Tylko dla mężczyzn - Magdalena Samozwaniec

Reflow text when sidebars are open.
Gdyby mężczyzna nie miał się zestarzeć, nie życzyłbym mu w ogóle małżeństwa.
Napoleon I
Małżeństwo jest umiejętnością.
Balzac
Wstęp
Od czasu nieocenionej Fizjologii małżeństwa Balzaca dużo czasu upłynęło, a marzenia tego wielkiego reformatora pożycia małżeńskiego, tak niedościgłe wówczas, wcieliły się dziś w życie drogą ewolucji i postępu: panny flirtują przed ślubem (jak pan Balzac przykazał). Jego nieśmiałe życzenie, żeby małżeństwa sypiały oddzielnie, jest dziś częstym wypadkiem. "Proroki" nie rodzą się co roku, jak to dawniej bywało, a panowie w wieku balzakowskim (to znaczy takim, w jakim był Balzac pisząc swoją Fizjologię) nie sypiają w szlafmycach lub fularach na głowie, co im ten wielki pisarz miał tak bardzo za złe.
Balzac w swoim dziele zajmuje się przeważnie nieuniknioną według niego zdradą żony, przeciwko której podaje mężom wiele drogocennych rad i wskazówek. Ten genialny humorysta zrozumiał doskonale, że niemożliwą rzeczą dla kobiety było nie zdradzić takiej "baby-dziada" w szlafmycy, w długiej nocnej koszuli, śmiesznego nocnego marka, włóczącego się po korytarzach ze świeczką, jak nam to pokazują staroświeckie karykatury i sztychy. Ówczesne żony też nie były tak atrakcyjne, jak dzisiejsze. Nosiły one kaftaniki zapięte pod szyję, a na głowie czepce. Wiadomo jednak, że kobieca uroda ma taką siłę promieniowania, iż najcnotliwsze płótna i najmniej przezroczyste perkale zawsze ją przepuszczą. Balzakowski mąż zaplątany w długie giezło i fulary, wyglądający raczej na jakąś kuzynkę swojej matki, do którego żona mogłaby zawołać słowami Boya: "Moja ty luba pieszczotko, bądźże mi choć ciotką", nakazane miał z góry przez swojego ojca, żeby "nie robić z żony kochanki". To pobożne życzenie ojcowskie do niedawna miało jeszcze wśród młodych mężów wielu zwolenników. Cóż więc miała robić dawna śliczna mężateczka, jeśli nie znaleźć sobie amanta, który romantycznie zakradając się podczas nieobecności pana domu do jej alkowy, pięknie odziany, utrefiony i "larendogrą" skropiony, w niczym nie przypominał "ciocio-babki" w szlafmycy. Mężczyźnie zawsze - jeśli chodziło o małżeństwo - przypadało prawo wyboru, pannę po prostu rodzice wydawali za mąż. Urządzali za jej plecami istne Targi Wschodnie, tłumacząc jej pobożnie, że "mąż i żona od Boga przeznaczona", po czym wiedli to niewinne białe jagnię do ołtarza, zacierając ręce, że dwa majątki, dwa stare nazwiska lub dwa dobrze prosperujące sklepy połączą ze sobą. Niewiniątko nie bardzo się broniło (co prawda małżeństwo miało zawsze dla panien nieodparty urok), nawet jeśli kandydatem był pan starszy lub pan łysy. Oprócz własnego domu i własnych mebli dawało małżeństwo jeszcze i inne poboczne przyjemności, jako to, że się będzie wreszcie dorosłą osobą, że się będzie mogło wszystko czytać, a w powozie będzie się siedziało na głównym siedzeniu, nie jak dotąd na małej ławeczce. Handel niewolnicami kwitł, jeśli chodziło o małżeństwo, w tych dawnych, nieprzyzwoitych czasach (z tą różnicą tylko, że się nabywcy do towaru jeszcze dopłacało). Niewolnica, pokorna i potulna, porósłszy w małżeńską pierzynę, nabierała z wolna pewności siebie, stawała się królową, wymagającą dla siebie honorów, atencyj, powozów i biżuterii.
W majętnych domach taka królowa matka dostawała za każdego bachora (a co rok to prorok) jakąś kosztowną biżuterię. (Klnę się na zaślinioną brodę takiego "proroka", że u jednej starszej damy sterczały na wszystkich palcach "urodzinowe" pierścionki, a ona, rachując na owych palcach, mówiła: "Ten za Jacusia, ten za Melasię, ten za Pawełka" etc.) Żona rozrastała się, rozwijała, mnożyła, a mąż kurczył się, malał, w końcu stawał się dla niej, tak jak określił to jeden Francuz, "służącym danym kobiecie przez naturę". Dziś, kiedy małżeństwa z woli rodziców niemal się nie zdarzają, kiedy nikt nikogo nie kupuje i nic nikomu nie jest "winien", kiedy mężowie chodzą spać bez szlafmycy, a młodzi pobierają się z miłości lub czystej fantazji, zdrada żony nie jest rzeczą konieczną i z góry przewidzianą, jak za czasów Balzaca. Mąż, tak zwany rogacz, ośmieszony przez lekką literaturę francuską, biedaczysko, który nie zdradzał żony z braku powodzenia u kobiet, też wyszedł całkiem z obiegu. Dzisiejsze małżeństwa albo się zdradzają nawzajem i nie mają sobie nic do wyrzucenia, albo też rozchodzą się, żeby wstąpić w związek małżeński po raz drugi. Wielkie tragedie małżeńskie, jeśli się nawet zdarzają, to zwykle na tle katastrof finansowych, a nie uczuciowych. Najnowszy zaś model małżeństwa - to małżeństwo sportowo-koleżeńskie, gdzie narty i kajaki zastępują (do czasu) smoczki i kołyski, a wzajemna przyjaźń zastępuje z powodzeniem dawny "obopólny szacunek". Inna kwestia, że w sportowej żonie-koleżance też zaczyna z biegiem lat rosnąć, jak w piecu, "baba", a w mężu-koledze - ponurak, ale wszystko to razem nie jest groźne i w niczym nie przypomina dawnych nieszczęśliwych małżeństw, które dźwigały jarzmo życia, jak dwa gryzące się konie w jednym zaprzęgu. Dla tego nowego typu małżeństw postaraliśmy się (pisarze "serio" piszą zawsze o sobie "my") zebrać wiele cennych spostrzeżeń, rad i wskazówek, które mogą, jeśli nie wiele dobrego zdziałać, to w każdym razie wywołać zastanowienie łącznie z pogodnym uśmiechem.
Wady i zalety małżeńskiej instytucji
Pewien chłopiec, gdy nauczyciel zapytał go w szkole, jakie są grzechy główne, odpowiedział bez namysłu: "łakomstwo, małżeństwo i świństwo". To oczywiście anegdota, ale czyż małżeństwo w wielu wypadkach nie jest ciężkim grzechem? Małżeństwa ludzi chorych, a poza tym tak zwane małżeństwa z rozsądku można śmiało zaliczyć do tej kategorii. W życiu zwierząt istnieją podobno wszystkie seksualne zboczenia, nie istnieje tylko jedno - miłość interesowna, kojarzenie się dla poprawienia sobie bytu. Gdyby na przykład stara, chora jaskółka miała najlepiej urządzone i zaopatrzone gniazdko, nie będzie mieć przez to większego powodzenia u jaskółczych samców, jakby to mogło się zdarzyć u ludzi. Ktoś powiedział kiedyś słusznie, że małżeństwo zostało wymyślone dla kobiet i dzieci. Wszystkie kobiety dążą do małżeństwa, wszyscy mężczyźni do romansu. Najmądrzejsza kochanka będzie zawsze pod tym względem niepewnym przyjacielem mężczyzny. Być na starość legalnie utrzymywaną przez mężczyznę - oto ciche marzenie każdej kobiety. Ilość uwiedzionych "na małżeństwo" młodych chłopców jest na pewno nie mniejsza niż ilość uwiedzionych przez nich "na romans" młodych dziewcząt. Uwiedzionych "na małżeństwo" młodych ludzi nikt nie żałuje, chociaż są często tak bardzo pożałowania godni. Żenią się nieraz tylko przez uczciwość z chytrym a dramatyzującym dziewczęciem, często zupełnie dla nich nieodpowiednim jako sfera i kultura, a doszedłszy później do poważnego i odpowiedzialnego stanowiska, muszą całe życie iść koło ordynarnego babsztyla, plotkującej kumoszki, jakiejś "sabat-mater", która utrudnia im stosunki z ludźmi i ciężką wspinaczkę ku świetnej karierze. Żenić powinni się ludzie albo tuż przed, albo po trzydziestce, bo wtedy mniej więcej zdają sobie sprawę z doniosłości tego zdarzenia. Małżeństwa niedorostków zwykle kończą się smutno: albo następuje rozwód, albo też są całe życie z sobą nieszczęśliwi. Gdyby zawarcie małżeństwa związane było z tyloma trudnościami co (nawet dzisiaj) uzyskanie rozwodu, to ilość obrońców konsystorskich zmniejszyłaby się do minimum. Trzeba wziąć pod uwagę, że małżeństwo, jako takie, w świecie zwierzęcym nie istnieje właściwie wcale. Dozgonną wierność małżeńską obserwować można tylko u parki zamkniętej w jednej klatce w jakimś ogrodzie zoologicznym.
W dżungli, na swobodzie, o żadnych małżeństwach nie ma mowy; każda papużka może być chwilową żoną papuziego samca, każdy lew - przygodnym mężem lwicy. I właśnie dlatego, że małżeństwo jest tak ściśle ludzkim wynalazkiem, zawierać je powinny osobniki antyzwierzęce, posiadające trochę kultury i inteligencji. Jak wyglądają małżeństwa takich des b?tes humaines1 wiemy dobrze z rubryki zbrodni w codziennych pismach. Mąż pijak zabija żonę, ojciec "litościwy" topi, jak kota, własnego synka, tłumacząc się potem w sądzie, że uczynił to z biedy i tak dalej. Szczególnie zabijanie własnych żon weszło tak u tego rodzaju ludzkich zwierząt w modę, że do przysięgi ślubnej powinno być dodane: "A iż cię nie zabiję aż do śmierci - amen!".
Kobiety, jak już wspomnieliśmy, lubią wychodzić za mąż; nie można im się zupełnie dziwić, ponieważ w rozmaitych warunkach ciągną one z tej instytucji daleko większe beneficja niż mężczyźni. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy jest tyle kobiet, mieć zawsze kogoś, kto odprowadzi do domu i zapłaci za kawę, jest rzeczą przyjemną i praktyczną. Poza tym małżeństwo jest trochę tak jak okręt: trudno mężowi z niego uciec; nawet gdy się najbardziej obrazi i pogniewa, zawsze musi wrócić do domu, gdzie ma swoje rzeczy we wspólnej szafie. Kobiety nie powinny zapominać, że mężczyzna przez swoją fizyczną naturę nie jest zupełnie do małżeństwa i wierności stworzony - wprost przeciwnie - i że małżeństwo zadaje gwałt jego wielożennej naturze. Jako kawaler miewał on różne, dłuższe lub krótsze romanse (czasem po kilka naraz), które kończyły się bez adwokata i bez zgody obu stron. Gdy się ożeni, każą mu nagle zmienić zupełnie tryb życia, musi "żyć" ciągle w tych samych warunkach, ciągle z jedną i tą samą, która - jak każda kobieta - mogła mu się po prostu fizycznie sprzykrzyć. Każde uczucie ma, tak samo jak każda rzecz w przyrodzie, swój okres pączkowania, dojrzewania i przekwitania. Gdyby zostawić wolną rękę przyrodzie, to każda miłość trwałaby tak długo, jak dojrzewanie, owocowanie i przekwitanie na przykład poziomki. Ale tak samo, jak kultura ogrodnicza doprowadziła do tego, że są poziomki, które kwitną i dojrzewają po raz drugi w jesieni, tak samo kultura miłości powinna doprowadzić do tego, żeby każde uczucie po czasowym przekwitnięciu zakwitało na nowo. Ale do tego, podobnie jak do poziomki jesiennej, potrzeba ciepła. A ciepło w miłości to nie szał "namiętności", który można "między filmy włożyć", ale wzajemne zrozumienie i serdeczność, której tak często w małżeństwie brakuje.
U długoletnich kochanków nawroty uczucia, szczególnie po dłuższym niewidzeniu się, są bardzo częstym wypadkiem. Miłość to "cygańskie dziecię", które nie znosi za wielkich wygód i ułatwień. To tak trochę, jak gdyby się taternika chciało wozić na szczyty kolejką; od razu by mu się taternictwa odechciało, a piękne widoki górskie, dostępne, ułatwione, straciłyby dla niego zupełnie urok. Ślub, błogosławieństwo ciotek i babek - to dla miłości taka właśnie kolejka.
Poza tym nad małżeńskim łożem nie wisi wypisane, jak by to mogło być w gnieździe kochanków: "Śmiejmy się, może nasza miłość potrwa jeszcze tylko dwa tygodnie!", ale mrożące krew w żyłach, straszne jak jakieś memento mori: "Na zawsze!". Wszystko na ziemi jest niepewne i nietrwałe; świetnie prosperujące miasta, urządzone jak najbardziej "na zawsze", zmiatane bywają z powierzchni ziemi przez wojny i żywiołowe katastrofy. Lodowce na oceanie miażdżą najsilniejsze, na oko niezniszczalne, transatlantyki; jedno tylko małżeństwo ma być wyjęte spod ogólnego prawa jako nierozerwalne, niezniszczalne, chyba przez śmierć jednego z małżonków. Dzisiaj, kiedy coraz częstsze rozwody zostawiają zawsze wpółprzymkniętą furtkę do ucieczki, ilość udanych, lubiących się małżeństw wzrośnie na pewno, mimo że ponure określenie: "moja dozgonna połowa" wyjdzie zupełnie z użycia.
Towarzysz podróży
Co tu dużo gadać, jedziemy wszyscy na wielkiej kuli w podróż po wszechświecie: "Rajd w nieznane z wiadomą stacją końcową".
Samemu jechać - z początku zabawnie, ale, podobnie jak na okręcie, po pewnym czasie samotność i rozmówki z samym sobą zaczynają być pozbawione soli i pieprzu. Rozglądamy się wówczas za towarzyszem, a kiedy go znajdziemy, podróż zaczyna nabierać dla nas zupełnie nowego uroku.
Jest komu powiedzieć: "O, mewy!", pokazać komuś zachód słońca (który tamten widzi zresztą równie dobrze, jak my). Potem idzie się razem na obiad, który w towarzystwie też zupełnie inaczej smakuje.
Gdy towarzysz podróży okaże się wyjątkowo miłym kompanem, mamy ochotę, żeby nas nigdy nie opuścił, żeby z nami poszedł wszędzie (nie na koniec świata, bo takowy nie istnieje, ale na koniec korytarza, do naszej kajuty).
Zupełnie tak samo jest w życiu; samemu żyć bardzo miło i swobodnie, ale do czasu - z biegiem lat robi się zimno i smutno. Rodzina własna, matka, ojciec, rodzeństwo - to nie to, na ogół kwaśno i krytycznie do człowieka ustosunkowani, nie dają nam potrzebnego do życia ciepła.
Instynkt jechania na kuli ziemskiej we dwójkę jest tak silny, że nieraz słyszy się młodych ludzi, wrogo na ogół do małżeństwa usposobionych, którym się wyrwie powiedzenie w rodzaju: "Jak to smutno wracać wieczorem do pustego mieszkania, gdzie nikt się do człowieka nie ucieszy, gdzie nie ma z kim pogadać...".
Przypomnijmy sobie także, jak strasznie jest chorować samemu, jak bardzo blisko jest się wówczas "tamtego świata", nawet gdy się choruje tylko na zwyczajną grypę. Kto nie chorował tak nigdy, sam na sam z sobą, nie wie, co to za tragedia i jak bardzo potrzeba wówczas nie kogoś, kogo się zna od dziecka (mamy przerażonej i jęczącej, znudzonej siostry etc.), ale właśnie takiego sympatycznego towarzysza podróży, który położy rękę na głowie i zamiast pogarszać stan chorego ponurym nastrojem, opowie dla rozweselenia jakiś "nowy kawał", który się zwykle zna od dawna, ale który znów wprowadzi człowieka en plein2 w ten świat znajomy, stary, erotyczny i nie pozbawiony humoru.
W tym wszystkim, oczywiście, jest dużo marzycielstwa, bo ów upragniony towarzysz podróży, gdy się jest chorym, bywa często nieznośny, znudzony i ucieka z domu. Towarzyszka podróży wita zapóźnionego męża (który tak marzył kiedyś o tym, żeby wróciwszy do domu "mieć z kimś pogadać") taką Niagarą nieprzyjemnych słów, że mu "pogawędka" zbrzydnie na długo. Mimo to jednak życie bez towarzysza podróży jest dużo groźniejsze i bardziej ponure niż we dwoje, o czym zresztą dobrze wiedzą wszyscy ci, którzy bez oczywistego powodu, po prostu "dla towarzystwa", żenią się lub wychodzą za mąż.
Jak się należy zachować podczas tej wspólnej podróży przez życie?
Shaw powiedział, że "nie urodził się jeszcze ten, kto by był naprawdę wart kochania". Może w tym powiedzeniu jest i dużo prawdy, ale Shaw, jako świetnie zasuszony staruszek, zapomniał, że zmysły to gusła i czary, które rozkazują nam kochać całkiem czasem niewartego miłości osobnika.
Nieraz, będąc na jakimś ślubie, widzimy rozanieloną twarz panny młodej, uśmiechającej się miłośnie do swego całkiem nieatrakcyjnego pana młodego; ma się ochotę zawołać wówczas jak ów guślarz w Dziadach: "Czegóż uśmiechasz się, czego? Co w nim widzisz wesołego?". Zmysły nakładają nam na oczy różowe okulary, przez które przyszłe życie z ukochanym lub ukochaną wydaje nam się też różowe.
Odświętne stroje państwa młodych (nie wiadomo dlaczego tak bardzo galowe?) mamią, że życie tych państwa popłynie po różach i kwiatach pomarańczy. Ale któż potrafi być dla partnera długo takim "szczęściem"?
Mąż wraca powoli do swoich nawyczek, przeciąga się, ziewa, pali cygaro, chodzi po domu w pantoflach, wieczorem ucieka do swojego klubu. Żona smaruje na noc twarz kremem, tak że wygląda jak jakaś "córka króla smalcu", nakręca włosy na papierki, pokazuje się mężowi w przydeptanym starym kimonie, bo któż by tam się krępował ze swoją "drugą połową" (to utarte określenie na pewno narobiło w małżeństwie dużo szkód). Urocza biała dama z fotografii poślubnej chowa koronkową bieliznę do szafy, na jakąś specjalną "czarną godzinę".
Ślubny cuduś we fraku, położywszy się do łóżka, zasypia bezkarnie jak długi, rano nosi na głowie czarną siatkę, spod której wystają mu uszy jak u nietoperza - i mówi, że go coś boli. Szwenda się po wspólnej sypialni, z bezwstydem maminego synka, w swoich czarujących męskich kombinacjach, w których wygląda jak nieudany Tyrolczyk z kolanami na wierzchu...
Żeby to wszystko, ta cała bezkarna bezżenada małżeńska nie popsuła uczucia, potrzeba wielkiej obustronnej wyrozumiałości i jakiegoś ciągłego rozczulania się nad tym drugim, co się tak często zdarza u kochanków, kiedy patrząc na przykład na śpiącego nieogolonego przyjaciela, myśli się: "Kochanie moje, jak to potrafi czasami paskudnie wyglądać"...
Probierzem tego uczucia, polegającego nie na jakiejś wściekłej namiętności, ale na bezbrzeżnym lubieniu się, jest to, czy się lubi wszystkie przedmioty należące do tego drugiego, czy tez przeciwnie, wzbudzają one odrazę i niesmak. Ubranie męskie na przykład, leżące na krześle we wspólnej sypialni, jakież rozczulenie budzi w kochającej kobiecie! Zachowuje ono jeszcze formy jego figury, wydęcie ulubionych muskułów i przyjemnie jest go się dotknąć.
W jednej ślicznej nowelce francuskiej mąż, którego żona porzuciła na zawsze i który na pozór przyjął to spokojnie, rozpłakał się z żalu i tęsknoty dopiero wówczas, gdy po kilku tygodniach rozstania znalazł na dnie szafy zapomniane przez nią różowe majteczki.
Ten człowiek kochał naprawdę i czytelnik, przeczytawszy ten szczegół, jest głębiej o tym przekonany, niż gdyby autor zmusił owego męża do napisania do niej błagalnego miłosnego listu. Gdy się odczuwa żywą sympatię do przedmiotów tego drugiego, to wówczas nie istnieją tak zwane obowiązki. Wszystko jest przyjemnością i zabawą, czy przyszycie guzika, czy - gdy się jest razem w podróży - wypranie jego chustek do nosa, wyprasowanie krawata etc.
O tym, czy się lubi danego człowieka "ze wszystkim", z butami, koszulą i grzebieniem, można się już przekonać w narzeczeństwie, a gdy tak nie jest, nie daj Boże wychodzić za niego za mąż; niechęć do przedmiotów narzeczonego przejdzie u jakiś czas później i na niego - i wówczas ze wspólnej podróży, która mogłaby być taka miła, robi się jakaś ciężka przeprawa przez moczary i bagna, pełne żab i pijawek.
Mężczyźni czasem zupełnie fetyszowato lubią nasze niektóre suknie i zawsze chcieliby nas w nich widzieć, nie zdając sobie sprawy, że owe suknie niszczą się lub wychodzą z mody. Jeszcze w kilka lat po ślubie upominają się: "Czemu nigdy nie włożysz tej miłej niebieskiej sukienki, w której cię poznałem?".
Inna kwestia, że owa sukienka na pewno nie była niebieska, tylko na przykład zielona - pamięci kolorystycznej mężczyźni zwykle nie mają - ale to nic nie szkodzi i mądra żona powinna sobie sprawić podobną, choć zmodernizowaną, a mąż zareaguje na nią atakiem odnowionej czułości.
Które wady i zalety popłacają w małżeństwie?
Smutne to, ale prawdziwe: w każdej miłości popłacają wady charakteru i zalety ciała. W małżeństwie, które jest walką o życie (o życie szczęśliwe), dobroć wyzyskiwana jest przez tę drugą stronę w sposób bezwzględny. Anioły bywają najbardziej przez mężów zdradzane. Idąc z piękną wydrą do kina lub do teatru, mężowie opowiadają jej o tym, jakimi to "aniołami" są ich żony. Poczciwy, dobry, oddany mąż-pies, z gatunku "wiernusiów", to zawsze materiał na typowego rogacza. W małżeństwie wygrywają najwięcej atuty fizyczne. - Piękność wygrywa! Brzydszy, choćby nawet mądrzejszy, jest zawsze pobity przez tego ładniejszego, wszystko jedno, czy jest to mężczyzna czy kobieta. Wszyscy szanujemy najwięcej urok piękności; głupie, ładne żony panują nad swoimi przeciętnie wyglądającymi mężami. Wysługują się nimi, wyręczają, "wynożają".
- Przynieś, zanieś, zapłać, wrzuć do skrzynki, załatw to i tamto, otwórz, zamknij! - rozkazują od rana do wieczora.
Hipnoza ładnej twarzy, uśmiechu, pięknego, melancholijnego spojrzenia jest rzeczą potężną. Do piękności można się przyzwyczaić i podobno nie zauważać jej, ale do brzydoty trudniej. Poza tym ładne rysy, piękne oczy - to rzeczy trwałe, wyglądają one dobrze nawet przy siwych włosach, brzydota zaś zmienia się, zmienia się na coraz gorszą. Zakrój na łysinę powiększa się, nieznaczny brzuś zmienia się z biegiem lat na Kopiec Krakusa, szarozębny zamienia się na "złotoustego" i tak dalej.
Upodobanie nasze do piękności jest nieuleczalne. Roczne dziecko już wyciąga ręce do rumianego jabłka, oceniając jego kolorowe piękno. W każdej sytuacji wyszukujemy przyjemne dla oczu przedmioty; do podwieczorków w lesie szukamy "ładnego miejsca", do czytania - pięknego, zacisznego kąta w parku, do jedzenia - estetycznych talerzy, do miłości - pięknych ludzi; to całkiem zrozumiałe i naturalne.
Bardzo popłacającą zaletą u mężczyzn jest zarozumialstwo i wiara w siebie. Wprawdzie jedno wschodnie przysłowie mówi: "Nie mów o sobie ani dobrze, ani źle", ale to nie jest najlepszy system; bliźni nasz łatwo ulega sugestii i łatwo mu wmówić, że jest pod każdym względem doskonałością. Nieraz widzimy rodziny, w których ojciec zajmuje stanowisko jakiegoś murzyńskiego królika. Cały dom drży przed jego władzą, dzieci, "drżona", służąca, a nawet domokrążcy (czyli wierzyciele).
Wszystko, co królik murzyński zrobi, jest słuszne i przez wszystkich w domu uznawane - jego spoczynek, jego zły humor, jego królewski apetyt; wszystko to jest traktowane z czcią i respektem. Dzieci muszą jeść różne okropne potrawki, "bo ojciec je lubi". Groźba: "Pan będzie się gniewał" mrozi służącej krew w żyłach. "Gniew pański" to przecież gorsze od burzy - żona wówczas nieomalże biega naokoło stołu z dzwonkiem loretańskim, żeby odegnać te gromy, które padają z jego ust, te błyskawice, które ciska wzrokiem.
Wielu starej daty polskich szlachciców wyrabiało sobie chętnie w domu takie stanowisko murzyńskiego kacyka.
Czasem dla odmiany kobieta jest domowym bożkiem; ileż widzi się takich ciężkich, tłustych, groźnych bab-bożków, które mężowie-czciciele wysyłają na kosztowne kuracje, które pobożnie, krok za krokiem prowadzą pod rękę, które ubierają w najkosztowniejsze zwierzęta, a idąc z nimi pod rękę, nie śmią spojrzeć na żadną młodą i ładną kobietę.
Matrona o tłustej, nalanej, niepokojącej twarzy jakiegoś chińskiego bożka wożona bywa na wypoczynek, kąpana w kuracyjnych błotach i adorowana przez własnych synów. Bujne jej piersi - genre "dzwony kornewilskie" - dzwonią łańcuchami, paciorkami, perłami. Rozkazuje, grymasi, nie pozwala, nudzi, choruje, płacze; mimo to podziwiana jest i czczona przez całą rodzinę.
W małżeństwie bardzo dodatnio działają i imponują wady i zalety, których tamten drugi nie posiada. Dobremu, łagodnemu imponuje egoizm, bezbożnikowi - żona religijna, leniwej kobiecie - pracowite chłopisko, mięsożercy - jaroszka, pannie z domu Bylejak - mąż z dobrej rodziny, mądremu - głupota (więcej jeszcze niż głupiemu mądrość), niechlujowi - porządek i czystość, choremu - zdrowy, zdrowemu - chorowity. Imponuje nam zawsze to, czego nie rozumiemy, co nam jest obce i dalekie. Jak serio biorą mężowie na przykład strach żony przed burzą; rzadko kiedy śmieją się z tego. "Kobiecość" i "męskość" - to przecież stek wad, ale wad związanych z płcią, więc przeto wzruszających tę drugą stronę, która ich nie posiada.
Bądźmy szczerzy, ta ulubiona, ceniona przez mężczyzn "kobiecość" - to tchórzliwość, lenistwo, drobiazgowość, wrodzona melancholia i brak poczucia humoru, słabość fizyczna i mózgowa, brak orientacji, wieczna troska o dzieci, hipochondria i brak pamięci.
"Męskość" - to egoizm, brak czułości, niechęć do rozmowy, podniecenie na widok każdej ładnej kobiety, wygodnictwo, chęć panowania, apodyktyczność, zupełne niezrozumienie kobiety, żyłka do dzieci, zamiłowanie do "szabelki", do kieliszka i półmiska.
Wszystkie te "wady-zalety" imponują, a nawet wzbudzają w nieposiadającym ich pewien szacunek, ale o prawdziwym porozumieniu się pary małżonków posiadających te wszystkie właściwości nie ma oczywiście mowy, jak w ogóle nie ma mowy o prawdziwym porozumieniu i zgodzie między czystym typem męskim a czystym typem kobiecym bez męskich domieszek.
Od dawna już wiemy, że prawdziwe porozumienie istnieć może tylko między osobami tego samego gatunku. "Ugadać" mogą się ze sobą tylko kobiety, zabawić naprawdę, pijąc i opowiadając sobie niemożliwe historyjki, tylko mężczyźni między sobą. Świetnie określił to jeden mały chłopiec, któremu starsi kazali bawić się z dziewczynką: "Jak mam się z nią bawić - rzekło to niezepsute chłopię - kiedy ona jest odmiennej płci?".
Rozwój seksualny, występujący z wiekiem, zaczyna zamydlać oczy, chłopcy lgną do panien, panny do chłopców, ale jakże łatwo przy sprzyjających warunkach wyłazi z mężatki pensjonarka, która godzinami potrafi chodzić pod rękę z przyjaciółką, a z dorosłego mężczyzny chłopiec, który z radością idzie się zabawić w czysto męskiej kompanii.
Na starość potęguje się to zwykle (obleśnych, podniecających się na widok kobiety staruszków nie jest tak dużo, jak by się zdawało). Normalny starszy pan, który się już "wyżył", to zacięty wróg kobiet; nie lubi z nimi grać w brydża, nazywa je wszystkie "babami". Broni męskich klubów od najścia kobiecego elementu, mówi o nich z gryzącą ironią i tak dalej.
Feministki, sufrażystki rekrutują się prawie zawsze ze starszych kobiet, którym wygasły instynkt płciowy każe patrzeć na mężczyzn z przesadną trzeźwością. Czują się one świetnie na kobiecych wiecach, w kobiecych stowarzyszeniach etc.
Czyli że okres, w którym między zaciętymi wrogami - mężczyzną i kobietą - trwa zawieszenie broni na rzecz przyrostu ludności (z czego sobie naturalnie nie zdają sprawy), jest właściwie krótki, zatem nie należy go sobie psuć kwasami, kłótniami, zazdrościami etc.
Zazdrość i zdrada
Cieniem w miłości jest zazdrość i nie ma na to ratunku. Nie ma miłości bez zazdrości, ale istnieje zazdrość bez miłości i to jest najgorsze. W Listach perskich Monteskiusza Uzbek w ten sposób pisze o tym do swego przyjaciela: "Pytasz się, drogi przyjacielu, czemu jestem tak zazdrosny o swoje żony, chociaż żadnej z nich właściwie nie kocham. Pustkę, brak miłości musi zastąpić jakieś inne uczucie i dlatego zazdrość zagościła w mym sercu".
Świetnym obrazem słów Uzbeka są owe żony, które nie kochając właściwie swoich mężów, są o nich tak bardzo zazdrosne. Niechby Felicjan Dulski spróbował zdradzić panią Dulską! O piekle, które by mu zrobiła, strach pomyśleć. Ileż jest kobiet-matek, brzydkich, tłustych, zakurzonych, niewymiecionych jak zaniedbany pokój, zaczepnych, ironiczno-zgryźliwych, które, zdawałoby się, całą swoją inteligencję i spryt przerabiają na nienawiść do męża. Potrafią one robić tragiczne sceny zazdrości, które szybko prowadzą do rozwodu.
Zazdrość w homeopatycznych dawkach to dla miłości środek podniecający. W dużych, codziennie aplikowanych porcjach staje się trucizną zdolną zabić każde uczucie. Kobiety - może przez to, że rodząc dzieci przedłużają ludzkość w nieskończoność - posiadają zmysł nieskończoności i wieczności. Potrafią czasem kochać jednego człowieka przez całe życie, wymagając tego samego dla siebie, z czego powstają zwykle tragedie i nieporozumienia. Nieraz widzimy starsze panie, które urządzają swoim starszym panom ponure sceny zazdrości, trudno byłoby jednak spotkać starego męża robiącego awantury na tle zazdrości swojej starej flirtującej żonie (takie rzeczy zdarzają się za granicą).
- Baba zwariowała! - zawołałby co najwyżej.
- Kochałeś mnie trzydzieści lat temu, powinieneś mnie kochać i teraz! - rozumują kobiety.
"Na Zachodzie bez zmian" - oto życzenie przynajmniej połowy żon.
W każdej takiej zazdrości ze strony starszej żony jest oprócz urażonej ambicji (przede wszystkim jakieś cherchez largent3) obawa, żeby pieniądze przeznaczone na dom i dzieci nie dostały się w niepowołaną damską torebkę.
Zazdrość jest bardzo często prowokacją do zdrady. Brzydki, spracowany pan profesor, jeśli jest mądry, nie uważa się za uwodziciela i Adonisa; podejrzliwa żona naprowadza go na tę myśl. Zamiast przyjaciela zastaje pan profesor w domu prokuratora zadającego pytania, które mogłyby padać w sali rozpraw co najmniej na procesie Gorgonowej.
- Kto płacił za kolację, gdy byłeś z panią S. wczoraj w restauracji? Każdy za siebie czy ty za nią?
- Czy takie kolacyjki powtarzały się już poprzednio?
- A jak to było z tym kieliszkiem?
- Kto odwiózł tę panią potem taksówką do domu?
- Kto z twoich znajomych używa perfum Mitsouko?
- Czy masz może więcej takich plam?
Nieszczęśliwy pan, którego kolega prosił, żeby przez jeden wieczór zaopiekował się jego żoną, miesza się, plącze w zeznaniach, w końcu "załamuje się" i przyznaje, że ta pani jest bardzo miła i że mu się ogromnie podoba. Obojętna znajoma, z którą spędził przyjemnie jeden wieczór, zaczyna go po tych indagacjach naprawdę interesować.
- O, to niebezpieczna kobieta - myśli - inaczej moja żona nie byłaby o nią taka zazdrosna. Ja co prawda też nie jestem jeszcze taki całkiem bezpieczny, jeszcze ja im pokażę, co potrafię!
O tym, żeby mąż (jakikolwiek by był) miał nie zdradzić "ukochanej małżonki", nie ma nawet co marzyć. "Musisz, musisz, musisz, musisz" - szepczą mu kobiece Don Juany, jak w znanym tangu Ordonki. Wystarczy, żeby przyjaciółka żony dowiedziała się, że mąż kocha żonę i jest jej wierny, a natychmiast rozpoczynają się babskie toki, którym się żaden mężczyzna nie oprze.
Zaczyna się od komplementów (nie tych ironicznych, które pan słyszy w domu, w rodzaju: "Bardzo jesteś mądry"... "Cudnie wyglądasz, popatrz do lustra"... "Nie, jak ty powiesz dowcip, to rzeczywiście można pękać ze śmiechu"... etc.), ale od tych prawdziwych, łechcących męską ambicję w sposób delikatny, a przyjemny.
Potem zaczyna się władanie "białą bronią", czyli gołym ramieniem, w czym kobiety są mistrzyniami. Oplątują nimi cudzego męża w tańcu, zarzucają je sobie kokieteryjnie za głowę, układają je portretowo na poręczy krzesła; łodygi te poruszane wewnętrznym (często udawanym) "powiewem namiętności" nie są nigdy spokojne, chyba gdy kobieta zaśnie, ale i wtedy potrafią się tak ułożyć, że patrzącemu robi się miękko na sercu.
Przytłoczony dobrodusznym, poczciwym życiem małżeńskim mąż zaczyna przy tej obcej damie czuć się znowu mężczyzną, zaczynają mu błyszczeć oczy, włosy, buty, zaczyna znów dbać o siebie, prostuje się, wciąga brzuszek, zdradza i jest szczęśliwy.
Zdradzać musi, chodzi tylko o to, żeby to robił taktownie, to znaczy, żeby jego żona nie musiała koniecznie o tym wiedzieć, żeby - jeśli kupi coś ładnego swojej przyjaciółce - pomyślał i o prezencie dla "najdroższej małżonki" i żeby się nie zakochał, bo wtedy z czarującej tajemnicy flirtu robi się głośna, brutalna plotka, która rozchodzi się, jak żałosne tango przez głośnik radiowy, na całą Polskę.
Może się to wydawać cyniczne, ale stanowczo małe zdrady podtrzymują miłość w małżeństwie, szczególniej zdrady ze strony męża, który ma w tym wiekową, a nawet jaskiniową wprawę; kochanka w jednym wypadku na sto może być niebezpieczną konkurentką dla żony i grozić rozburzeniem rodziny. Najczęściej w dzisiejszych czasach zaczyna się i kończy na tak zwanej przygodzie. Zdrada małżeńska nie należy do tego gatunku przestępstw, które każą koniecznie zbrodniarzowi wracać na miejsce zbrodni.
Serce mężczyzny to hotel, w którym dla każdej przyjezdnej znajdzie się pokój, ale w którym żona (o ile nie jest jędzą) zajmuje kilkupokojowe apartamenty. U dżentelmena (ach, ci dżentelmeni!) żona będzie zawsze na pierwszym planie. Co się taka przyjaciółka musi o owej żonie nasłuchać komplementów! Tomy można by o tym pisać, a im więcej ją zdradza, tym większym mu się wydaje aniołem.
- Ty nie masz pojęcia, co to za kobieta - mówi przyjaciółce przy każdym braku okazji. - Ten takt, ten rozum, ten dowcip! Idę już, bo moja żona na mnie czeka... Idziemy dziś z żoną do teatru. Nie będę mógł przyjść do ciebie, bo moja żona jest dziś bez humoru... etc.
Żona... żonie... z żoną... Nieznośną literą "Ż" wierci w uszach biednej kochance jak dentysta w zębie elektryczną maszynką.
Kobiety, które zawsze pozostają w tyle i które mają za mało sił, żeby życie pchać naprzód, dopiero za kilkadziesiąt lat dorównają mężczyźnie w lekkim traktowaniu zdrady. Mistrzyń w tym sporcie jest, szczególnie u nas, znikoma ilość; zazwyczaj gdy zdradzają, to się i zakochują, o mężu mówią z antypatią, tak że je nawet umiarkowany przyjaciel musi od tego powstrzymywać (to się nazywa: solidarność, a raczej "soliniezdarność" męska!). Zakochawszy się, są zawsze zdolne porzucić męża i matkę męża, nie licząc się z tym, że ich przyjaciel miewa zazwyczaj tylko ataki miłości, tak jak wariat ataki szału. Po ataku dziwi się, czego od niego chcą, i całkiem nie pamięta, co wówczas bredził. Spokojnie puszcza radio lub smaruje narty i mówi:
- Ależ, dziecko drogie, uspokój się, nie jestem wart tego, żebyś opuszczała dla mnie dzieci i męża, nie byłabyś ze mną szczęśliwa, zaręczam ci...
Gdyby kochankowie byli tak mało zrównoważeni i tak namiętni jak ich przyjaciółki, to liczba mężów każdej ładnej kobiety dochodziłaby do zawrotnej cyfry.
Dlatego też zdrada u kobiety jest o tyle niebezpieczniejsza niż u mężczyzn. Do zdrady oprócz kobiety trzeba i nastroju, który jest nieodzownym partnerem. Bez wytworzenia nastroju najpiękniejsza kobieta nie zdobędzie męża swojej przyjaciółki. Nastrój robią mądre oświetlenia: tu elektryczny ptaszek-lampa, tam pod kanapą wazonik z żarówką, tam znów świecący kwiat, a w tym wszystkim porusza się z wdziękiem pani owego zaczarowanego gniazdka, pachnąc przy każdym ruchu jak kadzielnica.
Radio, oświetlenie, perfumy - oto wrogowie żon. Nastroju dla własnego męża nie urządza nigdy żadna żona i może dlatego miłość, ta denerwująca, ta latająca po kościach jak reumatyzm, tak prędko w małżeństwie zanika. Różne niemieckie broszury, traktujące o tematach małżeńskich mówią: "Staraj się ładnie ubierać dla twojego Gatte4, bądź pełna kokieterii, stwórz dla niego Stimmung...5 a zobaczysz..." etc. Zobaczę, że powie wówczas:
- Dla kogo się tak wystroiłaś? Czy idziesz na dansing? Jeśli tak, to w każdym razie nie ze mną...
- Chodźmy do ogrodu posłuchać słowików - spróbuje nastroić męża jakaś mądra żona. - Przypomną nam się narzeczeńskie czasy...
- Eee, po co? Zimno! Wolę pójść spać - odpowiada na to ożeniony.
Kobieta nieraz pragnęłaby wywołać z męża zjawę kochanka, ale on tego wcale nie pragnie: właśnie dlatego się ożenił, żeby mieć spokój (przynajmniej w domu) od słowików, żab, bzów i tang.
Pewien mężczyzna, który ożenił się ze swoją przyjaciółką, powiedział, że zrobił to jedynie po to, żeby móc nareszcie przestać o niej myśleć. Każdy mężczyzna pracuje; wróciwszy do domu ma co najwyżej ochotę położyć głowę na ramieniu żony i spokojnie rozmyślać nad tym, co jest komu winien i ile. Nastrój wytwarza przede wszystkim obcość i nie ma na to rady.
Przyzwyczajenie zabija erotyzm, ale za to stwarza przywiązanie. Żona lub mąż mogą być sobie tak potrzebni, tak nieodzowni, jak szklanka gorącej wody z cytryną lub zuber na czczo, albo filiżanka czarnej kawy po obiedzie. Może być ta sama kawa w tej samej filiżance co dzień przez pół życia, a przecież się nie sprzykrzy i trudno byłoby się bez niej obejść.
Drobne środki profilaktyczne przeciwko zdradzie
W każdej prawie kobiecie siedzi małe stręczycielątko; kto jeśli nie ona zwraca mężowi uwagę w restauracji lub na dansingu na jakąś obcą ładną kobietę?
- Daj mi spokojnie przeczytać gazetę - prosi mąż.
- Dobrze, ale wpierw spójrz, co to za cudna osoba. Ta figura! Te nogi! To musi być cudzoziemka...
- Rzeczywiście duża klasa! - powie w końcu pan i do końca obiadu nie weźmie więcej gazety do ręki.
To samo robią ze swoimi przyjaciółkami; tak długo je zachwalają, przez jakiś niezrozumiały masochistyczno-perwersyjny zmysł, aż zachęcony małżonek głębiej się nimi zainteresuje.
- Miałaś rację, że Fibcia ma śliczną skórę i niebywałe oczy - powie po jakimś czasie. - A ja tak tej Fibci z początku nie lubiłem.
Na to oczywiście podnosi się jazgot:
- Fibcia ma ładną skórę? No, jeśli ty to nazywasz skórą? W ogóle skąd ty się znasz na tym? Poza tym to przecież idiotka skończona...
Ale już za późno. Gdy mąż raz dojrzy, zachęcony przez żonę, w jej przyjaciółce kobietę, to przepadło; a tak prosił, żeby go zostawić w spokoju (w jego papierowym domku z gazet).
Nigdy tego nie róbcie...
Tak samo nie należy nigdy zapraszać na dłuższy pobyt przyjaciółki lub kuzynki do domu. Wiernuś - Wiernusiem, a baba - babą. Żadnej przyjaciółce nie można pod tym względem dowierzać, żadnemu najbardziej kochającemu mężowi. Objawia się to u niego coraz częstszym goleniem się, a u niej ciągłym zmienianiem sukien.
- Dla kogo tak się stroisz, ty mała kobietko? - zapyta żona. - Przecież nie ma u nas nikogo obcego...
- Dla ciebie, kochanie... - odpowie ta rzęsostrzyga.
Flircik na pozór niewinny zaczyna się bardzo często od mocowania. Czyście zauważyli, jak prowokują one w ten sposób mężczyznę? Mocują się, żeby w jakiś sposób nawiązać z nim fizyczny kontakt i żeby wykazać, niby to z pokorą, a w gruncie rzeczy z triumfem, swoją wielką fizyczną słabość, bo i cóż znaczy taki babski bicepsik wobec normalnego męskiego ramienia? On wykazał swoją siłę, ona swoją bezbronność. Dwie najbardziej płciowe cechy. A żona, idiotka, kula się ze śmiechu i woła: "Jeszcze raz! Jeszcze raz!" - nie wiedząc, że on jeszcze raz spróbuje się mocować, ale na pewno nie w jej obecności, i że to się skończy całkiem dla niej niewesoło.
Jedyna przyjaciółka, którą żona może gościć u siebie (na krótko), to jej własna matka. Zaraz przykróci troszkę mężowski autorytet, pobruździ, pointryguje troszeczkę, pomodli się: żeby nareszcie dzieciątko... ale w gruncie rzeczy jej zła opinia jest mocno przesadzona, a zalety niedoceniane. Przede wszystkim mąż czuje, że żona ma za sobą silne plecy i biust też, wspaniały biust teściowej; zaczyna się trochę bać - zawsze co dwie baby, to nie jedna, tu nie ma żartów - a potem rozkosz samotności we dwoje, gdy odjedzie, i nowa fala miłości...
Ale na ogół - jak najmniej bab! Baba w dom, wróg w dom. Taka własna siostra na przykład - jak może popsuć miły małżeński spokój, zamącić stojącą wodę o pokojowej temperaturze. Mężowie na ogół nie lubią szwagierek, bo i co z tym robić? Całować nie wypada; jeszcze pójdzie to opowiedzieć jego żonie. Kochać jak własną siostrę? Nie ma najmniejszego powodu... Pozostają więc tylko kłótnie, uszczypki, zaczepki i dogryzki, bo przecież żaden mężczyzna nie może przejść koło młodej kobiety tak zupełnie obojętnie. Nie wolno mu jej traktować w sposób zaczepno-erotyczny, więc będzie ją tępił i atmosfera stanie się dla wszystkich trojga niemożliwa. Siostrzyczka będzie ciągle przesiadywać w pokoju jego żony na poufnych pogawędkach, których jedynym tematem będzie "on". Najintymniejsze sekrety alkowy będą tam wywlekane. O tym, jak cynicznie (na poczciwo) potrafią ze sobą rozmawiać kobiety, te właśnie najcnotliwsze, wiemy wszyscy! Najbardziej ponure lekarskie terminy będą fruwać w powietrzu jak niewinne motylki. Mąż domyśla się tego, jest wściekły, coraz częściej znika z domu - "Żebyście się mogły nagadać" - powiada ze złością. Cały dom gra z hukiem na "dysharmonii", a siostrzyczka wzdycha i mówi:
- Tak, tak, rozwody, to już u nas rodzinne...
Mężowie, w inny sposób niż kobiety, też popychają swe żony do zdrady.
- Ja jej ufam - mówi taki jołop i posyła babę samą nad morze czy do Zakopanego. W Zakopanem zaś narciarze i taternicy, a nad morzem "Wasser-Polacy" przekonają go prędko, że nikomu nie może dowierzać.
Jeśli chodzi o pójście na dansing, to mężowie też lubią się wykręcać młodymi ludźmi.
- Oddaję panu moją żonę pod opiekę - mówi taki poczciwiec, przecierając okulary. - Musi pan dzisiaj mnie zastąpić...
Jak zastąpić, to zastąpić. Młodzieniec bierze swoją misję dosłownie. Dawniej trzeba było damę rozkochać w sobie, dziś należy ją tylko dobrze roztańczyć, a wówczas w powrotnej drodze z dansingu do domu taksówką zdradzi męża - że się tak wyrażę "taksametralnie" - to pewne i nieuniknione.
Macie żonę lubiącą pląsy - to musicie się poświęcić i chodzić z nią sami na dansingi...
Małżeńskie kłótnie
O kłótnie w małżeństwie jest niesłychanie łatwo. Łatwiej o wiele niż w innych związkach rodzinnych. Rzadko się zdarza, żeby dorosły brat kłócił się z dorosłą siostrą, ojciec z córką zamężną lub matka z dorosłym synem. Przeciwnie, widać nawet nieraz między nimi kurtuazję, uprzejmość, chęć dogodzenia sobie nawzajem. Brat chodzi godzinami ze swoją siostrą na spacer, zamęczając ją inteligentną rozmową, ojciec najlepiej się bawi w towarzystwie swojej córki i tak dalej... W małżeństwie po kilkunastu latach byłoby to samo, gdyby między małżonkami nie stało groźne czworonożne stworzenie, pełne dziwnych pretensji i zachceń - łóżko.
Niby na pozór rodzina, dzieci, wspólny dom, kłopoty finansowe, a w to wszystko wmieszany jakiś najniższego gatunku erotyzm, jakieś: "dla zdrowia", "dla świętego spokoju", "dla obowiązku". Myśl o tych "obowiązkach" psuje prawdziwą przyjaźń, wywołuje żale, gorycze, pretensje i tęsknoty "za czymś innym"...
Te łóżkowe pretensje, zawody, przemilczane wstręty wywołują na drugi dzień kłótnie i swary o byle co. Wystarczy na przykład, żeby pani domu zapragnęła schudnąć, tak aby jej przyjaciel mógł ją na rękach nosić, a atmosfera z powodu skąpych obiadów stanie się przy stole nie do zniesienia. Są to prawdziwe "rozkosze stołu", znane wszystkim długo zaślubionym.
- Znowu wstanę głodny od stołu - grozi mąż.
- Za to dostaniesz na leguminę kawałek babki - stara się go uspokoić biedna żona.
- Co? - krzyczy już brzydkim głosem małżonek. - Tę starą babkę jeszcze ze świąt? Ha, trudno, taki już mój los, same stare baby koło mnie.
Tego naturalnie jest już troszkę za wiele; pani wybucha płaczem, pan zaś rzuca serwetkę, jak rękawicę przeciwnikowi, i idzie na obiad do restauracji.
Pies przy stole też może być powodem poważniejszej kłótni małżeńskiej. Pan na przykład lubi żywić psa przy stole. "Jak człowiek pracuje ciężko cały dzień, to może mieć przynajmniej tę jedną małą przyjemność". (Oczywiście jest to lekka aluzja, że inne przyjemności wspólnego pożycia wcale się nie liczą.)
Pan domu lubi szantażować wszystkich w domu swoją ciężką pracą. Pracujące żony odjęły mężczyznom tę broń, którą oni przed żonami tyle lat wymachiwali z powodzeniem. Dzisiejsza kobieta - która wcześnie wstaje i sama zarabia na życie (to znaczy na kino, fryzjera i pończochy) - butnie spogląda na pracującego męża i mówi:
- Ja też jestem człowiekiem pracującym, potrzebuję przy obiedzie spokoju, i dlatego wymagam, żeby pies natychmiast opuścił ten pokój.
- Pies nie wyjdzie! - odpowiada na to mąż.
- Pies wyjdzie, a jak nie, to ja wstanę od stołu.
Wstanie od stołu było z dawien dawna specyficzną groźbą pani domu, co, wypowiedziane tonem pełnym powagi i bólu, robiło na współbiesiadnikach głębokie wrażenie. Dzisiaj groźba ta straciła bardzo na znaczeniu; ojciec mówi:
- A proszę bardzo, będzie nam wszystkim weselej!
A dzieci śmieją się w zupę, ciesząc się, że się zanosi na grubszą awanturę.
Na drugi dzień pies znowu kręci się naokoło stołu, wachlując wszystkich czerwonym, rozradowanym językiem i kładąc z bezczelnością pięknej kobiety zabłocone nogi na krześle. Wówczas żona wynosi się z godnością i talerzem do drugiego pokoju i w ten sposób robi się pierwszy krok do "separacji od stołu". Ten sam mąż jednak, gdyby tu chodziło o jego własną matkę i jej niechęć do psów, w tej chwili, bez gadania, wyprowadziłby zwierzaka do sieni.
Święta Tereska powiedziała bardzo mądrze, że największymi cnotami w życiu są "cierpliwość i dobry humor". Jeśli w małżeństwie jedna strona przynajmniej posiada te dwie zalety, wówczas żadna prawdziwa kłótnia się nie uda, a każdy przytyk lub ostra uwaga mogą być obrócone w dowcip. Żony często mają cierpliwość, ale znaleźć u nich zmysł humoru byłoby rzeczą tak trudną, jak znaleźć w polskim morzu muszlę z perłami.
Mąż-matka
Młoda panna lub rozwódka wychodząc za mąż, nie liczy się z jednym faktem, że w mężu odnajdzie przede wszystkim własną matkę. Nie będzie on jej pozwalał się malować, palić papierosów, flirtować, zupełnie jak mama. Ten sam młody człowiek, który starając się o jej względy, namawiał ją do picia wódek, mówiąc: "Jeszcze jeden na pani zdrowie! A teraz na moje! A teraz pod tę kanapkę! No, a teraz jeszcze jeden, pod wojsko polskie!" - ten sam człowiek jako mąż nie pozwala jej wcale pić.
O gołe plecy swojej żony, idącej na bal, zazdrosny jest jak muzułmanin starej daty o twarz ukochanej.
- Matka moich dzieci nie pójdzie między ludzi w tak wyciętej sukni - mówi surowo.
"Matka moich dzieci" jest to jedno z takich charakterystycznych mężowskich powiedzonek, które, słyszane przez samotne kobiety, nieposiadające ani męża, ani domu, wywołuje na ich ustach uśmiech triumfu. To powiedzenie słyszy się obecnie coraz rzadziej, ponieważ w dzisiejszych niepewnych czasach nikt nie może przysiąc, czy to, co posiada, jest naprawdę jego własnością. O surowej cnocie, którą ten zlumpowany często młodzieniec nakłada na swoją żonę, można by długo pisać. Co chwila używa słowa: "nie wypada", którego nie używał nigdy w stosunku do innych kobiet. Gdy młoda pani założy za wysoko nogę na nogę, mówi lakonicznie: "Kolano"... Gdy zmarszczy czoło, tym samym głosem mówi: "Czoło"... Gdy zacznie opowiadać jakąś śmiałą anegdotę, mruga na nią okiem i zagaduje. O dziesiątej godzinie wieczorem woła: "Spać! spać! spać!". To wszystko są objawy wielkiego przywiązania i rodzinnej miłości, która potrafi naprowadzić człowieka na myśl, że samotność jest wielkim szczęściem, na które człowiek, to towarzyskie zwierzę, widocznie nie zasłużył.
Z tego rodzaju rodzinnych uczuć, polegających na ciągłym "niepozwalaniu" i nieustannej opiece, rodzi się zwykle smutna blada córeczka NUDA, przysporzycielka rozwodów, przeciwko której tak częstym urodzinom powinny powstać odpowiednie poradnie...
W jaki sposób zdobywa się męża?
Każdy mężczyzna jest jak ptaszek; chciałby pokochać, zaśpiewać krótką pieśń miłosną i zwiać; kobieta jest jak chłopiec starający się owego śpiewającego ptaszka złapać do klatki, którą jest dla mężczyzny małżeństwo. Jedną ręką sypie mu ziarno, a drugą nakrywa gruchającego gołąbka czapką lub klatką bez dna. Tokującego głuszca łatwo jest zastrzelić, korzystając z jego bezprzytomnego tańca, do tokującego mężczyzny się nie strzela, natomiast z lekka nieprzytomnego prowadzi się do ołtarza.
Do ślubnego kobierca prowadzą zwykle dwie drogi: przez zmysły i przez głupotę. Wypadków małżeństwa z obowiązku i uczciwości jest tak mało, że nie warto o nich wspominać. Znałam tylko jeden taki wypadek, gdy pewien młodzieniec, zawieszony nad przepaścią, zrobił votum, że ożeni się ze swoją długoletnią przyjaciółką, jeśli zdoła ujść z życiem z owej groźnej sytuacji. Bogowie uznali jego "nadludzkie" poświęcenie za dostateczne i młodzian został wyratowany. Inne małżeństwa kochanków, stosunkowo dość częste, zawierane bywają zwykle na tle dużego przywiązania zmysłowego, nigdy zaś na skutek wybujałej uczciwości i szlachetności ze strony mężczyzny.
Przywiązać męża "zmysłowo" - znaczy przywiązać go do siebie duchowo. "Niestety - powiedział Shaw - człowiek nie składa się z samego parteru"...
Daleko ważniejsze jest to, jakim się jest po i przed atakiem miłości aniżeli w trakcie. To oczywiście odnosi się do obydwóch stron. W jednym z pism kobiecych notowano niedawno, że pewna żona zażądała rozwodu od bardzo kochającego męża, a jako jedyny powód podała jego stałe milczenie. Z kobiecego punktu widzenia milczek, który po "szałach" nie potrafi powiedzieć jednego czułego słowa lub chociażby porozmawiać po ludzku, nie nadaje się zupełnie na stałego partnera.
Mężczyźni wolą znowu spokojne i tajemnicze kobiety.
- Z tą kobietą ożeniłbym się w tej chwili - powiedział jeden mężczyzna o swojej znajomej - bo ona, będąc razem, potrafi czasem nie być, staje się chwilami cieniem, czymś tak lekkim, że zdawałoby się, iż się ulotniła, mimo że jest blisko.
Oto tajemnica powodzenia: "nie być" wciąż, nie zamęczać swoją osobą, nie zanudzać swoimi babskimi sprawami, w których mężczyzna obraca się tak niezgrabnie, jak dorosły w dziecinnym pokoju zarzuconym zabawkami.
A poza tym trzeba być niespodziewanym, prawie że nieobliczalnym. Nic tak nie "bierze", jak na przykład niespodziewana czułość i zrozumienie zamiast awantury, na którą się było z góry przygotowanym; i przeciwnie - otrzymanie lodów zamiast spodziewanej szklanki gorącej herbaty.
Jednakowość, nawet najczulsza i najsłodsza, sprzykrzy się. Zmienność, nierówność usposobienia denerwuje, złości, ale zaciekawia i rzadko kiedy znudzi. A przede wszystkim dozy! Wszystko dozowane, czasem nawet w homeopatycznych dawkach. Krótkie rozstanie na przykład jest świetną pożywką dla bakcyla miłości, długie - może go nawet zabić. Krótka burza każdemu z nas ulży, długa z ulewą i gradem - nudzi i złości. Gdy czasem zdarzy się wspaniałe gorące lato bez kropli deszczu, wypatrujemy chmurki na niebie z utęsknieniem. Miłość bez scen zazdrości, awantur, gorzkich przemilczeń - jest równie ciężka i męcząca jak takie beznadziejne, piękne lato. Do zjawiska miłości jesteśmy zupełnie tak samo ustosunkowani, jak do wszystkiego innego, co nas otacza, tylko zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy...
Przyzwyczailiśmy się do tego, że mówiąc o przyszłych zadaniach żony, o wyborze męża... etc. zwracamy się do panien. Tymczasem dzisiejsze życie stworzyło nowe kandydatki do małżeństwa, a mianowicie rozwódki: O czym młoda rozwódka przed ślubem wiedzieć powinna - oto tytuł nowego podręcznika, który bezwarunkowo powinien się ukazać na półkach księgarskich.
Einmal ist keinmal6 - brzmi niemieckie przysłowie; rozwodnice myślą to samo i z zapałem dążą do nowego małżeństwa. "Człowiek, który postradał żonę, a żeni się powtórnie, nie jest wart szczęścia, które go spotkało" - powiedział jakiś wschodni mędrzec. Mimo to powtórne małżeństwo lepsze jest od pierwszego; ludzie nabierają wprawy, starają się unikać błędów popełnianych w poprzednim małżeństwie, są starsi, roztropniejsi, bardziej doświadczeni, bardziej "ludzcy" w stosunku do siebie.
Gdy rozwódka przekroczy symboliczną liczbę czterdzieści i cztery, szuka zwykle młodego męża. Pan starszy żeni się zazwyczaj drugi raz z młodą dziewczyną. Nurzanie się w młodości cudzej, zajadanie się nią jest wielkim szczęściem, ale krótkim i "wymłokosi" się prędko. Na zdrady wówczas trzeba być z góry przygotowanym. Młodość ciągnie do młodości jak dziecko do dziecka. Tylko starość nie lgnie do starości, przeciwnie, ma do siebie wstręt, bardzo zresztą niesłuszny. Czterdziestokilkuletnia dama, dobrze zakonserwowana w wecku sportów i kosmetyków, powinna, jeśli się taka okazja nadarzy, wyjść za mąż za pięćdziesięcioletniego dżentelmena, z głową czasem jak Łysa Polana, ale za to z sercem niezepsutym bezczelnością młodości. Pięćdziesięcioletni pan będzie ją tak traktował, że małżeństwo z nim stanie się dla niej kuracją odmładzającą.
Przede wszystkim będzie mówił do niej per "dziecko" ("Czy dziecko nie potrzebuje pieniędzy?" - "Czy nie obetrzeć noska?" etc.). Będzie ją traktował jak małą dziewczynkę i mówił do niej: "Wy, młodzi...". Po roku małżeństwa z takim miłym starszym panem czterdziestokilkulatka będzie się czuła jak smarkata, co niesłychanie dobrze wpłynie na jej wygląd i samopoczucie.
Zakończenie
W jednym niemieckim małomieszczańskim domu między innymi "szpruchami" widniał wyhaftowany na serwecie napis: Frau, ärgere Deinen Mann nicht! (Żono, nie irytuj swego męża!).
W sypialni każdego małżeństwa przydałoby się wiele takich "szpruchów", przypominających, czego należy we wspólnym pożyciu unikać.
Dla żony:
Zrób awanturę, a nie jęcz!
Nie upokarzaj swego męża przy ludziach!
Nie zamęczaj go sprawami dziecinnego pokoju, to nie jego rewir!
Pozwól mu opowiedzieć jeszcze raz historyjkę, którą znasz na pamięć!
Nie mów, że najbrzydsze z dzieci jest do niego podobne!
Nie każ mu zawsze na siebie czekać!
Pozwól mu milczeć i czytać gazetę; w przeciwnym razie usłyszysz coś nieprzyjemnego!
Bądź jego adwokatem, a nie sędzią śledczym!
Pozwól mu zatrzymać jego kolegów na kolacji; pamiętaj, że gość może jeść to samo, co wy!
Nie bądź kumą-troską, śmiej się! Od śmiechu nigdy jeszcze nikt nie pękł!
Pamiętaj, że twoja przyjaciółka zrobi ci więcej krzywdy niż jego własna!
Nie opowiadaj mu swoich przedślubnych przygód miłosnych; tym mu nie zaimponujesz - on ich miał więcej niż ty!
Nie mów do niego ironicznie przy innych kobietach: "Ty i temperament!" - tego ci nigdy nie daruje!
Gdy robisz kurację odchudzającą, myśl tylko o sobie.
Nie pozwól mu się fizycznie zaniedbywać. Pod tym względem wolno ci być bez sumienia!
Jeśli uważasz go za "głowę rodziny", nie siadaj na niej!
Jeśli go musisz ukłuć, to nie rób tego w miejsce, w które go kłują wszyscy!
Miej lustro i patrz w lustro!
Staraj się być ładną w każdym wieku!
Przyszyj mu guzik, ale nie szyj mu butów!
Miej zawsze w pokoju dużą wodę kolońską i małe kieliszki do wódki!
A teraz dla męża:
Pozwól się zawsze żonie malować, inaczej inne kobiety będą ci się więcej od niej podobać!
Chcesz, żeby za dużo nie mówiła - pozwól jej palić papierosy!
Jeśli ma "robaka", nie broń jej zalewać go od czasu do czasu alkoholem!
Na spacerze przystawaj z nią przed sklepami z damskimi rzeczami!
Nie proponuj jej, żeby w ubiorze czy w zachowaniu naśladowała twoje znajome - znienawidzi je!
Mów jej drobne komplementy; podtrzymują one każde uczucie, jak drobne prezenty, a o wiele mniej kosztują!
Jeśli ma duży temperament, namawiaj ją do sportów; będziesz mógł wówczas spokojnie spać!
Młody mąż nie powinien nigdy zasypiać, zanim jego żona nie zaśnie!
Staraj się pachnąć przyjemnie: nie wierz w to, że mężczyzna może się nie myć!
Pamiętaj, że nic tak nie podtrzymuje miłości w małżeństwie, jak przyjemny zapach skóry!
W dzień obchodź się z żoną jak z przyjacielem, w nocy jak z przyjaciółką!
Nie przykładaj za wielkiej wagi do dobrej kuchni; nic nie szkodzi, jak trochę schudniesz!
Nie spaceruj bez powodu goły po mieszkaniu, pamiętaj, że nie jesteś piękną kobietą ani Apollem!
Nie budź żony rano, gdy idziesz do twojego zajęcia. Kto rano wstaje, ten chodzi potem kwaśny cały dzień!
Gdy spostrzeżesz u niej brak inteligencji, cierp, ale nie mów jej o tym, bo jeszcze więcej zgłupieje!
Wracając z żoną wieczorem, nie skąp na taksówkę; pamiętaj, że z obcą panią nie wracałbyś piechotą!
Nie złość się na nią, nie używaj imienia diabła nadaremno!
Kto się złości, traci na sile!
Nie bierz tragicznie jej humorów, chandrowatych nastrojów i smętków; gdybyś miał wewnątrz siebie pokój dziecinny, zawsze gotowy do przyjęcia nowego lokatora, a zamiast muskułów kobiece wdzięki, tobyś też nieraz martwił się bez powodu i nucił łzawo polskie tanga!
***
...Na tych "szpruchach", które oby każdy wypisał sobie złotymi zgłoskami w pamięci, kończymy, ku uciesze czytelnika, niniejszy cykl.