Ta Noc. Tom 3. Zdrada - Jodi Ellen Malpas

Reflow text when sidebars are open.
Ktoś inny przejął kontrolę nad moim losem. Wszystkie moje starania, moja ostrożność, bariery ochronne, jakie wokół siebie wzniosłam, runęły w dniu, w którym poznałam Millera Harta. Wkrótce stało się jasne, że znalazłam się w takim punkcie mojego życia, w którym nadrzędne znaczenie ma zachowanie sensownej strategii, spokoju i czujności. Bo ten mężczyzna bez wątpienia wystawi mnie na próbę. I zrobił to. I wciąż to robi. Zaufanie mężczyźnie, zwierzenie się mężczyźnie i oddanie się mężczyźnie było z mojej strony aktem najwyższej odwagi. Zrobiłam to wszystko i żałuję tego z całego serca. Obawa, że rzuci mnie z powodu mojej przeszłości, była bezpodstawna. Miałam znacznie gorsze powody do obaw.
Miller Hart jest luksusową męską prostytutką. Użył wyrażenia "pan do towarzystwa", ale ten eufemizm nie jest w stanie przesłonić prawdy.
Miller Hart sprzedaje swoje ciało.
Miller Hart żyje w upodleniu.
Miller Hart jest męskim odpowiednikiem mojej matki. Zakochałam się w mężczyźnie, którego nie mogę mieć. Dzięki niemu po latach wegetacji poczułam wreszcie, że żyję, ale zgasił to ożywcze uczucie, które zastąpiła pustka. Jest we mnie jeszcze mniej życia niż kiedykolwiek przed poznaniem tego mężczyzny.
Upokorzenie z powodu popełnionego błędu przyćmiewa ból. Nie czuję nic prócz dojmującego bólu. Te dwa tygodnie ciągną się w nieskończoność, a muszę jeszcze przebrnąć przez resztę życia. Sama ta myśl sprawia, że mam ochotę zamknąć oczy i już nigdy ich nie otwierać.
Wciąż powracam myślami do tamtej nocy w hotelu - dotyku więzów, którymi Miller spętał mi nadgarstki, zimnej obojętności na jego twarzy, gdy z taką wprawą sprawił, że doszłam, wyraz niekłamanego cierpienia na jego twarzy, gdy dotarło do niego, jak bardzo mnie zranił. Oczywiście musiałam uciec.
Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że uciekając, natknę się na jeszcze większy problem. Na Williama. Wiem, że to tylko kwestia czasu, zanim znów mnie odnajdzie. Widziałam zaskoczenie na jego twarzy, gdy mnie spostrzegł, i zauważyłam, że rozpoznał Millera. William Anderson i Miller Hart się znają, a William będzie chciał się dowiedzieć, skąd znam Millera i, Boże uchowaj, co robiłam w tamtym hotelu. Nie dość, że spędziłam dwa tygodnie w istnym piekle, to przez całe te dwa tygodnie oglądałam się przez ramię, czekając, aż się pojawi.
Wlokę się pod prysznic, ubieram w byle co i schodzę ciężko na dół, gdzie zastaję babcię na kolanach, jak ładuje pranie do pralki. Siadam po cichu na krześle przy stole, ale babcia ma ostatnio jakby siódmy zmysł, którym wykrywa każdy mój ruch, oddech i łzę, nieważne, czy znajdujemy się w tym samym pomieszczeniu, czy nie. Jest troskliwa, choć nie rozumie sytuacji, pełna współczucia, acz próbuje podnieść mnie na duchu. Jej życiowym celem stało się przekonanie mnie, że spotkanie z Millerem Hartem ma swoje pozytywne strony, ale ja widzę wyłącznie nieuchronne cierpienie i odczuwam wyłącznie nieukojony ból. Nikt nie będzie w stanie zająć jego miejsca. Żaden mężczyzna nie obudzi we mnie takich uczuć, nie będzie w stanie sprawić, że poczuję się kochana i bezpieczna.
To ironia losu. Przez całe życie miałam żal do matki, że porzuciła mnie dla życia pełnego mężczyzn, rozkoszy i podarków. A teraz Miller Hart okazuje się panem do towarzystwa. Sprzedaje swoje ciało, bierze pieniądze za dostarczanie kobietom rozkoszy. Za każdym razem, gdy brał mnie w ramiona, gdy trzymał mnie w czułych objęciach, chciał zmyć z siebie piętno zbliżenia z inną kobietą. Ze wszystkich mężczyzn na świecie, którzy byliby w stanie oczarować mnie bez reszty, dlaczego właśnie on?
- Masz ochotę pójść ze mną na wieczorek w klubie? - pyta od niechcenia babcia, kiedy staram się przełknąć płatki na mleku.
- Nie, zostanę w domu. - Zanurzam łyżkę w misce i nabieram kolejną porcję mleka. - Wygrałaś wczoraj w bingo?
Babcia fuka, zatrzaskuje drzwiczki pralki, po czym sypie proszek do dozownika.
- A tam wygrałam! Cholerna strata czasu.
- Więc po co w ogóle tam chodzisz? - pytam, powoli mieszając płatki.
- Bo jestem tam gwiazdą. - Babcia puszcza do mnie oko, uśmiechając się lekko, a ja błagam ją w duchu, żeby oszczędziła mi kolejnej pogadanki. Moje modły pozostają niewysłuchane. - Wiele lat chodziłam w żałobie po śmierci twojego dziadka, Olivio. - Jestem nieco zaskoczona, wzmianka o dziadku jest ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam. Mieszam płatki coraz wolniej. - Straciłam towarzysza życia i wypłakałam morze łez. - Babcia próbuje spojrzeć na przeszłość z dystansu, a ja zadaję sobie pytanie, czy jej zdaniem jestem żałosna, dołując się z powodu faceta, którego tak krótko znam. - Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek poczuję się jak człowiek.
- Pamiętam - mówię cicho. I pamiętam, jak niewiele brakowało, żebym zwielokrotniła jej ból. Jeszcze nie doszła do siebie po zniknięciu matki, gdy okrutny los kazał jej się zmierzyć z przedwczesną śmiercią ukochanego Jima.
- Ale doszłam do siebie. - Kiwa głową. - Wiem, że teraz trudno ci w to uwierzyć, ale życie toczy się dalej. - Odchodzi korytarzem, a ja rozważam jej słowa. Mam lekkie poczucie winy z powodu opłakiwania czegoś, czego tak naprawdę nigdy nie miałam, a jeszcze większe dlatego, że aby poprawić mi nastrój, porównała moją stratę z utratą męża.
Pogrążona w zadumie, wspominam kolejne spotkania, kolejne pocałunki, kolejne słowa. Mój wyprany umysł uparł się mnie dręczyć, ale to wina mojej głupoty. Sama się o to prosiłam. Określenie beznadzieja nabrało zupełnie nowego znaczenia.
Na dźwięk dzwonka komórki podskakuję na krześle, wyrwana z rozmyślań, w których całe moje cierpienie znów staje się realne. Nie mam ochoty na kontakty z nikim, a już zwłaszcza z mężczyzną, przez którego boli mnie serce, więc na widok jego imienia wypuszczam łyżkę z ręki i wpatruję się tępo w wyświetlacz. Serce wali mi w piersi. Ogarnięta paniką, odsuwam się w głąb krzesła, żeby znaleźć się jak najdalej od telefonu. Nie dam rady odsunąć się bardziej, bo wszystkie mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa. Działa tylko moja przeklęta pamięć, która znów dręczy mnie wspomnieniami każdej chwili spędzonej w towarzystwie Millera Harta. Do oczu napływają mi łzy rozpaczy. Odczytanie tej wiadomości nie jest oczywiście rozsądne. Ale w tej chwili nie jestem rozsądna. Nie jestem rozsądna, odkąd poznałam Millera Harta. Podnoszę telefon i otwieram wiadomość.
"Jak się czujesz? Miller Hart".
Marszcząc brwi, spoglądam na ekran, zastanawiając się, czy jego zdaniem już o nim zapomniałam. Miller Hart? Jak się czuję? Skaczę z radości pod sufit, bo bzyknęłam się kilka razy z Millerem Hartem, najsłynniejszym londyńskim panem do towarzystwa, za darmo? O nie, nie za darmo. Słono zapłacę za czas i doświadczenia z tym mężczyzną. Jeszcze nie dotarło do mnie na dobre, co się właściwie wydarzyło. W głowie mam istny mętlik, kłębią się w niej pytania, na które muszę znaleźć odpowiedzi, jeśli chcę doszukać się w tym wszystkim jakiegoś sensu. Już sam fakt, że jedyny mężczyzna, któremu całkowicie się oddałam, nagle zniknął z mojego życia, jest wystarczająco trudny do przełknięcia. Próba odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, przekracza moją wytrzymałość, nadwątloną znacznie poniesioną stratą. Jak się czuję?
- Jak pieprzony wrak! - wrzeszczę do komórki, wciskając raz po raz przycisk "usuń", aż zaczyna mnie boleć kciuk. W przypływie wściekłości ciskam telefonem przez kuchnię. Nawet się nie wzdrygam, gdy z hukiem roztrzaskuje się w drobny mak o wykafelkowaną ścianę. Siedzę na krześle, sapiąc gniewnie, przez co prawie nie słyszę ciężkich kroków na schodach.
- Co tu się dzieje? - Słyszę znad ramienia zszokowany głos babci, ale nie odwracam się, żeby zobaczyć wyraz oszołomienia, jaki bez wątpienia maluje się na jej twarzy. - Olivio?
Wstaję, odpychając gwałtownie krzesło, przenikliwy zgrzyt odbija się echem od ścian naszej starej kuchni.
- Wychodzę. - Nie oglądając się na babcię, uciekam korytarzem. Szarpnięciem zrywam kurtkę i torbę z wieszaka.
- Olivio!
Słyszę za plecami tupot jej stóp, gdy otwieram na oścież drzwi i prawie zwalam George'a z nóg.
- Dzień... och!
Przeciskam się obok niego, kątem oka łowiąc zdumienie malujące się na jego jowialnej twarzy, po czym puszczam się biegiem.
Wiem, że rzucam się w oczy, gdy tak stoję przy wejściu na siłownię, wyraźnie zmieszana i lekko oszołomiona. Wszystkie te przyrządy wyglądają jak statki kosmiczne, na każdym są setki przycisków i dźwigni, a ja nie mam zielonego pojęcia, jak się z nimi obchodzić. Godzinne wprowadzenie w ubiegłym tygodniu pomogło mi się oderwać myślami od kłopotów, ale informacje i instrukcje wyleciały mi z głowy w sekundzie, w której opuściłam ekskluzywne centrum fitness. Rozglądam się po sali, bawiąc się pierścionkiem. Widzę kobiety i mężczyzn trenujących na bieżniach, zasuwających na rowerkach stacjonarnych i wyciskających ciężary na ogromnych przyrządach. Wszyscy wyglądają, jak gdyby doskonale wiedzieli, co robią.
Aby się nie wyróżniać, podchodzę do dystrybutora z wodą i wypijam duszkiem kubek lodowatej wody. Marnuję czas, podczas gdy mogłabym dać upust stresowi i złości. Dostrzegam worek treningowy wiszący w odległym rogu sali. W promieniu dziesięciu metrów nie ma nikogo, więc postanawiam spróbować. Worek nie ma guzików ani dźwigni.
Podchodzę bliżej i zdejmuję rękawice bokserskie wiszące na pobliskiej ścianie. Wsuwam w nie dłonie, starając się wyglądać jak zawodowiec, jak gdybym przychodziła tu każdego ranka na godzinny wycisk. Zapinam rzepy i popycham lekko worek. Jestem zaskoczona tym, jaki jest ciężki. Ledwo drgnął pod moim słabym ciosem. Odwodzę ramię i uderzam mocniej. Marszczę brwi, bo ogromny worek lekko się zakołysał. Dochodząc do wniosku, że jest pełen kamieni, zbieram się w sobie i wkładam więcej siły w następny cios. Stękam, a worek porusza się wyraźnie - oddala się, na chwilę zastyga w powietrzu, po czym zaczyna wracać w moją stronę. Szybko. Spanikowana, cofam pięść i zasłaniam się ramieniem, żeby nie powalił mnie na ziemię. Ból promieniuje na całą rękę, gdy uderzam rękawicą w worek, który znów zaczyna się ode mnie oddalać. Z uśmiechem rozstawiam szerzej nogi, szykując się na jego powrót, po czym znów walę mocno, odpychając go od siebie.
Ramię już mnie boli, ale nagle przypominam sobie, że mam przecież dwie ręce, więc tym razem uderzam lewą. Uśmiecham się szerzej, zderzenie worka z pięścią sprawia mi przyjemność. Oblewam się potem, przeskakuję z nogi na nogę, moje ramiona odnajdują rytm. Okrzyki zadowolenia dodają mi animuszu, a worek przestaje być wyłącznie workiem. Spuszczam mu solidny łomot i cieszę się każdą sekundą.
Nie wiem, jak długo tam jestem, ale kiedy wreszcie pozwalam sobie na chwilę przerwy, spływam potem, mam obolałe knykcie i przyspieszony oddech. Łapię worek i zatrzymuję go, a potem rozglądam się nerwowo po sali, zastanawiając się, czy ktoś zauważył mój wybuch. Nikt się na mnie nie gapi. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, wszyscy są skupieni na własnym morderczym treningu. Uśmiecham się pod nosem, biorę kubek wody i ręcznik z pobliskiej półki, wycieram spocone czoło i sprężystym krokiem wychodzę z wielkiej sali. Po raz pierwszy od kilku tygodni czuję się gotowa, żeby stawić czoło nowemu dniu.
Popijając wodę, ruszam w stronę szatni. Mam wrażenie, jak gdyby opadł ze mnie cały stres i smutek. Cóż za ironia losu. To nowe uczucie i kusi mnie, żeby wrócić i potrenować jeszcze z godzinę, ale zaraz spóźnię się do pracy, więc rezygnuję. Dochodzę do wniosku, że można się od tego uzależnić. Wrócę tu jutro rano, może nawet dzisiaj po pracy, i będę walić w ten worek, aż nie zostanie już ani śladu po Millerze Harcie i bólu, jaki mi zadał.
Mijam drzwi do kolejnych sal i przez okienka zaglądam po kolei do każdej z nich. W jednej widzę dziesiątki jędrnych pośladków, których właściciele pedałują tak, jak gdyby zależało od tego ich życie. W kolejnej widzę kobiety powyginane w najdziwaczniejszych pozycjach, a w następnej mężczyzn, którzy biegają tam i z powrotem, co rusz padając na maty, żeby wykonać kombinację pompek i brzuszków. To muszą być zajęcia, o których opowiadał mi instruktor. Może zapiszę się na jedne z nich. Albo na wszystkie.
Kiedy mijam ostatnie drzwi przed wejściem do damskiej szatni, coś przykuwa mój wzrok, więc cofam się i spoglądam przez okienko na worek treningowy podobny do tego, który sama przed chwilą atakowałam. Zwisa z haka na suficie, ale nie widzę osoby, która go rozbujała. Marszcząc brwi, podchodzę bliżej i wodzę wzrokiem za workiem kołyszącym się z prawa na lewo. A potem ze zduszonym okrzykiem odskakuję od szyby, bo zauważam bosą, nagą od pasa w górę postać. Moje walące serce dosłownie wybucha mi w piersi z powodu doznanego szoku. Wypuszczam z rąk kubek z wodą i ręcznik. Kręci mi się w głowie.
Ma na sobie te same szorty, które założył, gdy chciał, żebym poczuła się swobodniej. Cała się trzęsę, ale i tak zaglądam przez szybę, żeby sprawdzić, czy coś mi się nie przywidziało. Nie. Jest tam, a jego umięśnione ciało wygląda zjawiskowo. Agresywnie atakuje wiszący worek, jakby ten zagrażał jego życiu, zasypuje go potężnymi ciosami i jeszcze potężniejszymi kopniakami. Używając na zmianę atletycznych nóg i muskularnych ramion, zwinnie uskakuje i uchyla się przed wracającym workiem. Wygląda jak profesjonalista. Wygląda jak prawdziwy fighter.
Zastygła w bezruchu, patrzę, jak Miller krąży wokół worka. Dłonie ma owinięte bandażami, jego kończyny wymierzają raz za razem kontrolowane, karzące ciosy. Ochrypłe stęknięcia i odgłosy uderzeń sprawiają, że po plecach przebiega mi dreszcz. Kogo on widzi przed sobą?
Kręci mi się w głowie, pytania piętrzą się, gdy patrzę, jak ten wyrafinowany dżentelmen o nienagannych manierach przeobraża się w człowieka opętanego, ujawniając wybuchowy temperament, przed którym mnie ostrzegał. Nagle cofam się o krok, bo Miller obejmuje worek obiema rękami i opiera się czołem o skórę, a jego ciało zaczyna się kołysać w rytmie bujającego się lekko worka. Po unoszących się ciężko plecach spływa pot. A potem zaczyna się odwracać w stronę drzwi. Wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Jego tors, pokryty lśniącą warstewką potu, ukazuje się moim oczom, a ja stoję jak wrośnięta w ziemię i przesuwam po nim wzrokiem, aż do profilu twarzy. Wie, że jest obserwowany. Wypuszczam gwałtownie wstrzymany oddech, pędzę korytarzem i wpadam do szatni. Wyczerpane serce błaga mnie o chwilę wytchnienia.
- Wszystko w porządku?
Spoglądam na prysznice po drugiej stronie pomieszczenia i widzę owiniętą ręcznikiem kobietę w turbanie na mokrej głowie, która przygląda mi się z lekkim zdziwieniem.
- Jasne - sapię, uświadamiając sobie, że opieram się plecami o drzwi. Nie mogę spłonąć rumieńcem, bo już jestem czerwona jak burak.
Kobieta uśmiecha się niepewnie i idzie się ubrać, a ja odnajduję swoją szafkę i wyjmuję z niej torbę z rzeczami pod prysznic. Woda jest zdecydowanie za gorąca. Przydałaby się lodowata. Ale po pięciu minutach majstrowania przy pokrętłach nie udaje mi się ustawić niższej temperatury. Poddaję się i zaczynam myć splątaną, spoconą czuprynę i lepką skórę. Spokój, jaki ogarnął wcześniej mój umysł i ciało, prysł na jego widok, a teraz mam go wciąż przed oczami. W Londynie są setki klubów fitness. Dlaczego wybrałam właśnie ten?
Nie mam czasu na rozmyślania ani rozkoszowanie się gorącą wodą, która wreszcie przestała parzyć moje rozgrzane ciało i masuje zmęczone mięśnie. Muszę iść do pracy. Wysuszenie się i ubranie zajmuje mi dziesięć minut. Potem wymykam się z klubu ze spuszczoną głową, przygotowana na to, że zaraz usłyszę jego głos albo poczuję dotyk, który roznieci we mnie żar. Ale udaje mi się uciec i dotrzeć do metra. Moje oczy nacieszyły się widokiem idealnych kształtów Millera Harta, ale nie mogę powiedzieć tego samego o moim umyśle.
Koniec wersji demonstracyjnej.