Tylko dla mężczyzn - Magdalena Samozwaniec

-
Proszę czekać

JAK BYĆ SZCZĘŚLIWYM W MAŁŻEŃSTWIE (rady i wskazówki)

Gdy­by męż­czy­zna nie miał się ze­sta­rzeć, nie ży­czył­bym mu w ogó­le mał­żeń­stwa.

Na­po­le­on I

Mał­żeń­stwo jest umie­jęt­no­ścią.

Bal­zac

Wstęp

Od cza­su nie­oce­nio­nej Fi­zjo­lo­gii mał­żeń­stwa Bal­za­ca dużo cza­su upły­nę­ło, a ma­rze­nia tego wiel­kie­go re­for­ma­to­ra po­ży­cia mał­żeń­skie­go, tak nie­do­ści­głe wów­czas, wcie­li­ły się dziś w ży­cie dro­gą ewo­lu­cji i po­stę­pu: pan­ny flir­tu­ją przed ślu­bem (jak pan Bal­zac przy­ka­zał). Jego nie­śmia­łe ży­cze­nie, żeby mał­żeń­stwa sy­pia­ły od­dziel­nie, jest dziś czę­stym wy­pad­kiem. "Pro­ro­ki" nie ro­dzą się co roku, jak to daw­niej by­wa­ło, a pa­no­wie w wie­ku bal­za­kow­skim (to zna­czy ta­kim, w ja­kim był Bal­zac pi­sząc swo­ją Fi­zjo­lo­gię) nie sy­pia­ją w szlaf­my­cach lub fu­la­rach na gło­wie, co im ten wiel­ki pi­sarz miał tak bar­dzo za złe.

Bal­zac w swo­im dzie­le zaj­mu­je się prze­waż­nie nie­unik­nio­ną we­dług nie­go zdra­dą żony, prze­ciw­ko któ­rej po­da­je mę­żom wie­le dro­go­cen­nych rad i wska­zó­wek. Ten ge­nial­ny hu­mo­ry­sta zro­zu­miał do­sko­na­le, że nie­moż­li­wą rze­czą dla ko­bie­ty było nie zdra­dzić ta­kiej "baby-dzia­da" w szlaf­my­cy, w dłu­giej noc­nej ko­szu­li, śmiesz­ne­go noc­ne­go mar­ka, włó­czą­ce­go się po ko­ry­ta­rzach ze świecz­ką, jak nam to po­ka­zu­ją sta­ro­świec­kie ka­ry­ka­tu­ry i szty­chy. Ów­cze­sne żony też nie były tak atrak­cyj­ne, jak dzi­siej­sze. No­si­ły one ka­fta­ni­ki za­pię­te pod szy­ję, a na gło­wie czep­ce. Wia­do­mo jed­nak, że ko­bie­ca uro­da ma taką siłę pro­mie­nio­wa­nia, iż naj­cno­tliw­sze płót­na i naj­mniej prze­zro­czy­ste per­ka­le za­wsze ją prze­pusz­czą. Bal­za­kow­ski mąż za­plą­ta­ny w dłu­gie gie­zło i fu­la­ry, wy­glą­da­ją­cy ra­czej na ja­kąś ku­zyn­kę swo­jej mat­ki, do któ­re­go żona mo­gła­by za­wo­łać sło­wa­mi Boya: "Moja ty luba piesz­czot­ko, bądź­że mi choć ciot­ką", na­ka­za­ne miał z góry przez swo­je­go ojca, żeby "nie ro­bić z żony ko­chan­ki". To po­boż­ne ży­cze­nie oj­cow­skie do nie­daw­na mia­ło jesz­cze wśród mło­dych mę­żów wie­lu zwo­len­ni­ków. Cóż więc mia­ła ro­bić daw­na ślicz­na mę­ża­tecz­ka, je­śli nie zna­leźć so­bie aman­ta, któ­ry ro­man­tycz­nie za­kra­da­jąc się pod­czas nie­obec­no­ści pana domu do jej al­ko­wy, pięk­nie odzia­ny, utre­fio­ny i "la­ren­do­grą" skro­pio­ny, w ni­czym nie przy­po­mi­nał "cio­cio-bab­ki" w szlaf­my­cy. Męż­czyź­nie za­wsze - je­śli cho­dzi­ło o mał­żeń­stwo - przy­pa­da­ło pra­wo wy­bo­ru, pan­nę po pro­stu ro­dzi­ce wy­da­wa­li za mąż. Urzą­dza­li za jej ple­ca­mi ist­ne Tar­gi Wschod­nie, tłu­ma­cząc jej po­boż­nie, że "mąż i żona od Boga prze­zna­czo­na", po czym wie­dli to nie­win­ne bia­łe ja­gnię do oł­ta­rza, za­cie­ra­jąc ręce, że dwa ma­jąt­ki, dwa sta­re na­zwi­ska lub dwa do­brze pro­spe­ru­ją­ce skle­py po­łą­czą ze sobą. Nie­wi­niąt­ko nie bar­dzo się bro­ni­ło (co praw­da mał­żeń­stwo mia­ło za­wsze dla pa­nien nie­od­par­ty urok), na­wet je­śli kan­dy­da­tem był pan star­szy lub pan łysy. Oprócz wła­sne­go domu i wła­snych me­bli da­wa­ło mał­żeń­stwo jesz­cze i inne po­bocz­ne przy­jem­no­ści, jako to, że się bę­dzie wresz­cie do­ro­słą oso­bą, że się bę­dzie mo­gło wszyst­ko czy­tać, a w po­wo­zie bę­dzie się sie­dzia­ło na głów­nym sie­dze­niu, nie jak do­tąd na ma­łej ła­wecz­ce. Han­del nie­wol­ni­ca­mi kwitł, je­śli cho­dzi­ło o mał­żeń­stwo, w tych daw­nych, nie­przy­zwo­itych cza­sach (z tą róż­ni­cą tyl­ko, że się na­byw­cy do to­wa­ru jesz­cze do­pła­ca­ło). Nie­wol­ni­ca, po­kor­na i po­tul­na, po­ró­sł­szy w mał­żeń­ską pie­rzy­nę, na­bie­ra­ła z wol­na pew­no­ści sie­bie, sta­wa­ła się kró­lo­wą, wy­ma­ga­ją­cą dla sie­bie ho­no­rów, aten­cyj, po­wo­zów i bi­żu­te­rii.

W ma­jęt­nych do­mach taka kró­lo­wa mat­ka do­sta­wa­ła za każ­de­go ba­cho­ra (a co rok to pro­rok) ja­kąś kosz­tow­ną bi­żu­te­rię. (Klnę się na za­śli­nio­ną bro­dę ta­kie­go "pro­ro­ka", że u jed­nej star­szej damy ster­cza­ły na wszyst­kich pal­cach "uro­dzi­no­we" pier­ścion­ki, a ona, ra­chu­jąc na owych pal­cach, mó­wi­ła: "Ten za Ja­cu­sia, ten za Me­la­się, ten za Pa­weł­ka" etc.) Żona roz­ra­sta­ła się, roz­wi­ja­ła, mno­ży­ła, a mąż kur­czył się, ma­lał, w koń­cu sta­wał się dla niej, tak jak okre­ślił to je­den Fran­cuz, "słu­żą­cym da­nym ko­bie­cie przez na­tu­rę". Dziś, kie­dy mał­żeń­stwa z woli ro­dzi­ców nie­mal się nie zda­rza­ją, kie­dy nikt ni­ko­go nie ku­pu­je i nic ni­ko­mu nie jest "wi­nien", kie­dy mę­żo­wie cho­dzą spać bez szlaf­my­cy, a mło­dzi po­bie­ra­ją się z mi­ło­ści lub czy­stej fan­ta­zji, zdra­da żony nie jest rze­czą ko­niecz­ną i z góry prze­wi­dzia­ną, jak za cza­sów Bal­za­ca. Mąż, tak zwa­ny ro­gacz, ośmie­szo­ny przez lek­ką li­te­ra­tu­rę fran­cu­ską, bie­da­czy­sko, któ­ry nie zdra­dzał żony z bra­ku po­wo­dze­nia u ko­biet, też wy­szedł cał­kiem z obie­gu. Dzi­siej­sze mał­żeń­stwa albo się zdra­dza­ją na­wza­jem i nie mają so­bie nic do wy­rzu­ce­nia, albo też roz­cho­dzą się, żeby wstą­pić w zwią­zek mał­żeń­ski po raz dru­gi. Wiel­kie tra­ge­die mał­żeń­skie, je­śli się na­wet zda­rza­ją, to zwy­kle na tle ka­ta­strof fi­nan­so­wych, a nie uczu­cio­wych. Naj­now­szy zaś mo­del mał­żeń­stwa - to mał­żeń­stwo spor­to­wo-ko­le­żeń­skie, gdzie nar­ty i ka­ja­ki za­stę­pu­ją (do cza­su) smocz­ki i ko­ły­ski, a wza­jem­na przy­jaźń za­stę­pu­je z po­wo­dze­niem daw­ny "obo­pól­ny sza­cu­nek". Inna kwe­stia, że w spor­to­wej żo­nie-ko­le­żan­ce też za­czy­na z bie­giem lat ro­snąć, jak w pie­cu, "baba", a w mężu-ko­le­dze - po­nu­rak, ale wszyst­ko to ra­zem nie jest groź­ne i w ni­czym nie przy­po­mi­na daw­nych nie­szczę­śli­wych mał­żeństw, któ­re dźwi­ga­ły jarz­mo ży­cia, jak dwa gry­zą­ce się ko­nie w jed­nym za­przę­gu. Dla tego no­we­go typu mał­żeństw po­sta­ra­li­śmy się (pi­sa­rze "se­rio" pi­szą za­wsze o so­bie "my") ze­brać wie­le cen­nych spo­strze­żeń, rad i wska­zó­wek, któ­re mogą, je­śli nie wie­le do­bre­go zdzia­łać, to w każ­dym ra­zie wy­wo­łać za­sta­no­wie­nie łącz­nie z po­god­nym uśmie­chem.

Wady i za­le­ty mał­żeń­skiej in­sty­tu­cji

Pe­wien chło­piec, gdy na­uczy­ciel za­py­tał go w szko­le, ja­kie są grze­chy głów­ne, od­po­wie­dział bez na­my­słu: "ła­kom­stwo, mał­żeń­stwo i świń­stwo". To oczy­wi­ście aneg­do­ta, ale czyż mał­żeń­stwo w wie­lu wy­pad­kach nie jest cięż­kim grze­chem? Mał­żeń­stwa lu­dzi cho­rych, a poza tym tak zwa­ne mał­żeń­stwa z roz­sąd­ku moż­na śmia­ło za­li­czyć do tej ka­te­go­rii. W ży­ciu zwie­rząt ist­nie­ją po­dob­no wszyst­kie sek­su­al­ne zbo­cze­nia, nie ist­nie­je tyl­ko jed­no - mi­łość in­te­re­sow­na, ko­ja­rze­nie się dla po­pra­wie­nia so­bie bytu. Gdy­by na przy­kład sta­ra, cho­ra ja­skół­ka mia­ła naj­le­piej urzą­dzo­ne i za­opa­trzo­ne gniazd­ko, nie bę­dzie mieć przez to więk­sze­go po­wo­dze­nia u ja­skół­czych sam­ców, jak­by to mo­gło się zda­rzyć u lu­dzi. Ktoś po­wie­dział kie­dyś słusz­nie, że mał­żeń­stwo zo­sta­ło wy­my­ślo­ne dla ko­biet i dzie­ci. Wszyst­kie ko­bie­ty dążą do mał­żeń­stwa, wszy­scy męż­czyź­ni do ro­man­su. Naj­mą­drzej­sza ko­chan­ka bę­dzie za­wsze pod tym wzglę­dem nie­pew­nym przy­ja­cie­lem męż­czy­zny. Być na sta­rość le­gal­nie utrzy­my­wa­ną przez męż­czy­znę - oto ci­che ma­rze­nie każ­dej ko­bie­ty. Ilość uwie­dzio­nych "na mał­żeń­stwo" mło­dych chłop­ców jest na pew­no nie mniej­sza niż ilość uwie­dzio­nych przez nich "na ro­mans" mło­dych dziew­cząt. Uwie­dzio­nych "na mał­żeń­stwo" mło­dych lu­dzi nikt nie ża­łu­je, cho­ciaż są czę­sto tak bar­dzo po­ża­ło­wa­nia god­ni. Że­nią się nie­raz tyl­ko przez uczci­wość z chy­trym a dra­ma­ty­zu­ją­cym dziew­czę­ciem, czę­sto zu­peł­nie dla nich nie­od­po­wied­nim jako sfe­ra i kul­tu­ra, a do­szedł­szy póź­niej do po­waż­ne­go i od­po­wie­dzial­ne­go sta­no­wi­ska, mu­szą całe ży­cie iść koło or­dy­nar­ne­go babsz­ty­la, plot­ku­ją­cej ku­mosz­ki, ja­kiejś "sa­bat-ma­ter", któ­ra utrud­nia im sto­sun­ki z ludź­mi i cięż­ką wspi­nacz­kę ku świet­nej ka­rie­rze. Że­nić po­win­ni się lu­dzie albo tuż przed, albo po trzy­dzie­st­ce, bo wte­dy mniej wię­cej zda­ją so­bie spra­wę z do­nio­sło­ści tego zda­rze­nia. Mał­żeń­stwa nie­do­rost­ków zwy­kle koń­czą się smut­no: albo na­stę­pu­je roz­wód, albo też są całe ży­cie z sobą nie­szczę­śli­wi. Gdy­by za­war­cie mał­żeń­stwa zwią­za­ne było z ty­lo­ma trud­no­ścia­mi co (na­wet dzi­siaj) uzy­ska­nie roz­wo­du, to ilość obroń­ców kon­sy­stor­skich zmniej­szy­ła­by się do mi­ni­mum. Trze­ba wziąć pod uwa­gę, że mał­żeń­stwo, jako ta­kie, w świe­cie zwie­rzę­cym nie ist­nie­je wła­ści­wie wca­le. Do­zgon­ną wier­ność mał­żeń­ską ob­ser­wo­wać moż­na tyl­ko u par­ki za­mknię­tej w jed­nej klat­ce w ja­kimś ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym.

W dżun­gli, na swo­bo­dzie, o żad­nych mał­żeń­stwach nie ma mowy; każ­da pa­puż­ka może być chwi­lo­wą żoną pa­pu­zie­go sam­ca, każ­dy lew - przy­god­nym mę­żem lwi­cy. I wła­śnie dla­te­go, że mał­żeń­stwo jest tak ści­śle ludz­kim wy­na­laz­kiem, za­wie­rać je po­win­ny osob­ni­ki an­ty­zwie­rzę­ce, po­sia­da­ją­ce tro­chę kul­tu­ry i in­te­li­gen­cji. Jak wy­glą­da­ją mał­żeń­stwa ta­kich des b?tes hu­ma­ines1 wie­my do­brze z ru­bry­ki zbrod­ni w co­dzien­nych pi­smach. Mąż pi­jak za­bi­ja żonę, oj­ciec "li­to­ści­wy" topi, jak kota, wła­sne­go syn­ka, tłu­ma­cząc się po­tem w są­dzie, że uczy­nił to z bie­dy i tak da­lej. Szcze­gól­nie za­bi­ja­nie wła­snych żon we­szło tak u tego ro­dza­ju ludz­kich zwie­rząt w modę, że do przy­się­gi ślub­nej po­win­no być do­da­ne: "A iż cię nie za­bi­ję aż do śmier­ci - amen!".

Ko­bie­ty, jak już wspo­mnie­li­śmy, lu­bią wy­cho­dzić za mąż; nie moż­na im się zu­peł­nie dzi­wić, po­nie­waż w roz­ma­itych wa­run­kach cią­gną one z tej in­sty­tu­cji da­le­ko więk­sze be­ne­fi­cja niż męż­czyź­ni. Szcze­gól­nie w dzi­siej­szych cza­sach, kie­dy jest tyle ko­biet, mieć za­wsze ko­goś, kto od­pro­wa­dzi do domu i za­pła­ci za kawę, jest rze­czą przy­jem­ną i prak­tycz­ną. Poza tym mał­żeń­stwo jest tro­chę tak jak okręt: trud­no mę­żo­wi z nie­go uciec; na­wet gdy się naj­bar­dziej ob­ra­zi i po­gnie­wa, za­wsze musi wró­cić do domu, gdzie ma swo­je rze­czy we wspól­nej sza­fie. Ko­bie­ty nie po­win­ny za­po­mi­nać, że męż­czy­zna przez swo­ją fi­zycz­ną na­tu­rę nie jest zu­peł­nie do mał­żeń­stwa i wier­no­ści stwo­rzo­ny - wprost prze­ciw­nie - i że mał­żeń­stwo za­da­je gwałt jego wie­lo­żen­nej na­tu­rze. Jako ka­wa­ler mie­wał on róż­ne, dłuż­sze lub krót­sze ro­man­se (cza­sem po kil­ka na­raz), któ­re koń­czy­ły się bez ad­wo­ka­ta i bez zgo­dy obu stron. Gdy się oże­ni, każą mu na­gle zmie­nić zu­peł­nie tryb ży­cia, musi "żyć" cią­gle w tych sa­mych wa­run­kach, cią­gle z jed­ną i tą samą, któ­ra - jak każ­da ko­bie­ta - mo­gła mu się po pro­stu fi­zycz­nie sprzy­krzyć. Każ­de uczu­cie ma, tak samo jak każ­da rzecz w przy­ro­dzie, swój okres pącz­ko­wa­nia, doj­rze­wa­nia i prze­kwi­ta­nia. Gdy­by zo­sta­wić wol­ną rękę przy­ro­dzie, to każ­da mi­łość trwa­ła­by tak dłu­go, jak doj­rze­wa­nie, owo­co­wa­nie i prze­kwi­ta­nie na przy­kład po­ziom­ki. Ale tak samo, jak kul­tu­ra ogrod­ni­cza do­pro­wa­dzi­ła do tego, że są po­ziom­ki, któ­re kwit­ną i doj­rze­wa­ją po raz dru­gi w je­sie­ni, tak samo kul­tu­ra mi­ło­ści po­win­na do­pro­wa­dzić do tego, żeby każ­de uczu­cie po cza­so­wym prze­kwit­nię­ciu za­kwi­ta­ło na nowo. Ale do tego, po­dob­nie jak do po­ziom­ki je­sien­nej, po­trze­ba cie­pła. A cie­pło w mi­ło­ści to nie szał "na­mięt­no­ści", któ­ry moż­na "mię­dzy fil­my wło­żyć", ale wza­jem­ne zro­zu­mie­nie i ser­decz­ność, któ­rej tak czę­sto w mał­żeń­stwie bra­ku­je.

U dłu­go­let­nich ko­chan­ków na­wro­ty uczu­cia, szcze­gól­nie po dłuż­szym nie­wi­dze­niu się, są bar­dzo czę­stym wy­pad­kiem. Mi­łość to "cy­gań­skie dzie­cię", któ­re nie zno­si za wiel­kich wy­gód i uła­twień. To tak tro­chę, jak gdy­by się ta­ter­ni­ka chcia­ło wo­zić na szczy­ty ko­lej­ką; od razu by mu się ta­ter­nic­twa ode­chcia­ło, a pięk­ne wi­do­ki gór­skie, do­stęp­ne, uła­twio­ne, stra­ci­ły­by dla nie­go zu­peł­nie urok. Ślub, bło­go­sła­wień­stwo cio­tek i ba­bek - to dla mi­ło­ści taka wła­śnie ko­lej­ka.

Poza tym nad mał­żeń­skim ło­żem nie wisi wy­pi­sa­ne, jak by to mo­gło być w gnieź­dzie ko­chan­ków: "Śmiej­my się, może na­sza mi­łość po­trwa jesz­cze tyl­ko dwa ty­go­dnie!", ale mro­żą­ce krew w ży­łach, strasz­ne jak ja­kieś me­men­to mori: "Na za­wsze!". Wszyst­ko na zie­mi jest nie­pew­ne i nie­trwa­łe; świet­nie pro­spe­ru­ją­ce mia­sta, urzą­dzo­ne jak naj­bar­dziej "na za­wsze", zmia­ta­ne by­wa­ją z po­wierzch­ni zie­mi przez woj­ny i ży­wio­ło­we ka­ta­stro­fy. Lo­dow­ce na oce­anie miaż­dżą naj­sil­niej­sze, na oko nie­znisz­czal­ne, trans­atlan­ty­ki; jed­no tyl­ko mał­żeń­stwo ma być wy­ję­te spod ogól­ne­go pra­wa jako nie­ro­ze­rwal­ne, nie­znisz­czal­ne, chy­ba przez śmierć jed­ne­go z mał­żon­ków. Dzi­siaj, kie­dy co­raz częst­sze roz­wo­dy zo­sta­wia­ją za­wsze wpół­przy­mknię­tą furt­kę do uciecz­ki, ilość uda­nych, lu­bią­cych się mał­żeństw wzro­śnie na pew­no, mimo że po­nu­re okre­śle­nie: "moja do­zgon­na po­ło­wa" wyj­dzie zu­peł­nie z uży­cia.

To­wa­rzysz po­dró­ży

Co tu dużo ga­dać, je­dzie­my wszy­scy na wiel­kiej kuli w po­dróż po wszech­świe­cie: "Rajd w nie­zna­ne z wia­do­mą sta­cją koń­co­wą".

Sa­me­mu je­chać - z po­cząt­ku za­baw­nie, ale, po­dob­nie jak na okrę­cie, po pew­nym cza­sie sa­mot­ność i roz­mów­ki z sa­mym sobą za­czy­na­ją być po­zba­wio­ne soli i pie­przu. Roz­glą­da­my się wów­czas za to­wa­rzy­szem, a kie­dy go znaj­dzie­my, po­dróż za­czy­na na­bie­rać dla nas zu­peł­nie no­we­go uro­ku.

Jest komu po­wie­dzieć: "O, mewy!", po­ka­zać ko­muś za­chód słoń­ca (któ­ry tam­ten wi­dzi zresz­tą rów­nie do­brze, jak my). Po­tem idzie się ra­zem na obiad, któ­ry w to­wa­rzy­stwie też zu­peł­nie in­a­czej sma­ku­je.

Gdy to­wa­rzysz po­dró­ży oka­że się wy­jąt­ko­wo mi­łym kom­pa­nem, mamy ocho­tę, żeby nas nig­dy nie opu­ścił, żeby z nami po­szedł wszę­dzie (nie na ko­niec świa­ta, bo ta­ko­wy nie ist­nie­je, ale na ko­niec ko­ry­ta­rza, do na­szej ka­ju­ty).

Zu­peł­nie tak samo jest w ży­ciu; sa­me­mu żyć bar­dzo miło i swo­bod­nie, ale do cza­su - z bie­giem lat robi się zim­no i smut­no. Ro­dzi­na wła­sna, mat­ka, oj­ciec, ro­dzeń­stwo - to nie to, na ogół kwa­śno i kry­tycz­nie do czło­wie­ka usto­sun­ko­wa­ni, nie dają nam po­trzeb­ne­go do ży­cia cie­pła.

In­stynkt je­cha­nia na kuli ziem­skiej we dwój­kę jest tak sil­ny, że nie­raz sły­szy się mło­dych lu­dzi, wro­go na ogół do mał­żeń­stwa uspo­so­bio­nych, któ­rym się wy­rwie po­wie­dze­nie w ro­dza­ju: "Jak to smut­no wra­cać wie­czo­rem do pu­ste­go miesz­ka­nia, gdzie nikt się do czło­wie­ka nie ucie­szy, gdzie nie ma z kim po­ga­dać...".

Przy­po­mnij­my so­bie tak­że, jak strasz­nie jest cho­ro­wać sa­me­mu, jak bar­dzo bli­sko jest się wów­czas "tam­te­go świa­ta", na­wet gdy się cho­ru­je tyl­ko na zwy­czaj­ną gry­pę. Kto nie cho­ro­wał tak nig­dy, sam na sam z sobą, nie wie, co to za tra­ge­dia i jak bar­dzo po­trze­ba wów­czas nie ko­goś, kogo się zna od dziec­ka (mamy prze­ra­żo­nej i ję­czą­cej, znu­dzo­nej sio­stry etc.), ale wła­śnie ta­kie­go sym­pa­tycz­ne­go to­wa­rzy­sza po­dró­ży, któ­ry po­ło­ży rękę na gło­wie i za­miast po­gar­szać stan cho­re­go po­nu­rym na­stro­jem, opo­wie dla roz­we­se­le­nia ja­kiś "nowy ka­wał", któ­ry się zwy­kle zna od daw­na, ale któ­ry znów wpro­wa­dzi czło­wie­ka en ple­in2 w ten świat zna­jo­my, sta­ry, ero­tycz­ny i nie po­zba­wio­ny hu­mo­ru.

W tym wszyst­kim, oczy­wi­ście, jest dużo ma­rzy­ciel­stwa, bo ów upra­gnio­ny to­wa­rzysz po­dró­ży, gdy się jest cho­rym, bywa czę­sto nie­zno­śny, znu­dzo­ny i ucie­ka z domu. To­wa­rzysz­ka po­dró­ży wita za­póź­nio­ne­go męża (któ­ry tak ma­rzył kie­dyś o tym, żeby wró­ciw­szy do domu "mieć z kimś po­ga­dać") taką Nia­ga­rą nie­przy­jem­nych słów, że mu "po­ga­węd­ka" zbrzyd­nie na dłu­go. Mimo to jed­nak ży­cie bez to­wa­rzy­sza po­dró­ży jest dużo groź­niej­sze i bar­dziej po­nu­re niż we dwo­je, o czym zresz­tą do­brze wie­dzą wszy­scy ci, któ­rzy bez oczy­wi­ste­go po­wo­du, po pro­stu "dla to­wa­rzy­stwa", że­nią się lub wy­cho­dzą za mąż.

Jak się na­le­ży za­cho­wać pod­czas tej wspól­nej po­dró­ży przez ży­cie?

Shaw po­wie­dział, że "nie uro­dził się jesz­cze ten, kto by był na­praw­dę wart ko­cha­nia". Może w tym po­wie­dze­niu jest i dużo praw­dy, ale Shaw, jako świet­nie za­su­szo­ny sta­ru­szek, za­po­mniał, że zmy­sły to gu­sła i cza­ry, któ­re roz­ka­zu­ją nam ko­chać cał­kiem cza­sem nie­war­te­go mi­ło­ści osob­ni­ka.

Nie­raz, bę­dąc na ja­kimś ślu­bie, wi­dzi­my roz­anie­lo­ną twarz pan­ny mło­dej, uśmie­cha­ją­cej się mi­ło­śnie do swe­go cał­kiem nie­atrak­cyj­ne­go pana mło­de­go; ma się ocho­tę za­wo­łać wów­czas jak ów gu­ślarz w Dzia­dach: "Cze­góż uśmie­chasz się, cze­go? Co w nim wi­dzisz we­so­łe­go?". Zmy­sły na­kła­da­ją nam na oczy ró­żo­we oku­la­ry, przez któ­re przy­szłe ży­cie z uko­cha­nym lub uko­cha­ną wy­da­je nam się też ró­żo­we.

Od­święt­ne stro­je pań­stwa mło­dych (nie wia­do­mo dla­cze­go tak bar­dzo ga­lo­we?) ma­mią, że ży­cie tych pań­stwa po­pły­nie po ró­żach i kwia­tach po­ma­rań­czy. Ale któż po­tra­fi być dla part­ne­ra dłu­go ta­kim "szczę­ściem"?

Mąż wra­ca po­wo­li do swo­ich na­wy­czek, prze­cią­ga się, zie­wa, pali cy­ga­ro, cho­dzi po domu w pan­to­flach, wie­czo­rem ucie­ka do swo­je­go klu­bu. Żona sma­ru­je na noc twarz kre­mem, tak że wy­glą­da jak ja­kaś "cór­ka kró­la smal­cu", na­krę­ca wło­sy na pa­pier­ki, po­ka­zu­je się mę­żo­wi w przy­dep­ta­nym sta­rym ki­mo­nie, bo któż by tam się krę­po­wał ze swo­ją "dru­gą po­ło­wą" (to utar­te okre­śle­nie na pew­no na­ro­bi­ło w mał­żeń­stwie dużo szkód). Uro­cza bia­ła dama z fo­to­gra­fii po­ślub­nej cho­wa ko­ron­ko­wą bie­li­znę do sza­fy, na ja­kąś spe­cjal­ną "czar­ną go­dzi­nę".

Ślub­ny cu­duś we fra­ku, po­ło­żyw­szy się do łóż­ka, za­sy­pia bez­kar­nie jak dłu­gi, rano nosi na gło­wie czar­ną siat­kę, spod któ­rej wy­sta­ją mu uszy jak u nie­to­pe­rza - i mówi, że go coś boli. Szwen­da się po wspól­nej sy­pial­ni, z bez­wsty­dem ma­mi­ne­go syn­ka, w swo­ich cza­ru­ją­cych mę­skich kom­bi­na­cjach, w któ­rych wy­glą­da jak nie­uda­ny Ty­rol­czyk z ko­la­na­mi na wierz­chu...

Żeby to wszyst­ko, ta cała bez­kar­na bez­że­na­da mał­żeń­ska nie po­psu­ła uczu­cia, po­trze­ba wiel­kiej obu­stron­nej wy­ro­zu­mia­ło­ści i ja­kie­goś cią­głe­go roz­czu­la­nia się nad tym dru­gim, co się tak czę­sto zda­rza u ko­chan­ków, kie­dy pa­trząc na przy­kład na śpią­ce­go nie­ogo­lo­ne­go przy­ja­cie­la, my­śli się: "Ko­cha­nie moje, jak to po­tra­fi cza­sa­mi pa­skud­nie wy­glą­dać"...

Pro­bie­rzem tego uczu­cia, po­le­ga­ją­ce­go nie na ja­kiejś wście­kłej na­mięt­no­ści, ale na bez­brzeż­nym lu­bie­niu się, jest to, czy się lubi wszyst­kie przed­mio­ty na­le­żą­ce do tego dru­gie­go, czy tez prze­ciw­nie, wzbu­dza­ją one od­ra­zę i nie­smak. Ubra­nie mę­skie na przy­kład, le­żą­ce na krze­śle we wspól­nej sy­pial­ni, ja­kież roz­czu­le­nie bu­dzi w ko­cha­ją­cej ko­bie­cie! Za­cho­wu­je ono jesz­cze for­my jego fi­gu­ry, wy­dę­cie ulu­bio­nych mu­sku­łów i przy­jem­nie jest go się do­tknąć.

W jed­nej ślicz­nej no­wel­ce fran­cu­skiej mąż, któ­re­go żona po­rzu­ci­ła na za­wsze i któ­ry na po­zór przy­jął to spo­koj­nie, roz­pła­kał się z żalu i tę­sk­no­ty do­pie­ro wów­czas, gdy po kil­ku ty­go­dniach roz­sta­nia zna­lazł na dnie sza­fy za­po­mnia­ne przez nią ró­żo­we maj­tecz­ki.

Ten czło­wiek ko­chał na­praw­dę i czy­tel­nik, prze­czy­taw­szy ten szcze­gół, jest głę­biej o tym prze­ko­na­ny, niż gdy­by au­tor zmu­sił owe­go męża do na­pi­sa­nia do niej bła­gal­ne­go mi­ło­sne­go li­stu. Gdy się od­czu­wa żywą sym­pa­tię do przed­mio­tów tego dru­gie­go, to wów­czas nie ist­nie­ją tak zwa­ne obo­wiąz­ki. Wszyst­ko jest przy­jem­no­ścią i za­ba­wą, czy przy­szy­cie gu­zi­ka, czy - gdy się jest ra­zem w po­dró­ży - wy­pra­nie jego chu­s­tek do nosa, wy­pra­so­wa­nie kra­wa­ta etc.

O tym, czy się lubi da­ne­go czło­wie­ka "ze wszyst­kim", z bu­ta­mi, ko­szu­lą i grze­bie­niem, moż­na się już prze­ko­nać w na­rze­czeń­stwie, a gdy tak nie jest, nie daj Boże wy­cho­dzić za nie­go za mąż; nie­chęć do przed­mio­tów na­rze­czo­ne­go przej­dzie u ja­kiś czas póź­niej i na nie­go - i wów­czas ze wspól­nej po­dró­ży, któ­ra mo­gła­by być taka miła, robi się ja­kaś cięż­ka prze­pra­wa przez mo­cza­ry i ba­gna, peł­ne żab i pi­ja­wek.

Męż­czyź­ni cza­sem zu­peł­nie fe­ty­szo­wa­to lu­bią na­sze nie­któ­re suk­nie i za­wsze chcie­li­by nas w nich wi­dzieć, nie zda­jąc so­bie spra­wy, że owe suk­nie nisz­czą się lub wy­cho­dzą z mody. Jesz­cze w kil­ka lat po ślu­bie upo­mi­na­ją się: "Cze­mu nig­dy nie wło­żysz tej mi­łej nie­bie­skiej su­kien­ki, w któ­rej cię po­zna­łem?".

Inna kwe­stia, że owa su­kien­ka na pew­no nie była nie­bie­ska, tyl­ko na przy­kład zie­lo­na - pa­mię­ci ko­lo­ry­stycz­nej męż­czyź­ni zwy­kle nie mają - ale to nic nie szko­dzi i mą­dra żona po­win­na so­bie spra­wić po­dob­ną, choć zmo­der­ni­zo­wa­ną, a mąż za­re­agu­je na nią ata­kiem od­no­wio­nej czu­ło­ści.

Któ­re wady i za­le­ty po­pła­ca­ją w mał­żeń­stwie?

Smut­ne to, ale praw­dzi­we: w każ­dej mi­ło­ści po­pła­ca­ją wady cha­rak­te­ru i za­le­ty cia­ła. W mał­żeń­stwie, któ­re jest wal­ką o ży­cie (o ży­cie szczę­śli­we), do­broć wy­zy­ski­wa­na jest przez tę dru­gą stro­nę w spo­sób bez­względ­ny. Anio­ły by­wa­ją naj­bar­dziej przez mę­żów zdra­dza­ne. Idąc z pięk­ną wy­drą do kina lub do te­atru, mę­żo­wie opo­wia­da­ją jej o tym, ja­ki­mi to "anio­ła­mi" są ich żony. Po­czci­wy, do­bry, od­da­ny mąż-pies, z ga­tun­ku "wier­nu­siów", to za­wsze ma­te­riał na ty­po­we­go ro­ga­cza. W mał­żeń­stwie wy­gry­wa­ją naj­wię­cej atu­ty fi­zycz­ne. - Pięk­ność wy­gry­wa! Brzyd­szy, choć­by na­wet mą­drzej­szy, jest za­wsze po­bi­ty przez tego ład­niej­sze­go, wszyst­ko jed­no, czy jest to męż­czy­zna czy ko­bie­ta. Wszy­scy sza­nu­je­my naj­wię­cej urok pięk­no­ści; głu­pie, ład­ne żony pa­nu­ją nad swo­imi prze­cięt­nie wy­glą­da­ją­cy­mi mę­ża­mi. Wy­słu­gu­ją się nimi, wy­rę­cza­ją, "wy­no­ża­ją".

- Przy­nieś, za­nieś, za­płać, wrzuć do skrzyn­ki, za­łatw to i tam­to, otwórz, za­mknij! - roz­ka­zu­ją od rana do wie­czo­ra.

Hip­no­za ład­nej twa­rzy, uśmie­chu, pięk­ne­go, me­lan­cho­lij­ne­go spoj­rze­nia jest rze­czą po­tęż­ną. Do pięk­no­ści moż­na się przy­zwy­cza­ić i po­dob­no nie za­uwa­żać jej, ale do brzy­do­ty trud­niej. Poza tym ład­ne rysy, pięk­ne oczy - to rze­czy trwa­łe, wy­glą­da­ją one do­brze na­wet przy si­wych wło­sach, brzy­do­ta zaś zmie­nia się, zmie­nia się na co­raz gor­szą. Za­krój na ły­si­nę po­więk­sza się, nie­znacz­ny brzuś zmie­nia się z bie­giem lat na Ko­piec Kra­ku­sa, sza­ro­zęb­ny za­mie­nia się na "zło­to­uste­go" i tak da­lej.

Upodo­ba­nie na­sze do pięk­no­ści jest nie­ule­czal­ne. Rocz­ne dziec­ko już wy­cią­ga ręce do ru­mia­ne­go jabł­ka, oce­nia­jąc jego ko­lo­ro­we pięk­no. W każ­dej sy­tu­acji wy­szu­ku­je­my przy­jem­ne dla oczu przed­mio­ty; do pod­wie­czor­ków w le­sie szu­ka­my "ład­ne­go miej­sca", do czy­ta­nia - pięk­ne­go, za­cisz­ne­go kąta w par­ku, do je­dze­nia - es­te­tycz­nych ta­le­rzy, do mi­ło­ści - pięk­nych lu­dzi; to cał­kiem zro­zu­mia­łe i na­tu­ral­ne.

Bar­dzo po­pła­ca­ją­cą za­le­tą u męż­czyzn jest za­ro­zu­mial­stwo i wia­ra w sie­bie. Wpraw­dzie jed­no wschod­nie przy­sło­wie mówi: "Nie mów o so­bie ani do­brze, ani źle", ale to nie jest naj­lep­szy sys­tem; bliź­ni nasz ła­two ule­ga su­ge­stii i ła­two mu wmó­wić, że jest pod każ­dym wzglę­dem do­sko­na­ło­ścią. Nie­raz wi­dzi­my ro­dzi­ny, w któ­rych oj­ciec zaj­mu­je sta­no­wi­sko ja­kie­goś mu­rzyń­skie­go kró­li­ka. Cały dom drży przed jego wła­dzą, dzie­ci, "drżo­na", słu­żą­ca, a na­wet do­mo­krąż­cy (czy­li wie­rzy­cie­le).

Wszyst­ko, co kró­lik mu­rzyń­ski zro­bi, jest słusz­ne i przez wszyst­kich w domu uzna­wa­ne - jego spo­czy­nek, jego zły hu­mor, jego kró­lew­ski ape­tyt; wszyst­ko to jest trak­to­wa­ne z czcią i re­spek­tem. Dzie­ci mu­szą jeść róż­ne okrop­ne po­traw­ki, "bo oj­ciec je lubi". Groź­ba: "Pan bę­dzie się gnie­wał" mro­zi słu­żą­cej krew w ży­łach. "Gniew pań­ski" to prze­cież gor­sze od bu­rzy - żona wów­czas nie­omal­że bie­ga na­oko­ło sto­łu z dzwon­kiem lo­re­tań­skim, żeby ode­gnać te gro­my, któ­re pa­da­ją z jego ust, te bły­ska­wi­ce, któ­re ci­ska wzro­kiem.

Wie­lu sta­rej daty pol­skich szlach­ci­ców wy­ra­bia­ło so­bie chęt­nie w domu ta­kie sta­no­wi­sko mu­rzyń­skie­go ka­cy­ka.

Cza­sem dla od­mia­ny ko­bie­ta jest do­mo­wym boż­kiem; ileż wi­dzi się ta­kich cięż­kich, tłu­stych, groź­nych bab-boż­ków, któ­re mę­żo­wie-czci­cie­le wy­sy­ła­ją na kosz­tow­ne ku­ra­cje, któ­re po­boż­nie, krok za kro­kiem pro­wa­dzą pod rękę, któ­re ubie­ra­ją w naj­kosz­tow­niej­sze zwie­rzę­ta, a idąc z nimi pod rękę, nie śmią spoj­rzeć na żad­ną mło­dą i ład­ną ko­bie­tę.

Ma­tro­na o tłu­stej, na­la­nej, nie­po­ko­ją­cej twa­rzy ja­kie­goś chiń­skie­go boż­ka wo­żo­na bywa na wy­po­czy­nek, ką­pa­na w ku­ra­cyj­nych bło­tach i ad­o­ro­wa­na przez wła­snych sy­nów. Buj­ne jej pier­si - gen­re "dzwo­ny kor­ne­wil­skie" - dzwo­nią łań­cu­cha­mi, pa­cior­ka­mi, per­ła­mi. Roz­ka­zu­je, gry­ma­si, nie po­zwa­la, nu­dzi, cho­ru­je, pła­cze; mimo to po­dzi­wia­na jest i czczo­na przez całą ro­dzi­nę.

W mał­żeń­stwie bar­dzo do­dat­nio dzia­ła­ją i im­po­nu­ją wady i za­le­ty, któ­rych tam­ten dru­gi nie po­sia­da. Do­bre­mu, ła­god­ne­mu im­po­nu­je ego­izm, bez­boż­ni­ko­wi - żona re­li­gij­na, le­ni­wej ko­bie­cie - pra­co­wi­te chło­pi­sko, mię­so­żer­cy - ja­rosz­ka, pan­nie z domu By­le­jak - mąż z do­brej ro­dzi­ny, mą­dre­mu - głu­po­ta (wię­cej jesz­cze niż głu­pie­mu mą­drość), nie­chlu­jo­wi - po­rzą­dek i czy­stość, cho­re­mu - zdro­wy, zdro­we­mu - cho­ro­wi­ty. Im­po­nu­je nam za­wsze to, cze­go nie ro­zu­mie­my, co nam jest obce i da­le­kie. Jak se­rio bio­rą mę­żo­wie na przy­kład strach żony przed bu­rzą; rzad­ko kie­dy śmie­ją się z tego. "Ko­bie­cość" i "mę­skość" - to prze­cież stek wad, ale wad zwią­za­nych z płcią, więc prze­to wzru­sza­ją­cych tę dru­gą stro­nę, któ­ra ich nie po­sia­da.

Bądź­my szcze­rzy, ta ulu­bio­na, ce­nio­na przez męż­czyzn "ko­bie­cość" - to tchórz­li­wość, le­ni­stwo, dro­bia­zgo­wość, wro­dzo­na me­lan­cho­lia i brak po­czu­cia hu­mo­ru, sła­bość fi­zycz­na i mó­zgo­wa, brak orien­ta­cji, wiecz­na tro­ska o dzie­ci, hi­po­chon­dria i brak pa­mię­ci.

"Mę­skość" - to ego­izm, brak czu­ło­ści, nie­chęć do roz­mo­wy, pod­nie­ce­nie na wi­dok każ­dej ład­nej ko­bie­ty, wy­god­nic­two, chęć pa­no­wa­nia, apo­dyk­tycz­ność, zu­peł­ne nie­zro­zu­mie­nie ko­bie­ty, żył­ka do dzie­ci, za­mi­ło­wa­nie do "sza­bel­ki", do kie­lisz­ka i pół­mi­ska.

Wszyst­kie te "wady-za­le­ty" im­po­nu­ją, a na­wet wzbu­dza­ją w nie­po­sia­da­ją­cym ich pe­wien sza­cu­nek, ale o praw­dzi­wym po­ro­zu­mie­niu się pary mał­żon­ków po­sia­da­ją­cych te wszyst­kie wła­ści­wo­ści nie ma oczy­wi­ście mowy, jak w ogó­le nie ma mowy o praw­dzi­wym po­ro­zu­mie­niu i zgo­dzie mię­dzy czy­stym ty­pem mę­skim a czy­stym ty­pem ko­bie­cym bez mę­skich do­mie­szek.

Od daw­na już wie­my, że praw­dzi­we po­ro­zu­mie­nie ist­nieć może tyl­ko mię­dzy oso­ba­mi tego sa­me­go ga­tun­ku. "Uga­dać" mogą się ze sobą tyl­ko ko­bie­ty, za­ba­wić na­praw­dę, pi­jąc i opo­wia­da­jąc so­bie nie­moż­li­we hi­sto­ryj­ki, tyl­ko męż­czyź­ni mię­dzy sobą. Świet­nie okre­ślił to je­den mały chło­piec, któ­re­mu star­si ka­za­li ba­wić się z dziew­czyn­ką: "Jak mam się z nią ba­wić - rze­kło to nie­zep­su­te chło­pię - kie­dy ona jest od­mien­nej płci?".

Roz­wój sek­su­al­ny, wy­stę­pu­ją­cy z wie­kiem, za­czy­na za­my­dlać oczy, chłop­cy lgną do pa­nien, pan­ny do chłop­ców, ale jak­że ła­two przy sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach wy­ła­zi z mę­żat­ki pen­sjo­nar­ka, któ­ra go­dzi­na­mi po­tra­fi cho­dzić pod rękę z przy­ja­ciół­ką, a z do­ro­słe­go męż­czy­zny chło­piec, któ­ry z ra­do­ścią idzie się za­ba­wić w czy­sto mę­skiej kom­pa­nii.

Na sta­rość po­tę­gu­je się to zwy­kle (ob­le­śnych, pod­nie­ca­ją­cych się na wi­dok ko­bie­ty sta­rusz­ków nie jest tak dużo, jak by się zda­wa­ło). Nor­mal­ny star­szy pan, któ­ry się już "wy­żył", to za­cię­ty wróg ko­biet; nie lubi z nimi grać w bry­dża, na­zy­wa je wszyst­kie "ba­ba­mi". Bro­ni mę­skich klu­bów od naj­ścia ko­bie­ce­go ele­men­tu, mówi o nich z gry­zą­cą iro­nią i tak da­lej.

Fe­mi­nist­ki, su­fra­żyst­ki re­kru­tu­ją się pra­wie za­wsze ze star­szych ko­biet, któ­rym wy­ga­sły in­stynkt płcio­wy każe pa­trzeć na męż­czyzn z prze­sad­ną trzeź­wo­ścią. Czu­ją się one świet­nie na ko­bie­cych wie­cach, w ko­bie­cych sto­wa­rzy­sze­niach etc.

Czy­li że okres, w któ­rym mię­dzy za­cię­ty­mi wro­ga­mi - męż­czy­zną i ko­bie­tą - trwa za­wie­sze­nie bro­ni na rzecz przy­ro­stu lud­no­ści (z cze­go so­bie na­tu­ral­nie nie zda­ją spra­wy), jest wła­ści­wie krót­ki, za­tem nie na­le­ży go so­bie psuć kwa­sa­mi, kłót­nia­mi, za­zdro­ścia­mi etc.

Za­zdrość i zdra­da

Cie­niem w mi­ło­ści jest za­zdrość i nie ma na to ra­tun­ku. Nie ma mi­ło­ści bez za­zdro­ści, ale ist­nie­je za­zdrość bez mi­ło­ści i to jest naj­gor­sze. W Li­stach per­skich Mon­te­skiu­sza Uz­bek w ten spo­sób pi­sze o tym do swe­go przy­ja­cie­la: "Py­tasz się, dro­gi przy­ja­cie­lu, cze­mu je­stem tak za­zdro­sny o swo­je żony, cho­ciaż żad­nej z nich wła­ści­wie nie ko­cham. Pust­kę, brak mi­ło­ści musi za­stą­pić ja­kieś inne uczu­cie i dla­te­go za­zdrość za­go­ści­ła w mym ser­cu".

Świet­nym ob­ra­zem słów Uz­be­ka są owe żony, któ­re nie ko­cha­jąc wła­ści­wie swo­ich mę­żów, są o nich tak bar­dzo za­zdro­sne. Nie­chby Fe­li­cjan Dul­ski spró­bo­wał zdra­dzić pa­nią Dul­ską! O pie­kle, któ­re by mu zro­bi­ła, strach po­my­śleć. Ileż jest ko­biet-ma­tek, brzyd­kich, tłu­stych, za­ku­rzo­nych, nie­wy­mie­cio­nych jak za­nie­dba­ny po­kój, za­czep­nych, iro­nicz­no-zgryź­li­wych, któ­re, zda­wa­ło­by się, całą swo­ją in­te­li­gen­cję i spryt prze­ra­bia­ją na nie­na­wiść do męża. Po­tra­fią one ro­bić tra­gicz­ne sce­ny za­zdro­ści, któ­re szyb­ko pro­wa­dzą do roz­wo­du.

Za­zdrość w ho­me­opa­tycz­nych daw­kach to dla mi­ło­ści śro­dek pod­nie­ca­ją­cy. W du­żych, co­dzien­nie apli­ko­wa­nych por­cjach sta­je się tru­ci­zną zdol­ną za­bić każ­de uczu­cie. Ko­bie­ty - może przez to, że ro­dząc dzie­ci prze­dłu­ża­ją ludz­kość w nie­skoń­czo­ność - po­sia­da­ją zmysł nie­skoń­czo­no­ści i wiecz­no­ści. Po­tra­fią cza­sem ko­chać jed­ne­go czło­wie­ka przez całe ży­cie, wy­ma­ga­jąc tego sa­me­go dla sie­bie, z cze­go po­wsta­ją zwy­kle tra­ge­die i nie­po­ro­zu­mie­nia. Nie­raz wi­dzi­my star­sze pa­nie, któ­re urzą­dza­ją swo­im star­szym pa­nom po­nu­re sce­ny za­zdro­ści, trud­no by­ło­by jed­nak spo­tkać sta­re­go męża ro­bią­ce­go awan­tu­ry na tle za­zdro­ści swo­jej sta­rej flir­tu­ją­cej żo­nie (ta­kie rze­czy zda­rza­ją się za gra­ni­cą).

- Baba zwa­rio­wa­ła! - za­wo­łał­by co naj­wy­żej.

- Ko­cha­łeś mnie trzy­dzie­ści lat temu, po­wi­nie­neś mnie ko­chać i te­raz! - ro­zu­mu­ją ko­bie­ty.

"Na Za­cho­dzie bez zmian" - oto ży­cze­nie przy­najm­niej po­ło­wy żon.

W każ­dej ta­kiej za­zdro­ści ze stro­ny star­szej żony jest oprócz ura­żo­nej am­bi­cji (przede wszyst­kim ja­kieś cher­chez lar­gent3) oba­wa, żeby pie­nią­dze prze­zna­czo­ne na dom i dzie­ci nie do­sta­ły się w nie­po­wo­ła­ną dam­ską to­reb­kę.

Za­zdrość jest bar­dzo czę­sto pro­wo­ka­cją do zdra­dy. Brzyd­ki, spra­co­wa­ny pan pro­fe­sor, je­śli jest mą­dry, nie uwa­ża się za uwo­dzi­cie­la i Ado­ni­sa; po­dejrz­li­wa żona na­pro­wa­dza go na tę myśl. Za­miast przy­ja­cie­la za­sta­je pan pro­fe­sor w domu pro­ku­ra­to­ra za­da­ją­ce­go py­ta­nia, któ­re mo­gły­by pa­dać w sali roz­praw co naj­mniej na pro­ce­sie Gor­go­no­wej.

- Kto pła­cił za ko­la­cję, gdy by­łeś z pa­nią S. wczo­raj w re­stau­ra­cji? Każ­dy za sie­bie czy ty za nią?

- Czy ta­kie ko­la­cyj­ki po­wta­rza­ły się już po­przed­nio?

- A jak to było z tym kie­lisz­kiem?

- Kto od­wiózł tę pa­nią po­tem tak­sów­ką do domu?

- Kto z two­ich zna­jo­mych uży­wa per­fum Mit­so­uko?

- Czy masz może wię­cej ta­kich plam?

Nie­szczę­śli­wy pan, któ­re­go ko­le­ga pro­sił, żeby przez je­den wie­czór za­opie­ko­wał się jego żoną, mie­sza się, plą­cze w ze­zna­niach, w koń­cu "za­ła­mu­je się" i przy­zna­je, że ta pani jest bar­dzo miła i że mu się ogrom­nie po­do­ba. Obo­jęt­na zna­jo­ma, z któ­rą spę­dził przy­jem­nie je­den wie­czór, za­czy­na go po tych in­da­ga­cjach na­praw­dę in­te­re­so­wać.

- O, to nie­bez­piecz­na ko­bie­ta - my­śli - in­a­czej moja żona nie by­ła­by o nią taka za­zdro­sna. Ja co praw­da też nie je­stem jesz­cze taki cał­kiem bez­piecz­ny, jesz­cze ja im po­ka­żę, co po­tra­fię!

O tym, żeby mąż (ja­ki­kol­wiek by był) miał nie zdra­dzić "uko­cha­nej mał­żon­ki", nie ma na­wet co ma­rzyć. "Mu­sisz, mu­sisz, mu­sisz, mu­sisz" - szep­czą mu ko­bie­ce Don Ju­any, jak w zna­nym tan­gu Or­don­ki. Wy­star­czy, żeby przy­ja­ciół­ka żony do­wie­dzia­ła się, że mąż ko­cha żonę i jest jej wier­ny, a na­tych­miast roz­po­czy­na­ją się bab­skie toki, któ­rym się ża­den męż­czy­zna nie oprze.

Za­czy­na się od kom­ple­men­tów (nie tych iro­nicz­nych, któ­re pan sły­szy w domu, w ro­dza­ju: "Bar­dzo je­steś mą­dry"... "Cud­nie wy­glą­dasz, po­patrz do lu­stra"... "Nie, jak ty po­wiesz dow­cip, to rze­czy­wi­ście moż­na pę­kać ze śmie­chu"... etc.), ale od tych praw­dzi­wych, łech­cą­cych mę­ską am­bi­cję w spo­sób de­li­kat­ny, a przy­jem­ny.

Po­tem za­czy­na się wła­da­nie "bia­łą bro­nią", czy­li go­łym ra­mie­niem, w czym ko­bie­ty są mi­strzy­nia­mi. Oplą­tu­ją nimi cu­dze­go męża w tań­cu, za­rzu­ca­ją je so­bie ko­kie­te­ryj­nie za gło­wę, ukła­da­ją je por­tre­to­wo na po­rę­czy krze­sła; ło­dy­gi te po­ru­sza­ne we­wnętrz­nym (czę­sto uda­wa­nym) "po­wie­wem na­mięt­no­ści" nie są nig­dy spo­koj­ne, chy­ba gdy ko­bie­ta za­śnie, ale i wte­dy po­tra­fią się tak uło­żyć, że pa­trzą­ce­mu robi się mięk­ko na ser­cu.

Przy­tło­czo­ny do­bro­dusz­nym, po­czci­wym ży­ciem mał­żeń­skim mąż za­czy­na przy tej ob­cej da­mie czuć się zno­wu męż­czy­zną, za­czy­na­ją mu błysz­czeć oczy, wło­sy, buty, za­czy­na znów dbać o sie­bie, pro­stu­je się, wcią­ga brzu­szek, zdra­dza i jest szczę­śli­wy.

Zdra­dzać musi, cho­dzi tyl­ko o to, żeby to ro­bił tak­tow­nie, to zna­czy, żeby jego żona nie mu­sia­ła ko­niecz­nie o tym wie­dzieć, żeby - je­śli kupi coś ład­ne­go swo­jej przy­ja­ciół­ce - po­my­ślał i o pre­zen­cie dla "naj­droż­szej mał­żon­ki" i żeby się nie za­ko­chał, bo wte­dy z cza­ru­ją­cej ta­jem­ni­cy flir­tu robi się gło­śna, bru­tal­na plot­ka, któ­ra roz­cho­dzi się, jak ża­ło­sne tan­go przez gło­śnik ra­dio­wy, na całą Pol­skę.

Może się to wy­da­wać cy­nicz­ne, ale sta­now­czo małe zdra­dy pod­trzy­mu­ją mi­łość w mał­żeń­stwie, szcze­gól­niej zdra­dy ze stro­ny męża, któ­ry ma w tym wie­ko­wą, a na­wet ja­ski­nio­wą wpra­wę; ko­chan­ka w jed­nym wy­pad­ku na sto może być nie­bez­piecz­ną kon­ku­rent­ką dla żony i gro­zić roz­bu­rze­niem ro­dzi­ny. Naj­czę­ściej w dzi­siej­szych cza­sach za­czy­na się i koń­czy na tak zwa­nej przy­go­dzie. Zdra­da mał­żeń­ska nie na­le­ży do tego ga­tun­ku prze­stępstw, któ­re każą ko­niecz­nie zbrod­nia­rzo­wi wra­cać na miej­sce zbrod­ni.

Ser­ce męż­czy­zny to ho­tel, w któ­rym dla każ­dej przy­jezd­nej znaj­dzie się po­kój, ale w któ­rym żona (o ile nie jest ję­dzą) zaj­mu­je kil­ku­po­ko­jo­we apar­ta­men­ty. U dżen­tel­me­na (ach, ci dżen­tel­me­ni!) żona bę­dzie za­wsze na pierw­szym pla­nie. Co się taka przy­ja­ciół­ka musi o owej żo­nie na­słu­chać kom­ple­men­tów! Tomy moż­na by o tym pi­sać, a im wię­cej ją zdra­dza, tym więk­szym mu się wy­da­je anio­łem.

- Ty nie masz po­ję­cia, co to za ko­bie­ta - mówi przy­ja­ciół­ce przy każ­dym bra­ku oka­zji. - Ten takt, ten ro­zum, ten dow­cip! Idę już, bo moja żona na mnie cze­ka... Idzie­my dziś z żoną do te­atru. Nie będę mógł przyjść do cie­bie, bo moja żona jest dziś bez hu­mo­ru... etc.

Żona... żo­nie... z żoną... Nie­zno­śną li­te­rą "Ż" wier­ci w uszach bied­nej ko­chan­ce jak den­ty­sta w zę­bie elek­trycz­ną ma­szyn­ką.

Ko­bie­ty, któ­re za­wsze po­zo­sta­ją w tyle i któ­re mają za mało sił, żeby ży­cie pchać na­przód, do­pie­ro za kil­ka­dzie­siąt lat do­rów­na­ją męż­czyź­nie w lek­kim trak­to­wa­niu zdra­dy. Mi­strzyń w tym spo­rcie jest, szcze­gól­nie u nas, zni­ko­ma ilość; za­zwy­czaj gdy zdra­dza­ją, to się i za­ko­chu­ją, o mężu mó­wią z an­ty­pa­tią, tak że je na­wet umiar­ko­wa­ny przy­ja­ciel musi od tego po­wstrzy­my­wać (to się na­zy­wa: so­li­dar­ność, a ra­czej "so­li­niez­dar­ność" mę­ska!). Za­ko­chaw­szy się, są za­wsze zdol­ne po­rzu­cić męża i mat­kę męża, nie li­cząc się z tym, że ich przy­ja­ciel mie­wa za­zwy­czaj tyl­ko ata­ki mi­ło­ści, tak jak wa­riat ata­ki sza­łu. Po ata­ku dzi­wi się, cze­go od nie­go chcą, i cał­kiem nie pa­mię­ta, co wów­czas bre­dził. Spo­koj­nie pusz­cza ra­dio lub sma­ru­je nar­ty i mówi:

- Ależ, dziec­ko dro­gie, uspo­kój się, nie je­stem wart tego, że­byś opusz­cza­ła dla mnie dzie­ci i męża, nie by­ła­byś ze mną szczę­śli­wa, za­rę­czam ci...

Gdy­by ko­chan­ko­wie byli tak mało zrów­no­wa­że­ni i tak na­mięt­ni jak ich przy­ja­ciół­ki, to licz­ba mę­żów każ­dej ład­nej ko­bie­ty do­cho­dzi­ła­by do za­wrot­nej cy­fry.

Dla­te­go też zdra­da u ko­bie­ty jest o tyle nie­bez­piecz­niej­sza niż u męż­czyzn. Do zdra­dy oprócz ko­bie­ty trze­ba i na­stro­ju, któ­ry jest nie­odzow­nym part­ne­rem. Bez wy­two­rze­nia na­stro­ju naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta nie zdo­bę­dzie męża swo­jej przy­ja­ciół­ki. Na­strój ro­bią mą­dre oświe­tle­nia: tu elek­trycz­ny pta­szek-lam­pa, tam pod ka­na­pą wa­zo­nik z ża­rów­ką, tam znów świe­cą­cy kwiat, a w tym wszyst­kim po­ru­sza się z wdzię­kiem pani owe­go za­cza­ro­wa­ne­go gniazd­ka, pach­nąc przy każ­dym ru­chu jak ka­dziel­ni­ca.

Ra­dio, oświe­tle­nie, per­fu­my - oto wro­go­wie żon. Na­stro­ju dla wła­sne­go męża nie urzą­dza nig­dy żad­na żona i może dla­te­go mi­łość, ta de­ner­wu­ją­ca, ta la­ta­ją­ca po ko­ściach jak reu­ma­tyzm, tak pręd­ko w mał­żeń­stwie za­ni­ka. Róż­ne nie­miec­kie bro­szu­ry, trak­tu­ją­ce o te­ma­tach mał­żeń­skich mó­wią: "Sta­raj się ład­nie ubie­rać dla two­je­go Gat­te4, bądź peł­na ko­kie­te­rii, stwórz dla nie­go Stim­mung...5 a zo­ba­czysz..." etc. Zo­ba­czę, że po­wie wów­czas:

- Dla kogo się tak wy­stro­iłaś? Czy idziesz na dan­sing? Je­śli tak, to w każ­dym ra­zie nie ze mną...

- Chodź­my do ogro­du po­słu­chać sło­wi­ków - spró­bu­je na­stro­ić męża ja­kaś mą­dra żona. - Przy­po­mną nam się na­rze­czeń­skie cza­sy...

- Eee, po co? Zim­no! Wolę pójść spać - od­po­wia­da na to oże­nio­ny.

Ko­bie­ta nie­raz pra­gnę­ła­by wy­wo­łać z męża zja­wę ko­chan­ka, ale on tego wca­le nie pra­gnie: wła­śnie dla­te­go się oże­nił, żeby mieć spo­kój (przy­najm­niej w domu) od sło­wi­ków, żab, bzów i tang.

Pe­wien męż­czy­zna, któ­ry oże­nił się ze swo­ją przy­ja­ciół­ką, po­wie­dział, że zro­bił to je­dy­nie po to, żeby móc na­resz­cie prze­stać o niej my­śleć. Każ­dy męż­czy­zna pra­cu­je; wró­ciw­szy do domu ma co naj­wy­żej ocho­tę po­ło­żyć gło­wę na ra­mie­niu żony i spo­koj­nie roz­my­ślać nad tym, co jest komu wi­nien i ile. Na­strój wy­twa­rza przede wszyst­kim ob­cość i nie ma na to rady.

Przy­zwy­cza­je­nie za­bi­ja ero­tyzm, ale za to stwa­rza przy­wią­za­nie. Żona lub mąż mogą być so­bie tak po­trzeb­ni, tak nie­odzow­ni, jak szklan­ka go­rą­cej wody z cy­try­ną lub zu­ber na czczo, albo fi­li­żan­ka czar­nej kawy po obie­dzie. Może być ta sama kawa w tej sa­mej fi­li­żan­ce co dzień przez pół ży­cia, a prze­cież się nie sprzy­krzy i trud­no by­ło­by się bez niej obejść.

Drob­ne środ­ki pro­fi­lak­tycz­ne prze­ciw­ko zdra­dzie

W każ­dej pra­wie ko­bie­cie sie­dzi małe strę­czy­cie­ląt­ko; kto je­śli nie ona zwra­ca mę­żo­wi uwa­gę w re­stau­ra­cji lub na dan­sin­gu na ja­kąś obcą ład­ną ko­bie­tę?

- Daj mi spo­koj­nie prze­czy­tać ga­ze­tę - pro­si mąż.

- Do­brze, ale wpierw spójrz, co to za cud­na oso­ba. Ta fi­gu­ra! Te nogi! To musi być cu­dzo­ziem­ka...

- Rze­czy­wi­ście duża kla­sa! - po­wie w koń­cu pan i do koń­ca obia­du nie weź­mie wię­cej ga­ze­ty do ręki.

To samo ro­bią ze swo­imi przy­ja­ciół­ka­mi; tak dłu­go je za­chwa­la­ją, przez ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły ma­so­chi­stycz­no-per­wer­syj­ny zmysł, aż za­chę­co­ny mał­żo­nek głę­biej się nimi za­in­te­re­su­je.

- Mia­łaś ra­cję, że Fib­cia ma ślicz­ną skó­rę i nie­by­wa­łe oczy - po­wie po ja­kimś cza­sie. - A ja tak tej Fib­ci z po­cząt­ku nie lu­bi­łem.

Na to oczy­wi­ście pod­no­si się ja­zgot:

- Fib­cia ma ład­ną skó­rę? No, je­śli ty to na­zy­wasz skó­rą? W ogó­le skąd ty się znasz na tym? Poza tym to prze­cież idiot­ka skoń­czo­na...

Ale już za póź­no. Gdy mąż raz doj­rzy, za­chę­co­ny przez żonę, w jej przy­ja­ciół­ce ko­bie­tę, to prze­pa­dło; a tak pro­sił, żeby go zo­sta­wić w spo­ko­ju (w jego pa­pie­ro­wym dom­ku z ga­zet).

Nig­dy tego nie rób­cie...

Tak samo nie na­le­ży nig­dy za­pra­szać na dłuż­szy po­byt przy­ja­ciół­ki lub ku­zyn­ki do domu. Wier­nuś - Wier­nu­siem, a baba - babą. Żad­nej przy­ja­ciół­ce nie moż­na pod tym wzglę­dem do­wie­rzać, żad­ne­mu naj­bar­dziej ko­cha­ją­ce­mu mę­żo­wi. Ob­ja­wia się to u nie­go co­raz częst­szym go­le­niem się, a u niej cią­głym zmie­nia­niem su­kien.

- Dla kogo tak się stro­isz, ty mała ko­biet­ko? - za­py­ta żona. - Prze­cież nie ma u nas ni­ko­go ob­ce­go...

- Dla cie­bie, ko­cha­nie... - od­po­wie ta rzę­so­strzy­ga.

Flir­cik na po­zór nie­win­ny za­czy­na się bar­dzo czę­sto od mo­co­wa­nia. Czy­ście za­uwa­ży­li, jak pro­wo­ku­ją one w ten spo­sób męż­czy­znę? Mo­cu­ją się, żeby w ja­kiś spo­sób na­wią­zać z nim fi­zycz­ny kon­takt i żeby wy­ka­zać, niby to z po­ko­rą, a w grun­cie rze­czy z trium­fem, swo­ją wiel­ką fi­zycz­ną sła­bość, bo i cóż zna­czy taki bab­ski bi­cep­sik wo­bec nor­mal­ne­go mę­skie­go ra­mie­nia? On wy­ka­zał swo­ją siłę, ona swo­ją bez­bron­ność. Dwie naj­bar­dziej płcio­we ce­chy. A żona, idiot­ka, kula się ze śmie­chu i woła: "Jesz­cze raz! Jesz­cze raz!" - nie wie­dząc, że on jesz­cze raz spró­bu­je się mo­co­wać, ale na pew­no nie w jej obec­no­ści, i że to się skoń­czy cał­kiem dla niej nie­we­so­ło.

Je­dy­na przy­ja­ciół­ka, któ­rą żona może go­ścić u sie­bie (na krót­ko), to jej wła­sna mat­ka. Za­raz przy­kró­ci trosz­kę mę­żow­ski au­to­ry­tet, po­bruź­dzi, po­in­try­gu­je tro­szecz­kę, po­mo­dli się: żeby na­resz­cie dzie­ciąt­ko... ale w grun­cie rze­czy jej zła opi­nia jest moc­no prze­sa­dzo­na, a za­le­ty nie­do­ce­nia­ne. Przede wszyst­kim mąż czu­je, że żona ma za sobą sil­ne ple­cy i biust też, wspa­nia­ły biust te­ścio­wej; za­czy­na się tro­chę bać - za­wsze co dwie baby, to nie jed­na, tu nie ma żar­tów - a po­tem roz­kosz sa­mot­no­ści we dwo­je, gdy od­je­dzie, i nowa fala mi­ło­ści...

Ale na ogół - jak naj­mniej bab! Baba w dom, wróg w dom. Taka wła­sna sio­stra na przy­kład - jak może po­psuć miły mał­żeń­ski spo­kój, za­mą­cić sto­ją­cą wodę o po­ko­jo­wej tem­pe­ra­tu­rze. Mę­żo­wie na ogół nie lu­bią szwa­gie­rek, bo i co z tym ro­bić? Ca­ło­wać nie wy­pa­da; jesz­cze pój­dzie to opo­wie­dzieć jego żo­nie. Ko­chać jak wła­sną sio­strę? Nie ma naj­mniej­sze­go po­wo­du... Po­zo­sta­ją więc tyl­ko kłót­nie, uszczyp­ki, za­czep­ki i do­gryz­ki, bo prze­cież ża­den męż­czy­zna nie może przejść koło mło­dej ko­bie­ty tak zu­peł­nie obo­jęt­nie. Nie wol­no mu jej trak­to­wać w spo­sób za­czep­no-ero­tycz­ny, więc bę­dzie ją tę­pił i at­mos­fe­ra sta­nie się dla wszyst­kich troj­ga nie­moż­li­wa. Sio­strzycz­ka bę­dzie cią­gle prze­sia­dy­wać w po­ko­ju jego żony na po­uf­nych po­ga­węd­kach, któ­rych je­dy­nym te­ma­tem bę­dzie "on". Naj­in­tym­niej­sze se­kre­ty al­ko­wy będą tam wy­wle­ka­ne. O tym, jak cy­nicz­nie (na po­czci­wo) po­tra­fią ze sobą roz­ma­wiać ko­bie­ty, te wła­śnie naj­cno­tliw­sze, wie­my wszy­scy! Naj­bar­dziej po­nu­re le­kar­skie ter­mi­ny będą fru­wać w po­wie­trzu jak nie­win­ne mo­tyl­ki. Mąż do­my­śla się tego, jest wście­kły, co­raz czę­ściej zni­ka z domu - "Że­by­ście się mo­gły na­ga­dać" - po­wia­da ze zło­ścią. Cały dom gra z hu­kiem na "dys­har­mo­nii", a sio­strzycz­ka wzdy­cha i mówi:

- Tak, tak, roz­wo­dy, to już u nas ro­dzin­ne...

Mę­żo­wie, w inny spo­sób niż ko­bie­ty, też po­py­cha­ją swe żony do zdra­dy.

- Ja jej ufam - mówi taki jo­łop i po­sy­ła babę samą nad mo­rze czy do Za­ko­pa­ne­go. W Za­ko­pa­nem zaś nar­cia­rze i ta­ter­ni­cy, a nad mo­rzem "Was­ser-Po­la­cy" prze­ko­na­ją go pręd­ko, że ni­ko­mu nie może do­wie­rzać.

Je­śli cho­dzi o pój­ście na dan­sing, to mę­żo­wie też lu­bią się wy­krę­cać mło­dy­mi ludź­mi.

- Od­da­ję panu moją żonę pod opie­kę - mówi taki po­czci­wiec, prze­cie­ra­jąc oku­la­ry. - Musi pan dzi­siaj mnie za­stą­pić...

Jak za­stą­pić, to za­stą­pić. Mło­dzie­niec bie­rze swo­ją mi­sję do­słow­nie. Daw­niej trze­ba było damę roz­ko­chać w so­bie, dziś na­le­ży ją tyl­ko do­brze roz­tań­czyć, a wów­czas w po­wrot­nej dro­dze z dan­sin­gu do domu tak­sów­ką zdra­dzi męża - że się tak wy­ra­żę "tak­sa­me­tral­nie" - to pew­ne i nie­unik­nio­ne.

Ma­cie żonę lu­bią­cą plą­sy - to mu­si­cie się po­świę­cić i cho­dzić z nią sami na dan­sin­gi...

Mał­żeń­skie kłót­nie

O kłót­nie w mał­żeń­stwie jest nie­sły­cha­nie ła­two. Ła­twiej o wie­le niż w in­nych związ­kach ro­dzin­nych. Rzad­ko się zda­rza, żeby do­ro­sły brat kłó­cił się z do­ro­słą sio­strą, oj­ciec z cór­ką za­męż­ną lub mat­ka z do­ro­słym sy­nem. Prze­ciw­nie, wi­dać na­wet nie­raz mię­dzy nimi kur­tu­azję, uprzej­mość, chęć do­go­dze­nia so­bie na­wza­jem. Brat cho­dzi go­dzi­na­mi ze swo­ją sio­strą na spa­cer, za­mę­cza­jąc ją in­te­li­gent­ną roz­mo­wą, oj­ciec naj­le­piej się bawi w to­wa­rzy­stwie swo­jej cór­ki i tak da­lej... W mał­żeń­stwie po kil­ku­na­stu la­tach by­ło­by to samo, gdy­by mię­dzy mał­żon­ka­mi nie sta­ło groź­ne czwo­ro­noż­ne stwo­rze­nie, peł­ne dziw­nych pre­ten­sji i za­chceń - łóż­ko.

Niby na po­zór ro­dzi­na, dzie­ci, wspól­ny dom, kło­po­ty fi­nan­so­we, a w to wszyst­ko wmie­sza­ny ja­kiś naj­niż­sze­go ga­tun­ku ero­tyzm, ja­kieś: "dla zdro­wia", "dla świę­te­go spo­ko­ju", "dla obo­wiąz­ku". Myśl o tych "obo­wiąz­kach" psu­je praw­dzi­wą przy­jaźń, wy­wo­łu­je żale, go­ry­cze, pre­ten­sje i tę­sk­no­ty "za czymś in­nym"...

Te łóż­ko­we pre­ten­sje, za­wo­dy, prze­mil­cza­ne wstrę­ty wy­wo­łu­ją na dru­gi dzień kłót­nie i swa­ry o byle co. Wy­star­czy na przy­kład, żeby pani domu za­pra­gnę­ła schud­nąć, tak aby jej przy­ja­ciel mógł ją na rę­kach no­sić, a at­mos­fe­ra z po­wo­du ską­pych obia­dów sta­nie się przy sto­le nie do znie­sie­nia. Są to praw­dzi­we "roz­ko­sze sto­łu", zna­ne wszyst­kim dłu­go za­ślu­bio­nym.

- Zno­wu wsta­nę głod­ny od sto­łu - gro­zi mąż.

- Za to do­sta­niesz na le­gu­mi­nę ka­wa­łek bab­ki - sta­ra się go uspo­ko­ić bied­na żona.

- Co? - krzy­czy już brzyd­kim gło­sem mał­żo­nek. - Tę sta­rą bab­kę jesz­cze ze świąt? Ha, trud­no, taki już mój los, same sta­re baby koło mnie.

Tego na­tu­ral­nie jest już trosz­kę za wie­le; pani wy­bu­cha pła­czem, pan zaś rzu­ca ser­wet­kę, jak rę­ka­wi­cę prze­ciw­ni­ko­wi, i idzie na obiad do re­stau­ra­cji.

Pies przy sto­le też może być po­wo­dem po­waż­niej­szej kłót­ni mał­żeń­skiej. Pan na przy­kład lubi ży­wić psa przy sto­le. "Jak czło­wiek pra­cu­je cięż­ko cały dzień, to może mieć przy­najm­niej tę jed­ną małą przy­jem­ność". (Oczy­wi­ście jest to lek­ka alu­zja, że inne przy­jem­no­ści wspól­ne­go po­ży­cia wca­le się nie li­czą.)

Pan domu lubi szan­ta­żo­wać wszyst­kich w domu swo­ją cięż­ką pra­cą. Pra­cu­ją­ce żony od­ję­ły męż­czy­znom tę broń, któ­rą oni przed żo­na­mi tyle lat wy­ma­chi­wa­li z po­wo­dze­niem. Dzi­siej­sza ko­bie­ta - któ­ra wcze­śnie wsta­je i sama za­ra­bia na ży­cie (to zna­czy na kino, fry­zje­ra i poń­czo­chy) - but­nie spo­glą­da na pra­cu­ją­ce­go męża i mówi:

- Ja też je­stem czło­wie­kiem pra­cu­ją­cym, po­trze­bu­ję przy obie­dzie spo­ko­ju, i dla­te­go wy­ma­gam, żeby pies na­tych­miast opu­ścił ten po­kój.

- Pies nie wyj­dzie! - od­po­wia­da na to mąż.

- Pies wyj­dzie, a jak nie, to ja wsta­nę od sto­łu.

Wsta­nie od sto­łu było z da­wien daw­na spe­cy­ficz­ną groź­bą pani domu, co, wy­po­wie­dzia­ne to­nem peł­nym po­wa­gi i bólu, ro­bi­ło na współ­bie­siad­ni­kach głę­bo­kie wra­że­nie. Dzi­siaj groź­ba ta stra­ci­ła bar­dzo na zna­cze­niu; oj­ciec mówi:

- A pro­szę bar­dzo, bę­dzie nam wszyst­kim we­se­lej!

A dzie­ci śmie­ją się w zupę, cie­sząc się, że się za­no­si na grub­szą awan­tu­rę.

Na dru­gi dzień pies zno­wu krę­ci się na­oko­ło sto­łu, wa­chlu­jąc wszyst­kich czer­wo­nym, roz­ra­do­wa­nym ję­zy­kiem i kła­dąc z bez­czel­no­ścią pięk­nej ko­bie­ty za­bło­co­ne nogi na krze­śle. Wów­czas żona wy­no­si się z god­no­ścią i ta­le­rzem do dru­gie­go po­ko­ju i w ten spo­sób robi się pierw­szy krok do "se­pa­ra­cji od sto­łu". Ten sam mąż jed­nak, gdy­by tu cho­dzi­ło o jego wła­sną mat­kę i jej nie­chęć do psów, w tej chwi­li, bez ga­da­nia, wy­pro­wa­dził­by zwie­rza­ka do sie­ni.

Świę­ta Te­re­ska po­wie­dzia­ła bar­dzo mą­drze, że naj­więk­szy­mi cno­ta­mi w ży­ciu są "cier­pli­wość i do­bry hu­mor". Je­śli w mał­żeń­stwie jed­na stro­na przy­najm­niej po­sia­da te dwie za­le­ty, wów­czas żad­na praw­dzi­wa kłót­nia się nie uda, a każ­dy przy­tyk lub ostra uwa­ga mogą być ob­ró­co­ne w dow­cip. Żony czę­sto mają cier­pli­wość, ale zna­leźć u nich zmysł hu­mo­ru by­ło­by rze­czą tak trud­ną, jak zna­leźć w pol­skim mo­rzu musz­lę z per­ła­mi.

Mąż-mat­ka

Mło­da pan­na lub roz­wód­ka wy­cho­dząc za mąż, nie li­czy się z jed­nym fak­tem, że w mężu od­naj­dzie przede wszyst­kim wła­sną mat­kę. Nie bę­dzie on jej po­zwa­lał się ma­lo­wać, pa­lić pa­pie­ro­sów, flir­to­wać, zu­peł­nie jak mama. Ten sam mło­dy czło­wiek, któ­ry sta­ra­jąc się o jej wzglę­dy, na­ma­wiał ją do pi­cia wó­dek, mó­wiąc: "Jesz­cze je­den na pani zdro­wie! A te­raz na moje! A te­raz pod tę ka­nap­kę! No, a te­raz jesz­cze je­den, pod woj­sko pol­skie!" - ten sam czło­wiek jako mąż nie po­zwa­la jej wca­le pić.

O gołe ple­cy swo­jej żony, idą­cej na bal, za­zdro­sny jest jak mu­zuł­ma­nin sta­rej daty o twarz uko­cha­nej.

- Mat­ka mo­ich dzie­ci nie pój­dzie mię­dzy lu­dzi w tak wy­cię­tej suk­ni - mówi su­ro­wo.

"Mat­ka mo­ich dzie­ci" jest to jed­no z ta­kich cha­rak­te­ry­stycz­nych mę­żow­skich po­wie­dzo­nek, któ­re, sły­sza­ne przez sa­mot­ne ko­bie­ty, nie­po­sia­da­ją­ce ani męża, ani domu, wy­wo­łu­je na ich ustach uśmiech trium­fu. To po­wie­dze­nie sły­szy się obec­nie co­raz rza­dziej, po­nie­waż w dzi­siej­szych nie­pew­nych cza­sach nikt nie może przy­siąc, czy to, co po­sia­da, jest na­praw­dę jego wła­sno­ścią. O su­ro­wej cno­cie, któ­rą ten zlum­po­wa­ny czę­sto mło­dzie­niec na­kła­da na swo­ją żonę, moż­na by dłu­go pi­sać. Co chwi­la uży­wa sło­wa: "nie wy­pa­da", któ­re­go nie uży­wał nig­dy w sto­sun­ku do in­nych ko­biet. Gdy mło­da pani za­ło­ży za wy­so­ko nogę na nogę, mówi la­ko­nicz­nie: "Ko­la­no"... Gdy zmarsz­czy czo­ło, tym sa­mym gło­sem mówi: "Czo­ło"... Gdy za­cznie opo­wia­dać ja­kąś śmia­łą aneg­do­tę, mru­ga na nią okiem i za­ga­du­je. O dzie­sią­tej go­dzi­nie wie­czo­rem woła: "Spać! spać! spać!". To wszyst­ko są ob­ja­wy wiel­kie­go przy­wią­za­nia i ro­dzin­nej mi­ło­ści, któ­ra po­tra­fi na­pro­wa­dzić czło­wie­ka na myśl, że sa­mot­ność jest wiel­kim szczę­ściem, na któ­re czło­wiek, to to­wa­rzy­skie zwie­rzę, wi­docz­nie nie za­słu­żył.

Z tego ro­dza­ju ro­dzin­nych uczuć, po­le­ga­ją­cych na cią­głym "nie­po­zwa­la­niu" i nie­ustan­nej opie­ce, ro­dzi się zwy­kle smut­na bla­da có­recz­ka NUDA, przy­spo­rzy­ciel­ka roz­wo­dów, prze­ciw­ko któ­rej tak czę­stym uro­dzi­nom po­win­ny po­wstać od­po­wied­nie po­rad­nie...

W jaki spo­sób zdo­by­wa się męża?

Każ­dy męż­czy­zna jest jak pta­szek; chciał­by po­ko­chać, za­śpie­wać krót­ką pieśń mi­ło­sną i zwiać; ko­bie­ta jest jak chło­piec sta­ra­ją­cy się owe­go śpie­wa­ją­ce­go ptasz­ka zła­pać do klat­ki, któ­rą jest dla męż­czy­zny mał­żeń­stwo. Jed­ną ręką sy­pie mu ziar­no, a dru­gą na­kry­wa gru­cha­ją­ce­go go­łąb­ka czap­ką lub klat­ką bez dna. To­ku­ją­ce­go głusz­ca ła­two jest za­strze­lić, ko­rzy­sta­jąc z jego bez­przy­tom­ne­go tań­ca, do to­ku­ją­ce­go męż­czy­zny się nie strze­la, na­to­miast z lek­ka nie­przy­tom­ne­go pro­wa­dzi się do oł­ta­rza.

Do ślub­ne­go ko­bier­ca pro­wa­dzą zwy­kle dwie dro­gi: przez zmy­sły i przez głu­po­tę. Wy­pad­ków mał­żeń­stwa z obo­wiąz­ku i uczci­wo­ści jest tak mało, że nie war­to o nich wspo­mi­nać. Zna­łam tyl­ko je­den taki wy­pa­dek, gdy pe­wien mło­dzie­niec, za­wie­szo­ny nad prze­pa­ścią, zro­bił vo­tum, że oże­ni się ze swo­ją dłu­go­let­nią przy­ja­ciół­ką, je­śli zdo­ła ujść z ży­ciem z owej groź­nej sy­tu­acji. Bo­go­wie uzna­li jego "nad­ludz­kie" po­świę­ce­nie za do­sta­tecz­ne i mło­dzian zo­stał wy­ra­to­wa­ny. Inne mał­żeń­stwa ko­chan­ków, sto­sun­ko­wo dość czę­ste, za­wie­ra­ne by­wa­ją zwy­kle na tle du­że­go przy­wią­za­nia zmy­sło­we­go, nig­dy zaś na sku­tek wy­bu­ja­łej uczci­wo­ści i szla­chet­no­ści ze stro­ny męż­czy­zny.

Przy­wią­zać męża "zmy­sło­wo" - zna­czy przy­wią­zać go do sie­bie du­cho­wo. "Nie­ste­ty - po­wie­dział Shaw - czło­wiek nie skła­da się z sa­me­go par­te­ru"...

Da­le­ko waż­niej­sze jest to, ja­kim się jest po i przed ata­kiem mi­ło­ści ani­że­li w trak­cie. To oczy­wi­ście od­no­si się do oby­dwóch stron. W jed­nym z pism ko­bie­cych no­to­wa­no nie­daw­no, że pew­na żona za­żą­da­ła roz­wo­du od bar­dzo ko­cha­ją­ce­go męża, a jako je­dy­ny po­wód po­da­ła jego sta­łe mil­cze­nie. Z ko­bie­ce­go punk­tu wi­dze­nia mil­czek, któ­ry po "sza­łach" nie po­tra­fi po­wie­dzieć jed­ne­go czu­łe­go sło­wa lub cho­ciaż­by po­roz­ma­wiać po ludz­ku, nie na­da­je się zu­peł­nie na sta­łe­go part­ne­ra.

Męż­czyź­ni wolą zno­wu spo­koj­ne i ta­jem­ni­cze ko­bie­ty.

- Z tą ko­bie­tą oże­nił­bym się w tej chwi­li - po­wie­dział je­den męż­czy­zna o swo­jej zna­jo­mej - bo ona, bę­dąc ra­zem, po­tra­fi cza­sem nie być, sta­je się chwi­la­mi cie­niem, czymś tak lek­kim, że zda­wa­ło­by się, iż się ulot­ni­ła, mimo że jest bli­sko.

Oto ta­jem­ni­ca po­wo­dze­nia: "nie być" wciąż, nie za­mę­czać swo­ją oso­bą, nie za­nu­dzać swo­imi bab­ski­mi spra­wa­mi, w któ­rych męż­czy­zna ob­ra­ca się tak nie­zgrab­nie, jak do­ro­sły w dzie­cin­nym po­ko­ju za­rzu­co­nym za­baw­ka­mi.

A poza tym trze­ba być nie­spo­dzie­wa­nym, pra­wie że nie­obli­czal­nym. Nic tak nie "bie­rze", jak na przy­kład nie­spo­dzie­wa­na czu­łość i zro­zu­mie­nie za­miast awan­tu­ry, na któ­rą się było z góry przy­go­to­wa­nym; i prze­ciw­nie - otrzy­ma­nie lo­dów za­miast spo­dzie­wa­nej szklan­ki go­rą­cej her­ba­ty.

Jed­na­ko­wość, na­wet naj­czul­sza i naj­słod­sza, sprzy­krzy się. Zmien­ność, nie­rów­ność uspo­so­bie­nia de­ner­wu­je, zło­ści, ale za­cie­ka­wia i rzad­ko kie­dy znu­dzi. A przede wszyst­kim dozy! Wszyst­ko do­zo­wa­ne, cza­sem na­wet w ho­me­opa­tycz­nych daw­kach. Krót­kie roz­sta­nie na przy­kład jest świet­ną po­żyw­ką dla bak­cy­la mi­ło­ści, dłu­gie - może go na­wet za­bić. Krót­ka bu­rza każ­de­mu z nas ulży, dłu­ga z ule­wą i gra­dem - nu­dzi i zło­ści. Gdy cza­sem zda­rzy się wspa­nia­łe go­rą­ce lato bez kro­pli desz­czu, wy­pa­tru­je­my chmur­ki na nie­bie z utę­sk­nie­niem. Mi­łość bez scen za­zdro­ści, awan­tur, gorz­kich prze­mil­czeń - jest rów­nie cięż­ka i mę­czą­ca jak ta­kie bez­na­dziej­ne, pięk­ne lato. Do zja­wi­ska mi­ło­ści je­ste­śmy zu­peł­nie tak samo usto­sun­ko­wa­ni, jak do wszyst­kie­go in­ne­go, co nas ota­cza, tyl­ko zwy­kle nie zda­je­my so­bie z tego spra­wy...

Przy­zwy­cza­ili­śmy się do tego, że mó­wiąc o przy­szłych za­da­niach żony, o wy­bo­rze męża... etc. zwra­ca­my się do pa­nien. Tym­cza­sem dzi­siej­sze ży­cie stwo­rzy­ło nowe kan­dy­dat­ki do mał­żeń­stwa, a mia­no­wi­cie roz­wód­ki: O czym mło­da roz­wód­ka przed ślu­bem wie­dzieć po­win­na - oto ty­tuł no­we­go pod­ręcz­ni­ka, któ­ry bez­wa­run­ko­wo po­wi­nien się uka­zać na pół­kach księ­gar­skich.

Ein­mal ist ke­in­mal6 - brzmi nie­miec­kie przy­sło­wie; roz­wod­ni­ce my­ślą to samo i z za­pa­łem dążą do no­we­go mał­żeń­stwa. "Czło­wiek, któ­ry po­stra­dał żonę, a żeni się po­wtór­nie, nie jest wart szczę­ścia, któ­re go spo­tka­ło" - po­wie­dział ja­kiś wschod­ni mę­drzec. Mimo to po­wtór­ne mał­żeń­stwo lep­sze jest od pierw­sze­go; lu­dzie na­bie­ra­ją wpra­wy, sta­ra­ją się uni­kać błę­dów po­peł­nia­nych w po­przed­nim mał­żeń­stwie, są star­si, roz­trop­niej­si, bar­dziej do­świad­cze­ni, bar­dziej "ludz­cy" w sto­sun­ku do sie­bie.

Gdy roz­wód­ka prze­kro­czy sym­bo­licz­ną licz­bę czter­dzie­ści i czte­ry, szu­ka zwy­kle mło­de­go męża. Pan star­szy żeni się za­zwy­czaj dru­gi raz z mło­dą dziew­czy­ną. Nu­rza­nie się w mło­do­ści cu­dzej, za­ja­da­nie się nią jest wiel­kim szczę­ściem, ale krót­kim i "wy­mło­ko­si" się pręd­ko. Na zdra­dy wów­czas trze­ba być z góry przy­go­to­wa­nym. Mło­dość cią­gnie do mło­do­ści jak dziec­ko do dziec­ka. Tyl­ko sta­rość nie lgnie do sta­ro­ści, prze­ciw­nie, ma do sie­bie wstręt, bar­dzo zresz­tą nie­słusz­ny. Czter­dzie­sto­kil­ku­let­nia dama, do­brze za­kon­ser­wo­wa­na w we­cku spor­tów i ko­sme­ty­ków, po­win­na, je­śli się taka oka­zja nada­rzy, wyjść za mąż za pięć­dzie­się­cio­let­nie­go dżen­tel­me­na, z gło­wą cza­sem jak Łysa Po­la­na, ale za to z ser­cem nie­zep­su­tym bez­czel­no­ścią mło­do­ści. Pięć­dzie­się­cio­let­ni pan bę­dzie ją tak trak­to­wał, że mał­żeń­stwo z nim sta­nie się dla niej ku­ra­cją od­mła­dza­ją­cą.

Przede wszyst­kim bę­dzie mó­wił do niej per "dziec­ko" ("Czy dziec­ko nie po­trze­bu­je pie­nię­dzy?" - "Czy nie obe­trzeć no­ska?" etc.). Bę­dzie ją trak­to­wał jak małą dziew­czyn­kę i mó­wił do niej: "Wy, mło­dzi...". Po roku mał­żeń­stwa z ta­kim mi­łym star­szym pa­nem czter­dzie­sto­kil­ku­lat­ka bę­dzie się czu­ła jak smar­ka­ta, co nie­sły­cha­nie do­brze wpły­nie na jej wy­gląd i sa­mo­po­czu­cie.

Za­koń­cze­nie

W jed­nym nie­miec­kim ma­ło­miesz­czań­skim domu mię­dzy in­ny­mi "szpru­cha­mi" wid­niał wy­ha­fto­wa­ny na ser­we­cie na­pis: Frau, är­ge­re De­inen Mann nicht! (Żono, nie iry­tuj swe­go męża!).

W sy­pial­ni każ­de­go mał­żeń­stwa przy­da­ło­by się wie­le ta­kich "szpru­chów", przy­po­mi­na­ją­cych, cze­go na­le­ży we wspól­nym po­ży­ciu uni­kać.

Dla żony:

Zrób awan­tu­rę, a nie jęcz!

Nie upo­ka­rzaj swe­go męża przy lu­dziach!

Nie za­mę­czaj go spra­wa­mi dzie­cin­ne­go po­ko­ju, to nie jego re­wir!

Po­zwól mu opo­wie­dzieć jesz­cze raz hi­sto­ryj­kę, któ­rą znasz na pa­mięć!

Nie mów, że naj­brzyd­sze z dzie­ci jest do nie­go po­dob­ne!

Nie każ mu za­wsze na sie­bie cze­kać!

Po­zwól mu mil­czeć i czy­tać ga­ze­tę; w prze­ciw­nym ra­zie usły­szysz coś nie­przy­jem­ne­go!

Bądź jego ad­wo­ka­tem, a nie sę­dzią śled­czym!

Po­zwól mu za­trzy­mać jego ko­le­gów na ko­la­cji; pa­mię­taj, że gość może jeść to samo, co wy!

Nie bądź kumą-tro­ską, śmiej się! Od śmie­chu nig­dy jesz­cze nikt nie pękł!

Pa­mię­taj, że two­ja przy­ja­ciół­ka zro­bi ci wię­cej krzyw­dy niż jego wła­sna!

Nie opo­wia­daj mu swo­ich przed­ślub­nych przy­gód mi­ło­snych; tym mu nie za­im­po­nu­jesz - on ich miał wię­cej niż ty!

Nie mów do nie­go iro­nicz­nie przy in­nych ko­bie­tach: "Ty i tem­pe­ra­ment!" - tego ci nig­dy nie da­ru­je!

Gdy ro­bisz ku­ra­cję od­chu­dza­ją­cą, myśl tyl­ko o so­bie.

Nie po­zwól mu się fi­zycz­nie za­nie­dby­wać. Pod tym wzglę­dem wol­no ci być bez su­mie­nia!

Je­śli uwa­żasz go za "gło­wę ro­dzi­ny", nie sia­daj na niej!

Je­śli go mu­sisz ukłuć, to nie rób tego w miej­sce, w któ­re go kłu­ją wszy­scy!

Miej lu­stro i patrz w lu­stro!

Sta­raj się być ład­ną w każ­dym wie­ku!

Przy­szyj mu gu­zik, ale nie szyj mu bu­tów!

Miej za­wsze w po­ko­ju dużą wodę ko­loń­ską i małe kie­lisz­ki do wód­ki!

A te­raz dla męża:

Po­zwól się za­wsze żo­nie ma­lo­wać, in­a­czej inne ko­bie­ty będą ci się wię­cej od niej po­do­bać!

Chcesz, żeby za dużo nie mó­wi­ła - po­zwól jej pa­lić pa­pie­ro­sy!

Je­śli ma "ro­ba­ka", nie broń jej za­le­wać go od cza­su do cza­su al­ko­ho­lem!

Na spa­ce­rze przy­sta­waj z nią przed skle­pa­mi z dam­ski­mi rze­cza­mi!

Nie pro­po­nuj jej, żeby w ubio­rze czy w za­cho­wa­niu na­śla­do­wa­ła two­je zna­jo­me - znie­na­wi­dzi je!

Mów jej drob­ne kom­ple­men­ty; pod­trzy­mu­ją one każ­de uczu­cie, jak drob­ne pre­zen­ty, a o wie­le mniej kosz­tu­ją!

Je­śli ma duży tem­pe­ra­ment, na­ma­wiaj ją do spor­tów; bę­dziesz mógł wów­czas spo­koj­nie spać!

Mło­dy mąż nie po­wi­nien nig­dy za­sy­piać, za­nim jego żona nie za­śnie!

Sta­raj się pach­nąć przy­jem­nie: nie wierz w to, że męż­czy­zna może się nie myć!

Pa­mię­taj, że nic tak nie pod­trzy­mu­je mi­ło­ści w mał­żeń­stwie, jak przy­jem­ny za­pach skó­ry!

W dzień ob­chodź się z żoną jak z przy­ja­cie­lem, w nocy jak z przy­ja­ciół­ką!

Nie przy­kła­daj za wiel­kiej wagi do do­brej kuch­ni; nic nie szko­dzi, jak tro­chę schud­niesz!

Nie spa­ce­ruj bez po­wo­du goły po miesz­ka­niu, pa­mię­taj, że nie je­steś pięk­ną ko­bie­tą ani Apol­lem!

Nie budź żony rano, gdy idziesz do two­je­go za­ję­cia. Kto rano wsta­je, ten cho­dzi po­tem kwa­śny cały dzień!

Gdy spo­strze­żesz u niej brak in­te­li­gen­cji, cierp, ale nie mów jej o tym, bo jesz­cze wię­cej zgłu­pie­je!

Wra­ca­jąc z żoną wie­czo­rem, nie skąp na tak­sów­kę; pa­mię­taj, że z obcą pa­nią nie wra­cał­byś pie­cho­tą!

Nie złość się na nią, nie uży­waj imie­nia dia­bła nada­rem­no!

Kto się zło­ści, tra­ci na sile!

Nie bierz tra­gicz­nie jej hu­mo­rów, chan­dro­wa­tych na­stro­jów i smęt­ków; gdy­byś miał we­wnątrz sie­bie po­kój dzie­cin­ny, za­wsze go­to­wy do przy­ję­cia no­we­go lo­ka­to­ra, a za­miast mu­sku­łów ko­bie­ce wdzię­ki, to­byś też nie­raz mar­twił się bez po­wo­du i nu­cił łza­wo pol­skie tan­ga!

***

...Na tych "szpru­chach", któ­re oby każ­dy wy­pi­sał so­bie zło­ty­mi zgło­ska­mi w pa­mię­ci, koń­czy­my, ku ucie­sze czy­tel­ni­ka, ni­niej­szy cykl.