Ukoić duszę dżentelmena - Shana Galen

Reflow text when sidebars are open.
1
Francja, lipiec 1789 roku
Jedenastoletni Armand Harcourt, hrabia de Valere, powinien już spać. Była późna noc. Doskonale wiedział, że nic nie rozgniewa jego niani bardziej niż stwierdzenie, że on wciąż jeszcze nie śpi. Armand nie uważał zamiłowania do lektury za wadę, lecz madame St. Cyr miała na ten temat inne zdanie.
Dlatego, zerkając to na książkę, to na drzwi, Armand, pochylony nad świecą, czytał z zachłannością równą tej, jaką przejawiały wygłodniałe wilki opisywane w powieści. Wiedział, że powinien pójść spać, zanim zostanie przyłapany przez nianię, ale bestie właśnie miały zaatakować małą dziewczynkę. Jakże mógłby w takiej chwili oderwać się od książki?
Oczy Armanda żarłocznie pochłaniały słowa. W połowie strony zaczął cicho nucić. Melodia brzmiała patriotycznie i dziwnie znajomo. Przewrócił stronę, wciąż nucąc, i zdał sobie sprawę, że dźwięki stają się coraz głośniejsze.
Uniósł głowę i książka wysunęła mu się z palców. Czyżby naprawdę słyszał dochodzący skądś śpiew?
Przechylił głowę na bok, prawie nie zauważając głuchego odgłosu upadku książki na pluszowy dywanik przy łóżku.
Czując, jak wali mu serce, Armand zdmuchnął świeczkę i ukląkł na łóżku. Palce lekko mu drżały, kiedy rozsunął zasłony w oknie.
W pierwszej chwili nie widział nic. Na trawniku w dole było ciemno i cicho. Gwiazdy na niebie skrzyły się i migotały. Wtedy spojrzał dalej, na pola. Plamki pomarańczowego światła poruszały się i przybliżały. Były coraz bliżej.
Śpiew przybierał na sile, a ze snującej się nisko nad ziemią mgły zaczęły się wyłaniać sylwetki. Kilkadziesiąt mężczyzn i kobiet z pochodniami w ręku maszerowało w nierównym szeregu w stronę zamku.
Armand, zaskoczony, opuścił zasłony.
Przez długich pięć uderzeń serca siedział jak skamieniały. Nie wiedział, jakie mają zamiary idący w jego kierunku wieśniacy, ale bał się. Czyż jego ojciec, książę de Valere, nie wywiózł rodziny z Paryża właśnie z powodu buntu pospólstwa?
Ale przecież coś takiego nie może się zdarzyć tutaj. Zamek zawsze był dla Armanda spokojną, bezpieczną przystanią.
Lecz śpiew rozbrzmiewał coraz głośniej i groźniej.
Mort a l'aristocratie!
Śmierć arystokracji!
Ogarnęło go przerażenie. Zrobiło mu się zimno i zaczął drżeć. Wyszedł z łóżka, potykając się o książki i zabawki leżące na podłodze jego pokoju.
Bastien. Bastien będzie wiedział, co robić.
Ciężkie drewniane drzwi w przeciwległej ścianie prowadziły do pokoju brata i Armand popędził do nich co sił. Uderzył o nie całym ciężarem ciała, chwycił zimny metal klamki i otworzył.
Potykając się, wszedł do pokoju brata.
- Bastien! - wyszeptał. - Bastien, obudź się.
Pokój był ciemny jak bezgwiezdna noc i Armand szedł po omacku, aż dotarł do łóżka.
- Bastien! - rozgarniał pościel, lecz łóżko było puste
Jego bliźniaczego brata tu nie było.
Armand zaklął i natychmiast zasłonił usta dłońmi. Madame St. Cyr urwałaby mu głowę, gdyby to usłyszała.
Madame St. Cyr! Oczywiście! Ona będzie wiedziała, co robić.
Pobiegł do drzwi prowadzących na korytarz, otworzył je i wyszedł w półmrok.
Natychmiast zaczął kasłać, gdy dym podrażnił jego nozdrza i wypełnił płuca.
Rozejrzał się, zdezorientowany. Dym? Skąd tu się wziął dym?
Przed jego oczyma stanął obraz wieśniaków niosących pochodnie i zakręciło mu się w głowie. Nie chciał zaakceptować tego, o czym wiedział, że musi być prawdą: wieśniacy podpalili zamek.
Strach odbierał mu siły. Ugięły się pod nim kolana, lecz siłą woli utrzymał się na nogach. Zerknął przez ramię na bezpieczną przystań swojego pokoju. Ile czasu minie, zanim dym... zanim wieśniacy wedrą się do tego ostatniego azylu?
Musi się stąd wydostać, musi uciec z zamku.
Okna jego pokoju są za wysoko, a wieśniacy na pewno stoją już przy wszystkich drzwiach. W takim razie zostaje tylko sekretny tunel.
Bastien ciągle z niego korzystał. Raz po raz wymykał się z zamku, by wyruszyć na jakąś nową przygodę. Często zabierał ze sobą Juliena, ich starszego brata.
Armand nie protestował, że go zostawiali. Wolał przygody rozgrywające się na kartach powieści.
Ale teraz książki nie mogły mu zapewnić bezpieczeństwa. Musi uciekać, zanim...
Mocno zacisnął powieki.
Nie, nie będzie o tym myślał.
- Wy idźcie tam. Ja pójdę tędy.
Armand otworzył oczy i błyskawicznie odwrócił się w kierunku nieznajomych głosów.
- Jeśli znajdziecie jakichś arystokratów, zabijcie ich.
Zakrył usta dłonią, żeby stłumić krzyk.
Londyn, rok 1801
Armand wyprostował się gwałtownie, a echo jego krzyku wciąż rozbrzmiewało w pokoju.
Zacisnął zęby - aż zabolała go szczęka - by stłumić ten dźwięk, ale było już za późno. Obudził cały dom.
Znowu.
Niechętnie podniósł się z podłogi, na której spał, i stanął w samych bryczesach, boso, z nagą piersią. Już słyszał zbliżające się szybko kroki i zmusił się, by nie zacisnąć pięści. Nikt nie przychodzi tu po to, by go bić. Przychodzą go pocieszyć.
W myślach widział rękę, która sięga ku niemu, dotyka jego ramienia i poklepuje delikatnie. Wzdrygnął się. Własna słabość budziła w nim wstręt.
Chciał zawołać, zatrzymać ich, ale nie mógł.
Gdzieś głęboko w zakamarkach umysłu wiedział, jak się mówi. Niejasno pamiętał nawet brzmienie swojego głosu. Wiedział, co znaczy krzyczeć, znał radosną ulgę, jaką czuł, kiedy to czynił. Ale słowa, które by to opisały? Nawet jeśli czasami potrafił o tym myśleć, usta nie układały się do formułowania słów. Przez lata jego przeżycie zależało od milczenia. Teraz najwyraźniej jego usta nie pamiętały, jak wypowiadać sylaby, słowa, zrozumiałe dźwięki.
To była jedna z wielu rzeczy, których nie potrafił sobie przypomnieć. A może po prostu nie chciał mówić. Może bał się tego, co mógłby wyjawić - tych przerażających spraw, które ukrył w najgłębszych zakątkach umysłu.
Drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem i wszedł jego brat Julien. Julien coś mówił, lecz Armand na próżno próbował się skupić. Słowa brzmiały jak ciche brzęczenie i Armand wpatrywał się w brata pustym wzrokiem.
Julien zmarszczył brwi i szarpnął szlafrok zasłaniający jego nagą pierś. Włosy miał niesforne i splątane, a twarz pokrytą zarostem.
Ten mężczyzna - wysoki, imponujący i władczy - był zupełnie niepodobny do chłopca, którego Armand zaczynał sobie przypominać. Nie, to nie całkiem tak. Tamten Julien w zamglonych, wyblakłych wspomnieniach także był władczy.
Ale im bardziej usilnie Armand starał się uchwycić wspomnienia, tym szybciej one umykały. Zrozpaczony zacisnął pięści, pragnąc, aby wspomnienia z dzieciństwa pozostały. Ale nie miał na to żadnego wpływu...
Julien rozejrzał się dookoła i zamrugał, oślepiony jasnym światłem. Armand przez całą noc miał zapalonych kilka lamp, ogień płonący w kominku i pół tuzina palących się świec. Nie znosił ciemnych, zamkniętych pomieszczeń. Dlatego, mimo że na zewnątrz panował przenikliwy chłód, okno było szeroko otwarte, a szeroko rozsunięte zasłony powiewały poruszane wiatrem.
- Armand?
Tym razem Armand zmusił się, by słuchać, by skupić uwagę.
- Dobrze się czujesz?
Armand patrzył na brata i usilnie starał się zrozumieć sens jego słów. Dawno temu przestał nawet próbować zrozumieć, co inni do niego mówią. Tak było lepiej, bezpieczniej. Teraz musiał codziennie walczyć, by na nowo posiąść tę umiejętność. W dzieciństwie bez trudu dobierał słowa ze swojego bogatego słownika. Teraz te same słowa umykały mu, zanim zdążył je uchwycić.
Brat najwyraźniej nie spodziewał się usłyszeć odpowiedzi i rozglądał się badawczo po pokoju. Armand widział, jak jego wzrok zatrzymywał się na rozsuniętych zasłonach, na świecach. Lecz Julien nie znajdzie niczego niepokojącego. Koszmary nie zostawiają śladów.
W końcu Julien, najwyraźniej zadowolony z tego, co zobaczył, spojrzał znowu na Armanda.
- Wszystko w porządku?
Tym razem Armand skinął głową. Znał to pytanie. Słyszał je tak wiele razy. Mógłby odpowiedzieć, ale wiedział, że zamiast słów z jego ust wydobędą się tylko niezrozumiałe pomruki.
Skinienie Armanda było odpowiedzią na zadane przez brata pytanie, ale nie rozwiało obawy, widocznej we wzroku Juliena. Armand cierpiał, że to on jest przyczyną braterskiej troski, że jest przyczyną aż nazbyt częstych nocnych wizyt w jego sypialni. Cierpiał z powodu niemożliwości porozumienia i traktowania go jak dziecko albo głupca. Nie był idiotą i nie był słaby na umyśle. Już nie.
- Julien?
Jej obraz pojawił się szybciej niż słowa. Kobieta. Delikatna. Kobieta Juliena.
I wreszcie imię: Sara. Armand westchnął. Zapowiada się kolejna wizya.
Kobieta Juliena stanęła w drzwiach. Biały szlafrok miała zapięty pod szyję, brązowe włosy opadały jej na ramiona. Była żoną Juliena. A lekkie zaokrąglenie brzucha wskazywało, że będzie także matką jego dziecka.
Julien odwrócił się do kobiety.
- Nic mu nie jest, Saro - spojrzał na Armanda. - Znowu koszmarny sen?
Armand nie odpowiedział. Wiedział, że nie oczekiwano tego od niego. Był zawstydzony. Zawstydzony tym, że ich tu ściągnął. Zawstydzony tym, że nie potrafił przetrwać nocy bez koszmarów.
Zacisnął zęby i poczuł, że zaciskają mu się pięści. Instynkt podpowiadał mu, by posłać ich wszystkich z powrotem do łóżek. Mógł krzyczeć i miotać się, wybić dziurę w ścianie. Spojrzał na dziury, które zrobił wcześniej.
Nie, to tchórzowskie zachowanie, tak jak ukrywanie się.
Kobieta stała w drzwiach i przyglądała się Armandowi. Jej ciemne oczy patrzyły na niego zamyślone i łagodne. Zawsze okazywała mu dobroć. Gdy wreszcie znalazł się w Londynie, zaprowadziła go do jego matki, mieszkającej w tym właśnie domu. Myślał, że matka to tylko marzenie, które wyśnił w zatęchłej celi, w której gnił latami.
Wszystkie lata zlały się w jedno, podobnie jak wspomnienia i marzenia. Armand sam już nie wiedział, co jest prawdą, a co fantazją. Własny umysł go oszukiwał. Nie mógł się od tych oszustw uwolnić; co doprowadzało go na skraj szaleństwa.
Ale matka nie była fantazją ani snem. Była prawdziwa, choć nie dokładnie taka, jaką zapamiętał.
Nic nie było takie, jak zapamiętał.
Sara weszła teraz do pokoju. Jej drobna biała dłoń wciąż ściskała szlafrok pod szyją. Podeszła do Armanda i stanęła obok niego. Armand zerknął na brata. Julien z czułością patrzył na swoją kobietę. Armand chciał mu powiedzieć, że nigdy nie skrzywdziłby Sary, ale jego próby powiedzenia czegokolwiek tylko by ją wystraszyły.
Wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń. Armand spiął się.
Przez myśl przemknął mu obraz ognia. Gorąco. Boli. Nie!
Tylko dlatego, że Julien ich czujnie obserwował, Armand zniósł ból i pozwolił jej trzymać się za rękę. Wiedział, że to miało go pocieszyć, ale sprawiło tylko, że zacisnął zęby. Jej bliskość, bliskość kogokolwiek - była dziwna i niemal nie do zniesienia.
- Armandzie - powiedziała cicho.
Zerknął na nią i niemal natychmiast na brata.
- Armandzie, Julien i ja rozmawialiśmy o tym - mówiła łagodnie Sara - i sądzimy, że mogłoby ci pomóc dojść do siebie, gdybyś miał opiekę.
Spojrzał na nią.
Opiekę?
To słowo brzmiało znajomo. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy je ostatnio słyszał, ale było to słowo, które lubił. Opieka, powtórzył w myślach, jakby zamierzał powiedzieć je na głos. Opieka.
Ścisnęła delikatnie jego dłoń, znowu przyprawiając go o kolejną falę cierpienia.
- Chciałbyś mieć nauczyciela? Kogoś, kto pomógłby ci przypomnieć sobie, jak się mówi?
Patrzyła na niego, a on patrzył na nią. Julien stał teraz za nią, trzymając rękę na jej ramieniu. Jej włosy opadały na jego dłoń, a Armand zastanawiał się, czy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Kiedyś miał w swojej celi szczura i oswoił go. Jego futerko było miękkie i brązowe, jak włosy Sary.
- Armandzie, pamiętasz monsieur Grenoble'a? - spytał Julien. - Był twoim guwernerem w Paryżu.
Coś w tym nazwisku sprawiło, że serce Armanda zaczęło bić szybciej. Nie wiedział, kim albo czym był monsieur Grenoble, ale to wspomnienie było przyjemne.
Przedtem.
Ten Grenoble... to było coś sprzed lat piekła. Przed ciemnym więzieniem, częstym biciem. Przed tym, jak zostawiono go, by umarł.
Sara uśmiechnęła się.
- Sądzę, że go pamięta - powiedziała do Juliena, odwracając głowę, by spojrzeć na niego przez ramię. - Widzisz, jak oczy mu rozbłysły?
Armand zdawał sobie sprawę, że mówią o nim. Często tak robili, a on tego nie znosił.
Wyrwał dłoń z uścisku Sary, a ona odwróciła się do niego.
- Jutro zacznę szukać - powiedziała, poklepując go po ramieniu. - Znajdziemy kogoś wyjątkowego.
Stanęła na palcach, by pocałować go w skroń, a Armand wbił sobie paznokcie w uda. Tym razem to nie jej dotyk sprawił mu ból, lecz jej zapach. Pachniała słodko, jak jabłka albo brzoskwinie, a jej kobiecy zapach był czymś, z czym jego zmysły niemal nie były w stanie sobie poradzić.
Gdy się odsunęła, mógł znowu oddychać.
- Dobranoc, Armandzie.
Julien przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, po czym wyszedł za żoną.
Drzwi zamknęły się za nimi i Armand rozejrzał się po pokoju o pomalowanych na biało ścianach. Chodził po nim tam i z powrotem i wiedział, że ten pokój jest trzykrotnie większy od jego celi w więzieniu; jasny i słoneczny w ciągu dnia, a ciemny, lecz niegroźny, nocą. Na ścianach wisiały obrazy, pomiędzy dziurami, które zostawiła jego pięść.
Kwiaty. Pole. Kolory.
Nie potrafił sobie przypomnieć nazw wszystkich kolorów.
Pomyślał, że powinien położyć się i spróbować zasnąć, lecz tej nocy odgłosy śpiewu wieśniaków były zbyt wyraźne. Odbijały się echem w jego głowie i Armand zamknął oczy, by powstrzymać wspomnienia tamtej nocy sprzed lat.
Ale śpiewu nie dało się uciszyć, a nawet kiedy otworzył oczy i wpatrywał się w migotliwy płomień świecy, nie mógł pozbyć się tych wizji. Płomień rozpalał się i przygasał, tańczył przed jego oczami, syczał i dymił, tak jak płomień tańczący na nocnym niebie przed laty.
Ogień tańczył, kiedy obróciło się w popiół całe życie Armanda.
2
Felicity Bennett stała w parku w centrum Berkeley Square i patrzyła na ogromny dom, który miała przed sobą. Nigdy dotąd nie widziała budynku, który miałby tak wiele okien, a w tym szarym, posępnym mieście nie widziała domu tak białego jak ten. Poranna londyńska mgła jeszcze nie opadła i unosiła się wokół innych domów, spowijając je ponurym półmrokiem. Ale nawet mgła nie odważyła się dotknąć tego domu. Jego biała fasada lśniła w promieniach słońca, które właśnie wyłaniało się zza twierdzy nisko wiszących chmur.
Felicity wzięła głęboki oddech. To było do niej niepodobne, żeby czuła się onieśmielona, a jeśli zaraz nie zbierze się na odwagę, nie przejdzie przez park i nie zastuka do drzwi - tych ogromnych drzwi ze złotą kołatką w kształcie lwiej głowy - spóźni się na umówione spotkanie.
Spóźni się już pierwszego dnia pracy.
A to nie byłoby dobrze, zwłaszcza że tak bardzo starała się zdążyć na czas. Najpierw godzinę szła z probostwa do gospody, potem przez osiem godzin jechała dyliżansem, wciśnięta między tęgą kobietę i mężczyznę, który kasłał, jakby za chwilę miał wypluć płuca, a wreszcie niemiłosiernie trzęsącą dorożką dotarła tutaj.
Podróżowała całą noc bez chwili snu, mając do jedzenia tylko kawałek sera i trochę trzydniowego chleba. Bolały ją wszystkie mięśnie i ściskało w żołądku, ale nie zamierzała dać po sobie poznać zmęczenia i głodu. Stłumiła je i skupiła się na uciekającym czasie.
Jej ojciec zawsze powtarzał, że nie ma innego czasu poza czasem obecnym i Felicity zawsze przyznawała mu rację. Ale było tak, ponieważ nie miała nic przeciwko gotowaniu obiadu, uczeniu się matematyki albo zamiataniu. Zupełnie natomiast nie podobała się jej perspektywa pracowania dla jakichś nadętych arystokratów, którzy - jeśli są tacy sami jak wszyscy, których znała - okażą się protekcjonalnymi hipokrytami. Krótko mówiąc, Felicity nie miała ochoty spędzić życia na służbie.
Ale, mówiąc szczerze, jaki miała wybór? Cóż, alternatywą było...
Niemal podskoczyła, kiedy dostrzegła czyjąś obecność na prawo od siebie. Odwróciła się gwałtownie. Jakiś mężczyzna w obcisłych bryczesach, dobrze dopasowanym płaszczu z delikatnej granatowej tkaniny i wykrochmalonej białej koszuli z idealnie zawiązanym fularem wyłonił się zza jednego z drzew w parku i skinął na nią. Felicity spojrzała na niego i zamrugała, pewna, że to tylko złudzenie. Miała nadzieję, że to tylko złudzenie. Czy powinna go zignorować? Udać, że go nie zauważyła?
Skinął ponownie, tym razem dodając zniecierpliwione spojrzenie, toteż zerknęła ukradkiem na wielki dom i pospieszyła w stronę mężczyzny.
- Co tu robisz? - szepnęła, stając za drzewem i mając nadzieję, że nie widać jej z domu. - Nie powinno cię tu być.
- Moja narzeczona w końcu przybywa do Londynu, a ja nie mogę się z nią zobaczyć? Bzdura. - Mówił tylko odrobinę niewyraźnie, co było dobrym znakiem.
Kolejnym zaś jego eleganckie ubranie. Może zaczął wygrywać przy karcianych stolikach? Może zostawi ją w spokoju?
- Skąd wiedziałeś, gdzie będę? Jeszcze nie spotkałam się z rodziną mojego podopiecznego ani nie dostałam posady.
Mrugnął do niej.
- Mam pewne koneksje - poklepał modny kapelusz, który trzymał pod pachą. - Nie zapominaj o tym.
Wyciągnął rękę, najwyraźniej zamierzając złapać ją za ramię, lecz ona gwałtownie odsunęła się od niego.
Parsknął śmiechem i obrzucił przeciągłym spojrzeniem, które sprawiło, że szczelniej otuliła się płaszczem.
- Spodobasz im się - skinął głową. - A oni są bogaci. Bardzo bogaci. Dokładnie tacy, jakich szukamy.
Jej kryteria były zupełnie inne, ale nie zaprzeczyła mu.
- Mam tylko nadzieję, że płaca będzie odpowiednia. Ile jesteś winien swoim wierzycielom?
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Bardzo chcesz się mnie pozbyć, co? - Pochylił się bliżej i wyczuła zapach alkoholu w jego oddechu. - Powiem ci. Za dwadzieścia pięć funtów zapomnę o naszym małym układzie.
Strzelił palcami, a ona mimowolnie drgnęła.
- Jeśli nie dasz rady zapłacić przed początkiem roku, to... cóż, szykuj się na zapowiedzi, kochanie.
Wzdrygnęła się. Kiedyś pomysł poślubienia Charlesa St. Johna był jej ulubioną fantazją. Teraz chciałaby tego uniknąć za wszelką cenę. Dlaczego jej ojciec go nie przejrzał? Dlaczego ona się na nim nie poznała? Dwadzieścia pięć funtów równie dobrze mogłoby być milionem, ale musiała znaleźć jakiś sposób, żeby je zdobyć.
- Zrozumiałam warunki. A ty trzymaj się z dala od tego domu - wskazała na wielki budynek za nimi. - Jeśli zobaczą cię ze mną...
- Tak, tak - machnął lekceważąco ręką. - Przypomnij mi, kim masz zostać? - spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.
- Guwernantką - wycedziła przez zaciśnięte zęby. Kiedyż on w końcu sobie pójdzie!
- Nowa guwernantka nie powinna być zaręczona. Wyższe sfery tego nie lubią - znowu pochylił się ku niej, a ona wstrzymała oddech. - Wyższe sfery mnie też nie polubią. Zapłać albo pewnego dnia zapukam do drzwi i się przedstawię. Zobaczymy, jak długo zachowasz wtedy swoją posadę.
- Jestem pewna, że to nie będzie konieczne - powiedziała, ale on już się oddalał.
- Znajdę sposób, żeby wkrótce z tobą porozmawiać. Wyślę ci liścik albo będę się kręcił koło ogrodu.
- Charles, nie... - on jednak był już za daleko, żeby ją usłyszeć.
Westchnęła i przełknęła łzy frustracji, które napłynęły jej do oczu. Jakże pragnęła, żeby ojciec jeszcze żył. Jakże chciałaby być z nim przed jego śmiercią, odsunąć pióro ojca, zrobić coś, cokolwiek, żeby nie dopuścić do jej zaręczyn z tym... nie potrafiła wymyślić wystarczająco paskudnego określenia.
Patrzyła, jak Charles St. John się oddala, w kapeluszu zawadiacko nasadzonym na głowę, i starała się udawać, że to wszystko nie zakończy się katastrofą. Oczywiście nie miała czasu na rozmyślania przed wejściem do tej eleganckiej rezydencji. Musiała być pewna siebie. Skupiając się tylko na tym, podniosła swoją niewielką walizkę, wyprostowała ramiona i ruszyła w kierunku ogromnego budynku. Im bliżej podchodziła, tym stawał się większy, wznosząc się nad nią niczym alabastrowy dąb. Serce zaczęło jej bić jak szalone, nogi trzęsły się jak galareta, ale zacisnęła zęby i szła dalej. Nie jestem tchórzem - powtarzała sobie, nie odrywając wzroku od złotej kołatki. W końcu stanęła przed nią i spojrzała prosto w oczy złotego lwa. Wyglądał przyjaźnie, na swój drapieżny, wygłodniały sposób. Sięgnęła ręką do otwartej paszczy uzbrojonej w ostre złote kły, chwyciła zwisające z niej złote kółko i zastukała trzy razy. Mocno.
Opuściła rękę i zbyt późno pomyślała, że dobrze byłoby mieć miskę z wodą, żeby zmyć brud z twarzy. Ale chyba nie mogła wyglądać aż tak źle, jak się czuła...
Nieważne. Bogaci i utytułowani rzadko zwracają uwagę na kogoś takiego jak ona - córka biednego pastora. Usłyszała szczęk otwieranego zamka, drzwi uchyliły się i stanął w nich wysoki, dystyngowany mężczyzna ubrany na czarno.
- Dzień dobry - powiedział. Jego głos brzmiał równie przyjaźnie, jak wyglądały zęby złotego lwa.
- Dzień dobry - z gardła Felicity wydobył się skrzek i odruchowo odchrząknęła. - To znaczy... dzień dobry. Jestem Felicity Bennett. Przyszłam...
O Boże. Jak się nazywa pani domu? Spotkanie z Charlesem tak ją rozproszyło, że i teraz nie mogła sobie przypomnieć szczegółów. Można by sądzić, że wszystko powinno zapaść jej w pamięć, zważywszy, ile razy czytała list z propozycją pracy, ale ten jeden maleńki detal - nazwisko pani - najwyraźniej jej umknął.
Lokaj uniósł brwi, a Felicity uśmiechnęła się nerwowo.
- Jestem umówiona na spotkanie z panią... - przeciągnęła ostatnie słowo, mając nadzieję, że przypomni sobie nazwisko. Ale nie, jej umysł pozostał czystą kartą.
A niech to!
- Księżną - poprawił lokaj, a Felicity natychmiast sobie przypomniała. - Księżną de Valere - dodał z namaszczeniem.
- Felicity Bennett - nerwowy uśmiech ani na chwilę nie zszedł z jej twarzy. Zapewne nie była tak służalcza i przymilna, jak większość gości w tym domu, ale nie była też idiotką. Znała odpowiednie formy grzecznościowe. - Przyszłam spotkać się z Jej Wysokością.
Lokaj skinął głową, a jego twarz nie wyrażała zupełnie nic.
- Jej Wysokość oczekuje pani.
Usunął się na bok i otworzył szerzej drzwi, odsłaniając przestronny westybul, cały wyłożony białym i czarnym marmurem, wielki jak plebania, która była jej domem. Przed sobą widziała wdzięczny łuk szerokich schodów prowadzących na piętro. Wnętrze było dokładnie tak imponujące i piękne, jak obiecywała fasada, a westybul skrzył się światłem. Promienie słońca sączyły się przez niewielkie okno nad drzwiami, rozświetlając kryształki żyrandola i malując tęczę iskier na morzu lśniącego marmuru.
Widok był tak piękny, że Felicity weszła, jakby przyciągana jego magią.
- Proszę zostawić tutaj walizkę - lokaj wskazał miejsce obok drzwi. - Czy to cały pani bagaż?
Felicity zamrugała gwałtownie; jego głos wyrwał ją z krainy lśniących tęcz. Uświadomiła sobie, że oczekiwała, iż dom będzie wyglądał jarmarcznie i pretensjonalnie, ale wystrój wcale taki nie był. Wszystko - od wyrzeźbionej z marmuru statuetki starożytnej Greczynki na piedestale po stojące w rogu krzesło Sheratona z kremowym obiciem - było miłe dla oka i wysmakowane.
Wszystko oprócz lokaja, który nadal badawczo się jej przyglądał.
- Przepraszam? Och nie, moje kufry powinny dotrzeć jeszcze dzisiaj albo jutro - postawiła walizkę na gładkim marmurze. Miała w niej zapakowane ubranie na zmianę i wszystko, co jej było drogie - portret ojca, Biblię matki i nuty. Zdjęła kapelusz i położyła go na walizce.
Może powinna była zabrać jeszcze jedną zmianę ubrania, ale nie potrafiła się rozstać ze swoją ulubioną muzyką, nawet jeśli nie miała jej na czym zagrać. Poza tym nie wierzyła, że mężczyźni, których zatrudniła do transportu kufrów, nie zgubią czegoś albo nie zniszczą.
Nie, ostatecznie doszła do wniosku, że lepiej będzie poświęcić garderobę niż bezcenną muzykę. A poza tym nie będzie miało żadnego znaczenia to, jak się ubierze, pomyślała, gdy lokaj dał jej znak, by poszła za nim na piętro. Jego czarna liberia była o wiele droższa od jej niedzielnej sukni.
W domu, w Hampshire, piękny biały muślin sukni z bufiastymi rękawami zawsze ściągał komplementy, zwłaszcza zestawiony z ciemnoniebieskim płaszczem, który teraz miała na sobie. Odcień płaszcza pasował do jej oczu i ładnie kontrastował z jasnymi włosami. Jednak sądząc ze wszystkiego, co dzisiaj widziała, jej strój dawno już wyszedł z mody.
Ale to i tak nie miało większego znaczenia. Nikt nie przejmuje się tym, co ma na sobie guwernantka. Nie zamierzała chodzić na bale i przyjęcia. Będzie uczyła małego chłopca. Chłopcy lubią bawić się w ziemi i biegać po ogrodzie. Może więc i lepiej, jeśli jej stroje będą raczej praktyczne niż modne.
Gdy stanęli u szczytu schodów, Felicity przyjrzała się wiszącym w korytarzu portretom, szukając wśród nich chłopca. Jego imię zapamiętała: Armand. To było urocze imię, przywodzące na myśl miękkie brązowe włosy, miły uśmiech i różowe wargi. Księżna de Valere w swoim liście dość niejasno wyrażała się na temat jego wieku, lecz Felicity wyobrażała sobie, że ma on sześć lub siedem lat.
Koniec wersji demonstracyjnej