"Wiadomości Literackie" prawie dla wszystkich - Małgorzata Szpakowska

-
Proszę czekać

IWidziane z zewnątrz

Pomysł na pismo - francuski pierwowzór - format i nakład - koszt i druk - reklamy - plebiscyty i konkursy - szata graficzna - łamanie - warszawocentryzm - najważniejsi.

 

Drobno zadrukowane gazetowe płachty "Wiadomości Literackich" kiedyś miały być zachętą dla czytelników. Oznaczały wyjście poza ścisłą elitę - poza świat wysmakowanych pism wydawanych przez ugrupowania artystyczne, poza model "Chimery" czy nawet "Skamandra". Sięgały - na miarę swoich czasów - po masowego odbiorcę.

Dziś są właściwie nie do czytania. Po blisko dziewięćdziesięciu latach gazetowy papier się kruszy, w złożeniach po prostu pęka. Niekompletne roczniki udostępniane są w nielicznych bibliotekach i na ogół trzeba korzystać z mikrofilmów. A to (podobnie jak dokonana niedawno digitalizacja) zasadniczo zmienia sposób lektury. Z czysto technicznych powodów pismo przestaje funkcjonować jako całość, rozszczepia się na poszczególne teksty. Następuje fragmentaryzacja: tu Nałkowska, tam Boy, ówdzie Camera obscura, jakiś wiersz albo Irzykowski na całą kolumnę. Oddzielnie Kroniki tygodniowe Słonimskiego, oddzielnie informacyjne przeglądy zagraniczne pod różnymi nagłówkami, gdzie indziej reportaże sądowe Ireny Krzywickiej i społeczne Wandy Melcer.

Inna rzecz, że proces kawałkowania "Wiadomości Literackich" zaczął się właściwie długo przed wojną. Tygodnik był, co oczywiste, miejscem pierwodruku; ale opublikowane tam artykuły, fragmenty prozy czy wiersze ukazywały się niewiele później w wydaniach książkowych. Żeby ograniczyć się do już wymienionych nazwisk: Nałkowska w "Wiadomościach" prezentowała między innymi fragmenty Granicy i Niecierpliwych, Boy - część Brązowników, Obrachunki fredrowskie i Marysieńkę Sobieską, Słonimski zbierał swoje Kroniki w kolejnych tomach (Moje walki nad Bzdurą, W beczce przez Niagarę, Heretyk na ambonie), Niezrozumialstwo i inne artykuły Irzykowskiego weszły w skład Słonia wśród porcelany. A i reportaże ukazywały się w oddzielnych książkach. W dodatku sporo z tych pozycji, już jako autonomiczne, wydawano także po wojnie. Co zaś do wierszy, których w "Wiadomościach" zawsze było sporo - kto dziś pamięta, że to właśnie na tych łamach po raz pierwszy ukazała się Lokomotywa Tuwima? A z drugiej strony - że tam Brzechwa, jeszcze przed Kaczką Dziwaczką, jako Jan Lesman udzielał porad z zakresu prawa autorskiego? Z dzisiejszej perspektywy można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że przez "Wiadomości Literackie" przeszła niemal cała historia literatury polskiej.

W rezultacie pismo jest nieźle znane również tym, którzy nigdy nie mieli go w ręku. Odwoływać się do niego musi każdy, kto zajmuje się literaturą i kulturą dwudziestolecia międzywojennego. Jest też obecne w niezliczonych wspomnieniach i pamiętnikach z tamtej epoki. Nie może go pominąć żadna historia prasy polskiej. Dotąd nie doczekało się jednak odrębnej monografii. Najbardziej do niej zbliżone są dwie książki Agaty Zawiszewskiej: Recepcja literatury rosyjskiej i sowieckiej na łamach "Wiadomości Literackich" (1924-1939) oraz Zachód w oczach liberałów. Literatura niemiecka, francuska i angielska na łamach "Wiadomości Literackich" (1924-1939). Są one jednak nastawione przede wszystkim na rejestrację, a jeśli pojawia się interpretacja, to tylko w założonym zakresie. Niemniej w pierwszej z tych książek znaleźć można rozdział rzetelnie i szczegółowo prezentujący stan badań nad tygodnikiem oraz wyczerpującą bibliografię przedmiotu. Zwalnia mnie to, jak sądzę, od sporządzania analogicznej dokumentacji, zwłaszcza że w praktyce jedynym tekstem zawierającym próbę bardziej ogólnego spojrzenia na "Wiadomości Literackie" pozostaje na razie rozdział z dość powierzchownej Historii co tydzień Kazimierza Koźniewskiego sprzed przeszło trzydziestu lat. Inne pozycje dotyczące "Wiadomości" albo mają charakter ściśle informacyjny, jak artykuły Krystyny Sierockiej czy Andrzeja Paczkowskiego, albo traktują to pismo tylko jako element tła, jak książka Janusza Stradeckiego W kręgu Skamandra.

1

"Wiadomości Literackie" powstały na początku 1924 roku, pierwszy numer nosił datę 6 stycznia. Dzień ten wypadał w niedzielę, kolejne numery będą także nosić daty niedzielne, choć według wszystkich relacji (i zapowiedzi w pierwszym numerze) pismo ukazywało się zwykle we czwartki lub nawet (w prenumeracie warszawskiej) we środy. Tak też - w przeddzień wybuchu wojny - ukazał się numer ostatni, 829, formalnie datowany na 3 września 1939 roku. Przez szesnaście lat "Wiadomości" posługiwały się zarazem numeracją roczną i ciągłą, z preferencją dla tej drugiej (tylko ją uwzględniały odsyłacze redakcyjne). Ciągłość zachowywano także w stosunku do wydań zatrzymywanych przez cenzurę, dlatego niektóre roczniki liczą sobie (nominalnie) więcej niż pięćdziesiąt dwa numery. Boże Narodzenie i Wielkanoc honorowano zazwyczaj zwiększoną objętością, choć bez podawania powodu; bodaj dopiero w grudniu 1937 roku po raz pierwszy pojawiło się określenie "numer gwiazdkowy", a w kwietniu 1938 roku "numer świąteczny"1. Kilka numerów monograficznych wreszcie - na przykład warszawski i gdański -miało nie tylko znacznie zwiększoną objętość, lecz także podwójną numerację.

Pierwowzorem "Wiadomości Literackich" był paryski tygodnik "Les Nouvelles littéraires" (pełny tytuł brzmiał: "Les Nouvelles littéraires, artistiques et scientifiques. Hebdomadaire d'information, de critique et de bibliographie"). Pismo to ukazywać się zaczęło niewiele wcześniej, pierwszy numer wyszedł w październiku 1922 roku (redaktorami byli Jacques Guenne i Maurice Martin du Gard). Miało podobny do "Wiadomości" format i również sześć szpalt na kolumnie (i także preferowało numerację ciągłą). Teksty różnej długości dzielono na szpaltach ilustracjami, co wyglądało trochę bezładnie, ale zarazem atrakcyjnie. Nad niektórymi kolumnami widniały nadtytuły w ramkach, na przykład La Critique du Livre, Les Beaux Arts - identycznie w "Wiadomościach" oznaczana była przez pewien czas Kolumna Plastyki, niekiedy także Kolumna Zagraniczna. W tygodniku francuskim informacje spoza stolicy umieszczano czasem pod zbiorowym nadtytułem La vie littéraire et artistique en provence et a l'etranger (znamienny podział na Paryż i resztę świata), ale na ogół nie było ich wiele; w dwudziestoleciu międzywojennym kultura francuska wyraźnie czuła się samowystarczalna. Choć na przykład śmierć Conrada znalazła się na pierwszej stronie numeru z 4 sierpnia 1924 roku, wyróżniona ogromnym tytułem Un recent entretien avec le grand écrivain anglais Joseph Conrad qui vient de mourir (Ostatnia rozmowa z wielkim pisarzem angielskim Josephem Conradem, który właśnie umarł).

Sporo było stałych rubryk, w tym La Semaine bibliographique, co "Wiadomości" przejęły dosłownie jako Tydzień bibliograficzny, nadto mnóstwo rozmaitych kronik, przeglądów i innych pozycji informacyjnych, jak (w późniejszych latach) Revue des revues (Przegląd przeglądów) prowadzony przez Maurice'a Barr?sa. Stosunkowo niewiele natomiast publikowano długich artykułów. Kolumny dedykowanej - powiedzmy - Stendhalowi nie wypełniała pojedyncza rozprawa, lecz kilkanaście drobnych tekstów. Podobnie śmierć Prousta, której poświęcono całą pierwszą stronę numeru z 22 listopada 1922 roku, uczczono niedużym artykułem Paula Moranda Agonie z dodatkiem pięciu czy sześciu krótkich not o zmarłym pisarzu. "Wiadomości Literackie" w analogicznej sytuacji zamieściłyby raczej większy esej, pod tym względem dość wcześnie odeszły od francuskiego wzoru. Ryzykując ogromne uproszczenie, można powiedzieć, że "Les Nouvelles littéraires" ściślej dochowywały wierności formule magazynu informacyjnego, podczas gdy polski tygodnik miał się stać znacznie bardziej solenny. Oba pisma natomiast w pierwszym okresie zamieszczały bardzo dużo reklam książkowych.

2

Początkowe numery "Wiadomości Literackich" liczyły po cztery strony, w pierwszym roku tylko wyjątkowo po sześć lub osiem. Jak pochwalono się w numerze 1/1925, łączna objętość wszystkich numerów z poprzedniego roku wyniosła trzy i pół tysiąca stron formatu książkowego (ten rodzaj wyliczeń redakcja upodobała sobie szczególnie). Potem bywało różnie. Numery dedykowane konkretnym osobom, na przykład poświęcony Sienkiewiczowi i Anatole'owi France'owi (43/1924) albo wydany po śmierci Żeromskiego (51/1925), miały nawet po dziesięć kolumn, ale w latach kryzysowych liczba stron wyraźnie zmalała i przeważały numery dwukartkowe. Od 1931 roku normą staje się ponownie sześć stron, do czego stopniowo dochodzą rozmaite dodatki: "Życie Świadome", "Drogi Nauki Współczesnej", "Światło na ekran" i inne, zwykle liczące po dwie kolumny. Pojawiają się też wielkie numery monograficzne: "Numer poświęcony kulturze Rosji Sowieckiej" (47/1933) - dwadzieścia sześć stron; "Numer wydany z okazji 10-lecia "Wiadomości Literackich"" (55/1933) - dwadzieścia osiem stron; "Numer poświęcony malarzom jako pisarzom" (51-52/1935) - dwadzieścia cztery strony, i tak dalej aż po numer gdański z 30 lipca 1939 roku (31-32/1939) liczący czterdzieści cztery strony. Jubileuszowy numer 52-53/1938 wydany na piętnastolecie pisma (czterdzieści osiem stron) zawierał tryumfalne wyliczenie: na cały nakład pierwszego numeru "Wiadomości Literackich" zużyto 1500 arkuszy papieru, na numer honorujący dziesięciolecie - 66 500 arkuszy, na obecny - 102 000 arkuszy. Nigdzie natomiast nie podawano liczby egzemplarzy.

1. "Wiadomości Literackie" w numerze jubileuszowym demonstrują rozwój pisma w ciągu dziesięciu lat (nr 55/1933).

A ściślej - podano ją raz, na dziesięciolecie. Na pierwszej stronie numeru 55/1933 znalazła się wówczas informacja, że nakład wynosi dziewiętnaście tysięcy egzemplarzy. Wszystkie inne wyliczenia mają już tylko charakter szacunkowy. Janusz Stradecki podaje, że "Wiadomości" zaczęły się ukazywać w nakładzie trzech tysięcy egzemplarzy, ale już pod koniec pierwszego roku osiągnął on dziewięć tysięcy, a potem ustabilizował się na poziomie od trzynastu do piętnastu tysięcy2; Andrzej Paczkowski wspomina, że nakład wynosił od dwunastu do czternastu tysięcy3; wyliczenia innych autorów są podobne. Wszyscy też są zgodni, że pod względem wysokości nakładu "Wiadomości" - oczywiście w swojej klasie - nie miały konkurencji do momentu pojawienia się "Prosto z mostu" w 1935 roku. Wygląd pierwszej strony od początku pozostawał ten sam: to samo liternictwo w nazwie pisma w dwóch linijkach i ten sam drzeworyt autorstwa Tadeusza Gronowskiego, przedstawiający centaura4, umieszczony po lewej stronie tytułu. Tylko raz, na piętnastolecie, pozwolono sobie na ekstrawagancję: tytuł pisma złożono czerwoną czcionką.

Twórcą, wydawcą i samowładnym redaktorem "Wiadomości Literackich" był Mieczysław Grydzewski. Grydzewski uchodził za człowieka bardzo zamożnego, dysponował odziedziczonym majątkiem, między innymi w postaci kamienicy przy ulicy Złotej 8, gdzie mieszkał i gdzie mieściła się redakcja tygodnika. Niektórzy autorzy wspomnień - jak na przykład Wiktor Weintraub lub Irena Krzywicka5 - utrzymywali, że wszystkie wydawane przez siebie pisma opłacał z własnej kieszeni, gdzie indziej natomiast Weintraub sugerował, że "Wiadomości" Grydzewski powołał do życia właśnie po to, żeby zarobić na deficytowego "Skamandra"6. Z innych świadectw z kolei wynika, że w zdobywaniu pieniędzy na nowe pismo od początku pomagał Grydzewskiemu Antoni Borman7.

Borman był wcześniej współwydawcą "Skamandra", jako współwydawca "Wiadomości Literackich" figurował w stopce od numeru z 11 maja 1924 roku, potem zresztą na emigracji pełnił tę samą funkcję w "Wiadomościach" londyńskich. Ale jego nazwisko na łamach "Wiadomości Literackich" pojawiało się rzadko, głównie jako organizatora lub uczestnika spotkań towarzyskich, które redakcja organizowała dla gości zagranicznych i dla laureatów swoich plebiscytów i nagród. W książce jubileuszowej wydanej w Londynie na trzydziestolecie pisma Borman zamieścił wspomnienie o nieskutecznym poszukiwaniu sponsorów dla pierwszych numerów "Wiadomości Literackich", jednak nie zawarł tam żadnych konkretów, ograniczył się do dowcipów8. Więcej szczegółów ujawnił po latach sam Grydzewski: "Ani Borman, ani ja nie mieliśmy pieniędzy i doświadczenia wydawniczego. Pierwszy numer został zapłacony dzięki mojej matce, która dla dobra literatury rozstała się z broszką podarowaną jej przez rodziców z okazji 50-lecia ich ślubu"9.

Początki istotnie musiały być niełatwe, dowodem choćby fakt, że pismo przenosiło się z drukarni do drukarni. Pierwszy numer powstał w drukarni Rola przy Mazowieckiej 11, drugi w Rolniczej przy Złotej 24, trzeci u Bogusławskiego przy Świętokrzyskiej 11, gdzie "Wiadomości" osiadły na kilkanaście tygodni, aby od numeru 24 przenieść się do Zakładów Graficznych Wierzbickiego przy Chmielnej 61 (potem drukarnie zmieniały się jeszcze wielokrotnie). Na domiar złego we wrześniu wybuchł strajk drukarzy, co uniemożliwiło wydanie dwóch kolejnych numerów. Powtórnie strajk zecerów przydarzył się "Wiadomościom" latem 1926 roku, tym razem zmuszając wydawców do wydrukowania dwu numerów, zresztą tylko jako pojedynczych kartek, w Wiedniu.

Dodatkowym utrudnieniem na początku była inflacja. Pierwszy numer kosztował 200 tysięcy marek, następny 300, czwarty już pół miliona - i tak do maja 1924 roku. Po reformie walutowej cena wynosiła 50 groszy i przetrwała w tej postaci do grudnia 1924 roku, kiedy to wzrosła do 60 groszy ("Z powodu znacznego wzrostu kosztów druku i papieru" - można było przeczytać), a w grudniu 1925 roku do 80 groszy - i na tym stanęło aż do wojny. Tylko numery podwójne kosztowały złoty pięćdziesiąt. O losie pisma w znacznym stopniu decydowała prenumerata, stąd ponawiane co kwartał zachęty do jej wznawiania. I stąd sakramentalne hasło: "Nie dość jest czytać "Wiadomości Literackie", trzeba je kupować lub prenumerować".

Archiwum "Wiadomości Literackich" przepadło w czasie wojny razem z kamienicą na Złotej. Niewykluczone, że pismo poza tym, co samo wypracowało, korzystało także z jakichś subsydiów. W tej mierze jednak trudno ustalić coś konkretnego. Jak pisze Eugeniusz Rudziński, analizując między innymi sposoby sponsorowania "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" przez władze, pomocy finansowej instytucji państwowych dla prasy właściwie nie da się wykryć, "szczególnie wówczas, kiedy wiązała się ona z ulgami podatkowymi i innymi ukrytymi formami zasiłków dla przedsiębiorstw prasowych"10. Janusz Stradecki sugeruje, że "Wiadomości" otrzymywały jakieś wsparcie ze strony Ministerstwa Spraw Wojskowych11; w zasadzie nie byłoby w tym nic dziwnego ze względu na liczne związki osobiste skamandrytów z obozem Piłsudskiego. Podczas wojny polsko-bolszewickiej Wierzyński, dawny legionista, brał po prostu udział w kampanii; natomiast Lechoń, Tuwim, Grydzewski i Słonimski pracowali w Biurze Prasowym Naczelnego Dowództwa pod kierunkiem Kadena-Bandrowskiego. Do przyjaciół skamandrytów należeli i Wieniawa-Długoszowski, i Walery Sławek, i Adam Koc, i Bogusław Miedziński, a jedną z szopek Pikadora zaprezentowano Piłsudskiemu w Belwederze na prywatnym pokazie, relacjonował to Słonimski w Kronice tygodniowej z numeru 23/1935. W grę wchodziło więc nie tylko, jak pisze Stradecki, tworzenie przez piłsudczyków "własnych instytucji polityki kulturalnej"12, ale przede wszystkim prywatne więzi, które przetrwały przynajmniej do sprawy brzeskiej.

Z pewnością w każdym razie subwencjonowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych był dodatek do "Wiadomości Literackich" - ukazujący się w Paryżu od 1926 roku miesięcznik "Pologne littéraire". Pismo wydawano przede wszystkim po francusku, ale część numerów zawierała także teksty w języku angielskim i niemieckim, w przeważającej mierze były to tłumaczenia wcześniejszych publikacji z "Wiadomości" warszawskich. "Pologne littéraire" była pomyślana jako wizytówka kultury polskiej, swego rodzaju wydawnictwo reklamowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Prywatny wydawca z ministerialną pomocą uprawiał w ten sposób propagandę kultury polskiej za granicą. Po cofnięciu subwencji przez MSZ w 1936 roku pismo przestało się ukazywać.

3

Na stabilność finansową "Wiadomości Literackich" niewątpliwie miały wpływ reklamy. Z początku oczywiście nie było ich wiele. W pierwszych numerach ogłaszały się głównie wydawnictwa książkowe, czasem zajmując całą kolumnę w numerze, który przeważnie liczył ich wówczas cztery. Także w późniejszych latach reklamy wydawnicze zajmowały poczesne miejsce, przede wszystkim anonse Gebethnera i Wolffa oraz Roju. Sądząc z liczby i rozmiaru reklam, zajmujących czasem dwie lub trzy kolumny, właśnie wydawcy książek współfinansowali przynajmniej część numerów tematycznych. A już na pewno tak było w przypadku numeru 47/1924, który wyszedł z nadtytułem "Numer poświęcony książce polskiej" i liczył czternaście stron, z czego pięć zajmowały reklamy wydawnicze.

2. Reklama producentki kapeluszy (projekt Tadeusza Gronowskiego), wielokrotnie powtarzana (nr 3/1924 i następne).

W numerach z 1924 roku pojawiała się bardzo oryginalna reklama firmy Plakat ("Reklama artystyczna, plakaty, akcje, dyplomy" etc.; może warto tu dodać, że współwłaścicielem atelier Plakat był - wraz z Tadeuszem Gronowskim i architektem Jerzym Gelbardem - Antoni Borman) drukowana w pionie, na złożeniu obu kartek czterostronicowego numeru. Od samego początku pismu towarzyszył też anons: "J. Rokicki i Ska. Galanteria. Artykuły sportu i podróży", najpierw z rysunkiem dziewczyny rzucającej się na szyję Mikołajowi obwieszonemu torebkami, potem z nieco kubistycznymi postaciami dźwigającymi walizki. W "Wiadomościach" reklamowały się "Mme Henriette. Wykwintne kapelusze, artystyczne lalki" oraz Hurtownia Gumowa: "Każdy może nabyć płaszcz nieprzemakalny męski lub damski wprost z fabryki". Ogłaszały się również inne czasopisma, na przykład "Pani" czy później "Naokoło Świata", ale także nieco egzotyczny miesięcznik "Akwarium i Terrarium. Czasopismo poświęcone popularyzacji hodowli pokojowej ryb i gadów". Przez pewien czas koło tytułu, symetrycznie do podobizny centaura, można było znaleźć niewielkie reklamy wydawnictw Biblioteki Domu Polskiego, a następnie sklepów sportowych (potem to miejsce zajmowały najczęściej warunki prenumeraty). Pewną oryginalnością zabłysnął niezatytułowany artykulik z numeru 20/1925, stanowiący w istocie reklamę zdrojowiska Druskienniki; zalecano tam szczególnie spacery nad Niemnem, podkreślano, że jest to "ulubione miejsce przechadzek marszałka Piłsudskiego i jego córeczek". Systematycznie ogłaszała się wreszcie cukiernia Ziemiańska.

Z biegiem czasu reklam było coraz więcej, ale kryzysowa końcówka lat dwudziestych dała się odczuć także w tej dziedzinie. Liczba ogłoszeń zmalała, znikły prawie zachęty do nabywania artykułów luksusowych, jak ubrania czy kosmetyki, pozostały oferty z adresatem wyłącznie inteligenckim - książki albo na przykład "Mały remington. Przenośna maszyna do pisania. Niezbędna dla każdego, kto pracuje intelektualnie, kto załatwia jakąkolwiek korespondencję" (to akurat był zresztą przedmiot kosztowny, wart około czterystu złotych). Miejsce reklam zajęły smutne ogłoszenia: "Wyprzedaję z księgozbioru prywatnego książki polskie, francuskie, niemieckie [...], Warszawa, ul. Wilcza 79 m. 3" (33/1929). Natomiast w latach trzydziestych i pismo, i reklamodawcy wyraźnie porastają w piórka. Obok past do zębów Chlorodont i Colgate oraz rozmaitych środków zapobiegających łysieniu pojawiają się perfumy francuskie ("Parfums Chanel", "Soir de Paris"), radioaparaty ("Zabierz radio na lotnisko - / będziesz miał stolicę blisko"), samochody (fiat za 9250 złotych), podróże LOT-em, rejsy Polonią, likiery Baczewskiego, zegarki szwajcarskie ("precyzyjny, wytworny, niezawodny zegarek tissot antymagnetyczny"). A także, o wstydzie, reklama Polskiego Monopolu Tytoniowego, czyli pudełko "egipskich przednich" oraz - z podpisem "Palące "Wiadomości"" - karykatura redaktora i fotografie współpracowników, wszyscy z papierosami.

4

Grydzewski chwytał się wielu sposobów, by zapewnić pismu popularność. Jedną z metod nawiązania ściślejszej więzi z czytelnikami były rozmaitego rodzaju plebiscyty. Pierwszy, z pytaniem Kogo wybralibyśmy do Akademii Literatury Polskiej?, pojawił się w numerze 22/1925 i przyniósł zdecydowane zwycięstwo Żeromskiemu. W kolejnym, ogłoszonym pod tym samym hasłem pięć lat później i rozstrzygniętym w styczniu 1931 roku, pierwsze miejsce zajął Boy-Żeleński (3/1931). Plebiscyty takie rozpisywano trochę dla zabawy, a trochę z przekory: "Wiadomości Literackie" ze znacznym sceptycyzmem odnosiły się do projektu, a następnie do powołania do życia Polskiej Akademii Literatury. Jak zresztą do większości zabiegów z obszaru oficjalnej polityki kulturalnej. Czysto rozrywkowy charakter miał natomiast plebiscyt próbujący wyłonić Dwanaście najsympatyczniejszych postaci literatury polskiej (20/1928). Aczkolwiek rezultat okazał się niepokojący, bo o zwycięzcy, czyli o doktorze Judymie, wszystko można powiedzieć, tylko nie to, że był szczególnie sympatyczny.

Od pierwszego roku na łamach "Wiadomości" pojawiały się też konkursy literackie z nagrodami. Pierwszy z nich, ogłoszony w numerze 12/1924, zawierał dwadzieścia fragmentów prozy polskiej od osiemnastego wieku włącznie, a zadanie polegało na rozpoznaniu autorów. Nagrodę w wysokości trzystu milionów marek (jak to imponująco brzmi) otrzymała Karolina Beylinówna, później znana dziennikarka. Laureatem analogicznego konkursu, tym razem poświęconego poezji (1/1926), został historyk literatury Kazimierz Czachowski; bodaj od tego konkursu zaczęła się jego współpraca z "Wiadomościami". Zwracam uwagę na nazwiska zwycięzców, bo konkursy "Wiadomości Literackich" były na ogół dosyć trudne, wymagały zarówno znajomości historii literatury, jak orientacji w bieżącym życiu kulturalnym. Bywały też zabawne - w tym samym 1926 roku w każdym numerze od 38 do 45 drukowano po dwa obrazki z konkursowego cyklu Literatura polska w karykaturze. Autorem większości rysunków był Zdzisław Czermański, obrazki przedstawiały a to szlachcica w kontuszu odzierającego z ubrania dziada lirnika; a to dwie dziewczyny z dzbanem malin; a to panienkę, której fircykowaty młodzian z ręką na temblaku dyktuje list. Z kolei w numerze 5/1930 konkurs "Martwe natury" pisarzy polskich składał się z sześciu rysunków Władysława Daszewskiego. Było tam na przykład serce z literą "S" przebite strzałą oraz butelka z diabłem we środku i naklejką "Eau de vie"; gdyby na tej podstawie ktoś jeszcze nie zidentyfikował Tuwima, za podpowiedź służył napis "Gallia est omnis divisa...". Ten konkurs zresztą uznano za zbyt łatwy, konieczna okazała się dogrywka - i oto w numerze 11/1930 zamieszczono kolejne trzy rysunki (w tym jeden przedstawiający kapliczkę nagrobną z napisem "Jan i Cecylia"). Konkursy mogły być bardziej lub mniej udane, na pewno jednak nie były "głupawe", jak sugerowała we wspomnieniach Krzywicka13. Ale Krzywickiej każdy skrawek "Wiadomości" niezajęty przez Boya lub przez nią wydawał się zmarnowany.

Konkursy nabrały szczególnego rozmachu w drugiej połowie lat trzydziestych, kiedy na stałe zaczął współpracować z "Wiadomościami" Marian Eile. Wymyślane przez niego zagadki firmowała śmieszna figurka pana Grypsa: Wesoła podróż p. Grypsa naokoło świata (27/1937), Marzenia senne p. Grypsa (42/1937), Reinkarnacje pana Grypsa (52-53/1937) i podobne. W Reinkarnacjach... należało zidentyfikować dwadzieścia jeden postaci historycznych, którymi pan Gryps miał być w przeszłości. Rysunki przedstawiały a to drzewo z wyrytym sercem przebitym strzałą i z napisem "Esterka i Kazimierz"; a to dziewczę skaczące do Wisły; a to kobietę z kryzą patrzącą na sceny linczu dokonywanego przez tłum dzierżący transparenty "Nie kupuj u hugonotów", "Osobne ławki dla hugonotów". W tych konkursach nagrody były poważne i finansowała je nie tylko redakcja. W konkursie geograficznym (Wesoła podróż... - dwadzieścia trzy obrazki przedstawiające różne miejsca pobytu pana Grypsa) pierwszą nagrodą był przelot samolotem LOT-u do Lyddy w Palestynie (o wartości, jak skrupulatnie podano, 1404 złote), drugą - dwudziestopięciodniowa wycieczka statkiem "Kościuszko" z Gdyni przez Lizbonę, Casablancę, Maderę, Azory, Londyn z powrotem do Gdyni (450 złotych); kolejnymi - wyprawy "Batorym" na fiordy lub "Polonią" do Egiptu (notabene zwycięzcami tego konkursu zostali Franciszka i Stefan Themersonowie). A w konkursie Matematyka pana Grypsa (16/1939) nagrody miały już jawnych fundatorów: "I nagroda: przelot z Warszawy do Bejrutu tam i z powrotem, ofiarowany przez Polskie Linie Lotnicze "LOT" [...] wraz z tygodniowym pobytem tamże, ofiarowanym przez wydawnictwo "Wiadomości Literackich". II nagroda: przekaz na zł 100, upoważniający do nabycia wydawnictw J. Mortkowicza na tę sumę. III nagroda: przekaz na zł 50, upoważniający do nabycia wydawnictw J. Mortkowicza na tę sumę. Oprócz tego 22 nagrody książkowe". Konkursy więc poza tym, że były rozrywką, stanowiły po prostu rodzaj reklamy - tu zarówno LOT-u, jak i wydawnictw Mortkowicza. Nikt tego zresztą nie ukrywał i na przykład w numerze 39/1938 ogłoszono Konkurs filmowy: zamieszczono siedemnaście zdjęć, spośród których należało wybrać fotosy z filmu Modelka, a nagrodą miało być futro ufundowane przez firmę kuśnierską Apfelbauma.

5

Konkursy Eilego, już niezależnie od obiecywanych nagród, stanowiły niewątpliwą atrakcję graficzną. Niejedyną, bo w latach trzydziestych, oczywiście na miarę ówczesnych możliwości poligraficznych, "Wiadomości" coraz bardziej stawały się pismem również do oglądania. W poprzedniej dekadzie było z tym trochę gorzej, szata graficzna w gruncie rzeczy sprowadzała się do ilustrowania tekstów, przy czym reprodukcje dzieł sztuki dołączane do recenzji plastycznych nie były - delikatnie mówiąc - najbardziej czytelne. Recenzje literackie ozdabiano podobiznami autorów, czasem były to fotografie, czasem portrety, również Witkacego; a na przykład pogrzeb Anatole'a France'a (44/1924) dokumentował własnymi zdjęciami Antoni Słonimski. Nieregularnie pojawiała się Kronika filmowa: na szerokość dwóch szpalt i na całą wysokość kolumny zamieszczano ciąg fotosów z różnych filmów wybranych według nie do końca jasnych zasad. Podobny kształt miała Kronika ilustrowana, gdzie znalazł się na przykład "Portret Lenina, na który złożyło się kilkadziesiąt tysięcy marek pocztowych, i portret Wilsona, na który złożyło się 21 000 żywych uczestników" (32/1930). Większymi zdjęciami czczono wybrane wydarzenia teatralne, na przykład w numerze 22/1927 całą kolumnę zajęły fotografie opatrzone nagłówkiem Chlubny wysiłek Teatru Polskiego - nowy tryumf Leona Schillera. Potężna inscenizacja "Wieży Babel" Antoniego Słonimskiego.

3a. Janusz Levitt i Jerzy Him, Chwila wytchnienia (nr 16/1936)

3b. Janusz Levitt i Jerzy Him, Chwila wytchnienia (nr 16/1936)

W następnej dekadzie grafika "Wiadomości Literackich" zaczyna w pewnym stopniu żyć własnym życiem. Do stale współpracujących z pismem Zdzisława Czermańskiego i Władysława Daszewskiego dołączają Jerzy Zaruba i Feliks Topolski, a incydentalnie także inni rysownicy. Ilustracje rozciągają się już na całe kolumny. W numerze wielkanocnym (16/1936) pojawia się więc na przykład słynna rozkładówka zatytułowana Chwila wytchnienia, na której para autorska Levitt-Him (Janusz Levitt i Jerzy Him) przedstawiła przemontowane fotografie pomników warszawskich. Zatem Chopina, który zasiadł wygodnie na ławce, pozostawiwszy wierzbę samopas; Kopernika podrzucającego globus; Mickiewicza obok stolika kawiarnianego, przy którym zasiedli między innymi Boy, Słonimski i Nałkowska. A jeszcze Zygmunta III wspinającego się na kolumnę (lub schodzącego na dół), peowiaka niosącego sobie poduszkę i księcia Józefa, który prowadząc konia, przystanął przed wystawą sklepu z mundurami. Ci sami autorzy przy innej okazji wymyślili też jako prezenty gwiazdkowe dla pisarzy specjalne pióra, na przykład dla Irzykowskiego stalówkę przymocowaną do piły, dla Słonimskiego - do miotły, a dla Kossak-Szczuckiej - do pastorału (rysunki zajęły łącznie całą kolumnę w numerze 52-53/1937).

Oprócz kompozycji satyrycznych - które oczywiście stanowiły większość - publikowano i inne. Na przykład w rocznicowym numerze z 13 listopada 1938 roku dwudziestolecie Polski Niepodległej uczczono na trzech początkowych stronach pisma serią kilkudziesięciu fotografii, które prezentowały wydarzenia od powrotu Piłsudskiego z Magdeburga do zajęcia Zaolzia przez polskie wojsko (47/1938). A z kolei pod nagłówkiem Obiektyw szuka tematu kilkakrotnie zamieszczano całe kolumny interesujących ujęć fotograficznych, na przykład zestaw, w którym znalazła się między innymi dachówka z wyłaniającym się z niej obłym świetlikiem oraz koński zad z ogonem (52-53/1938). Albo ciąg zdjęć demonstrujący Fotogeniczność śniegu (6/1939). Szczególnie bogaty pod względem plastycznym okazał się numer wielkanocny z 1939 roku (16/1939). Drugą i trzecią stronę zajął kolejny konkurs rysunkowy Eilego (Matematyka pana Grypsa). Czwartą i piątą prawie w całości wypełniły grafiki londyńskie Topolskiego. Na dwunastej i trzynastej znalazła się (niepodpisana) historia ubiorów w osiemnastu rysunkach Od listka i skóry - do listka, skóry i koszuli. Szkice wykonano we własnej pracowni krawieckiej "Wiadomości Literackich"; pierwszy z rysunków przedstawiał Adama i Ewę z wiadomymi listkami, drugi - praludzi w skórach, a ostatni - damę w skąpym opalaczu, obok inną w futrze lamparcim, a w tle - dwóch hajlujących facetów. I wreszcie całą stronę osiemnastą zapełnił cykl Jerzego Zaruby Autorzy w oczach publiczności i w rzeczywistości - sześć parzystych rysunków, gdzie na przykład Parandowski występował jako smukły dyskobol i jako wielkogłowy karzeł skulony nad biurkiem, a z kolei Wiech jako bandzior w cyklistówce i jako wytworny pan z monoklem.

4. Witryny "Wiadomości Literackich" (nr 14/1933).

Oddzielną gałąź działalności plastycznej pisma stanowiły "witryny" redakcyjne. Sama redakcja, jak wiadomo, mieściła się w prywatnym mieszkaniu Grydzewskiego na Złotej, administracja zaś początkowo na Świętokrzyskiej, a potem, od 1 października 1932 roku, na Królewskiej 13. Otwarcie nowego lokalu anonsowano w numerze 46/193214. Był tam jednocześnie rodzaj księgarni, gdzie urządzano promocje i gdzie na przykład egzemplarze autorskie podpisywali Boy czy Słonimski. I tam właśnie mieściły się witryny - kompozycje plastyczne służące reklamie kolejnych numerów i zarazem zawierające ich podstawowe przesłanie. Fotografie tych kompozycji, zazwyczaj po kilka naraz, zamieszczano potem w "Wiadomościach". Wśród autorów powtarzały się nazwiska Edwarda Manteuffla, Jerzego Hryniewieckiego, Antoniego Wajwóda, Bohdana Damięckiego, kilka projektował również Eile (niestety większość fotografii witryn publikowano bez nazwisk autorów). Operowano dość prostymi środkami i hasłami: "Palenie książek w Niemczech" ilustrował stos rozrzuconych książek, a krytyczne stanowisko redakcji wobec Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej symbolizowała kukła krowy z wmontowanym w brzuchu teatrem i dojącym ją Stefanem Krzywoszewskim, ówczesnym prezesem TKKT. A z kolei w rocznicę śmierci Piłsudskiego w 1939 roku w witrynie znalazł się portret Marszałka, pod nim skrzyżowane szable, wszystko na tle flagi narodowej. Te ekspozycje - łatwo dostępne - często padały ofiarą ataków przeciwników politycznych; tak było na przykład w listopadzie 1937 roku, kiedy dwukrotnie wybito szybę w witrynie z portretem zmarłego kilka dni wcześniej Zbigniewa Uniłowskiego. Ataki zdarzały się zresztą od początku: już w połowie listopada 1932 roku "Wiadomości Literackie" informowały, że ich nowa siedziba sześciokrotnie została narażona na włamania i kradzieże (48/1932).

6

Tyle o plastyce. Podobnie jak strona graficzna, z biegiem czasu zmieniał się także sposób łamania pisma. Początki były dość nieśmiałe: równiutkie szpalty, na podwale w kolejnych odcinkach opowiadanie Stanisława Balińskiego Zabity przez lustra, nazwane nie wiedzieć czemu felietonem. Zdarzało się, że sześć recenzji ustawionych obok siebie, każda długości szpalty, zajmowało całą kolumnę (tak w numerze 13/1924). Kiedy indziej stronę dzielono na ćwiartki i w każdej znajdował się inny tekst. Potem zaczęły się eksperymenty. W numerze 21/1924 wiersz Słonimskiego Żołnierz nieznany wydrukowano na czołówce w trzech szpaltach, mniej więcej dziesięciocentymetrowej długości, po lewej stronie zaraz pod tytułem pisma; natomiast poniżej wiersza, też trzyszpaltowo, umieszczono wywiad z generałem Bronisławem Grąbczewskim Jak rząd opiekuje się nauką. U znakomitego podróżnika. Trzy szpalty pod tytułem po prawej stronie zajął artykuł Irzykowskiego Talent jako fetysz; a na dole, poniżej tego wszystkiego, znalazł się niepodpisany informacyjny tekst Wiktor Szkłowski. Zamętowi w układzie kolumny odpowiadał w tym przypadku zamęt graficzny spowodowany użyciem różnych krojów czcionki; szczęściem tych pomysłów nie kontynuowano.

Natomiast inne rozwiązanie, rzadko gdzie indziej stosowane, powtarzało się wiele razy. Jeśli tekst z jednej strony trzeba było przenieść na następną, to w układzie sześcioszpaltowym zajmował on w całości dwie szpalty skrajne po obu stronach i u góry po malutkim, może trzycentymetrowym kawałeczku czterech szpalt środkowych. W powstałą w ten sposób ramę wmontowywano następny tekst, a zdarzało się, że w jego środek jeszcze następny. A w to wszystko w dodatku jakiś wiersz. Jeśli do takiej kompozycji dołączono ilustrację albo reklamę, czasem trudno było na pierwszy rzut oka powiedzieć, gdzie która publikacja się zaczyna i gdzie kończy. Nie zawsze też łatwo można było znaleźć nazwisko autora. Czasem, wydrukowane wielkimi literami, pojawiało się na początku, czasem ginęło wkomponowane w tytuł, czasem ukrywało się na końcu (a na zbyt pomysłowo złamanej stronie nie zawsze wiadomo było, gdzie jest koniec). Aczkolwiek trzeba przyznać, że z biegiem lat sposób łamania pisma bardzo się uspokoił.

Inna rzecz, że pewien brak konsekwencji w wyglądzie stron i w układzie pisma mógł być zamierzony. Niby wiadomo było, gdzie czego szukać, ale ciągle zdarzały się niespodzianki pozwalające uniknąć rutyny. Kronika tygodniowa Słonimskiego wędrowała po dalszych stronach; Camera obscura raz była na końcu, a raz wewnątrz numeru; recenzje teatralne raz ukazywały się z nadtytułem Teatr, raz jako Ruch teatralny, a raz bez żadnego nadtytułu; recenzje książkowe łatwo było pomylić z fragmentami dopiero zapowiadanych utworów, których też drukowano sporo. Stałe rubryki wcale nie były stałe, pojawiały się i ginęły z nieregularną częstotliwością, jak choćby Camera obscura uważana za flagową pozycję pisma, a obecna konsekwentnie tylko w pierwszych i ostatnich latach. Trudno też ostatecznie orzec, w jakich przypadkach nazwisko autora tekstu drukowano wersalikami, a kiedy tylko kursywą.

Zresztą z podstawowymi informacjami w ogóle bywało kiepsko. Często dopiero należało się domyślać, z jakiej to okazji (choć przeważnie była nią śmierć) na poczesnym miejscu umieszczona została podobizna jakiejś osoby i artykuł o niej. A może i nie wynikało to tylko z niestaranności, może ta nonszalancja była zamierzona? Krąg odbiorców pisma, choć na ówczesne warunki szeroki, był jednak dosyć jednorodny, a w każdym razie tak go sobie wyobrażano; wirtualny czytelnik wpisany w teksty publikowane w "Wiadomościach Literackich" był człowiekiem raczej wykształconym, raczej zamożnym i korzystającym z różnych źródeł informacji. Redakcja, przygotowując numer poświęcony pamięci, powiedzmy, Conrada, mogła zakładać, że wiadomość o jego śmierci komu jak komu, ale odbiorcom tego pisma nie umknęła. A skoro tak, nie było powodu, by jeszcze raz do niej wracać. Ale czy można było zakładać to samo w przypadku zgonu Blasco Ibá?eza (11/1928)? Albo w przypadku Roberta Bridgesa, określonego w tytule na pierwszej stronie mianem "poeta laureatus", podczas gdy z artykułu Stanisława Helsztyńskiego nie można było się nawet dowiedzieć, o jakie wyróżnienie chodziło, poza tym, że wręczono je w 1913 roku (5/1929)? I skąd czytelnik miał wiedzieć, za jaką książkę Dąbrowska otrzymała nagrodę wydawców, skoro w wywiadzie przeprowadzonym z nią z tej okazji i zamieszczonym na czołówce numeru 10/1925 ani razu nie padł tytuł Uśmiech dzieciństwa?

Można to tłumaczyć niedopatrzeniem. Ale mógł w tym być również ślad działania intencjonalnego. My, redakcja, i wy, czytelnicy, należymy do tego samego świata, stanowimy elitę, której nie trzeba niczego tłumaczyć ab ovo. Podobne założenie legło zapewne u podstaw decyzji, by w artykule Aurelii Wyleżyńskiej o Prouście w numerze 24/1926 pozostawić obszerne cytaty z Nie ma Albertyny bez tłumaczenia15 - przecież wszyscy nasi czytelnicy znają francuski (a ci, którzy nie znają, poczują się miło dowartościowani przypuszczeniem, że jednak znają). Analogiczny charakter miały dość często spotykane w "Wiadomościach" żarty środowiskowe, jak choćby karykatury pisarzy, którzy w epoce przedtelewizyjnej wcale nie byli powszechnie rozpoznawalni. Kogo spoza wąskiego grona mógł rozbawić rysunek przedstawiający nagiego Kornela Makuszyńskiego uczepionego końskiej grzywy niczym postać z Szału uniesień Podkowińskiego? Albo informacja z życia towarzyskiego: "Dn. 17 bm. pp. Antoniostwo Bormanowie wydali na cześć Maurycego Bauterona śniadanie, na którym ze sfer literackich obecni byli: Juliusz Kaden-Bandrowski, Boy-Żeleński, Emilostwo Breiterowie, Jarosław Iwaszkiewicz, Irena Krzywicka, Ryszard Ordyński, Lucjan Roquigny, Mieczysławowstwo Rytardowie, Leon Schiller, Antoni Słonimski, prof. Władysław Tatarkiewicz, Julianostwo Tuwimowie" (22/1928)? Cóż, wbrew światowym ambicjom "Wiadomości Literackie" bywały niekiedy pismem bardzo prowincjonalnym.

7

Były też nieprzyzwoicie warszawocentryczne. Owszem, wydały kilka numerów tematycznych poświęconych różnym regionom i miastom Polski, od Śląska po Gdynię; owszem, zgromadziły grono świetnych reporterów z Ksawerym Pruszyńskim na czele; owszem, miały nawet swoich korespondentów w kilku miastach: Jerzego Wyszomirskiego i Witolda Hulewicza w Wilnie, Zygmunta Nowakowskiego w Krakowie, Tadeusza Hollendera we Lwowie, Jana Ulatowskiego w Poznaniu. Ale było zupełnie oczywiste, że dla "Wiadomości Literackich" prawdziwe życie toczy się w Warszawie. W Warszawie mieściła się redakcja i obie kawiarnie Ziemiańskie, w Warszawie mieszkali wszyscy stali współpracownicy pisma, tylko dla warszawiaków siłą rzeczy przeznaczone były witryny reklamowe tygodnika na Królewskiej. Warszawskie pomniki występowały w Chwili wytchnienia, warszawskie kamienice czynszowe brały udział w konkursie Architektura najgorsza, a konkurs na rozpoznawanie znanych ludzi na zdjęciach z dzieciństwa też nazywał się Świat artystyczny Warszawy w młodości. Filmy wyświetlane w warszawskich kinach recenzowała Zahorska, Słonimski nie ruszał się poza warszawskie teatry, większość odnotowywanych wystaw odbywała się w Zachęcie lub w IPS-ie, w Warszawie działały najważniejsze firmy wydawnicze. Lektura "Wiadomości Literackich" brutalnie uzmysławia, jak bardzo scentralizowane było życie kulturalne Drugiej Rzeczypospolitej i jak szczupła była elita, która w nim uczestniczyła. A redakcja chyba nie w pełni była tego świadoma - albo jej to nie przeszkadzało.

Warszawocentryzm wiązał się nieodłącznie z wyraźnym sentymentem do tego miasta. Niewątpliwie żywił go Grydzewski, jawnie dawał mu wyraz Słonimski, zarówno w Kronikach, jak we wspomnieniach rodzinnych. Sentyment wyczuwalny był w numerze warszawskim (52-53/1938), gdzie obok analiz socjologicznych i urbanistycznych znalazło się miejsce na żart statystyczny Jerzego Michałowskiego Ile jest wróbli w Warszawie?, z którego można było się dowiedzieć między innymi, że na jednego mieszkańca przypadają 0,002 lekarza, dwa metry kwadratowe miejsca na cmentarzu i 54,7 kilograma mięsa rocznie. Sentymentem podyktowany był ogłoszony w numerze 26/1937 "konkurs na najładniejsze wspomnienie związane ze staroświeckim sklepem E. Wedla" (zwyciężyli ex aequo Jarosław Iwaszkiewicz i Zofia Krzeptowska). Sentymentalnym przedsięwzięciem wreszcie była akcja wszczęta przez Stefana Godlewskiego, który - przy pełnym poparciu redakcji - postanowił upamiętnić bohaterów Lalki. Ustalił, gdzie mieściły się sklepy Wokulskiego oraz mieszkania Wokulskiego i Rzeckiego (29/1936, 1/1937), a następnie doprowadził do umieszczenia tam stosownych tablic. Ufundowano je dzięki subskrypcji rozpisanej wśród czytelników "Wiadomości Literackich"; akt wmurowania dokumentują cztery fotografie w numerze 16/1937. Tablice - choć nie te same - wiszą zresztą do dziś na Krakowskim Przedmieściu, jedna naprzeciwko uniwersytetu w bramie domu z księgarnią imienia Prusa, druga na rogu Oboźnej, na nowym budynku postawionym w miejscu zburzonego w czasie wojny.

8

Plebiscyty, konkursy, zagadki, rubryka Rozrywki umysłowe, a także akcje w rodzaju opisanej przed chwilą subskrypcji na tablice ku czci bohaterów Prusa - to wszystko były sposoby utrwalania więzi z czytelnikami. Gorzej natomiast przedstawiała się wymiana korespondencji. Publikowane listy czytelników niekoniecznie były merytoryczne, czasem wprawdzie zawierały uzupełnienia lub sprostowania, ale często w ogóle nie wiązały się z tym, co publikowano w "Wiadomościach". Pojawiały się więc deklaracje zbiorowe, na przykład w numerze 52-53/1928 pod nagłówkiem O prawo do krytyki zamieszczono protest pisarzy przeciw dyrekcji teatru miejskiego we Lwowie, która wystąpiła na drogę sądową przeciw autorowi niekorzystnej recenzji. Kiedy indziej zespół redakcyjny "Sygnałów" informował o zawieszeniu tego pisma (44/1936), Ogólnopolski Komitet Pomocy Bezrobotnym dziękował za udział w akcji propagandowej (9/1938), a Instytut Józefa Piłsudskiego apelował o nadsyłanie jego fotografii (41/1938). Podobny charakter miewały listy indywidualne, na przykład w numerze 16/1939 Karol Wiktor Zawodziński wspominał szczodry gest Messalki, która w 1920 roku obdarowała jego szwadron papierosami i konserwami, a w numerze 26/1939 Jan Nepomucen Miller zawiadamiał, że - wbrew temu, co napisał o nim Alfred Łaszowski w "Prosto z mostu" - jest i pozostanie socjalistą.

Odpowiedzi redakcji z kolei odznaczały się niesłychaną lakonicznością. Oto przykłady z pierwszego z brzegu numeru 19/1934: "Stały Czytelnik w Poznaniu. Dziękujemy. / J. K. w Żabiem. Słabe. / J. S. Z wierszy nie skorzystamy. / Z. S. w Łodzi. Z przekładów nie skorzystamy. / K. P. w Gdyni. List przesłaliśmy adresatowi. / T. T. Z przekładu nie skorzystamy. / M. Grz. w Krakowie. Administracja sprawę wyjaśni. / K. R.-S. propozycję Pana rozważymy. / Ewa Prz. Błąd jest błahy. / J. G. w Otwocku. List przesłaliśmy. / Potwór. Nie będziemy drukowali. / St. Strz. w Zegrzu. Kraków, Gontyna 12". Nie był to wymysł "Wiadomości Literackich", w podobny sposób odpowiadali czytelnikom redaktorzy innych czasopism (ostatnim bodaj, który kultywował ten zwyczaj, był Jerzy Giedroyć w "Kulturze"). Ale ten napoleoński styl raczej nie zachęcał do bliższego kontaktu, przeciwnie, najwyraźniej miał spławiać natrętów. Byle kto nie miał szans, by się z redakcją zaprzyjaźnić.

9

"Wiadomości Literackie" konsekwentnie unikały wszelkich deklaracji, zarówno ideowych, jak artystycznych. Jedyną, zresztą bardzo oszczędną, wypowiedź tego rodzaju znaleźć można w numerze pierwszym. Na czołówce zamieszczono tam tekst programowy Od redakcji: "Pismo nasze stawia sobie przede wszystkim cele informacyjne. Pragnie przyczynić się w miarę sił i możności do nawiązania zerwanego od dawna kontaktu ze sztuką i kulturą europejską [...]. Nie walczy o tę czy inną doktrynę". Dalej wyliczone zostały cele: upowszechnianie książki polskiej, teatru, kina, muzyki, plastyki. Zapowiedziano wywiady z artystami, druk fragmentów tekstów literackich przed ich wydaniem, artykuły polemiczne. I w zakończeniu podano listę trzydziestu dwóch potencjalnych autorów.

Nie warto jej tu przytaczać w całości. Jedni mieli towarzyszyć pismu do końca, lecz inni wykruszyli się szybko, jak Witkiewicz, lub pisywali sporadycznie albo w ogóle nie nawiązali współpracy. A w dziejach "Wiadomości Literackich" tylko dwie osoby z tej listy rzeczywiście odegrały ważną rolę: Julian Tuwim i przede wszystkim Antoni Słonimski. To oni dwaj, wraz z niewymienionym wówczas Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, mieli w następnych latach decydować o charakterze tygodnika. A w każdym razie taka opinia będzie im towarzyszyć przez długie lata.

IIRedaktor Mieczysław Grydzewski

We wspomnieniach - "Wiadomości" londyńskie - o nim samym - "Pro Arte" i "Skamander" - narodziny tygodnika - wspólnik Antoni Borman - Złota 8 mieszkania 5 - przygody z cenzurą - liberalizm: Shaw, Wells, Russell - przeglądy prasy - arcyredaktor - sekretarz Broniewski - samotny w British Museum.

 

Czterej główni twórcy "Wiadomości Literackich" znani są dzisiejszym czytelnikom w nierównym stopniu. I niekoniecznie ze względu na rolę, jaką odgrywali w tym tygodniku.

Julian Tuwim pozostał w pamięci przede wszystkim jako poeta. Jako poetą właśnie zajmowali się nim historycy literatury - Kazimierz Wyka, Artur Sandauer, Michał Głowiński, Janusz Stradecki, Tadeusz Januszewski i wielu innych. Niedawno obszerną monografię jego życiu i twórczości poświęcił Piotr Matywiecki. Wpływ Tuwima na ukształtowanie się dwudziestowiecznej poezji polskiej pozostaje niekwestionowalny, podobnie jak jego znaczenie dla historii satyry czy kabaretu międzywojennego. Po roku 1989 zaś zrewidowano dokładnie również jego powojenne wybory polityczne. Antoni Słonimski z kolei, między innymi w konsekwencji postawy, jaką prezentował przez ostatnich dwadzieścia lat życia w PRL, znany jest dziś może mniej jako poeta, a bardziej jako publicysta czy felietonista polityczny. Tym samym również z jego przedwojennego dorobku największym zainteresowaniem badaczy cieszyły się Kroniki tygodniowe, przez trzynaście lat ogłaszane na łamach "Wiadomości". Poświęcono mu także sporo wspomnień i opracowań biograficznych, z których warto wymienić Sagę rodu Słonimskich Janiny Kumanieckiej i wydaną całkiem ostatnio monografię Słonimski. Heretyk na ambonie Joanny Kuciel-Frydryszak.

Tadeusz Boy-Żeleński z kolei jest chyba jedynym międzywojennym pisarzem niebeletrystą, którego po wojnie uhonorowano wydaniem dzieł zebranych. Dwudziestoośmiotomowa edycja pod redakcją Henryka Markiewicza ukazywała się wprawdzie bardzo długo - od 1956 do 1975 roku - dzięki niej jednak cały dorobek Boya (co prawda z cięciami cenzury) jest od dawna dostępny w bibliotekach. A do tego dodać wypada niezliczone wznowienia czy to jego książek wspomnieniowych, czy prowadzonych przez niego kampanii obyczajowych, czy choćby Słówek; nadto kilka książek monograficznych - Andrzeja Stawara, Romana Zimanda i ostatnio samego Markiewicza. I jeszcze opracowania biograficzne Barbary Winklowej i Józefa Hena, a niechby i niedawne spory lustracyjne o zachowanie Boya we Lwowie po 17 września 1939 roku. Boy może być pisarzem przecenianym lub niedocenianym, ale na pewno nie jest pisarzem zapomnianym.

Natomiast o Mieczysławie Grydzewskim, twórcy i redaktorze "Wiadomości Literackich", wiadomo stosunkowo najmniej. A i tak znacznie więcej pisano o nim, kiedy pismo przestało istnieć. Przeważająca część wspomnień i opracowań na temat Grydzewskiego powstała po wojnie i dotyczyła okresu emigracji, czasów, kiedy redagował późniejsze mutacje swojego pisma. Przy jego biografii zatem wypadnie na chwilę się zatrzymać.

Najpierw jednak krótko o jego losach późniejszych. Warszawę, jak wiadomo, opuścił 5 września 1939 roku, razem z Tuwimem, Słonimskim i ich żonami16; potem, jak wielu innych, przez Rumunię dotarł do Francji. Tam właśnie powołał do życia "Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie", których nominalnym redaktorem był Zygmunt Nowakowski i których pierwszy numer ukazał się w Paryżu z datą 17 marca 1940 roku. Pismo to po upadku Francji przeniosło się do Londynu, gdzie wychodziło do lutego 1944 roku, kiedy cofnięto mu przydział papieru - dlatego, jak zwięźle stwierdziła we wspomnieniu Stefania Zahorska, że było antyrządowe, antyrosyjskie i antyangielskie17. Kolejną mutację - po prostu "Wiadomości" - Grydzewski wznowił w Londynie 7 kwietnia 1946 roku i kierował nią aż do śmierci 9 stycznia 1970. Potem pismo ukazywało się jeszcze przez jedenaście lat.

Trzydziestolecie "Wiadomości" obchodzono uroczyście w Londynie 18 czerwca 1954 roku, wygłoszone tam przemówienia i nadesłane materiały wspomnieniowe zebrane zostały w oddzielnej książce zatytułowanej XXX-lecie "Wiadomości". I rocznica, i tytuł tego wydawnictwa wskazują na silne i mocno akcentowane poczucie ciągłości między pismem emigracyjnym i przedwojennym. Dziesięć lat później z kolei "Wiadomości" podkreślały ciągłość zabiegiem powtórzonym z czasów warszawskich, to znaczy rubryką informującą o zawartości numerów wydanych czterdzieści lat wcześniej (tak przed wojną "Wiadomości Literackie" uhonorowały swoje dziesięciolecie). Natomiast w tekstach wspomnieniowych, które ukazały się w Londynie po śmierci Grydzewskiego, to poczucie ciągłości jest już znacznie słabsze. Książka o Grydzewskim. Szkice i wspomnienia okres warszawski traktuje przeważnie jako źródło anegdot, często z drugiej ręki, i skupia się na późniejszych latach życia redaktora. Z kolei w zapiskach obojga Iwaszkiewiczów, u Krzywickiej, u Weintrauba i we wspomnieniach innych osób z dwudziestolecia międzywojennego postać redaktora "Wiadomości" przewija się wprawdzie często, ale niekoniecznie jako pierwszoplanowa. Na ogół przesłaniają go tygodnik, który wydawał, i znacznie bardziej malowniczy współpracownicy.

Grydzewski urodził się w Warszawie 27 grudnia 1894 roku jako Mieczysław Jerzy Grycendler (w wersji wcześniejszej, jak podaje Tymon Terlecki, nazwisko to brzmiało Gruetzhaendler, a według Aleksandra Janty - Grützhändler). Wczesną młodość spędził wraz z rodzicami w Moskwie; jak odnotował Terlecki, był jedynym znanym mu człowiekiem, "który widział jedną z najwspanialszych klap świata, Hamleta w inscenizacji Edwarda Gordona Craiga na scenie Moskiewskiego Teatru Artystycznego"18. Z kolei w nocie biograficznej opracowanej przez Annę Supruniuk czytamy, że podczas pierwszej wojny światowej "rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Moskiewskim, które skończył w Warszawie pod kierunkiem prof. Maurycego Handelsmana"19. Chyba jednak wtedy nie chodziło już o prawo, lecz o historię - tak wynika nie tylko z przywołanego nazwiska promotora, ale również na przykład ze wspomnienia Stanisława Paprockiego, który powołuje się na wspólne z Grydzewskim studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim w latach 1915-191820.

Tak również orzeka Janusz Stradecki, odnotowując debiut Grydzewskiego jako "studenta Wydziału Historii UW"21. Skądinąd ów debiut (w drugim numerze pisma "Pro Arte et Studio" z 1916 roku) noszący tytuł Konstytucja 3 Maja a Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela równie dobrze mógł być historyczny, jak prawniczy. Niewątpliwie jednak Grydzewski był wychowankiem Handelsmana, a Hemar uważał nawet, że to z jego seminarium "wyniósł manię cierpliwości badawczej"22. W innych wspomnieniach również o redaktorze "Wiadomości" mówi się jako o historyku lub doktorze filozofii (taki tytuł przysługiwał mu jako dyplomowanemu humaniście); Józef Wittlin pisze na przykład, że poznał go w 1919 roku jako "świeżo upieczonego doktora filozofii" w mundurze wojskowym23.

Przede wszystkim jednak był redaktorem. Według Tymona Terleckiego "terminował jako tzw. "redaktor nocny" w "Kurierze Polskim""24; jednak pierwszym jego prawdziwym pismem było przywołane przed chwilą "Pro Arte et Studio", "pismo młodzieży akademickiej", miesięcznik warszawskich polonistów założony przez Juliusza Kleinera w marcu 1916 roku. W listopadzie 1917 roku Grydzewski został tam sekretarzem redakcji i faktycznym redaktorem naczelnym - nominalnym był wcześniej Edward Boyé, a od marca 1918 roku Władysław Zawistowski. Obaj znajdą się później wśród autorów "Wiadomości Literackich", podobnie jak inni współpracownicy "Pro Arte et Studio": Lechoń, Tuwim i Iwaszkiewicz, czyli trzon późniejszego "Skamandra". W 1919 roku pismo zmieniło tytuł na "Pro Arte", a do grona współpracowników dołączyli Słonimski i Wierzyński. Piątka poetów, scementowana wspólnymi występami w kawiarni Pod Pikadorem, ostatecznie zrezygnowała z patronatu akademickiego i w styczniu 1920 roku powołała do życia własne pismo - nieregularny miesięcznik "Skamander".

Wydawnictwo początkowo było dziełem zbiorowym, redagowanym oczywiście z udziałem Grydzewskiego, który na przełomie lat 1923 i 1924 został jego formalnym redaktorem naczelnym (i wydawcą). Pełnił tę funkcję do lipca 1928 roku, kiedy "Skamander" został zawieszony, a następnie, po wznowieniu pisma w kwietniu 1935 roku, do wojny. Przejęcie władzy musiało być cokolwiek burzliwe, jak świadczy zapis Anny Iwaszkiewiczowej z 31 października 1923 roku: "Odbyło się dawno zapowiadane zebranie "Skamandra", na którym ostatecznie Leszek [Lechoń], Tuwim i Tolek [Słonimski] oświadczyli to, co dotąd ciągle zapowiadali, mianowicie odłączenie się i założenie we trzech nowego pisma. Rozumiem, że dłużej nie chcieli mieć Grycusia za redaktora, ale sposób zrobienia tego był bardzo nietaktowny i przykry dla wszystkich pozostających"25. Ostatecznie jednak do secesji nie doszło; 2 grudnia 1923 roku w tym samym dzienniku autorka zanotowała: "Nie tylko Tolek, który już ciągle czynił kroki polubowne, a nawet oddał Grycusiowi wiersz do następnego numeru, ale Tuwim i Leszek przyznali, że pismo ich nie wyjdzie i że w ogóle nie należy rozwiązywać skamandrowej jedności. Nie dość tego, oni także przystępują do nowego pisma "Wiadomości Literackie"".

Według powszechnego przekonania Grydzewski sam finansował wydawane przez siebie pisma; jak już wiemy, wspomagał go w tej mierze Antoni Borman. O Bormanie opinie krążyły różne. Wszystko wskazuje na to, że był co się zowie człowiekiem światowym. Wspominając pierwszą rozmowę z Grydzewskim o pomyśle założenia "Wiadomości Literackich", Stanisław Baliński opowiada o zdziwieniu, z jakim przyjął wiadomość, że część pieniędzy na nowe pismo ma wyłożyć właśnie on: "Bormana znałem z kawiarni - pisze - interesował się malarstwem, wystawami, sztuką dekoracyjną i ogłoszeniami artystycznymi. Ubierał się zawsze doskonale i błyszczał w towarzyskim życiu Warszawy. Nie kojarzyłem go z literaturą"26. O Bormanie wiadomo, że był o trzy lata młodszy od Grydzewskiego, że studiował architekturę, współtworzył firmę Plakat, a jego żona Halina ("Hapa") Lenczewska, secundo voto Frankowska, redagowała pismo "Kobieta w Świecie i w Domu", dość nowoczesne jak na tamte czasy. Krzywicka w Wyznaniach gorszycielki pisała o tej parze z nieukrywanym jadem - a jest to jedno z nielicznych w ogóle świadectw na ich temat. Że mianowicie Grydzewski "sprowadził sobie w dodatku na głowę niejakiego Antoniego Bormana"27, a "był to chłopak arogancki, głupi i antypatyczny", "macher i geszefciarz", który redaktorowi "podsunął myśl wyzyskania tak rozchwytywanego pisma dla robienia interesu". Że z inicjatywy Bormana pojawił się w piśmie "czynnik merkantylny: ogłoszenia, głupawe najczęściej konkursy i nagrody". Co więcej, że Borman "był pederastą", ale "jako Żyd marzył, żeby się ożenić z rodowitą Polką", a Halina Lenczewska była "jedną z najlepiej ubranych kobiet w Warszawie", ale "puszczała się na cały regulator" i "miała twarz pospolitą i tępą". Natomiast czy to na trzydziestoleciu "Wiadomości", czy we wspomnieniach o Grydzewskim Borman traktowany był zazwyczaj z rewerencją, choć rzeczywiście jako postać z dalszego planu.

Obie redakcje - i "Skamandra", i "Wiadomości Literackich" - mieściły się w prywatnym mieszkaniu Grydzewskiego, na drugim piętrze domu przy ulicy Złotej 8 pod numerem 528. "Wchodziło się - opowiadał Juliusz Sakowski - przez swojsko warszawską, mroczną i chłodną bramę, szło źle oświetlonymi schodami na drugie piętro do typowo warszawskiego mieszkania, urządzonego mieszczańsko i staromodnie. W pokoju, który służył za redakcję, krzesła wygięte w stylu 1900, pluszowa otomana, poczciwe zielone portiery, staroświeckie firanki, biureczko hebanowe z mnóstwem ozdobnych złoceń [...]. Tu przez szereg lat poprawiał rękopisy, łamał numer i robił korekty reżyser i inspicjent swoich zespołów w jednej osobie: redaktor, korektor, metrampaż "Wiadomości Literackich", "Skamandra", "Pologne littéraire", "Przyjaciela Psa" i pewnie kilku innych jeszcze pism, mniej lub bardziej długotrwałych"29. Archiwa wszystkich tych wydawnictw - razem z domem - zostały zniszczone w czasie wojny. Grydzewski mieszkał sam, jak pisze Krzywicka, "z pięknym psem airedale-terrierem"30 (niektóre źródła - na przykład Weintraub i Kossowska - utrzymują, że nawet z dwoma, natomiast fotografia z lat trzydziestych przedstawia go w towarzystwie jamniczki31). Podobno bardzo ciężko przeżył śmierć narzeczonej, panny z katolickiego i antysemickiego domu, dla której zmienił nazwisko32; Iwaszkiewicz pisał: "Osobiste życie tego człowieka po stracie narzeczonej ułożyło się nieszczęśliwie"33. W każdym razie do końca pozostał samotny.

5. Reklama Polskiego Monopolu Tytoniowego (projekt Jerzego Hryniewieckiego). W pierwszym rzędzie od lewej: Zdzisław Czermański, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Ferdynand Goetel, Antoni Słonimski i Mariusz Maszyński; w drugim rzędzie Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński i Julian Tuwim. W górze centaur z głową Mieczysława Grydzewskiego (nr 14/1931).

Pochodził ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, która jeszcze przed jego urodzeniem przyjęła luteranizm. Pochodzenia tego oczywiście nie taił; zresztą dla "Wiadomości Literackich" asymilacja Żydów i ich miejsce w kulturze polskiej, a także problem polskiego antysemityzmu to były zawsze sprawy bardzo istotne i wymagające oddzielnego omówienia. Tu wystarczy wspomnieć, że zarówno sam Grydzewski, jak przede wszystkim jego najbliżsi współpracownicy, Tuwim i Słonimski, byli przedmiotem uporczywych, czasem niezwykle brutalnych ataków właśnie z powodu swej - nazwijmy to tak - fundamentalnej polskości. Tymczasem we wspomnieniach wydanych po śmierci Grydzewskiego powtarza się znamienny wątek: na emigracji redaktor "Wiadomości" konsekwentnie negował istnienie antysemityzmu w Polsce przedwrześniowej. Jakby przedwojenne doświadczenia, często drastyczne, dokładnie wyparł z pamięci. Musiało to istotnie być uderzające, skoro zwróciło uwagę tak wielu osób. Kazimierz Grocholski: Grydzewski utrzymywał, "że antysemityzm polski jest z reguły ogromnie przesadzony, że wręcz przeciwnie, Polacy są na ogół filosemitami"34. Stefania Kossowska: "W namiętnych rozmowach dowodził nam, że w Polsce nigdy nie było antysemityzmu"35. Tymon Terlecki: "Przekonywał mnie, że w Polsce nigdy nie było żadnego antysemityzmu, albo nawet pozwalał sobie na wycieczki antysemickie"36. Karol Zbyszewski: "Nie tylko sam nie przypinał nikomu etykiety "antysemityzmu", ale bardzo się irytował na tych Żydów, którzy to robili"37. Postawę Grydzewskiego jedni ze wspominających po prostu konstatują, inni opisują ze zdziwieniem; przekonującego wyjaśnienia nie wnosi nikt.

Chyba że za wyjaśnienie uznać słowa Rafała Malczewskiego, zanotowane jeszcze z okazji trzydziestolecia "Wiadomości" w 1954 roku, nie na temat Grydzewskiego personalnie, lecz dotyczące w ogóle emigracji powojennej: "Byle kijek uważamy za laskę pielgrzymią, dziurawy trzewik - za sandał wędrowca. Pisze się o latach tak niedawnych, jakby plemię rodaków na obczyźnie cierpiało na chroniczną amnezję. Niby że Polska po pierwszej wojnie niczym blada dziewica wypsnęła się z grobu z lilią w ręku i z tym kwiatuszkiem w garści położyła się z powrotem w trumience. Że przemknęła przez swoje krótkie życie niewinna, czysta i nieskalana"38. Wychodźcom nie przystoi hańbić opuszczonego gniazda.

"Wiadomości Literackie" od początku uchodziły za autorskie pismo Grydzewskiego, odbicie jego gustów i fobii, materialne świadectwo jego poglądów na kulturę, a z biegiem lat również na społeczeństwo i politykę. Ale sam pisał niewiele, bardzo rzadko pod pełnym nazwiskiem, częściej podpisywał się kryptonimami "mg." lub "jam." albo redagował anonimowe noty rozmaitych odmian. Wśród nich były wspomniane już odpowiedzi redakcji na listy czytelników, utrzymane w tonie napoleońskim i niedopuszczającym dyskusji. Kryptonimem "jam." Grydzewski opatrywał sporządzane przez siebie, czasem bardzo obszerne, Przeglądy prasy; podpis "mg." towarzyszył zazwyczaj informacjom dotyczącym samego pisma - na przykład zawiadomieniom o ingerencjach cenzury lub o ich sądowym odwojowaniu.

Tu wypadnie otworzyć nawias. "Wiadomości Literackie" miewały liczne kłopoty z cenzurą, zwłaszcza w latach trzydziestych zdarzały się wydania z białymi plamami, w tym robiący największe wrażenie numer 20/1933, gdzie w reportażu Mariana Czuchnowskiego skonfiskowano nie tylko cały tekst, lecz także jego tytuł. W rezultacie "Wiadomości" ukazały się z pierwszą stroną całkiem białą, jeśli nie liczyć winiety, centaura i pojedynczej szpalty z wierszami Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Ale w walce o wolność wypowiedzi pismu chodziło nie tylko o własne interesy. Był to dla redakcji chyba główny artykuł wiary i wszelkie odstępstwa odnotowywano z oburzeniem, czy chodziło o Polskę, czy o resztę świata. Informacje na temat reszty świata bywały wprawdzie dosyć przypadkowe - jak zresztą cały serwis zagraniczny pisma, zwłaszcza z początku - jednak ich uporczywość wyraźnie wskazuje, jak bardzo ta sprawa musiała Grydzewskiemu leżeć na sercu.

Zatem w latach 1926 i 1927 rozproszone noty kilkakrotnie informowały czytelników o perypetiach Henry'ego Louisa Menckena, felietonisty "Baltimore Sun" aresztowanego za "rozpowszechnianie bezwstydnych druków" (22/1926, kolejne noty w numerach 4/1927 i 19/1927), a w rzeczywistości za cytowanie bez komentarza purytańskich, samoośmieszających się wypowiedzi na tematy obyczajowe. W roku 1929 miejsce Menckena zajął George Grosz skazany na dwa miesiące aresztu i grzywnę za bluźnierstwo, za jakie mu poczytano scenografię do Szwejka w inscenizacji Piscatora, gdzie pojawiał się ukrzyżowany Chrystus w masce gazowej (temat podnoszono w numerach 1/1929, 7/1929 i 16/1929). W numerze 41/1927 z kolei donoszono, że w Bazylei wydano wprawdzie Ulissesa Joyce'a w przekładzie niemieckim, ale kupować go mogą tylko "lekarze i ludzie powyżej 25 lat, zajmujący się literaturą". W numerze 7/1928 informowano, że z bibliotek więziennych w Anglii kazano wycofać egzemplarze Nędzników Victora Hugo, w 6/1929 - że w Belgii cenzura prześladuje "niemoralną literaturę" w postaci Kuszenia świętego Antoniego Flauberta, a w 10/1929 w artykule Walka o "Kwiaty zła" "stjm." (czyli Stanisława Jarocińska-Malinowska) przypominała perypetie, jakie miał z cenzurą Baudelaire. Numer 24/1929 zawierał noty zatytułowane Walka o niezależną prasę w Grecji i Hipokryzja cenzury węgierskiej, natomiast w numerze 18/1930 można było przeczytać, że student z Oksfordu, u którego znaleziono egzemplarz nielegalnie wydanego Kochanka lady Chatterley, skazany został na rok więzienia. Trzeba jednak zauważyć, że w latach trzydziestych informacje o tłumieniu wolności słowa w różnych krajach straciły charakter ciekawostek i były bardziej systematyczne; dotyczy to zwłaszcza wiadomości o funkcjonowaniu cenzury w Związku Radzieckim i w Trzeciej Rzeszy.

Najwięcej miejsca, co oczywiste, poświęcano jednak cenzurze w Polsce. Odnotowywano konfiskaty: a to szóstego numeru "Dźwigni" (decyzją "mało inteligentnego referenta prasowego Komisariatu Rządu", 52/1927), a to poematu Peipera Chwila (19/1931), a to fragmentu wiersza Tuwima w programie teatrzyku Banda (47/1932). W numerze 21/1931 opublikowano list Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, który zaklinał się, że drukowana w odcinkach w dzienniku "ABC" Kariera Nikodema Dyzmy "nie ma absolutnie żadnej tendencji politycznej", a tymczasem Komisariat Rządu na m.st. Warszawę nakazał konfiskatę już dwóch odcinków. Próbowano wreszcie cenzurze przydać tło historyczne, Stanisław Lenkowski (Cenzura polityczna w starożytności, 27/1936) podkreślał, że cenzury nie było ani w Grecji, ani w Rzymie, gdzie po prostu likwidowano przeciwników politycznych (nie jest do końca jasne, czy to miałby być wzór do naśladowania), natomiast Jan Parandowski (Artykuł 214 kodeksu karnego, 28/1937) zauważał, że penalizację pornografii odziedziczyliśmy po prawodawcach zaborczych.

Sam Grydzewski, zazwyczaj właśnie jako "mg.", komentował kolejne ingerencje cenzury w "Wiadomościach Literackich" lub ich uchylenia. Chwalił się na przykład w oddzielnej nocie (2/1935): "Na osiem dotychczasowych konfiskat "Wiadomości Literackich" jest to już trzecia i czwarta uchylona przez sąd". Jako doświadczony redaktor informował też inne pisma o obowiązującej procedurze. Gdy "Gazeta Polska", po raz pierwszy doświadczywszy ingerencji w kwietniu 1936 roku (skonfiskowano wtedy artykuł Bogusława Miedzińskiego o zamieszkach we Lwowie39), napisała, że kieruje sprawę "na drogę sądową", w nocie Konfiskata "Gazety Polskiej" (19/1936) Grydzewski zauważał (można sądzić, iż z pewną Schadenfreude, w końcu chodziło o dziennik bardzo bliski władzy), że to oczywisty błąd proceduralny. Numer "Gazety" - tłumaczył - "zajął był" Komisariat Rządu na m.st. Warszawę i to on kieruje sprawę do prokuratury, a ta do sądu, który dopiero orzeka - pod nieobecność stron - zasadność lub bezzasadność konfiskaty. Przeważnie jednak przychyla się do stanowiska prokuratora - dodawał.

Kwestionowanie orzeczeń cenzorskich, wrażliwość na ograniczenia wolności wypowiedzi nie pojawiały się w "Wiadomościach Literackich" przypadkiem, stanowiły immanentny składnik orientacji pisma. Mówi się o nim najczęściej, że było liberalne, i w zasadzie jest to prawda, jeśli liberalizm rozumieć nie tylko jako filozoficzną tradycję zapoczątkowaną przez Locke'a, Monteskiusza i Milla, lecz przede wszystkim jako praktyczne poszerzanie granic, w których realizuje się swoboda jednostki i wolność wypowiedzi. Toteż na co dzień liberalizmowi "Wiadomości" patronowali mniej dostojni mistrzowie. Przez całe szesnastolecie, choć z różnym nasileniem, powtarzały się trzy nazwiska: Shaw, Wells i Russell. George Bernard Shaw pojawiał się ze względu na pacyfizm, krytykę moralności mieszczańskiej w duchu Profesji pani Warren i zamiłowanie do paradoksów; ale przede wszystkim jako bohater niezliczonych anegdot, w pierwszych latach nieuchronnych niemal w każdym numerze. A także jako autorytet w każdej dziedzinie: literatury francuskiej, erotyzmu w Ulissesie, zainteresowania socjalizmem wśród pań z towarzystwa. Herbert George Wells z kolei występował jako racjonalista, wizjoner społeczny, apologeta nauk ścisłych i wyznawca idei postępu. I wreszcie Bertrand Russell, bardzo wówczas w Polsce popularny, a w "Wiadomościach" propagowany dodatkowo przez Boya i Słonimskiego.

W Roju tłumaczono Russellowi książkę za książką, wszystkie zresztą dosyć do siebie podobne. Russell zabierał głos w kwestiach polityki międzynarodowej, wychowania młodzieży, małżeństwa, rodziny, moralności, religii i "szkodliwości cnotliwych ludzi" (tak brzmiał tytuł jednego ze Szkiców sceptycznych z 1928 roku). Marzyła mu się ogólnoświatowa, ponadpaństwowa organizacja przeciwdziałająca konfliktom i regulująca kwestie sporne. Twierdził, że wychowanie, czy to rodzinne, czy szkolne, jest zasadniczo szkodliwe, bo polega na utrwalaniu przesądów: "Patriotyzmu typu nacjonalistycznego nie tylko nie powinno się wpajać dzieciom w szkole, ale powinno się mówić o nim jako o postaci zbiorowej histerii, której ludzie niestety ulegają i przeciw której powinni być chronieni"40. Opowiadał się też za równouprawnieniem kobiet, wolną miłością, małżeństwami na próbę i kontrolowaniem urodzin; potępiał natomiast ducha rywalizacji, który opanował społeczeństwa kapitalistyczne, i zalecał w zamian tolerancję, współpracę i wyzbycie się zawiści.

Przytoczone tu poglądy były zresztą podzielane przez znaczną część ówczesnej oświeconej inteligencji, tej właśnie, z której rekrutowali się czytelnicy i współpracownicy "Wiadomości Literackich". Nie bez powodu inżynierowa Młodziakowa spędzała popołudnia na czytaniu Russella, a męża próbowała zachęcić do Wellsa (nieskutecznie; inżynier, jak pamiętamy, wolał Słówka Boya). Z perspektywy lat liberalizm "Wiadomości" może się wydawać naiwny, zresztą już w dwudziestoleciu nie stanowił dostatecznej obrony przed atakami radykałów. Praktykowano go jednak konsekwentnie i w zasadzie bez odstępstw.

Wróćmy do Grydzewskiego. Literami "mg." sygnowane były również Teatry paryskie, czyli relacje z corocznych wypraw redaktora do Francji. Był on bowiem zamiłowanym teatromanem, chociaż - przynajmniej zdaniem Tymona Terleckiego41 - niezbyt wytrawnym, niewrażliwym na sztukę sceniczną i traktującym teatr jedynie jako przekaźnik literatury. Potwierdza to anegdota opowiedziana przez Stanisława Balińskiego: Grydzewski zazwyczaj wcześniej czytał tekst dramatu, ale gdy raz tego zaniedbał przed jakimś spektaklem sztuki Marcela Aymégo, przyzwyczajony do przestawień z dwoma antraktami po trzecim akcie opuścił teatr, nieco zdziwiony, że nikt mu nie towarzyszy. I dopiero w hotelu, zajrzawszy do egzemplarza, przekonał się, że wyszedł przed końcem: sztuka miała cztery akty42.

Kryptonimem "jam." z kolei Grydzewski opatrywał nieregularnie ukazujący się Przegląd prasy, niekiedy krótki, a niekiedy ogromny, zajmujący więcej niż pół kolumny. Cykl ten miał w istocie charakter kroniki wydarzeń, czasem marginesowych, czasem bardzo poważnych; fakt, że coś opisano w jakiejś gazecie, bywał często tylko pretekstem do kategorycznego komentarza. W numerze 41/1930 "jam." notował, że "Nasz Przegląd" oburza się, gdy ktoś próbuje fotografować modlących się chasydów w Górze Kalwarii, a w numerze 19/1931 z kolei za pismem "Chwila" donosił o krakowskiej konfiskacie poematu Peipera Na przykład. Zdarzało się, że Przegląd prasy podejmował jeden temat na podstawie kilku źródeł: i tak w numerze 4/1936 nota Żydzi, Czesi i Tatarzy w polskiej literaturze współczesnej informowała, że "Głos Narodu" nie dopuszcza myśli o powołaniu Tuwima w skład Polskiej Akademii Literatury (bo Żyd), że "Wiara i Życie" wywodzi brak patriotyzmu w powieściach Emila Zegadłowicza z faktu, iż autor miał dziadka Czecha i ojca Rusina, że wreszcie "Merkuryusz Polski" wyrzuca Iłłakowiczównie pochodzenie tatarskie. Za ciekawostkę godną odnotowania Grydzewski uznał też fakt, że w ankiecie "Prosto z mostu" za najciekawszą książkę 1935 roku czytelnicy tego pisma uznali bałwochwalcze wobec Piłsudskiego Strzępy meldunków Sławoja-Składkowskiego (13/1936). Ten rodzaj złośliwości pod adresem konkurencyjnego tygodnika uprawiano na łamach "Wiadomości Literackich" nagminnie.

Inny natomiast charakter ma zapis z numeru 20/1937, gdzie "jam." wyraża zdziwienie, że prasa niemal przemilczała znamienny incydent: "Bojówka sanacyjnego Legionu Młodych dokonała najścia na gmach Tow. Kredytowego Ziemskiego, gdzie wśród okrzyków: "hańba!" zniszczono przy pomocy kwasów gryzących i czarnej farby fresk przedstawiający nadanie ustawy Tow. Kredytowego Ziemskiego w r. 1825 delegacji Królestwa Polskiego przez Aleksandra I". Budynek jest zabytkowy, pod ochroną - pisze dalej Grydzewski - a cały incydent to akt wandalizmu i arogancji; tymczasem jedynie "Dziennik Poranny" ("lewicowy, demokratyczny") w komentarzu wyjaśnił, że na zniszczonym fresku Aleksander I występował nie jako car rosyjski, ale jako król Polski, a odbierający akt Drucki-Lubecki jako minister Królestwa Polskiego. Czy wobec tego mielibyśmy zakazać śpiewania hymnu "Boże, coś Polskę"? - pytał redaktor43. A z kolei w numerze 15/1939 Przegląd prasy o znacznej objętości prawie w całości poświęcony został uwięzieniu Stanisława Cata-Mackiewicza w Berezie i protestom środowiska dziennikarskiego w tej sprawie.

Z przedstawionego wyliczenia można by wnioskować, że Przeglądy prasy zawierały wiadomości dosyć przypadkowe. W rzeczywistości bywało inaczej. Zarówno dobór informacji, jak komentarze Grydzewskiego składały się dosyć często na coś w rodzaju ukrytego wstępniaka, który - podobnie jak Kronika tygodniowa Słonimskiego - wyznaczał zasadniczą orientację polityczną eklektycznego z pozoru tygodnika. W czasach spokoju można było to przeoczyć, lecz w miarę jak sytuacja się zaostrzała, neutralne notatki przekształcały się w prawdziwą trybunę. Niech za przykład posłuży tu Przegląd prasy z numeru z 18 czerwca 1939 (26/1939). Zajmuje on dokładnie połowę przedostatniej, siódmej strony "Wiadomości Literackich" i składa się z pięciu not, przy czym trzy pierwsze są właściwie niewielkimi artykułami polemicznymi.

Pierwszy z nich nosi tytuł Wśród dymnych zasłon odwrotu od hitleryzmu i prawie w całości jest cytatem z "organu młodych piłsudczyków", pisma "Przemiany". W artykule Psychiczne rozbrajanie społeczeństwa zaatakowano tam "Prosto z mostu" zarówno za dawny entuzjazm dla młodzieżowych ruchów faszystowskich w Czechach, Jugosławii i na Słowacji, jak za obecne ich krytykowanie pod pretekstem, że "nie oparły się germańskiej nawale". Zwłaszcza że oskarżenia "Prosto z mostu" nie objęły ani jawnie proniemieckiej Żelaznej Gwardii rumuńskiej, ani też (i przede wszystkim) polskich narodowców, jeszcze przed chwilą zachwycających się Hitlerem i obrzucających obelgami Anglię i Francję jako "zgniłe demokracje". Cytat nie jest oczywiście neutralny. Rzecz dzieje się już po kwietniowym przemówieniu Hitlera, żądającego dla Rzeszy przestrzeni życiowej, w tym tak zwanego korytarza i Gdańska, a także po majowej odpowiedzi Becka. Stosunki z Niemcami są jawnie wrogie, lada chwila może wybuchnąć wojna. Grydzewski zatem za pośrednictwem cudzego tekstu opowiada się w imieniu swego pisma po stronie koalicji antyhitlerowskiej, piętnując tych, którzy wcześniej próbowali jej szkodzić, a teraz zmieniają front, nie rozliczywszy się ze swoich win.

Nota druga, Dwie reakcje na wiersz Broniewskiego, sens polityczny ma podobny. Zestawia mianowicie wypowiedzi tych, których Bagnet na broń zachwycił (ze szczególnym podkreśleniem opinii nacjonalistycznej "Kroniki", katolickiego "Głosu Narodu" i ozonowego "Zaczynu"), z aberracyjną wypowiedzią Marii Jehanne Wielopolskiej, że Broniewskiemu "zapachniała wojna z Niemcami, gdzie tacy jak on nie wychodzą z obozów koncentracyjnych". Obrona Broniewskiego ma oczywiste powody merytoryczne, zapewne też wynika z przyczyn towarzysko-środowiskowych. Ale i tym razem atak na Wielopolską został przeprowadzony nie wprost, lecz za pośrednictwem "Dziennika Powszechnego", który autorkę inkryminowanej wypowiedzi nazwał "utytułowaną walkirią hitlerowskiego raju". Notabene ani "Dziennik Powszechny" (przynajmniej w przytoczonym fragmencie), ani sam Grydzewski nie podają, gdzie właściwie słowa Wielopolskiej zostały opublikowane; tego rodzaju przeoczenia zdarzały się w "Wiadomościach Literackich" niestety dość często.

W trzeciej nocie, Frazeologia państwowotwórcza a literatura, posłużono się inną metodą. W części pierwszej autor zawarł kierowany pod niesprecyzowanym adresem zarzut, jakoby jakieś czynniki nieustannie domagały się literatury zaangażowanej w służbę interesom państwa. W części drugiej wyliczał teksty powstające w niepodległej Polsce i jego zdaniem niedwuznacznie "zaangażowane" - od Wiatru od morza po Generała Barcza - co miało stanowić koronny dowód, że postulaty, o których mowa, były zwykłymi frazesami. Część trzecia to analiza Geniusza sierocego, historycznej sztuki Marii Dąbrowskiej, jako dramatu par excellence politycznego, w którym Władysław IV "nieraz przemawia językiem Piłsudskiego". Wreszcie pod koniec nazwany został po imieniu przynajmniej jeden z "czynników" domagających się twórczości zaangażowanej - mianowicie dziennik "Polska Zbrojna", nieoficjalny organ Ministerstwa Spraw Wojskowych, zresztą z dużymi ambicjami kulturalnymi. Ale o dramacie Dąbrowskiej pismo to potrafiło napisać tylko tyle, że treścią sięga on do 1646 roku, i wyliczyć występujące tam postacie historyczne. I tak oto - pisze Grydzewski - "nieporadny prymityw, nie władający nawet przyzwoicie piórem, rości sobie pretensje do wskazywania dróg literaturze polskiej".

Dwie kolejne noty są już mniej interesujące. W czwartej, Pamięci Aleksandra Brücknera, "jam." wylicza publikacje, które uczciły tę postać. W piątej, zatytułowanej Setny numer "Czarno na Białym", znalazły się gratulacje dla Januarego Grzędzińskiego: "Doskonale prowadzona kronika polityczna [...] stanowi skuteczną odtrutkę na brednie, jakimi karmią swoich czytelników różne hitlerofilskie czy göringofilskie pisemka". Przesłanie Przeglądu prasy jest całkowicie czytelne.

Ale obrana przez Grydzewskiego metoda uprawiania publicystyki politycznej może się wydawać pokrętna. Trudno zaprzeczyć: nie był on szczególnie błyskotliwym stylistą. W Przeglądach prasy partie cytowane giną w gąszczu wielokrotnych cudzysłowów, komentarze odautorskie zaś wymagają od czytelnika natężonej uwagi. Oczywiście, można przyjąć, że sama formuła Przeglądów wymyślona została na lepsze czasy i była przystosowana do mniej dramatycznej problematyki (ale wówczas i moja analiza wypadłaby mniej wyraziście). Tu natomiast, dziesięć tygodni przed wybuchem wojny, relację Grydzewskiego dodatkowo obciąża powaga tonu - a także toporność cytowanych tekstów.

Dział Grydzewskiego był z założenia znacznie poważniejszy niż jawnie satyryczna Camera obscura, ale też na ogół mniej solenny niż na przykład komentarze polityczne Józefa Hieronima Retingera, publikowane od 1938 roku w cyklu Historia i polityka. Grydzewski miał specyficzne poczucie humoru, ukrywane na ogół w komentarzach i Przeglądach prasy, ujawniane natomiast w drobnych pomysłach redakcyjnych, w ciekawostkach i we wzmiankach na najdziwniejsze tematy. A tych na łamach "Wiadomości Literackich" pojawiało się sporo, często całkiem nieoczekiwanych. W numerze 27/1926 można było na przykład przeczytać, że "w ciągu 50 lat Kraszewski napisał 188 277 stronic, czyli 11 768 arkuszy druku, obejmujących 6 589 695 wierszy, a 290 946 580 liter". Numer 31/1927 prezentował obrazki przedstawiające największe książki świata, w tym Biblię mierzącą 1,6 metra wysokości; numer 29/1928 informował (w Kronice francuskiej), że "zachował się egzemplarz konstytucji francuskiej z 1793 r. oprawny w ludzką skórę"; a z kolei w numerze 23/1936 zamieszczono na całej kolumnie Mapę miejsc urodzeń współczesnych pisarzy polskich (z największym stężeniem w Warszawie i Krakowie).

Kurioza wynajdywane przez Tuwima - a tych "Wiadomości" również publikowały sporo - miały inny charakter, przeważnie były bądź satyryczne, bądź diaboliczne, natomiast żarty, które przypisuję tu Grydzewskiemu, wskazywały raczej na ironiczny sceptycyzm. Pod tym względem redaktorowi bliższy od Tuwima mógł być Marian Eile; nic dziwnego, że twórca pana Grypsa odgrywał tak ważną rolę w ostatnich trzech latach istnienia pisma. Absurdalne dowcipy Eilego - takie jak opisane już konkursy albo gra planszowa Pozwolenie na lwa, polegająca na pokonywaniu kolejnych przeszkód biurokratycznych przez kogoś, kto owego lwa chciałby hodować w Warszawie (52-53/1938) - musiały Grydzewskiego bawić nie tylko jako redaktora.

W pieśni i powieści Grydzewski uchodzi za redaktora idealnego. Przypisywane mu są rozmaite sentencje, z których dwie szczególnie warto zapamiętać: "ja wprawdzie świetnie wiem, że Pana Tadeusza napisał Juliusz Słowacki, ale na wszelki wypadek sprawdzam" i "słup telegraficzny jest to dobrze zredagowana sosna". W rzeczywistości ze skrupulatnością bywało różnie. Tuwimowski przekład Jeźdźca miedzianego, opublikowany na pierwszej stronie numeru 16/1928, za autora miał Sergiusza Puszkina. Co gorsza, w kolejnych numerach nie znalazłam sprostowania tego błędu - a powinno się było pojawić na miejscu równie poczesnym44. Co zaś do intensywności zabiegów redakcyjnych, którym Grydzewski poddawał teksty kierowane do druku, opinie są w zasadzie jednomyślne. Dawni współpracownicy wspominają jego fobie leksykalne i interpunkcyjne. Weintraub żali się, że redaktor zbyt rygorystycznie trzymał się słownika Kryńskiego (tylko Boy miał dyspensę na własne z kolei dziwactwa); Mieczysław Giergielewicz zaś wspomina, że Grydzewski "kierował się jakąś osobliwą własną interpunkcją, stanowiącą mariaż między uchwałami Akademii Umiejętności a zwyczajami francuskimi" i konsekwentnie kasował przecinki przed "że"45. Ingerencje nie ograniczały się jednak do interpunkcji, Terlecki pisze wprost, że redaktor przerabiał autorom teksty i potem nie uwzględniał ich korekt, to samo powtarza Janta-Połczyński46. Za przeciwwagę mogą posłużyć słowa Sakowskiego: "W tym piśmie wiersz brzmiał lepiej niż gdzie indziej, artykuł miał inny rezonans, kampania nabierała ostrości i zacięcia, żart trafiał, patos nie raził, strzał był celniejszy, a bywał morderczy, pochwała była prawdziwym wyróżnieniem"47. A w każdym razie tak to wyglądało z londyńskiej perspektywy.

6. Fragment Jeźdźca miedzianego Aleksandra Puszkina z błędnym autorstwem (nr 16/1928).

Takie i podobne komplementy - a we wspomnieniach można ich spotkać wiele - wydają się jednak trochę nie na miarę tego, czym naprawdę wyróżniał się Grydzewski. Być może rzeczywiście wydawał się świetnym adiustatorem, co rzucało się w oczy zwłaszcza na tle nieprawdopodobnego niechlujstwa prasy międzywojennej. Ale przede wszystkim obdarzony był rzadkim talentem właśnie redaktorskim - umiejętnością postrzegania numeru tygodnika jako całości. "Wiadomości Literackie" były magazynem, ale zarazem były pismem wyraźnie komponowanym. Dodajmy: czasem nawet nadmiernie komponowanym, jak w przypadku numerów monotematycznych, z których część rzeczywiście stanowiła rewelację (choćby poświęcony Warszawie ostatni, świąteczny numer z 1938 roku), ale część, przynajmniej moim zdaniem, była po prostu nudna.

Tego zarzutu jednak nikt wśród autorów wspomnień nie wysuwał. Natomiast z faktu, że numery "Wiadomości Literackich" zawierają niewiele materiałów przypadkowych, dobrze zdawali sobie sprawę i czytelnicy, i analitycy. W 1939 roku nakładem redakcji ukazała się książka Mariana Toporowskiego "Wiadomości Literackie" 1924-1933. Zestawienie treści - Indeks ilustracji - Pseudonimy i kryptonimy, czyli po prostu bibliografia zawartości pierwszych dziesięciu roczników48. Wydawnictwo to, bodaj bez precedensu w dwudziestoleciu, zostało następnie szczegółowo omówione na macierzystych łamach (19/1939): całą kolumnę pod wspólnym nagłówkiem Przewodnik i bilans dziesięciolecia podzielili między siebie Kazimierz Czachowski i "ww.", czyli Wiktor Weintraub.

Czachowski zajął się przede wszystkim techniczną i metodyczną stroną bibliografii Toporowskiego. Zaczął jednak od stwierdzenia, które warto przytoczyć jako dowód, że polityka redakcyjna "Wiadomości" zauważalna była nie tylko z perspektywy lat. Napisał: "Jest to pismo redagowane w tym znaczeniu, że zawarty w nim materiał przychodzi nie tylko z dobrej woli współpracowników, lecz w znacznej części bywa zamawiany przez redakcję u odpowiednich autorów". I dalej: "Tajemnica powodzenia polega na celowym i pracowitym przygotowaniu każdego numeru". Analiza Weintrauba natomiast dotyczyła konkretnej zawartości pierwszych dziesięciu roczników. Potwierdzała sąd obiegowy: że mianowicie "Wiadomości" z pisma literackiego, a nawet polonistycznego - w latach dwudziestych - w następnej dekadzie wyewoluowały w tygodnik kulturalno-społeczny. Jeśli w pierwszym pięcioleciu główne dyskusje dotyczyły miejsca Mickiewicza w literaturze polskiej, kwestii niezrozumialstwa w sztuce (pod tym hasłem ukrywał się atak Irzykowskiego na awangardę) i sensu uprawiania krytyki literackiej jako takiej, to w latach trzydziestych pojawiły się cykle reportażowe stanowiące rodzaj publicystyki politycznej - choćby wrażenia Słonimskiego z Rosji Sowieckiej czy Sobańskiego z Niemiec po przewrocie hitlerowskim. Kontynuacją tego kierunku - już w latach późniejszych, wykraczających poza bibliografię Toporowskiego - są korespondencje Pruszyńskiego z wojny domowej w Hiszpanii, cykl artykułów Pisarze polscy o kwestii żydowskiej czy wzmiankowany już numer warszawski, w istocie równoważnik tomu rozpraw z socjologii miasta. To wyliczenie chyba wystarczy, by uświadomić sobie ewolucję tematów, a zarazem zamysł redaktora, który znaczną część numerów tygodnika starał się konstruować jak kolejne książki.