W objęciach ciemności - Alexandra Ivy

-
Proszę czekać

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Jolanta Gomółka

Jolanta Kucharska

Elżbieta Steglińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

? Colin Anderson/Photographer's Choice/Getty Images/Flash Press Media

Skład

Wydawnictwo AMBER

Jacek Grzechulski

Tytuł oryginału

Embrace the Darkness

Copyright ? 2007 by Debbie Raleigh

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright ? 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4541-6

Warszawa 2010. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował

Rozdział 1

Rozdział 1

Dom aukcyjny na przedmieściu Chicago nie wyglądał na obskurną norę. Ceglana budowla za żelaznym ogrodzeniem górowała arogancko nad okolicą. Sale były wielkie, zdobione pięknymi malowidłami, sklepionymi sufitami, z których zwieszały się eleganckie żyrandole. Za radą dekoratora wnętrza umeblowano ręcznie wykonanymi, rzeźbionymi meblami, ściany obito lśniącą ciemną boazerią, na podłogach położono puszyste dywany w kolorze kości słoniowej.

Panowała tu atmosfera spokoju, jaką mogą zapewnić tylko pieniądze. Mnóstwo pieniędzy.

Było to miejsce wytworne, w którym należałoby się spodziewać handlu dziełami sztuki, bezcennymi klejnotami i antykami.

Tymczasem był to targ żywym towarem. Kloaka, w której sprzedawano demony jak połcie mięsa.

Nie ma nic pięknego w handlu niewolnikami, nawet jeśli sprzedawane są demony, a nie istoty ludzkie. Ten nikczemny biznes przyciągał dekadenckie, zdeprawowane szumowiny z całego kraju.

Przybywali tu z rozmaitych żałosnych powodów. Ci, którzy potrzebowali najemników lub ochroniarzy. Szukający niewolników do uprawiania seksu. Tacy, którzy wierzyli, że krew demonów może dać im magiczną moc albo wieczne życie. No i ci, którzy kupione demony wypuszczali w swoich posiadłościach i polowali na nie jak na dzikie zwierzęta.

W licytacji brali udział mężczyźni i kobiety bez sumienia i zasad moralnych, mający dość pieniędzy, by zaspokajać swoje chore zachcianki.

Na szczycie tej sterty gnoju miał swoje miejsce właściciel domu aukcyjnego, Evor. Ten jeden z pomniejszych trolli zarabiał na życie, wykorzystując pożałowania godną sytuację innych, z uśmiechem na ustach.

Shay obiecała sobie, że któregoś dnia zabije Evora.

Niestety, nie był to jeszcze ten dzień.

Czy raczej nie ta noc.

Ubrana w śmieszne szarawary jak kobieta z haremu i maleńki top wyszywany cekinami, który odsłaniał wiele więcej, niż zakrywał, krążyła po ciasnej celi na tyłach sal aukcyjnych. Jej długie kruczoczarne włosy splecione były w warkocz sięgający niemal do pasa. Dzięki temu lepiej były wyeksponowane jej skośne złote oczy, delikatnie rzeźbione rysy i brązowawa skóra świadczące, że należy do gatunku innego niż ludzki.

Niecałe dwa miesiące temu była niewolnicą wiedźm, które zamierzały urządzić Armagedon wszystkim demonom. Wtedy, gdy bezradnie przyglądała się, jak knują swoją intrygę, myślała, że wszystko byłoby lepsze niż służenie im.

Do wszystkich diabłów, trudno jest pogodzić się z masowym mordem.

Dopiero kiedy znalazła się z powrotem w mocy Evora, zrozumiała, że śmierć to nie zawsze najgorsze, co może cię spotkać.

Grób byłby drobnostką w porównaniu z tym, co czekało ją za tymi drzwiami.

Shay mimowolnie kopnęła stół, który wzleciał w powietrze i roztrzaskał się o kraty.

Usłyszała za sobą ciężkie westchnienie. Odwróciła się gwałtownie i zmierzyła wzrokiem gargulca kryjącego się za krzesłem w kącie.

Levet nie był postawnym gargulcem. Na dodatek gruba szara skóra, gadzie oczy, rogi i kopyta z pazurami, a także długi ogon, który pielęgnował z dumą, nadawały postaci groteskowy wygląd. Niestety, mimo budzącej grozę powierzchowności miał zaledwie niecały metr wzrostu, a co gorsza, w jego mniemaniu, był obdarzony parą delikatnych, cienkich jak pajęczyna skrzydeł, które bardziej pasowałyby do jakiegoś elfa czy leśnego duszka niż do śmiertelnie niebezpiecznego potwora z mroku.

Ale dość tego upokorzenia; jego moc była w najlepszym razie nieprzewidywalna, a odwadze częściej niż rzadziej zdarzało się zaginąć w akcji.

Nic dziwnego, że został wykluczony z gildii gargulców i musiał radzić sobie sam. Stał się zakałą całej społeczności i nikt nie stanął w jego obronie, gdy Evor schwytał go i uczynił swoim niewolnikiem.

Gdy tylko Shay znalazła się z powrotem w domu aukcyjnym, roztoczyła opiekę nad tą żałosną istotą. Nie tylko dlatego, że zawsze stawała w obronie słabszego, ale dlatego iż wiedziała, że wkurzy Evora, odbierając mu ulubionego chłopca do bicia.

Troll mógł mieć władzę nad wiążącym ją zaklęciem, jednak gdyby doprowadził ją do ostateczności, nie zawahałaby się go zabić, mimo że byłby to również kres jej życia.

- Cherie, czy ten stół zrobił coś, co przeoczyłem, czy też chciałaś tylko dać mu nauczkę? - odezwał się Levet cicho; mówił ze śpiewnym francuskim akcentem.

Tym nie mógł zyskać autorytetu gargulców.

Shay uśmiechnęła się cierpko.

- Wyobraziłam sobie, że to Evor.

- Dziwne, bo są niezbyt podobni.

- Mam bujną wyobraźnię.

- Ach. - Zabawnie poruszył grubymi brwiami. - Więc może wyobrażasz mnie sobie jako Brada Pitta?

- Jestem w tym dobra, ale nie aż tak, gargulcu. - Uśmiechnęła się drwiąco.

- Szkoda.

Jej rozbawienie zniknęło.

- Szkoda, że to stół roztrzaskał się na kawałki, a nie Evor.

- Rozkoszna myśl, ale tylko marzenie. - Szare oczy zmrużyły się z wolna. - Chyba że zamierzasz coś głupiego?

- Kto, ja? - udała zdziwienie.

- Mon Dieu - jęknął demon. - Ty chcesz go pokonać.

- Nie mogę go pokonać. Dopóki wiąże mnie zaklęcie.

- Tak jakby cię to kiedykolwiek powstrzymało. - Levet odrzucił na bok poduszkę, bijąc ze złością ogonem o kopyta. - Nie możesz go uśmiercić, ale wciąż próbujesz kopnąć go w tłusty trolli tyłek.

- Dla zabicia czasu.

- A potem wyjesz z bólu godzinami. - Wzdrygnął się. - Cherie, nie mogę znieść twojego widoku, kiedy cierpisz. Nigdy więcej nie ryzykuj. Chcesz walczyć z losem? To chore.

Shay się skrzywiła. Część zaklęcia stanowiła kara za każdą próbę zaszkodzenia panu. Ból ogarniał całe ciało, leżała, jęcząc, na ziemi, a nawet traciła przytomność na parę godzin. Kary stawały się coraz dotkliwsze i obawiała się, że każdy następny raz, kiedy porwie się na Evora, może być jej ostatnim.

Pociągnęła za swój warkocz. Zawsze tak robiła w chwilach frustracji.

- Uważasz, że powinnam się poddać? Pogodzić z porażką?

- A masz wybór? Jaki wybór ma każde z nas? Nic nie zmieni tego, że należymy... - potarł karłowaty różek - jak wy to mówicie... z całym dobrodziejstwem elementarza...

- Inwentarza.

- A, tak, inwentarza. No więc z całym dobrodziejstwem inwentarza należymy do Evora; może z nami zrobić, co zechce.

Shay zazgrzytała zębami, spoglądając na żelazne kraty, za którymi była uwięziona.

- Cholera. Nienawidzę tego. Nienawidzę Evora. Nienawidzę tej celi. Nienawidzę tych żałosnych demonów, które czekają, żeby mnie zlicytować. Prawie żałuję, że nie pozwoliłam wiedźmom skończyć z nami wszystkimi.

- Nie będę się z tobą spierać, moja słodka Shay - zgodził się Levet z westchnieniem.

Shay zamknęła oczy. Niech to szlag. Nie chciała tego powiedzieć. Zmęczona i sfrustrowana, miotała się w bezsilnej złości, ale nie brakowało jej odwagi. Fakt, że przeżyła ostatnie stulecie, był tego dowodem.

- Nie - wymamrotała. - Nie.

Levet zatrzepotał skrzydłami.

- Dlaczego nie? Siedzimy w pułapce jak szczury, dopóki nie zostaniemy sprzedani temu, kto da najwięcej. Może być coś gorszego?

Uśmiechnęła się smutno.

- Zdać się na los.

- Co?

- Na razie los czy przeznaczenie, czy fortuna, czy jak tam u diabła chcesz to nazywać, miał dla nas gówno. Nie mam zamiaru poddać się i dać powód do satysfakcji Evorowi, by mógł patrzeć, jak staczam się do grobu. Któregoś dnia nadarzy mi się okazja, żeby mu splunąć w twarz. Po to wciąż walczę.

Po chwili milczenia gargulec przysunął się bliżej, tak że mógł otrzeć się łbem o jej nogę. Był to nieświadomy gest. Wolałby umrzeć, niż się przyznać, że szuka otuchy.

- Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek słyszałem tak ostre słowa; wierzę ci. Jeśli w ogóle ktokolwiek zdoła uciec od Evora, to tylko ty.

Shay w zamyśleniu przesunęła róg dźgający ją prosto w udo.

- Wrócę po ciebie, Levet. Tyle ci mogę obiecać.

- No proszę, czyż to nie wzruszające? - Evor, który nagle pojawił się za kratami celi, odsłonił w uśmiechu spiczaste zęby. - Piękna i Bestia.

Shay wepchnęła Leveta za siebie i z pogardliwym uśmiechem patrzyła, jak troll wchodzi do celi, zamykając za sobą bramkę na klucz. Evor z łatwością mógł uchodzić za człowieka. Niewiarygodnie brzydkiego człowieka.

Był niskim mężczyzną przy kości, z okrągłą, nalaną twarzą i tłustym podgardlem. Włosy rosły mu w paru kępkach i choć starannie je zaczesywał, ledwie pokrywały głowę. Małe czarne oczka za okularami w czarnej oprawie świeciły na czerwono, kiedy był zły.

Opasłe ciało ukrywał pod nieprzyzwoicie drogim garniturem.

Tylko zęby zdradzały, że jest trollem.

Zęby i brak zasad moralnych.

- Pieprzyć cię, Evor - mruknęła Shay.

Uśmiechnął się obleśnie.

- Jak sobie życzysz.

Zmrużyła oczy. Odkąd troll uzyskał kontrolę nad jej zaklęciem, stale próbował dostać się do jej łóżka. Przed wzięciem jej siłą powstrzymywała go jedynie świadomość, że Shay gotowa jest zabić ich oboje.

- Prędzej przejdę przez ogień piekielny, niż pozwolę ci się dotknąć.

Wściekłość wykrzywiła nalaną twarz, ale zaraz powrócił oślizgły uśmiech.

- Nadejdzie dzień, moja piękna, kiedy będziesz szczęśliwa, że leżysz pode mną. Każdy ma swoją granicę wytrzymałości. Wkrótce osiągniesz swoją.

- Nie w tym życiu.

Oblizał się lubieżnie.

- Jaka dumna. Jaka mocna. Z przyjemnością wleję w ciebie moje nasienie. Ale jeszcze nie teraz. Najpierw zarobię na tobie. Pieniądze są zawsze na pierwszym miejscu. - Uniósł rękę i pokazał ciężkie żelazne kajdany, które trzymał za plecami. - Włożysz je sama czy mam zawołać chłopców?

Shay skrzyżowała ręce na piersi. Mogła sobie być tylko pół-Shalottą, ale posiadała całą siłę i sprawność swoich przodków. Nie bez powodu mieli w świecie demonów opinię najlepszych zabójców.

- Ciągle wydaje ci się, że te mięśniaki mogą mi coś zrobić?

- Och, nie chcę wcale, żeby ci zrobili krzywdę. Nie ścierpiałbym, gdybyś została uszkodzona przed aukcją. - Z rozmysłem przeniósł wzrok w miejsce, gdzie Levet chował się za jej nogami. - Chcę tylko, żeby zachęcili cię do właściwego zachowania.

Gargulec jęknął cicho.

- Shay?

Cholera.

Stłumiła w sobie instynktowną chęć wepchnięcia Evorowi jego spiczastych zębów do gardła. Skutek byłby taki, że paroksyzm bólu rzuciłby ją na ziemię. Co gorsza, Levet zostałby sam, zdany na łaskę zwalistych górskich trolli, ochroniarzy Evora. Spodobałoby się im znęcanie nad nieszczęsnym gargulcem. Ich jedyną przyjemnością było zadawanie bólu innym.

Przeklęte trolle.

- Dawaj. - Wyciągnęła ręce, rzucając mu wściekłe spojrzenie.

- Mądra decyzja. - Evor zacisnął kajdany i zamknął na klucz na jej nadgarstkach. - Wiedziałem, że zrozumiesz sytuację, kiedy tylko zostanie ci właściwie naświetlona.

Syknęła, gdy żelazo werżnęło się jej w skórę. Poczuła, że opuszczają ją siły, a ciało pali w kontakcie z żelazną obręczą. Był to jej słaby punkt.

- Rozumiem tylko, że kiedyś cię zabiję.

Szarpnął za łańcuch między kajdanami.

- Zachowuj się, suko, bo inaczej twój mały przyjaciel poniesie konsekwencje. Zrozumiano?

Shay przezwyciężyła mdłości. Po raz kolejny ma stanąć na scenie i zostać sprzedana temu, kto da najwięcej. Będzie zdana na łaskę kogoś, kto zrobi z nią, co zechce. A ona nie może temu zapobiec.

- Owszem, zrozumiano. No już, kończmy z tym.

Evor otworzył usta, jakby chciał wypowiedzieć jakąś przemądrzałą uwagę, ale zacisnął z powrotem rybie wargi, widząc wyraz jej twarzy. Wyczuł, że niewiele brakuje, by doprowadzić Shay do ostateczności. Nie był wcale taki głupi, na jakiego wyglądał.

W milczeniu wyszli z celi i wspięli się wąskimi schodami na tyły sceny. Troll przystanął, aby przypiąć kajdany do słupka w podłodze, po czym wysunął się przed kurtynę, żeby powitać zebranych.

Shay, sama w ciemności, wzięła głęboki wdech, starając się nie zważać na szmer tłumu za kurtyną.

Mimo że nie widziała potencjalnych nabywców, czuła obecność dużej liczby demonów i istot ludzkich. Docierał do niej smród ich potu. Wyczuwała narastającą niecierpliwość. Powietrze było ciężkie od lubieżnej chuci.

Nagle zmarszczyła brwi. Coś jeszcze przeplatało się z tym wszystkim. Jakieś zło, od którego siły ścierpła jej skóra.

Wrażenie było mgliste. Tak jakby ów byt nie znajdował się tu w swojej pełnej postaci. Ale jako nieuchwytna obecność budziła przerażenie; Shay ze strachu ściskało w żołądku.

Tłumiąc krzyk, zamknęła oczy i zmusiła się do głębokiego, uspokajającego oddechu. Usłyszała głośne chrząknięcie Evora, pragnącego zwrócić na siebie uwagę.

- A teraz, panie i panowie, demony i elfy, martwi i nie... czas na naszą główną atrakcję. Naszą pi?ce de résistance. To obiekt rzadki, nadzwyczajny, wart krocie, dlatego w sali pozostać mogą tylko posiadacze złotych żetonów - zapowiedział dramatycznie. - Inni niech przejdą do sal recepcyjnych, gdzie będzie poczęstunek.

Będąc niemal pewna, że właśnie prześlizgnęło się po niej jakieś złośliwe spojrzenie, Shay skrzywiła się z niesmakiem. Evor zawsze był nadętym pyszałkiem. Dziś jednak mógłby się przy nim schować nawet najgorszy mistrz ceremonii.

- Zbliżcie się, przyjaciele - zachęcał Evor pozostałych w sali krezusów. Aby uzyskać złotą kartę wstępu, człowiek lub demon musiał mieć przy sobie co najmniej pięćdziesiąt tysięcy dolarów w gotówce. W handlu niewolnikami rzadko przyjmowano czeki lub karty kredytowe. Jeszcze czego. - Pierwsi rzucicie okiem na mój cenny skarb. Nie obawiajcie się. Zapewniam, że jest solidnie przykuta łańcuchem. Nie stanowi zagrożenia. Jedynym zagrożeniem jest jej niebezpieczny czar. Gwarantuję, że nie wyrwie wam serca z piersi, ale nie obiecuję, że może je skraść, bo oszołamia urodą.

- Zamknij się i odsłoń kurtynę - warknął ktoś.

- Niecierpliwisz się? - w głosie Evora pobrzmiewała gniewna nuta. Nie lubił, by przerywano mu występ.

- Nie będę tu tkwić całą noc. Kończ z tym.

- Ach, przedwczesny... entuzjazm. Miejmy nadzieję, dla twojego dobra, że nie jest to przypadłość niwecząca twoje wysiłki w innych dziedzinach. - Uśmiechnął się obleśnie, czekając, aż przebrzmi ochrypły rechot tłumu. - O czym to ja mówiłem? A, tak. Moja zdobycz. Moja najukochańsza niewolnica. Demony i upiory, niech mi wolno będzie przedstawić was lady Shay... ostatniej Shalotcie na Ziemi.

Kurtyna zniknęła w kłębach dymu, ukazując Shay dwóm tuzinom ludzi i demonów.

Spuściła wzrok. Już samo to, że czuła zapach ich nieposkromionej żądzy, było upokarzające. Nie musiała widzieć jej wypisanej na twarzach.

- To jakaś sztuczka? - rozległ się pełen niedowierzania mroczny głos. Nic dziwnego. Z tego, co wiedziała Shay, ona naprawdę jest ostatnią Shalottą, która została na Ziemi.

- Żadna sztuczka, żadna złuda.

- Nie myśl, że ci uwierzę na słowo, trollu. Chcę dowodu.

- Dowodu? Świetnie. - Evor rozejrzał się po sali. - Ty tam, chodź tutaj.

Shay stężała, przeszedł ją zimny dreszcz, ostrzegający, że zbliża się wampir. Jej krew, dla nieumarłych cenniejsza niż złoto, była afrodyzjakiem, dla którego zdobycia zabijali.

Skupiając całą uwagę na wysokim, chudym wampirze, ledwo zauważyła, że Evor chwyta ją za rękę i nożem przecina skórę na jej przedramieniu. Sycząc cicho, wampir pochylił się, żeby zlizać krew. Drżał, gdy uniósł głowę, patrząc na Shay wygłodniałym wzrokiem.

- Ludzka krew, ale to prawdziwa Shalotta - wychrypiał.

Zwinnym ruchem Evor wsunął swoje korpulentne ciało pomiędzy wampira a Shay i gestem dłoni odprawił drapieżnika. Nieumarły niechętnie opuścił scenę, czując, że groziłoby awanturą, gdyby uległ popędowi i wgryzł się w ciało Shay, żeby wysączyć ją do sucha.

Evor odczekał, aż scena będzie pusta, po czym stanął za pulpitem. Chwycił młotek i uniósł go nad głowę. Śmieszny palant.

- Zadowolony? Dobrze. - Walnął młotkiem w pulpit. - Cena wywoławcza pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Pamiętajcie, panowie, tylko gotówka.

- Pięćdziesiąt pięć tysięcy.

- Sześćdziesiąt tysięcy.

- Sześćdziesiąt jeden tysięcy.

Shay znów wbiła wzrok w ziemię, podczas gdy różne głosy wykrzykiwały oferty. Wkrótce będzie musiała stanąć twarzą w twarz ze swoim nowym panem. Nie chciała patrzeć, jak biją się o nią, jakby byli zgrają psów walczących o kość.

- Sto tysięcy dolarów - zawołał przenikliwy głos z końca sali.

Przebiegły uśmiech pojawił się na wąskich wargach Evora.

- Najhojniejsza oferta, proszę szanownego pana. Kto da więcej? Nikt? Sto tysięcy po raz pierwszy... sto tysięcy po raz drugi...

- Pięćset tysięcy.

Zaległa cisza. Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, Shay uniosła głowę i spojrzała na parkiet, gdzie tłoczyli się licytujący.

Coś było w tym jedwabistym, głębokim głosie. Coś... znajomego.

- Wystąp - zażądał Evor. Oczy połyskiwały mu czerwienią. - Wystąp i podaj swoje imię.

Tłum zafalował i się rozstąpił. Z mroku w głębi sali wynurzyła się jakaś postać.

Stłumiony szmer przeszedł po sali, gdy w przygaszonym świetle ukazała się zniewalająco piękna twarz okolona srebrnymi włosami opadającymi na plecy.

Wystarczył rzut oka, by zorientować się, że to wampir.

Żaden człowiek nie przypominałby tak bardzo anioła, który spadł z nieba. I to spadł przed chwilą. Żaden człowiek nie poruszałby się z takim wdziękiem. Ani też przed żadnym śmiertelnym nie cofałyby się ostrożnie zdjęte strachem demony.

Shay zaparło dech. Nie na widok jego niezwykłej urody ani władczej postawy, ani nawet wytwornej aksamitnej peleryny na ramionach.

Znała tego wampira.

Był u jej boku, gdy walczyli z sabatem czarownic kilka tygodni temu. A co ważniejsze, także wtedy, gdy ocaliła mu życie.

Teraz kupił ją na licytacji, jak przedmiot.

Niech piekło pochłonie jego przeklętą duszę.

Viper przeżył na świecie wieki. Widział, jak powstawały i upadały imperia. Uwodził najpiękniejsze kobiety. Pijał krew królów, carów i faraonów.

Czasami nawet zmieniał bieg historii.

Teraz był syty, znużony i się nudził.

Już nie walczył o poszerzenie zakresu swojej władzy. Nie angażował się w bitwy z demonami albo ludźmi. Nie zawierał sojuszów ani nie mieszał się w politykę.

Jego jedyną troską było zapewnienie bezpieczeństwa swojemu klanowi i utrzymywanie interesów na takim poziomie zyskowności, który pozwalał mu na luksusowe życie, do jakiego przywykł.

Tymczasem ten demon, Shalotta, dokonał rzeczy niemożliwej. Wciąż wracał we wspomnieniach, a nawet nawiedzał sny. Była jak cierń tkwiący pod skórą i niedający się usunąć.

Sam nie wiedział, czy cieszy go to, czy drażni, gdy przemierzał ulice Chicago w poszukiwaniu tej kobiety.

Patrząc na swój najnowszy nabytek, nie musiał zastanawiać się, czy Shay jest uradowana, czy rozdrażniona. Nawet w przytłumionym świetle było widać w jej złocistych oczach furię.

Znaczy, że nie doceniła zaszczytu, jakim ją obdarzył.

Jego wargi drgnęły z rozbawienia, gdy znów zwrócił uwagę na trolla stojącego za pulpitem.

- Możesz nazywać mnie Viper - rzucił lodowatym tonem.

Czerwone oczy zrobiły się wielkie z przerażenia. To imię budziło strach w całym Chicago.

- Oczywiście. Wybacz, że nie poznałem cię, panie. Czy... ach... - Evor głośno przełknął ślinę. - Masz przy sobie gotówkę?

Ruchem zbyt szybkim, by ktokolwiek mógł to zauważyć, Viper sięgnął pod pelerynę i rzucił pokaźny pakiet na schody prowadzące na scenę.

- Mam.

Zamachnąwszy się szeroko, Evor uderzył młotkiem w pulpit.

- Sprzedane.

Shalotta syknęła cicho, ale Viper nie zdążył zareagować, bowiem przez tłum zaczął się przeciskać niski, żylasty człowieczek, miotając przekleństwa.

- Czekaj. To jeszcze nie koniec licytacji - wrzasnął nieznajomy.

Viper zmrużył oczy. Mógł się śmiać z zabawnego widoku mizernego człowieka, gdy ten łokciami torował sobie drogę pomiędzy górującymi nad nim wzrostem demonami, ale nie uszło jego uwagi, że człowieka otacza aura desperacji i mrok zalega w duszy.

Ten ktoś był dotknięty złem.

Troll Evor przyglądał się nieznajomemu, marszcząc brwi, zdegustowany jego tandetnym workowatym garniturem i znoszonymi butami.

- Życzysz sobie kontynuować?

- Tak.

- Masz przy sobie gotówkę?

Mężczyzna otarł dłonią pot z łysej głowy.

- Nie przy sobie, ale bez problemu doniosę...

- Forsa tu i teraz - warknął Evor, waląc młotkiem w pulpit.

- Nie. Przyniosę ci pieniądze.

- Licytacja zakończona.

- Posłuchaj. Musisz poczekać. Ja...

- Wynoś się, zanim każę cię wyrzucić.

- Nie. - Mężczyzna już wbiegał na schody z nożem w ręce. - Demon jest mój.

Viper błyskawicznie stanął między nim a Shalottą. Napastnik odwrócił się z gniewnym pomrukiem, aby zaatakować trolla, łatwiejszego do pokonania niż wampir. Wiadomo.

- Zaraz, zaraz. Spokojnie, zachowaj rozsądek. - Evor machnął ręką w stronę potężnych ochroniarzy stojących z boku sceny. - Znałeś zasady licytacji.

Górskie trolle niezdarnie ruszyły. Zabicie olbrzymów o skórze grubej jak kora drzew nie wydawało się możliwe.

Viper skrzyżował ręce na piersi. Nie spuszczał z oka szaleńca, ale zarazem był niepokojąco świadom obecności Shalotty.

Ten słodki zapach jej krwi. Ciepło skóry. Wirująca wokół niej rozedrgana energia.

Całe jego ciało reagowało na bliskość tej kobiety. Jakby znalazł się obok tlącego się ognia, który obiecywał dawno zapomniane ciepło.

Niestety, musiał się teraz skupić na szaleńcu z nożem. Czuł coś dziwnego w determinacji tego człowieka. Panika zupełnie nieprzystająca do sytuacji.

Byłby idiotą, gdyby zlekceważył niebezpieczeństwo konfrontacji.

- Odsuń się - zaskrzeczał mężczyzna.

Trolle zbliżały się, ale Viper powstrzymał je gestem dłoni.

- Nóż jest zaklęty. Nie podchodźcie.

- Zaklęty? - Twarz Evora stężała z wściekłości. - Magiczne przedmioty są zabronione. Pod karą śmierci.

- Myślisz, że się przestraszę nędznego trolla i jego sługusów? - Wycelował nóż w twarz Evora. - Przyszedłem po Shalottę i nie wyjdę bez niej. Zabiję wszystkich, jeśli będę musiał.

- Możesz spróbować - wycedził Viper.

- Nie walczę z tobą, wampirze.

- Próbujesz ukraść mojego demona.

- Zapłacę ci. Ile tylko chcesz.

- Ile tylko chcę? - Viper uniósł brwi. - Hojna, aczkolwiek dość nieroztropna oferta.

- Podaj cenę.

Viper udawał, że się zastanawia.

- Nie stać cię.

Aura desperacji zgęstniała.

- Skąd wiesz? Mój pracodawca jest bardzo bogaty... bardzo potężny.

Ach, wreszcie doszli do czegoś.

- Pracodawca. Więc jesteś posłańcem?

Człowieczek skinął głową. Jego oczy żarzyły się jak węgle w zapadniętych oczodołach.

- Tak.

- Twój pracodawca będzie zawiedziony, kiedy się dowie, że nie wykonałeś zadania?

Blada skóra przybrała odcień szarości. Viper podejrzewał, że wrażenie mroku, który wyczuwał, ma bezpośredni związek z tajemniczym pracodawcą.

- Zabije mnie.

- No to jesteś w kropce, przyjacielu. Nie mam zamiaru pozwolić ci wyjść stąd z moją zdobyczą.

- Co ci zależy?

Viper zmierzył go lodowatym spojrzeniem.

- Z pewnością musisz wiedzieć, że krew Shalottów jest afrodyzjakiem dla wampirów, prawda? To najrzadszy z możliwych lek, którego zbyt długo nam odmawiano.

- Chcesz ją wysączyć?

- Nie twoja sprawa. Dziewczyna jest moja. Kupiona i zapłacona.

Z tyłu dobiegło stłumione przekleństwo, któremu towarzyszył szczęk łańcuchów. Wiedział, że Shay nie spodobała się ta odpowiedź i z pewnością miała ochotę rozerwać go na strzępy.

Przeszedł go dreszcz podniecenia.

Na krew wszystkich świętych, jakże lubi, żeby jego kobiety były niebezpieczne.

Koniec wersji demonstracyjnej