro­wiu. Mia­łem do dupy sen, że by­łem kup­cem i mnie okra­dli. Zły znak.

- Ty­po­wy sen zło­dzie­ja - za­uwa­żył An­dre­as. - W pie­kle też będą cię okra­dać. Rano wsta­jesz, a to­wa­ru nie ma. Mor­du­jesz się cały dzień i pod wie­czór znaj­du­jesz, cie­szysz się, a rano zno­wu nie ma. Co­dzien­nie. Taka bę­dzie two­ja męka.

- Ukra­iń­ca też szu­ka­ją - rzekł żoł­nierz.

- Ni­ko­la­sa? - za­py­tał An­dre­as; nie­po­trzeb­nie. - Chło­pak się uczy. Dru­ga lek­cja. Nie ma wpra­wy, ale się wy­ro­bi. Jest in­te­li­gent­ny.

Spo­glą­dał na My­ko­łę bez­rad­nie i ze smut­kiem. My­ko­ła uciekł wzro­kiem.

- Otwie­ra­ją - opo­wia­dał żoł­nierz - a tu, bra­cie, paru nie­do­ro­bio­nych.

Oczy wszyst­kich spo­czę­ły na My­ko­le.

- Ja cho­wać pusz­ka.

An­dre­as mil­czał. To ku­charz za­py­tał: