Uciec jak najwyżej. Nie dokończone życie Wandy Rutkiewicz - Ewa Matuszewska

-
Proszę czekać

II

Kar­ko­no­sze po­wsta­ły

w okre­sie ka­le­doń­skich

ru­chów gó­ro­twór­czych

ja uj­rza­łem świa­tło dzien­ne

9 paź­dzier­ni­ka 1921 roku

skąd się wzią­łem?

Z Ra­do­mia

uro­dzo­ny pod zna­kiem Wagi

ufor­mo­wa­ny

w okre­sie ru­chów to­ta­li­tar­nych

prze­sze­dłem przez

ogień po­wie­trze woj­nę

przez lasy nad War­tą i Pi­li­cą

przez Kra­ków Gli­wi­ce Wro­cław

przez sie­dem gór i sie­dem rzek

i tak wę­dru­jąc po mat­ce zie­mi

po pięk­nej błę­kit­nej pla­ne­cie

nad któ­rą uno­si się czer­wo­ny Mars

i Sa­turn w ty­siącu pier­ście­ni

do­sze­dłem do Gór Ol­brzy­mich

na ulicz­ce pro­wa­dzą­cej do

Mu­zeum Spor­tu i Tu­ry­sty­ki

w Kar­pa­czu

tra­fi­łem na ślad

ślad jej sto­py

ślad uśmie­chu

ślad jej ręki

przed laty

prze­glą­da­jąc po­ran­ną ga­ze­tę

do­wie­dzia­łem się

że ko­bie­ta z Wro­cła­wia

zdo­by­ła Mo­unt Eve­rest

przy in­nej spo­sob­no­ści

prze­czy­ta­łem

(w "Prze­kro­ju"? "Pa­no­ra­mie"?)

krót­ki wier­szyk pió­ra Wan­dy

pa­mię­tam że chcia­łem

do niej za­dzwo­nić za­py­tać

co skło­ni­ło Wspa­nia­łą

Krysz­ta­ło­wą Górę

do uro­dze­nia mysz­ki

ale nie star­czy­ło mi śmia­ło­ści

może dla­te­go że w dzie­ciń­stwie

zo­ba­czy­łem i zdo­by­łem tyl­ko "psią gór­kę"

koło Ra­dom­ska (25 me­trów)

i "ko­cią górę"

w so­sno­wym la­sku

koło Ga­brie­lo­wa

do­pie­ro po jej śmier­ci

za­da­łem to py­ta­nie

uśmiech­nę­ła się i po­wie­dzia­ła

otwie­ra­jąc oczy - a pan? pa­nie Ta­de­uszu

dla­cze­go Pan pi­sze wier­sze - ja? ja nie wiem

uli­ca­mi Wro­cła­wia

pły­nę­ły rwą­ce gór­skie

stru­mie­nie rze­ki po­to­ki

w brud­nym lu­strze wody

któ­re wzno­si­ło się i opa­da­ło

sta­ły ko­ścio­ły te­atry domy

lu­dzie na da­chach

ma­cha­li bia­ły­mi nie­bie­ski­mi

czer­wo­ny­mi płach­ta­mi

pań­stwo Gu­cwiń­scy bu­do­wa­li arkę

dla swo­ich zwie­rząt

ra­to­wa­li sło­nie ży­ra­fy lwy i mo­ty­le

śmi­głow­ce uno­si­ły się

nad wo­da­mi

w par­ku Szczyt­nic­kim

w za­to­pio­nym ja­poń­skim ogro­dzie

chwy­ci­łem Wan­dę

za rękę

prze­pra­szam! a Pani do­kąd

śpie­szy - a wie­dzia­łem już

że śpi snem wiecz­nym -

mach­nę­ła ręką

i po­wie­dzia­ła - ja? Idę na Mo­unt Eve­rest

a po dro­dze

na Mat­ter­horn Nan­ga Par­bat

An­na­pur­nę...

po­tem wej­dę jesz­cze

na Kang­czen­dzon­gę... - ale to bar­dzo wy­so­ko

po­wie­dzia­łem - tyl­ko 8586 me­trów

po­wie­dzia­ła

z za­gad­ko­wym uśmie­chem - ale Pani nie za­bra­ła ze sobą

ani śpi­wo­ra ani za­pa­su je­dze­nia

(a wie­dzia­łem już że ona umar­ła)

ani ma­szyn­ki do go­to­wa­nia

a ta pła­chet­ka

ten ko­lo­ro­wy na­mio­cik

jest do­bry dla dzie­ci

moż­na go usta­wić

w ogród­ku dział­ko­wym

pod ja­błon­ką

koło grząd­ki z mar­chew­ką

ko­per­kiem pie­trusz­ką

niech Pani od­pocz­nie

po­wie­dzia­łem z tro­ską

kto to wi­dział! żeby cho­dząc o ku­lach

ska­kać po gó­rach

"ko­ro­na Hi­ma­la­jów" po­cze­ka

na pa­nią

- "po­trzeb­ne jest mi po­czu­cie

za­gro­że­nia i to ta­kie­go,

któ­rym mogę ste­ro­wać". - niech pani zo­sta­wi w spo­ko­ju

Kang­czen­dzon­gę... prze­cież

tego na­wet wy­mó­wić nie moż­na...

za­pi­sze­my pa­nią do związ­ku li­te­ra­tów

urzą­dzi­my pani wie­czór po­etyc­ki

przy świe­cach prze­czy­ta pani wier­szyk

wyda to­mik otrzy­ma wy­róż­nie­nie

zo­sta­wi śla­dy sto­py

na ska­le Ka­lio­py

Wan­da ro­zej­rza­ła się

po świe­cie i po­wie­dzia­ła do sie­bie - nie stał się jesz­cze dla mnie

to­wa­rzy­szem liny... nie może zro­zu­mieć

25 maja 1992 roku

do­tar­ła do kra­ju wia­do­mość

że Wan­da Rut­kie­wicz

zgi­nę­ła w Hi­ma­la­jach

III

sie­dzia­łem w mu­zeum za­ba­wek

w dom­ku la­lek pa­no­wał ruch

na­kry­wa­no do sto­łu

ktoś grał na pia­ni­nie

ze­gar wy­bi­jał go­dzi­nę

por­ce­la­no­wy ko­tek li­zał łapę

na pal­cach we­szła Wan­da

sta­nę­ła przy ka­flo­wym zie­lo­nym

pie­cu

grze­jąc skost­nia­łe ręce

za­py­ta­łem szep­tem

co ją skło­ni­ło do po­wro­tu

na na­szą do­li­nę łez

i od­po­wie­dzia­ła mi mó­wiąc

"cza­sem my­ślę, że wspi­nam się dla­te­go,

aby prze­ko­nać się,

jaka dro­ga jest mi

na­sza sza­ra co­dzien­ność.

Wra­ca­jąc po­zna­ję, jak sma­ku­je

ku­bek go­rą­cej her­ba­ty,

po dniach pra­gnie­nia,

sen po wie­lu nie­prze­spa­nych no­cach,

spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi

po dłu­giej sa­mot­no­ści

ci­sza... "

my­śla­łem o jej ży­ciu i śmier­ci

i zo­ba­czy­łem jej od­dech

któ­ry

po­łą­czył się z od­de­cha­mi

ży­wych

lu­dzi zwie­rząt drzew i kwia­tów

za­mek z lodu

wy­pa­ro­wał

wiecz­ne śnie­gi ru­szy­ły się

szkla­na góra

spły­nę­ła w do­li­nę