Świat w lustrze - Debra Dean

Reflow text when sidebars are open.
*
Tak, to był jej dom, wiele lat temu, kiedy jeszcze była Ksenią. Przedmioty, które tu widzicie - parę sprzętów, książek i pamiątek - należą do mnie. Większość sprzedałam i porozdawałam; pozostały nieliczne. Piórko. Kamyk z białą obwódką. Ptasia czaszka. Popatrzcie, jaka delikatna, cieńsza od porcelany. Skrawek złotej lamówki z rękawa sukni dworskiej. Osiągnęłam już taki wiek, że zdaję sobie sprawę, jak niewiele warte były wszystkie te rzeczy, które posiadałam. Czuję nawet na duszy ich brzemię. Ale wysiłek, by pozbyć się tego wszystkiego... Jak powiedziała kiedyś Ksenia, rzeczy z tego świata czepiają się nas niczym bluszcz.
Tak się składa, że te słowa podwójnie trafnie opisują przywiązanie do tego, co niematerialne - lęków i zgryzot, rozumu, który cenię ponad miarę, wspomnień, które zdają się sumą mnie całej. Nie jestem szaleńcem bożym i nie zamierzam się ich wyrzekać.
Najwcześniejsze wspomnienie - ciemność, a w owej ciemności dźwięk cerkiewnych dzwonów bijących jak oszalałe - związane jest z jej przybyciem. Gramolę się z łóżka, które dzielę z niańką. Wyprawa w głąb zdradzieckiego mroku. Podchodzę do okna. Migocze letni zmierzch. Pomarańcz, fiolet, czerwień - zorza polarna pulsuje i rozbłyska - a na ulicy jakiś człowiek pada na kolana i czyni znak krzyża. Ludzie krzyczą, słów nie sposób rozpoznać, ale czuje się, że są przesycone niepokojem. W zasięgu wzroku pojawia się biały koń bez jeźdźca. Chwiejnie galopuje; podrywa przednie nogi, stając dęba, a następnie pędzi dalej. Ogon i grzywa furkoczą za nim jak poszarpane żagle. Przerażona, wracam do łóżka i przytulam się do Olgi. Kolejny obraz to drzwi naszej sypialni, które otwierają się z hukiem. Staje w nich olbrzymi wilk i obwieszcza ze spokojem, że jego dom się pali.
Przez długie lata uważałam, że to był wyjątkowo realistyczny sen. Dopiero dużo później usłyszałam, jak moja niania opowiada o dawno minionych czasach - jak to starsi ludzie mają w zwyczaju i sama zresztą obecnie tak czynię - i rozpoznałam w jej historii pewne elementy mojego snu.
Późnym latem 1736, w szóstym roku panowania Jej Cesarskiej Mości Anny Iwanowny i w czwartym roku mojego życia, wybuchł straszliwy pożar. Mówiło się, że ogień zaprószono w stajni niedaleko obecnej ulicy Sadowej, ale przeszedł po mieście jak burza. Ludzie uciekali z domów, zabierając jedynie to, co mogli unieść, ikony i zastawę stołową, garść biżuterii, co tam w panice zdołali pochwycić. Widziano jakiegoś mężczyznę, który ciągnął po ulicy swoje łóżko. Pewną staruszkę odnaleziono w koszuli nocnej, z gęgającą gęsią, którą przyciskała do piersi. W owych czasach nie było straży ogniowej. Nie dało się czerpać wody z kanałów. W rezultacie ponad dwa tysiące domów poszło z dymem. Zorza polarna, którą niby dostrzegłam, była tak naprawdę łuną nad dzielnicą Admiralicyjną, w całości ogarniętą płomieniami.
Wilkiem, który niby przemówił, była Ksenia. Jej matka uciekła z ich domu, niosąc na rękach córkę, pięć rubli w aksamitnej sakiewce i kiełbasę, która wisiała na drzwiczkach spiżarki. Mostem pontonowym przekroczyła Newę, a za nią podążały starsza córka i służąca. Szła, aż dotarła do zaprzyjaźnionego domu, który należał do kuzyna jej męża. Na naszym progu stanęły w środku nocy. Służący przyniósł Ksenię do mojego łóżka. Trzymał ją na ramieniu, wciąż owiniętą w derkę z wilczury.
- Panienka krzyczała na jej widok - powiedziała mi potem Olga. - Nie dało rady panienki uspokoić.
Po pożarze miejsce Olgi w moim łóżku zajęły Ksenia i jej siostra Nadia. Ich ojciec, podobnie jak i mój, walczył gdzieś tam z Turkami i na czas gdy miasto się odbudowywało, obie zamieszkały u nas. Według słów Olgi, przez następne tygodnie sypiałam niespokojnie, nawiedzana przez senne koszmary. Ja pamiętam odgłos wycia. W tamtych latach Petersburg był dużo mniejszym miastem, błotnistym, świeżo powstałym,które ocieniał las. A i teraz nocą wciąż można usłyszeć wilki. Nie mogłam się powstrzymać, a ponieważ zabrakło mi niańki, mocno wtulałam się w Ksenię. Kwiliłam jej cicho o swoim strachu przed wilkami, które przyjdą nas pożreć.
- Nie są głodne - szeptała. - Śpiewają.
Nie dałam się tak łatwo uspokoić. To nie brzmiało jak śpiew.
- Bo nie jesteś wilkiem. Posłuchaj. Ona śpiewa o tym, jaka czuje się samotna. - Długi skowyt rzeczywiście brzmiał jak skarga. Po chwili dołączył drugi głos. - Widzisz, odpowiada jej towarzysz. To musi być dla niej bardzo piękny dźwięk. - Oplotła mnie ramionami. - Jestem tutaj, Daszeńko. Nie jesteś sama. - Wymawiając słowo "sama", podniosła głos, tak że zabrzmiało to jak wycie.
Zachichotałam.
- Teraz ty - dodała.
- Co?
- Też musisz zaśpiewać.
Odpowiedziałam na jej wycie, aż w końcu Nadia fuknęła na nas, żebyśmy były cicho i dały jej spać.
W zamierzeniu miały przebywać u nas do powrotu ich ojca, ale w następnym roku zginął podczas szturmu na Oczaków. W jednej chwili ich przyszłość została wywrócona do góry nogami. Zostały z nami, a ja zapomniałam, że kiedykolwiek istniał czas bez nich.
Gdy jesteśmy dziećmi, bierzemy świat takim, jaki jest, bez zadawania zbędnych pytań. Tak było i z Ksenią. Nie wydawała mi się dziwna, choć nawet sam wygląd ją wyróżniał: wysoka i chuda jak szczapa, nos i podbródek raczej zbyt ostro zarysowane, jasne włosy tak bujne, że nieustannie wymykały się wstążkom i grzebykom. Kiedy szła, kosmyki unosiły się i okalały jej głowę, upodabniając ją do zwiewnego, beztroskiego dmuchawca. Można się było pokusić o odgadnięcie na podstawie zasad fizjonomiki jej charakteru, biorąc też pod uwagę oczy, niespotykanie jasne, ale bez wyraźnej barwy, czasami zielone, ale w innym świetle orzechowe.
Przypomina mi się eksponat, jaki będąc dziećmi, widziałyśmy w gabinecie osobliwości. Urządzenie było podobne do lunety, jednakże spoglądając przez okular, nie miało się przed oczami rozciągającego się za szkłem zwyczajnego świata. Horyzont w przedziwny sposób wypełniały odłamki szkła w jasnych barwach, bajeczna mozaika, którą można było zniweczyć i bez końca formować w nowe wzory, po prostu obracając małym pokrętłem. Wydawało się niemożliwością, żeby wąska mosiężna tuba zawierała cudo równie przeogromne i wspaniałe, a jednak tak właśnie było.
Pamiętam, jak parę dni po naszej wizycie w owym muzeum Ksenia podniosła z ziemi piórko i była tak oszołomiona, jakby znalazła co najmniej rubin. Podniosła je pod światło.
- Spójrz.
To pióro kruka, pomyślałam. Moja twarz musiała zdradzać brak entuzjazmu.
- Jest czarne, ale zobacz, co się zaraz stanie. - Powoli obracała piórko między palcami. - Widzisz, że jest niebieskie? A teraz szmaragdowe... - Opalizująca powierzchnia pióra mieniła się kolorami. - A teraz fioletowe! A nawet czerwone. Zupełnie jak kalejdoskop!
Wówczas zrozumiałam, że było to zadziwiające piórko.
Gdy zaczęłam papugować jej zachwyt, wręczyła mi je bez zmrużenia oka.
- Masz. Jest twoje - powiedziała.
W identyczny sposób ofiarowała mi później czaszkę ptaka i kamyk do puszczania kaczek, i rozmaite owady oraz polne kwiaty - mój własny gabinet cudów i osobliwości.
Coś, co w jednej chwili rozpalało jej ciekawość, w następnej było już tylko wspomnieniem, ale w momencie gdy pochłaniało ją bez reszty, nie dawała sobie niczego wyperswadować, nawet najbardziej lekkomyślnych czynów. Pewnego razu zjadła w lesie grzyby, zamiast przynieść je najpierw, by Olga sprawdziła, czy nie są trujące. Na ulicy podchodziła do wyliniałych psów i kotów. Obłaskawiała nawet te, które ostrzegały ją warczeniem czy wyprężonym grzbietem. Żaden nigdy jej nie ugryzł, ale nagrodą za pozbawioną wszelakich uprzedzeń przyjaźń był spowijający ją zapach czosnku, którym Olga nieustannie smarowała jej pokryte grzybicą dłonie.
Któregoś lata, gdy przebywałyśmy w wiejskiej posiadłości należącej do mojej rodziny, Ksenia uznała, że widok rzeki z pewnego konkretnego konaru sięgającego nad wodę musi być niezrównany. Zawiązała sobie fartuszek wokół talii i chwiejąc się, zaczęła wspinaczkę po drzewie, coraz wyżej i wyżej.
- Och, Dasza - wykrzyknęła. - Tu jest nawet piękniej, niż myślałam. Pewnie w taki właśnie sposób anioły oglądają ziemię. Ciekawe, czy da się zobaczyć nasz dom. - Chybotała się niczym gąsienica, aż przepełzła wzdłuż konaru, wysoko ponad rwącym nurtem. - Jestem aniołem - oznajmiła i szeroko rozłożyła ręce, jak skrzydła.
Gdy spadła, zniknęła pod wodą, która zamknęła się nad nią. Wbiegłam do rzeki i znieruchomiałam, kiedy woda sięgnęła mi do połowy łydki. Nieco dalej, w dole rzeki, Ksenia pojawiła się ponownie, z trudem łapiąc powietrze i młócąc rękami wodę, następnie znów zniknęła pod powierzchnią i już nie wypłynęła.
Niczym zmieniona w słup soli żona Lota wpatrywałam się w miejsce, gdzie widziałam ją po raz ostatni, gdy nagle usłyszałam, jak woła:
- Tu jestem.
Odwróciwszy głowę, zobaczyłam, jak chwiejnym krokiem nadchodzi ścieżką wzdłuż rzeki. Mokry fartuszek lepił się do jej ociekającej wodą skóry, a ona na zmianę krztusiła się i śmiała.
- Jestem upadłym aniołem.
Świat, który zamieszkują anioły, musi mieć również swoje demony. Jeśli chodzi o dzieci, hierarchię w naszej małej społeczności ustalało się wedle wieku. O rok starsza siostra Kseni Nadia mogła nam rozkazywać albo też uderzyć nas bez powodu i nie krępowała się specjalnie, korzystając z obu tych przywilejów.
Jedną z zabaw było odgrywanie historii, które zasłyszałyśmy od naszych matek. Nadia wcielała się w wielką księżnę albo niemiecką księżniczkę, Ksenia była jej młodszą siostrą albo damą dworu, a mnie przypadała rola służącej. Mój braciszek Wania był, w zależności od potrzeb, spanielem albo małpką. W każdej jednak konfiguracji nasza gra sprawiała, że Nadia stawała się bezbrzeżnie wymagająca i kapryśna. Potrafiła wysłać jedną z nas po wstążkę do włosów czy tacę ze słodyczami, lecz gdy wracałyśmy z wyimaginowanym przedmiotem, wstążka niezmiennie okazywała się niewłaściwego koloru - prosiła o zieloną, nie żółtą - słodycze były podłej jakości albo też chciała, żeby przyniesiono jej papugę, a nie małpkę.
Któregoś razu kazała mi przynieść list, przysłany jej niedawno przez adoratora. Posłusznie wyszłam z pokoju, odczekałam chwilę, po czym wróciłam z wyimaginowaną korespondencją.
- No i? Gdzie on jest? - spytała Nadia.
- Tutaj, o pani - odpowiedziałam, udając, że trzymam coś między kciukiem i palcem wskazującym.
- Nie bądź durna. List, który mam na myśli, leży w szufladzie toaletki. Przewiązany niebieską wstążką.
Przerywając zabawę, wyszłam z roli.
- Chodzi ci o list od mojego ojca? - wyszeptałam, niczym aktor zwracający się o pomoc do suflera.
Rzuciła mi piorunujące, pełne gniewu spojrzenie.
- Mój list. Przynieś go natychmiast, nim stracę cierpliwość.
Tkwiłam w bezruchu, zastanawiając się, czy wyjść na korytarz i spróbować ponownie.
Upomniała mnie, wymierzając mi policzek.
- No idź! - zakrzyknęła.
Pobiegłam do garderoby matki i otworzyłam szufladę. Wewnątrz znajdowała się chustka przedniej jakości, z haftowanego lnu, którą podarowała jej wielka księżna Anna Pietrowna, gdy matka, w związku z zamążpójściem, kończyła u niej służbę. Obok leżał plik listów napisanych przez mojego ojca. Najnowszy dotarł ledwie wczoraj. Matka posłała po popa, żeby go jej przeczytał i spisał odpowiedź, a następnie położyła go tutaj, razem z poprzednimi.
Zawahałam się. Czasami pozwalano mi otworzyć szufladę i popatrzeć na chustkę, ale nigdy nie wolno mi było grzebać w środku. Gdyby ktoś mnie przyłapał, zostałabym ukarana, lecz jeśli wróciłabym do Nadii bez listu, spotkałby mnie podobny los. Kładąc na szali oba niebezpieczeństwa, postanowiłam ujść przed tym, które było bardziej namacalne. Wzięłam cienką kopertę z wierzchu i poszłam z powrotem do Nadii.
- Proszę, o pani.
Wzięła ode mnie list i otworzyła go. Zerkając z ciekawością na pismo, odczytała na głos:
- "Do najpiękniejszej damy w całej Rosji...".
- Tak jest tam napisane? - spytałam.
- Oczywiście.
- Ale naprawdę?
- Masz mnie za kłamczuchę?
Nie wiedziałam, w jaki sposób Nadia mogła nauczyć się czytać. Niemniej jednak, będąc najmłodszym dzieckiem, przyjmowałam bez zastrzeżeń, że wszyscy inni posiadają wiedzę, która dla mnie jest niedostępna.
- "Do najpiękniejszej damy w całej Rosji" - zaczęła ponownie.
Dalsza część listu zawierała podziw, wyrażany przez ojca w wielu kwiecistych zdaniach. Zaklinał matkę, by przesłała mu jakiś znak potwierdzający, że jego uczucie jest odwzajemnione.
Nie pamiętałam ojca, mimo że był w naszym domu w pewien sposób nieustannie obecny. Jego imię powtarzało się w codziennych modlitwach, a podejmując jakąkolwiek decyzję, matka wspominała go, zastanawiając się na głos, czy Mikołaj Fiedosiejewicz pochwaliłby jej postępowanie, czy też nie.
- "Jeżeli nie darzysz mnie uczuciem - czytała dalej Nadia - z pewnością zginę".
Byłam oczarowana, słysząc te słowa. Zerkałam ponad jej ramieniem, żeby też je zobaczyć.
- Co to? - spytałam, wskazując intrygujący kształt, jakby odbicie łódki w wodzie.
- To? To oznacza "prześlij".
- A to?
- "Zginę". To proste - powiedziała Nadia. - Patrz. - Wolno przesuwała palcem pod rządkiem tajemniczych kresek i zakrętasów, wypowiadając ich znaczenie. - "Do najpiękniejszej księżniczki całej Wszechrusi". Teraz ty. Czytaj.
Starałam się dopasować znaki do słów, ale to, co w jednej linijce znaczyło "prześlij", w następnej było już czymś innym.
- Nie potrafię.
- To te same słowa - odparła ze złością Nadia. - "Do najpiękniejszej księżniczki...". Po prostu powtarzaj po mnie.
Ale ja chciałam przeczytać list dla siebie. Gapiłam się w miejsce, które wskazała Nadia, i widziałam coś, co wyglądało jak kłębek czarnych włosków. Mąka, w której tkwią wołki zbożowe. Pułk maleńkiego wojska na świeżym śniegu. Ale ani krztyny znaczenia. Robaczki na stronie jęły mi się rozmazywać.
- Spójrz! - Nadia wskazała mokrą atramentową plamę na papierze. - Zniszczyłaś go.
Zaczęłam płakać na całego.
- Cicho bądź - burknęła Nadia. - Usłyszą cię.
Jej ostrzegawczy ton spowodował jedynie, że moje zawodzenie stało się głośniejsze. Ściągnęła z nogi but i podniosła w groźnym geście.
- Powiedziałam "cicho". Mam ci sprawić cięgi?
Również Ksenia próbowała mnie uciszyć.
- Daszeńko, nie bierz sobie tego do serca. To było tylko udawane. Nadia też nie umie czytać.
Kiedy Nadia odwróciła się i uderzyła ją w twarz, Ksenia nie wybuchła płaczem ani nawet nie drgnęła. W dziwny sposób to rozgniewało Nadię jeszcze bardziej. Zaczęła z coraz większą siłą okładać Ksenię, jakby próbowała wydusić z niej jakąkolwiek reakcję.
Zamknęłam oczy, ale nie mogłam zagłuszyć dźwięku skórzanego buta, raz po raz uderzającego w ciało Kseni. Potem uderzenia zwolniły, aż wreszcie ucichły.
Kiedy zerknęłam przez palce, obie stały tak jak poprzednio. Nadia, z butem wzniesionym ponad głową, a Ksenia patrząca jej prosto w twarz. Ale Ksenia... Jak mam to opisać? Choć ciało jej znaczyły pręgi, wyraz twarzy miała taki, jakby zjadła coś delikatnego i słodkiego, czego smak wciąż jeszcze trwał na języku.
Nadii zaczęła trząść się ręka. Nie zdołała wytrzymać jasnego spojrzenia oczu Kseni, musiała odwrócić wzrok. Powoli opuściła rękę, jak gdyby spełniała polecenie Kseni.
Wówczas nie byłam w stanie tego dostrzec, podobnie jak nie da się rozpoznać wzoru na gobelinie, oglądając go od tyłu. Rycerz, łabędź, wieniec z kwiatów - od spodu są jedynie plamą koloru, wątkiem i osnową ze splątanych nitek, podebranych, a następnie znów puszczonych.
Mijamy je na ulicach, biedne nieszczęśnice, które postradały rozum i rozmawiają z powietrzem. To kobiety pozbawione mężów lub dzieci, bez żadnej historii, która nadałaby im znaczenie. O ile było nam wiadomo, istniały od zawsze. Jedna z nich, którą Olga nazywała Błogosławioną, mieszkała na schodach cerkwi. Zawsze tkwiła w tym samym miejscu, opatulona brudnym kożuchem. Olga przynosiła jej kaszę albo śledzia i kładła przy nogach, ale staruszka nigdy jej za jedzenie nie podziękowała ani nawet nie dała znać spojrzeniem, że nas rozpoznaje. Patrzyła prosto przed siebie, jak koń, który śpi na stojąco, albo pomstowała na niewidzialne istoty, oskarżając je o najgorsze zbrodnie. Olga twierdziła, że winnyśmy okazywać tej kobiecie litość, ale starowina była przerażająca, taka brudna i bezzębna. Przypominało to próbę wzbudzenia w sobie współczucia dla ropuchy czy wilka.
Pewnego ranka, gdy wychodziłyśmy z cerkwi, staruszka nagle wyciągnęła rękę i złapała Ksenię. Ksenia szarpnęła się, by uciec, ale stara trzymała mocno i patrząc jej w oczy, próbowała jakby siłą woli zmusić ją do bezruchu.
- Ta mała widzi - oświadczyła.
Olga przeżegnała się.
- Co? Co widzi, o Błogosławiona?
Staruszka puściła nadgarstek Kseni.
- Sama ją spytaj.
Ale oczy Kseni były szeroko otwarte ze strachu. Wpatrywała się w Błogosławioną, nie mówiąc ani słowa.
Wówczas myślałam, że obawia się tej starej kobiety. Teraz zastanawiam się, czy nie bała się bardziej tego, co staruszka w niej zobaczyła.