Skandale PRL-u - Grzegorz Sieczkowski

Reflow text when sidebars are open.
Michalina Wisłocka była Adamem Słodowym polskiego seksu. Po ukazaniu się jej słynnej książki pod tytułem "Sztuka kochania" panią seksuolog zaczęto zapraszać na łamy różnych pism. W pisemku dla kolekcjonerów i działkowców pod tytułem "Relaks i Kolekcjoner Polski" obok porad, jak uprawiać groszek w ogródku, pani Wisłocka radziła, jak uprawiać seks. Jak mało który polski seksuolog miała wyczucie realiów, w jakich ludzie żyją, znaczy - uprawiają ten seks. W bardzo ważnym felietonie "A może jednak w łazience" doktor Wisłocka w sposób niezwykły i kreatorski podeszła do trudnych warunków lokalowych ówczesnych Polaków. "Dzieci czy babcia śpią już spokojnie i łazienka staje się tym azylem, w którym nikt nie podsłuchuje, nie podgląda i możemy rozwinąć skrzydła pomysłowości seksualnej. Aby poruszyć i pogłębić temat, opowiem, jak można bawić się w łazience1" - niestety, badaczce zajętej poruszaniem i pogłębianiem problemu seksu w łazience umknął dość istotny szczegół. Taki mianowicie, że w peerelowskich blokach było to pomieszczenie najbardziej akustyczne, przenoszące dźwięki w pionie i poziomie, dzięki czemu łatwo dawało się rozpoznawać czynności licznych sąsiadów i zgębiać wnikliwie ich plan dnia. Naturalnie, wejście na całą noc do łazienki nie mogło również wzbudzić żadnego zainteresowania ze strony pozostałych domowników, a szczególnie znanej z dyskrecji wspomnianej wyżej babci.
Ale zostawmy problemy akustyki i przejdźmy do przygotowania miejsca uprawiania seksu. Tutaj niczym mistrz Adam Słodowy doktor Wisłocka kroi gąbkę pod miłosne igraszki. "Jeżeli lubimy suchy i spokojny tapczan bez atrakcji wodnych, możemy po prostu położyć gąbkowy materacyk na podłodze obok wanny, tu szczególnie podkreślam: nie materac 2 x 2 m, który oczywiście się nie zmieści, tylko kawałek gąbki o grubości 5 cm, a długości i szerokości odpowiedniej do miejsca na podłodze. Gąbkę taką można jeszcze dziś od czasu do czasu nabyć z metra w sklepie chemicznym". Widać wyraźnie, że seks łazienkowy był powiązany z koniecznością nabycia gąbki, a to wymagało polowania na nią, bo jak wiemy, nie zawsze była dostępna i nawet autorka tego instruktażu wyraźnie podkreśliła, że "bywa od czasu do czasu".
Następnie Wisłocka weszła na wyższy etap nazywany popularnie "robieniem nastroju": "A gdyby ktoś miał alergiczny wstręt do gąbki, można ją przykryć kocykiem, dodając kilka poduszek z tapczana, nie tylko gwoli dekoracji, ale również jako instrument służący do zmiany pozycji".
Kiedy już w łazience jest odpowiedni nastrój, a para ściska się na gąbce między wanną, umywalką, sedesem, stołkiem i pralką, zawadzając nogami o emaliowaną miednicę, można pomyśleć o odpowiednich na tę okoliczność pozycjach: "W takim materacykowym gniazdku możemy poigrać i w pozycji leżącej, i odwrotnej, tudzież w pozycji na jeźdźca i innych bardziej wybrednych". Trzeba dodać, co wiemy z doświadczenia, że unosząc głowę (szczególnie dotyczy to partnerek w pozycji na jeźdźca), trzeba uważać, by nie uderzyć w umywalkę. Wisłocka pomijała ten detal, pewnie by nie burzyć nastroju.
W dalszej części kochankowie opuszczają z trudem kupioną gąbkę, wykorzystując elementy stałe i ruchome łazienki. "Na przykład stosunek w pozycji siedzącej (pani siedzi na kolanach partnera przodem lub tyłem) bez trudu można zaaranżować na brzegu wanny okrytym grubym frotowym ręcznikiem lub na stołku, który przeważnie mieści się w łazience".
Ale doktor Michalinie Wisłockiej nie wystarczało opisywanie znanych powszechnie pozycji. Było czuć, że improwizuje: "W sytuacji łazienkowej można by jeszcze wprowadzić pozycję "piętrową", która w czasie pisania przyszła mi do głowy. Partner czy partnerka siada na parapecie wanny przeciwległym do baterii, układając wyprostowane nogi na obu jej krawędziach. Drugie klęcząc czy siedząc na dnie wanny, ma do dyspozycji prysznic, głaskanie, pocałunki, przytulanie na wszystkie sposoby, jakie mu dyktuje wyobraźnia".
Trochę trudno sobie wyobrazić tę pozycję, ale jest nadzieja, że jakiejś grupie rekonstrukcyjnej uda się ją odtworzyć. Wisłocka przestała improwizować i wróciła do roli Słodowego: "Wracając jeszcze do gąbki na podłodze, lepiej jeżeli jest bez koca, ponieważ istnieje wtedy szansa dla mało wygimnastykowanych do ucieczki po figlach prysznicowych na gąbkę, nie martwiąc się, że człowiek wodą ocieka i gdzie to wszystko będzie się suszyć".
To, co pisała Wisłocka, to była taka siermiężna Kamasutra dla obywateli PRL-u na miarę socjalistycznych możliwości. Pani doktor nie tylko chciała być seksuologiem dla ludzi, ale także seksuologiem wśród ludzi. Nieść ten kaganek, gdzie się tylko da. A jak zobaczyła ściskającą się parę, to musiała troskliwie pytać, czy czegoś im nie brakuje. Z felietonów Wisłockiej wynika, że dla niej ważną formą kontaktu z ludźmi był na przykład spływ kajakowy. "Najczęstszym widokiem w czasie wycieczek kajakowych od strony jeziora były dziewczęta gołe, jak je Pan Bóg stworzył, leżące w trzcinach na materacu lub w kajaku i opalające "na równo" fragmenty ciała normalnie okryte stanikiem i minimajteczkami, tzw. białe plamy" - zarejestrowała czujnym i być może nawet uzbrojonym okiem badacza.
"Wszystkie, gdzie mogły i jak mogły, opalały białe plamy" - od razu wyjaśniam, nie chodziło o "białe plamy" historii, nie ma tu żadnych metafor, choć obok są teksty o umundurowaniu żołnierzy Września. Wisłocka była zorientowana na konkret i tego konkretu trzymała się mocno, jak tylko się dało. Jak każdy badacz ruszyła w teren, zadając pytania i wyciągając następnie z nich wnioski trudne do przyjęcia dla niektórych: "Przyszło mi wtedy do głowy, aby zrobić krótką ankietę wśród chłopców przebywających na biwakach, jakie jest ich zdanie na temat opalenizny kobiecej. I tu... bomba dla dziewcząt. Wszyscy jak jeden mąż stwierdzali, że nadzwyczaj seksownie działają na nich białe plamy rozmieszczone w okolicach erotogennych".
Z edukacją seksualną było zawsze w Polsce cienko. I może dlatego Polacy mieli problem z nazywaniem wstydliwych części ciała, czynności i przedmiotów seksualnych. U nas jest tylko terminologia medyczna lub nieprzyjemny, wulgarnie agresywny język. Nic albo niewiele pośrodku. Tak jest na przykład z prezerwatywami. Dla Anglików to są "francuzki". A po drugiej stronie kanału La Manche używając ich, Francuzi mówią, iż przywdziewają "angielską kapotę". Za czasów PRL-u w Krakowskich Zakładach Przemysłu Gumowego "Stomil", wówczas jedynego w kraju producenta prezerwatyw, pracownicy mówili na prezerwatywy "presy". Powszechnie używano też pochodzącej z angielskiego nazwy "kondom", potocznie wymawianej jako "kondon". Już w okresie funkcjonowania III Rzeczpospolitej przyjęła się nazwa "gumka", ale czy to brzmi seksownie?
Kiedy kończył się ustrój socjalistyczny w Polsce pojedyncza prezerwatywa w kiosku "Ruchu" i aptece kosztowała jedyne sześć złotych i był to wówczas jeden z najtańszych dostępnych produktów. Z tego też powodu "gumki" cieszyły się wśród ludności płci obojga i w różnym przedziale wiekowym dużą popularnością. "Cóż jeszcze dziś w Polsce można kupić za sześć złotych? - pytają w "Stomilu", dając do zrozumienia, że dlatego w Polsce prezerwatywy to nie tylko środek antykoncepcyjny, ale i gumki do przewiązywania pęczka rzodkiewek, baloniki dla dzieci" - pisał w 1988 roku redaktor Jerzy Łukowicz na łamach miesięcznika "Pan". W ten sposób - szczególnie w obrocie towarem owocowo-warzywnym - prezerwatywy wykorzystywano jeszcze w wolnej Polsce. Niektóre babcie na bazarach mówiły, że robią to z przyzwyczajenia, a także dlatego, że zawsze po drodze do sklepu lub kościoła można te prezerwatywy w kiosku kupić. A ponoć były one też mocniejsze od gumek recepturek.
Mimo tak dobrej opinii starszych pań wiele osób w czasach PRL-u nie miało zaufania do wytrzymałości prezerwatyw i krążyło dużo opowieści o tym, kto z powodu tej słabości wyrobu rodzimego przemysłu gumowego zaliczył wpadkę, jak nazywało się niechcianą ciążę. Te opowieści dementowało pod koniec lat osiemdziesiątych właśnie w miesięczniku "Pan" kierownictwo "Stomilu". Był to pierwszy chyba reportaż w Polsce z zakładu zajmującego się produkcją prezerwatyw. "Nasze prezerwatywy są dobrej jakości - zapewnia dyrektor Emil Dziwota - zaledwie jeden promille produkcji ma wady" - czytamy we wspomnianym tekście. Podobno wtedy w ciągu roku klienci reklamowali jakość zaledwie kilkuset sztuk, choć z perspektywy czasu i obowiązku, jaki nakłada na nas historia, żałujemy, iż nie pokazano, jak wyglądały takie reklamacje.
Jednym z największych mitów miejskich PRL-u były opowieści o uczynnych paniach kioskarkach i aptekarkach, które w ramach antyantykoncepcyjnego ruchu oporu systematycznie przedziurawiały prezerwatywy igłą. Hobbistyczno-poradnikowy miesięcznik "Pan" potwierdził to, informując o jednym takim przypadku. Prezerwatywy dziurawiła igłą jakaś kioskarka we Wrocławiu. Jednocześnie zdementowano inną popularną w tamtych czasach pogłoskę, że jeden z nieszczęśliwych użytkowników zażądał od "Stomilu", aby ten płacił alimenty, albowiem to, co się stało, to wina ich produktów.
Była jeszcze jedna opowieść związana z prezerwatywami. To historia młodego, acz już pełnoletniego chłopca, który kupił w aptece prezerwatywę i zapytał się, jak powinien jej używać. Aptekarka, w niektórych wersjach kobieta stara, brzydka i złośliwa, poradziła młodzieńcowi, żeby towar połknął. I tak też się stało. Prezerwatywa zamiast na członka trafiła do żołądka. Dziewczyna zaszła w ciążę, facet po czasie w boleściach trafił do szpitala, gdzie otwarto mu jamę brzuszną, skąd wyjęto środek antykoncepcyjny, a panią aptekarkę wylano z pracy i obciążono alimentami. Historię opowiadano z różnymi zakończeniami lub zgoła bez.
Podobno w PRL-u produkowano prezerwatywy w trzech, czterech kolorach, ale mimo iż pytałem o to wielu znajomych, nikt z nich czegoś takiego nie pamięta. Już samo sformułowanie z 1988 roku, że "starzy pracownicy zakładu pamiętają", świadczy o tym, że to była jakaś prehistoria. Coś, co się zdarzyło raz i trwało krótko. Ja i moi znajomi podejrzewamy, że mogła być to jakaś linia eksportowa. W takiej sytuacji na wewnętrzny rynek trafiały prawdopodobnie znikome ilości tego luksusu jako tak zwany odrzut z eksportu.
Jak opisywał "Pan", raz jeden w "Stomilu" wyprodukowano czarną prezerwatywę. Jeden jedyny egzemplarz. Dzisiaj powiedzielibyśmy designerski prototyp. Eksperymentalna prezerwatywa trafiła na ważne zebranie produkcyjne z aktywem zewnętrznym, czyli z urzędnikami z centrali. Nim poddano ją jakimkolwiek analizom, głos w sprawie musiał koniecznie zabrać i w końcu zabrał jakiś ważny urzędnik. Przyjrzał się czarnej prezerwatywie. I zrobił tak, jak to robili urzędnicy w PRL-u, którzy musieli zabrać głos i zająć stanowisko, a nie chcieli zabierać głosu, a tym bardziej zajmować jakiegokolwiek stanowiska w takich sytuacjach. Zadawali wtedy pytanie zasadnicze, zwane też konstruktywnym: "Powiedzcie, a komu to ma służyć?".
Na sali zapanowało milczenie wynikające z powagi sytuacji. No właśnie, komu miałaby służyć czarna prezerwatywa? Czerń to symbol powagi. Przecież nie można było powiedzieć, że to prezerwatywa dla kadry kierowniczej kluczowych przedsiębiorstw gospodarki socjalistycznej, przedstawicieli instytucji centralnych i aparatu partyjnego. Wstecznemu klerowi tym bardziej nie mogłaby służyć, tu zresztą wchodziłoby się na grząski grunt walki ideologicznej. A więc komu?
Z sali padł nieśmiały głos próbujący to fundamentalne, pryncypialne pytanie charakterystyczne dla czynników politycznych zmienić w błahy żart: "Wdowom". I na tym sprawa się skończyła. Postęp został zatrzymany, a klasy pracujące miast i wsi już do końca ustroju pozbawiono nadziei na czarne prezerwatywy.
Warto w tym miejscu przypomnieć jeszcze jedną historię. W połowie lat siedemdziesiątych pojawiły się zachodnie automaty do sprzedaży prezerwatyw. Było wtedy trochę różnych tego typu maszyn w reprezentacyjnych miejscach stolicy, ale nie sprzedawały one prezerwatyw. Można było w nich kupić jakieś słodycze i napoje, a niektóre produkty miały do opakowania przyklejoną resztę, bo był jakiś problem z wydawaniem złotówko-groszowego bilonu. Niektórzy tłumaczyli to zjawisko realną wartością tych pieniędzy. Mówili, że są one tak bezwartościowe, iż nawet metal, z którego je wykonano, nic nie jest warty i pewnie są za lekkie, więc nie da się ich zwrócić w automatach, które wyprodukowano z myślą o prawdziwych, zachodnich pieniądzach. Być może była w tym jakaś prawda, bo w czasie największej inflacji dekarze wykorzystywali monety jednozłotowe jako podkładki do tak zwanych papiaków, czyli gwoździ do przybijania papy. Wychodziło taniej niż kupowanie podkładek na wagę.
Wracając jednak do tych automatów na prezerwatywy: udało się wtedy ustalić, że zakupiono trzy takie automaty, ale nikt nie wiedział, gdzie one są. Niektórzy twierdzili, że umieszczono je w kilku hotelach orbisowskich, ale inni te informacje dementowali. Z kolei złośliwi mówili, że na pewno jeden egzemplarz trafił do Komitetu Centralnego PZPR, a dwa pozostałe do Ministerstwa Przemysłu Maszynowego oraz Ministerstwa Maszyn Lekkich i Rolniczych.
W czasach PRL-u obowiązywała taka zasada, że pracownicy zakładów mogli brać do domu na przykład niektóre niewartościowe produkty, tak zwane odpady produkcyjne, które nie nadawały się do dalszej obróbki lub sprzedaży. Czasami też po godzinach pracy w swojej fabryce mogli zrobić coś dla siebie, wykorzystując te zakładowe materiały-odpady. Pracownicy produkujący prezerwatywy też korzystali z tego przywileju i dla "własnych potrzeb" zdobili je kolcami lub żłobili na nich różne rowki. Potem te wytwory rękodzieła gumowego trafiały na czarny rynek, gdzie robiły prawdziwą furorę, stając się produktem poszukiwanym i takim, za który dobrze płacono. Podobno jakaś pani, której po seksie z użyciem takiej prezerwatywy było tak dobrze jak nigdy wcześniej, z wdzięczności napisała list do kierownictwa "Stomilu", błagając jednocześnie o dodatkowe dostawy. O dodatkowe rękodzieło.
Prezerwatywy produkowano w Polsce już przed wojną, a po jej zakończeniu kontynuowano tę, postrzeganą wówczas jako bardzo wstydliwą, działalność. Po wojnie na rynek trafiły najpierw primerosy, w latach pięćdziesiątych produkowano je w tutkach, w okrągłych pudełeczkach po trzy sztuki. W latach sześćdziesiątych pojawiły się słynne luxi gum, które sławił młodociany lud męski dość wulgarnym wierszykiem: "A na wyspie Pitikum jest fabryka luxi gum, jest taka czarna masa, w którą wsadza się kutasa". Te prezerwatywy były talkowane, zapakowane w małą tekturową torebkę i bibułkową saszetkę. W latach sześćdziesiątych podjęto decyzję o ściągnięciu do Polski prezerwatyw z importu. Nazywano je dolarówkami. Podobno przyleciały do nas z Anglii wyczarterowanymi samolotami, można więc powiedzieć, że powstał między Polską a Wielką Brytanią powietrzny most kondomów.
W latach siedemdziesiątych XX wieku krajowy przemysł od prezerwatyw dostał dolarowy wsad. Przeprowadzono modernizację zakładu, zakupiono nowe technologie, zaczęto produkować prezerwatywy lubryfikowane, do których przed pakowaniem dodawano kroplę oleju silikonowego. Pojawiły się najpierw kondomy o nazwie olex, a następnie najsłynniejsze polskie prezerwatywy, czyli erosy, a także ich późniejsze wersje eros-ex i eros-ol-ex.
Ale też w latach siedemdziesiątych wystąpiły problemy ze sprzedażą tych produktów. Magazyny były pełne, a ludzie nie chcieli ich kupować, mimo że sprzedaż wspierano kilkuletnią, przeprowadzaną na wielką skalę akcją walki z chorobami wenerycznymi, które były wtedy bardzo poważnym problemem. Nikt nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego zbyt prezerwatyw tak dziwnie się kształtuje: w 1975 roku sprzedano ich tylko dwadzieścia trzy miliony, w 1976 - trzydzieści trzy miliony, a w 1977 - znowu o dziesięć milionów sztuk mniej. W końcu wysokość zbytu ustabilizowała się na poziomie około dwudziestu pięciu milionów prezerwatyw rocznie.
Podczas wspomnianej akcji zwalczania chorób wenerycznych rozrzucano jaskrawe ulotki na dużych koncertach zespołów młodzieżowych. Na jednej z tych kolorowych broszurek widniał wielki napis: "Prezerwatywa", pozostałe były poświęcone najważniejszych chorobom wenerycznym. Prezerwatywy były jednak promowane dyskretnie i niechętnie. Środkiem antykoncepcyjnym, który miał największą kampanię, były globulki zet. Ogłoszenia prasowe formułowano jednak tak, że trzeba było wcześniej mieć świadomość, do czego te globulki służą, bo z samych reklam poza nazwą człowiek niczego się nie dowiedział.
Produkcja środków antykoncepcyjnych miała w Polsce coś z tajnych operacji specjalnych. Tak było na przykład w połowie lat osiemdziesiątych z pajączkiem antykoncepcyjnym. Wkładka antykoncepcyjna o nazwie spider cu uzyskała siedem patentów, oprócz krajowego, między innymi zachodnioniemiecki, szwajcarski i amerykański. Jej cena miała wtedy wynosić dziewięćset złotych, czyli dużo mniej niż cena spiral dostępnych w Peweksie, które kosztowały od siedmiu i pół do dziesięciu dolarów. Wkładki produkowało przedsiębiorstwo Towarzystwa Rozwoju Rodziny "Securitas". "Początkowo wydawało się, że rocznie wystarczy trzydzieści tysięcy, potem jednak zdanie zmieniono. Oszacowano, że dopiero siedemdziesiąt-sto tysięcy wkładek zaspokoi oczekiwania - pisał "Kurier Polski". - Przedsiębiorstwu "Securitas" doskwiera ciasnota i braki kadrowe. Przy wkładkach pracują trzy osoby". Pierwsza partia towaru miała trafić do aptek po wyjałowieniu w Instytucie Badań Jądrowych. Jak widać, była to zakonspirowana i poważna operacja.
Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pojawiły się w sprzedaży wibratory. Można było je kupić w Domach Towarowych "Centrum". Były one różnokolorowe, w wersji - jakbyśmy dzisiaj powiedzieli - "softowej", jeśli chodzi o wierność w stosunku do pierwowzoru. Ozdabiały prawie wszystkie stoiska, bo kryzys dawał się już we znaki, więc ustawiano je, żeby zapełnić czymś półki tam, gdzie innego towaru nie było. A tu proszę bardzo, kolorowe, estetyczne, chyba nawet z importu z drugiego obszaru płatniczego, czyli z krajów zgniłego kapitalizmu. Oficjalnie to nie były wibratory, ale aparaty do masażu twarzy. Z tych aparatów żartowali nawet w telewizji w którymś z programów satyrycznych. Chyba Mann z Materną z nich kpili. Żarty nie miały jednak wpływu na stanowisko dyrekcji Domów Towarowych "Centrum", wibratory jak stały w gablotkach przed emisją programu, tak stały nadal po niej i chyba tak dostały do pogłębienia kryzysu.
Inna sprawa, że ludzie tak byli spragnieni nowinek, iż niektórzy te wibratory naprawdę uznali za aparaty do masażu twarzy i nosili je przy sobie. Panowie trzymali je w modnych saszetkach zwanych popularnie pederastkami lub w tradycyjnych teczkach, a panie w swoich damskich torebkach. Można było więc spotkać w miejscach publicznych elegantki i elegantów, którzy wyciągali - na przykład stojąc w kolejce - taki wibrator, przepraszam, aparat do masażu twarzy, i masowali sobie szyję, twarz, a panie nawet dekolt. Podobno taki zabieg dawał przyjemne odprężenie.
Trudno powiedzieć, kiedy w Polsce pojawili się pierwsi naturyści. Niektórzy twierdzą, że już przed wojną, w latach trzydziestych. W okresie międzywojnia nudyści spotykali się na plażach Pojezierza Wileńskiego i nad Bałtykiem. Zażywano też nagich kąpieli słonecznych na łachach piachu na Wiśle w Kazimierzu Dolnym. Korzystała z tych uciech młodzież artystyczna, studenci Tadeusza Pruszkowskiego, artysty malarza i profesora Akademii Sztuk Pięknych. Także po wojnie opalano się w taki sposób w tym miejscu.
"Czy nie spotkaliśmy się przypadkiem na nagiej plaży w Kazimierzu?" - zapytał kiedyś Jan Suzin moją koleżankę, dziennikarkę jednego z warszawskich dzienników. Suzin to była jedna z największych telewizyjnych legend.
Po wojnie podobno pierwszych nago opalających się przedstawicieli płci obojga widywano regularnie już w 1946 roku w okolicach Krynicy Morskiej. Prawda jest jednak taka, że Polacy do lat siedemdziesiątych bez ubrania opalali się albo prywatnie, na przykład we własnym ogródku, albo potajemnie na jakimś odludziu. Nagie plaże to przede wszystkim była jedna z atrakcji letnich wyjazdów do Rumunii, Bułgarii, NRD, a przede wszystkim do dawnej Jugosławii. Za najbardziej rozbierający się naród Polacy uważają chyba Niemców, których najczęściej spotykali na tych plażach i których uznali za naród całkowicie pozbawiony zahamowań.
Nagość na polskich plażach pojawiła się na początku lat siedemdziesiątych, w dużej części pod wpływem wakacyjnych wyjazdów za granicę i dochodzącego do Polski echa rewolucji obyczajowej końca lat sześćdziesiątych. Na początku rozbierano się w kilku miejscowościach nadmorskich zdominowanych przez turystów z Warszawy. Prym wiodły Chałupy na Półwyspie Helskim, Dębki, mała miejscowość rybacka na zachód od Władysławowa, oraz Międzyzdroje. Rozbierano się też pod stolicą, najpierw w Świdrze w okolicach Otwocka, a potem na plaży przy Wale Miedzeszyńskim.
W Polsce nie może być historii, która nie ma w sobie ducha heroizmu, poświęcenia, ofiary i cierpienia za sprawę. Taka też jest historia polskiego naturyzmu. Te jej ciężkie początki opisywał wybitny pisarz o międzynarodowej sławie, Janusz Głowacki. Był on też jedną z pierwszych ofiar represji, które dotknęły świat miłośników nagiego opalania i nagich kąpieli. Swoje cierpienia doskonały autor opisał w krótkim, lecz przejmującym utworze pod znamiennym tytułem "Polowanie na rozbierańca". Na początku lat siedemdziesiątych przedstawił tam mianowicie relację z dramatycznych wydarzeń, które miały miejsce pewnego straszliwie upalnego dnia lipcowego, kiedy to pozbawiony bielizny kąpielowej zwanej slipkami lub kąpielówkami leżał na plaży obok redaktora A. Markowskiego z tygodnika satyrycznego "Szpilki". Wokół nago opalało się kilkanaście osób, ktoś z gołym - za przeproszeniem - tyłkiem ukradkiem biegł do wody.
"Mimo upału, analizowaliśmy na rozstawionej szachownicy wariant obrony Niemzowitscha, zastosowany w partii Fischer-Spasski, dyskutując jednocześnie dla ożywienia umysłu o koncepcji czasu w utworach Lesława M. Bartelskiego"2 - zanotował Głowacki, opisując sytuację przed szturmem, który nadszedł znienacka.
"Dziś, gdy cofam się myślą do owego dnia, pojąć nie mogę, czemu nie zadrżały nam ręce, gdy po kąpieli postanowiliśmy także opalać się bez kostiumu. Dlaczegóż nie przyszło opamiętanie także później, gdy nad wydmami pojawiła się luneta-peryskop używana z powodzeniem podczas drugiej wojny światowej, a i potem, gdy pobliski las ruszył ku nam, niczym Makbet nie chcieliśmy uwierzyć w nieuchronność przeznaczenia. Dopiero, gdy gałęzie opadły, odsłaniając mężczyznę w pięknym garniturze koloru wody morskiej i koszuli typu yellow bahama, a za nim błysnął stalowy mundur plutonowego Milicji Obywatelskiej, schwyciliśmy za kąpielówki, zbyt późno.
- Ciekawe, gdzie panowie trzymają dowody osobiste? - zapytał przedstawiciel puckiej władzy w cywilu, proponując mi równocześnie zbicie konia.
Tak zaczęła się kilkudniowa walka o podstawowe prawa człowieka, która kiedyś być może przejdzie do historii jako wypadki lipcowe. Walka, w której po jednej stronie występowali funkcjonariusze MO i Główny Urząd Morski, a po drugiej - dziesięć osób bez majtek".
Trudno powiedzieć, że pozostałych nagusów przedstawiciele władzy ludowej schwytali, hałas wywabił bowiem z grajdołów i zza parawanów rozebrane towarzystwo, które myślało, że w wyniku tej wielkiej akcji udało się złapać jakiegoś dusiciela lub Szweda, który kajakiem przedostał się do Polski, wybierając wolność. Powinno się raczej powiedzieć, że została schwytana ciekawość. Ciekawość całkowicie obnażona. Rozebrani jednak stawiali opór słowny i w trakcie wymiany zdań zwrócili uwagę, że innych gołych władza nie represjonuje. Wskazywali przy tym na grupkę golasów, która szprechała w obcym, choć dobrze znanym języku.
"Przedstawiciel władzy z dojrzałością wybitnego męża stanu uniknął międzynarodowego konfliktu, gdyż także wiedział, iż są to turyści z NRD. Wspaniale obrośnięty prawnik, zamaskowany tuniczką z ręcznika frotté, wtrącił, że należą oni jednak do naszego bloku, nie powinni być dyskryminowani i także należy im się opieka władzy. Miniaturowy elegant w napoleońskiej czapie skonstruowanej z jakiejś gazety oświadczył zajadle - relacjonował Janusz Głowacki - że ma poufne informacje, iż pięćset metrów stąd opala się na wydmie bez kostiumu aliant, patrzy w stronę morza, więc stosunkowo łatwo można się do niego podczołgać, zachodząc od lasu".
Niestety, władza była nieubłagana i zadowolona ze swojego wielkiego triumfu. Nie pomogły argumenty, że zebrani w Chałupach nudyści to rewolucjoniści, którzy wśród ludu niosą kaganek światłych ideałów marksizmu. Że te idee dotarły już do Rumunii, gdzie światli towarzysze dopuszczają opalanie się bez ubrania. Przedstawiciele rodzimej władzy ludowej nie podjęli debaty o ideałach socjalizmu i zapowiedzieli, że uczestnicy tego opalania bez bielizny kąpielowej niebawem spotkają się w kolegium do spraw wykroczeń. Po ich odejściu ludzie, zapewne w wyniku doznanych upokorzeń czy też zwykłego lekceważenia, postanowili się zjednoczyć i walczyć o swoje niezbywalne prawa.
Zastosowano metody biernego oporu, a może nawet walki czynnej. Towarzystwo postanowiło się nie ubierać, lecz "z honorem lec". Ustalono sposób walki, wyznaczono dzieci do obserwacji, rozstawiono je na stanowiskach bojowych, rozebrano się za parawanami i oczekiwano na nieuchronny atak.
"Następnego dnia udałem się na plażę w oportunistycznych kąpielówkach, usiadłem samotnie, lecz za chwilę przysiadł się do mnie atletyczny mężczyzna w bermudach, powiedział, że jest straszny upał i że warto by coś zdjąć. Prowokacja wydawała mi się szyta zbyt grubymi nićmi, więc czym prędzej oddaliłem się" - relacjonował wydarzenia lipcowe Janusz Głowacki, który niebawem dostrzegł na plaży pięciu potężnie zbudowanych młodych mężczyzn skradających się w stronę stanowisk bojowych nudystów. Mężczyźni w kąpielówkach skradali się, umiejętnie przeczesując teren tak, by nikt rozebrany nie mógł się przemknąć. Zaglądali w grajdoły i pod koce, aż zbliżyli się do głównej linii. Na ich widok dzieci podniosły krzyk, ich rodzice wrzucili na siebie kostiumy plażowe, a szturmujący wyciągnęli z chlebaków czapki Urzędu Morskiego. Atak został odparty. Tego dnia nad polskim morzem wygrał z państwem polskim - za przeproszeniem - zwykły polski goły tyłek.
Trauma jednak pozostała. Pojawiły się informacje w prasie, że od czasów pamiętnych wydarzeń lipcowych pisarz Janusz G. ciągany po kolegiach karno-administracyjnych "ma uraz i używa kąpielówek retro, czyli do kolan (W takich widziano go tego lata [1975 roku - przyp. GS] na plaży w Chałupach, gdzie na krańcach plaży paradowały tłumy golasów)".
Właśnie w 1975 roku rewolucja zasiana podczas pamiętnych wydarzeń lipcowych zaczęła przynosić pierwsze owoce, choć pisarz Janusz Głowacki miał paradować na plaży w konspiracyjnych gaciach.
"Lato tego roku jest (w zasadzie było) wyjątkowo piękne. Rolnicy są zadowoleni, natomiast w kręgach administracji państwowej mają latu za złe, że było takie piękne, upalne i słoneczne. Okazało się bowiem, że w tym roku nie tylko zboża i okopowe obrodziły znakomicie. Na naszych plażach zakwitli także nudyści. Jak doniosła prasa, na Wybrzeżu milicja była zmuszona użyć do ich tępienia nawet odwodów, a w ogóle to nie można dać sobie rady z golasami" - pisał na łamach tygodnika "Kultura" Andrzej Gass w "Reportażu o niesłusznej nagości".
Jednocześnie przedstawił problem polskiego nudyzmu zainteresowanej publiczności krajowej, kręgom czytelników elitarnych, bo "Kultura" - jak sam tytuł wskazuje - była czasopismem kulturalnym i miała też czytelników kulturalnych, obytych z kulturą niższą i wyższą. Redaktor Andrzej Gass udał się więc w teren, na plażę naturystów, którą konspiracyjnie nazwał poetycko Wyspą Nagości. Jak można się domyślać, chodziło mu o stołeczną plażę przy Wale Miedzeszyńskim. Podobnie jak opisywani przez Głowackiego plażowicze wykazywali świadomość klasową oraz znajomość zagadnień światopoglądowo-politycznych, tak redaktor Gass, nie odwołując się bezpośrednio do języka propagandy, wskazywał pośrednio, że na plaży nudystów ze względu na szeroki przekrój społeczny rozebranych obywateli mamy do czynienia z ludźmi równymi sobie, z przedstawicielami w gruncie rzeczy społeczeństwa bezklasowego.
"Gromadka ludzi w różnym wieku, różnych zawodów: od robotnika do naukowca. Przeważnie między trzydziestką a czterdziestką, ale emeryci płci obojga też przychodzą - relacjonował z reporterską sumiennością. - Matki z dziećmi, małżeństwa, pewien pan z artyleryjską lornetą budzący ogólne współczucie i nawet zrozumienie, zakochani, gitowcy jak baranki (czyżby brak ubrania miał pozytywny wpływ na resocjalizację?), ich dziewczyny (bardzo godne), pani redaktorowa (zawsze w majteczkach: chce się wyróżniać), studenci ze skryptami (sesja poprawkowa) i licealiści z książkami (we wrześniu druga tura egzaminów wstępnych na uczelnie). Także kilku panów w wiankach z gałązek wikliny na głowach, nacierających się co i raz pachnącymi kremami przy akompaniamencie okrzyków: "Boże, jaki on opalony!". Żadnych sensacji. Nic z rui i poróbstwa. Porcja nagości jest tak duża, że nawet dla największych amatorów przestaje być atrakcją. Kilka osób traktuje opalanie bardzo poważnie. Wieczorami można ich zobaczyć na scenie Teatru Wielkiego. Przedstawicielka lżejszej muzy, striptizerka z "Kongresowej", co piętnaście minut zmienia swoją pozycję względem słońca. Jej mąż baczy, by brązowiała równomiernie, co pewien czas spogląda na stoper i krzyczy: "Hoop!". Wtedy małżonka posłusznie przewraca się na plecy".
Opisana plaża w warunkach realizmu socjalistycznego i gospodarki planowej stanowiła ideał. Krainę wymarzoną, raj wyśniony, ziemię obiecaną. Redaktor wskazywał na brak konfliktów i generalnie sympatyczną atmosferę. Wyczuwając ją, ludzie pracy socjalistycznej po prostu zaczęli się gdzieniegdzie rozbierać całkiem lub - jak w przypadku niektórych pań - przynajmniej częściowo, w wersji topless. Władza wysłała przeciw gołym swoje oddziały. Tygodnik "Polityka" doniósł, że na Półwyspie Helskim przywołano do porządku pewną aktorkę, gdy opalała się nago.
Publicyści zapowiadali, że nie da się uniknąć gołych plaż, tak jak nie udało się uniknąć coca-coli i jeszcze kilku innych rzeczy. Widmo golizny krążyło nad Polską.
W latach osiemdziesiątych XX wieku wielką karierę robiło w polskich gazetach zdjęcie wiejskiej kobiety w chustce, która dzierżąc w dłoni coś w rodzaju sztachety, goniła nagą parę. Zdjęcie to doskonale oddawało klimat tamtych czasów. Pokazywało dwie zupełnie różne postawy i jednocześnie symbolizowało istotę konfliktu "tekstylnych" z nudystami. ""Tekstylnych" ciągnie do nagich. Wyobrażają sobie, Bóg wie co, wyobrażają sobie nagą plażę jako Sodomę i Gomorę" - pisał tygodnik konsumentów "Veto" i jednocześnie nieformalny organ naturystów.
Z jednej strony w Polsce po stanie wojennym naturyzm stał się nie tylko formą spóźnionej rewolucji obyczajowej na dość dużą skalę, ale też sposobem okazania własnej wolności. Rozbierało się sporo ludzi, paradoksalnie byli również wśród nich uczestnicy religijno-patriotycznych manifestacji. Nudyzm czy też naturyzm był formą odreagowania dość ponurej rzeczywistości panującej wokół. I rozrywką dość egalitarną. Nudysta poza własną fizycznością nie potrzebuje niczego więcej.
Zaczęły się pojawiać różne nagie plaże, najpierw spontanicznie, a potem nawykli na co dzień do organizowania się w komitetach kolejkowych plażowicze dość sprawnie sami zorganizowali życie na tych kąpieliskach. Oprócz Chałup na Helu ("uciążliwość w godzinach poobiednich - spacerowicze przy samej wodzie"), Dębek, Łeby, Świdra i Miedzeszyna pod Warszawą oraz Międzyzdrojów pojawiły się plaże w Rowach koło Ustki, Lubiatowie, w Kiełpinie Starym za Łomiankami koło Warszawy ("Uwaga: absolutnie niewskazane przychodzenie tam samotnych pań ze względu na możliwość natknięcia się na zboczeńców, których nigdy nie brakuje w pobliżu dużej aglomeracji") i w wielu innych miejscach.
"Nagością manifestujemy swój protest przeciwko wynaturzeniom życia erotycznego, pornografii i wyrafinowanemu ekshibicjonizmowi. Nagość to antidotum na pruderię i kompleksy. Atmosfera wspólnego nagiego wypoczynku, plażowania i kąpieli wyzwala ogromną siłę wychowawczą w stosunku do płci przeciwnej, rodzi tolerancję, życzliwość i bezpośredniość" - deklarowano w 1983 roku na łamach pisma.
Podnoszono, że "nagość w wydaniu plaży naturystycznej staje się po części aseksualna, tu zwraca się przede wszystkim uwagę na walory psychiczne partnerki czy partnera". Podkreślano przewagę nagich nad ubranymi, twierdząc, iż "człowiek nagi wśród nagich czuje się bardziej zintegrowany", dzięki czemu posiada większe poczucie bezpieczeństwa niż na zwykłej plaży "tekstylnej".
"Na obrzeżach nagich plaż - obok ciekawskich "tekstylnych" - można czasami dostrzec podglądaczy podniecających się widokiem kobiet i mężczyzn bez kostiumów kąpielowych, swobodnie obcujących z naturą - pisało "Veto". - Podglądacze wywodzą się najczęściej z ciemnogrodu, gdzie nagość traktowana jest wstydliwie i są to najczęściej osobniczki i osobnicy mający określone dewiacje psychiczne, niegroźne na szczęście dla otoczenia. Kiedy nagi stanie oko w oko z podglądaczem, ten drugi natychmiast się wycofuje i znika".
Właśnie wówczas powrócił już trochę wtedy zapomniany termin "ciemnogród", który w pewnej narracji pozostał do dzisiaj.
W numerze z 31 lipca 1983 roku pojawia się artykuł "Ciemnogród atakuje" przedstawiający głosy czytelników krytycznych wobec naturyzmu. Janusz Golec z Warszawy tak pisał o goliźnie na plaży: "W kraju, w którym głód, smród i ubóstwo, gdzie nie ma zwykłej kultury dnia codziennego, pojawiają się tacy, którzy mącą w głowach młodym ludziom - rozbierz się, a będziesz szczęśliwy. To nie przypadek, że w trudnych czasach pojawiają się różni uszczęśliwiacze w rodzaju radiestetów". Młodszym czytelnikom należy tutaj powiedzieć, że w latach osiemdziesiątych były modne w Polsce wszelkie formy leczenia alternatywnego. Pojawiły się sklepiki z różnymi różdżkami, miedzianymi bransoletami, ekranami i innymi cudami, które miały kumulować, powstrzymywać i Bóg wie, co jeszcze robić z bliżej nieokreślonym promieniowaniem. Modni byli też różni bioenergoterapeuci, którzy dotykając, mieli przenosić energię. To połączenie radiestetów z naturystami wydaje się naturalne dla tamtych czasów, bo nawet tygodnik satyryczny "Karuzela" zamieścił rysunek, na którym pod drzewem siedziała naga kobieta. Naprzeciw niej szedł mężczyzna bioenergoterapeuta, który aż strzelał błyskawicami bioprądów. Kobieta pod drzewem mówiła lubieżnie: "Weź mnie Heniek, weź mnie tymi bioprądami!".
Jaka gospodarka, taka konsumpcja. Nieformalnym organem naturystów był tygodnik konsumentów "Veto".
Wróćmy jednak do krytyki naturyzmu. Ciemnogród zapowiadał represje, organizując grupy szturmowe. "Jeżeli już muszą być tacy zboczeńcy, to zróbcie im miejsce gdzieś w głębi puszczy, ogrodzone palami, i niech robią to co małpy - pisał Karol Matuszewski z Gdyni. - Wspólnie z kolegami umówiliśmy się, że w przypadku dalszego drukowania przez "Veto" tego rodzaju paszkwili, zastosujemy bojkot tego tygodnika. A nawet będziemy wykupowali pewne ilości i palili publicznie na znak protestu". Wiadomo, zaczyna się od palenia gazet...
"Naturalizm w naszym wydaniu jest ekshibicjonizmem kobiet przed "podglądaczami", co zresztą potwierdza swoimi zdjęciami i tytułowym rysuneczkiem czołowy podglądacz i erotoman p. Marek Hauszyld. Redakcja "Veto" powinna niezwłocznie zaprzestać erotomańskiej propagandy uprawianej przez ww. pana. Nadmieniam, że jestem niewierzący i daleki od wszelkich uprzedzeń" - twierdził kolejny czytelnik. Marek Hauszyld to dziennikarz, który w tygodniku "Veto" firmował większość tekstów o naturyzmie, stając się przez pewien czas, szczególnie na początku lat osiemdziesiątych, niejako twarzą całego ruchu.
"Po plażach dla naturystów następny, II etap postępu to walka o chodzenie nago na ulicach miast i miasteczek, osad, przy których znajdują się plaże dla nagusów. Precz z obłudą - nagie pupy niech nam paradują" - szydził kolejny czytelnik, wskazując na istotne problemy gospodarcze. Tygodnik "Veto" w końcu, jakby nie było, był pismem mającym reprezentować konsumentów. Prawda też jest taka, że w kilku miejscowościach zdarzały się przypadki, iż naturyści z plaży na kwaterę wracali nago, po drodze wstępując do sklepu, i było to przyczyną awantur.
"Dla Ciemnogrodu naturyzm to bagno moralne, to deprawowanie młodzieży, to zezwierzęcenie człowieka" - odpowiadała w takich dyskusjach stanowczo redakcja.
Nagość wygrywała z ubranymi. Redakcja donosiła o coraz to nowych sukcesach. "Na plażę ciągną całe rodziny, coraz więcej "tekstylnych" przechodzi w szeregi naturystów" - w tonie niemalże religijnym rozpisywano się o nawróceniach na naturyzm. Nieformalny lider polskich naturystów i formalny prezes nieformalnego, bo niezarejestrowanego, ale jednak działającego oficjalnie Polskiego Towarzystwa Naturystycznego, Sylwester Marczak w 1983 roku twierdził, że jego organizacja liczy trzydzieści tysięcy członków.
Do redakcji tygodnika "Veto" płynęły podziękowania z całej Polski od zwolenników naturyzmu. Pani Ewa z Kołobrzegu pisała, że konwersję naturystyczną przeżyła kilka lat wcześniej w Jugosławii. Pani Maria z Olsztyna cieszyła się z adresów gołych plaż, mówiąc, że ci, co nie chcą, mogą teraz je omijać z daleka. Krystian z Warszawy zauważył, że redaktorzy "Veta" jako jedyni traktują ruch naturystyczny jako coś naturalnego i nie piszą o nim tak jak inni dziennikarze, którzy "przekazują niesprawdzone informacje, wietrząc w temacie o goliźnie tanią sensację na sezon ogórkowy".
Wtedy znów pojawiły się głosy niezadowolonych. Pani Jadwiga Górecka z Bytomia sugerowała, żeby zajęli się czymś konkretnym, na przykład minimum socjalnym, bo "o gołej dupie każdy potrafi napisać". "Czy nie przesadzacie z reklamą czegoś, co jest dobre, ale na Zachodzie" - pisał z kolei Grzegorz Dobrowolski z Lublina.
Poparcie, jak to zwykle bywa, przychodziło z zaskakującej strony. Siedemdziesięcioczteroletnia Hanna Wojciechowska z Łodzi pisała o przeciwnikach opalania się na plaży nago: "Z powodu przyciasnego mózgu widzą tylko "pikanterię", bo może im cnota dokucza i gorszenie się traktują jako onanię myślową. Będę się za Wami modliła drodzy redaktorzy, aby nie doszło do autodafe tygodnika "Veto"...".
Kiedy płynęły modlitwy w obronie naturyzmu, trzeba było oddać cesarzowi, co cesarskie. Chwalono więc Milicję Obywatelską za naturystyczną postawę. W podwarszawskim Świdrze konne patrole na plażę wjeżdżały nago, mając przy sobie jako jedyne atrybuty czapkę i służbową pałkę. W kurortach Stegny, Chałupy, Rowy strażnicy nie gonili z plaży golasów ani też sami nie podglądali ich przy pomocy służbowych lornetek.
Na początku lat osiemdziesiątych na dzikiej plaży nad Bugiem koło Gródka grupa pijanych wyrostków zaczęła wyzywać naturystów. Po jakimś czasie dołączyli do nich mieszkańcy pobliskiej wsi płci obojga, którzy złorzeczyli na zepsucie obyczajów. "Pod adresem nagusów posypały się wyzwiska, obelżywe uwagi i kamienie. To, że całe zdarzenie nie zakończyło się tragicznie w skutkach, że nie doszło do ukamienowania kilku osób, naturyści zawdzięczają zimnej krwi. Po prostu spokojnie założyli ubrania i wycofali się. Ciemnogród był górą, triumfował, a największymi bohaterami byli pijacy, którzy przegonili nagusów".
Na dzikiej wyspie na Wiśle w pobliżu Radiowa plażowało kilka rodzin, które postanowiły poszukać spokojniejszego miejsca niż coraz bardziej zatłoczona plaża nad Świdrem. W trakcie opalania zaatakowała ich grupa "tekstylnych", choć atak ograniczył się na szczęście do wulgarnych i obelżywych słów. Groziło, że lada moment dojdzie do rękoczynów albo nawet do potyczki gołych z ubranymi. "Na szczęście na Wiśle pojawiły się dwie motorówki milicyjne patrolujące rzekę. Widząc, co się dzieje, milicjanci przycumowali przy wyspie i wzięli w obronę naturystów. Ten "dyżur" trwał przez kilka godzin, bowiem "tekstylni" nie odstępowali, zachowywali się nadal agresywnie".
Wiesław Niedzielski, szef związku łódzkich naturystów, informował o poszukiwaniach odpowiedniej plaży, którą w końcu udało się znaleźć w miejscowości Ldzań w gminie Dobroń w województwie sieradzkim. "Na podstawie pisma Dzielnicowego Domu Kultury Łódź-Polesie, przy którym działamy, rozpocząłem pertraktacje z naczelnikiem. Muszę przyznać, że spotkałem się ze zrozumieniem i, wobec poparcia udzielonego przez I sekretarza KG PZPR, sekretarza KG ZSL oraz przewodniczącego GRN, naczelnik wydał zezwalającą decyzję na urządzenie plaży na terenie gminy. Decyzja ta obwarowana została kilkoma warunkami, m.in. zastrzeżeniem o jej cofnięciu, jeżeli miejscowa ludność nie zaakceptuje naszej obecności". Ludność nie zaakceptowała, a naturyści nie zaakceptowali, że ludność nie zaakceptowała. Zaczął się kolejny mecz nagich z "tekstylnymi". "A przecież chcąc nawiązać serdeczne kontakty ze społecznością wiejską, deklarowaliśmy naszą pomoc w pracach żniwnych, wykopkach etc. Odwiedziłem sołtysa Ldzania. Ku mojemu zaskoczeniu omalże mnie w jego obejściu nie pobito. Sołtys zapowiedział, że wieś ma zamiar nas odwiedzić, groził samosądem i rozlewem krwi. Mając na względzie znajdujących się na plaży ludzi, rodziny przyjeżdżające z dziećmi, ogłosiłem natychmiast konieczność likwidacji plaży". Wiesław Niedzielski polemizował też z tezą głoszoną przez tygodnik "Veto", która mówiła: "czas najwyższy, aby władze terenowe dostrzegały potrzeby naturystów i wyznaczały - oficjalnie - plaże, gdzie bez jakichkolwiek represji można by przebywać bez kostiumów".
"W naszym wypadku władza terenowa nas zaakceptowała. Nawet najlepsze jej intencje nic nie pomogą, o ile nie zmieni się mentalności ludzi. A nietolerancja to chyba polska specjalność" - stwierdził Niedzielski.
W lipcu 1988 roku opisywano sytuację, która przydarzyła się trzynastoletniemu chłopcu. Oddalił się od obozu młodzieżowego, na którym przebywał, i samotnie na wydmach jednej z nadmorskich plaż podglądał naturystów. Zaczepiło go dwóch mężczyzn, którzy następnie zaczęli go na siłę rozbierać. Że niby zrobią z niego naturystę. "Na szczęście nie doszło do tragedii, bo krzyki chłopca posłyszeli naturyści. Gdy kilku nagich mężczyzn wybiegło na wydmy, dwaj zboczeńcy porzucili chłopca i uciekli. Zniknęli bez śladu w nadbrzeżnym lasku. Chłopiec nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa".
W tym samym 1988 roku grupa "tekstylnych", prawdopodobnie mieszkańców jednego z domów wczasowych, w dzień, w którym pogoda nie była najładniejsza, prześladowała na jednej z nadmorskich plaż naturystów, zaglądając do grajdołów i wyśmiewając opalających się nago. Naturyści, będąc tego dnia w zdecydowanej mniejszości, wycofali się z plaży. "Następnego dnia było znów słońce, plaża zapełniła się i... wszystko wróciło do normy".
Podobno w Chałupach, skąd w połowie dekady wykurzono nagusów, pod koniec dziesięciolecia narzekano, że miejscowość została opanowana przez pijaków. Chodziły też słuchy, że miał się tam odbyć zlot satanistów, chyba pierwszy w Polsce, ale nie udało się znaleźć potwierdzenia, czy w końcu doszedł do skutku. Chałupy miały też być miejscem pielgrzymek "hejów narkotyzujących się kompotem" (hej, heje - od angielskiego przywitania hey, nazwa, którą określano długowłosych i ćpających w latach osiemdziesiątych, takich polskich posthipis).
Pod koniec lat osiemdziesiątych krążyły też słuchy, że niektórzy "tekstylni" podglądacze rejestrują naturystów kamerami wideo, które stanowiły wtedy przywieziony z zagranicy luksus, a potem oglądają te filmy w rodzinnym gronie w zimowe wieczory.
Po wyproszeniu naturystów z Chałup centrum naturystycznego życia przeniosło się do Rowów. Władze gminy zapewniały, że są za naturystami, choć miały świadomość, że występują kłopoty w zaopatrzeniu ludności. Informowały więc lojalnie: "Tak jak w ubiegłym roku mogą być pewne problemy z mlekiem i pieczywem. Piekarnia w Ustce po prostu nie nadąża, a jeśli chodzi o mleko, to walczymy o sprawniejszy transport. Są także problemy z przechowywaniem mleka. Trudno ukrywać, że w najlepszej sytuacji są osoby, które mają całodzienne wyżywienie. Staramy się, żeby innych wczasowiczów też nie zagłodzić".
Trzeba obiektywnie stwierdzić, że "Veto" konsekwentnie przestrzegało, by ludzie nie opalali się nago samotnie, żeby unikali niebezpiecznych zachowań, miejsc i ludzi. Na przykład kiedy Ania i Gosia napisały: "Większość dziewczyn z naszej klasy (dziesiątej w ogólniaku) postanowiła zostać naturystkami tego lata. Postanowiłyśmy najpierw oswoić się z nagością. Chodzimy na leśną polankę i opalamy się bez tekstyliów, by nie było pasków po kostiumie. Ale mimo tego treningu boimy się, czy odważymy się wejść gołe między innych gołych. Mamy wielką tremę", na łamach "Veta" stanowczo im odpisano: "Jest bardzo niebezpiecznie opalać się samotnie lub we dwie, słabe dziewczyny w odludnym lesie. Niestety, wokół naturystów kręcą się różni niewyżyci osobnicy. Pół biedy, jeśli tylko podglądają z ukrycia. Gorzej, gdy zechcą was napastować, albo... odpukać!".
Radzono tym dziewczynom, by poszły opalać się w większym gronie od razu na plażę dla naturystów i żeby koledzy nie pili alkoholu: "Większość ekscesów seksualnych dokonują pijacy, którzy nawet są zupełnie normalni, kiedy są trzeźwi".
Przestrzegano też samotnych chłopców, którzy chcą się opalać w pojedynkę ("Wśród homoseksualistów wielu jest osobników zaślepionych swoją żądzą, a zatem zdolnych do wszystkiego") oraz osoby starsze ("Nie tak dawno prasa podawała, iż zgwałcono kobietę blisko sześćdziesięcioletnią. Cóż, w pijanym widzie wszystko jest możliwe").
W takich warunkach rodził się naturystyczny savoir-vivre. Na nagiej plaży nie mogli przebywać samotni mężczyźni w tekstyliach. Byli z niej rugowani przez naturystów. Niemile widziane były też nagie męskie pary, "zwłaszcza wtedy, gdy kryją się za parawanem".
Nie budził za to wątpliwości strój topless u pań. "Topless jest konieczny, Panie mogą (między innymi nagimi) chodzić w majtkach, bo przecież spotyka je naturalna, comiesięczna dolegliwość. Może to więc być pretekstem dla tych sympatyczek naturyzmu, które jednak nie mają odwagi odsłonić pupy. Choć w tym miejscu przypomnę wyniki badań wskazujące, iż to... mężczyźni mają więcej oporów przy zdejmowaniu majtek" - pisał w rubryce naturystycznej "Veto" autor ukrywający się pod pseudonimem Bernard.
Jeśli chodzi o uprawianie sportu na plaży, to w piłkę można było grać, ale zalecane były "takie gry, które nie wymagają kucania i nie powodują kontaktu ciało-ciało. Najlepiej widziana jest siatkówka. Można też pograć w kometkę. Uwaga, na całym świecie przyjęte jest, że również panowie grają w siatkówkę. Nie ma się co krępować".
Źle widziane było zaglądanie do cudzych grajdołów i polowanie z aparatem fotograficznym na innych naturystów. W ramach "etykiety" zaraz po przyjściu na plażę i zdjęciu "tekstyliów (super czystych, oczywiście!)" zalecano zażycie kąpieli jako formy higienicznego oczyszczenia.
"Jestem naturystką, pełnoletnią i mam 15-letniego brata - pisała jedna z czytelniczek. - Nasza dorosła paczka wybiera się z namiotem na plażę naturystyczną. Brat chce koniecznie z nami pojechać. Czy może? Czy nastolata puszczą tam? Poradź też Agato, czy kobietom nie szkodzi przebywanie na słońcu bez kostiumu?". A dobra Agata z tygodnika "Veto" poradziła, żeby brata wziąć i nie bać się słońca.
Wskazywano też trudności części utajnionych, by nie powiedzieć katakumbowych naturystów, i zachęcano wszystkich do większej tolerancji: "Nawet gdy trzeba będzie przyjąć do wiadomości, że to nasz syn lub córka albo współmałżonek postanawia zostać naturystą. Na nagich plażach spotyka się niestety naturystów, którzy kryją się z tą swoją nową pasją przed... rodzinką".
Pojawiały się różne inicjatywy. Mniej i bardziej udane. Przy Polskim Towarzystwie Naturystycznym powołano Agencję Fotomodelek, jednak po jakimś czasie zdecydowano się ją zamknąć. "Przedstawiciele filmu zgłosili zapotrzebowanie na naturystki, które zgodziłyby się statystować w filmach lub pozować do aktów - opowiadał o kulisach powstania agencji prezes Polskiego Towarzystwa Naturystycznego, Sylwester Marczak. - Filmowcy nie bardzo chcą zatrudniać striptizerki, które zawsze zachowują się jednakowo i nie bardzo potrafią w naturalny sposób pokazać piękno kobiecego ciała. Trzydzieści naturystek wystąpiło w filmie "Thais", ale - generalnie rzecz biorąc - naturystki nie były zainteresowane istnieniem agencji. Otrzymałem natomiast setki listów od bardzo zainteresowanych panów i szybko zdezerterowałem".
Wiosną 1985 roku kierownictwo Klubu Sportowego "Warszawianka" postanowiło "odrzucić w kąt wsteczne, prowincjonalne przesądy i zachęcić plażowiczki do opalania w stylu topless". Tłumaczono, że to dla Warszawy nic nowego, bo przecież w herbie stolicy syrena, jakby nie było, ma piersi odsłonięte. Topless od razu nabrało swojskiego charakteru, nadano mu nazwę "syreniego stroju" i zapowiedziano oczekiwanie na pierwszą plażowiczkę. "Kierownik basenu Ryszard Madejak był dobrej myśli. Bariery moralne muszą przecież w końcu zostać skruszone" - pisał "Kurier Polski".
Jednak nie poszło tak łatwo, jak się kierownikowi Madejakowi wydawało, a bariery moralne okazały się trwalsze, niż pan kierownik mógł się spodziewać. Choć dla pierwszej warszawianki w stroju topless na basenie "Warszawianki" przygotowano bukiet kwiatów, żadna pani nie odważyła się zdjąć stanika.
"No i bukiet zmarnował się! Kolorowe pachnące kwiaty przygotowane przez kierownictwa basenu "Warszawianka" dla pani, która pierwsza zdecyduje się na opalanie topless, zwiędły na sobotnim słońcu. W niedzielę też był bukiet i... też nie było komu go wręczyć - relacjonował wydarzenie, a właściwie brak wydarzenia "Kurier Polski" - Wiemy, że pierwsze próby łamania obyczajowych barier za nami. Coraz obiegała plażę wiadomość, że w najodleglejszym zakątku "spadła już bielizna". Niestety, zanim udało się tam dotrzeć, po negliżu nie było nawet śladu".
Okazało się jednak, że to nie panie bez biustonoszów przyciągały uwagę panów, ale panowie przyciągali wzrok pań, bowiem "wielu wykosztowało się kupując... hm... skąpego kroju kąpielówki, tak zwane sznureczki". Jednak z czasem i na plażach "tekstylnych" coraz częściej zaczęły się pojawiać kobiety topless, choć nie było to zjawisko masowe.
"Naszą sekcję zalegalizowano w porozumieniu kolegów z zarządu ZSMP. Przygarnęli nas i dzięki temu istniejemy legalnie jako jedna z niewielu legalnych grup naturystycznych w Polsce. Poza nami mało jest grup zalegalizowanych" - pisało z dumą jedno z kół naturystycznych. Okazało się też, że Rada Uczelniana Zrzeszenia Studentów Polskich Politechniki Gdańskiej zalegalizowała Studencki Klub Naturystów, Polski Związek Esperantystów zalegalizował koła naturystów w Bydgoszczy i Zielonej Górze, minister spraw wewnętrznych - Wrocławskie Towarzystwo Naturystyczne, a Dzielnicowy Dom Kultury w Łodzi dał możliwość prowadzenia działalności Klubowi Naturystów.
"Dobrze byłoby, aby do Nowej Soli wysyłali wszyscy adresy, tworząc pierwszą w kraju KARTOTEKĘ NATURYSTÓW" - Sekcja Naturystyczna ZSMP w Nowej Soli chciała być skrzynką kontaktową dla wszystkich naturystów w kraju i zachęcała, by naturyści przesyłali do nich swoje dane.
"Plaże naturystów to nie wanna ani goła prywatka w chacie! Jestem także naturystą i co roku jeżdżę z synem na plażę w Międzyzdrojach - pisał pewien mężczyzna, wyznawca naturyzmu. - To nieprawda, że każdy mężczyzna musi traktować nagą kobietę na plaży jako wyzwanie, pożerać ją wzrokiem, angażować się osobiście itd. Nie i jeszcze raz nie!". Przestrzegał jednak przed niebezpiecznym wzrokiem nie tylko "tekstylnych", ale też i rozebranych, bo wiadomo, że wróg czai się wszędzie i chętnie się podszywa: "Będąc w ubiegłym roku na plaży w Międzyzdrojach widziałem małżeństwa z dziećmi, młodych i zakochanych, ludzi starszych. Widziałem też "wygłodzone" spojrzenia pseudonaturystek, w tym również kobiet "tekstylnych". Widziałem też lornetki w dłoniach panów i PAŃ. Tacy podglądacze (i podglądaczki!) też przyjeżdżają na sezon".
"W południe już tu jest kilka tysięcy osób. Nagi raj. Dzieci bawią się nad brzegiem w piasku. Kobiety wyciągają z torebek i siatek drugie śniadanie. Mężczyźni grają w siatkówkę i zażywają kąpieli. Przed namiotem, gdzie przedsiębiorczy "handlowiec" sprzedaje piwo, oranżadę, papierosy, spora kolejka" - opisywał tygodnik obraz ziemskiego edenu w Świdrze przed wyborami Miss Mazowsza "Natura'83".
"Grupa młodych ludzi pyta "tekstylnego" lodziarza, po ile sprzedaje "Bambino" na patyku. Cena umowna - sześćdziesiąt złotych. Chyba ich nie stać na taki wydatek, proponują układ: "My będziemy panu robić reklamę lodów i szybko je pan sprzeda, ale w zamian dostaniemy po jednym". Lodziarz odmawia. Młodzi robią mu antyreklamę: "Ludzie nie kupujcie tych lodów, są z gronkowcami, zatrujecie się". Ogólny śmiech. Lodziarz spiesznie umyka na drugi koniec plaży" - jak widać, nie był to raj dla wszystkich.
Jedynym warunkiem udziału w wyborach była nagość i opalenizna kandydatek. Żadnego makijażu, żadnych kosmetyków. Kiedy już doszło do wyborów, niewiele pań było chętnych, co groziło klapą.
"Może pani - zachęcał juror. - Jest pani tak pięknie opalona?". "Ależ ja się krępuję!" - odpowiedziała naga pani.
W końcu zgłosiło się osiem kobiet. Za każdą stawał rząd panów, którym się podobała. Wygrywała ta, która miała za sobą najdłuższą kolejkę.
Chyba wtedy też po raz pierwszy padło hasło "Nudyści się nie nudzą", które nie dla wszystkich rozbierających się na plaży było ideowo do przyjęcia. Tłumaczył to kilka lat później Stanisław Bogdanowicz z Otwocka. "Nudyzm to po prostu rozbieranie się do naga w celu kąpieli i plażowania. Naturyzm to filozofia i sposób życia - pisał. - Rozbieranie się do naga przez naturystów jest tylko dodatkiem manifestującym, że są oni integralną częścią natury, że potrafią wyzbyć się wielu pęt, którymi wiążą nasze życie reguły licznych konwenansów". Słowo "naturyzm" w powszechnym użyciu wypierało nudyzm, choć tak naprawdę większość, która określała się jako naturyści, tak naprawdę robiła to, co nudyści.
"Naturyści nie piją alkoholu! To sprzeczne ze zwyczajami i koronną zasadą: chcemy być bliżej natury - przestrzegał tygodnik "Veto" w erze alkoholu kartkowego i ograniczeń sprzedaży w lokalach gastronomicznych. - Czasem wdzierają się na plażę naturystów grupki podpitych wyrostków. Szybko są wyrzucani. Bo choć naturyści są pogodni, to jednak paski od spodni mają na podorędziu! I bardzo solidarnie gonią pijaczków".
W 1985 roku najpiękniejszą Polką została dwudziestopięcioletnia Mariola Jeske-Dusińska. Jej nazwisko podawały gazety, niektóre także pokazały ją na zdjęciu. "Do niedawna Mariola Jeske pracowała zawodowo w szczecińskim Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego - pisała dziennikarka "Veto". - Kiedy Mariola została panią Jeske-Dusińską, przestała pracować, prowadzi dom, ma dużo czasu dla siebie i to bardzo sobie ceni. Mówię młodym małżonkom, że uważam taką sytuację za zupełnie nietypową, rzadko zdarza się obecnie, żeby młoda rodzina, zwłaszcza bezdzietna, wybierała taki styl życia. Kobiety rzadko chcą być "przy mężu", cenią sobie niezależność".
Okazało się też, że rodzina męża wybór na gołą miss Polski przyjęła "spokojnie i taktownie". Z kolei jej rodzina, "dość tolerancyjna, ale nie awangardowa, wybrała wyjście dyplomatyczne i zachowała się tak, jakby o niczym nie wiedziała". Mąż miss deklarował, że sława żony mu nie przeszkadza. Całe to rozbieranie nie miało jego zdaniem charakteru erotycznego, ale było wyrazem naturalnego, bezpruderyjnego stosunku do życia. Naga miss jako naga statystka występowała również w spektaklu teatralnym Tadeusza Różewicza "Białe małżeństwo".
Innym nie było tak łatwo. W jednej z gazet ukazało się zdjęcie nagiej naturystki. Kobieta się rozpoznała, rozpoznali ją też koledzy z pracy. "Byłam zaskoczona, oglądając moje zdjęcie w gazecie - pisała potem do prasy. - Koledzy z pracy docinali mi przez długie tygodnie. Koleżanki stały się złośliwe. A tematem tych przykrych uwag była moja... pupa. Chcieli zrobić składkę na majtki dla mnie! Obłudnicy przebrzydli! Oczywiście w majtkach to z pewnością nie wywołałabym takiej sensacji. Ale mam żal do pana, który mnie fotografował, i do redakcji, że nie spytała mnie o zgodę na publikację tego zdjęcia".
"Nie od dzisiaj nasz ruch zdominowany jest przez mężczyzn, toteż opinie kobiet są bardzo cenne" - powiedział w 1985 roku Sylwester Marczak, więc zrozumiałe, że bardzo często podkreślano, że chodzenie na plaże naturystyczne razem z dziećmi ma same plusy, bo rodzicom odpada "kłopotliwe (okrężną drogą) tłumaczenie, czym różni się kobieta od mężczyzny, tatuś od mamusi itd. Dzieci tak chowane nie podglądają w domu rodziców w wannie czy na sedesie, braci i siostrzyczek, ciotek itd.".
W 1988 roku pisano z nieskrywaną dumą, że "ruch naturystyczny zdobył kolejne setki zwolenników". "Naturyści nie dziwią już nikogo w całym paśmie nadmorskim. Znakomita większość "tekstylnych" wykazuje tolerancję. Ot, chcą opalać się i kąpać na golasa, niechaj to robią... Ich sprawa!". Jednak w już połowie dekady dał się zauważyć podział w ruchu. 13 kwietnia 1985 roku w Łodzi doszło do spotkania części osób angażujących się w nagie opalanie, w wyniku czego powstał dokument nazywany "manifestem aktywu naturystycznego", pod którym podpisały się cztery panie i dwudziestu panów. Czytamy w nim: "Zaniepokojeni jesteśmy błędami we właściwym rozumieniu naturyzmu. Autentyczny naturyzm mający psychicznie i fizycznie uzdrowić człowieka przez zbliżenie go do natury bywa utożsamiany ze swobodą seksualną, wybujałym erotyzmem, rozwiązłością, pozbawieniem hamulców moralnych. Liczne publikacje w prasie, audycje radiowe, spektakle w telewizji są wymownym świadectwem tego niepokojącego stanu rzeczy.
Analizując jego przyczyny, dochodzimy do wniosku, że główną winę ponosi tu człowiek kreujący się na lidera całego polskiego ruchu naturystycznego - Sylwester Marczak. Od dziesięciu lat znany jest szerokiej opinii publicznej jako prezes faktycznie nieistniejącego Polskiego Towarzystwa Naturystycznego. Naturyzm utożsamia on wyłącznie z nagością proponowaną w każdych warunkach, z jego inicjatywy mnożą się wszelkiego rodzaju imprezy plażowe i restauracyjne, mniej lub bardziej kameralne czy też wręcz masowe. Bulwersują one opinię publiczną i samych naturystów. Zamiast atmosfery spokoju, relaksu, wzajemnego szacunku, szerzą rozdęte propagandowo, hałaśliwe, moralnie naganne imprezy. Obserwujemy coraz więcej inspirowanych przez niego inicjatyw o wymowie podejrzanej, bądź nawet zgoła jednoznacznej, jak np. Klub Małżeński Sztuki Erotycznej czy Agencja Fotomodelek".
Szczególnie zaniepokoił naturystów-aktywistów udział Marczaka w programie telewizyjnym "Sexcesy", w którym "pojęcie naturyzmu" miało być zestawione z prostytucją, pornografią i dewiacjami seksualnymi. "Człowiek będący autorem "Deklaracji Ideowej PTN" odszedł od myśli w niej zawartych tak daleko, iż uważamy, że dalsza jego obecność w ruchu naturystycznym jest nie do przyjęcia".
"Przypuszczam, że szczególnie mocno potępiają mnie dwaj panowie, którzy podpisali sławny protest - ripostował Sylwester Marczak. - Mam na myśli Wiesława Niedzielskiego z Łodzi i Kazimierza Wysockiego z Zielonej Góry. Obu panów znam z balów naturystów. Wiesław Niedzielski był jednym z organizatorów balu w Tip-Topie i... członkiem jury, które wybrało nagą królową balu. Kazimierz Wysocki podczas balu w Trójce zaimponował odwagą, gdy stanął na podium, żeby poza konkursem ubiegać się o tytuł Mister Natura 1984...".
Ale Sylwester Marczak, który w ruchu naturystycznym działał od 1977 roku, kiedy w Chałupach odbył się pierwszy w Polsce zlot naturystów, po 1989 roku założył nieudaną Polską Partię Erotyczną, której program był jednak zdecydowanym odejście od ideałów ruchu naturystycznego, z założenia aseksualnego.