Skrzydła Azraela - Katarzyna Woźniak

Reflow text when sidebars are open.
Spojrzałem na rozpromienioną twarz Daniela. Rozumiałem, czym jest przyjaźń i jak bardzo jej potrzebowaliśmy w tamtych czasach. Dzięki niej byliśmy w stanie wytrzymać lata spędzone w internacie. Ja, Błażek, Bartek oraz Daniel, nazywany Delem. Tworzyliśmy zgrany, wspierający się wzajemnie zespół. Każdy z nas był inny, mieliśmy odmienne zainteresowania i temperamenty, ale różnice nigdy nas nie dzieliły, raczej - uzupełniały. Niewyczerpana energia Błażka, jego ciągłe gadulstwo i zwariowane pomysły stanowiły napęd naszego teamu. Błyskotliwość i komunikatywność Bartka zrobiły z niego naszego adwokata; potrafił załatwić wszystko i wyciągnąć każdego z nas z tarapatów. To, co zdawało się niedostępne, wydobywał jakby spod ziemi, niczym magik, wyciągający za uszy białego królika z kapelusza. Natomiast Del, mimo że miewał równie głupie pomysły jak my, posiadał też swój własny, nieosiągalny dla innych świat. Czytając książkę, odpływał czasami w krainę wyobraźni, do której wstęp miał tylko on. Pisał i rozmyślał o rzeczach, nad którymi nikt z nas się nie zastanawiał, których nikt z nas nie rozumiał. Dla nas było po prostu za wcześnie na poważne sprawy, na egzystencjalne rozważania. Nikomu nie przeszkadzała ta szczególna przypadłość Dela. Wręcz przeciwnie - wszyscy ceniliśmy jego dojrzałość. Jako przyjaciel zawsze potrafił mnie pocieszyć albo uspokoić w momentach dramatycznych, pełnych furii. Często korzystałem z jego porad i pomocy, zarówno fizycznej, jak i intelektualnej. Lubiłem nasze wieczorne "rozmowy" na poważne tematy - Del mówił, ja słuchałem. Chociaż nie rozumiałem poglądów przyjaciela, sam prowokowałem owe wywody i dopytywałem się: "dlaczego tak myślisz?", "co to znaczy?". Wiedziałem, że Del jest mądrzejszy, bardziej świadomy rzeczywistości. Dzięki niemu czułem się bezpieczniejszy.
Ogólnie rzecz biorąc, gdyby nie oni nie wytrzymałbym w szkole nawet jednego dnia. A ponieważ mieszkaliśmy razem w internacie od dawna - zdawać by się mogło, że od zawsze - wtedy jeszcze nie potrafiłem wyobrazić sobie utraty chociaż jednego z nich.
Siedzieliśmy z chłopakami na parterze, gdy usłyszeliśmy dzwonek, zwiastujący zbliżającą się najgorszą lekcję na świecie. Język polski - prowadzony osobiście przez naszego dyrektora, zapatrzonego w siebie erudytę i dyktatora, który nienawidził nas oraz swojej pracy. W ogóle wątpię, czy oprócz podziwiania własnej osoby, cokolwiek innego sprawiało mu przyjemność. To on - Herbert Mazurski - był pomysłodawcą programu "zbrodnia i kara", realizowanego w naszym internacie. Uważał, że trzymani krótko, nie będziemy sprawiali kłopotów. Doszło do tego, że lądowaliśmy na dywaniku za zwykłe bieganie po korytarzu. A co za to groziło? Strach mówić.
Pokój dyrektora był prawdziwym szeolem, w którym wizyta kończyła się kalectwem lub śmiercią (moralną bądź fizyczną). Oczywiście dyrektor nie miał prawnego pozwolenia, by decydować o końcu naszej egzystencji, ale mógł do niego doprowadzać w sposób pośredni. Na przykład w zeszłym roku Piotrek trafił na dywanik za zbicie szyby. Sam został więc zbity, a co gorsza poniżony tak dotkliwie, że jego szesnastoletni umysł nie wytrzymał presji i pogardy, którymi dyrektor go potraktował. Chłopak skazał się na śmierć przez powieszenie. Egzekucję wykonał w pochmurny niedzielny poranek za pomocą grubego, skórzanego paska, który zwykle trzymał jego przyduże, postrzępione dżinsy na odpowiedniej wysokości. Nie wskazano konkretnego winnego jego śmierci. My jednak znaliśmy prawdę. Wiedzieliśmy, kto zmusił naszego kolegę do wybrania tak ostatecznej drogi ucieczki z tego świata. Notabene uznano, że do wyniszczenia jego młodej i wątłej psychiki przyczynił się ogół społeczeństwa. Tu wymieniano rodzinę, która poświęcała mu zbyt mało czasu i uwagi, oraz rówieśników, którzy chłopca gnębili i prześladowali. Tę bzdurę oczywiście wyssano z palca naszego dyrektora, gdyż Piotrek był powszechnie lubiany. Spekulowano nawet, że chłopiec cierpiał na jakieś schorzenie psychiczne, którego wymyślnej nazwy nie jestem w stanie przytoczyć z pamięci. My wiedzieliśmy, jak było naprawdę, ale kto by nas wtedy wysłuchał i nam uwierzył. Potulnie przyjęliśmy porażkę Piotrka i naszą własną zarazem. Od dnia tej pierwszej śmierci wiele się zmieniło. Zrozumieliśmy, że Śmierć wędruje po świecie i nie interesują jej ani nasz wiek, ani nasze plany. Poznaliśmy smak pokory i zapach strachu.
Teraz znów szliśmy na spotkanie z mordercą dusz, z człowiekiem, który każdego dnia uświadamiał nam, jacy jesteśmy niedouczeni, zacofani i niewychowani. Tliła się jednak w moim sercu iskra nadziei. Dyrektor postanowił bowiem nająć do pracy nowego polonistę. Odkąd pomogliśmy poprzedniemu nauczycielowi zrezygnować z prowadzenia naszej klasy, Mazurski zajął się nami osobiście. Zabierało to jednak mnóstwo jego cennego czasu. Nie mógł jeździć na czwartkowe wykłady do miasta, a wieczorami robił się zbyt zmęczony na czytanie książek i zajmowanie się sobą. Uczenie nas było dla niego rzeczą niewygodną, co więcej - zbędną, gdyż w jego mniemaniu staliśmy na z góry przegranej pozycji. Jako ludzie bez przyszłości, bez perspektyw, niepotrzebni społeczeństwu.
Poprzedni nauczyciel zrezygnował z pracy pół roku temu, po tym jak Daniel dosypał mu do kawy środków przeczyszczających. W naszych głowach pojawiło się więc pytanie, kto zostanie naszą nową "ofiarą". Wprawdzie można by pomyśleć, że każdy inny polonista będzie lepszy od Mazurskiego, ale sprawdzanie, jak długo da się z nami wytrzymać, stanowiło dla nas pierwszorzędną i wielce kuszącą rozrywką.
Weszliśmy do klasy, przepychając się jeden przez drugiego. Usiedliśmy w ławkach, szepcząc jeszcze na boki. Krzesła szurały o podłogę, skrzypiały otwierane blaty biurek, a zamykane stukały. Jednak gdy otworzyły się drzwi, zapadła nagła cisza, tym bardziej dojmująca, że poprzedzona wzmożonym rumorem. Wszyscy usiedli prosto, jakby połknęli kije, położyli ręce przed sobą i skierowali wzrok ku przybyłym. Mazurski wszedł pierwszy, a za nim wysoki, ciemnowłosy mężczyzna przez czterdziestką. Gdzieś z głębi klasy doleciał dźwięk upuszczonego na betonową podłogę długopisu. Nikt się nie odwrócił i żadne krzesło nie zaskrzypiało. Długopis leżał na ziemi. Dyrektor na wskroś przepalił wzrokiem chłopca, który śmiał zakłócić ten piękny moment napięcia, po czym rzekł:
- Przedstawiam wam waszego nowego nauczyciela, pana Konrada Brackiego. - Po tym wstępie, spojrzawszy na nas spode łba, zwrócił się do polonisty: - Zostawiam ich panu. Gdyby pan czegoś potrzebował, jestem w gabinecie, ale obym nie musiał... Żadnego pajacowania i zero wygłupów! - krzyknął do nas na odchodne, zmierzył jeszcze raz całą klasę surowym wzrokiem i wyszedł.
Bracki stał przez chwilę na środku sali, a następnie, krocząc tyłem, doszedł do biurka. Nie spuszczał nas z oczu, jakby w obawie, że gdy się odwróci, wbijemy mu nóż w plecy. Zapewne sporo już słyszał o naszych brutalnych skłonnościach... Nie dziwiło mnie to. Byliśmy znani w szkole z mniej lub bardziej finezyjnych sposobów dręczenia belfrów. Swoją drogą, ten nowy zdawał się nie różnić niczym od innych. Potężne dłonie, gotowe w każdej chwili zdzielić któregoś z nas przez głowę, postura przygarbiona od siedzenia przy biurku i zimne spojrzenie, jak gdyby wierzył, że jednym rzutem oka zdolny jest zamrozić całą klasę albo zamienić nas w kamienne posągi, niczym mitologiczna Meduza. Zwrócony ciągle w naszą stronę, oparł się o brzeg blatu. Wziął do ręki dziennik i wlepiając wzrok w kartki (jakby widział tam coś ciekawego...), odezwał się po raz pierwszy:
- Oto, co mam wam do przekazania... - zamknął dziennik, spojrzał na nas i ruszył, jak żołnierz w euforii rzucający się na wroga, w głąb klasy. - Bądźcie odważni! Bądźcie dzielni, jak wasi ojcowie przed wami. Miejcie wiarę! Śmiało naprzód! - ściszył nieco ton głosu: - Kto powiedział te słowa? Ktoś wie? Może pan, panie... - spojrzał na jednego z uczniów.