Siostra Zygmunta Freuda - Goce Smilevski

Reflow text when sidebars are open.
Staruszka leżała w mroku pokoju i z przymkniętymi oczyma wracała do swych najdawniejszych wspomnień. Znalazła trzy: w czasach kiedy wiele rzeczy na świecie nie miało jeszcze dla niej imienia, pewien chłopiec podał jej ostry przedmiot i powiedział: "Nóż"; w czasach kiedy jeszcze wierzyła w bajki, pewien głos szeptem opowiadał jej o ptaku, który dziobem rozdziera swe piersi i wyrywa z nich serce; w czasach kiedy dotyk mówił jej więcej niż słowa, pewna ręka zbliżyła się do jej twarzy i jabłkiem pogłaskała jej policzek. Chłopiec z jej wspomnień, który głaszcze ją jabłkiem, który szeptem opowiada jej bajki, który podaje jej nóż, to jej brat, Zygmunt. Wspominająca staruszka to ja, Adolfina Freud.
- Adolfino - usłyszałam w mroku pokoju. - Śpisz?
- Nie śpię - powiedziałam.
Obok mnie na łóżku leżała moja siostra Paulina.
- Która godzina?
- Pewnie koło północy.
Moja siostra budziła się co noc i zawsze tymi samymi słowami zaczynała tę samą opowieść:
- To jest koniec Europy.
- Europa już wiele razy miała się ku końcowi.
- Pozabijają nas jak psy.
- Wiem - powiedziałam.
- I nie boisz się?
Milczałam.
- Tak samo było w Berlinie w 1933 roku - kontynuowała Paulina. Nie próbowałam jej przerywać tego, co już wiele razy wcześniej słyszałam z jej ust: - Partia narodowosocjalistyczna pod wodzą Adolfa Hitlera doszła do władzy, a młodzież maszerowała ulicami w takt wojennej piosenki. Tak jak teraz maszeruje tutaj. Na domach powiewają flagi ze swastyką. Z radio- odbiorników i głośników ustawionych na placach i w parkach słychać było głos Führera. Tak jak teraz słychać go tutaj. Obiecywał nowe Niemcy, lepsze Niemcy, czyste Niemcy.
Był 1938 rok, a trzy lata wcześniej moje siostry, Paulina i Maria, opuściły Berlin i wróciły do domu, z którego odeszły po wyjściu za mąż. Paulina była prawie ślepa i ktoś ciągle musiał być przy niej. Spała na łóżku, na którym kiedyś spali nasi rodzice, a na miejscu obok niej zmieniałyśmy się Maria i ja. Zmieniałyśmy się, ponieważ Paulina budziła się co noc i Maria lub ja, w zależności od tego, która z nas była z nią w pokoju, nie spałyśmy w ogóle.
- Tak samo będzie tutaj - kontynuowała moja siostra. - A wiesz, jak było tam?
- Wiem - powiedziałam sennie - już mi mówiłaś.
- Już ci mówiłam. Umundurowani ludzie wpadali wieczorem do żydowskich domów, niszczyli wszystko wokół siebie, rzucali w nas i kazali nam się wynosić. Wszyscy, którzy myśleli inaczej niż Führer i ośmielali się jawnie wyrazić swoje zdanie, natychmiast znikali bez śladu. Mówiło się, że przeciwników ideałów, na których miały zostać zbudowane nowe Niemcy, wywozi się do obozów i zmusza do ciężkiej pracy fizycznej. Tam podobno są męczeni i zabijani. Tak samo będzie tutaj, uwierz mi.
Wierzyłam jej, a jednak milczałam, bo każde moje słowo byłoby pretekstem do dalszych opowieści. Kilka tygodni wcześniej niemieckie oddziały wojskowe wmaszerowały do Austrii i ustanowiły nową władzę. Przeczuwając niebezpieczeństwo, nasz brat Aleksander uciekł z rodziną do Szwajcarii. Dzień później granice zostały zamknięte, a każdy, kto chciał opuścić Austrię, musiał zwrócić się do nowo otwartego biura wydawania wiz wyjazdowych. Tysiące ludzi składały wnioski, ale tylko niektórzy otrzymywali pozwolenie na opuszczenie kraju.
- Skoro nie pozwalają, byśmy swobodnie wyjechali z kraju, oznacza to, że mają wobec nas plan - powiedziała Paulina.
Milczałam.
- Najpierw wszystko nam zabiorą, a potem będą nami zapełniać doły.
Parę dni wcześniej do mieszkania naszej siostry Róży wkroczyli mundurowi i pokazali jej dokument, w którym było napisane, że mieszkanie i wszystkie znajdujące się w nim przedmioty zostaną skonfiskowane.
- Teraz na łóżkach, na których spały moje dzieci, śpią jacyś oficerowie - powiedziała Róża tego popołudnia, kiedy wprowadziła się do domu, w którym mieszkałyśmy Paulina, Maria i ja. Przyszła z kilkoma fotografiami i niewielką ilością ubrań. I teraz my, wszystkie cztery siostry, jak niegdyś mieszkałyśmy razem w tym samym domu.
- Słyszysz mnie? Będą nami zapełniać doły - Paulina powiedziała głośniej.
- Każdej nocy mówisz mi to samo - odpowiedziałam.
- I mimo to nic nie robisz.
- A co mam zrobić?
- Możesz iść do Zygmunta i przekonać go, żeby zdobył wizy wyjazdowe dla nas czterech.
- I dokąd pojedziemy?
- Do Nowego Jorku - powiedziała Paulina. W Nowym Jorku mieszkała jej córka. - Wiesz, że Beatrycze zaopiekuje się nami.
Kiedy obudziłyśmy się następnego dnia, było już południe; wzięłam Paulinę pod rękę i wybrałyśmy się na spacer. Gdy szłyśmy chodnikiem, zwróciłam uwagę na kilka ciężarówek jadących ulicą. Zatrzymały się, wyskoczyli z nich żołnierze i wepchnęli nas do jednego z samochodów. Ciężarówka była pełna wystraszonych ludzi.
- Wiozą nas na śmierć - powiedziała siostra.
- Nie, wieziemy was do parku, żeby się z wami pobawić - śmiał się jeden z pilnujących nas żołnierzy.
Samochody krążyły po żydowskiej dzielnicy, w której mieszkałyśmy, zatrzymując się jedynie od czasu do czasu - wpychano wówczas do środka kolejnych ludzi. Potem rzeczywiście odwieźli nas do parku Wiener Prater. Wypchnęli nas z ciężarówek i zmuszali do biegania, klękania i wstawania, skakania, a prawie wszyscy byliśmy starzy i zmęczeni. Kiedy upadaliśmy z wyczerpania, żołnierze kopali nas w brzuchy. Przez cały ten czas trzymałam Paulinę za rękę.
- Oszczędźcie przynajmniej moją siostrę. Jest ślepa - błagałam żołnierzy.
- Ślepa?! - śmiali się. - To dobra okazja do jeszcze lepszej zabawy.
Zmusili ją, by szła sama z rękoma związanymi z tyłu, bez możliwości badania nimi przestrzeni przed sobą. Paulina szła sama, dopóki nie uderzyła w drzewo, wtedy upadła na ziemię. Podeszłam do niej, uklękłam, wycierałam jej twarz ubrudzoną ziemią i krwią, która ciekła z czoła. Śmiech żołnierzy brzęczał słodkim dźwiękiem beztroski i kwaśnym echem przyjemności czerpanej z cudzego bólu. Potem wyprowadzili nas na koniec parku, ustawili w szeregu i wycelowali w nas karabiny.
- Odwróćcie się! - rozkazali.
Odwróciliśmy się plecami do karabinów.
- A teraz biegiem do domu, jeśli chcecie ujść z życiem! - krzyknął któryś z żołnierzy i setki starczych nóg ruszyło pędem; biegliśmy, padaliśmy, wstawaliśmy i znów biegliśmy, a za sobą słyszeliśmy śmiech żołnierzy, przepełniony słodkim dźwiękiem beztroski i kwaś- nym echem przyjemności czerpanej z cudzego bólu.
Róża, Paulina, Maria i ja spędziłyśmy ten wieczór w milczeniu. Paulina drżała - może nie tyle ze strachu o swoje życie, ile z obawy, że nigdy już nie zobaczy najbliższej istoty, która wyszła z jej łona. Dzieci Róży i Marii nie żyły, a jedyną pozostałością po mojej rodzinie, której nie stworzyłam, był wyblakły krwawy ślad na ścianie obok mojego łóżka. Mówi się, że trudniej jest z tego świata odejść tym, którzy zostawiają na nim potomków - śmierć dzieli ich życie na dwa: to, które otrzymali, i to, które dali. Paulina siedziała w rogu pokoju i drżała, przeczuwając to rozdwojenie.
Następnego dnia poszłam do Zygmunta. Było piątkowe popołudnie - czas, który mój brat spędzał na czyszczeniu antyków w swoim gabinecie. Chciałam mu opowiedzieć o tym, co spotkało mnie i Paulinę minionego popołudnia, a on pokazał mi wycinek z gazety.
- Spójrz, jaki tekst napisał Tomasz Mann - powiedział.
- Maria i Paulina coraz bardziej się boją - zaczęłam.
- Boją się... czego? - zapytał, kładąc wycinek na stole.
- Mówią, że tutaj też wydarzy się to, co widziały w Berlinie.
- To, co widziały w Berlinie... - Potem wziął ze stołu jeden ze starych przedmiotów, małpę z kamienia, i zaczął czyścić malutką figurę szczoteczką. - Nic z tamtych rzeczy nie wydarzy się tutaj.
- Już się wydarza. Kaci wchodzą do mieszkań w naszej dzielnicy, biją każdego, kto wpadnie im w ręce. Setki ludzi popełniły samobójstwo w zeszłym tygodniu, nie mogąc wytrzymać napięcia. Szaleńcy włamali się do domu sierot żydowskich, powybijali szyby i zmuszali dzieci do biegania po odłamkach szkła.
- Zmuszali dzieci do biegania po odłamkach szkła... - Zygmunt omiótł szczoteczką kamienne ciało małpki. - To wszystko, co się dzieje tutaj, nie będzie trwać długo.
- Jeśli nie będzie trwało długo, to dlaczego każdy, kto może dostać wizę wyjazdową, ucieka z kraju? Spotkałeś na ulicy tych, co uciekają? Opuszczają swe domy, wyjeżdżają na zawsze - zapakowali najpotrzebniejsze rzeczy do jednej lub dwu walizek i wyjeżdżają, by ratować życie. Mówi się, że tu też otworzą obozy śmierci. Masz wpływowych przyjaciół, i tu, i na świecie, mogą załatwić wizy dla tylu osób, dla ilu poprosisz. Poproś o wizy dla całej rodziny. Połowa mieszkańców Wiednia ma na nie nadzieję, ale nie może ich zdobyć. Wykorzystaj swoje znajomości, żebyśmy mogli stąd wyjechać.
Zygmunt postawił małpkę na stole, wziął z niego figurkę Bogini Matki i zaczął przecierać jej nagie ciało.
- Słuchasz mnie? - zapytałam zmęczonym głosem.
Brat spojrzał na mnie.
- I dokąd byście się udały?
- Do córki Pauliny.
- Co pocznie córka Pauliny z czterema staruszkami w Nowym Jorku?
- W takim razie postaraj się zdobyć wizę tylko dla Pauliny.
Patrzył na nagą Boginię Matkę, nie byłam pewna, czy słyszy moje słowa.
- Słyszysz mnie? Za Różą, Marią i mną nikt nie czeka, nie tęskni. Ale Paulina potrzebuje być z córką. I jej córka potrzebuje być z matką. Chciałaby, żeby matka była bezpieczna. Dzwoni codziennie, prosi, byśmy poprosiły ciebie, żebyś zorganizował wizę dla jej matki. Słyszysz mnie, Zygmuncie?
Odstawił boginię na stół.
- Czy mogę przeczytać ci tylko kilka słów z tekstu Manna? Ma tytuł Bruder Hitler.
Wziął tekst ze stołu i zaczął czytać:
- Jak bardzo Hitler musi nienawidzić psychoanalizy! Gdzieś w głębi czuję, że wściekłość, z którą poszedł na Wiedeń, w rzeczywistości skierowana jest w stronę tamtejszego starego psychoanalityka: ponieważ on jest jego prawdziwym i głównym wrogiem, filozofem, który odkrywa neurozę, demaskatorem iluzji, kimś, kto wie, co jest czym, i doskonale potrafi rozpoznać prawdziwy geniusz.
Potem odłożył tekst na stół i powiedział:
- Z jaką subtelną ironią Mann to napisał!
- Z tego, co mi przeczytałeś, zgadza się tylko "stary psychoanalityk". Mówię to bez subtelnej ironii. A twierdzenie, że jesteś głównym wrogiem Adolfa Hitlera, nawet jeśli wypowiedziane zostało z ironią, to zwykła bzdura. Wiesz, że okupacja Austrii jest początkiem wielkiej wojennej wyprawy, którą Hitler sobie zaplanował i dzięki której chce zdobyć świat, by móc potem wyplenić z niego wszystkich, którzy nie są Aryjczykami. To wie każdy: i ty, i Mann, a nawet ja, biedna staruszka, wiem o tym!
- Nie powinnaś się niepokoić. Ambicje Hitlera nie mogą się urzeczywistnić. Za kilka dni Francja i Wielka Brytania zmuszą go, by wycofał się z Austrii, a potem zazna porażki w Niemczech. Tam sami Niemcy go zwyciężą; poparcie, którego mu teraz udzielają, jest jedynie tymczasowym zaćmieniem umysłów.
- To zaćmienie trwa latami.
- Zgadza się - trwa latami. Ale się skończy. Niemców prowadzi teraz jakaś nieczysta siła, ale gdzieś w nich tli się ta myśl duchowa, na której fundamentach wyrosłem również ja. Szaleństwo tego narodu nie może trwać wiecznie.
- Będzie trwało wystarczająco długo - powiedziałam.
Mój brat już w dzieciństwie zachwycał się niemieckim duchem, już wtedy poświęcał nas, swoje siostry, dla tej miłości. Wierzył, że tylko w języku niemieckim można w pełni wyrazić najwyższe idee ludzkiego umysłu. Uczył nas dumy z tego, że mimo żydowskiej krwi i austriackiego obywatelstwa należymy jednak do kręgu kultury niemieckiej. A teraz, kiedy latami przyglądał się, jak niemiecki duch upada i jak najważniejsze dokonania tej kultury depczą sami Niemcy, ciągle powtarzał, jakby chciał przekonać samego siebie, że to jest szaleństwo, które trwać będzie krótko, a niemiecki duch znów zabłyśnie.
Od tego momentu, ilekroć dzwoniłyśmy do Zygmunta, zawsze mówiono nam, że nie ma go w domu lub że ma pacjenta, lub że nie czuje się dobrze i nie może rozmawiać. Wypytywałyśmy, czy złożył wniosek o wizy wyjazdowe z Austrii, a jego córka Anna i żona Marta, a także jej siostra Mina odpowiadały, że nic na ten temat nie wiedzą. Minął miesiąc, odkąd ostatni raz widziałyśmy brata. Szóstego maja, w dniu jego osiemdziesiątych drugich urodzin, zdecydowałam się pójść do niego z Pauliną. Kupiłyśmy mały podarunek - książkę, o której sądziłyśmy, że mu się spodoba, i ruszyłyśmy w stronę Berggasse 19.
Drzwi domu brata otworzyła nam Anna.
- Zastałyście nas przy pracy... - powiedziała, robiąc między sobą a drzwiami miejsce, żebyśmy mogły przejść.
- Przy pracy?
- Pakujemy się. Wczoraj i przedwczoraj wysłaliśmy dziesięć wielkich paczek. Musimy jeszcze tylko wybrać, które spośród prezentów taty weźmiemy ze sobą.
- Wyjeżdżacie? - zapytałam.
- Nie od razu, ale chcemy jak najszybciej wszystko spakować.
W gabinecie brata wszędzie leżały porozrzucane pamiątki, książki, małe i duże pudła, antyki - wszystko to, co kiedyś od kogoś dostał i co zachował. Zygmunt siedział w dużym czerwonym fotelu na środku pokoju i rozglądał się po przedmiotach rozrzuconych po podłodze. Obrócił twarz w naszą stronę, skinął tylko głową i znów zaczął przyglądać się bałaganowi. Powiedziałam, że przyszłyśmy złożyć mu urodzinowe życzenia. Podziękował i położył nasz prezent na stole obok siebie.
- Jak widzisz, wyjeżdżamy. Do Londynu - zaczął.
- Mogę wam pomóc - odrzekłam - w pakowaniu.
Anna powiedziała, że będzie mi podawać rzeczy, które należy wyrzucić, bym wkładała je do pudełka z niepotrzebnymi przedmiotami, a ona będzie wybrane rzeczy wkładać do pudeł, które zostaną wysłane do Londynu. Paulina stała pod ścianą.
- A ta tabakiera? - zapytała Anna, zwracając się do ojca i pokazując mu srebrne pudełeczko zdobione zielonkawymi kamyczkami.
- To prezent od twojej matki. Weźmiemy ją.
Anna włożyła tabakierę do kartonowego pudełka obok siebie.
- A to domino z kości słoniowej?
Zygmunt zastanawiał się przez kilka chwil i rzekł:
- Nie pamiętam, od kogo je dostałem. Wyrzuć je.
Anna podała mi domino, a ja włożyłam je do pudełka obok mnie, w którym leżała już spora kupka książek, pamiątek i drobiazgów przeznaczonych do wyrzucenia.
- To? - zapytała Anna i podniosła książkę, przybliżając ją do oczu Zygmunta.
- Ta Biblia to prezent od twojego dziadka, Jakuba. Dostałem ją z okazji trzydziestych piątych urodzin. Weźmiemy ją.
Anna stwierdziła, że zmęczyła się, pracując od rana, i chciałaby trochę odpocząć. Poszła do jadalni, żeby się rozruszać i napić wody.
- Więc jednak poprosiłeś o pozwolenie na wyjazd z Austrii - powiedziałam bratu.
- Poprosiłem - odpowiedział.
- Przecież przekonywałeś mnie, że nie ma potrzeby, że nie trzeba uciekać.
- To nie ucieczka, tylko wyjazd tymczasowy.
- Kiedy wyjeżdżacie?
- Marta, Anna i ja na początku czerwca.
- A reszta? - zapytałam.
Brat milczał.
- Kiedy wyjeżdżamy, Paulina, Maria, Róża i ja?
- Wy nie wyjeżdżacie.
- Nie?
- Nie ma potrzeby - odrzekł. - Ja jadę nie dlatego, że sam o to poprosiłem, tylko dlatego, że moi przyjaciele, dyplomaci z Wielkiej Brytanii i Francji, zabiegali u tutejszych służb, by wydano mi wizę.
- I?
Mógł grać farsę - mógł powiedzieć nam, że jakiś obcy dyplomata poprosił, by pozwolono wyjechać jego dzieciom, jemu i żonie, że on sam jest bezsilny i nie może zrobić niczego, by uratować innych ludzi; mógł grać tę farsę, ale to nie był jego genre.
- Pozwolili mi zrobić listę osób, które są mi bliskie i które mogłyby wyjechać ze mną z Austrii - powiedział.
- I ani przez chwilę nie pomyślałeś, by umieścić na tej liście nasze nazwiska.
- Ani przez chwilę. To tylko tymczasowe. Wrócimy.
- Nawet jeśli wrócicie, nas już tutaj nie będzie.
Milczał. Po chwili powiedziałam:
- Nie mam prawa o to pytać, jednak kim są ci wszyscy bliscy ci ludzie, których musisz uratować?
- Właśnie, kim oni wszyscy są? - zapytała Paulina.
Brat mógł zagrać farsę - mógł powiedzieć, że wpisał jedynie imiona i nazwiska swoich dzieci, swoje i żony, to znaczy osób wskazanych mu przez służby jako te, które może wpisać na listę, żeby je uratować, więc wymienił tylko te nazwiska, tylko najbliższych; mógł zagrać tę farsę, ale to nie był jego genre. Skądś wyciągnął kartkę papieru i rzekł:
- Oto lista.
Wpatrywałam się w imiona i nazwiska zapisane na kartce.
- Ja też chcę usłyszeć - poprosiła Paulina.
Czytałam na głos. Na liście był mój brat, jego żona, ich dzieci z rodzinami, siostra żony Zygmunta, dwie służące, osobisty doktor brata z rodziną. I zupełnie na końcu listy - Jo-Fi.
- Jo-Fi - zaśmiała się Paulina i zwróciła się w stronę, z której dobiegał do niej głos Zygmunta. - No tak, ty nigdy nie rozstajesz się ze swoim pieskiem.
Anna wróciła do pokoju i rzekła:
- Nie zapytałam, napijecie się czegoś, a może byście coś zjadły?
- Nie chcemy ani pić, ani jeść - odpowiedziałam.
Paulina, jakby nie słysząc słów Anny i moich, ciąg- nęła dalej:
- To naprawdę miło z twojej strony, że pomyślałeś o wszystkich tych ludziach. Pomyślałeś też o swoim piesku i o swoich służących, i o swoim lekarzu i jego rodzinie, i o siostrze twojej żony. Mogłeś też jednak pomyśleć o swoich siostrach, Zygmuncie.
- Gdyby istniała potrzeba, pomyślałbym. Ale to jest tylko tymczasowe, ponieważ moi znajomi nalegali, bym wyjechał.
- A dlaczego twoi znajomi nalegali, jeśli rzeczywiście pozostanie tutaj nie wiąże się z niebezpieczeństwem? - zapytałam.
- Ponieważ tak samo jak wy nie rozumieją, że ta sytuacja nie potrwa długo - odpowiedział Zygmunt.
- Jeśli to okropieństwo ma nie potrwać długo, dlaczego nie wyjedziesz sam, na krótko, żeby uspokoić swoich przyjaciół? Dlaczego nie jedziesz sam i jeszcze bierzesz ze sobą nie tylko rodzinę, ale też swojego lekarza i jego rodzinę, służące, a nawet pieska i siostrę żony?
Zygmunt milczał.
- A ja, Zygmuncie - powiedziała Paulina - ja, w odróżnieniu od Adolfiny, ci wierzę. Wierzę ci, że cała ta okropność nie będzie trwała długo. Ale moje życie będzie trwało krócej niż ta okropność. A ja mam córkę. Ty, Zygmuncie, mogłeś pomyśleć o swojej siostrze. Mogłeś pomyśleć o mnie i o tym, że mam córkę. Na pewno pomyślałeś, bo od kiedy przyjechałam tu z Berlina, a moja Beatrycze wyjechała do Nowego Jorku, ciągle o niej wspominam. Nie widziałam jej trzy lata. Jednym ruchem ręki, zapisując moje nazwisko, mogłeś mi pomóc zobaczyć córkę raz jeszcze - powiedziała, a wypowiadając słowo "zobaczyć", przewróciła oczyma widzącymi jedynie kontury. - Mogłeś zapisać tam moje nazwisko między nazwiskiem siostry twojej żony a imieniem psa. Mogłeś moje nazwisko zapisać nawet pod imieniem psa i to by wystarczyło, bym mog- ła opuścić Wiedeń i spotkać się z Beatrycze. A teraz wiem, że ona już nigdy mnie nie zobaczy.
Anna próbowała znów zająć naszą uwagę dzieleniem przedmiotów na te, które trzeba było spakować, i te, które należało wyrzucić.
- A to? - zapytała. W dłoni trzymała drewnianą pamiątkę, gondolę maleńką jak palec.
- Nie wiem, od kogo jest - powiedział Zygmunt. - Wyrzuć to.
Anna podała mi gondolę, prezent ode mnie na dwudzieste szóste urodziny brata. Nie widziałam jej od tamtego dnia, a teraz była tu, jakby przepłynęła ten czas. Powoli włożyłam ją do pudła z pozostałymi przedmiotami przeznaczonymi do wyrzucenia.
Brat wstał, wyprostował się, podszedł do przeciwległej ściany, do płótna, na którym przed siedemdziesięcioma laty uwieczniono nas - siostry i braci Freudów. Aleksander, wtedy gdy obraz był malowany, miał półtora roku, pamiętał później, że kiedy podrósł, Zygmunt powiedział mu, wskazując na płótno: "My i nasze siostry jesteśmy jak książka. Ty jesteś najmłodszy, ja najstarszy i musimy być jak twarde obwoluty, które podtrzymują i chronią nasze siostry urodzone po mnie i przed tobą". I teraz, wiele lat później, mój brat wyciągał ręce po ten obraz.
- To spakujemy osobno - powiedział Zygmunt, sięgając w stronę obrazu, by zdjąć go ze ściany.
- Nie masz prawa do tego obrazu - powiedziałam.
Brat obrócił się w moją stronę, trzymając obraz w rękach.
- Czas stąd iść - powiedziała Paulina.
U wejścia do kamienicy spotkałyśmy siostrę żony Zygmunta, która skądś wracała. Mówiła, że poszła kupić kilka potrzebnych rzeczy, ponieważ następnego dnia opuszcza Austrię.
- Szczęśliwej podróży- powiedziała jej Paulina.
Prowadziłam siostrę w stronę naszego domu, trzymając ją za rękę. Po zaciśniętych kurczowo palcach można było poznać, jak się czuje. Spoglądałam na nią co jakiś czas - na jej twarzy migotał ten charakterystyczny uśmiech towarzyszący niektórym niewidomym ciągle, nawet gdy czują strach, gniew czy przerażenie.
Pewnego dusznego poranka na początku czerwca Paulina, Maria, Róża i ja poszłyśmy na dworzec kolejowy, by pożegnać się z bratem, Martą i Anną - ostatnimi z listy Zygmunta, którzy mieli wyjechać z Wiednia. Cała trójka stała w oknie swojego przedziału, my cztery stałyśmy na peronie. Brat trzymał na rękach swojego psa. Rozległ się gwizdek sygnalizujący odjazd pociągu. Pies zatrząsł się ze strachu i w popłochu ugryzł Zygmunta w palec wskazujący. Anna wyjęła chusteczkę i opatrzyła zakrwawiony palec. Gwizdek rozległ się raz jeszcze, pociąg ruszył. Mój brat podniósł rękę w geście pozdrowienia; jeden palec miał zawinięty, pozostałe cztery zgięte i tak, z wyprostowanym palcem i zakrwawioną chusteczką owiniętą wokół niego, machał z pociągu.
Już zawsze potem, gdy wspominałam to pożegnanie i ten zakrwawiony palec brata, myślałam o jego dziele Człowiek imieniem Mojżesz a religia monoteistyczna, którego rękopis przed wyjazdem zostawił nam, swoim siostrom, prawdopodobnie bojąc się, że zgubi swój egzemplarz.
"Nie jest łatwo ani przyjemnie pozbawiać jakiś naród człowieka, którego ów sławi jako swego największego syna, zwłaszcza wtedy, gdy samemu należy się do tego narodu"1 - tak zaczynał się Mojżesz i w tym zdaniu mój brat zawarł cel swego dzieła: zabrać Mojżesza jego narodowi, udowodnić, że nie był Żydem. Nie tylko twierdził, że Mojżesz był "dostojnym Egipcjaninem - zapewne księciem, kapłanem lub wysokim dygnitarzem", również Żydów żyjących w tamtych czasach opisywał jako przeciwieństwa Mojżesza - jako "zacofanych pod względem kulturalnym obcych przybyszów". Zastanawiał się, dlaczego taki porządny człowiek miałby opuścić swój kraj razem z tymi "zacofanymi pod względem kulturalnym obcymi przybyszami". I znajdował odpowiedź: Mojżesz był podobno wyznawcą pierwszej religii monoteistycznej zainicjowanej przez faraona Echnatona, który w czternastym wieku przed naszą erą zabronił wielobóstwa. Pod karą śmierci zakazał ludowi wyznawać bóstwa, w które wierzono od tysięcy lat, a jedynym bogiem ogłosił Atona. Faraon zmarł siedemnaście lat po wprowadzeniu nowej religii. Wtedy dawni kapłani, upokorzeni w czasie władania Echnatona, namówili lud, który nigdy nie zapomniał o starych bogach, aby w namiętnej zemście i fanatycznym zapamiętaniu zburzył nowe świątynie. Zabronili monoteizmu, ponownie zwracając się ku dawnemu wielobóstwu. Mojżesz, o którym mój brat sądził, że był krewnym faraona Echnatona, nie chciał wyrzec się wiary w boga Atona, uknuł więc plan "założenia nowego państwa i znalezienia nowego ludu, któremu mógłby nadać religię wzgardzoną przez Egipt". Tak więc według Człowieka imieniem Mojżesz... Żydzi nie zostali wybrani przez Boga, tylko przez Egipcjanina Mojżesza: "obrał ich na swój nowy naród". Zresztą według mojego brata w tym czasie nie byli oni jeszcze narodem, lecz, jak pisał, jedynie osiedlonymi w "prowincji granicznej" "plemionami semickimi", z których, mając je w swym władaniu, Mojżesz stworzył naród, aby wraz z nim szerzyć wiarę w jednego i jedynego boga - Atona. Z narodem tym Mojżesz ruszył na poszukiwanie świętej ziemi. Ludzie ci jednak nie mogli odejść od swych starych wierzeń, od swojego semickiego wielobóstwa, więc każdego, kto odwracał się od wiary w nowego boga, spotykała kara, którą wymierzali bliscy współpracownicy Mojżesza z jego rozkazu. Dlatego, jak twierdził mój brat, Mojżesz nie umarł ze starości, jak powiedziane jest w Biblii. Według niego "Egipcjanin Mojżesz został zabity przez Żydów, którzy odrzucili wprowadzoną przezeń religię". A co stało się z nimi, gdy zabili tego, który wybrał ich jako swój naród i zapewniał, że są narodem wybranym przez Boga? Później zjednoczyli się z innymi spokrewnionymi plemionami w regionie między Palestyną, półwyspem Synaj i Arabią i tu, w miejscu o nazwie Kadesz, bogatym w wodę, pod wpływem Madianitów przyjęli nową religię, wiarę w wulkanicznego boga Jahwe. Kult Jahwe według mojego brata został rozpowszechniony między Egipcjanami przez madianickiego pasterza noszącego takie samo imię jak egipski wódz, ale ten drugi Mojżesz, pod którego wodzą naród żydowski opanował ziemię Kanaan, głosił kazania o innym Bogu, zupełnym przeciwieństwie Atona: Jahwe był sławiony przez madianickie plemię jako "niesamowity, żądny krwi demone, który krąży nocą i boi się światła dziennego"; "nieokrzesany, małoduszny bóg lokalny, brutalny i żądny krwi; obiecywał swym stronnikom, że da im kraj, który "opływa w mleko i miód", i wzywał ich do wytępienia jego obecnych mieszkańców "ostrzem miecza""; coś zupełnie przeciwnego ogłosił w swych przykazaniach egipski Mojżesz, który dał Żydom "inne, znacznie bardziej uduchowione wyobrażenie Boga - ideę bóstwa jedynego, ogarniającego cały świat, które było w równej mierze wszechmiłujące co wszechmocne i które stroniąc od wszelkiego ceremoniału i cudowności, stawiało człowiekowi jako najwyższy cel życie w prawdzie i sprawiedliwości". Mimo że "Mojżesz egipski nigdy nie był w Kadesz ani nigdy nie słyszał imienia Jahwe, Mojżesz zaś madianicki nigdy nie był w Egipcie ani nic nie wiedział o Atonie, zostali zapamiętani jako jeden człowiek", "religię mojżeszową zaś znamy jedynie w jej ostatecznej postaci - w takiej, w jakiej mniej więcej osiemset lat po Wyjściu została utrwalona przez żydowskich kapłanów". W tym czasie obaj Mojżesze byli ze sobą utożsamiani, a Aton i Jahwe traktowani byli jako jeden Bóg - wewnętrznie różny, tak jak różnią się dzień i noc, właśnie dlatego, że stanowią połączenie dwóch bogów w jednym.
"Nie jest łatwo ani przyjemnie pozbawiać jakiś naród człowieka, którego ów sławi jako swego największego syna, zwłaszcza wtedy, gdy samemu należy się do tego narodu, ale żaden przykład nie może skłonić nas do tego, by w imię rzekomego interesu narodowego doznała uszczerbku prawda...", tymi słowami mój brat rozpoczął swoje dzieło, ale Człowiek imieniem Mojżesz... nie jest jedynie poszukiwaniem prawdy; jest to dzieło, które zawiera w sobie również negację: Mojżesz nie jest Żydem, i osąd: Żydzi zabili Mojżesza. Dlatego właśnie rozumiane jest jako wyraz nienawiści do swego narodu i zemsty na nim. Nienawiść w stosunku do swoich, zemsta na swoich; a dlaczego? Być Żydem dla mojego brata było częścią losu, czymś, co zostało mu dane wraz z urodzeniem, czymś, co nie było jego wyborem. Tam, gdzie nie ma wyboru, w krwi, był Żydem. Tam, gdzie można wybrać - wybrał kulturę niemiecką: chciał do niej należeć tak samo, jak czuł, że owoce tej kultury należą do niego. Pod koniec życia powiedział: "Mój język to język niemiecki. Moja kultura i moje osiągnięcia są niemieckie. Intelektualnie uważałem się za Niemca, dopóki nie zauważyłem nasilenia antysemickich uprzedzeń w Niemczech i niemieckiej Austrii. Odtąd wolę nazywać się Żydem", a nie: "czuć się Żydem". Kiedy go pytali: czy zostało w tobie coś żydowskiego, skoro wyrzekłeś się wszystkiego, co dla ciebie i twoich współwyznawców było wspólne - i religii, i poczucia narodowego, i tradycji, i obyczajów, on odpowiadał: "To coś najistotniejszego". Nigdy nie konkretyzował, co ma na myśli, ale było wiadomo: krew, to, czego zmienić nie można. Wobec tej krwi czuł jakiś wstyd. Nawet Mojżesza, który dla narodu żydowskiego był zbawcą, prawodawcą i założycielem wiary, ogłaszał nie-Żydem, a w każdym jego zdaniu, w którym mowa o nie-Żydzie Mojżeszu i Żydach, wyczuwało się to, co czuł Zygmunt do nie-Żyda i do swojego narodu: "Jak to możliwe, że działalność jednego człowieka może być tak nadzwyczajnie skuteczna, że potrafi on z obojętnych jednostek i rodzin stworzyć jeden naród, któremu już na zawsze nadaje pewien charakter i określa jego los na przyszłe tysiąclecia".
Na końcu Człowieka imieniem Mojżesz... mój brat obwinił Żydów nawet za cierpienia, których doświadczyli w ciągu mileniów. Na początku wiary, twierdził, jest ojcobójstwo - religia w swych początkach jest próbą odkupienia grzechu, który popełnili synowie, zabijając swego ojca w walce o przewagę, a potem sławiąc go jako boskiego przodka. Chrześcijaństwo, twierdził mój brat, jest przyznaniem się do tego zabójstwa - przez nie, przez zabójstwo Chrystusa, człowiek przyznaje, że kiedyś zabił swego ojca. Chrześcijaństwo stworzyli Żydzi i Żydzi je rozprzestrzenili, ale "nową doktrynę przyjęła tylko część narodu żydowskiego. Ci, którzy odmówili jej przyjęcia, do dzisiaj nazywani są Żydami. Rozróżnienie to jeszcze ostrzej niż ongiś wyodrębnia ich od innych. Żydzi ci musieli znosić wysuwany przez nową społeczność religijną - która, poza Żydami, obejmowała Egipcjan, Greków, Syryjczyków, Rzymian i w końcu także Germanów - zarzut Bogobójstwa. W pełnej formie brzmi on tak: "Oni nie chcą przyznać, że zabili Boga, my zaś przyznajemy się do tego i jesteśmy oczyszczeni z tej winy". Łatwo więc zrozumieć, ile prawdy tkwi w tym zarzucie. Przyczyny, dla których Żydzi nie mogli wziąć udziału w ewolucji, której treścią - mimo całego zniekształcenia - było wyznanie morderstwa popełnionego na Bogu, mogłyby być przedmiotem osobnego studium. W ten sposób Żydzi niejako wzięli na siebie tragiczną winę; musieli za nią ciężko odpokutować". I tak Żydzi zostali uznani za winnych swoich cierpień, dla każdej zbrodni przeciwko nim mój brat znalazł usprawiedliwienie. Zrobił to wtedy, gdy jego narodowi potrzebne było wsparcie, wtedy gdy krew, która płynęła w naszych żyłach, zamarła w przerażeniu, tak jak w przerażeniu zamarła krew w żyłach naszych przodków.
Wiele lat przed napisaniem Mojżesza mój brat z mlekiem matki wyssał gorycz przepędzanych z jednego kraju do drugiego, przeklętych z powodu innej wiary i innego pochodzenia, palonych na stosie, ponieważ inni, którzy uważali się za prawowierców, przez wieki kłamliwie obwiniali ich o to, że rzucają truciznę do studni, że przynoszą dżumę, że zawarli pakt z Diabłem; już z mlekiem naszej matki mój brat skosztował tego gorzkiego smaku. Wyssaliśmy to gorzkie doświadczenie przodków z mlekiem matki, a potem zapomnieliśmy o nim - chcąc należeć do nowej Europy, nie pomyśleliśmy, że Europa pewnego dnia ponownie obróci w naszą stronę swoją krwiożerczą paszczę; wierząc w nową Europę, zapomnieliśmy o losie naszych bliskich i dalekich przodków, zapomnieliśmy o ich krwi, którą przelano, ponieważ byli innej krwi, zapomnieliśmy o losie niezliczonych poniżanych, kłamliwie obwinianych, wypędzanych, męczonych, uśmiercanych, zapomnianych nawet przez Boga i Diabła. Więc i my zapomnieliśmy o nich, zapomnieliśmy o ich krwi. I kiedy mój brat przypomniał sobie o nich, o tych, których krew nosimy, o ich cierpieniach napomknął jedynie przy okazji, kiedy za te cierpienia obwinił ich samych, cierpiących: "W ten sposób Żydzi niejako wzięli na siebie tragiczną winę; musieli za nią ciężko odpokutować".
Przez całe życie mój brat próbował w swoich dziełach udowodnić, że esencją ludzkiego rodu jest wina: każdy był winowajcą, bo każdy kiedyś był dzieckiem, a każde dziecko w walce o miłość matki życzyło śmierci swojemu przeciwnikowi - ojcu. Tak mówił mój brat Zygmunt. Obwiniał najbardziej niewinnych; najbardziej niewinni i bezradni nosili ten grzech pierwotny - tych, którzy dopiero zaczęli życie, obwiniał za to, że życzą śmierci tym, którzy im to życie dali. Prócz winy, do której, jak mówił, poczuwa się każda ludzka istota, sobie przypisywał jeszcze jedną - pamięta, twierdził, że już jako półtoraroczny chłopiec życzył śmierci nowo narodzonemu bratu Juliuszowi, który zmarł sześć miesięcy później. Mój brat był więc Kainem i do niego skierowane były słowa boże: "Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła do mnie z ziemi"2. Był też jak Noe, który przed Potopem schronił w arce swoją rodzinę i "wszelkie gatunki zwierząt, bydła, zwierząt pełzających po ziemi, wszelkiego ptactwa i istot ze skrzydłami" - tylko dla nas czterech na liście mojego brata nie znalazło się miejsce. Był Edypem, był Kainem, był Noem, a w tych marzeniach, do których nie chciał się przyznać, był prorokiem i dlatego odebrał Żydom Mojżesza - on sam chciał być jedyny, niczyj, bezgrzeszny, i takim właśnie wyobrażał sobie człowieka, który przez ludzi został okrzyknięty tym, kim mój brat chciał być. Tak jak Mojżesz powiódł jeden naród w stronę wolności ziemi obiecanej, mój brat chciał powieść ludzkość w stronę oswobodzenia własnego Ja, w stronę oswobodzenia ludzkiego losu z okowów ucisku i mrocznych głębin nieświadomości. I dlatego z każdej strony książki o Mojżeszu mój brat jakby wykrzykuje: "Ani on, ani ja nie jesteśmy Żydami; ja, tak jak i on, jestem jedynym wodzem i prorokiem!".
W dniu kiedy mój brat na zawsze wyjechał z Wiednia, wieczorem moje siostry cicho mówiły, że teraz najważniejsze jest, by Zygmunt z Londynu z pomocą swych przyjaciół jak najszybciej umożliwił wyjazd również nam. Słuchałam słów moich sióstr, które przepowiadały okropieństwa - a przed moimi przymkniętymi oczyma miast apokaliptycznych zdarzeń, o których mówiły siostry, pojawiał się tylko wyprostowany, opatrzony palec wskazujący mojego brata, grożący w powietrzu.
W ciągu miesięcy po wyjeździe czasami dzwoniły z Londynu Marta i Anna, opowiadały o nowych operacjach jamy ustnej Zygmunta, że rana się goi, ale nie pozwala mu mówić. Rak tak bardzo uszkodził mu również słuch, że porozumiewał się z nimi, pisząc. Wspomniałam czas, kiedy byliśmy dziećmi i mój brat uczył mnie pisać. Marta i Anna powiedziały nam, że mieszkają w pięknym domu na cichym londyńskim przedmieściu, i ciągle zapewniały nas, że przyjaciele Zygmunta robią wszystko, żebyśmy dostały wizy wyjazdowe z Austrii, i że dołączymy do nich w ich nowym domu.
A my cztery nauczyłyśmy się żyć w strachu; nie był to strach przed śmiercią, lecz przed torturą. Na rękawach musiałyśmy nosić gwiazdę Dawida, by władze mogły egzekwować wszystkie zakazy skierowane przeciw Żydom: nie mogliśmy już chodzić do teatru, opery, na koncerty; nie mogliśmy chodzić do restauracji i parków; nie mogliśmy jeździć taksówką; mogliśmy jeździć tramwajem, ale jedynie w ostatnim wagonie; mogliśmy wychodzić z domu, ale jedynie w dokładnie określonych godzinach; wyłączono nam telefony i wolno nam było korzystać tylko z dwóch urzędów pocztowych w mieście.
Był wrześniowy dzień, kiedy do naszego domu przyszedł jeden z synów brata mojej przyjaciółki Klary i powiedział, że Klara umarła w szpitalu psychiatrycznym Gniazdo, w którym żyła od lat. Zapytał, czy pójdę z nim na pogrzeb. Moje siostry były u sąsiadki; na kartce napisałam im, dokąd poszłam.
Kilka miesięcy wcześniej nowe władze miejskie zarządziły, by zmarłych w klinikach specjalistycznych nie chować na cmentarzu miejskim, lecz w parkach szpitalnych. Tak też ich zakopywano, w parku, w płytkim dole, i nie w trumnie, lecz w prześcieradle.
Weszłam do sali, w której leżała martwa Klara. Powiedzieli mi, że zmarła we śnie; twarz miała tak spokojną, że nie można było na niej zauważyć śladu ani snu, ani życia, ani umierania. Leżała skulona jak zawsze, gdy spała, ze zgiętymi nogami, z głową opuszczoną na pierś, z rękami przyciśniętymi do brzucha. Jej ciało było już sztywne. Owinęliśmy ją taką skuloną w prześcieradło.
- Jak płód - powiedziałam, kiedy wynoszono ją z pokoju, który nazywała macicą.
- Zbyt duża jak na płód, zbyt mała jak na człowieka - odrzekł któryś z doktorów.
Rzeczywiście, nikt by nie pomyślał, że w prześcieradło zawinięte zostało ludzkie ciało.
Lało jak z cebra, do parku wyszło nas ledwie dwanaścioro. Inni pacjenci stali w oknach szpitala i patrzyli przez kraty. Włożyliśmy prześcieradło z ciałem do wykopanego dołu. Ludzie łopatami z błotnistą ziemią przysypali materiał.
Kiedy późnym popołudniem wróciłam do domu, zastałam moje siostry siedzące przy stole w jadalni. Róża spojrzała na mnie zaczerwienionymi oczyma i rzekła:
- Dzwoniła Anna. Zeszłej niedzieli zmarł Zygmunt.
- Umarła Klara. Zeszłej nocy - powiedziałam.
- Skremowali go.
- Dziś pochowaliśmy ją w parku szpitalnym. Wykopaliśmy płytki grób. Nie mieliśmy trumny. Zawinęliśmy ją w prześcieradło. Padało.
Za oknem lało. Krople deszczu uderzały mocno w okna, dźwięk kropel uderzał w nasze słowa.
Poszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku, myślałam o bracie. Nie próbowałam wyobrazić sobie ostatnich chwil jego życia. Nie próbowałam dostrzec w myślach, jak leży ledwo zdolny do ruchu, nie chciałam słyszeć, jak ostatkiem sił próbuje złapać i wypuścić oddech, nie chciałam nawet wiedzieć, co mu przelatywało przez głowę w tych chwilach - czy męczyło go wspomnienie sióstr, które wciąż dzwoniły do jego domu i prosiły, żeby pomógł im wyjechać z Wiednia, czy miał wyrzuty sumienia powodowane przypuszczeniem, że do obozów śmierci zostaną wysłane również one. Nie próbowałam sobie wyobrazić ostatnich chwil jego życia, wystarczyła mi świadomość, że umarł, że jest spokojny, bez bólu ciała, bez gorączki duszy, ponieważ na tamtym świecie dusza na pewno uwalnia się od wszystkich udręk i samooskarżeń. Tylko gdy jest tutaj, dusza nie może się w pełni przekonać, że wszystko jest tak, jak powinno być, i że zrobiła to, co musiała uczynić, by spełnić jakiś wyższy, nieodgadniony dla nas plan.
Obudziłam się spocona; na zewnątrz deszcz przestał padać i mrok wpadał przez ciemny granat chmur. Pamiętałam to, co mi się śniło; w moim śnie Zygmunt był martwy.
- Jestem strasznie sam - powiedział. - Chociaż "sam" nie jest odpowiednim słowem. Ktoś może czuć się sam jedynie wtedy, gdy istnieją inni. Spójrz, nie ma nikogo wokół. Nie ma tu nikogo.
- Wszyscy są tutaj - odpowiedziałam mu.
Pokręcił głową.
- Nie, nie ma nikogo - odrzekł.
- Wszyscy są tutaj - powtórzyłam. - Musisz ich tylko poszukać.
- Szukam - powiedział. - Ale nikogo nie ma. I wszystko tutaj jest puste. Spójrz - tylko światło i nic poza nim. A gdy światło jest samo, bez niczego wokół, ono też jest puste, bez treści, to najstraszniejsze więzienie, z którego nie można uciec, bo nie ma dokąd uciekać. Wszędzie martwe światło. I nikogo w tym świetle.
- Wszyscy są tutaj - powiedziałam - ale ty zbyt jesteś zapatrzony w siebie i nie potrafisz dostrzec innych.
- Nie - odrzekł. - Nie ma nikogo. A może tak wygląda śmierć: istnieć na zawsze, być świadomym i być zupełnie samotnym. Zupełnie samotnym. Byłoby lepiej, gdybym po śmierci po prostu zniknął, rozpłynął się. Kiedyś wierzyłem, że tak właśnie jest po śmierci. Nawet wizja najstraszniejszego piekła jest mniej okropna niż to przeklęte odosobnienie, niż to wieczne czuwanie w martwej pustce.
- Nie - powiedziałam. - Wszyscy jesteśmy tutaj. Tylko odwróć wzrok od siebie. Wszyscy tu jesteśmy, i martwi, i żywi.
- Przynajmniej ty zostań - powiedział.
- Ja zostaję. Wszyscy zostajemy. Ty jedynie musisz nas zauważyć.
- To jest kara - rzekł i zacisnął dłonie w pięści, powoli zbliżając je do głowy. - Ukarano mnie tą straszną pustką - powiedział i pochylając głowę, uderzył czołem w pięści. - I wiem, dlaczego mnie ukarano.
- To nie jest kara - odpowiedziałam.
- Znam swoją winę - odrzekł, patrząc w pięści. - Wybacz mi.
- Nie mam ci czego wybaczyć - odpowiedziałam. - Nie zrobiłeś nic złego. Nie zrobiłeś tylko tej jednej dobrej rzeczy. Wszyscy w życiu nie wykorzystujemy możliwości zrobienia wielu dobrych rzeczy. I nie możemy przewidzieć, które z tych niedopatrzeń pozwoli złu kogoś pochłonąć.
- Wybacz mi - odrzekł.
Jego twarz powoli zaczęła się zmieniać, zaczął cofać się w czasie, o lata. Potem zaczął się zmniejszać, doszedł do wieku, w którym go nie znałam, wieku przed moim urodzeniem; zmniejszał się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu stał się niemowlęciem. Nagim, płaczącym niemowlęciem. Wzięłam go na ręce, odkryłam moją obwisłą, pomarszczoną pierś, podsunęłam mu pod usta. Poczułam dziwną przyjemność pod wpływem dotyku jego warg na sutku, kiedy pił mleko z mojej zwiędłej piersi. I budząc się, wiedziałam, że się budzę, i żałowałam, że ta przyjemność karmienia nie potrwa długo.
Po śmierci naszego brata Paulina, Maria, Róża i ja chodziłyśmy czasem do kamienicy, w której żył do momentu wyjazdu z Wiednia, i spoglądałyśmy w okna jego mieszkania. Teraz zajmował je jakiś człowiek w mundurze. Od czasu do czasu odwiedzała nas jakaś sąsiadka, jakaś znajoma i wtedy wspominało się o tym, że zacznie się wojna, "jeszcze jedna wielka wojna", tak mówili wszyscy, a potem wojna rzeczywiście wybuchła. Zaczęła się mobilizacja młodych i wysyłka na front, sporządzane były listy, według których mieszkańców naszej dzielnicy pakowano do pociągów i na zawsze wywożono z Wiednia. Mówiono, że wysyłają ich na roboty przymusowe, ale my wiedziałyśmy, że wiozą ich do obozów śmierci. Wiedziałyśmy i czekałyśmy na swoją kolej. Pewnego ranka żołnierze roznieśli po kamienicach na naszej ulicy pisma z instrukcją, co możemy ze sobą wziąć, i rozkazem, byśmy dwudziestego dziewiątego czerwca tego roku, czyli 1942, o szóstej rano pojawiły się na dworcu kolejowym na końcu dzielnicy, w której mieszkałyśmy.
Rankiem, dzień przed wyjazdem, w małych kuferkach zebrałyśmy to, co było nam potrzebne do końca życia. Popołudnie spędziłam, przechadzając się po pokojach; szłam z jednego pomieszczenia do drugiego: to było moje pożegnanie z domem. W tym czasie moje siostry oglądały albumy ze starymi fotografiami - śmiały się z ubrań, które nosiłyśmy pół wieku temu, z poważnych twarzy, z zesztywniałych w momencie fotografowania ciał, od czasu do czasu słyszałam jakieś westchnienie, z pewnością na myśl o kimś na fotografii, kto umarł, najprawdopodobniej na wspomnienie dzieci Róży i Marii. Jeszcze nie zapadł mrok, kiedy poczułam zmęczenie i przestałam spacerować po mieszkaniu, a moje siostry nadal przeglądały albumy. Maria i Róża opowiadały Paulinie, co widzą na zdjęciach, a Paulina podpytywała, przesuwała palcami po gładkiej czarno-białej powierzchni.
Tej nocy spałam spokojnie, a kiedy zbudziłam się o świcie, stanęłam przed krwawym śladem na ścianie obok mojego łóżka. Blady ślad, bledszy nawet od starczego istnienia, zostanie tu po moim odejściu, a potem i ten ślad zniknie razem ze ścianą, razem z moim domem. Ustami, które jak gdyby wypuszczały ostatnie tchnienie duszy, a nie całowały, pocałowałam ten zasuszony krwawy ślad. Potem obudziłam siostry; zjadłyśmy śniadanie, wzięłyśmy walizki w dłonie i ruszyłyśmy. Gdy stałyśmy na progu naszego domu, Paulina powiedziała:
- Nie zapomnijmy wziąć zdjęć.
Róża i Maria sprzeciwiły się, ale ja otwarłam moją walizkę i włożyłam do niej dwa albumy z fotografiami.
- Walizka ci się rozpadnie, tak bardzo jest przepełniona - powiedziała Maria i miała rację. Byłyśmy jeszcze na naszej ulicy, kiedy walizka pękła i razem z moimi rzeczami i albumami spadła na ziemię. Wyciągnęłam z albumów tylko jedną starą fotografię - byłyśmy na niej my, siostry, nasi bracia i nasi rodzice - i włożyłam ją między prawą pierś a biustonosz. Z rozpadniętej walizki wyjęłam jedynie to, co nie było moje, i włożyłam między lewą pierś a biustonosz.
- Po co ci ta niemowlęca czapeczka? - skarciła mnie Maria.
- Niemowlęca czapeczka? - zdziwiła się Paulina.
- Między lewą piersią a biustonoszem - wyjaśniła jej Maria.
- Część twoich rzeczy możemy włożyć do naszych walizek - zaproponowała Róża.
Ich walizki też już były przepełnione.
- Zbliża się czas, kiedy powinnyśmy być na dworcu - powiedziałam. - A fotografia i czapeczka mi wystarczą.
- Nie wiem, po co ci ta czapeczka - powiedziała Maria. - A zostawiasz tyle rzeczy, które będą ci potrzebne.
- Już powiedziałam - to, co jest mi potrzebne, wzięłam.
Szłyśmy w stronę dworca kolejowego, a ulice pogrążone były we śnie: każdy obraz podpowiadał, że tutaj jest życie - parasol oparty o jakąś ławkę, kwiaty na balkonach, kolorowa piłka na chodniku, a wszystko wyzbyte ludzkiej obecności, jakby nikt nigdy tutaj nie mieszkał. Z niektórych części dzielnicy dochodziły jednak odgłosy życia i skierowałyśmy się w ich stronę. Dotarłyśmy do długiej kolejki ludzi, którzy szli, jak mogli najszybciej, tak szybko, jak pozwalały im bagaże, które nieśli. Za niektórymi z tych ludzi biegły ich dzieci.
Widziałam ludzi mocno zaciskających dłonie na uchwytach walizek, niektórzy obejmowali torby rękoma i przyciskali do piersi, przytulali silnie, jakby zebrali w nich całe swoje życie i teraz mieli nadzieję, że je, złapane i ściśnięte między piersiami i rękami, uchronią, że przeżyją. Wiedziałyśmy, że idą w stronę dworca kolejowego. Wmieszałyśmy się między nich, podążyłyśmy za nimi.
Na dworcu kolejowym stali żołnierze, którzy przejrzeli nasze dokumenty, a potem kazali nam wejść do pociągu towarowego, który już czekał.
Nie wiem, jak długo jechałyśmy. Kiedy wyszłyśmy z pociągu, przywitali nas żołnierze i wprowadzili do miasteczka ogrodzonego murem. Dali nam chleb i wodę i ustawili w rzędzie, by przejrzeć nasze dokumenty, zapisać nazwiska, daty urodzenia, adresy i zadecydować, gdzie nas zakwaterują. Różę, Marię, Paulinę i mnie dołączyli do grupy około dwudziestu kobiet w naszym wieku i takie zgarbione, chwiejne, z laskami w rękach, ze wzrokiem, który próbował dojrzeć coś więcej niż pustą przestrzeń i sięgnąć dalej niż na kilka łokci wokół siebie, zaprowadzili do pobliskich baraków. Wprowadzili nas do jednego z nich - w długim, ciasnym pomieszczeniu wzdłuż ścian były ustawione w dwóch rzędach setki łóżek. Na większości tych łóżek leżały starsze kobiety. Niektóre zwróciły wzrok w naszą stronę, gdy weszłyśmy, inne dalej patrzyły tam, gdzie wcześniej - w sufit, w podłogę lub drzemały. Żołnierze kazali nam wybrać sobie jakąś wolną pryczę i wyszli z baraku. Szukałyśmy z siostrami czterech wolnych prycz obok siebie; ja poszłam do najbliższej wolnej. Każda z nowo przybyłych postawiła swoje rzeczy pod wybranym łóżkiem. Ja nie miałam nic do postawienia pod łóżkiem. Potem położyłyśmy się na tych legowiskach zbitych z desek i zasłanych starymi kocami. Czułam, jak gryzą mnie pchły. Po podłodze od czasu do czasu przebiegał jakiś szczur. W pomieszczeniu powoli robiło się ciemno. Żarówka na zewnątrz baraku, umieszczona blisko okna, pod którym stała moja prycza, pozwalała mi widzieć kilka metrów pomieszczenia wokół mnie. Pozostałą część pochłaniał mrok. Próbowałam zasnąć, nie udało mi się. Pocierałam miejsca na zesztywniałych mięśniach, gdzie gryzły mnie pchły, słyszałam jęki niektórych kobiet. Łóżko na lewo ode mnie było puste. Gdzieś w głębi nocy w mroku zaskrzypiały drzwi, usłyszałam kroki. Jakaś kobieta położyła się na pustej pryczy. Wiekiem nie pasowała do nas, starych kobiet. Miała około pięćdziesięciu lat. Powoli przesunęłam się na krawędź mojego łóżka i szeptem pokonałam przestrzeń między nami:
- Gdzie my jesteśmy?
Otwarła oczy i odpowiedziała:
- W Terezinie.
Nie zapytałam o nic więcej.
Następnego ranka, kiedy się obudziłam, łóżko na lewo ode mnie było puste. Przyszli żołnierze i wprowadzili nas do stołówki w drugiej części baraku. Siadłyśmy na długich wąskich ławkach wzdłuż stołów, które ciągnęły się od jednego do drugiego końca pomieszczenia. Jadłyśmy chleb z łyżeczką masła i piłyśmy herbatę, a potem wyszłyśmy przed barak. Letnie słońce nie mogło nas ogrzać, trzęsłyśmy się i pocierałyśmy dłonie jedna o drugą, a potem przesuwałyśmy nimi w górę i w dół, od ud do kolan. Kiedy wróciłyśmy na obiad do stołówki, znów pojawiła się kobieta, która spała na pryczy koło mnie. Usiadła obok.
- Jadłospis jest zawsze ten sam - uśmiechnęła się. - Na śniadanie chleb z odrobiną masła i herbata. Na obiad chleb i zupa z soczewicy. A na kolację znów chleb i zupa z soczewicy.
Pokiwałam głową. Słuchałam, jak kobiety wokół nas mówią o sobie. Każda o swoim życiu - o mężach, dzieciach, wnukach. Staruszka, która przy stole siedziała naprzeciw nas, a której nazwisko, Joanna Broch, poznałam później, mówiła o swoim synu Hermanie. Staruszka obok niej, Mia Kraus, z którą jechałyśmy z Wiednia, mówiła o swoich wnukach. Kobieta, która siedziała obok mnie, zauważyła, że słyszę cudze rozmowy i że próbuję ich nie słuchać.
- To jest taki mechanizm obronny przed tym, co jest tu i teraz. Mówienie o tym, co było tam i kiedyś - rzek- ła. Potem zapytała: - Jesteś tu z całą rodziną?
- Jestem tu z siostrami - odpowiedziałam i wzrokiem pokazałam na prawo, gdzie siedziały Paulina, Maria i Róża. - A ty? - spytałam.
Odpowiedziała, że jest z Pragi. Ma córki, jest rozwiedziona. Powiedziała, że jest szczęśliwa, bo przynajmniej córki, dzięki więzom krwi z ojcem, są bezpieczne w Pradze. Ja wspomniałam jej o mojej siostrze Annie, która zaraz po ślubie wyjechała do Ameryki; wspomniałam o braciach, Zygmuncie i Aleksandrze.
Ona powiedziała:
- Ja też mam dwie siostry, Elli i Valli. Wszystkie trzy tu jesteśmy. Miałyśmy też brata, Franza.
Potem znów milczałyśmy. Powoli jadłam zupę z soczewicy. Moja rozmówczyni opuściła łyżkę do opróżnionej miski. Rzekła:
- Zawsze jem szybko. Tak muszę. Pomagam w barakach, gdzie zakwaterowane są dzieci przywiezione z domów sierot z Pragi i Wiednia. Właśnie do nich idę - wstała. Położyła rękę na moim ramieniu i powiedziała: - Nazywam się Ottla. Ottla Kafka.
- Mam na imię Adolfina - odpowiedziałam.
Zacisnęła palce na moim ramieniu, uśmiechnęła się, cofnęła rękę, odwróciła się i wyszła z pomieszczenia.
Wieczorem Ottla znów pojawiła się w stołówce. Powoli żułam soczewicę, kiedy zapytała:
- Przyzwyczaiłaś się do bycia tutaj?
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Odparłam, że aby się przyzwyczaić do bycia "tutaj", trzeba wiedzieć, co to za "tutaj", a ja nie wiem. Ottla wyjaśniła:
- To jest obóz, tyle wiesz. Do zeszłej zimy było to miasteczko, potem wysiedlono ludzi, którzy w nim mieszkali, żeby przywieźć tu nas. Kobiety poniżej sześćdziesiątki pracują po dwanaście godzin dziennie. Budują baraki przeznaczone dla nowych grup ludzi, którzy dopiero zostaną przywiezieni, lub pracują w ogródkach, byśmy mieli co jeść. Jeśli ktoś po tych dwunastu godzinach nie jest wykończony pracą, może robić to, czym się zajmował przed przywiezieniem tutaj. Są tu muzycy i malarze, aktorzy i baletnice, pisarze i rzeźbiarze. W ciągu dnia mieszają tynk, noszą piasek, kują pręty lub kopią w polu. A wieczorem przygotowują koncerty lub przedstawienia baletowe. Albo też komponują, malują, piszą... Musisz przyjść na któryś z koncertów lub na przedstawienie.
Powiedziałam:
- Dawno nie byłam na koncercie ani na przedstawieniu. - Urwałam kawałek chleba, włożyłam do ust i zaczęłam żuć.
Odrzekła:
- Najlepiej coś tutaj robić. Mnie zakwaterowano w tym baraku, żebym mogła wieczorami pomagać starszym kobietom, gdyby poczuły się źle, a w ciągu dnia pomagać w barakach, w których przebywają dzieci. Z kilkoma kobietami uczymy młodsze dzieci czytać i pisać, a starszym przybliżamy podstawy matematyki, geografii i historii. Razem z dziećmi sprzątamy baraki, przygotowujemy posiłki. Najlepiej coś tutaj robić.
Następnego dnia Ottla zaprowadziła mnie do jednego z baraków dla dzieci. W pomieszczeniu, do którego weszłyśmy, dziesiątki dzieci podzielone były na kilka grup, każdą grupą opiekowała się jedna kobieta, która coś dzieciom objaśniała. Ottla zauważyła, że chociaż próbowałam słuchać, co kobiety mówią dzieciom, ich słowa przechodzą mi koło ucha.
- Wyjdźmy - powiedziała.
Usiadłyśmy na jednej z ławek pod sąsiednim barakiem.
- Tutaj kwaterują kobiety, które są w ostatnich tygodniach ciąży. Pozostają w tym baraku jeszcze przez kilka dni po porodzie, a potem przenoszą je z powrotem do tych, w których przebywały po przyjeździe do Terezina, i od razu zaczynają pracować. Jest jeden barak, w którym parę kobiet opiekuje się noworodkami. - Włożyła rękę do kieszeni, a ja pomyślałam, że wyciągnie z niej rysunek kobiety stojącej na krawędzi przepaści. W ręce trzymała dwie fotografie. - To są moje córki, a to moje siostry, brat i ja. - Pogładziła palcami powierzchnię fotografii. - To wszystko, co zostało z mojego poprzedniego życia. - Włożyła zdjęcia z powrotem do kieszeni. - Mój brat nie żyje już tak długo, że coraz trudniej mi przypomnieć sobie jego twarz. - Pogładziła ręką kieszeń sukienki. - Pamiętam tylko jego jedno opowiadanie, Stary kawaler Blumfeld. Pewnie nie pamiętam go dokładnie, ale czasami sobie je opowiadam. - Zapatrzona w kieszeń zaczęła opowiadać: - Wydaje się, że to straszne być kawalerem, zestarzeć się w walce o zachowanie godności; prosić o zaproszenie, chcąc spędzić wieczór z ludźmi; być chorym i z kąta swego pokoju tygodniami oglądać pustkę; wchodząc do sypialni, zawsze mówić "dobranoc"; nigdy nie spieszyć się po schodach za swoją żoną; w pokoju mieć drzwi, które wiodą tylko do pokojów gościnnych; musieć zachwycać się obcymi dziećmi, nie śmiejąc powtarzać: "Ja nie mam dzieci"; kreować swój wygląd i zachowanie na podobieństwo jednego czy dwóch kawalerów, których pamiętasz ze swojej młodości. Tak właśnie będzie, tylko że w rzeczywistości i dziś, i później będziesz stał tutaj z namacalnym ciałem i prawdziwą głową, więc także z czołem, w które możesz uderzać ręką. - Potem odwróciła się w moją stronę i powiedziała: - Tak jakby w tych słowach było wszystko, co po nim pozostało. A gdzie są te wszystkie chwile, dni i lata, i wszystko, co je wypełniało? Jakby nie istniał...
Z baraku wyszło kilka kobiet i usiadło na ławce obok. Siedząc, trzymały ręce na brzuchu, jakby w ten sposób chciały uchronić płody w sobie. Zapoznałyśmy się - nazywały się Lina i Ewa. Zaczęłyśmy rozmawiać, ale Ottla powiedziała mi, że jest pora kąpieli, i ruszyłyśmy w stronę naszego baraku.
Pół godziny później do pomieszczenia, które było naszą sypialnią, grupa młodych ludzi przyniosła kilka wielkich, pustych balii i dzbanów pełnych wody. Balie postawili na środku, między dwoma rzędami łóżek, a dzbany obok balii. Potem wyszli. Ottla powiedziała:
- A teraz pospiesz się, póki jest woda.
Widziałam, że wszystkie staruszki rozbierają się tak szybko, jak tylko mogą. Na wpół sztywnymi palcami zrywałyśmy z siebie ubranie, stałyśmy gołe, tylko w skórze wiszącej na nas, z obwisłymi piersiami i brzuchami, z sinymi żylakami pokrywającymi nasze nogi, z powykrzywianymi rękami, z cuchnącym oddechem, który mieszał się z kwaśnym zapachem ciał. Jakaś staruszka coś powiedziała, ale jej słowa zgubiły się wśród dźwięków, które wydawałyśmy, próbując dotrzeć jedna przez drugą do balii, by kubkiem zaczerpnąć trochę wody z dzbana, polać się nią, przejechać ręką po ciele i zetrzeć z siebie jak najwięcej brudu. I wszystko to nie trwało więcej niż kilka minut, wody było tyle, by zmusić brud, żeby zaczął z nas spływać, ale nie żeby usunąć cały. Potem wytarłyśmy się kocami i prześcieradłami, a następnie się ubrałyśmy. Ottla rzekła:
- Ciesz się, że przyjechałaś tu latem i będziesz mog- ła powoli przyzwyczaić się do takich kąpieli. Kiedy pierwszy raz kąpałam się tutaj, na zewnątrz wszystko było zamarznięte.
Weszli młodzi ludzie, którzy wcześniej przynieśli balie i dzbany, i zabrali je. Dopiero wtedy zauważyłam, że Paulina przez cały czas siedziała na swojej pryczy. Usiadłam obok niej. Poznała mnie po rytmie oddechu i powiedziała:
- Ja się nie wykąpałam.
Potem Ottla wyszła z baraku, a wróciła, gdy większość kobiet już spała. Kiedy położyła się na pryczy, cicho zapytałam:
- Do kiedy tu zostaniemy?
Ottla odpowiedziała:
- Im dłużej, tym lepiej. To nie jest prawdziwy obóz, ale obóz-po-drodze, obóz-przystanek. Co jakiś czas ruszają stąd pociągi z tysiącami ludzi do innych obozów. Tam jest inaczej. Praca jest ciężka, strasznie ciężka. Tak mówią ci, którzy dowiedzieli się czegoś więcej o tamtych obozach. Mówią, że czasami wprowadzają tam ludzi do pomieszczeń, w których rzekomo będą brać prysznic. I naprawdę są tam prysznice, ale wyglądające jak atrapy. A potem puszczają trujący gaz i ich duszą. Mówi się o innych strasznych rzeczach, ale po co miałabym ci o tym opowiadać... Dlatego lepiej jest zostać tu jak najdłużej. Póki zło nie ucichnie. A potem wrócimy do domu - podsumowała i zamknęła oczy. Z tak zamkniętymi oczami powiedziała: - Nie powtarzaj nikomu tego, co ci powiedziałam. Niepotrzebna im wiedza o innych obozach, wystarczą im tutejsze cierpienia. Tobie też nie powinnam mówić. - Po chwili milczenia szepnęła: - Dobranoc. - I obróciła się na drugą stronę łóżka.
- Dobranoc...
Próbowałam zasnąć i długo kręciłam się w łóżku, myśląc o tym, co usłyszałam z ust Ottli.
Rankiem po śniadaniu poszłam przed barak ciężarnych. Na jednej z ławek siedziały dwie kobiety, które poznałyśmy z Ottlą poprzedniego dnia, Lina i Ewa, i jeszcze dwie inne. Siadłam na ławce oddalonej od nich, a kiedy po jakimś czasie Lina i tamte dwie kobiety poszły do baraku, Ewa podeszła do mnie i zapytała, czy może się przysiąść. Zaczęłyśmy rozmawiać, zapytałyśmy się nawzajem, skąd jesteśmy. Powiedziała, że urodziła się w Pradze, jej ojciec był kupcem, matka pracowała w zakładzie ochrony pracowników. Ona, Ewa, zakochała się w koledze z klasy zaraz po ukończeniu gimnazjum, pobrali się kilka lat później. Była w ciąży, kiedy razem z mężem dostali powiadomienie, że są na liście do wywózki.
- Czasem najpiękniejsze rzeczy zdarzają się w najcięższych czasach - powiedziała i spojrzała na swój brzuch. - Przywieziono nas tutaj pierwszym transportem, zimą. Dali mi lekką pracę, w kuchni. Nie miałam problemu z ciężką pracą jak inne kobiety tutaj, nigdy też nie poczułam głodu. A nawet w ciągu dnia przynajmniej byłam w cieple, blisko pieca. W innych miejscach, poza kuchnią, nie było ogrzewania. Wieczorami bałam się, że zamarznę, że zamarznie dziecko we mnie. Mąż dał mi swój koc, to jednak nie wystarczało, by mnie zagrzać. W nocy kładłam ręce na brzuchu, żeby w ten sposób ogrzać dziecko. A potem przyszła wiosna. Nie mierzyłam czasu według dat i miesięcy, tylko według tygodnia ciąży, w którym byłam. Minęło trzydzieści dziewięć tygodni. Jeszcze tylko kilka dni. - Położyła ręce na brzuchu. - A kilka dni temu mojego męża wraz z setką innych ludzi zabrali do innego obozu - powiedziała, podniosła jedną rękę z brzucha i przetarła nią najpierw jeden, a potem drugi policzek. - Zanim wyjechali, powiedziano im, że tam będzie im lepiej.
- Na pewno jest im lepiej - powiedziałam.
Kiedy wróciłam do naszego baraku, poszłam prosto do jadalni, na obiad. Ottli nie było. Szybko zjadłam zupę z soczewicy i poszłam do pomieszczenia sypialnego. Ottla siedziała tam sama. Siedziała obok swojego łóżka i pakowała walizkę. Na moim łóżku położyła część swoich ubrań. Powiedziała:
- Nie będzie mi to więcej potrzebne, a wiem, że przyjechałaś bez swoich rzeczy.
Podziękowałam i zapytałam:
- Wyjeżdżasz?
Odpowiedziała:
- Wyjeżdżam. Wysyłają wagon z setką dzieci do innego obozu. Żołnierze chcieli, żeby pojechał z nimi ktoś dorosły. Zgłosiłam się. - Ujęła i objęła dłońmi moją rękę. - Powiedziałam dzieciom, że zabieram je na wycieczkę.
Przytuliła mnie, wzięła walizeczkę i wyszła. Przypomniałam sobie słowa, którymi opisywała zagładę w innych obozach. Wyobraziłam ją sobie, jak jedzie z dziećmi w wagonie towarowym, i kiedy tak siedzą ściśnięci w mroku wagonu, opowiada im o podróży, która je czeka, obiecuje im morze, zabawy w piasku i pływanie. "A ja nie umiem pływać" - mówi jedno z dzieci. "Nauczysz się" - dodaje mu odwagi Ottla. Wyobraziłam sobie, jak wyprowadzają ich z pociągu do obozu, prowadzą do pomieszczenia, w którym każą im się rozebrać. Słyszałam Ottlę, jak mówi dzieciom, że najpierw muszą się wykąpać, i radzi im, by zapamiętały, gdzie zostawiają ubrania, ponieważ po kąpieli będą musiały szybko się ubrać, żeby jak najszybciej dojść na plażę. Kiedy ją tak sobie wyobrażałam, widziałam, że wstydzi się swojej nagości przed dziećmi, choć wstyd jest tym uczuciem, które najmniej nas dotyka, kiedy jesteśmy kilka kroków od śmierci. I robią te kilka kroków, wchodzą do komory z prysznicami. Patrzą na prysznice, i ona, i dzieci. Śmieją się, nareszcie się wykąpią w ciepłej wodzie, w wystarczającej ilości wody. Niektóre podnoszą ręce do góry, czekając na strumień. A wtedy zamiast wody z pryszniców skądś rozchodzi się trujący gaz. I Ottla patrzy na twarze dzieci, patrzy na skurcz ich twarzy, patrzy, jak te twarze zielenieją, patrzy, jak usta otwierają się w poszukiwaniu powietrza, patrzy, jak padają na podłogę, padają jedne na drugie, czuje też swoją słabość, własne duszenie się, przeklina swoje wytrzymałe ciało, że umrze ostatnia, patrząc na ich śmierć, i na koniec pada i ona, pada na dziecięce ciałka, patrzy, jak wywracają im się oczy, jak z ich ust zaczyna płynąć krew, a potem czuje, jak jej też coś pęka w piersiach, wywraca oczy, wypuszcza oddech.
Całe popołudnie spędziłam w baraku. Siedziałam na łóżku, patrzyłam na pustą pryczę Ottli, przerzucałam z ręki do ręki rzeczy, które mi zostawiła: kilka par majtek, jedną sukienkę, jedną spódnicę, dwie koszule, skarpety...
Kilka dni później Ewa urodziła. W czasie porodu siedziałam na ławce przed barakiem, a kiedy wykąpali maleństwo, wpuścili mnie do środka. Podali mi małe ciało - trzymałam córeczkę Ewy, cieszyłam się. Patrzyłam to na malutką, to na jej matkę, która zmęczona leżała na łóżku.
- A teraz nie wiem, jakie imię jej dać - powiedziała Ewa. - Z mężem nigdy nie pomyśleliśmy o imieniu dla dziecka, chcieliśmy tylko, by urodziło się zdrowe. Gdybym mogła mu teraz powiedzieć... - zaszlochała. Kiedy się uspokoiła, poprosiła mnie, bym nadała małej imię.
- Amalia - powiedziałam.
- Amalia - powtórzyła Ewa.
Każdego dnia chodziłam do baraku ciężarnych i położnic. Siadałam na łóżku Ewy i wpatrywałam się w nowe życie. Nowe życie oddychało, patrzyło, mrużyło oczy, płakało, spało, ssało. Słuchałam Ewy, gdy mówiła mi o swoich nadziejach na ponowne spotkanie z mężem.
Pewnego ranka powiedziałam Ewie, że ja i pozostałe staruszki z naszego baraku zostaniemy wywiezione do innego obozu.
- Obiecaj mi - powiedziała - obiecaj mi, że poszukasz tam mojego męża. Paweł Popper. Zapamiętaj, proszę cię. Paweł Popper.
- Paweł Popper - powtórzyłam.
- Obiecaj mi, że tam, w tym obozie, poszukasz go. I jeśli go znajdziesz, powiesz mu, że został ojcem. Powiesz mu, że jego córka ma na imię Amalia. Powiesz mu, że u niej i u mnie wszystko w porządku. I że pewnego dnia znów się spotkamy. Obiecaj mi.
- Obiecuję - powiedziałam.
A potem musiałam iść. Wstałam, pocałowałam Ewę w czoło, pocałowałam Amalię w główkę i zanim wyszłam, położyłam rękę nad sercem, pomiędzy biustonoszem a lewą piersią.
- Nic ci nie podarowałam z okazji urodzin twojej córeczki. Nie miałam nic do podarowania. A teraz sobie przypomniałam... - powiedziałam i znad serca, spomiędzy biustonosza i lewej piersi wyciągnęłam dzierganą niemowlęcą czapeczkę. - Tę czapeczkę kupiłam przed wieloma laty. Jest starsza od ciebie. - Uśmiechnęłam się. Ewa też się uśmiechnęła. - Spójrz na nią. Jest na wpół rozpruta. Nie wiedziałam, dlaczego wzięłam ją ze sobą, ale teraz wiem. Może zimą będzie potrzebna Amalii.
Ewa złapała moją rękę, którą podawałam jej czapeczkę, i pocałowała ją.
Patrząc na dłoń, na której był niewidzialny ślad ust Ewy, powoli ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych z baraku. I kiedy do nich dotarłam, kiedy je otwarłam, obróciłam się i zobaczyłam, jak Ewa karmi piersią Amalię. Patrzyłam na nie, ten obraz drżał między strachem a nadzieją. Patrzyłam na Ewę i Amalię, jakbym chciała przez nie spojrzeć wstecz, w długą nić matek i córek, nie tylko tych matek i córek, które płynęły w ich krwi, ale wszystkich matek i córek od początku ludzkości aż do tego momentu, jakbym chciała zobaczyć nić krwi w ich krwi. A potem obróciłam się i wyszłam.
To popołudnie spędziłam w łóżku. Co chwila palcami podciągałam prześcieradło o kilka centymetrów wyżej nad głowę i patrzyłam w białe, płócienne niebo.
Następnego dnia wcisnęli nas do wagonu towarowego i rozpoczęła się nasza podróż. W ciemnym wagonie, w którym wcześniej przewożono bydło i czuło się zapach zwierząt, siedziałyśmy na podłodze, ściśnięte. Najbliżej mnie były Paulina, Róża i Maria. Jechałyśmy długo.
Była noc, kiedy wypchnięto nas z wagonów. Potem załadowano nas do ciężarówek i po kilku minutach wypchnięto z nich przed wejściem do budynku, który tonął w mroku. Jakaś kobieta w mundurze powiedziała nam, że musimy się wykąpać, zanim nas zakwaterują. Powiedziała, żebyśmy się rozebrały, zanim przejdziemy do następnego pomieszczenia, i żebyśmy zapamiętały, gdzie zostawiamy ubranie. Rozbierałyśmy się powoli. Kiedy zdjęłam biustonosz, razem z nim spadła pożółkła fotografia, na której byłyśmy my, siostry Freud, nasi bracia i nasi rodzice.
Kazano nam zbliżyć się do drzwi. Weszłyśmy do ciemnego pomieszczenia. Zamknięto za nami drzwi. Naraz usłyszałyśmy jakiś szum. Poczułam gorzki zapach. Czyjeś palce zacisnęły się na moich palcach. Wiedziałam, że to Paulina. Wiedziałam, że na jej twarzy i w tej chwili drży ten uśmiech, który ciągle widnieje na twarzy niektórych niewidomych, nawet kiedy kurczą się w okropnym i śmiertelnym strachu. Niektóre ze staruszek obok nas piszczały, inne się modliły. Śmierć zbliżała się do mnie, śmierć była przede mną, zamknęłam oczy w obliczu swojej śmierci.