Tortuga. Dzieje wyspy piratów - Kacper Nowak

-
Proszę czekać

PARĘ SŁÓW WSTĘPU

Trochę na wschód od kontynentu amerykańskiego, na Morzu Karaibskim pośrodku Archipelagu Antyli, leży wyspa niegdyś owiana mgłą legend i tajemnic, wyspa zapomniana przez obecny świat. Jednak były czasy kiedy żyjący na niej ludzie odcisnęli wielkie piętno na otaczającym ich świecie...

W roku pańskim 1697 najdostojniejszy majestat króla Francji Ludwika XIV, kuszony przez niejakiego barona de Pointis, podjął decyzję o uderzeniu na Cartagenę. Jednak sprawa nie była łatwa. Potęga tego warownego miasta, istnej twierdzy o "niebosiężnych" murach, była już legendą w Europie. Nakazano zatem Jeanowi Baptiste Du Casse - gubernatorowi San Domingo, wyciągnąć z domów i z tawern każdego pirata, jaki przebywał w kolonii. Wprawdzie nie chciał iść w tak ryzykowne przedsięwzięcie, jak atak na Cartagenę, lecz był urzędnikiem króla i musiał wykonać rozkaz. Osobiście stanął na czele oddziału bukanierów, który przez dwa miesiące czekał na przybycie głównych sił inwazyjnych. Wreszcie wojska przypłynęły, a na wyspach francuskich dołączyło do nich siedmiuset piratów na siedmiu okrętach plus prawie pięciuset żołnierzy i ochotników spośród mieszkańców koloni. Du Casse zadbał o interesy swoich ludzi, spisał umowę o podziale łupów z baronem de Pointis, który dowodził całą wyprawą. Hiszpańskie miasto, mimo swych potężnych umocnień nie spodziewało się ataku, więc nie było dobrze przygotowane do jego odparcia. Strach przeszył serca mieszkańców Cartageny, gdy 13 kwietnia ujrzeli piękne i potężne żagle zbliżającej się floty francuskiej. Dwadzieścia sześć okrętów, a na nich pięć tysięcy ludzi, dwa dni później dobiło do wybrzeża. Część rozpoczęła wyładunek ponad czterystu armat, reszta ruszyła na fort Boca Chica. Ta warownia stojąca przy wejściu do portu i strzegąca drogi do miasta, musiała być zdobyta przed wykonaniem głównego natarcia. Fort był dobrze umocniony. Z jego czterech bastionów wyglądały lufy trzydziestu trzech dział. Głównodowodzący jego obroną, Don Sancho Jimeno, nie chciał "za tanio sprzedać skóry". Jednak potęga machiny wojennej najeźdźców była zbyt wielka, ostrzeliwana z morza i atakowana z lądu twierdza zmuszona była upaść. Błagany przez swych oficerów, płacząc ze wstydu i gniewu, 16 kwietnia Jimeno oddał fort w ręce wroga. Następnego dnia Francuzi zajęli pobliskie miastu wzgórze, na którym mieścił się kościół "Nuestra Seńora de la Poupa", odcinając tym samym jedną z dróg ewakuacji Cartageny. Pozostałe twierdze ulokowane w innych rejonach wokół miasta, były de facto nie obsadzone obrońcami i nie stanowiły już dużego problemu dla najeźdźców. Fort Święty Lazarus stawiał wprawdzie pewien opór, ale za to jego bratni - czterobastionowy fort Santa Cruz, już poddał się bez walki, podobnie, jak dwa kolejne nie zaopatrzone w załogę hiszpańskie twierdze. Główne francuskie natarcie miało się teraz skupić na wielkich, kamiennych, miejskich murach. Ustawione na wybrzeżu armaty i wtórujące im okrętowe działa były już gotowe do akcji. Wojsko i bukanierzy czekali pod murami miasta, kanonierzy nabijali lufy prochem i kulami. Padł rozkaz, w straszliwej salwie pięćset trzydzieści osiem dział plunęło ogniem. Potem następna salwa, a za nią kolejna i tak bez końca. Część armat strzelało w przypuszczalnie najsłabszy fragment umocnień zewnętrznych, chcąc zrobić wyłom. Pozostałe bombardowały budynki wewnątrz. Dwa tysiące dwieście pocisków spadło na domy, kościoły i ulice, łamiąc do reszty ducha mieszkańców. Na murach ostatni obrońcy, pokładali ufność w nadziei. Pośpiesznie ładując osiemdziesiąt cztery działa, rozlokowane w dwunastu bastionach, próbowali dorównać siłą ognia francuskiej artylerii. Głupcy, myśleli, że mają nadal szanse. Inni mieszkańcy, w tej straszliwej godzinie sądu nad miastem, rozpaczliwie zanosili swe modły do Boga. Pocisk armatni spadł na kaplicę szpitalną w momencie wystawienia Najświętszego Sakramentu. Wszędzie pożoga, śmierć i panika. Trupy ludzkie porozrywane na strzępy leżały na ulicach. Spod gruzów powalonych budynków słychać było wołania o pomoc. Motłoch i szlachta na równi rwała się do ucieczki. Brodząc w błocie, depcząc i tratując się wzajemnie, małymi ścieżkami uciekali w lasy. Bombardowanie nie ustawało, ogień rozprzestrzenił się w zabudowanych dzielnicach. Dzień po dniu fale pocisków spadały na Cartagenę. Nawet niebo "zaczęło płakać" nad straszliwym losem miasta, wydającego ostatnie tchnienia w swej agonii. U jego bram tłoczyli się najeźdźcy - francuscy żołnierze i bukanierzy żądni srebra i hiszpańskiej krwi. Głównodowodzący piratami został ranny i będąc niezdolnym do bitwy, miał zostać zmieniony. Lecz jego krnąbrni ludzie nie chcieli iść w bój pod nową komendą. Od samego początku niechętni żołnierzom de Pointisa, już na San Domingo wdali się z nimi w zatargi. Mimo rany w udo, gubernator Du Casse stanął pomiędzy bukanierami, aby poprowadzić ich ku chwale zwycięstwa. Wreszcie mur pękł pod ostrzałem, a piraci niczym "Synowie Marsa" przez wyłom wpadli do środka. Mieszkańcy nie odpuszczając, bili się z najeźdźcą na ulicach. Tymczasem Francuzi krwawo kroczyli naprzód, wycinając w pień każde gniazdo oporu. Zaledwie kwadrans zajęło im zmasakrowanie dwustu Hiszpanów w jednym z miejskich kościołów. 3 maja Cartagena skapitulowała. Nielicznym oddziałom obrońców wraz z gubernatorem na czele, pozwolono opuścić miasto z honorami. W ruinach katedry zwycięzcy odśpiewali Te Deum, by chwilę później przystąpić do łupienia wszystkiego, co wpadło im w ręce. Łamiąc warunki traktatu, nie oszczędzili żadnego z kościołów. Powiększył się rozłam pomiędzy piratami a żołdakami de Pointisa. Widzieli to nawet mieszkańcy, bojąc się straszliwych gwałtów i nieludzkich grabieży, niektórzy wynajmowali bukanierów do ochrony swych domostw przed pozostałymi Francuzami. Część z piratów honorowo wypełniało zlecenie, nie dopuszczając nikogo do progów chronionych przez nich budynków. Jednak wielu nie było w stanie oprzeć się łatwej zdobyczy i sami ograbiali tych, których mieli bronić. Wygląda na to, że baron od samego początku chciał wykorzystać bukanierów i dorobić się kosztem ich krwi. Nie zamierzał bynajmniej oddać im sprawiedliwej części łupu, mamił ich zadaniem zatrzymania armii Indian zbliżającej się do Cartageny. Tymczasem armia ta nigdy nie nadciągała, chodziło wyłącznie o pozbycie się piratów z miasta, a pod ich nieobecność załadowanie okrętów zdobycznymi skarbami. Kiedy nie napotkawszy wroga bukanierzy chcieli wrócić, straże nie wpuściły ich za bramę. Piętnaście dni koczowali pod murami, podczas kiedy de Pointis tłumaczył im, że nie chce ich obecnością wprowadzać strachu wśród mieszkańców, a sam tymczasem grabił miasto z każdej monety. 29 maja flota królewska z całym majątkiem na pokładzie podniosła kotwice i odpłynęła. Baron przydzielił piratom marne strzępy z łupu i kazał płynąć za nim. Wściekli na naczelnego wodza, nie zamierzali jednak odejść z niczym. Nie mogąc go zaatakować i wymóc należnej im doli w łupach, padł wśród nich inny pomysł. Wielu chciało wrócić do Cartageny i ograbić ją ze wszystkiego co jeszcze w mieście pozostało. Du Casse im zabraniał, ale nie był w stanie zatrzymać ich grożąc nawet królewską sprawiedliwością, więc sam odpłynął na San Domingo. De Pointis znał plany bukanierów, ale kiedy po prostu je zignorował, ci nie hamowani przez nikogo wrócili do już wykrwawionego miasta. Wpadli do klasztorów i urzędów biorąc co popadnie. Torturowali każdą lokalną osobistość, wymuszając informacje o kryjówkach, w których miejscowi pochowali swe skarby. Część mieszkańców zamknęli w katedrze jako zakładników, żądając za nich i za miasto pokaźnego okupu. Dopiero kiedy wycisnęli z niego ostatnią monetę, 3 lub 4 czerwca, zadowoleni bukanierzy odeszli. Jednak nie każdemu opłaciła się ta powtórna grabież. Dwa ich statki odpływając wpadły w ręce floty angielsko-holenderskiej, kolejne dwa rozbiły się, a wziętej do niewoli załodze jednego z nich, dane było powrócić po raz trzeci do Cartageny... w formie jeńców odbudowujących zniszczone fortyfikacje. Jedynie trzy pozostałe okręty szczęśliwie dotarły do Krowiej Wyspy, gdzie jak to w zwyczaju mieli piraci, podzielono łupy.

Zdobycie Cartageny było ostatnią wielką operacją, jaką przeprowadzili, bądź w jakiej udział wzięli bukanierzy. Było ostatnią poważną kartą w historii piratów z Tortugi i symbolicznie kończyło czas sławy i potęgi Braci Wybrzeża; czas kiedy nazwa "Tortuga" nie schodziła z ust żadnego marynarza przepływającego przez Karaiby. Wspominano ją na dworach królewskich Francji, Anglii i Hiszpanii. Nie było handlarza ani żołnierza w koloniach Nowego Świata, który nie znałby jej imienia. Nazywano ją różnie; Francuzi wołali na nią Ile-de-la Tortue. Jednak do obecnych czasów przeszła jej hiszpańska nazwa - Isla Tortuga. Gdybyś teraz zapytał kogoś, drogi Czytelniku, "o co chodzi z tą Tortugą?"... być może opowiedziano by Tobie historię z paru filmów fabularnych, mniej bądź bardziej oderwaną od rzeczywistości. Ale mało kto opowie Ci o faktach. Historia ma to do siebie, że z biegiem lat często "pokrywa się kurzem", a im starsze i mniej znaczące dla przyszłości wydarzenie, czy postać, tym szybciej. Z biegiem czasu prawda historyczna wielokrotnie się ulatnia. Pozostają w jej miejsce mity i legendy, które obrastają niczym chwasty wokół faktów. Chwasty nie wyrywane, w końcu zakryją całkowicie prawdę. Weźmy na przykład taką Troję. W mitach głośno o niej było od zawsze, ale ile musieli się natrudzić archeolodzy, aby udowodnić, że w ogóle kiedykolwiek istniała. Ważne jest, aby prawdziwa pamięć historyczna nigdy nie zniknęła, aczkolwiek kiełkujące gdzieś w człowieku ziarnko romantyzmu, nakazuje mieć sentyment do półbajkowych bohaterów i ich niestworzonych przygód. Jednak w trudnym i niekończącym się procesie badania przeszłości, chodzi o wyciągnięcie faktów spod kurzu mitów i legend. Właśnie to chciałem uczynić pochylając się nad sprawą Tortugi. Zależało mi, aby odpowiedzieć na pytanie: czym ta wyspa w rzeczywistości była? Dlaczego na dźwięk jej nazwy, która winna być tak miło kojarzona z żółwiami, niespełna 400 lat temu nasuwały się zupełnie inne skojarzenia - nie do końca już tak miłe? Jakie znaczenie miał ten ledwo dostrzegany punkt na mapie?

Spróbujmy razem przemierzyć tamten świat sprzed trzech i pół stulecia, by zobaczyć jak się sprawy rzeczywiście miały. Wczujmy się w nietypową, rzadko spotykaną, oraz fascynującą historię wyspy Tortuga i jej wyjątkowych mieszkańców. Historię, która jak uznałem, jest warta opisania. Jeśli znudzi cię ta opowieść, drogi Czytelniku, nie wiń za to przeszłości tamtej krainy. Zrzuć to na barki mej słabej twórczości i amatorstwa.

ROZDZIAŁ I. SCENOGRAFIA

Skoro mamy przerzucać wstecz kartki z kalendarza... to zatrzymajmy się jeszcze na chwilę. Odłóżmy na moment naszą wyprawę w przeszłość i postójmy w miejscu. Zobaczmy czym jest Tortuga na początku XXI wieku.

Trochę na północny zachód od wyspy Haiti, za szerokim na 10 km kanałem morskim, leży ona - cel naszej podróży po kartach historii. Według innych danych kanał ma 16 km, ale biorąc pod uwagę rozbieżność we wszystkich danych oraz fakt, że niektóre odległości wyrażane mogły być przez "kronikarzy" w dawnych milach morskich, to każdy pomiar, niestety, musimy postawić pod znakiem zapytania. Wracając do Tortugi, to w tej chwili nie byłbym taki przekonany, czy chciałbym się tam wyprawić. Tą podobno przypominającą wielkiego żółwia morskiego wyspę, od którego to pochodzi jej nazwa, ciągle nawiedzają nieszczęścia rodem z Apokalipsy. W 2004 roku przeszedł tamtędy huragan Jeanne. Skala kataklizmu była tak przerażająca, że media francuskie podały informację (jak się później okazało - nieautentyczną) o zatonięciu wyspy. Na siostrzanym lądzie Haiti trzęsienie ziemi w 2010 roku zabiło kilkaset tysięcy ludzi. Niedługo po nim wybuchła tam epidemia cholery. Zarówno jedno, jak i drugie wydarzenie musiało odbić się silnym echem wśród sąsiednich wysp. Ale odrobinę wcześniej Tortuga była... poetycko-malownicza.

Dotrzeć do niej można było z Haiti; łodzią przez kanał, albo małym samolotem. O ile dwa dostępne pasy startowe były w dobrej kondycji. Zdjęcia jakie robiono wyspie z lotu ptaka ukazywały jej prawdziwe piękno. Od południowego wybrzeża otaczały ją rafy i plaże. A za nimi były porośnięte gęstymi lasami wzgórza, które dochodziły do 450 metrów wysokości. Wszędobylskie cytrusy, orzechy kokosowe i awokado dodawały bajecznego klimatu tamtej okolicy. Ta długa na 37 km, a szeroka na 7 km kraina, to był taki mały raj. Ale poruszanie się po nim nie było już takie proste. Drogi były wąskie, a po obfitych deszczach ich stan zostawiał wiele do życzenia. Zresztą jak cała infrastruktura wyspy. Ogólnie panowała tam bieda. Ludzie żyli z rolnictwa, rybołówstwa i handlu morskiego. Towary były transportowane najczęściej łodziami miejscowej produkcji. Ale nie zbudowanymi przez fabrykę, tylko na zasadzie "zrób to sam". Turystyka prawie nie istniała. Jedyny hotel "Princess Corporation", mieszczący się w Pointe Oiseau był na ogół pusty. Nie było tam prawie żadnej administracji państwowej, ludzie nie mieli nawet tablic rejestracyjnych w samochodach! Jednym z niewielu, w miarę rozwiniętych miejsc na wyspie było Palmiste - wioska usytuowana na wysokości czterystu pięćdziesięciu metrów we wschodniej części wyspy. Kościoły katolicki i protestancki, stacja radiowa, szkoły dawały pewne złudzenie zachodniej cywilizacji. Z kolei kanalizacji już tam nie doświadczono. Trzeba by też nadmienić o znajdującym się tam posterunku policji z całym sześcioosobowym personelem. Jak na 30 000 mieszkańców wyspy, to raczej mało. (Według innych danych 36 000 do 50 000 mieszkańców.) Większe skupiska ludności znajdowały się też na południowym wybrzeżu, we wsi Cayonne mieszczącej się przy portowisku Basse Terre. Do wybrzeża tej małej rybackiej wioski prowadził zaledwie skromny drewniany pomost, wykorzystywany do wyładowywania towarów z dobijających do niego kutrów. Na tej niewielkiej wyspie, wszystko było od siebie mało oddalone. Palmiste i Pointe Saline na zachodnim wybrzeżu (gdzie znajdowała się piękna, sucha i długa na 2 kilometry plaża), dzieliło dwie godziny jazdy samochodem, choć częściej przebywano tę drogę konno. Po drodze można było zobaczyć wzgórza porośnięte palmami kokosowymi, drzewami bananowymi i pomarańczowymi, które miejscowi w pocie czoła starali się hodować. Chcąc poczuć trochę historii i klimatu tamtego miejsca, należało udać się sześć kilometrów na wschód od Palmiste do La Grotte au Bassin, do Trou d'Enfer koło wąwozu La Rochelle lub do La Grotte de la Galerie, trochę na wschód od Trou d'Enfer. Znaleźlibyście tam bowiem jaskinie skalne, które miały kiedyś kluczowe znaczenie dla mieszkańców Tortugi. Fragmenty fortu de la Roche (kawałki ścian, fundamentów i parę armat), były pozostałościami historii i legendy wyspy. Ale o tym wszystkim później.

No cóż, ogólny obrazek stanu Tortugi z początku XXI wieku nie wyglądał zbyt obiecująco. Piękno tego małego skrawka świata, z jego bogactwem naturalnym i krajobrazem było niezaprzeczalne. Ale rząd centralny Haiti zapomniał o tej krainie. Zamiast ją rozwijać, wykorzystać jej potencjał i przebudować w przystań dla turystów, pozwolił na jej stagnację. Potem nadeszły kataklizmy. Nie wiem, co w tej chwili dzieje się na Tortudze. Dlatego wszystko co piszę o jej ostatnich latach, podaję w czasie przeszłym, gdyż zdaję sobie sprawę, że może to już być nieaktualne. Czas pokaże, czy tamten skrawek świata podniesie się z nieszczęść, które go dosięgły. My możemy mieć tylko nadzieję, że okres jej świetności do końca nie przeminął. Choć swoje najważniejsze lata ma już chyba za sobą. Wszystko ma swoje pięć minut, aby potem odejść w zapomnienie. Przed milionami lat, podczas ruchów tektonicznych skorupy ziemskiej, Tortuga oderwała się od Haiti (Hispanioli), aby w XVII wieku stworzyć swoją własną, niesamowitą historię, a potem zarazić nią z powrotem swą wyspę matkę. Cofnijmy się więc do niej i obejrzyjmy wpierw scenografię, pośród której grali bohaterowie tej historii.

Jest 6 grudnia 1492 roku, okręty Krzysztofa Kolumba podpływają do Tortugi. Marynarze Kolumba byli pierwszymi Europejczykami, którzy ujrzeli "Żółwią Wyspę", a do obecnych czasów przeszła nazwa, z którą przybywający tam żeglarze skojarzyli jej wygląd - z wielkim morskim żółwiem. Jeszcze przez następne sto lat Tortuga była tak dzika, jak przed jej odkryciem. Zamieszkiwali ją lokalni "Indianie", należący do szczepu Arawaków, zwani przez historyków Taino. Zaczęło się to zmieniać w 1598 roku, kiedy pojawili się pierwsi hiszpańscy kolonizatorzy. Przybyli i założyli plantację tytoniu. Przez kolejne sto lat wskutek napływu Europejczyków, wyspa, a głównie jej południowa część, zmieniła się nie do poznania -"ucywilizowała się". Powstał port Basse Terre od południowej strony wyspy, tuż obok wsi, którą nazywano Cayenne (lub Cayonne). Budowano osady i warowne forty do ich ochrony. Takie jak Fort de Roche, utwierdzony wśród groźnych skał "Żółwiej Wyspy". Zmieniał się krajobraz, zmieniali się ludzie, zmieniało się życie. W XVII wieku Tortuga stała się prawdziwym Nowym Światem, jak mawiali koloniści. Chociaż zasiedlano ją głównie od południowego wybrzeża. Północna część była zbyt sroga i nieprzystępna. Ostre skały i mnóstwo wysokich drzew charakteryzowało tamtejszy krajobraz. Jednak od południa Tortuga zdradzała swoją łagodniejszą naturę. Przyjemny, ciepły klimat, nie nazbyt gorący jak na tamten region, brak zimy, piękne plaże i żyzna ziemia przyciągały osadników. W zasadzie jedyne, co mogłoby ich zniechęcać, to ciągłe wiatry. Niemal przez cały rok wieje tam od wschodu i północnego wschodu; o częstych huraganach, jakie nawiedzają cały archipelag, już nawet nie wspominając. Kolonizatorzy przybywali i wykorzystywali bogactwo naturalne wyspy, jak tylko się dało. Twarde drewno z istniejących tam niegdyś lasów (podobno obecnie poza karłowatymi krzakami to za wielkiej fauny tam nie ma), doskonale nadawało się do budowy wszelkiego rodzaju narzędzi, jak koła napędowe, młoty itp. Inne drzewa były wykorzystywane do produkcji pochodni, leków, wina oraz - rzecz jasna - statków. Na wyspie nie brakowało również mięsa. Oprócz ryb, które oczywiście były podstawą ówczesnego menu, roiło się tam od wielkich krabów, stad gołębi, dzikiego bydła i świń. Te dwa ostanie "dania główne wyspy", to efekt początków kolonizacji hiszpańskiej. Pierwsi osadnicy ściągnęli tę zwierzynę z Europy i nie ma pewności czy umyślnie puścili ją wolno na wyspie, aby mogła się swobodnie rozmnażać, czy po prostu dużo prosiąt samych uciekło w lasy. Jakkolwiek do tego doszło, w krótkim czasie zaroiło się tam od dzików. Podobno około stu sztuk przypadało na jednego mieszkańca, a w pewnym okresie Tortugę zwano nawet Wyspą Wieprzy. Były one źródłem pożywienia tubylców chroniących się w górach podczas wrogich ataków. To wzbogacenie miejscowej fauny okazało się przyczyną myślistwa na wielką skalę, które w następstwie dało początek miejscowemu piractwu. Ale po kolei, dojdziemy i do tego.

Miejsca, w których piraci żyli na Tortudze w XVII wieku, nie mogły się znacząco różnić od innych kolonii europejskich w Ameryce. Porty i miasta budowano według technologii znanych w Europie. Statki często w ogóle pochodziły ze stoczni europejskich. Różnice polegały na przystosowaniu tego wszystkiego do warunków naturalnych w jakich miały funkcjonować. Prześledźmy więc, co takiego ciekawego zbudowano na wyspie w tamtych czasach i koniecznie zatrzymajmy się w porcie, by obejrzeć zakotwiczone okręty.

Północną część linii brzegowej Tortugi wyrzeźbiły ostre skały, dlatego port i osadę usytuowano od jej południowego wybrzeża. Powstała tam w latach dwudziestych XVII wieku wioska portowa, z miejsca przyciągnęła do siebie wszelkiego rodzaju handlarzy oraz przemytników i stała się rynkiem zbytu dla całej okolicy. Wioskę ochrzczono Cayenne, a kotwicowisko znajdujące się za wąską gardzielą portową (jedynym możliwym, wąskim, stumetrowym przejściem pomiędzy wszechobecnymi rafami), nazwano Basse Terre. Sam port zbierał jak najlepsze noty u zatrzymujących się w nim żeglarzy. Był bardzo duży, nawet wielkie, siedemdziesięciodziałowe okręty mogły znaleźć w nim schronienie. Naturalnie jeśli ich sternicy dadzą radę tam wpłynąć przez gardziel, bo jeśli chodzi o opinię na temat podejścia do wybrzeża, to mówi się, że jest piekielnie trudne. Kanał oprócz tego, że był wąski to w dodatku jeszcze płytki, zaledwie jakieś dwa do trzech metrów, co oznaczało, że tylko lekkie okręty mogły przez niego płynąć. Przez całą jego ponadkilometrową długość sternik musiał niesamowicie uważać, aby nagły poryw wiatru nie ściągnął statku na pobliskie rafy. Wreszcie po tych wszystkich trudnościach okręt docierał do chronionego portu, w którym już we wczesnych latach trzydziestych zamontowano platformę, na której ustawiono sześciodziałową baterię ogniową.

Idąc wzdłuż wybrzeża portu Basse Terre głównym rodzajem okrętu jaki byś ujrzał, drogi Czytelniku, byłby "słup", lub "barka" jak to Francuzi woleli go nazywać. Mały żaglowiec z najczęściej jednym masztem, chociaż były również wersje o dwóch lub trzech masztach. Właśnie takiego przedłużonego słupa o trzech masztach nazywano "korwetą". Obok niego zakotwiczona stałaby "brygantyna". Jednostka dwumasztowa, lekka, bardzo zwrotna i szybka, przypominająca trochę połączenie indiańskiej łodzi z żaglowcem. Z czasem w porcie popularne stały się kotwiczące szybkie trójmasztowe "fregaty". Przechadzając się nadbrzeżem portowym ujrzałbyś wyciągnięte na ląd długie kawałki drewna, wyglądające niczym drzewo położone płasko z wyciętym wnętrzem. To "kanu", najpopularniejszy karaibski rodzaj łodzi, budowany z jednego kawałka drzewa. Ten zmyślny, łatwy do zrobienia, środek transportu morskiego z racji swej wielometrowej długości, mógł pomieścić sporą, nieraz i dwudziestoosobową załogę. Piratom służył często jako najlepszy środek do szybkiego i niespodziewanego uderzenia. Wielu kapitanów zaczynało swe kariery od zwykłego kanu, jego dłuższej wersji zwanej piragua, bądź od pinnasy, czyli takiej przerośniętej łodzi z masztem, na której pokład wchodziło niekiedy do sześćdziesięciu ludzi. Łodzi tych używano zwłaszcza do ataków przy brzegach, gdzie mielizna wymagała lekkiej jednostki z małym zanurzeniem. Dlatego często pinnasa płynęła na holu za swym okrętem matką, bądź w większej liczbie łodzie te już obsadzone załogą były wsparciem całej floty pirackiej. Jak choćby pięciu okrętów bukanierów, które wraz z ośmioma pinnasami płynęły w 1683 roku na Vera Cruz.

Piraci podczas ataku i ucieczki wykorzystywali prędkość oraz trudne ukształtowanie terenu. Dlatego statki na jakich działali musiały być do tych warunków świetnie przystosowane. Często sami je przerabiali. Zdobyczny okręt miał podnoszone burty do ochrony przed ostrzałem, dokładano mu żagli, aby uzyskać większą prędkość oraz przede wszystkim był dozbrajany. Jednak ze wszystkim należało uważać. Nie można było zamontować więcej żagli, niżby maszt wytrzymał. Artyleria, która była główną siłą każdego statku, też musiała być rozsądnie rozlokowana. Małe pirackie jednostki morskie, musiały pływać po bardzo płytkich wodach, na których mogły skryć się przed ścigającymi ich wielkimi okrętami. Dlatego słupy i brygantyny musiały mieć małe zanurzenie, aby nie ugrzęznąć na rafach i mieliznach. Działa armatnie były z kolei bardzo ciężkie a ich zbyt duża liczba wpływałaby na zanurzenie i co za tym idzie manewrowość oraz prędkość okrętu. Dlatego liczba dział na większości statków pirackich nie przekraczała dwudziestu sztuk. Niektórzy kapitanowie pływali na większych fregatach, które mogły udźwignąć czterdzieści czy pięćdziesiąt dział, rozmieszczonych najczęściej w całości na jednym pokładzie. Kierowanie statkami różniło się wówczas od tego, jaki kojarzymy z przekazu kinowego. Otóż do roku 1704 nie znano i nie używano koła sterowego. Zamiast niego z pokładu wystawał drąg, który będąc przymocowany do reszty mechanizmu, służył za drążek kierowniczy. Niejednokrotnie, siedząc pod pierwszym pokładem, słuchając jedynie komend, sternik gonił od jednej burty do drugiej przechylając drąg, zmieniał ustawienie płetwy sterowej i kierunek żeglugi.

Przejdźmy do dalszej części starej zabudowy wyspy i przesuńmy się trochę w bok i pod górę od portu. Wspinając się na pobliskie skały Basse Terre, ujrzałbyś zbudowany w latach czterdziestych XVII wieku Fort De Roche. Miał on za zadanie chronić kolonie i osłaniać wejścia do portu przed wrogimi okrętami. Sama konstrukcja była świetnie pomyślana. Wznosiła się na bardzo wysokiej skale, więc pole rażenia zainstalowanych tam dział było ogromne. Wewnątrz twierdzy płynął górski strumień. Źródło było na tyle duże, aby żaden z obrońców nigdy nie musiał cierpieć pragnienia. Jedyną drogą prowadzącą pod mury fortu było wąziutkie (niespełna półtora metra szerokości), przejście pomiędzy skałami. Żaden szyk bojowy nie mógłby tamtędy maszerować. Zresztą po zasypaniu przejścia, można było się tam dostać wyłącznie po drabinach. W środku twierdzy zbudowano dom, który mógł służyć za sztab, arsenał, magazyn żywności. Najstraszniejszą jego częścią było więzienie z lochami. Na więzienie mówiono "Czyściec", zaś na lochy wołano "Piekło". Skąd te nazwy? Ich znaczenie z całą pewnością rozumieli więźniowie, dogorywający w ciemnościach i wilgoci, kończący swój żywot w ciasnych, żelaznych klatkach. Dla lepszej obserwacji i łatwiejszego ostrzału, wycięto wszystkie drzewa wokół fortu, w którym zainstalowanych było w pewnym momencie ponad czterdzieści armat.

Patrząc na mapę, odrobinę pod Tortugą leży druga, znacznie większa wyspa znana obecnie jako Haiti, ale jeszcze paręset lat temu nazywano ją Hispaniolą. Historia jej północnych i zachodnich wybrzeży, nieodłącznie wiąże się z piratami z siostrzanej Żółwiej Wyspy, którzy jako pierwsi zakładali w tamtych rejonach ośrodki miejskie. W 1663 roku gubernator de Rausset skolonizował okolice Zatoki Léogâne, na północnym wybrzeżu, południowo-zachodniego półwyspu Hispanioli. Założone miasto nosiło nazwę Petit Goâve i niedługo stało się główną bazą tamtejszych bukanierów. Brzegi wyspy wokół nowego, malowniczego portu porastały palmy, w pobliżu znajdowało się osiedle mieszkaniowe i fort obsadzony artylerią do ochrony całego kompleksu. Z tamtego rejonu pochodził następny gubernator kolonii Bertrand d'Ogeron - w zasadzie to nie tyle pochodził, co miał tam swoją plantację. Może się to wydawać niesamowite, ale właśnie piraci budowali swe osady w miejscach, w których obecnie stoją wielkie miasta, to oni kładli podwaliny, kamienie węgielne pod przyszłość tamtego regionu. Jedne z ich pierwszych osiedli na Hispanioli, powstało w Port Margot na północnym wybrzeżu. W 1670 roku Pierre le Long wraz z małą grupką kolonistów, przeniósł się z Tortugi na Hispaniolę i również na jej północnym wybrzeżu założył Cap-François, które z czasem stało się stolicą kolonii w miejsce Tortugi, a obecnie znane jako Cap-Haitien. Zaledwie piętnaście lat później, to portowe miasto było obok Petit Goâve i Port-de-Paix, jednym z trzech głównych ośrodków francuskich w całej kolonii. Wtedy Tortuga była już bardzo słabo zaludniona, gdyż większość jej mieszkańców przeniosła się na Hispaniolę. Ciekawostką jest historia Zatoki Samana leżącej przy półwyspie o tej samej nazwie, po wschodniej, czyli po hiszpańskiej stronie wyspy. Otóż podobno był to również rejon często odwiedzany przez bukanierów, podobno to właśnie wśród tamtej gromady zaczął karierę Laurens de Graff, o którym więcej powiemy później.

Na wybrzeżach zachodniej Hispanioli w 1684 roku, cumowało przynajmniej siedemnaście pirackich okrętów. Od najmniejszego, mającego zaledwie dwudziestu pięciu członków załogi i dwie armaty, po największy, obsadzony aż trzystoma ludźmi i pięćdziesięcioma dwoma działami. Ten wielki statek nosił nazwę "Le Hardy" i należał do kapitana de Grammonta. Kolejne dwa warte wzmianki okręty, to "Le Neptune" liczący dwustu dziesięciu marynarzy i pięćdziesiąt cztery działa statek kapitana de Graffa oraz "La Mutine" należący do kapitana Michela; mający dwustu członków załogi i czterdzieści cztery działa. Pozostałe okręty ówczesnych bukanierów należały do lżejszych jednostek, dźwigały maksymalnie trzydzieści armat, a ich załoga rzadko przekraczała setkę. Jak wspomniałem wcześniej, większość pirackich kapitanów unikało dużych, ciężkich okrętów z racji trudności w ich ukryciu i manewrowaniu, ale trzeba przyznać, że już od czasów L'Ollonaisa, aż po De Graffa i Grammonta, na najpotężniejszych jednostkach pływali najwięksi liderzy bukanierów. Lecz nie zawsze na jednym i tym samym statku. Pięli się do góry zamieniając mały (często zdobyczny okręt), na większy, a potem na jeszcze większy i tak dalej. Zresztą nawet gdyby nie potrzeba zwiększenia siły ognia (duże statki mogły unieść i pomieścić więcej dział i ludzi), to zwykłe procesy naturalne, wymusiłyby na określonej załodze zmianę pokładu. Otóż na Morzu Karaibskim mieści się jedno z największych skupisk robaków teredo, są to krewniacy korników, dla których wielkim przysmakiem były drewniane kadłuby statków. Żaden, nawet najsolidniej zbudowany i najczęściej karenowany okręt, nie był w stanie wytrzymać dłużej niż dziesięć lat na wodach karaibskich. Do tego dochodziły jeszcze wielkie sztormy, które groziły jednostkom, zarówno na pełnym morzu, jak i tym zakotwiczonym w porcie. Przed siłą tego żywiołu często nie było ucieczki, o czym przekonali się choćby kapitanowie Bras De Fer i De Grammont tracąc swoje statki w czasie sztormu. Zwłaszcza pomiędzy czerwcem a listopadem, przez cały region Karaibów przewalała się corocznie lawina huraganów.

Tortuga była niezwykłym światem. Światem samym w sobie. Światem, który spłynął złotem i krwią. ŚWIATEM PIRATÓW. Mówiąc to, nie mam na myśli zwykłych rozbójników morskich, jakich kojarzymy z filmowych opowieści. Mówiąc piraci z Tortugi, mam przed oczyma potężne hordy wojowników, którzy w imię pieniądza pustoszyli morza i lądy, zatapiali statki, niszczyli całe miasta. Widzę floty okrętów, które przemierzały Nowy Świat niosąc z sobą ogień i śmierć. Przez blisko sto lat siali postrach w całym regionie Morza Karaibskiego, tak wielki, że nawet w kościołach hiszpańskich modlono się, aby Niebiosa chroniły kolonie przed pirackim gniewem. Mówiąc Tortuga, widzę wyspę, gdzie ci wszyscy bezbożnicy stworzyli swoją enklawę, gdzie ich niezwykły sposób bycia zawładnął każdym dniem, skąd wyruszyli na pobliską Hispaniolę, aby rozszerzyć swe wpływy i zbudować gigantyczną organizację przestępczą. Patrząc z szerszej perspektywy, nieczęsto w historii świata tak niewielka liczba ludzi, żyjących na zadziwiająco małym skrawku lądu, miała przez wyjątkowo długi okres, tak wielki wpływ na otaczającą ją rzeczywistość.