W krainie Gryfa - Franciszek Szczęsny

Reflow text when sidebars are open.
Powoli wracała świadomość. Buzowało w głowie. Próbował otworzyć oczy. Tylko w jednym zdołał uchylić wąską szparkę. Drugie, sklejone zakrzepłą krwią, pozostało zamknięte. W mroku izby dojrzał nad sobą ciemne belki powały. Gdzie jestem? Co to znaczy? Wstać. Spróbował unieść głowę, ale nie dał rady. Jeszcze raz spróbował, wytężając wszystkie siły, i raz jeszcze opadł. Osłabione ciało nie słuchało rozkazów z poharatanej głowy. Jednak nie ona była źródłem największego bólu. To pierś przeszywał diabelnie piekący ból.
Oberwałem, mocno oberwałem – ta przykra myśl ostrym cierniem drążyła mózg. – Wydobrzeję, szybko wydobrzeję i natychmiast jutro albo pojutrze wrócę do komiltonów[1]. Pójdę do forpoczty[2]. Jestem potrzebny tam, gdzie mój bandet[3], gdzie pandet[4], gdzie szabla...
Powoli obrócił głowę w stronę małego okienka, skąd sączyła się smuga światła zachodzącego, późnomajowego słońca. Na podłodze, wyścielonej słomą, dostrzegł nieruchome sylwetki takich jak on żołnierzy nieszczęśników.
Hej, człeku – chciał powiedzieć, ale spieczone usta i skołowaciały język wydały ledwo słyszalny szept-bełkot.
Leżał bezradny i słaby. Bezskutecznie spróbował unieść rękę. Odrobiną śliny zwilżył język i raz jeszcze wysyłając z bolących piersi cały zapas ducha, szepnął:
– Hej.
Tym razem skutecznie. Ktoś poruszył się i spojrzał w jego stronę. Powoli uniósł się i powłócząc nogą, podszedł do niego. Poznał. To furier[5] z jego kompanii.
– Co? – zapytał o wynik bitwy.
– Cicho, panie poruczniku, nie można się szamotać – powiedział i podnosząc głowę, przyłożył manierkę do spieczonych ust rannego.
Zakrztusił się. Ponownie ból targnął piersią i jeszcze nogą na dodatek.
– Co, jak? – dopytywał się znowu.
– Szlachtuz[6].
Ten krótki, hiobowy raport młodego Pomorzanina oddał nad wyraz dobitnie to, co zdarzyło się na placu boju: na prawym brzegu Narwi, na bagnach, nasypie i gościńcach wiodących do ostrołęckich mostów. Nie grzmiały już działa, nie wybuchały kartacze i nie grzechotały pociski karabinowe. Opadła krwawa łuna trawiąca miasto i wypogodziło się pociemniałe od dymów niebo. Pobita polska armia wycofywała się do Warszawy, zostawiając sześć tysięcy zbitych i rannych na niesławnym pobojowisku. Oni, zabrani do kurpiowskiej chaty i opatrzeni przez miejscowego felczera, byli jednymi z nich. Poświęcili swoje młode życie ojczyźnie. Teraz okaleczeni i opuszczeni zdani byli na łaskę i niełaskę wieśniaka, który ich pozbierał, oraz wroga, który też mógłby się nimi zainteresować z całkiem innym zamiarem. Ich wódz, tyle dumny, co nierozgarnięty, opuścił ich, stwierdzając – finis Poloniae[7].
Skrzypnęły drzwi, do izby weszły dwie kobiety niosące dymiący sagan. Przystanęły przy pierwszym z brzegu rannym.
– Spożywajcie, biedacy – powiedziała starsza – to was wzmocni i uzdrowi.
Jedni jedli łapczywie, inni, patrząc ponuro gdzieś daleko, odmawiali. Porucznik, choć drugi dzień nic nie jadł, też próbował odmówić, ale stara nie usłuchała. Twardą dłonią uniosła mu głowę, a drewnianą łyżką, powoli jak niemowlęciu, wlewała w popękane usta życiodajny płyn. Miękły wargi i uelastyczniał się zesztywniały język. Tak nakarmiły jeszcze kilku innych rannych. Następnie gospodyni odesłała córkę z kociołkiem i kazała jej przynieść cebrzyk z wodą. Szmatą moczoną w wodzie obmyła twarz porucznikowi. Spod grubej warstwy kurzu przyklejonej krwią i potem wyłoniła się, na pozór stara, poorana bruzdami twarz o niezwykle młodych, błękitnych oczach. Młodsza z kobiet wlepiła w niego swoje piwne oczy, nie mogąc pojąć zmiany, która dokonała się tak niespodziewanie. A może zastanawiała się, czy ten rano przywieziony, skrwawiony, nieprzytomny człowiek przeżyje. Czy też podzieli los tych zabitych, zbieranych wciąż na błoniach. Tak się zapatrzyła, że matka musiała ją trącić, gdy chciała podejść do kolejnego rannego.
I tak cierpliwie, dzień po dniu, opiekowały się tymi biedakami skradzionymi kostusze. Z czasem ci co sprawniejsi zaczęli je częściowo w tym wyręczać.
Wszyscy rekonwalescenci mieli wiele czasu na gorące dysputy. Szło głównie o losy powstania, o ocenę przegranej bitwy oraz samego wodza – generała Jana Skrzyneckiego herbu Bończa. Większość zgadzała się, że był dowódcą najgorszym z najgorszych, i nazywała go wprost zdrajcą. Obwiniano go o świadome rezygnowanie z walki i sparaliżowanie, doskonale zaplanowanej przez generała Prądzyńskiego, kampanii wiosennej. Wiele epitetów leciało na jego dumną głowę. Szczególnie celny był w nich feldfebel[8] – wąsaty ćwik[9], warszawiak. W jego pojęciu głównodowodzący był Albertusem rodem z ciemnogrodu. Wywałaszyć go! – krzyczał. – To infamis[10], hycel, kapcan[11], dziad. Nie omieszkał rzucić ekskomuniki na jego przodków do trzeciego pokolenia i potomków do siódmego włącznie.
Jedynie dwaj żołnierze z 8. Pułku Strzelców: Zieliński, ranny w pośladek i bez palca, oraz stary Siemiński, cięty w szyję, bronili go zapalczywie. On ich wiódł do boju, gdy w bezładzie wycofywali się, gdy zdawało się, że to już koniec. Podobno dokonywał cudów męstwa. Docierał do każdej zagrożonej pozycji, a wraz z nim dzielnie sekundujący mu oficerowie sztabowi ubiegający się o palmę brawury i waleczności. Bez cienia obawy szedł w największy ogień. Gdy ubito pod nim konia, chwycił za karabin i szedł na bagnety. We wspaniałym generalskim mundurze kroczył w szyku z prostymi żołnierzami, a ci zachwycali się tym[12]. Oponenci utrzymywali, że nie tam było miejsce dla Naczelnego Wodza i jego sztabu. Uważali, że gdyby wyzbył się bufonady i przystał na plan swojego podwładnego, nie musiałby zdrady okupywać śmiercią czyhającą w szeregach prostych żołnierzy, walczących z niesłychanym męstwem, bohaterstwem i wytrzymałością. Lecz zdaje się, że właśnie tego on tam szukał.
Co do oceny baterii majora Józefa Bema, wszyscy byli zgodni. I ci, co widzieli jej harce, i ci, co tylko o nich słyszeli. Zachwycali się brawurą i niezwykłą sprawnością tego szarżującego pododdziału. Jego bezkarnym podjeżdżaniem pod lufy czworoboków piechoty Pahlena i sprytnym unikaniem ognia dziesięciokroć silniejszej artylerii feldmarszałka Dybicza. Majora Bema czynili zbawcą losów bitwy oraz ich nędznego żywota. Zastanawiali się też, dlaczego ta bateria tak późno została włączona do bitwy. Nie wiedzieli, że Naczelny Wódz, tak zwyczajnie, po ludzku, zapomniał o niej. Bem, nie doczekawszy się rozkazu, sam ruszył do walki. Ta niesubordynacja mogła go drogo kosztować.
Kiedy wygasły wojenne emocje, a melancholia wkradła się w myśli rekonwalescentów, ten i tamten wracał pamięcią do swoich rodziców, domu rodzinnego, swojej młodości i pierwszych miłości. Tak też uczynił młody oficer.
Dzieciństwo nie przysporzyło mu miłych wspomnień. Ojca nie zdążył poznać. Matka, kobieta słaba i chorowita, przedwcześnie zestarzała, odsunęła się od ludzi. Wychodziła tylko do kościoła i zawsze szła tam chyłkiem. Nieodmiennie ubrana żałobnie. Oczy zawsze miała smutne, zapłakane i jakby nieobecne. Syna bardzo kochała, ale nie umiała tego okazać. Malec odważnie wyrywał się spod jej opieki, by zwiedzać coraz to dalsze okolice. Ciekaw był świata, nie bał się nawet guzów, które często nabijali mu starsi chłopcy czy kuzyni. Wujek również nie przepadał za siostrzeńcem. Wyjątkiem był dziadek, w nim znalazł powiernika, opiekuna i nauczyciela. Szkółki parafialnej – z jej alwarem[13] i językiem okupanta – nie cierpiał. Najlepszym nauczycielem było dla niego samo życie oraz dziadek. Zmęczony bieganiną lubił siadać na ławeczce obok starego i słuchać jego ciekawych opowiadań. Aż usta otwierał, gdy dziadek wspominał swoje wojowanie z Kościuszką, gdy wychwalał Naczelnego Wodza za gruntowne wykształcenie wojskowe i demokratyczne poglądy. Chwalił za ludzki stosunek do chłopów: za ulżenie ich doli, nadanie im wolności osobistej, zmniejszenie pańszczyzny i całkowite jej zawieszenie dla tych, którzy z nim poszli na wojnę. Roztkliwiał się nad jego troską o prostego żołnierza. Wspominał wyróżnienia, awanse i nobilitacje. Nie omieszkał także napomknąć o biskupach zdrajcach, których kazał powiesić. Razem z dziadkiem płakał, słuchając o przegranej pod Maciejowicami i uwięzieniu umiłowanego wodza. Jego serce nieustannie napełniały bunt oraz nienawiść do zaborców. Potęgowała je chęć zemsty za śmierć ojca, szwoleżera Bonapartego, który razem z nim poszedł na Moskwę i zginął w bitwie pod Borodino. Gorąco obiecywał dziadkowi, że gdy dorośnie, to na pewno wykurzy wrogów z ojczyzny. A na starym żylastym dębie, który od czasów Mieszka i Chrobrego rośnie nad Wartą, założy gniazdo dla białego orła. Wierzył, że wróci i zagnieździ się tam, gdy kraj będzie wolny.
Smutno uśmiechnął się na wspomnienie tych naiwnych, dziecinnych zamiarów i obietnic.
Potem była szkoła w stolicy. Nie lubił jej. Opuścił ją przed czasem, nie zdając końcowego egzaminu. Tymczasem zmarł dziadek. Przed śmiercią podarował mu swoją szablę – tę, z którą służył Kościuszce. Już nikt nie wspierał go finansowo. Próbował żyć na własny rachunek, jak stary legionista. Obdarty, głodny i wychudzony wrócił wczesną zimą. Dalej nie mógł sobie znaleźć miejsca. Przyczyną tego były zatroskane spojrzenia przedwcześnie zestarzałej matki i złośliwe uwagi wuja i kuzynów. Uznał, że musi ponownie ruszyć w daleki świat. Zdecydował wstąpić do szkoły wojskowej. Tam będzie miał wikt i opierunek. O dziwo, wuj, dotąd krytykujący wszystkie poczynania siostrzeńca, tym razem skwapliwie poparł jego zamiar. I tak, dzięki pomocy majora Wita Czaykowskiego, znalazł się w Aplikacyjnej Szkole Wojskowej przy ulicy Miodowej w Warszawie. Spędzony tam czas, w tym dwupiętrowym gmachu między Kolegium Pijarów a Szkołą Artylerii, wspominał najmilej. Nareszcie realizował swoje chłopięce marzenia, uczył się fachu wojskowego we wspaniałych warunkach. Postarał się o to komendant szkoły – beznogi, wówczas pułkownik, Józef Sowiński, człek odważny, mądry i prawego charakteru. Jako że przypominał mu dziadka, bardzo go polubił i próbował go naśladować. Wcześniej nie miał pojęcia o tym, ile podchorąży musi posiąść wiedzy, zanim zostanie oficerem. Uświadomili mu to dopiero świetni nauczyciele. Mile wspominał dyrektora nauk, podpułkownika inżynierów, Klemensa Kołaczkowskiego – wykładowcę fortyfikacji stałej, topografii i geodezji. Lubił kapitanów Paszkowskiego od artylerii i Przedpełskiego od taktyki. W pamięci pozostał mu ksiądz Rafał Skolimowski – nauczyciel religii i matematyki. Średnio mu się u niego wiodło, bo, zdaniem księdza, zbyt małą gorliwość chrześcijańską wykazywał. Nieco lepiej było u Krzyżanowskiego – nauczyciela chemii, i Skrockiego – wykładowcy fizyki. Nieźle radził sobie u Mikołaja Chopina, nauczyciela języka francuskiego. Poznał też jego syna, Fryderyka, sławnego już w Europie pianistę. Przegrany był u Fiksata – Francuza Koriota, uczącego fortyfikacji polowych i geometrii wykreślnej, za to, że w odpowiedzi na skrytykowane bohomazy negatywnie wyraził się o przydatności tego przedmiotu dla wojskowego. U Pancera, wykładowcy architektury, też nie błyszczał, ale imponował mu ten nauczyciel i przedmiot. I gdyby nie musiał zostać dobrym oficerem, zostałby architektem. Fascynowało go budowanie czegoś wielkiego, wspaniałego i jedynego w swoim rodzaju. Poważnie zastanawiał się, czy po wyzwoleniu Polski nie przezbroi się na architekta. Tymczasem uczył się w miarę pilnie oraz zapamiętale ćwiczył. Odżył, zmężniał. Lekarza, doktora Werneja, nie odwiedzał.
Zmorą i pasmem udręk dla całego stacjonującego w Warszawie wojska były, wówczas słynne, rewie na placu Saskim. Najdrobniejsze uchybienie, niedoczyszczony guzik, fałda na płaszczu albo, nie daj Boże, ochlapane spodnie wywoływały u Konstantego atak furii. Bez umiaru karał żołnierzy, publicznie lżył i poniewierał oficerów. Niektórzy z nich w poczuciu zdeptanego honoru popełniali samobójstwo, strzelając do siebie na odwachu[14] lub pod pomnikiem króla Jana Sobieskiego w Agrykoli. Szkole Podchorążych Piechoty bardziej pobłażał. Lubił piechotę, to byli jego podchorążowie. Twierdził, że dopiero wówczas będzie miał dobre wojsko, kiedy zrobi z nich pułkowników i generałów. Ich, z aplikacyjnej, bardziej gnębił. Nie znosił jej kadry, tej z armii napoleońskiej i Księstwa Warszawskiego. Drażniły go w nich: postawa pozbawiona tępego drylu, ironiczny stosunek do nadmiaru musztry oraz rzetelna wiedza wojskowa. Wielki książę chciał mieć żołnierzy wymusztrowanych jak automaty, ślepo wykonujących najbardziej skomplikowane obroty. Oficerowie mieli posiąść tylko tyle wiedzy, żeby nabyte w szkole umiejętności wpoić żołnierzom. Młody uczeń, podobnie jak jego przełożeni, nie podzielał tego poglądu, co było przyczyną zakończenia i tej szkoły przed czasem.
Była wiosenna niedziela. Roztopy. Coniedzielna parada na placu Saskim. Konstanty dojrzał jego opryskane spodnie. Wywołał go z szeregu i wykończył na "komendnych wyrazach"[15]. I tak, tuż przed zakończeniem szkoły, niespodziewanie został ekswojskowym. Po prostu wyleciał na warszawski bruk. Może by się jeszcze uratował, gdyby księciu na pytanie – co jest oficerowi najbardziej potrzebne? – odpowiedział tak, jak tego książę oczekiwał, czyli – musztra. Tymczasem on odpowiedział tak, jak sam uważał za słuszne, czyli: taktyka i robienie szablą.
Do matki nie wracał, nie zniósłby jej zatroskanego spojrzenia, a wujowi i kuzynom powodu do lżenia dać nie chciał. Nie był zaskoczony nową sytuacją, miał już doświadczenie z dwóch poprzednich razów, gdy wylądował na bruku. Na początku snuł się bez celu po mieście. Bywał na zabawach i w kawiarniach odwiedzanych przez akademików, młodych dziennikarzy, prawników, urzędników i przedstawicieli świata artystycznego. W "Honoratce" przy Miodowej, gdzie też bywał ponury samotnik, ospowaty major artylerii Bem, "W Dziurce Marysi" na Długiej i "Pod Kościuszkiem". Stykał się z przebywającymi na przepustkach podchorążymi wszystkich szkół podchorążych, oficerami i podoficerami pułków stacjonujących w stolicy. Pełną piersią chłonął nastrój warszawskiej ulicy, coraz częściej brał udział w gorących dyskusjach, uczył się o wielu sprawach, które nie docierały za mury szkoły. Wielkim przeżyciem było dla niego uczestniczenie w manifestacyjnym pogrzebie wielkiego patrioty, wojewody Piotra Bielińskiego, ogólnie szanowanego i popularnego przewodniczącego sądu sejmowego. Od wczesnego rana czekał z przyjaciółmi przed domem senatora na Długiej, by w tym potężnym, wzruszającym pochodzie oddać hołd wielkiemu Polakowi. Ta masa ludzi: młodych i starych, kobiet, mężczyzn i dzieci miała w sobie coś ogromnie budującego, czuł się potrzebny i potężny skumulowaną siłą wszystkich tych osób.
Widział, że w tym świecie bezwzględnej brutalności oraz braku poszanowania honoru oficerskiego i godności ludzkiej ze strony wielkiego księcia i jego służalczych wyższych dowódców, rozwiniętego szeroko systemu szpiegowania i donosicielstwa są jeszcze porządni ludzie gotowi do czynu. Rozzuchwaliło go to, pilnie szukał okazji do czynu.
Któregoś dnia, na ulicy, jedna z dziewcząt w jego towarzystwie wskazała na korpulentnego mężczyznę w średnim wieku i powiedziała:
– Donosiciel, on mojego ojca załatwił...
– Co! – Zerwał się. – Ja też go załatwię!
Jakby nigdy nic podszedł do wskazanego człowieka i głośno zapytał:
– Ty jesteś tym wrednym delatorem[16]?
– Licz się ze słowami! Androny pleciesz, delikwencie[17].
Już bez słowa podniósł lewą dłoń w górę, markując uderzenie w czoło. Kiedy inwigilator spojrzał za nią, prawa pięść wylądowała na jego żołądku. Silnie uderzony wciągnął powietrze i zgiął się wpół. Wówczas jego głowa pchnięta z góry spotkała się z energicznie podstawionym kolanem. Zalał się krwią. Jednak napastnikowi było mało, z wielką satysfakcją dorzucił mu jeszcze parę dobrze wymierzonych ciosów.
– Uciekaj! Patrol! – krzyczały dziewczyny.
Rzeczywiście, patrol policji biegł w jego stronę. Zaczął uciekać. Od tej chwili był spalony. Musiał się ukrywać, bo poszukiwała go policja. Za ten czyn mogło grozić nawet dwadzieścia lat przy wyrębie drewna w syberyjskiej tajdze.
Przyjaciele radzili ukryć się poza Warszawą. Nie bardzo wiedział, gdzie się udać, aż nadarzył się fryjor[18], tak został flisem[19]. Przedtem został przyjęty do Sprzysiężenia Wysockiego i złożył przysięgę.
Warszawa żyła wówczas sensacyjną wiadomością obiegającą zarówno salony arystokratyczne, jak i gospody mieszczańskie o zamierzonej koronacji cara Mikołaja I na króla polskiego. Wystąpienie wisiało dosłownie w powietrzu, szykowali się studenci i podchorążowie. Ale większość sejmowa nie poparła posłów opozycji i wszystko zostało wyciszone. Przygotowania do koronacji szły pełną parą. Na szczęście nie musiał tego oglądać, wypłynął przed uroczystościami. Kupiec, który go najął, liczył na dobry zysk. O tej porze roku za zboże w Gdańsku płacono najwyższe ceny. Natomiast w Warszawie, w związku z uroczystościami, na które składało się również wyprawienie uczty dla ludu w Ujazdowie, można było tylko stracić. Zysk w Gdańsku był pewniejszy mimo ryzyka, jakie stwarzała nieuregulowana Wisła.
Szybko nauczył się żeglować. Jak stary flis stawał z drągiem na dziobie szkuty i wypatrywał ławic piasku, a gdy taka się zbliżała, ostrzegał o niej i spychał szkutę na głęboką wodę. A kiedy odpoczywał, lubił rozglądać się dookoła. Podziwiał szerokie, zielone pola, stare, przycupnięte w oddali chłopskie chaty i wyniosłe wieże kościołów i klasztorów. Najbardziej cieszyli go ludzie: wrzaskliwe dzieci zażywające kąpieli, niewiasty bielące płótna oraz chłopi zaczynający gdzieniegdzie pierwsze sianokosy. Pozdrawiał ręką dziewczęta pasące bydło i gęsi. Z wielką przyjemnością wsłuchiwał się w wieczorne śpiewy pełne smutku i melancholii.
Tuż za Bydgoszczą spotkali pierwszego człowieka, który nie mówił po polsku. Był to pruski celnik. Zapłacili mu fordan[20], po czym mogli płynąć dalej. Byli w państwie pruskim, ale, o dziwo, nic się nie zmieniło – ludzie nadal pozdrawiali ich w tym samym języku. Jedynie Wisła stała się szersza, głębsza. Mając fordewind[21], szybko zbliżali się do celu. Przypominał sobie, jak drżał z niecierpliwości, by zobaczyć te sławne, bogate, dumne i tajemnicze miasto.
Z daleka ujrzał wieże potężnych kościołów. Po pewnym czasie podpłynęli do tej części miasta, w której rozmieszczone były wysokie spichlerze. To tam od setek lat podpływały wiślane szkuty hojnie obładowane polskim zbożem, miodem, smołą oraz innymi produktami. Wszystko to, co urosło na odległych polach, obficie skroplone potem cnych kmiotków, ginęło w ich czeluściach jak w paszczy ogromnego smoka. Później, załadowane na duże zagraniczne statki, wypływało za morza, bogacąc kiesy gdańskich kupców. Choć minęły już czasy wyjątkowej prosperity, gdy miasto nazywano "ozdobą onej Polskiej Korony", "Wenecją Północy" czy "ulubienicą Fortuny", nadal było ono najważniejszym portem handlowym Bałtyku, prawdziwym kolosem. Kontakty handlowe gdańskiego kupiectwa sięgały wybrzeży Hiszpanii i Portugalii, poprzez porty francuskie i angielskie, przez Amsterdam, Lubekę i Hamburg aż po Sztokholm i Bergen w Norwegii. Stąd na Motławie panował ożywiony ruch i różnojęzyczny gwar. Przy nabrzeżach stały, uwiązane grubymi cumami, różnej wielkości i urody statki. Dla niego były czymś fantastycznym i zupełnie nowym. Jeszcze bardziej miał się zachwycać na targu, gdzie sprzedawano towar nimi sprowadzony. Przedtem nastąpił rozładunek ich szkuty. Sprawnie uwinęli się przy nim portowi tragarze. Ci biedni ludzie – o dłoniach jak bochny, silni i zamknięci – choć rzadko, ale mówili jakimś wykoślawionym polskim językiem. Natomiast kupcy byli wielojęzyczni. Między sobą rozmawiali po niemiecku, a z kontrahentami w ich języku.
Przez jakiś czas, zdziwionymi oczami, oglądał bogate miasto i jego nieco egzotycznych mieszkańców. Przysłuchiwał się rozmowom i próbował rozmawiać. Jednak jego przekonanie, że zna cztery języki, szybko prysło. Bywało, że nie rozumiał nawet Polaków, a cóż dopiero Rosjan i Niemców, nie mówiąc o Francuzach. Czuł się coraz bardziej samotny w tym dziwnym ludzkim tłumie, a kiedy wydatki przekroczyły połowę zarobionej sumy, zdecydował, że należy wracać do stolicy. Czuł się potrzebny w sprzysiężeniu i liczył na to, że może już przestano go poszukiwać. Tym razem wybrał drogę lądową.
Mijało upalne, duszne lato. W tym roku urodzaj był nadspodziewanie słaby. W Warszawie, do której wreszcie dotarł, rosło niezadowolenie ze wzrostu cen żywności. Zwłaszcza wśród najuboższych warstw społecznych, czyli najszerszych mas ludzi. Bogaci zawsze sobie radzili, kosztem biednych. Co gorsza, widoków na poprawę nie było wcale. Śmierć głodowa to jedna z najgorszych, bo zabija powoli. Widmo takiego końca jest szczególnie przerażające.
Franciszek, tak mu na chrzcie dano, odczuł to natychmiast na swojej coraz lżejszej kabzie. Co było robić? Zamieszkał na poddaszu czynszówki w towarzystwie siedmiu takich jak on golców. Natychmiast odnowił przerwane kontakty. Jego druhom też się nie przelewało. Zatem nie mieli czym wspomóc, a niehonorowo było pożyczać, gdy perspektywa oddania kryła się gdzieś daleko za zamglonym horyzontem. Wolał, dla sportu, uszczknąć coś w jatach[22]. Najmował się do doraźnych robót fizycznych na budowach. Od noszenia cegieł na specjalnych nosidłach bolały nie tylko nogi i plecy, ale także kark, bo zawieszane były na głowie. Po jakimś czasie udało mu się awansować na chłopca od wszystkiego, czyli pomocnika majstra od załatwiania różnych spraw. Z nastaniem, wczesnych w tym roku, jesiennych słot roboty się skończyły i wszyscy zostali zwolnieni. Znowu znalazł się wśród licznej grupy robotników i rzemieślników bez środków utrzymania. To była najcięższa zima w jego życiu. Mroźna do szpiku kości i głodna do bólu żołądka. Udało mu się ją przeżyć dzięki dorywczym pracom przy dostarczaniu opału i dobrym sercom kilku gosposi, które się nad nim litowały.
Wiosna, blada jak on sam, wybawiła go z tarapatów. Wrócił do swojego majstra. Już nie pracował fizycznie. Załatwiał dostawy materiałów budowlanych, wykłócał się z robotnikami, pomagał w mierzeniu i kreśleniu. Jednak nauka zdobyta w szkole podchorążych przydała mu się w życiu. Po pracy dalej obracał się w kręgu dawnych kolegów, utrzymywał też kontakt ze Sprzysiężeniem Piotra Wysockiego, uprzednio przerwany latem, gdy większość wojsk stacjonujących w stolicy wyszła na letnie ćwiczenia. Budował dom na Zakroczymskiej. Flirtował z dziewczętami z manufaktury Evansów. Zabierał je nad Wisłę, najchętniej do Pragi, w okolice Prochowni i Rogatek Golędzinowskich. Gęstwiny krzaków, wysepki na rzece, wszystko to przybliżało ich do łona natury. I tak prawie beztrosko minęło mu lato. Nie zdążył nawet odwiedzić matki, choć solennie to sobie obiecywał.
Z obozu powązkowskiego powracały oddziały wojskowe, akademicy zjeżdżali się do Warszawy po przerwie wakacyjnej. Zaczął się ruch w politykowaniu, ożywiła się działalność w sprzysiężeniu. Wreszcie otrzymał konkretne zadanie. Postawił mu je niedawno pozyskany do związku instruktor gimnastyki, podporucznik z 1. Pułku Piechoty Liniowej, Józef Zaliwski. Jako że dobrze znał miasto oraz miał rozliczne znajomości w różnych środowiskach i jednostkach wojskowych, także szkołach podchorążych, miał być jego gidem[23]. Nie bardzo mu się podobała funkcja tajnego listonosza, wolał walkę z bronią w ręku. Jednak autorytet jego bezpośredniego przełożonego, który niedawno wszedł do ścisłego kierownictwa spiskowców, sprawiła, że pogodził się ze swoją rolą. Imponował mu bardzo ten młody oficer, człowiek odważny, energiczny, z dużym doświadczeniem konspiracyjnym i niezwykle ambitny, który był zwolennikiem zdecydowanego działania, bez oglądania się na starszych w narodzie. To właśnie on pchnął dynamicznie naprzód przygotowania powstańcze. Dla niego Franciszek nawiązywał kontakty z organizacjami cywilnymi, z grupą romantyków, jak nazywał zrzeszenie młodych inteligentów, któremu przewodzili: Ksawery Bronikowski, Seweryn Goszczyński, Bohdan Zaleski, Maurycy Mochnacki, Ludwik Nabielak, i Józef Kozłowski wraz ze studentami, z nimi znał się najlepiej. Przewodzili nimi: Józef Meysner, Jan Bratkowski, Napoleon Szymański i Leonard Rettel.
Wrzenie rewolucyjne w Warszawie nabierało wówczas siły z dnia na dzień. Głównie za przyczyną docierających tam wieści – wystąpień rewolucyjnych z Francji i Belgii, które warszawska ulica głośno komentowała, upatrując w nich pomyślnych okoliczności dla własnych dążeń wolnościowych. Mnożyły się różne ekscesy uliczne – jak pobicie w biały dzień znienawidzonego prezydenta Warszawy, Karola Woydy, czy umieszczanie różnych napisów, w rodzaju tego na ogrodzeniu Belwederu: "Od Nowego Roku do wynajęcia". Nie uszło to uwadze Konstantego ani Mikołaja I, systematycznie i dokładnie informowanego przez usłużnego Henryka Makrotta. Policja, z inicjatywy wielkiego księcia oraz wyższych dowódców i władz cywilnych, ostro wzięła się do roboty. Były wpadki. Studentów zadenuncjował ich kolega Kruszelnicki, podchorążych prowokator sierżant Zagrabiński. Niewiele brakowało, a i Franciszek wówczas wpadłby w łapy policji. Ostrzegła go kilkuletnia córeczka sąsiadów. Powiedziała: "Jakieś panocki cekają, pewnikiem policjanty". Nie doczekali się. Natychmiast zmienił mieszkanie. Nie stanowiło to problemu. Jego cały życiowy dorobek mieścił się w jednym małym węzełku.
Na początku listopada ukazał się carski ukaz o mobilizacji. Głosił on: Dnia 5 listopada JCM osądził za przyzwoite rozkazać, aby od tej chwili stanęły na stopie wojennej korpusy następujące: 1 i 2 korpus piechoty, 3 i 5 korpus jazdy rezerwowej, korpus oddzielny litewski, korpus rezerwowy znajdujący się pod rozkazami JCM Wielkiego Ks. Cesarzewicza Konstantego, armia polska oraz stosowna liczba pułków nieregularnych Kozaków. Rozkazano 3 i 5 korpusom armii rezerwowej, których główne stanowisko było dotąd w guberniach chersońskiej i kurskiej, aby zbliżyły się do granic zachodnich cesarstwa i zajęły Podole tudzież Wołyń. Korpusy te są już w marszu na miejsce swojego przeznaczenia[24].
Tylko tyle można było wyczytać w gazetach. Co to oznaczało? Spiskowcy wiedzieli. Polacy w pierwszym rzucie mieli wkroczyć do Belgii, mimo iż Konstytucja Królestwa Polskiego zabraniała użycia polskiego wojska poza granicami ojczyzny, i razem z Prusakami stłumić tam wrzenie rewolucyjne. Na ich miejsce miały wejść do Królestwa Polskiego rosyjskie korpusy. W ten sposób Mikołaj chciał upiec trzy pieczenie na jednym ogniu: pozbyć się armii polskiej, ograniczyć autonomię Królestwa Polskiego oraz zmniejszyć w nim rolę Konstantego. Widać zbytnio bratu nie ufał. Rozpoczęto pobór do armii polskiej. W tej sytuacji należało natychmiast podjąć decyzję o powstaniu.
Przywódcy spiskowców postanowili jeszcze przed wystąpieniem poradzić się profesora Lelewela, uznawanego za autorytet. Osłaniał ich w czasie rozmów prowadzonych w wielkiej tajemnicy w bibliotece Towarzystwa Przyjaciół Nauk. W konferencji z uczonym udział brali: Zaliwski, Wysocki i Bronikowski. Miny mieli dość zagadkowe, gdy go opuszczali, i nie wiedział, czy go pozyskali, czy może ich zganił. Sam nie śmiał pytać, byłoby to jawnym złamaniem zasad konspiracji. Początek wystąpienia był wielokrotnie przesuwany. Z jednej strony potrzebna była wyraźna iskra, od której zapalić miał się cały stos, a z drugiej dopingowało ciągłe zagrożenie aresztowaniami. Ostatecznie zdecydowali się na dwudziestego dziewiątego listopada.
Wybrany dzień był jakiś szary, mglisty, a ciężkie, nisko wiszące chmury nie przepuszczały żadnego promyka nadziei. A jak się ciągnął niemiłosiernie, zanim zapadł wczesny zmierzch i na Solcu niebo bardzo nieśmiało i na krótko zaróżowiło się łuną pożaru browaru Weissa – był to umówiony znak rozpoczęcia powstania.
Franciszek nie był przesądny, ale ten nieudany pożar na chwilę wzbudził w nim lęk o losy powstania. Czy aby będzie bardziej udane niż ten sygnał-symbol? Nurtowało go to pytanie, gdy czekał pod szkołą podchorążych na instruktora musztry, podporucznika Wysockiego. Długo nic się nie działo. W bramie stali na warcie rosyjscy kirasjerzy. W budynku szkoły paliły się światła, ruch był normalny, podchorążowie na wykładach. Dwa razy przybiegł nerwowy publicysta Ludwik Nabielak, czekający w pobliżu Belwederu ze swoją trzynastoosobową grupą inteligentów, bo tylko tylu przyszło pod pomnik Sobieskiego z wszystkich pięćdziesięciu sprzysiężonych.
Wreszcie przybyli porucznicy: Wysocki, Dobrowolski i Szlegel, wiozący bryczką ostrą amunicję dla podchorążych.
Odtąd wszystko działo się bardzo szybko. Rozbrojenie warty, zerwanie podchorążych i wydanie karabinów junkrów rosyjskich cywilnym powstańcom.
Rychło wojskowi spostrzegli, że cywile trzymają broń tak, jakby to były widły. Powstała obawa, czy są w stanie wykonać przewidziane dla nich zadanie zabicia wielkiego księcia Konstantego. Tym bardziej że, jak to między cywilami, a zwłaszcza inteligentami, bywa, istniała między nimi różnica zdań co do tego, czy należy go od razu zabić, czy może lepiej go uwięzić. Wysocki, widząc to, dodał dziesięciu wojskowych: siedmiu podchorążych czynnych i trzech dymisjonowanych, w tym Franciszka.
Początkowo planowano przeprowadzić tę akcję wyłącznie siłami cywilów. Wojskowym honor i przysięga na wierność nie pozwalały dokonać zabójstwa na osobie Naczelnego Wodza armii. Skoro siły cywilów okazały się tak wątłe, musieli wesprzeć je wojskowi.
Pognali pod górę, przez park między ogrodami Botanicznym i Belwederskim. Było już po szóstej. Franciszek jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, co będzie musiał robić. Mocno ściskał karabin w garści i miał nadzieję, że wysadzi świat, jeżeli tylko znajdzie punkt zaczepienia. Na pewno nie była nim warta weteranów w bramie do Belwederu. Rozbrojeni zostali bez zbędnego oporu. Zamachowcy wbiegli na dziedziniec, a z niego do budynku. Jakiś lokaj zagrodził Franciszkowi drogę. Wobec tego trzepnął go regulaminowo kolbą karabinu, po czym ten przewrócił się. Huknęły pierwsze strzały. To grupa podchorążego Kobylańskiego likwidowała posterunek kirasjerów od strony parku. Wbiegli po schodach. Wiódł ich podchorąży Trzaskowski.
Przed gabinetem księcia czekali zaskoczeni szef policji Lubowidzki oraz generałowie Kuruta i Zandr. Minęli ich i wbiegli do gabinetu. Księcia w nim nie było, nie było go również w jego apartamentach ani w pokojach księżnej łowickiej. Zaglądali nawet pod łoże. Na odchodnym skłuli bagnetami Lubowidzkiego i mocno zawiedzeni wyszli przed budynek. Nagle zastąpił im drogę jakiś zbiorczy, rozmaicie uzbrojony oddział. Doszło do starcia. Mały student Ryttel zwarł się z generałem Zandrem. Jego szanse były mniej niż małe, dlatego Franciszek pośpieszył mu z pomocą.
Generał upadł, broń wypadła mu z ręki. Franciszek skierował bagnet w stronę jego piersi. Zrobił to za mało energicznie, dlatego generał obiema rękami chwycił za lufę i zaczął powstrzymywać nacisk. Franciszek wyrwał mu swoją broń, a następnie ponownie natarł na niego. Tym razem ostrze bagnetu skierował w brzuch generała. Głownia lekko weszła w jego trzewia aż po samą rękojeść. Generał znieruchomiał, z ust popłynęła mu krew. Franciszek także znieruchomiał. Oto zabił człowieka. Walczący obok Seweryn Goszczyński stanął zaskoczony tym widokiem. Widząc śmierć generała, jego ludzie rozpierzchli się.
Spiskowcy wracali. Szli na punkt zborny pod pomnik Sobieskiego. Szczęśliwie uniknęli fatalnego, być może, dla nich spotkania z pędzącym na pomoc Belwederowi szwadronem kirasjerów. Policzyli się. Brakowało grupy atakującej od ogrodu. Jak się później okazało, czterech członków tej grupy uszło, natomiast Kobylański i Krasnowski wpadli w łapy Konstantego. A on sam, cóż, udało mu się ukryć. Znalazł sobie schronienie na strychu.
Franciszek po wszystkim na trzeźwo przemyślał całą akcję. Dziwił się, jak mogli pójść na tak ważną akcję kompletnie nieprzygotowani. Brakowało nie tylko precyzyjnego dowodzenia, przygotowania uczestników, ale także skrupulatnego rozpoznania. Tylko dzięki niebywałej brawurze udało się zaskoczyć stronę przeciwną i połowicznie wykonać zadanie z małymi stratami własnymi.
Później mówiono, że dobrze się stało, bo lepiej, że stroną przeciwną był niekompetentny Konstanty niż ktoś znający się na rzeczy. Inni utrzymywali, że to źle, bo wszyscy chwiejni stanęli po stronie Konstantego, a gdyby nie żył, stanęliby po stronie powstańców lub byliby neutralni.
Pamiętał, z jaką radością powitał poranek. Ta noc mordów, pomyłek, improwizacji, niepewności oraz nadziei była długa i straszna. Na zawsze głęboko wryło mu się w pamięć zabicie człowieka po raz pierwszy. W dodatku takiego, któremu broń wypadła z dłoni, kiedy go dźgał.
Obecnie, z perspektywy czasu i doświadczeń półrocznych walk i zabiegów organizacyjnych, dziwił się, jak to wszystko mogło się rozwinąć w ten sposób. To ich wystąpienie, podobne przecież bardziej do burdy ulicznej pijanej gawiedzi, za jakie było brane przez wyżej postawionych, rozwinęło się do tak imponujących rozmiarów. Popełnili przecież tyle błędów nie do darowania. Nie mieli doświadczonego wodza – jakiegoś napoleońskiego generała albo takiego Kościuszki, jakiego miał jego dziadek. Generał Józef Chłopicki na propozycję młodego oficera, by przyjął dowodzenie nad powstaniem, odpowiedział: "Dajcie mi spokój, idę spać"[25]. Często zamiast atakować, bronili się, tracąc tę przewagę, którą daje zaskoczenie. Błędem było również liczenie na patriotyczną postawę niektórych generałów: Potockiego, Trębickiego, Siemiątkowskiego, Chłopickiego i Paca. Zawiedli członkowie Rady Administracyjnej z Czartoryskim, Sobolewskim, Lubeckim na czele, a także senatorowie: Niemcewicz, Pac, Kochanowski... Wszystko powinno upaść, lecz tak się nie stało z dwóch przyczyn – nieudolności wielkiego księcia oraz silnego poparcia ludu nieliczącego możliwych strat, ale kierującego się głosem serca. Miłość bywa ślepa. Lud gorączkowo szukał wodza. Silnego, własnego dyktatora. I tylko tym można wytłumaczyć to, że na jego czele znaleźli się dowódcy przypadkowi, zupełnie nieodpowiedni. Przeciwni samej idei insurekcji. Wypchnięci niespodziewanie na czoło tego stada, nie prowadzili ich na zielone pastwiska chwały, ale do brudnej rzeźni. Nie wierzyli w zwycięstwo sił patriotycznych. Chcieli zasłużyć się carowi, ocalić swoją pozycję, majątek. Interes narodu poświęcili dla własnego.
Dlaczego prosty, biedny człowiek może bez reszty poświęcić się dla ojczyzny, a bogaty, na eksponowanym stanowisku drze z niej, ile się da – zadawał sobie pytanie.
Później były wybory Towarzystwa Patriotycznego – Lelewel zgodził się stanąć na jego czele. Rada wciąż pertraktowała z Konstantym. A ulica gorączkowo chłonęła wszystkie pogłoski, falowała, politykowała. Był świadkiem zebrania towarzystwa w teatrze na placu Krasińskich. Entuzjazm i zaangażowanie licznie zgromadzonych tam, często podpitych, rzemieślników, studentów, podchorążych, żołnierzy i wielu, wielu innych były wówczas budujące, pozwalały wierzyć w zwycięstwo. Szczęk oręża zamiast oklasków dawał poczucie siły. Tylko wprawny wojskowy widząc na ogół broń bez amunicji, inaczej mógłby odczytać ten znak. Franciszek nie chciał tego dostrzec, wolał się łudzić, że jakoś to będzie.
Niedługo potem została rozwiązana Rada Administracyjna, w jej miejsce powstał Rząd Tymczasowy w składzie: Czartoryski, Dembowski, Kochanowski, Lelewel, Ostrowski, Pac i Radziwiłł.
Jak prawie wszyscy był przekonany, że teraz sprawa ruszy z miejsca i Polska wreszcie będzie wolna. Był dumny, czytając, co zagraniczne gazety pisały o ojczyźnie i jej heroicznej walce z trzema (już) zaborcami.
Z wielkim zapałem zabrał się do organizowania straży bezpieczeństwa i gwardii narodowej ze znanych sobie czeladników oraz rzemieślników. Wciąż jednak tęsknie oglądał się na wojsko – tam widział swoje miejsce.
Już na początku grudnia nadarzyła się okazja. Od trzeciego zaczęto rozbudowywać polską armię, powołując pod broń uprzednio zwolnionych. Armia potrzebowała wielu ludzi. W pułkach mobilizowano trzecie i czwarte bataliony, w kawalerii piąte i szóste szwadrony. Rozbudowywała się też artyleria o nowe czterdzieści dział. Polskie siły zbrojne, liczące dwadzieścia siedem tysięcy żołnierzy i dziewięćdziesiąt sześć dział, musiały potężnie wzrosnąć, jeżeli chciały zwyciężyć studwudziestosiedmiotysięczną armię rosyjską uzbrojoną w trzysta czterdzieści osiem dział różnego kalibru.
Chciał do osławionych czwartaków, ale był tak przydatny i niezbędny w straży, że nie kwapiono się, żeby go zwolnić. W końcu machnął na wszystko ręką, zostawił list i z dwoma kompanami pognał za pułkiem do Okuniewa. Jakież było ich rozczarowanie, gdy go tam nie zastali – przeniósł się do Stanisławowa. Dopadli go wybierającego się w drogę do Modlina. Wobec tego maszerowali za pułkiem. W modlińskiej twierdzy zostali równie serdecznie przywitani jak on przez jej załogę z generałem Mycielskim na czele. Ale kłopoty ochotników nie skończyły się jeszcze. Franciszka nie chciano przyjąć do piechoty.
– Jeżeli byłeś w Szkole Aplikacyjnej, to idź do inżynierów albo artylerii. Tam twoje miejsce, tu się nie nadasz. Co ty umiesz? – powiedział wąsaty podoficer zajmujący się poborem.
– Umiem szablą robić nie gorzej od was – postawił mu się ostro.
– Ho, ho! Taki chojrak z ciebie? Posiekałbyś mnie pewnie, co?
– Zrobiłbym to, gdybyś nie był potrzebny na Moskala, ale chętnie bym ci ucho obciął – wygrażał się, wywołując tym samym wesołość zgromadzonych.
Tego staremu wiarusowi było za wiele, postanowił młokosa nauczyć moresu.
– Wybieraj! – Podsunął Franciszkowi rękojeści dwóch szabel.
– Mam swoją – odparł.
Odrzucili pochwy i stanęli naprzeciw siebie jak dwa zacietrzewione koguty. Obserwatorzy podjudzali to jedną, to drugą stronę. Podoficer natarł z wielką pewnością siebie, próbując wytrącić przeciwnikowi broń z ręki. Ale Franciszek szybko odgadł jego zamiar, więc z początku tylko bronił się umiejętnie. Wytężył cały znany sobie kunszt szermierczy i skutecznie wyzyskał swoją zwinność, którą górował nad przeciwnikiem.
Stary podoficer rychło spostrzegł, że plan błyskawicznego rozgromienia bezczelnego przeciwnika rozbija się o jego klingę. Jeszcze efektownym zwodem próbował ratować sytuację, kiedy nagle stało się nieszczęście – przeciwnik wytrącił mu broń z ręki, a sztychem szabli mocno nacisnął na szyję, nieco powyżej jabłka Adama. Pobladły z wściekłości i wstydu, a może i strachu, rozłożywszy ręce, cofał się pod ścianę.
– Mógłbym, mógłbym, ale nie chcę – powtarzał Franciszek, a jego oczy promieniały zwycięstwem.
– Dość! – rozkazał podpułkownik Wit Czaykowski, który z majorem Damazym Dobrogoyskim podeszli do walczących.
Szermierze dopiero teraz ich zauważyli, a gapie, z należnym oficerom szacunkiem, rozstąpili się.
– O co poszło?
– Ten tu dubiel[26] rzucił się na mnie – zełgał podoficer.
Franciszek nerwowo podrzucił broń w stronę przeciwnika.
– A kto to jest? To ty, Franciszku? Skąd się tu wziąłeś? – poznał go podpułkownik Czaykowski.
– Chcę do czwartaków, panie pułkowniku, a ten tu drzwi mi pokazał.
– To wy się znacie? – zapytał major Dobrogoyski.
– Tak, to nasz ziomek, dobrze znam jego familię. Nie mogłeś przyjść prosto do mnie? Sprawa byłaby załatwiona od ręki.
– Pan pułkownik był łaskaw pomóc mi w dostaniu się do aplikacyjnej, teraz czas, bym radził sobie sam.
– Gieroj z ciebie, fechtunku nauczyłeś się trochę, ale myślenia ani w ząb. Co ze szkołą?
– Będzie rok, jak Konstanty... – Machnął ręką, a wszyscy zrozumieli.
– Niebawem dostaniemy rekruta, tysiąc chłopa z województwa mazowieckiego. Przydasz nam się do ich szkolenia. Przydzielić tego podoficera do 2. kompanii 3. batalionu – rozkazał wąsatemu podoficerowi.
Ten, z pewnym ociąganiem, łypiąc złym okiem, zabrał się do wykonania polecenia. I tak ekspodchorąży, a zarazem zamachowiec na księcia, został podoficerem woltyżerów.
Bardzo ucieszył się z tego przydziału. To było to, czego pragnął najbardziej. Do woltyżerów zawsze brano najwytrwalszych i najsprytniejszych żołnierzy. Do nich należało prowadzenie rozpoznania, ubezpieczanie i wiele innych ważnych zadań, często wykonywanych samodzielnie w oderwaniu od sił głównych.
Wkrótce zafasował woltyżerski mundur i broń. Na głowę, lekko na bakier, włożył czarne filcowe, okrągłe, wysokie na dwadzieścia centymetrów czako z białym metalowym orłem z przodu. Upiększone dodatkowo żółto-granatowym pomponem oraz białym kordonem i kokardą. Dokładnie dopasował granatowy, zapinany na srebrne guziki mundur ze złotymi naramiennikami i podobnej barwy winkle wysługi lat na rękawach. Dobrał białe spodnie i czarne kamasze. Wszystko to nakrył solidnym zimowym płaszczem, który spiął pasem. Z magazynu broni otrzymał karabin, szabli nie, bo pozwolono mu nosić własną, rodową. Przy ogólnym niedostatku broni takie ustępstwo nie było niczym nagannym.
Niedługo potem przybyli pełni zapału rekruci, w większości wywodzący się z Warszawy i okolic. Warszawscy cwaniacy niejedną robotę w życiu wykonywali i niejedno przeszli. Wielu z nich miało broń w ręku już w oddziałach straży, ale robili nią wciąż trochę niezdarnie. Natomiast musztry bojowej nie znali prawie wcale. Toteż kadra trzeciego batalionu, formowanego w pierwszej kolejności, z zapałem zabrała się do szkolenia. Z początku szło trochę opornie, ale wkrótce wielki entuzjazm rekrutów oraz dobra znajomość rzemiosła wojennego kadry wydały właściwe owoce. Szybko młodzi żołnierze zaczęli odgrażać się starszym, że osiągną lepsze wyniki.
Już w lutym szkolenie musiało się zakończyć. Milowymi krokami zbliżała się pierwsza bitwa z nadciągającym korpusem generała barona Rosena. Przedtem nastąpiły nominacje i awanse. Dotychczasowy dowódca czwartaków, pułkownik Bogusławski, zdał komendę nad pułkiem podpułkownikowi Czaykowskiemu i objął dowództwo nad 1 Brygadą, w skład której oprócz czwartaków wchodził jaszcze 8. Pułk Piechoty. Natomiast 1. Brygada weszła w skład 3. Dywizji Piechoty wraz z 2. Brygadą składającą się z Pułku Weteranów Czynnych i 5. Pułku Strzelców Pieszych Dzieci Warszawy. Komendę nad dywizją miał sprawować Jan Skrzynecki, nowo mianowany generałem brygady.
Kiedy wyruszali na swój pierwszy bój, lutowy śnieg skrzypiał im pod kamaszami. Żołnierzami targały mieszane uczucia. Jedni szli nienaturalnie podnieceni – to ci, którzy nigdy dotąd nie brali udziału w walkach. Entuzjazmem próbowali przemóc, naturalny w takiej sytuacji, strach. Inni, a wśród nich Franciszek, szli skupieni, głęboko zamyśleni. Wiedzieli, co to walka. Szli zabijać i ginąć, w pełni zdawali sobie z tego sprawę.
Mroźną nocą, z trzynastego na czternastego, biwakowali w lesie pod Dobrem. Dopiero około dziewiątej rano dobosze dali sygnał do przyjęcia szyku bojowego. Do szturmu poszło pięć batalionów. Jego pozostał w drugim rzucie i teraz nie miał nic do roboty. Mimo to od armatnich pocisków zginęło kilku jego towarzyszy. Rezultat owej bitwy był obiecujący. Udało się zaskoczyć straż przednią przeciwnika dowodzoną przez Polaka, generała Władka. Dzięki temu bez większych strat Polacy rozpędzili przeciwnika, zdobyli kilkaset porzuconych karabinów oraz wzięli do niewoli kilkudziesięciu żołnierzy. Bitwa ta, pod wsią Zakrzew, była udanym preludium do poważniejszej konfrontacji sił, która miała nastąpić już za trzy dni.
Tym razem to jegrzy rosyjscy atakowali w gęstej tyralierze. Kiedy weszli na lód zamarzniętej rzeki, dostali silną, dobrze wymierzoną salwą czwartaków. Tyraliera zachwiała się, na moment jakby załamała, opadła, ale szybko oprzytomniała. Ciała zabitych i rannych zostały na lodzie. Żywi nadal nacierali. Na załadowanie ponownej salwy czwartacy nie mieli czasu. Podnieśli się, mocno ujęli w dłonie broń i po łagodnej skarpie poszli na bagnety.
Zabijanie na odległość strzału nie jest tak straszne jak to w bezpośrednim zwarciu. Tu walczący widzą swoje twarze – napięte, groźne, przerażone, cierpiące, nierzadko gasnące. O przeżyciu i zwycięstwie decydują: determinacja, zwinność, siła i wyszkolenie walczących. Wszystko to czwartacy sobie zapewnili, dlatego przewaga była po ich stronie, przez co mocno przetrzebione roty strzelców cofnęły się pod osłonę własnych dział. Polacy odetchnęli trochę, pozbierali się, policzyli, zebrali rannych, po czym wrócili na pozycję. Ten i ów rozpamiętywał jeszcze groźne chwile, gdy uniknął śmierci i sam ją zadał. Wciąż widział przerażone oczy kłutego przeciwnika i słyszał wołanie matki, jakże podobnie brzmiące w różnych językach świata.
Ledwo zdążyli się uporządkować, załadować broń, gdy przeciwnik znowu ruszył do walki. Tym razem dwoma świeżymi pułkami. Generał Bogusławski, przelatując na koniu wzdłuż frontu, zagrzewał do walki. W tyralierę ognia! – wydawał rozkazy. To była najczęstsza komenda, jak najdokładniej wykonywana do samego wieczora. Zapadający zmierzch przerwał zmagania obu stron. Bitwa została odłożona. Czwartacy poszli na zasłużone kwatery do pobliskiego Stanisławowa. Długo w noc trwały liczenia strat, opatrywanie rannych, czyszczenie broni i ekwipunku oraz rozpamiętywanie epizodów bitwy.
Pluton Franciszka odniósł stosunkowo najmniejsze straty i pewnie dlatego został wyznaczony do nadzoru nad jeńcami. Było ich kilkudziesięciu. Początkowo czuł do nich wrogość. Chętnie w bilansie strat wroga zostawiłby tylko jedną pozycję – zabici. Ale kiedy dowiedział się, że straty własne, mimo przewagi przeciwnika, wynoszą tylko trzystu żołnierzy, a wroga siedmiuset pięćdziesięciu, złagodniał. Patrzył na tych biednych, wystraszonych ludzi i zaczął z nimi rozmawiać. Dowiedział się, że właśnie szli przeciw Francji pomagać Prusom, a po drodze mieli poskromić 4. Pułk Piechoty, który zbuntował się w Warszawie. Kłamstwo rosyjskich dowódców było aż nadto oczywiste. To nie pułk, ale cała armia zbuntowała się. Tylko dlaczego okłamywano swoich żołnierzy? – zadawał sobie pytanie bez odpowiedzi. Czyżby w obawie przed nami? Nie, to niemożliwe – odpowiadał sobie – przecież nie mogą się bać armii, która jest dwa razy słabsza w liczbie żołnierzy i trzy razy w artylerii. Dopiero kapitan Filip Lubowidzki, zagadnięty o to, wyjaśnił rzecz.
– Widzisz, oni boją się swoich żołnierzy i dlatego ich okłamują.
– Jak to? Oni boją się swoich żołnierzy? To niemożliwe. Jak świat światem wszyscy żołnierze boją się przełożonych, od kaprala poczynając. A u nich dyscyplina pałki, nieraz to widziałem.
– Pałki, dobrze prawisz. A kto lubi chodzić pod pałką? Nikt, nawet bydlę. A teraz pomyśl, gdyby ci żołnierze dowiedzieli się, że zbuntowała się cała armia, to co chcieliby zrobić?
– Przyłączyć się do buntowników i w ten sposób wyzwolić się spod pałki.
– Słusznie, tego właśnie się boją – odpowiedział kapitan Lubowidzki, członek Towarzystwa Patriotycznego, poznaniak z pochodzenia. – Poza tym popatrz, kto nimi dowodzi, prawie sami Niemcy. Iwan Dybicz to nie kto inny, tylko Johann Debitsch, Niemiec rodem z Głogowa. W Berlinie ukończył Szkołę Korpusu Kadetów. Feldmarszałka dorobił się w carskiej armii. A przydomek "zabajkalski" otrzymał po kampanii w Turcji, gdzie musiał się carowi dobrze zasłużyć. A Rosen, obaj Pahlenowie, Geismar, Kreuz, Toll, szef sztabu Dybicza, Witt, Berg i paru innych – wszystko to Niemcy. Dlatego, bracia, nie liczmy na pobłażanie, krwią ruskich żołnierzy załatwią swoje pruskie sprawy, jak tylko potrafią najlepiej. Ale my się nie damy, prawda? – zapytał słuchającej go grupki żołnierzy i poszedł, otuliwszy się płaszczem, sprawdzać w noc wpatrzone warty.
– Nie damy się! – twardym głosem zdecydowanie odpowiedzieli słuchacze.
Po nocy spokojnej ze strony przeciwnika, ale prawie bezsennej dla wielu żołnierzy i oficerów, szczególnie tych młodych, którzy nie uczestniczyli dotąd w bitwach, dywizja od rana rozpoczęła wycofywanie przez Okuniew do Warszawy. Jednak myli się ten, kto sądzi, że szli z podwiniętym ogonem. Na fetowanie zwycięstwa jednak też czasu nie mieli. Po pierwszych ciosach należało zadać kolejne, aż do skutku. Brać żołnierska była tego w pełni świadoma. Wiedzieli, że jeżeli nastał początek, to musi być też koniec. Wygra jedna albo druga strona. Odwrotu nie ma. Dlatego wszystkie rozkazy wykonywane były wyjątkowo starannie i terminowo. Nie było bodaj w całym czwartym pułku dowodzonym teraz przez majora Kazimierza Majewskiego ani jednego przypadku niesubordynacji. Lekko ranni po opatrzeniu natychmiast wracali do pododdziałów. W lazaretach leżeli tylko ciężko ranni – niecierpliwi i żądni wiadomości o sytuacji bojowej. A ta niestety nie napawała optymizmem, czego brać żołnierska nie chciała przyjąć do wiadomości.
Dybicz, zebrawszy pięćdziesiąt dziewięć tysięcy żołnierzy i sto siedemdziesiąt dział, energicznie maszerował na Warszawę – strategiczny cel wyprawy.
Generał Chłopicki, dowodzący w imieniu głównodowodzącego księcia Mikołaja Radziwiłła, słusznie ocenił, że kluczem do stolicy jest Olszynka Grochowska. Tam też skierował wojsko polskie, liczebnością sporo ustępujące Rosjanom.
W pierwszym rzucie na lewym skrzydle stanęła dywizja generała Żymierskiego – ona miała bronić Olszynki, jej lewe skrzydło opierało się o las. Na prawo dwa pułki brygady Rolanda i jeden z brygady Czyżewskiego, drugi w odwodzie dywizyjnym. Prawa pozycja kończyła się na bagnach wiślanych. Dywizja Skrzyneckiego stanęła z tyłu jako odwodowa.
Czwartacy byli tym nieco zawiedzeni. Oni, warszawskie wiarusy, przez przyjaciół i wrogów uznawani za kwiat polskiej armii, nie poszli na pierwszy ogień. Mieli spalać się, czekając na swoją kolej, która miała nastąpić, gdyby na którymś odcinku frontu wytworzyła się krytyczna sytuacja. Jeżeli nie będzie takiej sytuacji? – zapytywali siebie – To co wtedy? Bez nas rozegra się bitwa, nie zasłużymy się ojczyźnie, nie zdobędziemy sławy, a może jeszcze stracimy tę, którą mamy?
Takie i tym podobne myśli targały zziębniętymi i głodnymi żołnierzami, bo tyły, jak to zwykle w takich warunkach bywało, nie nadążały. Słyszeli, jak rozpoczęła się bitwa – długą, mocną salwą całej artylerii Dybicza. Później dolatywał grzechot karabinowej palby. Około jedenastej przyszedł długo oczekiwany rozkaz. Brygada Bogusławskiego miała zluzować przetrzebione pułki Rolanda.
Żołnierze zmarzniętymi dłońmi mocno ścisnęli karabiny, oficerowie dobyli pałaszy, po czym ruszyli zdecydowanie. Jeszcze Polska nie umarła... – wyrwało się zgodnie ze wszystkich gardeł. Szykiem rozwiniętym szli w kierunku samotnie rosnącego na mokradłach lasku.
Przed bitwą lasek ten, nierównomiernie porośnięty głównie olchą, grabiną i krzakami, pocięty rowami, zasypany śniegiem, spod którego wystawały kępy traw, niemal odpychał swoim wyglądem. Był zimny, pokraczny i brzydki. Teraz, gdy wbiegali na wyznaczone pozycje, robił makabryczne wrażenie. Biały śnieg zbrukany był czarną ziemią rozrzuconą niczym z gejzerów po wybuchach pocisków artyleryjskich. Tu i ówdzie walały się wyrwane drzewa korzeniami do góry. Między pniami, w wykrotach i rowach, leżały trupy obrońców i napastników, nierzadko zwarte w śmiertelnym uścisku, poszatkowane i nieruchome. Jęków konających nie słyszeli. Tylko mdławy zapach krwi zmieszany z zapachem prochu i świeżo zrytej ziemi mocno uderzył w ich nozdrza. Potykając się, bez oglądania zniszczeń poszli do kontrataku na bagnety. Udało się, wyparli wroga poza lasek.
Był to trzeci atak wroga. W pierwszym poszło do ataku jedenaście, w drugim dziewiętnaście, a w trzecim (tym, który oni odparli) aż dwadzieścia cztery bataliony. Ale to nie koniec, szykował się czwarty atak, tym razem dwudziestu siedmiu batalionów. Czwartacy rannych oficerów: majora Kindlara, kapitana Rejnisza, poruczników Sicińskiego i Jagielskiego, wynieśli do tyłu. Na skraju tego, co zostało z lasku, za rowem, pułk ponownie zajął stanowiska, gotując się do karabinowej palby.
Punktualnie o dwunastej ruszyło spodziewane natarcie, wsparte ogniem artylerii. Gdy pierwsi żołnierze, ustawieni parami co pięć kroków, zbliżyli się na około dwieście metrów, gruchnęła salwa, potem druga, następna i kolejna. Żołnierze jak automaty ładowali swoje skałkowe, gładkolufowe, odprzodkowe karabiny. Bez komendy przybijali papierowe naboje żelaznym stemplem i ołowianą kulą. Udawało im się strzelić częściej niż raz na minutę. Czasem któryś zaklął siarczyście, gdy strzał spalił na panewce, a zdarzało się to przy co szóstym, siódmym strzale.
Sytuacja chwilami stawała się krytyczna. Zginęło wielu żołnierzy. Oficerowie i podoficerowie dawali przykład prawdziwego bohaterstwa. Zginęli kapitanowie: Filip Lubowidzki, Damazy Chamski, Adolf Dunielewicz i inni, ale i ten atak został odparty. Przeciwnik wycofał się poza zasięg ognia.
Nie ma czasu na odpoczynek. Żołnierze przygotowują broń. Lufy były tak nagrzane, że parzyły ręce. Potem szukali ładunków w ładownicach zabitych kolegów i rosyjskich jegrów, bo były identyczne. Ledwo się z tym jako tako uwinęli, a już generał Toll wysyła nowe natarcie. To już nie będzie skrwawiona piechota. Do szarży uszykowała się kawaleria. Najpierw ułani generała Władka, na lewo od niej korpus rezerwowy generała Witta, dalej huzarzy Łopuchina i Brygada Strzelców Konnych Geisnera.
Zmarznięta ziemia zadrżała od tętentu i przeciągłego ryku. Błysnęli szablami, lancami i czym kto miał, aż w sercach obrońców zakiełkował strach. Najdzielniejsi wytrwali na pozycjach. Inni, jak 1. Pułk Strzelców, zrejterowali z pola walki. Przez Wisłę uciekł do Warszawy, gdzie posiał popłoch. Podobne przypadki, ale na mniejszą skalę, miały również miejsce gdzie indziej. Trzeba było mieć niezwykłą odporność, by nie uciec przed tą masą rozpędzonych koni i jeźdźców. Na sąsiedni ósmy pułk spadł pułk kirasjerów księcia Albrechta. Na kaskach mieli umieszczony srebrny napis "Niezwyciężony". Uderzenie tej doborowej jednostki, owianej legendą niezwyciężoności, było tak silne, że przebili się przez obronę, zagrozili tyłom i sztabowi Naczelnego Wodza. Głównodowodzący generał Chłopicki został ranny w obie nogi. Dzięki przytomności generała Kickiego, który pchnął mu na pomoc pięć szwadronów białych ułanów, wyszedł z życiem. Dowodzenie przekazał generałowi Skrzyneckiemu.
Wówczas Franciszkowi, jak i wielu innym, wydawało się, że ten przystojny generał, uważany przez wielu za najdzielniejszego i najporządniejszego oficera, jest w pełni godnym, by stanąć na czele polskiego wojska i poprowadzić je do zwycięstwa. Dużo później oficerowie dowiedzieli się, kto tak naprawdę nimi dowodził i dlaczego taki, a nie inny przebieg miała bitwa o Olszynkę Grochowską i cała kampania wojenna.
Skrzynecki okazał się kapitulantem, bitwę zakończył o zmierzchu tego dnia, w którym objął dowództwo. Odtąd obie strony leczyły rany i liczyły straty. Polskie, na pocieszenie, choć duże, były bez mała o dwa tysiące mniejsze.
Największe straty odnotowano w oddziałach drugiej dywizji. Straty pułków wahały się tam w granicach od trzydziestu do czterdziestu procent stanu wyjściowego. W czwartym pułku co czwarty żołnierz wykruszył się ze stanu osobowego. Byli to razem polegli i leżący w lazaretach, niezdolni do dalszej walki. Największą bojową sławę jednoznacznie zdobył właśnie czwarty pułk. Miało to swoje odbicie w nadanych Orderach Virtuti Militari. Otrzymało je aż dwunastu oficerów i pięćdziesięciu ośmiu żołnierzy.
Franciszka żołnierze z jego pododdziału też przedstawili do tego zaszczytnego wyróżnienia, nadawanego na wniosek ogółu żołnierzy, ale go nie otrzymał. Przyczynił się do tego ów wąsaty podoficer, który miał z nim zwadę, gdy przyjmował go do pułku. Niezabliźniona uraza wywołała zawiść i krytykę waleczności Franciszka i dlatego nie przeszedł w głosowaniu.
Przypomniał sobie, jak podle się wówczas czuł. Postanowił poprosić generała Bogusławskiego o przeniesienie do innego oddziału. Ten wysłuchał go po ojcowsku i kazał przyjść za tydzień. Kiedy ponownie stanął przed jego obliczem, ten, jak to miał w zwyczaju, przez nos powiedział:
– Zbadałem sprawę. Nie sumituj się. Sprawiłeś się dobrze. Oszczerca będzie ukarany. Nie puszczę cię z brygady. Idziesz do ósmego pułku.
– Ósmego? – Franciszek nie krył rozczarowania.
Ostatnio głośno była dyskutowana zdrada jednego z oficerów tej jednostki. Podpułkownik Józef Zwoliński podczas bitwy dobrowolnie przeszedł na stronę wroga i czynem tym zniesławił nie tylko siebie, ale i pułk, z którego się wywodził.
– Co? Zrejterowałeś? – spytał dowódca.
– Nie – odpowiedział twardo – przyjmuję.
– Wyśmienicie. To teraz gratuluję ci – generał podał mu dłoń – od dziś jesteś oficerem.
Franciszek zaniemówił z wrażenia.
Przed chwilą czuł się skrzywdzony, sponiewierany i skompromitowany, a tu nagle takie wyróżnienie: podporucznikowskie epolety, i to przed ukończeniem dwudziestego roku życia. Niespodziewanie spełniły się jego dawne marzenia. Wziął podarowane epolety i z wrażenia o mały włos a pocałowałby dowódcę w rękę. Pijanym krokiem wrócił do swoich żołnierzy. Podzielił się z nimi dwoma wiadomościami. Tą dobrą i tą złą. Z radości podrzucili go wysoko w górę. Radowali się z tego, że awansował, czy z tego, że odchodzi? Nie był pewien. Wnet przyszli oficerowie z gratulacjami i wódką. Zanim opróżnili pierwszą kwartę, już kompanijny krawiec zameldował się z nowym mundurem, zupełnie jakby go wcześniej przygotował. Franciszek musiał od razu go przymierzyć – pasował jak ulał.
Nazajutrz spakował swój mizerny, żołnierski dobytek, cicho i skromnie pożegnał podwładnych, kolegów i przełożonych. Nadal wstydził się, że z powodu urażonej dumy opuszcza tych, z którymi tyle przeszedł. Po jakimś czasie zameldował się u nowego dowódcy. Później przedstawiono go oficerom pułku i żołnierzom kompanii, w której obejmował dowodzenie plutonem. Jakoś bez entuzjazmu obejmował to stanowisko. Jednak wytężona praca, której wir porwał go natychmiast, kazała mu zapomnieć o tym, co było, i pośpiesznie szykować podwładnych do nowej bitwy.
Nie minął tydzień, jak opuścili dotychczasowe leże i poszli na Siedlce. W odległości pół godziny marszu do tej miejscowości była wieś Iganie, tam przyszło mu stoczyć kolejną bitwę, tym razem w innym towarzystwie. Gdy wspominał ją, jeszcze mrowie przechodziło mu po plecach.
Ich pułk atakowały dwa pułki wroga, trzynasty i czternasty zwane "lwami zabajkalskimi". Nie wytrzymali naporu. Powoli oddawali pola, wycofując się na Iganie. W pewnej chwili Franciszek, zmęczony do granic możliwości, otrzymał silne uderzenie w tył głowy. Upadł na wznak, a szabla wypadła mu z dłoni. Do leżącego dopadł któryś z tych "lwów", a ostrze jego bagnetu pojawiło się Franciszkowi między oczami. W ułamku sekundy zdrętwiał ze strachu. Już widział siebie wśród nieboszczyków. Nagle napastnik znieruchomiał, jakby zesztywniał, i powoli odwrócił głowę w bok. Tam, skąd doleciała precyzyjnie wystrzelona kula przez najwyższego żołnierza w kompanii, podporucznika Leszkowskiego. Franciszek również zwrócił głowę w tamtą stronę i to go uratowało. Ostrze bagnetu przewracającego się napastnika nie wbiło mu się w twarz, tylko ześlizgując się po czole, rozorało mu je od środka do kącika prawego oka.
Kiedyś, na początku walk, zazdrościł kolegom bandaży, z którymi wracali po bitwach. Były widocznym dowodem męstwa i poświęcenia dla ojczyzny. Wtedy pragnął rany, lecz nie było jej, a teraz bardzo mu przeszkadzała, krwią zalewała oczy, teraz już jej nie chciał.
Nie było czasu na opatrunek. Dopiero gdy major Bem ze swoją baterią i podpułkownik Czaykowski z czwartakami przyszli z pomocą, odetchnął trochę i znalazł czas na opatrzenie rany. Na szczęście zbliżał się wieczór i bitwa wygasła. Obie strony rozeszły się, dokonały rachunku zysków i strat. Polacy po stronie zysków zapisali: tysiąc pięciuset jeńców, sztandar 97. Pułku Piechoty, dodatkowo cały 98. Pułk Piechoty, który zabłądziwszy, oddał się do niewoli kilku oficerom artylerii, a nade wszystko piękny sukces taktyczny. Natomiast na straty zapisali pięciuset kolegów rannych i poległych, wśród nich podpułkownika Karskiego. Głównie jednak, o czym najpierw oficerowie, potem żołnierze zaczęli mówić, stracili rozmach zdobyty sukcesem, bo nie poszli za ciosem. Naczelnemu dowództwu zabrakło odwagi i determinacji do podjęcia pościgu za wrogiem. Zaprzepaszczony został sukces opłacony żołnierską krwią. Gdyby wówczas Skrzynecki podesłał pomoc Prądzyńskiemu, to mogliby ostatecznie rozbić korpus generała barona Rosena. W tym wypadku zagrały animozje między generałami. Skrzynecki obawiał się, że Prądzyński, odnosząc sukces, przerośnie go sławą i zasługami.
Znowu nastąpiła przerwa w działaniach bojowych. Rosjanie poprawiali swoje zaopatrzenie – wyjątkowo fatalne przy wiosennych roztopach. Dybicz nie wykonał postawionego mu przez cara zadania, czym stracił jego zaufanie. Jednak nadal dowodził wciąż przeważającą liczebnie armią.
U Polaków tymczasem Prądzyński próbował przekonać Skrzyneckiego do przyjęcia planu wiosennej ofensywy stworzonego przez generała Chrzanowakiego. Zakładał on wykonanie zaskakującego uderzenia na gwardię cesarską rozlokowaną na osi Ostrołęka–Łomża. Rozbicie gwardii miało być początkiem wielkiej ofensywy, kolejnego rozbijania poszczególnych członów armii carskiej. Wojsko ten czas wykorzystało na leczenie ran, szkolenie rekrutów, zgrywanie pododdziałów oraz czekanie. Niecierpliwe czekanie.
Zaczęło się dwunastego maja. Wyszli cicho i pośpiesznie, by zachować tajemnicę zamiarów. Maszerowali na Serock trzema kolumnami, czterdzieści cztery tysiące żołnierzy i sto trzy działa. Teraz damy im łupnia – cieszyli się żołnierze. Wreszcie nasze dowództwo mądrze rządzi, teraz uda się na pewno. Jednak Skrzynecki znowu coś zmarudził i dał się wymanewrować Dybiczowi. Polacy stracili przewagę wynikającą z zaskoczenia, weszli w niebezpieczny worek, a potem musieli się cofać, aż wreszcie przyjęli bitwę w niekorzystnym dla siebie położeniu.
Ów majowy wieczór przed bitwą nastrajał bardzo pogodnie. Żołnierze zebrali się wokół ognisk i nucili smętne, żołnierskie piosenki. Żaby odpowiadały im chóralnym rechotem niosącym się od przyrzecznych bagien. Franciszek siedział samotnie, podziwiając okolicę oświetloną zimnym blaskiem księżyca. Patrzył na usypiającą Ostrołękę, miejscowość o niespełna dwustu domach, nad którą górowała potężna bryła starego klasztoru bernardynów. Mniejszą po wschodniej i większą po zachodniej stronie grupę ognisk rozdzielała czarną pręgą rzeka, połyskująca czasem między trzcinami. Wszystko to nastrajało go bardzo melancholijnie. A kiedy ciepła noc utuliła go do snu, śniły mu się chłopięce psoty i roześmiane dziewczyny wabiące go do siebie. Chciał iść do nich, ale nie mógł, musiał maszerować dalej w kurzu piaszczystej drogi.
Mocno przyśpieszona pobudka wyrwała go z sennych majaków. Na niebie wstawał blady świt. Poszli nad Narew. Jako pierwszy mieszkańców miasteczka budził ósmy pułk, za nim szli czwartacy. Mijała czwarta nad ranem. Niewiele jeszcze wiedzieli o przeciwniku, który koncentrycznie, w wielkiej sile zbliżał się do Ostrołęki. Rozwinęli się nad rzeką – na prawym skrzydle batalion weteranów czynnych pod dowództwem majora Tyrakowskiego, za nim dwa działa, w lewo oni z ósmego pułku, a zupełnie na lewo czwartacy trzema batalionami w pierwszym rzucie. Jeden ich batalion osłaniał oba mosty, jedyną drogę wycofania. Całością dowodził generał Bogusławski, przelatujący pozycje na swoim białym koniu. Był tam również widoczny generał Pac. Jedynie nikt nie widział dowódcy dywizji, generała Małachowskiego, weterana kościuszkowskich i napoleońskich wojen. Okazało się, że, w wyniku naprędce improwizowanej przez generała Skrzyneckiego organizacji dowodzenia, ten doświadczony dowódca został praktycznie odsunięty od dowodzenia podległymi mu oddziałami.
W szeregi oficerów, gdy tak czekali do jedenastej, wkradł się niepokój. Jednoznacznie zdali sobie sprawę, że są na straconej pozycji. Zadanie, które otrzymali, było krótkie – bronić się, ile się da. Zachodzili w głowę, jaki sens ma robienie z nich tarczy ochronnej na straconej z góry pozycji. Mieli nadzieję, że może ich ofiara potrzebna jest po to, by zatrzymać na jakiś czas czołowe oddziały przeciwnika, tak by można było wykonać jakiś manewr oskrzydlający. Jednak oponenci wątpili w to, by generał Skrzynecki nagle zmądrzał i zdobył się na jakiś niebezpieczny manewr.
Krótko po jedenastej zaczęło się. Na dwa bataliony ósmego pułku szła cała 3. Dywizja Grenadierów wsparta dwudziestoma sześcioma działami. Stosunek sił na tym odcinku był porażający. Od ognia artyleryjskiego zapaliła się Ostrołęka. Czarny dym snuł się po niebie, pogłębiając minorowe nastroje. Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Przeciwnikowi udało się skruszyć obronę, a następnie wedrzeć do miasta w kierunku mostów. Od wsi Pomiany wyszło oskrzydlające uderzenie jazdy carskiej. By je ostrzelać, działa muszą pośpiesznie się wycofać. Zginął dowódca artylerzystów. Zdezorientowani kanonierzy cwałują ku mostom. Widząc to, porucznik Sulistrowski przystępuje do pośpiesznego rozbierania drewnianego mostu. Takie otrzymał zadanie: rozebrać most po przejściu artylerii, przed piechotą. Za artylerzystami zaczynają oglądać się piechurzy. Generał Pac z obnażoną szablą próbuje powstrzymać uciekinierów przy wejściu na most. Wobec tego ciżba rzuca się na most łyżwowy, ten gnie się i zagłębia w wodę. Żołnierze idą w wodzie po kolana, spychają się do niej, pomagają sobie bronią. Wielu ginie w nurcie rzeki. Padli już oficerowie: Światłowski, Gałczyński, Dobrski, Lubowidzki, Górski. Wielu leży rannych, a wśród nich: Ostroróg, Słubicki, Wolmer, Zdanowicz.
Franciszek z determinacją walczy jeszcze, dowodząc grupką żołnierzy, która skupiła się wokół niego. Widzi, że długo nie wytrzymają.
– Czy to już koniec? – zadał sobie pytanie.
Ocalić życie czy zginąć? – takie pytania lotem błyskawicy przelatywały mu przez myśl. – Jednak zginąć. To lepsze niż hańba oraz dwudziestopięcioletnia niewola w carskich rotach aresztanckich na dalekiej Syberii.
Z garstką dwunastu żołnierzy ruszył desperacko do kolejnego zwarcia ze świeżym batalionem. Nagle obezwładnił go czerwony wybuch, a po nim zaczął wpadać gdzieś w jakąś olbrzymią czarną studnię bez ścian i dna. Spadał tak zupełnie zdematerializowany, jakby to nie on, tylko jego dusza spadała. Spadał i spadał, aż przestał istnieć zupełnie.
Obecnie, kiedy dziwnym przeznaczeniem losu wrócił z zaświatów, ważył wszystkie za i przeciw tamtej desperackiej decyzji. Zastanawiał się, czy znowu podjąłby podobną, lecz nie znajdował odpowiedzi. Wówczas szedł na pewną śmierć, bo inne wyjście wydawało mu się niehonorowe. Teraz dziękował Bogu i losowi, że pozwolili mu uniknąć śmierci lub niewoli. Jeżeli zachował życie, to będzie jeszcze mógł w przyszłości zrobić coś pożytecznego.
Powoli wszyscy dochodzili do zdrowia. Z dziewięciu rannych najpierw czterech najlżej poszkodowanych pożegnało towarzyszy i gościnnych gospodarzy, po czym na chłopskiej furmance powróciło do szeregów. W połowie sierpnia pozostali szykowali się do powrotu. Syn gospodarza chciał iść z nimi, ale ojciec nie wyraził na to zgody. Wytłumaczył żołnierzom oraz upartemu chłopcu, że to nie jego wojna, nie jego interes ginąć po to, by nie dopuścić do tego, aby jeden pan gnębiciel zastąpiony został drugim. Gdyby ta wojna dała mu lepszych panów – takich, co by mu lepiej żyć dali, to co innego. Wówczas on, choć niemłody, chwyciłby za kosę i poszedł z nimi. Więc skoro to nie jego wojna, dlaczego pomógł żołnierzom? Dopytywali się.
– To co innego – odpowiedział – wyście są swoi i potrzebujący, tośmy wam po chrześcijańsku pomogli.
– Nie wiele mamy, by zapłacić za wszystko.
– Nic od was nie chcę. Liczę, że Bóg mi za to w niebie zapłaci.
Żegnali ich pogrążeni w smutku gospodarze i sąsiedzi. Ich córka nie mogła powstrzymać potoku łez. Niczego sobie nie obiecywali. Szli na kolejną wojnę, być może dla nich ostatnią. Przed Warszawą natknęli się na partyzantów majora Matuszewicza. Od nich dowiedzieli się najświeższej prawdy o powstaniu. Potwierdzili radosną wiadomość o śmierci Dybicza. Zmarł na początku czerwca w Pułtusku na cholerę. Nową cholerą jest, dodawali, feldmarszałek Paszkiewicz. Przeprawił się ze swoją armią na lewy brzeg Wisły pod Osiekiem, nieopodal Torunia, i idzie w kierunku Warszawy. Pewnie szykuje się do ataku na miasto od zachodniej strony. Jego siły oceniali na siedemdziesiąt osiem tysięcy wypoczętych żołnierzy, w tym około siedemnastu tysięcy samej jazdy i aż czterysta dział różnego kalibru.
– Co z naszymi? – dopytywali.
– Lepiej nie pytać – odpowiadali partyzanci – armia w porządku, ale te rządy... rzygać się chce. Sejm odebrał władzę Skrzyneckiemu.
– No i dobrze.
– Dobrze, ale wybrał Dembińskiego, a ten miał w głowie tylko poskromienie buntowniczej stolicy. Co tam się nie działo. Zbuntowany lud wtargnął do więzienia, wywlókł zdrajców oraz szpiegów i powywieszał ich na latarniach. Potem kawaleria obsadziła miasto. Towarzystwo Patriotyczne rozwiązane, wielu aresztowanych. Krukowiecki jest teraz dyktatorem, choć sejm mianował go prezesem rządu. A Ramorino, ten cudzoziemiec, co to go nasi z takimi honorami przyjmowali, zdradził.
– A nasz ósmy pułk, co o nim wiecie? Jest może w Warszawie?
– Jest, jest. Znajdziecie go tam, wielkie straty poniósł pod Ostrołęką. Bodaj największe ze wszystkich pułków. Poległo czterech na dziesięciu. Teraz uzupełniony odżył i dobrze się prezentuje.
Dali jeszcze przewodnika, który miał im pomóc w dotarciu do celu.
– Nie wytłuczcie tam tylko wszystkich Moskali – na odchodnym żartowali. – Trochę puśćcie wolno, byśmy ich tu w Puszczy Kampinoskiej jak pluskwy wydusili. Trzeba się równo dzielić robotą i zasługami.
Niebawem, mocno zmęczeni drogą, dobrnęli do Warszawy. Miasto robiło wrażenie chorego. Zapytany o ósmy pułk przygodny oficer skierował ich na Wolę. Po drodze spotkali wojskowych gdzieś śpieszących i niezwracających na nich uwagi, cywilów budujących barykady i deskami zabezpieczających swoje domostwa.
Najpierw trafili do 10. Pułku Piechoty, dowodził nim już major Piotr Wysocki. Brak typowego wojskowego porządku w tej jednostce nie nastrajał optymistycznie. Okazało się, że łatwiej wywołać ogólnonarodowe powstanie, niż utrzymać rygor w jednostce wojskowej. Oficerowie wskazali drogę do pięćdziesiątego szóstego fortu, gdzie rozmieszczona była zasadnicza część pułku. Fortem dowodził dawny przełożony Franciszka, teraz już generał Józef Sowiński – ów starzec o drewnianej nodze. Swoją stracił w tysiąc osiemset dwunastym roku w bitwie pod Możajskiem.
Zameldowali się u generała. Zmierzył ich wnikliwym spojrzeniem spod pobielałych brwi i wysłuchał prośby. Jako że największe braki miał wśród artylerzystów, właśnie do nich przydzielił całą grupę. Może poznał Franciszka ze szkoły, ale nie dał tego po sobie poznać. Na koniec, patrząc na ich połatane mundury, kazał im je wymienić. Nie było granatowych i Franciszek, chcąc nie chcąc, musiał fasować zielony artyleryjski. Jeszcze nie wiedział, jak doniosłe to będzie miało dla niego znaczenie. Szybko zameldował się u bezpośredniego przełożonego, zapoznał z artylerzystami, działami, zapasem amunicji, fortem i jego otoczeniem. Niewiele miał czasu. Właśnie zaczynał się wrzesień i Paszkiewicz podejmował decyzje o ataku na Ochotę i Wolę.
Zaczęło się jak zwykle od silnego ostrzału artyleryjskiego na forty Ochoty i Woli. Była godzina piąta szóstego września. Tuż za ścianą ognia w głębokich kolumnach szła podpita piechota ubrana w zielone paradne mundury przecięte białymi pasami na krzyż. Byli to grenadierzy astrachańscy i suworowcy, sami ochotnicy. Sprawnie, mimo ognia obrońców, przeskakiwali przez wilcze doły, rzucali kładki, stawiali drabiny, wdzierali się na wały. Wszędzie ich było pełno. Siły obrońców stopniowo topniały. Już i sam Sowiński z adiutantem porucznikiem Przedpełskim obsługiwali działo. Stary napoleończyk dawał dowody męstwa i poświęcenia.
– Ognia do ostatniego ładunku, a później kolbą i bagnetem – to były jego ostatnie słowa, zanim dosięgły go kule wroga.
I stał tak oparty o działo, bo drewniana noga nie pozwoliła mu upaść. Wiele kul przeznaczonych dla obrońców rozrywało dalej jego starcze ciało, a dziwny spokój i niewytłumaczalna nieśmiertelność zaczęły budzić w umysłach napastników zabobonny strach. Aż podeszli do niego i bagnetami rzucili się na trupa, wtedy upadł. Franciszek tego nie widział. Walczył jeszcze po wysadzeniu w powietrze lunety[27] numer pięćdziesiąt cztery podporucznika Juliana Ordona[28]. Jeszcze z ostatnimi kanonierami ładował działo, kiedy na pomoc przyszedł im jeden batalion od Wysockiego. Mieli wówczas jeszcze połowę sprawnych dział. Jednak piechurzy, przerażeni tym przedsionkiem piekła, który tam zobaczyli, oraz wciąż silnym ogniem przeciwnika, niespodziewanie zakończyli wojowanie. Granat, który wybuchł nieopodal, nie zranił Franciszka, mimo iż wyrzucił go w powietrze. Upadek pozbawił go świadomości. Wpadł w wyrwę po ciężkim pocisku artyleryjskim. Przywaliły go jakieś deski, faszyna i piasek. Tylko dolna część ciała wystawała spod rumowiska. I może dzięki zielonemu mundurowi nikomu z przeciwników nie wpadło do łba, by bagnetem sprawdzić, czy to, co wystaje, należy do przyjaciela, czy może przeciwnie.
Kiedy odzyskał przytomność, zrozumiał, że wokół są żołnierze wroga. Nie widział ich, ale słyszał mowę. Uznał, że udawanie zabitego jest w tej sytuacji najlepszym wyjściem. Czekał tak do zmroku, aż ucichły głosy. Wówczas jedną ręką mozolnie zaczął wygrzebywać piasek spod siebie. Poczuwszy się luźniej, rakiem wycofał się z pułapki. Kręciło mu się w głowie, szumiało w uszach, bolały żebra i kręgosłup. O dziwo, rany nie odniósł żadnej, jeśli nie liczyć starej, która się odnowiła i zaczęła krwawić. Chwiejnym krokiem powlókł się w kierunku miasta. Ocierał się o jakichś żołnierzy. Nie rozpoznawał, czy to swoi, czy wroga. Potykał się o trupy. I rzecz dziwna, nikt go nie zatrzymał. Doszedł do swoich, gdy świtało.
W drugim i ostatnim dniu bitwy nie brał już udziału w walkach. Przesiedział ją otępiały, brudny, zrezygnowany i samotny. Dopiero wieczorem, gdy wojska opuszczały Pragę, zagwoździwszy przedtem działa, ktoś zauważył go i wciągnął do szyku.
Smutny był ten odwrót. Mimo iż wojsko walczyło z wielkim poświęceniem i determinacją, było poobijane, ale jego kościec wciąż był stabilny. Jednak oddawali mosty na Wiśle, oddawali ukochaną stolicę. Dlaczego? Dlaczego? – zdawały się pytać zmęczone oczy żołnierzy. Nie było ani wodza, ani polityka, który chciałby im odpowiedzieć.
O siódmej ósmego września do Śródmieścia weszła 1. Brygada Gwardii, prowadził ją generał Berg. Zaczęła się okupacja Warszawy. Czy kiedyś się skończy? – tego też nikt nie wiedział.
Wojsko Polskie szło na tułaczkę. Obraz szosy kowieńskiej na zawsze wrył się w pamięć Franciszka. Ta przestraszona i zdezorientowana ciżba ludzi, wojskowych pomieszanych z cywilami, koni i powozów idąca w nieznane. Widział Lelewela, szedł pieszo w tłumie, wysoki, szczupły, czarno ubrany i nieruchomo zapatrzony w dal. Widział posłów, dziennikarzy i kobiety z dziećmi. Wszyscy markotni, nieufni, rozżaleni, dopatrujący się zdrad, przekupstwa i nieudolności u najwyższych władz cywilnych i wojskowych. Jedynymi wojskowymi wysokiego szczebla, o których mówiono dobrze, byli generałowie: Umiński, Bem, Bogusławski, Młokosiewicz i Węgierski.
Pierwszy etap marszu zakończył się w Jabłonnie. Tam Franciszek spotkał Lniskiego i bardzo się obaj z tego spotkania ucieszyli. Nie widzieli się od tego czasu, gdy ten były furier w pierwszym rzucie opuścił ostrołęckie gniazdo rekonwalescencji. Odtąd postanowili trzymać się razem.
Następnym etapem był Modlin. Sztaby i cywile zamieszkali w twierdzy. Wojska rozlokowano po wsiach. Wieczorem wezwano dowódców na naradę, podczas której w jawnym głosowaniu wybrano generała Rybińskiego nowym wodzem. Na siedemdziesięciu dwóch głosujących otrzymał szesnaście głosów. Najwięcej ze wszystkich proponowanych do tego stanowiska. Dowodzenie zaczął energicznie, od wygnania cywilów i oficerów bez stanowisk. Z Modlina armia, już bez zbędnego obciążenia, jako tako uporządkowana, pomaszerowała do Płocka. W dowództwie pojawiły się jakieś niesnaski, w wyniku których generał Rybiński zrzekł się dowództwa. Nowym dowódcą został generał Umiński, ale piechota odmówiła podporządkowania się jemu. Wobec tego i on po dwóch dniach zrezygnował, po czym uciekł w przebraniu stangreta. Ponownie wybrano Rybińskiego. Ostatecznie powstanie w ciągu jedenastu miesięcy miało aż siedmiu wodzów. Czy gdzieś na świecie zaistniała podobna sytuacja? Wielu wyższych oficerów składało prośby o dymisje. Udzielano ich. Tym sposobem Franciszek odzyskał granatowy mundur po jakimś pułkowniku, który odszedł do cywila. Żołnierze także zaczęli popełniać dezercje. Uciekali w rodzinne strony, do żon i matek. Rybiński, widząc taki rozwój sytuacji, zarządził lustrację żołnierzy, po której zapytał:
– Czy chcecie wracać i dalej walczyć?
Takiego entuzjazmu u żołnierzy Franciszek dawno nie widział. Niech żyje Naczelny Wódz, prowadź nas do boju – zakrzyknęli jak jeden mąż. Zagrano też Mazurka Dąbrowskiego. Wszyscy chcieli wracać na południe. Tam, gdzie zostawili swoje domostwa, rodziny i groby poległych kolegów. Po pierwszym forsownym dniu marszu zatrzymali się. Przyczyną była informacja o nadciągającym od Rypina korpusie przeciwnika. Był dwukrotnie liczebniejszy od nich. Nie mieli z nim żadnych szans. Jedynym ratunkiem mogły być Prusy. Wobec tego zawrócili na północ.
Nocą z drugiego na trzeciego października stanęli blisko granicy. Artylerzyści byli za jej przekroczeniem, w piechocie i jeździe zdania były podzielone. Generał Wroniecki prowadził już rozmowy z komendantem Strasburga (Brodnicy), szło o internowanie na jak najlepszych warunkach.
Czwartego wieczorem odczytano w oddziałach, dla ostatnich żołnierzy powstania, ostatni rozkaz dzienny. Niejeden stary wiarus przełykał gorzkie łzy, gdy słuchał tych słów:
– Nadeszła stanowcza chwila. Nieprzyjaciel podał nam tak upokarzające warunki uwłaczające godności narodowej, że nam nic więcej nie pozostało do ocalenia honoru, jak tylko odrzucić je i przejść granice państwa króla Imci Pruskiego dla szukania w nich schronienia, gdyż przedłużanie walki nie mogłoby w obecnym położeniu innego sprowadzić skutku, jak tylko boleśniejsze jeszcze klęski na kraj ściągnąć. Broń naszą, którą podnieśliśmy w najświętszej sprawie wywalczenia swobód i całości Ojczyzny, złożemy, póki o kraju i naszym losie nie wyrzeknie się ostatecznie Europa, której opiece się poruczamy, protestując przeciw gwałtom i krzywdom nam wyrządzonym. Jeżeli żądania nasze nie będą wysłuchanemi, jeżeli nam wymiar sprawiedliwości będzie odmówiony i mocarze świata tego odepchną nas od siebie, Bóg się pomści krzywd naszych, a kamień grobowy Polski przywali następne i inne narody obojętna na nasze nieszczęście. Krew nasza w tylu bitwach przelana, stałość umysłu, poświęcenia się, wytrwałość i miłość Ojczyzny przekażą dzieje potomności do podziwu i naśladowania. Żołnierze! Idziemy, gdzie nam obowiązek iść każe, poświęcamy wszystko oprócz poczciwej sławy, której nam nikt nigdy wydrzeć nie zdołał, a ze spokojnym umysłem i sumieniem będziemy umierać w przekonaniu, żeśmy zasłużyli dobrze Ojczyźnie[29].
Po doczytaniu tego rozkazu dowódcy jednostek poinformowali jeszcze swoich podwładnych, że ułożone zostały warunki internowania i że jutro przekroczą pruską granicę.
– W Prusiech nie jest tak źle – uspakajał żołnierzy Lniski.
Wiedział, co mówi, przecież z pruskiego zaboru przyszedł do powstania, o czym oni wiedzieli. Najbliższym kolegom inaczej przedstawił sprawę. Nie wierzył, że Prusacy przyjmą zbuntowanych Polaków z otwartymi ramionami.
– Oni nas rozbroją, a potem cap, pojedynczo wyłapią i podarują albo sprzedadzą carowi.
– Honor im na to nie pozwoli – oponował Górski.
– Honor, słyszałeś waść kiedy, żeby złodziej miał honor? Bo ja nie, no, chyba że złodziejski.
– To co robić – sumitował się Zieliński – wracać do kraju i poddać się znanemu wrogowi?
– Kto może wracać, ten może, ale ja na pobłażanie nie mam co liczyć – dodał Franciszek.
– Ani ja – westchnął Leszkowski. – Cały czwarty pułk wyjęty jest spod prawa, a ja w nim służyłem.
– Do diabła, przecież wieszać się nie będziemy! Musi być jakieś dobre wyjście – zżymał się Grzenkowski.
– Słuchajcie, mam myśl – zaczął Lniski – a gdybyśmy tak na przykład zbłądzili, co?
– Nigdy! Ja nie zdezerteruję – z naciskiem powiedział Górski.
– Primo, nikt nie mówi o dezercji. Secundo, słyszałeś waść rozkaz? Unosimy swój honor i idziemy umierać ze spokojnym umysłem, żeśmy się ojczyźnie dobrze zasłużyli, tak?
Koledzy przyglądali się mówiącemu, nie odgadując jeszcze, do czego zmierza.
– Ja myślę, że trupów ona ma już dość. Limit wyczerpał się do końca wieku. Jej potrzebni są zdrowi i silni żołnierze. To jedyny warunek, by jeszcze kiedyś była wolną. Jak nie za nas, to przynajmniej za naszych synów. Przecież nadal musimy być przedmurzem chrześcijaństwa, mimo iż papież Grzegorz XVI rzucił na nas ekskomunikę.
– Co konkretnie proponujesz? – zapytał któryś.
– Proponuję zrobić tak: w nocy odłączamy się od oddziału i cichaczem, samodzielnie przechodzimy granicę. Ukryjemy się w pobliżu przejścia i będziemy obserwować, co będzie się działo. Potem zdecydujemy, co robić dalej. Są dwa wyjścia: działać dalej samodzielnie, na własną rękę albo przyłączyć się do oddziału.
– I co to da? – przerwał Plichta, kuzyn ostatniego sekretarza rządu.
– A to, że nas nie będzie.
– Jak to nie będzie?
– Nie będzie nas w pruskim rejestrze, a to tak, jakby nas wcale nie było. Wprawdzie nie będzie też porcji żywności, ale jest pewność, że nie sprzedadzą nas carowi.
– Jak długo tak można? Co dalej? – chciał wiedzieć Grzenkowski.
– Tak długo, aż się dokładnie zorientujemy, co lepsze, ujawnić się i powiedzieć, żeśmy dopiero co przyszli, czy działać na własną rękę.
– Tobie łatwo mówić, idziesz w rodzinne strony i dasz sobie radę, a my, jak byśmy mieli działać na własną rękę? – głośno myślał Franciszek.
– Najpierw zabrałbym was do siebie.
– Co ty? Tyle gęb...?
– Moja familia nie jest biedna. Z wykarmieniem dalibyśmy sobie radę. Co dalej? Do pruskiego wojska i policji pewnie nie chcieliby przyjąć takich buntowników. Ale moglibyście się osiedlić.
– Czy nie nawiedziło cię czasem jakieś szpetne choróbsko? Bo pleciesz androny.
– Ad rem[30], Leszkowski przywołał dyskutantów do porządku. Mówisz o arendzie[31], a jest tam w twoich stronach taka możliwość? Wziąć jakiś folwark na parę lat...
– A potem wrócić do domu, jak się tam uspokoi? – przerwał Wronowski.
– Myślę nawet o osadnictwie. Na stałe. Oczywiście niczego na mur nie obiecuję. Dawno mnie tam nie było, mogło się co nieco zmienić. Kto się decyduje?
– Ja! – pierwszy zgłosił się Grzenkowski.
Potem Zieliński, Wronowski i Plichta wyrazili swoje akcesy. Na koniec Franciszek z Leszkowskim kiwnęli głowami na znak, że i oni pójdą. Tylko Górski odmówił. Wierność przysiędze, jak powiedział, nie pozwala mu opuścić oddziału.
– Jeżeli się rozmyślisz, chętnie przyjmiemy cię do naszej kompanii – pocieszył odchodzącego Lniski. – Pytaj o nas w Kartuzach.
Następnie siedmiu śmiałków cicho przygotowywało się do drogi. Długą broń zostawili w pułku. Ze sobą zabrali tylko broń białą oraz pistolety, jeżeli ktoś miał. Oczywiście osobiste wyposażenie też zabrali. Niewiele tego mieli. Dowództwo nad grupą w naturalny sposób objął Lniski, mimo iż stopniem wojskowym był niżej od Franciszka i Leszkowskiego. To on był inicjatorem i, rzec można, gospodarzem na tym terenie. Nie bez obawy i poczucia winy za niedotrzymanie przysięgi wojskowej opuszczali swoją jednostkę wojskową. Cicho szli w noc, kierując się na zachód, w stronę Wąbrzeźna. Granicę skrycie przekroczyli w kierunku wsi Małki i będąc po pruskiej stronie, wrócili pod Brodnicę. Na skraju lasu znaleźli dogodne miejsce do obserwacji przejścia granicznego.
Rano zobaczyli swoich. Pierwszy granicę przekraczał 5. Pułk Gwardii. Szczególnie przykro było patrzeć, jak jazda zabijała swoje konie. Nikt nie wątpił, że mieli łzy w oczach, gdy przyszło im to robić. Niszczono również całą broń, tak jak sobie życzyli generał von Zeppelin i dowódca garnizonu major Brandt. Pozwolili żołnierzom zabrać ze sobą tornistry i stemple, które odtąd miały służyć za laski żebracze.
Przechodzenie ze składaniem broni i ewidencjonowaniem żołnierzy ciągnęło się w nieskończoność. Nawet Moskale się zniecierpliwili, a może tylko chcieli pokazać, że to oni wypędzają Polaków, bo strzelili kilkakrotnie z dział w ich stronę. Dopiero pruski parlamentarzysta przerwał tę niebezpieczną manifestację. I już ze spokojem przeszło na tułaczkę ponad dwadzieścia tysięcy wygnańców. Jakiż żałosny to był widok.
Widzieli jeszcze lustrację oddziałów, jaką przeprowadził generał Schmidt, po której zapowiedział pięciodniową kwarantannę. Oni nie czekali już dłużej. Wiedzieli, że nie należy wracać do oddziałów. Swoje kroki skierowali w stronę Świecia, tam zamierzali przekroczyć Wisłę. Po drodze jakiś jegomość ostrzegł ich, aby unikali posterunków żandarmerii, bo mają polecenie zatrzymywania uchodźców z Królestwa Polskiego. We wsi Szynych znaleźli właściciela czółna, który zgodził się ich przeprawić na drugi brzeg. Zanim to nastąpiło, ugościł ich w swojej chacie. Ryby miał własne, po jajka wysłał żonę do sąsiadów. I tak czym chata bogata z radością ugościł niespodziewanych gości. Kiedy wygwieździło się niebo, w trzech nawrotach przerzucił ich na zachodni brzeg. Omal się obraził, gdy próbowali wcisnąć mu zapłatę. Mówił, że jest szczęśliwy, mogąc pomóc tym, którzy walczyli o zrzucenie jarzma niewoli.
Resztę nocy przespali, biwakując nad rzeką Mątawą. Rano, zziębnięci nieco, ruszyli w dalszą drogę. Szli w stronę Nowego, by w Warlubiu skręcić na Skórcz. Doszli tam pod wieczór solidnie zmachani. Trochę niebezpiecznie było wchodzić do karczmy bez rozpoznania. Lniski sam udał się na plebanię. Po chwili wrócił z chłopcem, który zaprowadził ich do bogatego gospodarza. Pojawienie się żołnierzy wywołało tam chwilową konsternację, ale szybko się wszystko wyjaśniło.
Z wielkimi honorami zaproszono ich do stołu, na którym rychło pojawiło się różnorodne jadło i picie. Kiedy tak się posilali, znużeni, izba napełniała się ciekawskimi sąsiadami. Wszyscy przyszli zobaczyć i powitać legendarnych już powstańców. Potem długo w noc były toasty i niekończące się opowiadania. Najdłużej na posterunku wytrwali: Lniski, Leszkowski i Franciszek.
Kładąc się spać, w normalnych łóżkach, słyszeli pianie pierwszego koguta. Niedługo spali. Na budzącego ich Zielińskiego popatrzyli jak na wroga. Wstali jednak. Na stole czekało pachnące śniadanie, a na podwórku dorożka z parą dobrze odkarmionych gniadoszy. Po śniadaniu, wsparci koszykiem wiktuałów z dwoma pękatymi butelkami wódki, serdecznie pożegnali gospodarzy i wygodnie udali się w stronę Zblewa, żegnani bez mała przez całą wieś, a szczególnie przez dzieci, które biegły za nimi daleko poza opłotki. Jechali z dobrym humorem, serdecznie pozdrawiani przez ludność mijanych wsi. Była już noc, kiedy przejechali Grabowską Hutę i stanęli pod karczmą w Egiertowie. Tam przenocowali. Dorożkę odesłali.
Rano ledwo się umyli, zasiedli do śniadania, a przed karczmę zajechała dorożka. Woźnica wielce rozpromieniony wpadł do karczmy i obwieścił Lniskiemu swoje przybycie. Był tak uradowany, że o mały włos uściskałby swojego pana jak najlepszego kamrata.
Podziwiali Lniskiego, który był teraz w swoim żywiole. Z karczmarzem, grubym Niemcem, rozmawiał po niemiecku, a z woźnicą po kaszubsku. Franciszek słyszał już tę twardą, nieco archaiczną, ale bardziej polską niż niemiecką mowę u robotników w Gdańsku. Dla pozostałych była czymś zupełnie nowym. Przysłuchiwali się jej, gdy Lniski rozmawiał z woźnicą, pytając go o rodzinę, majątek i najnowsze plotki. Niewiele zrozumieli. Zastanawiając się nad jednym słowem, zalewani byli następnymi i tracili wątek.
Lniskiemu im bliżej domu, tym bardziej się śpieszyło. Woźnica ruszył natychmiast z kopyta. Z pięciu dróg rozchodzących się gwieździście skręcił w tę, która prowadziła prosto na północ. Niebawem wjechali w liściasty las i stromą serpentyną zjechali do Somonina.
– Zupełnie jak u nas w Galicji – ocenił wijącą się drogę Wronowski.
– Patrzcie, tam na dole tartak, a tam dalej ten komin to cegielnia, tu już są włości Lniskich.
Niedługo potem przejechali po drewnianym moście nad bystrą tonią Raduni oraz zobaczyli bardzo ubogi, ale jakże piękny zakątek Kaszub. Jeszcze nie wiedzieli, że może być ich schronieniem i ojcowizną ich dzieci. Z ciekawością rozglądali się dookoła. Widzieli ziemię piaszczystą i kamienistą jak na Mazowszu. Między sosnowymi laskami, na wzgórkach z rudo-fioletowymi kleksami wrzosów, widać było niewielkie poletka chudego żytka i wąskie zagony po cherlawych ziemniakach. Gdzieniegdzie pracowali na roli pochyleni ludzie, pasły się kozy, rzadziej krowy.
– Ta droga, którą przecinamy, to starodawny trakt prowadzący z Gdańska do Bytowa. Tędy nieraz maszerowały obce wojska. W prawo, ten kościółek z czerwonej cegły i te parę chat, to Kiełpino. A w lewo droga prowadzi do Goręczyna. Tam za dawnych czasów była kasztelania, ale jak Krzyżacy opanowali te ziemie, to wszystko zmienili – objaśniał.
Z prawej strony mijali wysoki wzgórek słabo porośnięty anemiczną roślinnością. Z lewej ujrzeli dolinę zakończoną małym jeziorkiem. Tam trawy były bujniejsze. Nad jeziorkiem, na wzniesieniu stał mały drewniany domek. Choć stary i pewnie słaby, nie wtulił się w las, który rozciągał się tuż za nim. Trwał dumnie na wzgórku, jakby to był książęcy zamek, a nie pasterska chëcz[32]. Ten las ciągnął się dalej na północ, obejmując równe pole i gburskie[33] zabudowania zwane Lesznem, po czym skręcał na wschód, przecinając im drogę. Wędrowcy zbliżając się do niego, odnieśli wrażenie, jakby w tym miejscu cofnął się w walce z polem. Gdy jednak przyjrzeli się tym silnym rozłożystym świerkom, stojącym tam od dziesiątków lat, zrozumieli, że się pomylili. Ten pierwszy szereg najprzedniejszych rycerzy zielonej armii lasu nie cofnął się, trwał tam twardo jak lud przy nim mieszkający. To raczej skrzydła tej potężnej armii wysunęły się do przodu, obejmując prawą flanką Leszno, a lewą jakieś nieciekawe nieużytki zarośnięte krzakami. Nie poświęcili im uwagi.
Wjeżdżając między drzewa, poczuli się tak, jakby wchodzili do ogromnej świątyni. Wokół pachniało jesienią, żywicą i licznymi, małymi jak cekiny, leśnymi błotkami. Po pół godzinie las skończył się. Zobaczyli kolejne pola, a za nimi zabudowania. To była stolica tego regionu i kres ich podróży – Kartuzy.
I. Listopadowy zryw
1 Komilton – towarzysz broni.
2 Forpoczta – straż przednia.
3 Bandet – szeroki pas skórzany.
4 Pandet – pasek zawieszany przez ramię podtrzymujący broń długą.
5 Furier – szef kompanii, zaopatrzeniowiec.
6 Szlachtuz – rzeźnia.
7 Finis Poloniae (łac.) – koniec Polski.
8 Feldfebel – niemiecki stopień wojskowy, odpowiednik polskiego sierżanta.
9 Ćwik – szczwany żołnierz.
10 Infamis – człowiek pozbawiony czci.
11 Kapcan – niedołęga.
12 Wacław Gąsiorowski, Bem, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1971.
13 Alwar – podręcznik gramatyki języka łacińskiego.
14 Odwach – wartownia garnizonowa.
15 Komendne wyrazy – zbiór komend w języku rosyjskim wydany w 1815 r. przez Konstantego Romanowa.
16 Delator – donosiciel.
17 Delikwent – przestępca.
18 Fryjor – spław zboża Wisłą do Gdańska.
19 Flis – żeglarz śródlądowy.
20 Fordan – cło rzeczne.
21 Fordewind – wiatr wiejący od strony rufy statku.
22 Jaty – stragany kupieckie.
23 Gid – podoficer odpowiedzialny za rozwożenie rozkazów.
24 Władysław Zajewski, Powstanie listopadowe 1830–1831, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1998.
25 Dzieje Polski. Kalendarium, pod red. Andrzeja Chwalby, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999.
26 Dubiel – głupiec.
27 Luneta – pojedyncza działobitnia, część reduty.
28 * To nie Ordon ją wysadził, jak napisał Adam Mickiewicz w Reducie Ordona, ale kapitan Leon Nowosielski, za co władze carskie kazały zburzyć do fundamentów jego dworek – Andrzej Zieliński, Sarmaci, katolicy, zwycięzcy. Kłamstwa, przemilczenia i półprawdy w historii Polski, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
29 Władysław Zajewski, Powstanie listopadowe 1830–1831, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1998.
30 Ad rem (łac.) – do rzeczy.
31 Arenda – dzierżawa.
32 Chëcz (kasz.) – chata.
33 Gbur – właściciel dużego gospodarstwa.