W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków - Ewa Jałochowska

-
Proszę czekać

Oda do tęsknoty

Przyjemnie było oczu nie otwierać. Trzymał je więc zamknięte i nasłuchiwał. O! Mysz zaszeleściła, uciekając spod nogi. Niedaleko pogwizdywał rudzik i zakląskał słowik. Dzięcioł właśnie ucichł, ale w oddali pohukiwała sowa. Bo już bocian przyleciał do rodzinnej sosny. I rozpiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny[1] - wyrecytował z pamięci Franciszek, otwierając oczy i patrząc na łąki zielone. Westchnął. Szary poranek rozpościerał się ponad nim. Wilgoć parowała od trawy. Na wysokich butach osiadła mu rosa. Ani rosa jednak, ani wilgoć, ani nawet chłód nie mogły powstrzymać go przed porannym spacerem. Lubił błądzić po okolicznych ścieżkach. Krążył bez celu, przysiadał, przystawał i patrzył. Wiedział, że nigdzie dojść nie zdoła. I wcale nie dlatego, że był kaleką. Garb, który skrywał pod dwurzędowym, wełnianym, mocno zniszczonym już płaszczem, nie przeszkadzał mu w chodzeniu. Po prostu nie miał dokąd iść. Do rodzinnego domu powrócić już nie mógł. Jego celem stało się błądzenie i wspominanie.

Usiadł na zwalonym pniu, popatrzył na zachmurzone jeszcze przed chwilą, a teraz wypogadzające się niebo i rozpiął płaszcz, żeby wygrzać się w promieniach wiosny. To nic, że czuł głód. W pałacu z pewnością czekało na niego śniadanie, tylko że on wcale nie chciał jeszcze wracać. Przyzwyczaił się do spacerów o świcie. Państwo Grabowscy spali, a on miał poczucie wolności. Nie, żeby czuł się więźniem. Dzięki ich gościnie miał swoje miejsce na świecie. Jego rodzinny dom w Nowogródku leżał daleko i Franciszek przestał już wierzyć, że kiedykolwiek do niego powróci. Za to pałac w Łukowie był obszerny. Z dobrego serca państwo Grabowscy, Józef i Klementyna, przygarnęli go wiele lat temu. Franciszek uśmiechnął się smutno. Gdyby wtedy, uciekając po przegranym powstaniu, wiedział, że na zawsze już pozostanie tu, w tych łukowskich lasach, jechałby za Adamem do Francji, jechałby wszędzie, byle życia nie stracić. Próbowałby sił, mocowałby się z losem, szukał innego miejsca na świecie. Ale teraz nie miał już siły na dalszą walkę. Do nikogo nie mógł mieć żalu. W Łukowie u Grabowskich otrzymał nie tylko kąt do mieszkania w tak nieprzychylnych dla wygnańca czasach. Ofiarowano mu przede wszystkim przyjaźń. Czuł wdzięczność, lecz prócz niej jakiś wielki ciężar, który mu na piersi zasiadał i przyduszał go od lat. Franciszek przewlekle chorował na tęsknotę.

Wyjął z kieszeni notes. Za nim rozciągały się leśne knieje, królestwo zwierząt, które od słonecznej łąki trzymały się za dnia z daleka. Przed nim narastała jasność i niebieskość. Mgły poranka rozwiały się, szarość znikła. Na dobre już wstało słońce. Westchnął ciężko i sięgnął dłonią do kieszeni, gdzie miał złożony papier. Wcale nie chciał go czytać. Chciał jedynie poczuć list, którego dotykały palce jego najdroższego brata tysiące kilometrów stąd. Tymczasem, przenoś moją duszę utęsknioną[2] - wyszeptał.

Ołówek rozpoczął wędrówkę i już po chwili na karcie szkicownika pojawiła się dawno niewidziana postać matki. W luźnej sukni zgodnie z modą końca XVIII wieku, z wysokim stanem, z upiętymi na czubku głowy włosami zaznaczonymi delikatną kreską. Twarz miała zmęczoną i smutną. Jej zgarbionej figury syn nie mógłby zapomnieć. Przerwał pracę. Pamiętał, jak pochylała się nad nim, gdy leżał z gorączką. Choroba zaskoczyła wszystkich, najbardziej jego samego, który następnego dnia miał powrócić do wymarzonej szkoły. Mieszkali wtedy w Nowogródku, na ukochanej Litwie. On i jego bracia, Adam, Aleksander i Jerzy, z których Franciszek był najstarszy. Oni uczyli się, lecz jemu zakazano. Po jednej z bitew, które organizował z braćmi wspólnie dla zabawy. Franciszek stanął wtedy twarzą w twarz z carskim oficerem. Ten musiał przechodzić przypadkowo nieopodal i zaczerwienił się ze złości, widząc polskie dzieci ćwiczące się w boju. Podszedł do najwyższego z nich, czyli piętnastoletniego Franciszka, zerwał mu odznaki wycięte z blachy i doczepione do kurtki. Dumni chłopcy nawykli do walki, lecz nieprzyzwyczajeni jeszcze do upokorzenia, bez wahania skoczyli na carskiego oficera, pięściami wymierzając karę za jego postępek. Bezkarnie jednak dotknąć rosyjskiego oficera nie wolno. O chlebie i wodzie uczniowie odbywali karę w szkolnym areszcie. Wyższą jeszcze cenę zapłacił Franciszek. Wyrzucony ze szkoły, marniał w oczach, markotniał. I pozbawiony możliwości nauki, której tak pragnął, bezustannie chorował.

Gdy po miesiącach oczekiwania udało się ojcu zatuszować niesubordynację syna i znaleźć dla niego nową szkołę, wydarzyło się nieszczęście.

Był wieczór. Ostatni, radosny, wspaniały, bo oznaczał początek nowego życia, odzyskanej szansy na edukację i przyszłość. Chłopca rozpierała duma. Wschód słońca następnego dnia miał być sygnałem do wyjazdu. Ze szczęścia jednak nic nie pozostało. Gorzej jeszcze, bo przemieniło się w poważną chorobę, która spadła na Franciszka nieoczekiwanie w przededniu niespełnionego marzenia. A potem była już tylko twarz matki blisko jego twarzy, ręce doktora, w słabym świetle świecy sylwetka krążącego po pokoju ojca. I szeptane słowa, których Franciszek mógł się tylko domyślać, powtarzający się rytm modlitw i cisza.

W gorączce widział przeróżne obrazy, siebie i braci, ojca Mikołaja i matkę Barbarę. Jak żegna doktora, zamyka drzwi, siada przy łóżku. Przeciera synowi rozpalone czoło, głaszcze jego dłonie. Bracia niespokojni o niego zaglądają przez drzwi w milczeniu, widzą śmierć w oczach brata. Franciszek wygląda jak upiór, skóra czerwona, opuchnięte ręce i nogi, w gorączce śmieje się i płacze, woła, przyciąga, odpycha. Oni stoją nad nim, lecz on jest w tym czasie daleko. We śnie widzi żołnierzy rosyjskich, a nawet walczy z nimi i zwycięża. Chodzi ścieżkami wokół Nowogródka, zagląda w miejsca mu znane i ukochane. Uzbrojenie dziada i pradziada, o które musi dbać, leży w szafie i pokrywa się kurzem, a jego wierzchowiec stoi w stajni samotnie. Nikt go nie dotyka, póki pan jest chory. Idzie dalej, drogą poza Nowogródek, w stronę Zaosia i rodzinnego dworu. Choć należał do rodziny, mieszkali w nim krótko, bo tuż przed 1800 rokiem i rok czy dwa po nim ponownie przenieśli się do miasta, ale dwór nawet potem odwiedzali często. Franciszek tęsknił do widoku złotych pól i do bagnistych łąk wokół Zaosia, w którym urodził się Adam, bo oni trzej, Aleksander, Jerzy i Franciszek, pojawili się na świecie w Nowogródku.

Podróż w gorączce przedłużała się. Chłopak miesiącami męczył się i niejedno miejsce odwiedził we śnie. Widział, jak Adam w dwurzędowym płaszczu udaje śmierć, czym wystraszył do nieprzytomności biegnącego przez mostek syna greckokatolickiego księdza. Jak... Franciszek oderwał od papieru stępiony ołówek. Chciał wyjąć nożyk, lecz zamarł w bezruchu z palcami w kieszeni. Zając przemknął tuż obok niego. Musiał wybiec z lasu, nie spodziewając się tak wcześnie człowieka.

Siedział biedny zając

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I jakby urzeczony, czując przeznaczenie...[3]

Franciszek przypomniał sobie wiersz brata i wyrecytował go na głos. Szarak zatrzymał się. Wyczuł obecność intruza, postawił uszy, słuchał głosu, który do niego gadał, ale na poezji się nie znał. Uszy więc po sobie położył, tak że nie wyglądał już jak zając, lecz jak szary kamień rzucony w trawę tysiące lat temu. Mężczyzna żałował, że nie ma przy sobie strzelby. Z łatwością mógłby w jednej chwili zdobyć dziczyznę dla Klementyny. I choćby w ten sposób zrewanżować się za gościnę. Gdy jednak spojrzał w oczy zająca, zobaczył w nich popłoch. Żal mu się zrobiło zwierzaka i porzucił myśli o ucztach, które by można kosztem zająca odbywać.

- Idź! Uciekaj - powiedział głośniej. - Jesteś bezpieczny. Nie zrobię z ciebie ofiary.

Rysunek zająca pojawił się na kartce. Puchata kula kryjąca się pośród źdźbeł trawy. Biedny, myślał o nim Franciszek, patrząc, jak zwierzę kica przez łąkę. Bo co taki zając może? Jak może walczyć z naturą, którą go obdarzono lub raczej obarczono? On sam czuł się podobnie. Przeznaczony do zupełnie innego życia, on, który uwielbiał jeździć konno i wspinać się po drzewach, został przez chorobę skazany na bezczynność. Z postawnego, pięknego, młodego mężczyzny, na którego kobiety patrzyły z podziwem, stał się kaleką wartym jedynie litości. Po wielomiesięcznej chorobie wstał żywy, lecz zniekształcony, bo kulejący i obciążony garbem na plecach, który musiał nosić już do końca życia. Nie odważył się powrócić do szkoły. Musiał zostać w tyle za młodszymi braćmi, z których każdy otrzymał inne zdolności, szedł naprzód. Adam układał najwspanialsze wiersze, Aleksander fascynował się prawem, a Jerzy, najmłodszy z braci, miał zostać lekarzem. On jeden, Franciszek, pozostał w miejscu, z którym nie był w stanie się rozstać, skazany na nie, zamknięty w nim, dobrowolny więzień przeszłości.

Mimo wszystko ten czas, gdy chorował, dla niego tak dramatyczny, był ostatnim szczęśliwym. Rodzice wciąż żyli. Lecz niedługo już mieli być wszyscy razem. Ojciec zmarł rok później, bracia rozjechali się, on został w domu sam z Jerzym i mamą, którą pochowali wspólnie kilka lat później. Najstarszy z najmłodszym patrzyli, jak trumna matki zanurza się w ziemi. Na wiele miesięcy ukryli wiadomość przed delikatniejszymi, Adamem i Aleksandrem, niepewni, jak sobie z nią dwaj bracia poradzą.

Franciszek zamknął zeszyt i wstał. W tej samej chwili schowało się słońce. Nad łąkę i las wypłynęły kotłujące się chmury. Schodziły tak nisko, że włosy Franciszka zwijały się nad czołem od wilgoci. Gdy on stał i patrzył na ciemniejące chmury, dwa koziołki wychynęły zza krzaków. Dopóki mogły w nich siedzieć, były bezpieczne. Zapowiedź burzy wypłoszyła je jednak i Franciszek mógł teraz z zachwytem oglądać, jak w podskokach pokonują łąkę, wystawiając ponad nią głowy, na przemian, to jeden, to drugi.

Czy on naprawdę był więźniem przeszłości? Przypomniał sobie list Adama, w którym ten prosił: Pisuj do mnie wprost pocztą (...), tu wyjąwszy ministrów nikogo nie znają, jeśli nie ma adresu, ulicy i domu. Pamiętaj, że tu więcej niż milion mieszkańców[4]. Czy tak daleko pozostał w tyle, że nie rozumiał już świata? A może to Adam wybiegł do przodu? Wyrwał się z litewskiej wsi szlacheckiej i pognał w nieznane? Nie, Franciszek wcale nie myślał, że Adam czegoś nie wiedział, że coś mogło mu być nieznane. Że pognał naprzód, tak. Z tym się zgodził. Jakaś siła pchała go, drażniła, kazała mu sprzeciwiać się zastanej niesprawiedliwości, niewoli jego ukochanej Litwy, wierszom nudnym i niedostępnym ludziom prostym. Nie zawsze Franciszek mógł się z bratem w tej sprawie zgodzić. Podziwiał jego poezję, żył nią. Deklamował, sam pisywał wiersze, co zalecał mu Adam jako lekarstwo na smutek, jednak umiłowanie, które Franciszek miał dla starej polszczyzny, trzymało go bliżej tradycji, bliżej Nowogródka, rodziców, dzieciństwa, dawnej historii Polski. Widział, czuł to raczej, że Adam używał innego języka. Nie rozumiał tej dziwnej świeżości, której sam osiągnąć w wierszach nie potrafił. Tym bardziej podziwiał brata i pewny był, że Adam wszystko rozumie, że jego postępowanie i działanie, w ogóle, że jego całe życie jest rozumnym planem realizowanym z rozmysłem.

Z kieszeni wyjął szkicownik i zaczął przeglądać wcześniejsze rysunki. To nic, że on jako jedyny pozostał w Nowogródku. Jerzy wyjechał. Pojawiał się tylko, gdy potrzeba mu było pieniędzy. Dostawał je i znikał bez śladu. Właściwie nikt nie wiedział, gdzie przebywa. Z pieniędzmi zawsze było krucho. Aleksander studiował w Wilnie, Adam nauczał w Kownie. Katastrofą była dla nich każda jesień i surowa zima. Zbyt mało ubrań, zbyt mało pieniędzy, żeby łatać dziury, dosłowne i w przenośni. Nie chodzili nago, ale czasem prawie. Potrzebowali funduszy na książki i papier. Franciszek został rejentem, nie ukończył uniwersytetu jak bracia, o czym marzył, pracował jako urzędnik. I był, na ile mógł być, szczęśliwy. Myślał nawet o ślubie. W majątku przyjaciela poznał jego siostrę. Nie przeszkadzał jej garb Franciszka, patrzyła na niego łaskawie. Nie tylko Adam kochał się romantycznie. Bo Franciszek, niby był daleko, ale wszystko wiedział. O miłości do Maryli, o tajnych, samokształceniowych stowarzyszeniach inicjowanych przez Adama i jego ziomków. Nie był ani filomatem, ani filaretem, nie był nawet promienistym, wiedział jednak o nich wystarczająco dużo. Zamartwiał się, gdy policja carska wpadła na trop konspiratorów, gdy Adam, filomat i Aleksander, filaret, trafili na pół roku do celi. Każdy do innej. Aleksander nie zdradził. Przez cały ten czas nie wydał nikogo. Ale Adam...

Pierwszy piorun uderzył kilka kilometrów dalej. Zerwał się wiatr. Niósł ze sobą krople deszczu, które zaczęły kapać na kartki szkicownika, na sylwetkę Adama, trochę skrzywionego, bo akurat wtedy bolały go zęby. Franciszek skoczył do lasu. Burza rozpętała się na dobre. Zewsząd niebo rozrywało się z suchym trzaskiem. Każdy z nich wstrząsał ciałem mężczyzny. Nie ze strachu się trząsł, nie bał się. Czego miałby się bać? Burzy? Żywiołu? On, powstaniec listopadowy, który pomimo kalectwa poszedł do walki, poświęcił swój dawny, wygodny świat i gotów był zginąć? A w dodatku był bratem Adama, który miał moc poruszania serc, budzenia sumień.

Krople spływały Franciszkowi z włosów na czoło i zatrzymywały się na nosie. Jedne na nosie, inne na brodzie. Te z brody czasem skapywały na płaszcz, czasem spływały wprost pod koszulę, a potem po skórze mężczyzny w dół aż do brzucha, gdzie dopiero wsiąkały w materiał. Po kilkunastu minutach Franciszek miał już wszystko mokre. Powinien drżeć, lecz nie czuł zimna. Szedł przez las w stronę łukowskiego dworu, jakby maszerował z wojskiem, jak wtedy, gdy przyłączył się do powstania. Nie od razu. W kwietniu trzydziestego pierwszego roku. Najpierw był rządcą miasta, ustanowionym podobno dla rozsądku, o który go posądzano. Później ruszył do walki z Moskalem, był w partyzantce. Z Emilią Plater tańczył na balu. Wyruszył na przegraną. On, ona, oni, wszyscy wiedzieli, że nie ma szans na zwycięstwo. Utykanie znikło. Franciszek nie czuł garbu na plecach, nie czuł upośledzenia.

O Niemnie! Wkrótce runą do twych brodów

Śmierć i pożogę niosące szeregi;

I twoje dotąd szanowane brzegi

Topor z zielonych ogołoci wianków,

Huk dział wystraszy słowiki z ogrodów;

Co przyrodzenia związał łańcuch złoty,

Wszystko rozerwie nienawiść narodów;

Wszystko rozerwie... Lecz serca kochanków

Złączą się znowu w pieśniach wajdeloty[5].

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji