To niemożliwe - Danielle Steel

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Paryska Suvery Gallery mieściła się w imponującym, eleganckim osiemnastowiecznym hôtel particulier na Faubourg St. Honoré. Kolekcjonerzy, którzy przybywali tu na umówione spotkania, przechodzili przez ogromne, kute w brązie drzwi wiodące na dziedziniec. Na wprost wejścia znajdowała się główna galeria, po lewej - biura Simona de Suvery, właściciela, a po prawej - dodany przez jego córkę aneks stanowiący skrzydło współczesne. Duży elegancki ogród za budynkiem pełen był rzeźb, głównie autorstwa Rodina. Simon de Suvery prowadził tę galerię przeszło czterdzieści lat. Jego ojciec Antoine był jednym z najpoważniejszych kolekcjonerów w Europie, więc Simon został znawcą renesansowego malarstwa i mistrzów flamandzkich, zanim otworzył galerię. Teraz był konsultantem wielu europejskich muzeów, wzbudzał lęk prywatnych kolekcjonerów i podziw, choć często również strach tych wszystkich, którzy go znali.

Simon de Suvery był postacią onieśmielającą: wysoki i potężnie zbudowany, miał surowe rysy i ciemne oczy, które przewiercały człowieka na wylot. W młodości nie spieszył się do małżeństwa. Był zbyt zajęty rozkręcaniem interesu, by tracić czas na romanse. Dopiero jako czterdziestolatek ożenił się córką poważnego amerykańskiego kolekcjonera. Stworzyli udany i szczęśliwy związek. Marjorie de Sauvery nigdy nie angażowała się bezpośrednio w sprawy galerii, która miała dobrą pozycję, jeszcze zanim Marjorie poślubiła Simona. Była nią zachwycona i podziwiała dzieło jego życia. Bardzo go kochała i żarliwie interesowała się wszystkim, co robił. Marjorie była malarką, ale niechętnie pokazywała swoje prace. Malowała szlachetne pejzaże oraz portrety i często dawała je jako prezenty przyjaciołom. Mówiąc prawdę, Simona wzruszały, ale nie poruszały jej obrazy. Co do galerii, był bezwzględny w wyborach i bezlitosny w decyzjach. Miał żelazną wolę, umysł ostry jak diament i prawdziwy zmysł handlowy, choć gdzieś bardzo, bardzo głęboko biło w nim zawsze dobrze skrywane, pełne ciepła serce. Tak przynajmniej utrzymywała Marjorie. Jednak nie wszyscy jej wierzyli. Był sprawiedliwy dla swoich pracowników, uczciwy wobec klientów i nieustępliwy w pogoni za tym, co jego zdaniem powinno się znaleźć w galerii. Niekiedy kilka lat zabierały mu starania o jakiś szczególny obraz lub rzeźbę, ale nie spoczął, póki nie zdobył upragnionego dzieła. O żonę, przed ślubem, zabiegał w ten sam sposób, a gdy ją zdobył, traktował jak skarb będący wyłącznie jego własnością. Życiu towarzyskiemu oddawał się tylko wtedy, kiedy sądził, że musi, podejmując gości w jednym skrzydle domu.

Decyzję o posiadaniu dzieci odłożyli na później. W istocie była to decyzja Simona i z jej podjęciem czekali dziesięć lat. Wiedząc, jak bardzo Marjorie pragnie mieć dzieci, Simon w końcu przychylił się do jej życzeń i był tylko nieco rozczarowany, kiedy wydała na świat córkę, a nie syna. Gdy urodziła się Sasha, Simon miał lat pięćdziesiąt, a Marjorie trzydzieści dziewięć. Sasha natychmiast stała się miłością życia matki. Zawsze były razem. Marjorie spędzała z córką wiele godzin, śmiejąc się i bawiąc z nią w ogrodzie. Niemal pogrążyła się w żałobie, gdy Sasha zaczęła szkołę i musiały się rozstać. Dziewczynka była ślicznym i miłym dzieckiem, w którym interesująco połączyły się cechy rodziców. Miała mroczną urodę ojca i ujmującą łagodność matki. Marjorie była anielską blondynką z błękitnymi oczami i wyglądała jak Madonna z obrazów włoskich mistrzów. Sasha odziedziczyła delikatne rysy po matce, a ciemne włosy i oczy po ojcu, lecz w przeciwieństwie do obojga rodziców była drobna i niewysoka. Ojciec czasami przekomarzał się z nią, mówiąc, że wygląda jak miniaturka dziecka. Nie dotyczyło to charakteru Sashy. Łączyła w sobie serdeczność i delikatną łagodność matki oraz silną i nieugiętą wolę ojca, a także bezpośredniość, której wcześnie się od niego nauczyła. Minęło pięć lat, zanim naprawdę ją dostrzegł, a kiedy to się stało, rozmawiał z nią wyłącznie o sztuce. W wolnym czasie oprowadzał ją po galerii, opowiadając o malarstwie i malarzach, pokazywał ich twórczość w albumach i oczekiwał, że dziewczynka zdoła powtórzyć nazwiska, a potem je napisać, gdy była już dość duża, by posiąść tę umiejętność. Wcale się nie buntując, Sasha chłonęła to wszystko i zachowała każdy strzęp informacji, jakimi dzielił się z nią ojciec. Simon był z niej bardzo dumny. I jeszcze bardziej zakochany w żonie. Trzy lata po urodzeniu Sashy Marjorie zachorowała.

Początkowo jej choroba była tajemnicą, której lekarze nie potrafili zgłębić. Simon skrycie sądził, że ma charakter psychosomatyczny. Nie miał cierpliwości do chorób i słabości i uważał, że każdą fizyczną dolegliwość można opanować i zwalczyć. Jednak zamiast pokonywać chorobę, Marjorie stawała się coraz słabsza. Minął cały rok, zanim w Londynie postawiono właściwą diagnozę, a w Nowym Jorku ją potwierdzono. Marjorie została dotknięta rzadką chorobą, która atakowała nerwy i mięśnie, a ostatecznie miała uszkodzić płuca i serce.

Simon postanowił nie przyjmować do wiadomości tych rokowań, natomiast Marjorie mężnie stawiła im czoło, nie uskarżając się i robiąc wszystko, co mogła i jak długo mogła, aby jak dotąd poświęcać czas mężowi i córce, starała się też odpoczywać tyle, ile było to możliwe. Choroba nie osłabiła jej ducha, ale w końcu, jak przewidywano, pokonała ciało i złożyła ją do łóżka, nim Sasha skończyła siedem lat, a zabiła, gdy dziewczynka dobiegła dziewięciu. Mimo wszystkiego, co wcześniej powiedzieli mu lekarze, Simon był odejściem Marjorie ogłuszony. Podobnie Sasha. Żadne z rodziców nie przygotowało jej na śmierć matki. Zarówno Sasha, jak i Simon byli przyzwyczajeni, że Marjorie interesowała się wszystkim, co robili, i nawet złożona chorobą uczestniczyła w ich życiu. Nagłe uświadomienie sobie, że zniknęła z ich świata, spadło na nich jak grom z jasnego nieba i sprawiło, że stali się sobie bliżsi niż kiedykolwiek przedtem. W inny sposób niż galeria Sasha stała się najważniejsza w życiu ojca.

Sasha dorastała w miłości do sztuki. Sztuka była wszystkim, czym się zajmowała i co kochała, poza ojcem. Poświęciła mu się tak, jak on poświęcił się jej. Nawet będąc dzieckiem, wiedziała o galerii oraz o jej skomplikowanych i intrygujących przedsięwzięciach równie dużo, jak każdy z jego pracowników. Czasami myślał, że jeszcze jako młoda dziewczyna była sprytniejsza i znacznie bardziej twórcza niż wszyscy, których zatrudniał. Jedyną rzeczą, jaka go irytowała i czego nie skrywał, była jej coraz żarliwsza miłość do sztuki nowoczesnej i najnowszej. Najnowsza sztuka irytowała go szczególnie i nigdy - ani prywatnie, ani publicznie - nie wahał się nazywać ją tandetą. Kochał i czcił Wielkich Mistrzów oraz ich dzieła, i nic innego.

Sasha, podobnie jak wcześniej jej ojciec, wstąpiła na Sorbonę i uzyskała dyplom w dziedzinie historii sztuki. Następnie, jak to obiecała matce, zrobiła doktorat na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Potem spędziła dwa lata, pracując jako stażystka w nowojorskim Metropolitan Museum of Art, co dopełniło jej edukacji. Przyjeżdżała wtedy do Paryża regularnie, niekiedy po prostu na weekend, Simon zaś odwiedzał ją w Nowym Jorku tak często, jak mógł. Korzystał z okazji i spotykał się zarówno z klientami, jak i z innymi kolekcjonerami, zaglądał do muzeów, ale w istocie chciał tylko widywać Sashę i wykorzystywał do tego każdy pretekst. Jednak bardziej niż czegokolwiek innego pragnął, żeby Sasha wróciła do domu. W czasie jej pobytu w Nowym Jorku zrobił się nerwowy i niecierpliwy.

Jedyną rzeczą, jakiej Simon nie oczekiwał, było pojawienie się w życiu córki Arthura Boardmana. Poznała go w pierwszym tygodniu swoich studiów doktoranckich. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata i wyszła za niego mimo mrukliwych protestów ojca, nim minęło sześć miesięcy. Początkowo Simon był przerażony tak wczesnym małżeństwem córki. Udobruchało go jednak i sprawiło, że wyraził na nie zgodę, zapewnienie ze strony Arthura, że gdy Sasha skończy studia i praktykę w Nowym Jorku, przeniesie się z nią do Paryża. Simon niemal kazał mu to przysiąc, ale nawet w tej sytuacji nie mógł się oprzeć widokowi Sashy szczęśliwej jak nigdy dotąd. W końcu przyznał, że Arthur Boardman jest porządnym człowiekiem i właściwym mężczyzną przy boku jego córki.

Arthur miał trzydzieści dwa lata, był więc dziesięć lat starszy od Sashy. Był absolwentem Harvardu i uczęszczał na uniwersytet Princeton. Zdobył poważne stanowisko w pewnym banku inwestycyjnym na Wall Street, który szczęśliwie miał oddział w Paryżu, i Arthur niemal zaraz po ślubie zaczął się starać o to, aby nim kierować. Niespełna rok po ślubie Sashy i Arthura przyszedł na świat ich syn Xavier, a dwa lata później pojawiła się Tatianna. Mimo to Sasha nie przerwała studiów. Szczęśliwym zrządzeniem losu dzieci rodziły się latem, prawie natychmiast po zakończeniu semestrów. Sasha zatrudniała też nianię, która zajmowała się dziećmi, gdy ona była na wykładach i pracowała w muzeum. Nauczyła się radzić sobie z wieloma sprawami, gdy jeszcze jako dziecko obserwowała, jak ojciec prowadził galerię. Lubiła wypełnione zajęciami życie i uwielbiała Arthura oraz swoją dwójkę maluchów, a Simon, chociaż początkowo czuł się niepewnie w roli dziadka, szybko to polubił, gdyż wnuczęta były urocze.

Sasha spędzała z dziećmi każdą wolną chwilę, śpiewając im te same piosenki i bawiąc się w te same dziecięce gry, w jakie z nią bawiła się matka. Tatianna była bardzo podobna do Marjorie, co początkowo Simona peszyło, ale gdy dorastała, lubił po prostu siedzieć i patrzeć na nią, myśląc o zmarłej żonie. Jakby odrodziła się jako mała dziewczynka...

Dotrzymując słowa, Arthur przeniósł całą rodzinę do Paryża, gdy tylko Sasha skończyła dwuletni staż w Metropolitan Museum of Art. Nowojorski bank powierzył trzydziestosześciolatkowi kierownictwo paryskiej filii, miał bowiem do niego pełne zaufanie. Sasha zamierzała być tutaj jeszcze bardziej zajęta niż w Nowym Jorku, gdzie w muzeum pracowała tylko na pół etatu, resztę czasu poświęcając studiom i opiece nad dziećmi. W Paryżu miała pracować w galerii z ojcem. Teraz była do tego odpowiednio przygotowana. Zgodził się, że codziennie będzie wychodziła o trzeciej po południu, by drugą część dnia móc spędzić z dziećmi. Sasha wiedziała też, że wiele czasu musi poświęcić mężowi. Wróciła do Paryża zwycięska, wykształcona, podekscytowana, nieustraszona i przejęta, że znowu jest w domu. Simon też był wzruszony, że córka ponownie jest blisko i w końcu z nim pracuje. Czekał na tę chwilę dwadzieścia sześć lat i oto nadeszła, ku ich obopólnej radości.

Simon wciąż wydawał się równie surowy jak wtedy, gdy Sasha była dzieckiem, ale nawet Arthur zauważył, gdy tylko sprowadzili się do Paryża, że jego teść z wiekiem łagodniał. Od czasu do czasu nawet gawędził z wnukami, chociaż podczas wizyt częściej wolał po prostu siedzieć i na nie patrzeć; nigdy nie czuł się swobodnie z dziećmi, nawet z własną córką, gdy była mała. Kiedy Sasha z rodziną wróciła do Paryża, ojciec miał siedemdziesiąt sześć lat i od tej chwili zaczęło się jej dorosłe życie.

Pierwsza decyzja dotyczyła miejsca zamieszkania i Simon zaskoczył ich, rozwiązując ten problem za nich. Sasha zamierzała szukać na lewym brzegu Sekwany. Ich rodzina była już za duża na mieszkanie, jakie bank posiadał w XVI dzielnicy. Simon sam zaproponował, że wyprowadzi się ze swego skrzydła domu, eleganckiej trzypiętrowej części budynku, którą zajmował nie tylko przez cały okres małżeństwa, ale również przedtem i potem. Uparcie twierdził, że jest dla niego za duże, i skarżył się, że schody stanowią już zbyt trudną przeszkodę dla jego kolan, chociaż Sasha nie całkiem mu wierzyła, wciąż bowiem chodził na długie spacery. Zdecydował, że przeniesie się na drugą stronę dziedzińca i zajmie najwyższe piętro skrzydła używanego na dodatkowe biura i magazyn. Szybko zabrał się do niewielkiej przebudowy - dodał urocze okna pod mansardowym dachem i zainstalował zabawne automatyczne krzesło, które jeździło w górę i w dół schodów i zachwyciło wnuczęta, gdy pozwolił im na nie wsiąść. Szedł po schodach obok, a dzieci piszczały z radości. Sasha pomogła mu zaaranżować wnętrze, co natychmiast podsunęło jej pewien pomysł. Początkowo nie zachwycił on Simona. Dotyczył czegoś, o czym Sasha marzyła całe życie: poszerzyć galerię w taki sposób, żeby włączyć do niej dzieła współczesnych artystów. Skrzydło, które pierwotnie służyło za magazyn, doskonale się do tego nadawało. Mieściło się po przeciwnej stronie dziedzińca, były tam ich biura i nowe mieszkanie ojca. Wszyscy twierdzili, że otwarcie parteru ograniczy przestrzeń magazynową, ale Sasha już wcześniej zasięgnęła rady pewnego architekta, który zaproponował, by zbudować na górze bardzo pojemne stelaże magazynowe. Na pierwszą wzmiankę córki o handlu sztuką współczesną Simon wpadł w szał. Nie zamierzał niszczyć prestiżu galerii i jej czcigodnego imienia, sprzedając tandetę, która wprawdzie podobała się Sashy, ale którą jego zdaniem produkowali malarze pozbawieni cienia talentu. Prawie rok trwały ich spory, nim go przekonała.

Ustąpił - choć nie bez urazy i srogich pomruków - dopiero wtedy, gdy zagroziła, że odejdzie z galerii i założy własny sklep. Jednak, kiedy rzecz została postanowiona, nie miała odwagi spotykać się z artystami w głównym biurze, gdyż ojciec był dla nich nader nieuprzejmy. Równie uparta jak Simon, rok po powrocie do Paryża otworzyła, z wielką pompą i fanfarami, współczesną część galerii. Ku wielkiemu zdumieniu ojca zebrała wspaniałe recenzje, i to nie tylko dlatego, że była Sashą de Suvery, lecz dlatego, że równie doskonale rozpoznawała dobre dzieło współczesne, jak jej ojciec czynił to w swojej dziedzinie.

Sasha z równą swobodą poruszała się w obydwu światach. Z takim samym jak on znawstwem i błyskotliwością sprzedawała prace nowoczesne. Zanim córka Simona dobiegła trzydziestki, jej galeria, trzy lata po otwarciu, stała się jednym z najbardziej znaczących salonów sztuki współczesnej w Paryżu i prawdopodobnie w całej Europie. Nigdy w życiu Sasha nie była tak szczęśliwa. Arthur dzielił z nią tę radość. Podobało mu się to, co robiła, i wspierał ją we wszystkich przedsięwzięciach, decyzjach i inwestycjach nawet bardziej niż ojciec, który pozostał niechętny, choć ostatecznie był pełen uznania dla tego, co osiągnęła, zajmując się czymś takim jak sztuka nowoczesna. W istocie efektownie wprowadziła jego galerię we współczesność.

Arthur lubił kontrast między życiem zawodowym żony a swoim. Podobała mu się lekkość dzieł, które wystawiała, i swobodny styl bycia artystów tak zdecydowanie kontrastujący ze światem bankierów, z którym on miał do czynienia. Często podróżował z żoną do innych miast, gdy jeździła na spotkania z młodymi twórcami. Lubił również bywać z nią na targach sztuki. Trzypiętrowe skrzydło domu szybko przekształciło się niemal w muzeum, poza tym prace, które Sasha sprzedawała we współczesnej części galerii, miały znacznie bardziej przystępne ceny niż impresjoniści i dawni mistrzowie, którymi handlował jej ojciec. Obie galerie prosperowały bardzo dobrze.

Sasha prowadziła swoją od ośmiu lat, gdy stanęli w obliczu pierwszego prawdziwego kryzysu. Arthur należał już do grona wspólników banku, który teraz nalegał, aby powrócił na Wall Street. Dwaj inni wspólnicy zginęli w katastrofie prywatnego samolotu i wszyscy twierdzili, że jedynym kandydatem do kierowania bankiem w jego głównej siedzibie jest Arthur. Nie było też sposobu, by z ręką na sercu mógł odmówić. Jego kariera również dla niego miała znaczenie, a bank nie zamierzał z jego osoby rezygnować. Potrzebowano go w Nowym Jorku.

Sasha płakała, wyjaśniając tę sytuację ojcu, w którego oczach też pojawiły się łzy. Przez trzynaście lat małżeństwa Arthur wspierał ją we wszystkich przedsięwzięciach i teraz ona musi to samo zrobić dla niego i przenieść się do Nowego Jorku. Nie można było oczekiwać, że mąż dla jej kariery porzuci swoją, chociaż zapewne mogłaby pozostać w galerii z ojcem, który niezaprzeczalnie się starzał. Sasha miała prawie trzydzieści pięć lat, a Simon, mimo że na tyle nie wyglądał, miał już osiemdziesiąt pięć. Dotąd sprzyjało im szczęście. I Arthur mógł pozostawać w Paryżu tak długo bez szkody dla swojego życia zawodowego. Ale teraz nadszedł czas, by wrócił do siebie, i Sasha wyjeżdżała z nim.

W typowym dla siebie stylu już po sześciu tygodniach, z czego niespełna miesiąc zabrała im przeprowadzka do Nowego Jorku, Sasha miała nowy pomysł. Simonowi zaparło dech w piersiach i początkowo się przeraził. Był całkowicie przeciwny nowej idei, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy jego córka zasugerowała, by sprzedawali sztukę współczesną. Tym razem jednak Sasha nie groziła, ale prosiła. Chciała otworzyć w Nowym Jorku filię ich galerii sztuki zarówno tradycyjnej, jak i nowoczesnej. Jej ojciec uważał ten pomysł za szalony. Suvery Gallery była najszacowniejszą galerią w Paryżu, z którą codziennie w sprawie ważnych nabytków kontaktowali się nie tylko Amerykanie, ale i muzea na całym świecie. Nie było absolutnie żadnego powodu, żeby otwierać filię w Nowym Jorku, poza tym jednym, że Sasha miała tam mieszkać, a bardzo chciała pracować dla ojca i dla galerii, którą kochała, czyli nadal zajmować się tym, co pochłaniało ją przez dziewięć minionych lat.

Był to w ich życiu punkt zwrotny. Arthur uważał pomysł Sashy za wspaniały i wyraził swoje pełne poparcie. W końcu udało mu się przekonać jej ojca już po ich wyjeździe, chociaż Simon upierał się, że to wariacka idea. Sasha zaproponowała, że w całe przedsięwzięcie zainwestuje własne pieniądze, w czym również wsparł ją Arthur. Natychmiast po przybyciu do Nowego Jorku znalazła mieszkanie na Park Avenue i lokal na nowojorską filię Suvery Gallery w luksusowej kamienicy przy Sixty-fourth Street, między Madison a Fifth Avenue. Jak zwykle też, ilekroć zabierała się do czegoś, poświęcała temu niewiarygodną ilość energii i pracy, a jej pomysł okazał się wspaniały. Ojciec odwiedził ich kilka razy i niechętnie przyznał, że miejsce jest idealne, choć w mniejszej niż paryska skali, oczywiście. Kiedy jednak kilka miesięcy później przybył na otwarcie nowojorskiej galerii, był zachwycony. Sashę fetowano w artystycznym świecie Nowego Jorku jak gwiazdę. W wieku trzydziestu pięciu lat stawała się jedną z najbardziej znaczących postaci światowego handlu sztuką, dorównując w tym swemu ojcu, i właśnie włączono ją do zarządów zarówno Metropolitan Museum of Art, jak i Museum of Modern Art, co było dla niej niezwykłym podwójnym zaszczytem.

Xavier i Tatianna mieli już dwanaście i dziesięć lat. Xavier lubił rysować, a Tatianna chwytała każdy aparat fotograficzny, jaki wpadł w jej ręce, i robiła niewiarygodnie zabawne zdjęcia zaskoczonym dorosłym. Wyglądała jak mały złotowłosy elf, a jej brat był podobny do ojca, po matce i dziadku dziedzicząc tylko kruczoczarne włosy. Byli ślicznymi i kochającymi dziećmi. Oboje też byli dwujęzyczni. Sasha i Arthur posłali dzieci do francuskiego liceum. Tatianna nieustannie powtarzała, że chce wrócić do Paryża, gdyż tęskni za przyjaciółmi, Xavier niemal natychmiast stwierdził, że woli Nowy Jork.

Przez następne dwa lata Sasha rozkoszowała się prowadzeniem swojej nowojorskiej galerii. Często, zwykle dwa razy w miesiącu, jeździła do Paryża. Niekiedy na ważne spotkania z ojcem leciała concorde'em i jeszcze tego samego wieczoru wracała do Nowego Jorku. Latem zawsze zabierała dzieci do Francji. Czas z ojcem spędzała w domu, jaki przez wiele lat wynajmował w St. Jean Cap Ferrat, ale sama zatrzymywała się z dziećmi w Eden Roc. Chociaż Simon kochał wnuczęta, dzieci go męczyły, jeśli spędzał z nimi za dużo czasu, i mimo że Sasha niechętnie to przyznawała, starzał się. Miał osiemdziesiąt siedem lat i powoli zwalniał tempo życia.

Ze smutkiem rozmawiali o tym, co Sasha zrobi, gdy przyjdzie jej samej kierować przedsiębiorstwem. Nie umiała sobie tego wyobrazić, ale on potrafił. Przeżył długie życie i nie obawiał się przyszłości. Dobrze przygotował swoich pracowników. Niezależnie od tego, czy Sasha zamieszka w Nowym Jorku, czy w Paryżu, ma kompetentnych ludzi, którzy będą dla niej pracować w każdym z tych miejsc. Będzie musiała oczywiście dzielić swój czas między obydwie galerie i w każdej bywać regularnie, ale wybór miejsca zamieszkania - dzięki kompetencji i dalekowzroczności ojca - należał do niej. Mieli wspaniałych menadżerów i w Paryżu, i w Nowym Jorku, chociaż to Paryż Sasha uważała za swój dom, mimo że lubiła mieszkać i pracować w Nowym Jorku. Nie ulegało natomiast wątpliwości, że Arthur był zbyt głęboko związany ze swoim bankiem, by mieszkać gdziekolwiek indziej. Wiedziała więc, że jest skazana na to miasto aż do przejścia męża na emeryturę, a ponieważ miał dopiero czterdzieści siedem lat, perspektywa była bardzo odległa. Miała zatem szczęście, że ojciec w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat wciąż prowadził swoją część rodzinnego przedsiębiorstwa. Nadal był znakomity, chociaż zauważała, że funkcjonuje coraz wolniej. Mimo to, a może właśnie dlatego, przeżyła wstrząs, gdy zmarł nagle, mając osiemdziesiąt dziewięć lat. Spodziewała się, że będzie żył zawsze. Simon umarł dokładnie tak, jak chciał. Doznał rozległego zawału, siedząc za biurkiem. Lekarze powiedzieli, że nie cierpiał. Odszedł w jednej chwili, tuż przedtem zakończywszy ogromną transakcję z pewnym kolekcjonerem z Holandii.

Sasha poleciała do Paryża jeszcze tego samego wieczoru; w stanie szoku bez celu krążyła po galerii, nie mogąc uwierzyć, że ojciec nie żyje. Uroczysty pogrzeb był wielkim wydarzeniem. Wziął w nim udział prezydent Francji oraz minister kultury. Aby oddać hołd Simonowi, przybyły wszystkie znaczące osobistości świata sztuki, a także przyjaciele i klienci oraz, oczywiście, Arthur z dziećmi. Był chłodny listopadowy dzień, gdy jej ojca chowano na cmentarzu P?re Lachaise w XX dzielnicy we wschodniej części Paryża, gdzie spoczął wśród postaci takich jak Victor Hugo, Marcel Proust, Honoré de Balzac i Fryderyk Chopin.

Po pogrzebie Sasha pozostała w Paryżu kolejne cztery tygodnie, spędzając czas z prawnikami, przeglądając dokumenty ojca i porządkując jego rzeczy osobiste. Została zresztą dłużej, niż było to konieczne, ale tym razem nie miała siły na wyjazd. Pierwszy raz, od kiedy opuściła Paryż, chciała tu pozostać i być blisko miejsca, w którym żył i pracował jej ojciec. Gdy w końcu poleciała do swego domu w Nowym Jorku, czuła się jak sierota. Świąteczne dekoracje sklepów i ulic wydawały się afrontem po stracie, jaka ją dotknęła. Najbliższy rok był dla niej długi i trudny, ale mimo to obie galerie rozkwitły. Kolejne lata były spokojne i szczęśliwe. Tęskniła za ojcem, ale powoli, w miarę jak dzieci dorastały, zadomowiła się w Nowym Jorku. Wciąż jednak dwa razy w miesiącu wracała do Paryża, nieprzerwanie nadzorując tamtejszą galerię.

Osiem lat po śmierci ojca obie galerie miały równie mocną pozycję i cieszyły się takim samym sukcesem. Arthur mówił o przejściu na emeryturę w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat. Zajmował wysokie stanowisko, darzono go szacunkiem, ale w domowym zaciszu przyznawał Sashy, że jest znużony. Xavier miał dwadzieścia cztery lata i malował w Londynie, wystawiając swoje prace w małej galerii w Soho. Sashy podobały się obrazy syna, chociaż jej zdaniem nie był jeszcze gotów do własnej wystawy. Miłość do Xaviera nie oślepiła jej: powinien się wciąż rozwijać. Był utalentowany, jednak jako artysta nie w pełni dojrzały. Żarliwie oddawał się pracy. Kochał wszystko, co wiązało się ze światem sztuki, do którego należał w Londynie, i Sasha była z niego dumna. Wierzyła, że pewnego dnia stanie się wielkim malarzem. I wtedy, miała nadzieję, wystawi jego prace.

Tatianna ukończyła Brown University cztery miesiące wcześniej, uzyskując dyplom w dziedzinie sztuk pięknych oraz fotografii, i właśnie zaczęła pracę jako trzeci asystent u powszechnie znanego nowojorskiego fotografika, co oznaczało, że od czasu do czasu zmieniała film w jego aparacie, przynosiła kawę i spała na podłodze. Matka zapewniała ją, że właśnie tak pracuje się na początku kariery. Żadne z dzieci nie okazywało najmniejszego zainteresowania tym, by pracować z nią w galerii. Uważały, że to, co robi, jest wspaniałe, ale chciały mieć własne życie i własną pracę. Sasha zdawała sobie sprawę, jak wyjątkowy był jej związek z ojcem; jak niezwykłą dał jej sposobność i jak bezcenną edukację odebrała, dorastając w galerii u jego boku. Było jej przykro, że nie mogła powtórzyć tego w stosunku do własnych dzieci.

Czasem zastanawiała się, czy nadejdzie taki dzień, kiedy Xavier zechce pracować w galerii razem z nią, ale z biegiem czasu wydawało się to coraz mniej prawdopodobne. Teraz, gdy Arthur mówił o przejściu na emeryturę, czuła się tak, jakby znów dryfowała ku swym korzeniom w Paryżu. Podobnie jak lubiła podniecającą gorączkowość Nowego Jorku, życie zawsze wydawało jej się łagodniejsze, gdy jechała do domu, a domem, niezależnie od podwójnego obywatelstwa, wciąż był dla niej Paryż, dzięki matce i mimo szesnastu (z czterdziestu siedmiu) lat, a więc jednej trzeciej życia, spędzonych w Nowym Jorku. W głębi serca wciąż była Francuzką. Arthur nie sprzeciwiał się pomysłowi ponownego zamieszkania w Paryżu, gdy przejdzie na emeryturę, i tej jesieni rozmawiali o tym coraz poważniej.

Był październik i jeden z ostatnich ciepłych dni, gdy w piątkowe popołudnie jeszcze raz przeglądała kilka obrazów, które miały być sprzedane do muzeum z Bostonie. Dzieła dawnych mistrzów i inne bardziej tradycyjne przechowywali na dwóch górnych piętrach. Malarstwo nowoczesne teraz także miało świetną renomę i zajmowało parter oraz pierwsze piętro. Biuro Sashy pozostawało wciśnięte w kąt parteru.

Przeszedłszy górne piętra, włożyła do teczki kilka dokumentów i spojrzała na ogród rzeźb mieszczący się za jej biurem. On także był odzwierciedleniem jej gustu. Lubiła tam spoglądać, szczególnie gdy padał śnieg. Jednak w chwili, gdy sięgała po swoją pękatą teczkę, do pierwszego śniegu pozostały jeszcze dwa miesiące, ona zaś w niedzielę przed południem leciała jak zwykle do Paryża. Przyzwyczaiła się do tych podróży. Zdawały się nie sprawiać jej trudności. Udawało jej się żyć, a także mieć zarówno przyjaciół, jak i klientów w obydwu miastach. Równie dobrze czuła się w Paryżu jak w Nowym Jorku.

Myślała o czekającym ją weekendzie, gdy właśnie w chwili, kiedy miała wyjść z biura, zadzwonił telefon. Xavier telefonował z Londynu, ona zaś, spojrzawszy na zegarek, uświadomiła sobie, że tam jest prawie północ. Uśmiechnęła się, słysząc jego głos. Oboje - i syn, i córka - byli jej drodzy, ale większymi względami darzyła Xaviera. Tatianna skłaniała się ku ojcu, a niektóre jej cechy przypominały dziadka. Zawsze było w niej coś nieustępliwego i wartościującego, zdradzała też mniejszą skłonność do kompromisu niż starszy brat. Xavier i jego matka byli pod wieloma względami pokrewnymi duszami: równie delikatni, równie życzliwi, zawsze gotowi wybaczyć ukochanej osobie czy przyjacielowi. Tatianna była bardziej twarda wobec ludzi i życia.

- Bałem się, że już wyszłaś - powiedział Xavier z ziewnięciem. Ilekroć, myśląc o nim, zamykała oczy, widziała jego twarz. Wcześniej był ślicznym dzieckiem, a teraz przystojnym młodym mężczyzną.

- Właśnie wychodziłam. Co robisz w domu o tej porze? - w londyńskim środowisku artystycznym Xavier wiódł aktywne życie towarzyskie i miał słabość do pięknych kobiet. Do wielu pięknych kobiet. Sashę zawsze to bawiło i stale się z nim droczyła.

- Przyszedłem przed chwilą - wyjaśnił, broniąc swej reputacji.

- Sam? Jakież to przykre - zażartowała. - Dobrze się bawiłeś?

- Byłem z kolegą na otwarciu pewnej galerii, a potem zjedliśmy kolację. Wszyscy się upili i sprawy zaczęły przybierać trochę szalony obrót, więc pomyślałem, że pójdę do domu, zanim nas wszystkich zaaresztują.

- To brzmi ciekawie - Sasha ponownie usiadła za biurkiem i spoglądając na ogród, pomyślała, że bardzo się stęskniła za Xavierem. - A cóż się tam działo, co mogłoby spowodować nawet aresztowanie?

Mimo wielkiego upodobania do kobiet, większość podbojów Xaviera była nieszkodliwa. Był młodym mężczyzną, który lubił się bawić i wciąż zachowywał się jak psotny i figlarny chłopiec. Jego siostra chętnie twierdziła, że chociaż młodsza, jest znacznie poważniejsza, i uważała, że kobiety, z którymi Xavier się umawia, są okropne. Nigdy nie omieszkała tego powiedzieć nie tylko matce, ale i bratu, który gorąco bronił swoich przyjaciółek, bez względu na to, kim były.

- Poszedłem na ten wernisaż z pewnym znajomym. To trochę wariat, ale jest piekielnie dobrym malarzem. Chciałbym, żebyś go kiedyś poznała. Nazywa się Liam Allison. Fantastycznie maluje abstrakcje. Dzisiejsza wystawa była całkiem dobra, chociaż on tak nie uważa. Nudził się i trochę wypił, a potem, gdy poszliśmy na kolację do pewnego pubu, upił się jeszcze bardziej.

Xavier lubił telefonować do matki i opowiadać o różnych swoich znajomych. Niewiele miał przed nią sekretów, a opowieści o podbojach zawsze ją bawiły. Tęskniła za nim, odkąd wyjechał z domu.

- To czarujące. Rozumiem, że się upija.

Przypuszczała, że ów kolega jest w jego wieku; ot, dwójka młodych mężczyzn po prostu dobrze się bawi.

- Tym razem faktycznie tak było. Jest bardzo zabawny. Kiedy siedzieliśmy w barze, zdjął spodnie. Nikt tego nie zauważył, dopóki nie poprosił do tańca jakiejś dziewczyny. Sam chyba o tym nie pamiętał, tylko że kiedy wyszedł na parkiet w bokserkach, jakaś leciwa dama uderzyła go torebką. Niewiele myśląc, chwycił tę oburzoną damę do tańca i parę razy obrócił nią wkoło. Nigdy nie widziałem nic zabawniejszego. Niewysoka paniusia wciąż okładała go torebką. Przypominało to scenę z Monty Pythona. Liam jest wspaniałym tancerzem.

Sasha śmiała się, słuchając i wyobrażając sobie młodego malarza w bokserkach tańczącego z jakąś starszą panią, która nie przestaje okładać go torebką.

- Był dla niej bardzo uprzejmy - mówił dalej Xavier - i wszyscy pękali ze śmiechu, ale barman powiedział, że zadzwoni na policję, więc zabrałem kolegę do jego żony.

- Jest żonaty? - Sasha zdziwiła się. - W twoim wieku?

- On nie jest w moim wieku, mamo. Ma trzydzieści osiem lat i troje dzieci. Miłe dzieciaki. Żonę też ma miłą.

- Gdzież więc wtedy była? - w głosie Sashy brzmiała dezaprobata.

- Nie lubi z nim wychodzić - odparł krótko. Liam Allison został jednym z jego najbliższych przyjaciół w Londynie. Był poważnym artystą, choć zdawał się mieć lekkie podejście do życia. Miał też ogromne poczucie humoru oraz upodobanie do żartów, figli i szaleństw.

- Chyba rozumiem, dlaczego żona nie lubi z nim wychodzić - oświadczyła Sasha. - Nie jestem pewna, czy lubiłabym wychodzić z mężem, który publicznie zdejmuje spodnie, a następnie prosi do tańca leciwe damy.

- Właśnie to powiedziała, gdy odprowadziłem go do domu. Padł na kanapę, zanim wyszedłem, więc wypiłem z jego żoną kieliszek wina i wróciłem do siebie. Liam ma dobrą żonę.

- Musi taka być, skoro sobie z tym radzi. Czy on jest alkoholikiem? - Sasha na chwilę spoważniała, zastanawiając się, z kim Xavier się zadaje. Ten znajomy nie wydawał się najlepszym towarzystwem i z pewnością nie będzie miał na jej syna dobrego wpływu.

- Nie, nie jest alkoholikiem - roześmiał się Xavier. - Po prostu nudził się i założył się ze mną, że przez godzinę nikt nie zauważy, że zdjął spodnie. Wygrał. Rzeczywiście nikt tego nie zauważył, dopóki nie zaczął tańczyć.

- No cóż, mam nadzieję, że swoje masz na sobie - powiedziała głosem zatroskanej matki.

Xavier śmiał się nadal. Uwielbiał ją.

- Oczywiście! Liam uważał zresztą, że to dość tchórzliwe z mojej strony. Powiedział, że zapłaci podwójnie, jeśli ja także zdejmę spodnie. Nie zdjąłem.

- Dziękuję, kochanie. Słucham tego z ulgą - zerknęła na zegarek. Obiecała, że spotka się z Arthurem o szóstej. Już była spóźniona o dziesięć minut, ale przepadała za rozmowami z synem. - Nie lubię tego, ale musimy kończyć. Obiecałam być w domu dziesięć minut temu. Dziś po kolacji jedziemy z ojcem do Hamptons.

- Tak myślałem. Chciałem się tylko zameldować.

- Cieszę się, że to zrobiłeś. Masz jakieś plany na weekend?

Lubiła wiedzieć, co robią oboje, i on, i Tatianna, choć córka "meldowała się" rzadziej. Próbowała rozwijać skrzydła, zresztą chętniej telefonowała do Arthura niż do niej. Sasha nie rozmawiała z nią przez cały tydzień.

- Nie mam żadnych. Pogoda okropna, chyba będę malować.

- To dobrze. W niedzielę lecę do Paryża. Może byś wpadł tam w tygodniu?

- Może. Zatelefonuję do ciebie w niedzielę wieczorem. Miłego weekendu, ucałuj ode mnie tatę.

- Ucałuję... I powiedz przyjacielowi, żeby następnym razem jednak nie zdejmował spodni. Macie szczęście, że obaj nie wylądowaliście w areszcie. Za spowodowanie zgorszenia albo nieskromne obnażanie się, lub coś w tym rodzaju.

Xavier zawsze i wszędzie dobrze się bawił, a jego przyjaciel najwidoczniej był taki sam. Już kiedyś o nim wspominał i zawsze mówił, że powinna zobaczyć prace Liama. Zrobiłaby to chętnie któregoś dnia, ale nigdy nie starczało jej czasu. Zawsze się spieszyła, podczas wizyt w Londynie musiała spotkać się z malarzami, których już wcześniej reprezentowała, i koniecznie znaleźć trochę czasu dla Xaviera. Powiedziała mu kiedyś, żeby Liam przysłał jej fotografie swoich prac, ale przyjaciel syna nigdy tego nie zrobił, co podsuwało jej myśl, że albo tego, co robi, nie traktuje poważnie, albo nie czuje się gotów do pokazania swojej twórczości. Tak czy inaczej, wydawał się dość dziwną postacią. Jako marszand reprezentowała już kilku takich artystów i nie była pewna, czy chce następnego, bez względu na to, jak bardzo, zdaniem Xaviera, jest zabawny. Znacznie łatwiej było zajmować się artystami, którzy do swoich spraw podchodzili poważnie i zachowywali się jak dorośli. Źle wychowani prawie czterdziestolatkowie byli utrapieniem. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.

Ciąg dalszy w wersji pełnej