Siostra Zygmunta Freuda - Goce Smilevski

-
Proszę czekać

1

Sta­rusz­ka leżała w mro­ku po­ko­ju i z przy­mkniętymi oczy­ma wra­cała do swych naj­daw­niej­szych wspo­mnień. Zna­lazła trzy: w cza­sach kie­dy wie­le rze­czy na świe­cie nie miało jesz­cze dla niej imie­nia, pe­wien chłopiec podał jej ostry przed­miot i po­wie­dział: "Nóż"; w cza­sach kie­dy jesz­cze wie­rzyła w baj­ki, pe­wien głos szep­tem opo­wia­dał jej o pta­ku, który dzio­bem roz­dzie­ra swe pier­si i wy­ry­wa z nich ser­ce; w cza­sach kie­dy do­tyk mówił jej więcej niż słowa, pew­na ręka zbliżyła się do jej twa­rzy i jabłkiem pogłaskała jej po­li­czek. Chłopiec z jej wspo­mnień, który głasz­cze ją jabłkiem, który szep­tem opo­wia­da jej baj­ki, który po­da­je jej nóż, to jej brat, Zyg­munt. Wspo­mi­nająca sta­rusz­ka to ja, Adol­fi­na Freud.

- Adol­fi­no - usłyszałam w mro­ku po­ko­ju. - Śpisz?

- Nie śpię - po­wie­działam.

Obok mnie na łóżku leżała moja sio­stra Pau­li­na.

- Która go­dzi­na?

- Pew­nie koło północy.

Moja sio­stra bu­dziła się co noc i za­wsze tymi sa­my­mi słowa­mi za­czy­nała tę samą opo­wieść:

- To jest ko­niec Eu­ro­py.

- Eu­ro­pa już wie­le razy miała się ku końcowi.

- Po­za­bi­jają nas jak psy.

- Wiem - po­wie­działam.

- I nie bo­isz się?

Mil­czałam.

- Tak samo było w Ber­li­nie w 1933 roku - kon­ty­nu­owała Pau­li­na. Nie próbowałam jej prze­ry­wać tego, co już wie­le razy wcześniej słyszałam z jej ust: - Par­tia na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­na pod wodzą Adol­fa Hi­tle­ra doszła do władzy, a młodzież ma­sze­ro­wała uli­ca­mi w takt wo­jen­nej pio­sen­ki. Tak jak te­raz ma­sze­ru­je tu­taj. Na do­mach po­wie­wają fla­gi ze swa­styką. Z ra­dio- od­bior­ników i głośników usta­wio­nych na pla­cach i w par­kach słychać było głos Führe­ra. Tak jak te­raz słychać go tu­taj. Obie­cy­wał nowe Niem­cy, lep­sze Niem­cy, czy­ste Niem­cy.

Był 1938 rok, a trzy lata wcześniej moje sio­stry, Pau­li­na i Ma­ria, opuściły Ber­lin i wróciły do domu, z którego odeszły po wyjściu za mąż. Pau­li­na była pra­wie ślepa i ktoś ciągle mu­siał być przy niej. Spała na łóżku, na którym kie­dyś spa­li nasi ro­dzi­ce, a na miej­scu obok niej zmie­niałyśmy się Ma­ria i ja. Zmie­niałyśmy się, po­nie­waż Pau­li­na bu­dziła się co noc i Ma­ria lub ja, w zależności od tego, która z nas była z nią w po­ko­ju, nie spałyśmy w ogóle.

- Tak samo będzie tu­taj - kon­ty­nu­owała moja sio­stra. - A wiesz, jak było tam?

- Wiem - po­wie­działam sen­nie - już mi mówiłaś.

- Już ci mówiłam. Umun­du­ro­wa­ni lu­dzie wpa­da­li wie­czo­rem do żydow­skich domów, nisz­czy­li wszyst­ko wokół sie­bie, rzu­ca­li w nas i ka­za­li nam się wy­no­sić. Wszy­scy, którzy myśleli in­a­czej niż Führer i ośmie­la­li się jaw­nie wy­ra­zić swo­je zda­nie, na­tych­miast zni­ka­li bez śladu. Mówiło się, że prze­ciw­ników ideałów, na których miały zo­stać zbu­do­wa­ne nowe Niem­cy, wy­wo­zi się do obozów i zmu­sza do ciężkiej pra­cy fi­zycz­nej. Tam po­dob­no są męcze­ni i za­bi­ja­ni. Tak samo będzie tu­taj, uwierz mi.

Wie­rzyłam jej, a jed­nak mil­czałam, bo każde moje słowo byłoby pre­tek­stem do dal­szych opo­wieści. Kil­ka ty­go­dni wcześniej nie­miec­kie od­działy woj­sko­we wma­sze­ro­wały do Au­strii i usta­no­wiły nową władzę. Prze­czu­wając nie­bez­pie­czeństwo, nasz brat Alek­san­der uciekł z ro­dziną do Szwaj­ca­rii. Dzień później gra­ni­ce zo­stały za­mknięte, a każdy, kto chciał opuścić Au­strię, mu­siał zwrócić się do nowo otwar­te­go biu­ra wy­da­wa­nia wiz wy­jaz­do­wych. Tysiące lu­dzi składały wnio­ski, ale tyl­ko niektórzy otrzy­my­wa­li po­zwo­le­nie na opusz­cze­nie kra­ju.

- Sko­ro nie po­zwa­lają, byśmy swo­bod­nie wy­je­cha­li z kra­ju, ozna­cza to, że mają wo­bec nas plan - po­wie­działa Pau­li­na.

Mil­czałam.

- Naj­pierw wszyst­ko nam za­biorą, a po­tem będą nami zapełniać doły.

Parę dni wcześniej do miesz­ka­nia na­szej sio­stry Róży wkro­czy­li mun­du­ro­wi i po­ka­za­li jej do­ku­ment, w którym było na­pi­sa­ne, że miesz­ka­nie i wszyst­kie znaj­dujące się w nim przed­mio­ty zo­staną skon­fi­sko­wa­ne.

- Te­raz na łóżkach, na których spały moje dzie­ci, śpią jacyś ofi­ce­ro­wie - po­wie­działa Róża tego popołudnia, kie­dy wpro­wa­dziła się do domu, w którym miesz­kałyśmy Pau­li­na, Ma­ria i ja. Przyszła z kil­ko­ma fo­to­gra­fia­mi i nie­wielką ilością ubrań. I te­raz my, wszyst­kie czte­ry sio­stry, jak nie­gdyś miesz­kałyśmy ra­zem w tym sa­mym domu.

- Słyszysz mnie? Będą nami zapełniać doły - Pau­li­na po­wie­działa głośniej.

- Każdej nocy mówisz mi to samo - od­po­wie­działam.

- I mimo to nic nie ro­bisz.

- A co mam zro­bić?

- Możesz iść do Zyg­mun­ta i prze­ko­nać go, żeby zdo­był wizy wy­jaz­do­we dla nas czte­rech.

- I dokąd po­je­dzie­my?

- Do No­we­go Jor­ku - po­wie­działa Pau­li­na. W No­wym Jor­ku miesz­kała jej córka. - Wiesz, że Be­atry­cze za­opie­ku­je się nami.

Kie­dy obu­dziłyśmy się następne­go dnia, było już południe; wzięłam Pau­linę pod rękę i wy­brałyśmy się na spa­cer. Gdy szłyśmy chod­ni­kiem, zwróciłam uwagę na kil­ka ciężarówek jadących ulicą. Za­trzy­mały się, wy­sko­czy­li z nich żołnie­rze i we­pchnęli nas do jed­ne­go z sa­mo­chodów. Ciężarówka była pełna wy­stra­szo­nych lu­dzi.

- Wiozą nas na śmierć - po­wie­działa sio­stra.

- Nie, wie­zie­my was do par­ku, żeby się z wami po­ba­wić - śmiał się je­den z pil­nujących nas żołnie­rzy.

Sa­mo­cho­dy krążyły po żydow­skiej dziel­ni­cy, w której miesz­kałyśmy, za­trzy­mując się je­dy­nie od cza­su do cza­su - wpy­cha­no wówczas do środ­ka ko­lej­nych lu­dzi. Po­tem rze­czy­wiście od­wieźli nas do par­ku Wie­ner Pra­ter. Wy­pchnęli nas z ciężarówek i zmu­sza­li do bie­ga­nia, klęka­nia i wsta­wa­nia, skaka­nia, a pra­wie wszy­scy byliśmy sta­rzy i zmęcze­ni. Kie­dy upa­da­liśmy z wy­czer­pa­nia, żołnie­rze ko­pa­li nas w brzu­chy. Przez cały ten czas trzy­małam Pau­linę za rękę.

- Oszczędźcie przy­najm­niej moją siostrę. Jest ślepa - błagałam żołnie­rzy.

- Ślepa?! - śmia­li się. - To do­bra oka­zja do jesz­cze lep­szej za­ba­wy.

Zmu­si­li ją, by szła sama z rękoma związa­ny­mi z tyłu, bez możliwości ba­da­nia nimi prze­strze­ni przed sobą. Pau­li­na szła sama, dopóki nie ude­rzyła w drze­wo, wte­dy upadła na zie­mię. Po­deszłam do niej, uklękłam, wy­cie­rałam jej twarz ubru­dzoną zie­mią i krwią, która ciekła z czoła. Śmiech żołnie­rzy brzęczał słod­kim dźwiękiem bez­tro­ski i kwaśnym echem przy­jem­ności czer­pa­nej z cu­dze­go bólu. Po­tem wy­pro­wa­dzi­li nas na ko­niec par­ku, usta­wi­li w sze­re­gu i wy­ce­lo­wa­li w nas ka­ra­bi­ny.

- Odwróćcie się! - roz­ka­za­li.

Odwróciliśmy się ple­ca­mi do ka­ra­binów.

- A te­raz bie­giem do domu, jeśli chce­cie ujść z życiem! - krzyknął któryś z żołnie­rzy i set­ki star­czych nóg ru­szyło pędem; bie­gliśmy, pa­da­liśmy, wsta­wa­liśmy i znów bie­gliśmy, a za sobą słysze­liśmy śmiech żołnie­rzy, prze­pełnio­ny słod­kim dźwiękiem bez­tro­ski i kwaś- nym echem przy­jem­ności czer­pa­nej z cu­dze­go bólu.

Róża, Pau­li­na, Ma­ria i ja spędziłyśmy ten wieczór w mil­cze­niu. Pau­li­na drżała - może nie tyle ze stra­chu o swo­je życie, ile z oba­wy, że nig­dy już nie zo­ba­czy naj­bliższej isto­ty, która wyszła z jej łona. Dzie­ci Róży i Ma­rii nie żyły, a je­dyną po­zo­stałością po mo­jej ro­dzi­nie, której nie stwo­rzyłam, był wy­blakły krwa­wy ślad na ścia­nie obok mo­je­go łóżka. Mówi się, że trud­niej jest z tego świa­ta odejść tym, którzy zo­sta­wiają na nim po­tomków - śmierć dzie­li ich życie na dwa: to, które otrzy­ma­li, i to, które dali. Pau­li­na sie­działa w rogu po­ko­ju i drżała, prze­czu­wając to roz­dwo­je­nie.

Następne­go dnia poszłam do Zyg­mun­ta. Było piątko­we popołudnie - czas, który mój brat spędzał na czysz­cze­niu an­tyków w swo­im ga­bi­ne­cie. Chciałam mu opo­wie­dzieć o tym, co spo­tkało mnie i Pau­linę mi­nio­ne­go popołudnia, a on po­ka­zał mi wy­ci­nek z ga­ze­ty.

- Spójrz, jaki tekst na­pi­sał To­masz Mann - po­wie­dział.

- Ma­ria i Pau­li­na co­raz bar­dziej się boją - zaczęłam.

- Boją się... cze­go? - za­py­tał, kładąc wy­ci­nek na sto­le.

- Mówią, że tu­taj też wy­da­rzy się to, co wi­działy w Ber­li­nie.

- To, co wi­działy w Ber­li­nie... - Po­tem wziął ze stołu je­den ze sta­rych przed­miotów, małpę z ka­mie­nia, i zaczął czyścić ma­lutką fi­gurę szczo­teczką. - Nic z tam­tych rze­czy nie wy­da­rzy się tu­taj.

- Już się wy­da­rza. Kaci wchodzą do miesz­kań w na­szej dziel­ni­cy, biją każdego, kto wpad­nie im w ręce. Set­ki lu­dzi popełniły sa­mobójstwo w zeszłym ty­go­dniu, nie mogąc wy­trzy­mać napięcia. Sza­leńcy włama­li się do domu sie­rot żydow­skich, po­wy­bi­ja­li szy­by i zmu­sza­li dzie­ci do bie­ga­nia po odłam­kach szkła.

- Zmu­sza­li dzie­ci do bie­ga­nia po odłam­kach szkła... - Zyg­munt omiótł szczo­teczką ka­mien­ne ciało małpki. - To wszyst­ko, co się dzie­je tu­taj, nie będzie trwać długo.

- Jeśli nie będzie trwało długo, to dla­cze­go każdy, kto może do­stać wizę wy­jaz­dową, ucie­ka z kra­ju? Spo­tkałeś na uli­cy tych, co ucie­kają? Opusz­czają swe domy, wyjeżdżają na za­wsze - za­pa­ko­wa­li naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy do jed­nej lub dwu wa­li­zek i wyjeżdżają, by ra­to­wać życie. Mówi się, że tu też otworzą obo­zy śmier­ci. Masz wpływo­wych przy­ja­ciół, i tu, i na świe­cie, mogą załatwić wizy dla tylu osób, dla ilu po­pro­sisz. Po­proś o wizy dla całej ro­dzi­ny. Połowa miesz­kańców Wied­nia ma na nie na­dzieję, ale nie może ich zdo­być. Wy­ko­rzy­staj swo­je zna­jo­mości, żebyśmy mo­gli stąd wy­je­chać.

Zyg­munt po­sta­wił małpkę na sto­le, wziął z nie­go fi­gurkę Bo­gi­ni Mat­ki i zaczął prze­cie­rać jej na­gie ciało.

- Słuchasz mnie? - za­py­tałam zmęczo­nym głosem.

Brat spoj­rzał na mnie.

- I dokąd byście się udały?

- Do córki Pau­li­ny.

- Co po­cznie córka Pau­li­ny z czte­re­ma sta­rusz­ka­mi w No­wym Jor­ku?

- W ta­kim ra­zie po­sta­raj się zdo­być wizę tyl­ko dla Pau­li­ny.

Pa­trzył na nagą Bo­gi­nię Matkę, nie byłam pew­na, czy słyszy moje słowa.

- Słyszysz mnie? Za Różą, Marią i mną nikt nie cze­ka, nie tęskni. Ale Pau­li­na po­trze­bu­je być z córką. I jej córka po­trze­bu­je być z matką. Chciałaby, żeby mat­ka była bez­piecz­na. Dzwo­ni co­dzien­nie, pro­si, byśmy popro­siły cie­bie, żebyś zor­ga­ni­zo­wał wizę dla jej mat­ki. Słyszysz mnie, Zyg­mun­cie?

Od­sta­wił bo­gi­nię na stół.

- Czy mogę prze­czy­tać ci tyl­ko kil­ka słów z tek­stu Man­na? Ma tytuł Bru­der Hi­tler.

Wziął tekst ze stołu i zaczął czy­tać:

- Jak bar­dzo Hi­tler musi nie­na­wi­dzić psy­cho­ana­li­zy! Gdzieś w głębi czuję, że wściekłość, z którą po­szedł na Wie­deń, w rze­czy­wi­stości skie­ro­wa­na jest w stronę tam­tej­sze­go sta­re­go psy­cho­ana­li­ty­ka: po­nie­waż on jest jego praw­dzi­wym i głównym wro­giem, fi­lo­zo­fem, który od­kry­wa neu­rozę, de­ma­ska­to­rem ilu­zji, kimś, kto wie, co jest czym, i do­sko­na­le po­tra­fi roz­po­znać praw­dzi­wy ge­niusz.

Po­tem odłożył tekst na stół i po­wie­dział:

- Z jaką sub­telną iro­nią Mann to na­pi­sał!

- Z tego, co mi prze­czy­tałeś, zga­dza się tyl­ko "sta­ry psy­cho­ana­li­tyk". Mówię to bez sub­tel­nej iro­nii. A twier­dze­nie, że je­steś głównym wro­giem Adol­fa Hi­tle­ra, na­wet jeśli wy­po­wie­dzia­ne zo­stało z iro­nią, to zwykła bzdu­ra. Wiesz, że oku­pa­cja Au­strii jest początkiem wiel­kiej wo­jen­nej wy­pra­wy, którą Hi­tler so­bie za­pla­no­wał i dzięki której chce zdo­być świat, by móc po­tem wy­ple­nić z nie­go wszyst­kich, którzy nie są Aryj­czy­ka­mi. To wie każdy: i ty, i Mann, a na­wet ja, bied­na sta­rusz­ka, wiem o tym!

- Nie po­win­naś się nie­po­koić. Am­bi­cje Hi­tle­ra nie mogą się urze­czy­wist­nić. Za kil­ka dni Fran­cja i Wiel­ka Bry­ta­nia zmuszą go, by wy­co­fał się z Au­strii, a po­tem za­zna porażki w Niem­czech. Tam sami Niem­cy go zwy­ciężą; po­par­cie, którego mu te­raz udzie­lają, jest je­dy­nie tym­cza­so­wym zaćmie­niem umysłów.

- To zaćmie­nie trwa la­ta­mi.

- Zga­dza się - trwa la­ta­mi. Ale się skończy. Niemców pro­wa­dzi te­raz jakaś nie­czy­sta siła, ale gdzieś w nich tli się ta myśl du­cho­wa, na której fun­da­men­tach wy­rosłem również ja. Sza­leństwo tego na­ro­du nie może trwać wiecz­nie.

- Będzie trwało wy­star­czająco długo - po­wie­działam.

Mój brat już w dzie­ciństwie za­chwy­cał się nie­miec­kim du­chem, już wte­dy poświęcał nas, swo­je sio­stry, dla tej miłości. Wie­rzył, że tyl­ko w języku nie­miec­kim można w pełni wy­ra­zić naj­wyższe idee ludz­kie­go umysłu. Uczył nas dumy z tego, że mimo żydow­skiej krwi i au­striac­kie­go oby­wa­tel­stwa należymy jed­nak do kręgu kul­tu­ry nie­miec­kiej. A te­raz, kie­dy la­ta­mi przyglądał się, jak nie­miec­ki duch upa­da i jak naj­ważniej­sze do­ko­na­nia tej kul­tu­ry depczą sami Niem­cy, ciągle po­wta­rzał, jak­by chciał prze­ko­nać sa­me­go sie­bie, że to jest sza­leństwo, które trwać będzie krótko, a nie­miec­ki duch znów zabłyśnie.

Od tego mo­men­tu, ile­kroć dzwo­niłyśmy do Zyg­mun­ta, za­wsze mówio­no nam, że nie ma go w domu lub że ma pa­cjen­ta, lub że nie czu­je się do­brze i nie może roz­ma­wiać. Wy­py­ty­wałyśmy, czy złożył wnio­sek o wizy wy­jaz­do­we z Au­strii, a jego córka Anna i żona Mar­ta, a także jej sio­stra Mina od­po­wia­dały, że nic na ten te­mat nie wiedzą. Minął mie­siąc, odkąd ostat­ni raz wi­działyśmy bra­ta. Szóste­go maja, w dniu jego osiem­dzie­siątych dru­gich uro­dzin, zde­cy­do­wałam się pójść do nie­go z Pau­liną. Kupiłyśmy mały po­da­ru­nek - książkę, o której sądziłyśmy, że mu się spodo­ba, i ru­szyłyśmy w stronę Berg­gas­se 19.

Drzwi domu bra­ta otwo­rzyła nam Anna.

- Za­stałyście nas przy pra­cy... - po­wie­działa, robiąc między sobą a drzwia­mi miej­sce, żebyśmy mogły przejść.

- Przy pra­cy?

- Pa­ku­je­my się. Wczo­raj i przed­wczo­raj wysłaliśmy dzie­sięć wiel­kich pa­czek. Mu­si­my jesz­cze tyl­ko wy­brać, które spośród pre­zentów taty weźmie­my ze sobą.

- Wyjeżdżacie? - za­py­tałam.

- Nie od razu, ale chce­my jak naj­szyb­ciej wszyst­ko spa­ko­wać.

W ga­bi­ne­cie bra­ta wszędzie leżały po­roz­rzu­ca­ne pamiątki, książki, małe i duże pudła, an­ty­ki - wszyst­ko to, co kie­dyś od kogoś do­stał i co za­cho­wał. Zyg­munt sie­dział w dużym czer­wo­nym fo­te­lu na środ­ku po­ko­ju i rozglądał się po przed­mio­tach roz­rzu­co­nych po podłodze. Obrócił twarz w naszą stronę, skinął tyl­ko głową i znów zaczął przyglądać się bałaga­no­wi. Po­wie­działam, że przyszłyśmy złożyć mu uro­dzi­no­we życze­nia. Po­dziękował i położył nasz pre­zent na sto­le obok sie­bie.

- Jak wi­dzisz, wyjeżdżamy. Do Lon­dy­nu - zaczął.

- Mogę wam pomóc - od­rzekłam - w pa­ko­wa­niu.

Anna po­wie­działa, że będzie mi po­da­wać rze­czy, które należy wy­rzu­cić, bym wkładała je do pudełka z nie­po­trzeb­ny­mi przed­mio­ta­mi, a ona będzie wy­bra­ne rze­czy wkładać do pudeł, które zo­staną wysłane do Lon­dy­nu. Pau­li­na stała pod ścianą.

- A ta ta­ba­kie­ra? - za­py­tała Anna, zwra­cając się do ojca i po­ka­zując mu srebr­ne pudełecz­ko zdo­bio­ne zie­lon­ka­wy­mi ka­mycz­ka­mi.

- To pre­zent od two­jej mat­ki. Weźmie­my ją.

Anna włożyła ta­ba­kierę do kar­to­no­we­go pudełka obok sie­bie.

- A to do­mi­no z kości słonio­wej?

Zyg­munt za­sta­na­wiał się przez kil­ka chwil i rzekł:

- Nie pamiętam, od kogo je do­stałem. Wy­rzuć je.

Anna podała mi do­mi­no, a ja włożyłam je do pudełka obok mnie, w którym leżała już spo­ra kup­ka książek, pamiątek i dro­biazgów prze­zna­czo­nych do wy­rzu­ce­nia.

- To? - za­py­tała Anna i pod­niosła książkę, przy­bliżając ją do oczu Zyg­mun­ta.

- Ta Bi­blia to pre­zent od two­je­go dziad­ka, Ja­ku­ba. Do­stałem ją z oka­zji trzy­dzie­stych piątych uro­dzin. Weźmie­my ją.

Anna stwier­dziła, że zmęczyła się, pra­cując od rana, i chciałaby trochę od­począć. Poszła do ja­dal­ni, żeby się roz­ru­szać i napić wody.

- Więc jed­nak po­pro­siłeś o po­zwo­le­nie na wy­jazd z Au­strii - po­wie­działam bra­tu.

- Po­pro­siłem - od­po­wie­dział.

- Prze­cież prze­ko­ny­wałeś mnie, że nie ma po­trze­by, że nie trze­ba ucie­kać.

- To nie uciecz­ka, tyl­ko wy­jazd tym­cza­so­wy.

- Kie­dy wyjeżdżacie?

- Mar­ta, Anna i ja na początku czerw­ca.

- A resz­ta? - za­py­tałam.

Brat mil­czał.

- Kie­dy wyjeżdżamy, Pau­li­na, Ma­ria, Róża i ja?

- Wy nie wyjeżdżacie.

- Nie?

- Nie ma po­trze­by - od­rzekł. - Ja jadę nie dla­te­go, że sam o to po­pro­siłem, tyl­ko dla­te­go, że moi przy­ja­cie­le, dy­plo­ma­ci z Wiel­kiej Bry­ta­nii i Fran­cji, za­bie­ga­li u tu­tej­szych służb, by wy­da­no mi wizę.

- I?

Mógł grać farsę - mógł po­wie­dzieć nam, że jakiś obcy dy­plo­ma­ta po­pro­sił, by po­zwo­lo­no wy­je­chać jego dzie­ciom, jemu i żonie, że on sam jest bez­sil­ny i nie może zro­bić ni­cze­go, by ura­to­wać in­nych lu­dzi; mógł grać tę farsę, ale to nie był jego gen­re.

- Po­zwo­li­li mi zro­bić listę osób, które są mi bli­skie i które mogłyby wy­je­chać ze mną z Au­strii - po­wie­dział.

- I ani przez chwilę nie pomyślałeś, by umieścić na tej liście na­sze na­zwi­ska.

- Ani przez chwilę. To tyl­ko tym­cza­so­we. Wrócimy.

- Na­wet jeśli wróci­cie, nas już tu­taj nie będzie.

Mil­czał. Po chwi­li po­wie­działam:

- Nie mam pra­wa o to pytać, jed­nak kim są ci wszy­scy bli­scy ci lu­dzie, których mu­sisz ura­to­wać?

- Właśnie, kim oni wszy­scy są? - za­py­tała Pau­li­na.

Brat mógł za­grać farsę - mógł po­wie­dzieć, że wpi­sał je­dy­nie imio­na i na­zwi­ska swo­ich dzie­ci, swo­je i żony, to zna­czy osób wska­za­nych mu przez służby jako te, które może wpi­sać na listę, żeby je ura­to­wać, więc wy­mie­nił tyl­ko te na­zwi­ska, tyl­ko naj­bliższych; mógł za­grać tę farsę, ale to nie był jego gen­re. Skądś wyciągnął kartkę pa­pie­ru i rzekł:

- Oto li­sta.

Wpa­try­wałam się w imio­na i na­zwi­ska za­pi­sa­ne na kart­ce.

- Ja też chcę usłyszeć - po­pro­siła Pau­li­na.

Czy­tałam na głos. Na liście był mój brat, jego żona, ich dzie­ci z ro­dzi­na­mi, sio­stra żony Zyg­mun­ta, dwie służące, oso­bi­sty dok­tor bra­ta z ro­dziną. I zupełnie na końcu li­sty - Jo-Fi.

- Jo-Fi - zaśmiała się Pau­li­na i zwróciła się w stronę, z której do­bie­gał do niej głos Zyg­mun­ta. - No tak, ty nig­dy nie roz­sta­jesz się ze swo­im pie­skiem.

Anna wróciła do po­ko­ju i rzekła:

- Nie za­py­tałam, na­pi­je­cie się cze­goś, a może byście coś zjadły?

- Nie chce­my ani pić, ani jeść - od­po­wie­działam.

Pau­li­na, jak­by nie słysząc słów Anny i mo­ich, ciąg- nęła da­lej:

- To na­prawdę miło z two­jej stro­ny, że pomyślałeś o wszyst­kich tych lu­dziach. Pomyślałeś też o swo­im pie­sku i o swo­ich służących, i o swo­im le­ka­rzu i jego ro­dzi­nie, i o sio­strze two­jej żony. Mogłeś też jed­nak pomyśleć o swo­ich sio­strach, Zyg­mun­cie.

- Gdy­by ist­niała po­trze­ba, pomyślałbym. Ale to jest tyl­ko tym­cza­so­we, po­nie­waż moi zna­jo­mi na­le­ga­li, bym wy­je­chał.

- A dla­cze­go twoi zna­jo­mi na­le­ga­li, jeśli rze­czy­wiście po­zo­sta­nie tu­taj nie wiąże się z nie­bez­pie­czeństwem? - za­py­tałam.

- Po­nie­waż tak samo jak wy nie ro­zu­mieją, że ta sy­tu­acja nie po­trwa długo - od­po­wie­dział Zyg­munt.

- Jeśli to okro­pieństwo ma nie po­trwać długo, dla­cze­go nie wy­je­dziesz sam, na krótko, żeby uspo­koić swo­ich przy­ja­ciół? Dla­cze­go nie je­dziesz sam i jesz­cze bie­rzesz ze sobą nie tyl­ko ro­dzinę, ale też swo­je­go le­ka­rza i jego ro­dzinę, służące, a na­wet pie­ska i siostrę żony?

Zyg­munt mil­czał.

- A ja, Zyg­mun­cie - po­wie­działa Pau­li­na - ja, w odróżnie­niu od Adol­fi­ny, ci wierzę. Wierzę ci, że cała ta okrop­ność nie będzie trwała długo. Ale moje życie będzie trwało krócej niż ta okrop­ność. A ja mam córkę. Ty, Zyg­mun­cie, mogłeś pomyśleć o swo­jej sio­strze. Mogłeś pomyśleć o mnie i o tym, że mam córkę. Na pew­no pomyślałeś, bo od kie­dy przy­je­chałam tu z Ber­li­na, a moja Be­atry­cze wy­je­chała do No­we­go Jor­ku, ciągle o niej wspo­mi­nam. Nie wi­działam jej trzy lata. Jed­nym ru­chem ręki, za­pi­sując moje na­zwi­sko, mogłeś mi pomóc zo­ba­czyć córkę raz jesz­cze - po­wie­działa, a wy­po­wia­dając słowo "zo­ba­czyć", przewróciła oczy­ma widzącymi je­dy­nie kon­tu­ry. - Mogłeś za­pi­sać tam moje na­zwi­sko między na­zwi­skiem sio­stry two­jej żony a imie­niem psa. Mogłeś moje na­zwi­sko za­pi­sać na­wet pod imie­niem psa i to by wy­star­czyło, bym mog- ła opuścić Wie­deń i spo­tkać się z Be­atry­cze. A te­raz wiem, że ona już nig­dy mnie nie zo­ba­czy.

Anna próbowała znów zająć naszą uwagę dzie­le­niem przed­miotów na te, które trze­ba było spa­ko­wać, i te, które należało wy­rzu­cić.

- A to? - za­py­tała. W dłoni trzy­mała drew­nianą pamiątkę, gon­dolę maleńką jak pa­lec.

- Nie wiem, od kogo jest - po­wie­dział Zyg­munt. - Wy­rzuć to.

Anna podała mi gon­dolę, pre­zent ode mnie na dwu­dzie­ste szóste uro­dzi­ny bra­ta. Nie wi­działam jej od tam­te­go dnia, a te­raz była tu, jak­by przepłynęła ten czas. Po­wo­li włożyłam ją do pudła z po­zo­stałymi przed­mio­ta­mi prze­zna­czo­ny­mi do wy­rzu­ce­nia.

Brat wstał, wy­pro­sto­wał się, pod­szedł do prze­ciw­ległej ścia­ny, do płótna, na którym przed sie­dem­dzie­sięcio­ma laty uwiecz­nio­no nas - sio­stry i bra­ci Freudów. Alek­san­der, wte­dy gdy ob­raz był ma­lo­wa­ny, miał półtora roku, pamiętał później, że kie­dy podrósł, Zyg­munt po­wie­dział mu, wska­zując na płótno: "My i na­sze sio­stry je­steśmy jak książka. Ty je­steś najmłod­szy, ja naj­star­szy i mu­si­my być jak twar­de ob­wo­lu­ty, które pod­trzy­mują i chro­nią na­sze sio­stry uro­dzo­ne po mnie i przed tobą". I te­raz, wie­le lat później, mój brat wyciągał ręce po ten ob­raz.

- To spa­ku­je­my osob­no - po­wie­dział Zyg­munt, sięgając w stronę ob­ra­zu, by zdjąć go ze ścia­ny.

- Nie masz pra­wa do tego ob­ra­zu - po­wie­działam.

Brat obrócił się w moją stronę, trzy­mając ob­raz w rękach.

- Czas stąd iść - po­wie­działa Pau­li­na.

U wejścia do ka­mie­ni­cy spo­tkałyśmy siostrę żony Zyg­mun­ta, która skądś wra­cała. Mówiła, że poszła kupić kil­ka po­trzeb­nych rze­czy, po­nie­waż następne­go dnia opusz­cza Au­strię.

- Szczęśli­wej podróży- po­wie­działa jej Pau­li­na.

Pro­wa­dziłam siostrę w stronę na­sze­go domu, trzy­mając ją za rękę. Po zaciśniętych kur­czo­wo pal­cach można było po­znać, jak się czu­je. Spoglądałam na nią co jakiś czas - na jej twa­rzy mi­go­tał ten cha­rak­te­ry­stycz­ny uśmiech to­wa­rzyszący niektórym nie­wi­do­mym ciągle, na­wet gdy czują strach, gniew czy prze­rażenie.

Pew­ne­go dusz­ne­go po­ran­ka na początku czerw­ca Pau­li­na, Ma­ria, Róża i ja poszłyśmy na dwo­rzec ko­le­jo­wy, by pożegnać się z bra­tem, Martą i Anną - ostat­ni­mi z li­sty Zyg­mun­ta, którzy mie­li wy­je­chać z Wied­nia. Cała trójka stała w oknie swo­je­go prze­działu, my czte­ry stałyśmy na pe­ro­nie. Brat trzy­mał na rękach swo­je­go psa. Roz­legł się gwiz­dek sy­gna­li­zujący od­jazd pociągu. Pies zatrząsł się ze stra­chu i w popłochu ugryzł Zyg­mun­ta w pa­lec wska­zujący. Anna wyjęła chu­s­teczkę i opa­trzyła za­krwa­wio­ny pa­lec. Gwiz­dek roz­legł się raz jesz­cze, pociąg ru­szył. Mój brat pod­niósł rękę w geście po­zdro­wie­nia; je­den pa­lec miał za­wi­nięty, po­zo­stałe czte­ry zgięte i tak, z wy­pro­sto­wa­nym pal­cem i za­krwa­wioną chu­s­teczką owi­niętą wokół nie­go, ma­chał z pociągu.

Już za­wsze po­tem, gdy wspo­mi­nałam to pożegna­nie i ten za­krwa­wio­ny pa­lec bra­ta, myślałam o jego dzie­le Człowiek imie­niem Mojżesz a re­li­gia mo­no­te­istycz­na, którego ręko­pis przed wy­jaz­dem zo­sta­wił nam, swo­im sio­strom, praw­do­po­dob­nie bojąc się, że zgu­bi swój eg­zem­plarz.

"Nie jest łatwo ani przy­jem­nie po­zba­wiać jakiś naród człowie­ka, którego ów sławi jako swe­go naj­większe­go syna, zwłasz­cza wte­dy, gdy sa­me­mu należy się do tego na­ro­du"1 - tak za­czy­nał się Mojżesz i w tym zda­niu mój brat za­warł cel swe­go dzieła: za­brać Mojżesza jego na­ro­do­wi, udo­wod­nić, że nie był Żydem. Nie tyl­ko twier­dził, że Mojżesz był "do­stoj­nym Egip­cja­ni­nem - za­pew­ne księciem, kapłanem lub wy­so­kim dy­gni­ta­rzem", również Żydów żyjących w tam­tych cza­sach opi­sy­wał jako prze­ci­wieństwa Mojżesza - jako "za­co­fa­nych pod względem kul­tu­ral­nym ob­cych przy­byszów". Za­sta­na­wiał się, dla­cze­go taki porządny człowiek miałby opuścić swój kraj ra­zem z tymi "za­co­fa­ny­mi pod względem kul­tu­ral­nym ob­cy­mi przy­byszami". I znaj­do­wał od­po­wiedź: Mojżesz był po­dob­no wy­znawcą pierw­szej re­li­gii mo­no­te­istycz­nej za­ini­cjo­wa­nej przez fa­ra­ona Ech­na­to­na, który w czter­na­stym wie­ku przed naszą erą za­bro­nił wie­lobóstwa. Pod karą śmier­ci za­ka­zał lu­do­wi wy­zna­wać bóstwa, w które wie­rzo­no od tysięcy lat, a je­dy­nym bo­giem ogłosił Ato­na. Fa­ra­on zmarł sie­dem­naście lat po wpro­wa­dze­niu no­wej re­li­gii. Wte­dy daw­ni kapłani, upo­ko­rze­ni w cza­sie włada­nia Ech­na­to­na, namówili lud, który nig­dy nie za­po­mniał o sta­rych bo­gach, aby w namiętnej zemście i fa­na­tycz­nym za­pa­mięta­niu zbu­rzył nowe świąty­nie. Za­bro­ni­li mo­no­te­izmu, po­now­nie zwra­cając się ku daw­ne­mu wie­lobóstwu. Mojżesz, o którym mój brat sądził, że był krew­nym fa­ra­ona Ech­na­to­na, nie chciał wy­rzec się wia­ry w boga Ato­na, uknuł więc plan "założenia no­we­go państwa i zna­le­zie­nia no­we­go ludu, któremu mógłby nadać re­li­gię wzgar­dzoną przez Egipt". Tak więc według Człowie­ka imie­niem Mojżesz... Żydzi nie zo­sta­li wy­bra­ni przez Boga, tyl­ko przez Egip­cja­ni­na Mojżesza: "obrał ich na swój nowy naród". Zresztą według mo­je­go bra­ta w tym cza­sie nie byli oni jesz­cze na­ro­dem, lecz, jak pisał, je­dy­nie osie­dlo­ny­mi w "pro­win­cji gra­nicz­nej" "ple­mio­na­mi se­mic­ki­mi", z których, mając je w swym włada­niu, Mojżesz stwo­rzył naród, aby wraz z nim sze­rzyć wiarę w jed­ne­go i je­dy­ne­go boga - Ato­na. Z na­ro­dem tym Mojżesz ru­szył na po­szu­ki­wa­nie świętej zie­mi. Lu­dzie ci jed­nak nie mo­gli odejść od swych sta­rych wie­rzeń, od swo­je­go se­mic­kie­go wie­lobóstwa, więc każdego, kto od­wra­cał się od wia­ry w no­we­go boga, spo­ty­kała kara, którą wy­mie­rza­li bli­scy współpra­cow­ni­cy Mojżesza z jego roz­ka­zu. Dla­te­go, jak twier­dził mój brat, Mojżesz nie umarł ze sta­rości, jak po­wie­dzia­ne jest w Bi­blii. Według nie­go "Egip­cja­nin Mojżesz zo­stał za­bi­ty przez Żydów, którzy od­rzu­ci­li wpro­wa­dzoną prze­zeń re­li­gię". A co stało się z nimi, gdy za­bi­li tego, który wy­brał ich jako swój naród i za­pew­niał, że są na­ro­dem wy­branym przez Boga? Później zjed­no­czy­li się z in­ny­mi spo­krew­nio­ny­mi ple­mio­na­mi w re­gio­nie między Pa­le­styną, półwy­spem Sy­naj i Ara­bią i tu, w miej­scu o na­zwie Ka­desz, bo­ga­tym w wodę, pod wpływem Ma­dia­nitów przyjęli nową re­li­gię, wiarę w wul­ka­nicz­ne­go boga Jah­we. Kult Jah­we według mo­je­go bra­ta zo­stał roz­po­wszech­nio­ny między Egip­cja­na­mi przez ma­dia­nic­kie­go pa­ste­rza noszącego ta­kie samo imię jak egip­ski wódz, ale ten dru­gi Mojżesz, pod którego wodzą naród żydow­ski opa­no­wał zie­mię Ka­na­an, głosił ka­za­nia o in­nym Bogu, zupełnym prze­ci­wieństwie Ato­na: Jah­we był sławio­ny przez ma­dia­nic­kie ple­mię jako "nie­sa­mo­wi­ty, żądny krwi de­mo­ne, który krąży nocą i boi się światła dzien­ne­go"; "nie­okrze­sa­ny, małodusz­ny bóg lo­kal­ny, bru­tal­ny i żądny krwi; obie­cy­wał swym stron­ni­kom, że da im kraj, który "opływa w mle­ko i miód", i wzy­wał ich do wytępie­nia jego obec­nych miesz­kańców "ostrzem mie­cza""; coś zupełnie prze­ciw­ne­go ogłosił w swych przyka­za­niach egip­ski Mojżesz, który dał Żydom "inne, znacz­nie bar­dziej udu­cho­wio­ne wy­obrażenie Boga - ideę bóstwa je­dy­ne­go, ogar­niającego cały świat, które było w równej mie­rze wszech­miłujące co wszech­moc­ne i które stro­niąc od wszel­kie­go ce­re­mo­niału i cu­dow­ności, sta­wiało człowie­ko­wi jako naj­wyższy cel życie w praw­dzie i spra­wie­dli­wości". Mimo że "Mojżesz egip­ski nig­dy nie był w Ka­desz ani nig­dy nie słyszał imie­nia Jah­we, Mojżesz zaś ma­dia­nic­ki nig­dy nie był w Egip­cie ani nic nie wie­dział o Ato­nie, zo­sta­li za­pa­miętani jako je­den człowiek", "re­li­gię mojżeszową zaś zna­my je­dy­nie w jej osta­tecz­nej po­sta­ci - w ta­kiej, w ja­kiej mniej więcej osiem­set lat po Wyjściu zo­stała utrwa­lo­na przez żydow­skich kapłanów". W tym cza­sie obaj Mojżesze byli ze sobą utożsa­mia­ni, a Aton i Jah­we trak­to­wa­ni byli jako je­den Bóg - wewnętrznie różny, tak jak różnią się dzień i noc, właśnie dla­te­go, że sta­no­wią połącze­nie dwóch bogów w jed­nym.

"Nie jest łatwo ani przy­jem­nie po­zba­wiać jakiś naród człowie­ka, którego ów sławi jako swe­go naj­większe­go syna, zwłasz­cza wte­dy, gdy sa­me­mu należy się do tego na­ro­du, ale żaden przykład nie może skłonić nas do tego, by w imię rze­ko­me­go in­te­re­su na­ro­do­we­go do­znała uszczerb­ku praw­da...", tymi słowa­mi mój brat roz­począł swo­je dzieło, ale Człowiek imie­niem Mojżesz... nie jest je­dy­nie po­szu­ki­wa­niem praw­dy; jest to dzieło, które za­wie­ra w so­bie również ne­gację: Mojżesz nie jest Żydem, i osąd: Żydzi za­bi­li Mojżesza. Dla­te­go właśnie ro­zu­mia­ne jest jako wy­raz nie­na­wiści do swe­go na­ro­du i ze­msty na nim. Nie­na­wiść w sto­sun­ku do swo­ich, ze­msta na swo­ich; a dla­cze­go? Być Żydem dla mo­je­go bra­ta było częścią losu, czymś, co zo­stało mu dane wraz z uro­dze­niem, czymś, co nie było jego wy­bo­rem. Tam, gdzie nie ma wy­bo­ru, w krwi, był Żydem. Tam, gdzie można wy­brać - wy­brał kul­turę nie­miecką: chciał do niej należeć tak samo, jak czuł, że owo­ce tej kul­tury należą do nie­go. Pod ko­niec życia po­wie­dział: "Mój język to język nie­miecki. Moja kul­tura i moje osiągnięcia są nie­mieckie. In­te­lek­tu­al­nie uważałem się za Niem­ca, dopóki nie za­uważyłem na­si­le­nia an­ty­se­mic­kich uprze­dzeń w Niem­czech i nie­mieckiej Au­strii. Odtąd wolę na­zy­wać się Żydem", a nie: "czuć się Żydem". Kie­dy go py­ta­li: czy zo­stało w to­bie coś żydow­skie­go, sko­ro wy­rzekłeś się wszyst­kie­go, co dla cie­bie i two­ich współwy­znawców było wspólne - i re­li­gii, i po­czu­cia na­ro­do­we­go, i tra­dy­cji, i oby­czajów, on od­po­wia­dał: "To coś naj­istot­niej­sze­go". Nig­dy nie kon­kre­ty­zo­wał, co ma na myśli, ale było wia­do­mo: krew, to, cze­go zmie­nić nie można. Wo­bec tej krwi czuł jakiś wstyd. Na­wet Mojżesza, który dla na­ro­du żydow­skie­go był zbawcą, pra­wo­dawcą i założycie­lem wia­ry, ogłaszał nie-Żydem, a w każdym jego zda­niu, w którym mowa o nie-Żydzie Mojżeszu i Żydach, wy­czu­wało się to, co czuł Zyg­munt do nie-Żyda i do swo­je­go na­ro­du: "Jak to możliwe, że działalność jed­ne­go człowie­ka może być tak nad­zwy­czaj­nie sku­tecz­na, że po­tra­fi on z obojętnych jed­no­stek i ro­dzin stwo­rzyć je­den naród, któremu już na za­wsze na­da­je pe­wien cha­rak­ter i określa jego los na przyszłe tysiącle­cia".

Na końcu Człowie­ka imie­niem Mojżesz... mój brat ob­wi­nił Żydów na­wet za cier­pie­nia, których doświad­czy­li w ciągu mi­le­niów. Na początku wia­ry, twier­dził, jest oj­cobójstwo - re­li­gia w swych początkach jest próbą od­ku­pie­nia grze­chu, który popełnili sy­no­wie, za­bi­jając swe­go ojca w wal­ce o prze­wagę, a po­tem sławiąc go jako bo­skie­go przod­ka. Chrześcijaństwo, twier­dził mój brat, jest przy­zna­niem się do tego zabójstwa - przez nie, przez zabójstwo Chry­stu­sa, człowiek przy­zna­je, że kie­dyś zabił swe­go ojca. Chrześcijaństwo stwo­rzy­li Żydzi i Żydzi je roz­prze­strze­ni­li, ale "nową dok­trynę przyjęła tyl­ko część na­ro­du żydow­skie­go. Ci, którzy odmówili jej przyjęcia, do dzi­siaj na­zy­wa­ni są Żyda­mi. Rozróżnie­nie to jesz­cze ostrzej niż ongiś wy­odrębnia ich od in­nych. Żydzi ci mu­sie­li zno­sić wy­su­wa­ny przez nową społecz­ność re­li­gijną - która, poza Żyda­mi, obej­mo­wała Egip­cjan, Greków, Sy­ryj­czyków, Rzy­mian i w końcu także Ger­manów - za­rzut Bo­gobójstwa. W pełnej for­mie brzmi on tak: "Oni nie chcą przy­znać, że za­bi­li Boga, my zaś przy­zna­jemy się do tego i je­steśmy oczysz­cze­ni z tej winy". Łatwo więc zro­zu­mieć, ile praw­dy tkwi w tym za­rzu­cie. Przy­czy­ny, dla których Żydzi nie mo­gli wziąć udziału w ewo­lu­cji, której treścią - mimo całego znie­kształce­nia - było wy­zna­nie mor­der­stwa popełnio­ne­go na Bogu, mogłyby być przed­mio­tem osob­ne­go stu­dium. W ten sposób Żydzi nie­ja­ko wzięli na sie­bie tra­giczną winę; mu­sie­li za nią ciężko od­po­ku­to­wać". I tak Żydzi zo­sta­li uzna­ni za win­nych swo­ich cier­pień, dla każdej zbrod­ni prze­ciw­ko nim mój brat zna­lazł uspra­wie­dli­wie­nie. Zro­bił to wte­dy, gdy jego na­ro­do­wi po­trzeb­ne było wspar­cie, wte­dy gdy krew, która płynęła w na­szych żyłach, za­marła w prze­rażeniu, tak jak w prze­rażeniu za­marła krew w żyłach na­szych przodków.

Wie­le lat przed na­pi­sa­niem Mojżesza mój brat z mle­kiem mat­ki wy­ssał go­rycz przepędza­nych z jed­ne­go kra­ju do dru­gie­go, przeklętych z po­wo­du in­nej wia­ry i in­ne­go po­cho­dze­nia, pa­lo­nych na sto­sie, po­nie­waż inni, którzy uważali się za pra­wo­wierców, przez wie­ki kłam­li­wie ob­wi­nia­li ich o to, że rzu­cają tru­ciznę do stud­ni, że przy­noszą dżumę, że za­war­li pakt z Diabłem; już z mle­kiem na­szej mat­ki mój brat skosz­to­wał tego gorz­kie­go sma­ku. Wy­ssa­liśmy to gorz­kie doświad­cze­nie przodków z mle­kiem mat­ki, a po­tem za­po­mnie­liśmy o nim - chcąc należeć do no­wej Eu­ro­py, nie pomyśleliśmy, że Eu­ro­pa pew­ne­go dnia po­now­nie obróci w naszą stronę swoją krwiożerczą paszczę; wierząc w nową Eu­ropę, za­po­mnie­liśmy o lo­sie na­szych bli­skich i da­le­kich przodków, za­po­mnie­liśmy o ich krwi, którą prze­la­no, po­nie­waż byli in­nej krwi, za­po­mnie­liśmy o lo­sie nie­zli­czo­nych poniżanych, kłam­li­wie ob­wi­nia­nych, wypędza­nych, męczo­nych, uśmier­ca­nych, za­po­mnia­nych na­wet przez Boga i Diabła. Więc i my za­po­mnie­liśmy o nich, za­po­mnie­liśmy o ich krwi. I kie­dy mój brat przy­po­mniał so­bie o nich, o tych, których krew no­si­my, o ich cier­pie­niach na­po­mknął je­dy­nie przy oka­zji, kie­dy za te cier­pie­nia ob­wi­nił ich sa­mych, cier­piących: "W ten sposób Żydzi nie­ja­ko wzięli na sie­bie tra­giczną winę; mu­sie­li za nią ciężko od­po­ku­to­wać".

Przez całe życie mój brat próbował w swo­ich dziełach udo­wod­nić, że esencją ludz­kie­go rodu jest wina: każdy był wi­no­wajcą, bo każdy kie­dyś był dziec­kiem, a każde dziec­ko w wal­ce o miłość mat­ki życzyło śmier­ci swo­je­mu prze­ciw­ni­ko­wi - ojcu. Tak mówił mój brat Zyg­munt. Ob­wi­niał naj­bar­dziej nie­win­nych; naj­bar­dziej nie­win­ni i bez­rad­ni no­si­li ten grzech pier­wot­ny - tych, którzy do­pie­ro zaczęli życie, ob­wi­niał za to, że życzą śmier­ci tym, którzy im to życie dali. Prócz winy, do której, jak mówił, po­czu­wa się każda ludz­ka isto­ta, so­bie przy­pi­sy­wał jesz­cze jedną - pamięta, twier­dził, że już jako półto­ra­rocz­ny chłopiec życzył śmier­ci nowo na­ro­dzo­ne­mu bra­tu Ju­liu­szo­wi, który zmarł sześć mie­sięcy później. Mój brat był więc Ka­inem i do nie­go skie­ro­wa­ne były słowa boże: "Cóżeś uczy­nił? Krew bra­ta twe­go głośno woła do mnie z zie­mi"2. Był też jak Noe, który przed Po­to­pem schro­nił w arce swoją ro­dzinę i "wszel­kie ga­tun­ki zwierząt, bydła, zwierząt pełzających po zie­mi, wszel­kiego ptac­twa i istot ze skrzydłami" - tyl­ko dla nas czte­rech na liście mo­je­go bra­ta nie zna­lazło się miej­sce. Był Edy­pem, był Ka­inem, był Noem, a w tych ma­rze­niach, do których nie chciał się przy­znać, był pro­ro­kiem i dla­te­go ode­brał Żydom Mojżesza - on sam chciał być je­dy­ny, ni­czyj, bez­grzesz­ny, i ta­kim właśnie wy­obrażał so­bie człowie­ka, który przez lu­dzi zo­stał okrzyk­nięty tym, kim mój brat chciał być. Tak jak Mojżesz powiódł je­den naród w stronę wol­ności zie­mi obie­ca­nej, mój brat chciał po­wieść ludz­kość w stronę oswo­bo­dze­nia własne­go Ja, w stronę oswo­bo­dze­nia ludz­kie­go losu z okowów uci­sku i mrocz­nych głębin nieświa­do­mości. I dla­te­go z każdej stro­ny książki o Mojżeszu mój brat jak­by wy­krzy­ku­je: "Ani on, ani ja nie je­steśmy Żyda­mi; ja, tak jak i on, je­stem je­dy­nym wo­dzem i pro­ro­kiem!".

W dniu kie­dy mój brat na za­wsze wy­je­chał z Wied­nia, wie­czo­rem moje sio­stry ci­cho mówiły, że te­raz naj­ważniej­sze jest, by Zyg­munt z Lon­dy­nu z po­mocą swych przy­ja­ciół jak naj­szyb­ciej umożliwił wy­jazd również nam. Słuchałam słów mo­ich sióstr, które prze­po­wia­dały okro­pieństwa - a przed mo­imi przy­mkniętymi oczy­ma miast apo­ka­lip­tycz­nych zda­rzeń, o których mówiły sio­stry, po­ja­wiał się tyl­ko wy­pro­sto­wa­ny, opa­trzo­ny pa­lec wska­zujący mo­je­go bra­ta, grożący w po­wie­trzu.

W ciągu mie­sięcy po wyjeździe cza­sa­mi dzwo­niły z Lon­dy­nu Mar­ta i Anna, opo­wia­dały o no­wych ope­ra­cjach jamy ust­nej Zyg­mun­ta, że rana się goi, ale nie po­zwa­la mu mówić. Rak tak bar­dzo uszko­dził mu również słuch, że po­ro­zu­mie­wał się z nimi, pisząc. Wspo­mniałam czas, kie­dy byliśmy dziećmi i mój brat uczył mnie pisać. Mar­ta i Anna po­wie­działy nam, że miesz­kają w pięknym domu na ci­chym lon­dyńskim przed­mieściu, i ciągle za­pew­niały nas, że przy­ja­cie­le Zyg­mun­ta robią wszyst­ko, żebyśmy do­stały wizy wy­jaz­do­we z Au­strii, i że dołączy­my do nich w ich no­wym domu.

A my czte­ry na­uczyłyśmy się żyć w stra­chu; nie był to strach przed śmier­cią, lecz przed tor­turą. Na ręka­wach mu­siałyśmy nosić gwiazdę Da­wi­da, by władze mogły eg­ze­kwo­wać wszyst­kie za­ka­zy skie­ro­wa­ne prze­ciw Żydom: nie mo­gliśmy już cho­dzić do te­atru, ope­ry, na kon­cer­ty; nie mo­gliśmy cho­dzić do re­stau­ra­cji i parków; nie mo­gliśmy jeździć taksówką; mo­gliśmy jeździć tram­wa­jem, ale je­dy­nie w ostat­nim wa­go­nie; mo­gliśmy wycho­dzić z domu, ale je­dy­nie w dokład­nie określo­nych go­dzi­nach; wyłączo­no nam te­le­fo­ny i wol­no nam było ko­rzy­stać tyl­ko z dwóch urzędów pocz­to­wych w mieście.

Był wrześnio­wy dzień, kie­dy do na­sze­go domu przy­szedł je­den z synów bra­ta mo­jej przy­ja­ciółki Kla­ry i po­wie­dział, że Kla­ra umarła w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym Gniaz­do, w którym żyła od lat. Za­py­tał, czy pójdę z nim na po­grzeb. Moje sio­stry były u sąsiad­ki; na kart­ce na­pi­sałam im, dokąd poszłam.

Kil­ka mie­sięcy wcześniej nowe władze miej­skie zarządziły, by zmarłych w kli­ni­kach spe­cja­li­stycz­nych nie cho­wać na cmen­ta­rzu miej­skim, lecz w par­kach szpi­tal­nych. Tak też ich za­ko­py­wa­no, w par­ku, w płyt­kim dole, i nie w trum­nie, lecz w przeście­ra­dle.

Weszłam do sali, w której leżała mar­twa Kla­ra. Po­wie­dzie­li mi, że zmarła we śnie; twarz miała tak spo­kojną, że nie można było na niej za­uważyć śladu ani snu, ani życia, ani umie­ra­nia. Leżała sku­lo­na jak za­wsze, gdy spała, ze zgiętymi no­ga­mi, z głową opusz­czoną na pierś, z rękami przy­ciśniętymi do brzu­cha. Jej ciało było już sztyw­ne. Owinęliśmy ją taką sku­loną w przeście­radło.

- Jak płód - po­wie­działam, kie­dy wy­no­szo­no ją z po­ko­ju, który na­zy­wała ma­cicą.

- Zbyt duża jak na płód, zbyt mała jak na człowie­ka - od­rzekł któryś z dok­torów.

Rze­czy­wiście, nikt by nie pomyślał, że w przeście­radło za­wi­nięte zo­stało ludz­kie ciało.

Lało jak z ce­bra, do par­ku wyszło nas le­d­wie dwa­naścio­ro. Inni pa­cjen­ci sta­li w oknach szpi­ta­la i pa­trzy­li przez kra­ty. Włożyliśmy przeście­radło z ciałem do wy­ko­pa­ne­go dołu. Lu­dzie łopa­ta­mi z błotnistą zie­mią przy­sy­pa­li ma­te­riał.

Kie­dy późnym popołudniem wróciłam do domu, za­stałam moje sio­stry siedzące przy sto­le w ja­dal­ni. Róża spoj­rzała na mnie za­czer­wie­nio­ny­mi oczy­ma i rzekła:

- Dzwo­niła Anna. Zeszłej nie­dzie­li zmarł Zyg­munt.

- Umarła Kla­ra. Zeszłej nocy - po­wie­działam.

- Skre­mo­wa­li go.

- Dziś po­cho­wa­liśmy ją w par­ku szpi­tal­nym. Wy­ko­pa­liśmy płytki grób. Nie mie­liśmy trum­ny. Za­winęliśmy ją w przeście­radło. Padało.

Za oknem lało. Kro­ple desz­czu ude­rzały moc­no w okna, dźwięk kro­pel ude­rzał w na­sze słowa.

Poszłam do swo­je­go po­ko­ju. Położyłam się na łóżku, myślałam o bra­cie. Nie próbowałam wy­obra­zić so­bie ostat­nich chwil jego życia. Nie próbowałam do­strzec w myślach, jak leży le­d­wo zdol­ny do ru­chu, nie chciałam słyszeć, jak ostat­kiem sił próbuje złapać i wypuścić od­dech, nie chciałam na­wet wie­dzieć, co mu prze­la­ty­wało przez głowę w tych chwi­lach - czy męczyło go wspo­mnie­nie sióstr, które wciąż dzwo­niły do jego domu i pro­siły, żeby pomógł im wy­je­chać z Wied­nia, czy miał wy­rzu­ty su­mie­nia po­wo­do­wa­ne przy­pusz­cze­niem, że do obozów śmier­ci zo­staną wysłane również one. Nie próbowałam so­bie wy­obra­zić ostat­nich chwil jego życia, wy­star­czyła mi świa­do­mość, że umarł, że jest spo­koj­ny, bez bólu ciała, bez gorączki du­szy, po­nie­waż na tam­tym świe­cie du­sza na pew­no uwal­nia się od wszyst­kich udręk i sa­mo­oskarżeń. Tyl­ko gdy jest tu­taj, du­sza nie może się w pełni prze­ko­nać, że wszyst­ko jest tak, jak po­win­no być, i że zro­biła to, co mu­siała uczy­nić, by spełnić jakiś wyższy, nie­od­gad­nio­ny dla nas plan.

Obu­dziłam się spo­co­na; na zewnątrz deszcz prze­stał padać i mrok wpa­dał przez ciem­ny gra­nat chmur. Pamiętałam to, co mi się śniło; w moim śnie Zyg­munt był mar­twy.

- Je­stem strasz­nie sam - po­wie­dział. - Cho­ciaż "sam" nie jest od­po­wied­nim słowem. Ktoś może czuć się sam je­dy­nie wte­dy, gdy ist­nieją inni. Spójrz, nie ma ni­ko­go wokół. Nie ma tu ni­ko­go.

- Wszy­scy są tu­taj - od­po­wie­działam mu.

Pokręcił głową.

- Nie, nie ma ni­ko­go - od­rzekł.

- Wszy­scy są tu­taj - powtórzyłam. - Mu­sisz ich tyl­ko po­szu­kać.

- Szu­kam - po­wie­dział. - Ale ni­ko­go nie ma. I wszyst­ko tu­taj jest pu­ste. Spójrz - tyl­ko światło i nic poza nim. A gdy światło jest samo, bez ni­cze­go wokół, ono też jest pu­ste, bez treści, to naj­strasz­niej­sze więzie­nie, z którego nie można uciec, bo nie ma dokąd ucie­kać. Wszędzie mar­twe światło. I ni­ko­go w tym świe­tle.

- Wszy­scy są tu­taj - po­wie­działam - ale ty zbyt je­steś za­pa­trzo­ny w sie­bie i nie po­tra­fisz do­strzec in­nych.

- Nie - od­rzekł. - Nie ma ni­ko­go. A może tak wygląda śmierć: ist­nieć na za­wsze, być świa­do­mym i być zupełnie sa­mot­nym. Zupełnie sa­mot­nym. Byłoby le­piej, gdy­bym po śmier­ci po pro­stu zniknął, rozpłynął się. Kie­dyś wie­rzyłem, że tak właśnie jest po śmier­ci. Na­wet wi­zja naj­strasz­niej­sze­go piekła jest mniej okrop­na niż to przeklęte od­osob­nie­nie, niż to wiecz­ne czu­wa­nie w mar­twej pu­st­ce.

- Nie - po­wie­działam. - Wszy­scy je­steśmy tu­taj. Tyl­ko odwróć wzrok od sie­bie. Wszy­scy tu je­steśmy, i mar­twi, i żywi.

- Przy­najm­niej ty zo­stań - po­wie­dział.

- Ja zo­staję. Wszy­scy zo­stajemy. Ty je­dy­nie mu­sisz nas za­uważyć.

- To jest kara - rzekł i za­cisnął dłonie w pięści, po­wo­li zbliżając je do głowy. - Uka­ra­no mnie tą straszną pustką - po­wie­dział i po­chy­lając głowę, ude­rzył czołem w pięści. - I wiem, dla­cze­go mnie uka­ra­no.

- To nie jest kara - od­po­wie­działam.

- Znam swoją winę - od­rzekł, patrząc w pięści. - Wy­bacz mi.

- Nie mam ci cze­go wy­ba­czyć - od­po­wie­działam. - Nie zro­biłeś nic złego. Nie zro­biłeś tyl­ko tej jed­nej do­brej rze­czy. Wszy­scy w życiu nie wy­ko­rzy­stu­je­my możliwości zro­bienia wie­lu do­brych rze­czy. I nie możemy prze­wi­dzieć, które z tych nie­do­pa­trzeń po­zwo­li złu kogoś pochłonąć.

- Wy­bacz mi - od­rzekł.

Jego twarz po­wo­li zaczęła się zmie­niać, zaczął cofać się w cza­sie, o lata. Po­tem zaczął się zmniej­szać, do­szedł do wie­ku, w którym go nie znałam, wie­ku przed moim uro­dze­niem; zmniej­szał się co­raz bar­dziej i bar­dziej, aż w końcu stał się nie­mowlęciem. Na­gim, płaczącym nie­mowlęciem. Wzięłam go na ręce, od­kryłam moją ob­wisłą, po­marsz­czoną pierś, pod­sunęłam mu pod usta. Po­czułam dziwną przy­jem­ność pod wpływem do­ty­ku jego warg na sut­ku, kie­dy pił mle­ko z mo­jej zwiędłej pier­si. I budząc się, wie­działam, że się budzę, i żałowałam, że ta przy­jem­ność kar­mie­nia nie po­trwa długo.

Po śmier­ci na­sze­go bra­ta Pau­li­na, Ma­ria, Róża i ja cho­dziłyśmy cza­sem do ka­mie­ni­cy, w której żył do mo­men­tu wy­jaz­du z Wied­nia, i spoglądałyśmy w okna jego miesz­ka­nia. Te­raz zaj­mo­wał je jakiś człowiek w mun­du­rze. Od cza­su do cza­su od­wie­dzała nas jakaś sąsiad­ka, jakaś zna­jo­ma i wte­dy wspo­mi­nało się o tym, że za­cznie się woj­na, "jesz­cze jed­na wiel­ka woj­na", tak mówili wszy­scy, a po­tem woj­na rze­czy­wiście wy­buchła. Zaczęła się mo­bi­li­za­cja młodych i wysyłka na front, sporządza­ne były li­sty, według których miesz­kańców na­szej dziel­ni­cy pa­ko­wa­no do pociągów i na za­wsze wywożono z Wied­nia. Mówio­no, że wysyłają ich na ro­bo­ty przy­mu­so­we, ale my wie­działyśmy, że wiozą ich do obozów śmier­ci. Wie­działyśmy i cze­kałyśmy na swoją ko­lej. Pew­ne­go ran­ka żołnie­rze roz­nieśli po ka­mie­ni­cach na na­szej uli­cy pi­sma z in­strukcją, co możemy ze sobą wziąć, i roz­ka­zem, byśmy dwu­dzie­ste­go dzie­wiątego czerw­ca tego roku, czy­li 1942, o szóstej rano po­ja­wiły się na dwor­cu ko­lejowym na końcu dziel­ni­cy, w której miesz­kałyśmy.

Ran­kiem, dzień przed wy­jaz­dem, w małych ku­fer­kach ze­brałyśmy to, co było nam po­trzeb­ne do końca życia. Popołudnie spędziłam, prze­cha­dzając się po po­ko­jach; szłam z jed­ne­go po­miesz­cze­nia do dru­gie­go: to było moje pożegna­nie z do­mem. W tym cza­sie moje sio­stry oglądały al­bu­my ze sta­ry­mi fo­to­gra­fia­mi - śmiały się z ubrań, które nosiłyśmy pół wie­ku temu, z poważnych twa­rzy, z ze­sztyw­niałych w mo­men­cie fo­to­gra­fo­wa­nia ciał, od cza­su do cza­su słyszałam ja­kieś wes­tchnie­nie, z pew­nością na myśl o kimś na fo­to­gra­fii, kto umarł, naj­praw­do­po­dob­niej na wspo­mnie­nie dzie­ci Róży i Ma­rii. Jesz­cze nie za­padł mrok, kie­dy po­czułam zmęcze­nie i prze­stałam spa­ce­ro­wać po miesz­ka­niu, a moje sio­stry nadal przeglądały al­bu­my. Ma­ria i Róża opo­wia­dały Pau­li­nie, co widzą na zdjęciach, a Pau­li­na pod­py­ty­wała, prze­su­wała pal­ca­mi po gład­kiej czar­no-białej po­wierzch­ni.

Tej nocy spałam spo­koj­nie, a kie­dy zbu­dziłam się o świ­cie, stanęłam przed krwa­wym śla­dem na ścia­nie obok mo­je­go łóżka. Bla­dy ślad, bled­szy na­wet od star­cze­go ist­nie­nia, zo­sta­nie tu po moim odejściu, a po­tem i ten ślad znik­nie ra­zem ze ścianą, ra­zem z moim do­mem. Usta­mi, które jak gdy­by wy­pusz­czały ostat­nie tchnie­nie du­szy, a nie całowały, pocałowałam ten za­su­szo­ny krwa­wy ślad. Po­tem obu­dziłam sio­stry; zjadłyśmy śnia­da­nie, wzięłyśmy wa­liz­ki w dłonie i ru­szyłyśmy. Gdy stałyśmy na pro­gu na­sze­go domu, Pau­li­na po­wie­działa:

- Nie za­po­mnij­my wziąć zdjęć.

Róża i Ma­ria sprze­ci­wiły się, ale ja otwarłam moją wa­lizkę i włożyłam do niej dwa al­bu­my z fo­to­gra­fia­mi.

- Wa­liz­ka ci się roz­pad­nie, tak bar­dzo jest prze­pełnio­na - po­wie­działa Ma­ria i miała rację. Byłyśmy jesz­cze na na­szej uli­cy, kie­dy wa­liz­ka pękła i ra­zem z mo­imi rze­cza­mi i al­bu­ma­mi spadła na zie­mię. Wyciągnęłam z al­bumów tyl­ko jedną starą fo­to­gra­fię - byłyśmy na niej my, sio­stry, nasi bra­cia i nasi ro­dzi­ce - i włożyłam ją między prawą pierś a biu­sto­nosz. Z roz­pad­niętej wa­liz­ki wyjęłam je­dy­nie to, co nie było moje, i włożyłam między lewą pierś a biu­sto­nosz.

- Po co ci ta nie­mowlęca cza­pecz­ka? - skar­ciła mnie Ma­ria.

- Nie­mowlęca cza­pecz­ka? - zdzi­wiła się Pau­li­na.

- Między lewą pier­sią a biu­sto­no­szem - wyjaśniła jej Ma­ria.

- Część two­ich rze­czy możemy włożyć do na­szych wa­li­zek - za­pro­po­no­wała Róża.

Ich wa­liz­ki też już były prze­pełnio­ne.

- Zbliża się czas, kie­dy po­win­nyśmy być na dwor­cu - po­wie­działam. - A fo­to­gra­fia i cza­pecz­ka mi wy­starczą.

- Nie wiem, po co ci ta cza­pecz­ka - po­wie­działa Ma­ria. - A zo­sta­wiasz tyle rze­czy, które będą ci po­trzeb­ne.

- Już po­wie­działam - to, co jest mi po­trzeb­ne, wzięłam.

Szłyśmy w stronę dwor­ca ko­le­jo­we­go, a uli­ce pogrążone były we śnie: każdy ob­raz pod­po­wia­dał, że tu­taj jest życie - pa­ra­sol opar­ty o jakąś ławkę, kwia­ty na bal­ko­nach, ko­lo­ro­wa piłka na chod­ni­ku, a wszyst­ko wy­zby­te ludz­kiej obec­ności, jak­by nikt nig­dy tu­taj nie miesz­kał. Z niektórych części dziel­ni­cy do­cho­dziły jed­nak odgłosy życia i skie­ro­wałyśmy się w ich stronę. Do­tarłyśmy do długiej ko­lej­ki lu­dzi, którzy szli, jak mo­gli naj­szyb­ciej, tak szyb­ko, jak po­zwa­lały im bagaże, które nieśli. Za niektórymi z tych lu­dzi biegły ich dzie­ci.

Wi­działam lu­dzi moc­no za­ci­skających dłonie na uchwy­tach wa­li­zek, niektórzy obej­mo­wa­li tor­by rękoma i przy­ci­ska­li do pier­si, przy­tu­la­li sil­nie, jak­by ze­bra­li w nich całe swo­je życie i te­raz mie­li na­dzieję, że je, złapa­ne i ściśnięte między pier­siami i rękami, uchro­nią, że przeżyją. Wie­działyśmy, że idą w stronę dwor­ca ko­le­jo­we­go. Wmie­szałyśmy się między nich, podążyłyśmy za nimi.

Na dwor­cu ko­le­jo­wym sta­li żołnie­rze, którzy przej­rze­li na­sze do­ku­men­ty, a po­tem ka­za­li nam wejść do pociągu to­wa­ro­we­go, który już cze­kał.

Nie wiem, jak długo je­chałyśmy. Kie­dy wyszłyśmy z pociągu, przy­wi­ta­li nas żołnie­rze i wpro­wa­dzi­li do mia­stecz­ka ogro­dzo­ne­go mu­rem. Dali nam chleb i wodę i usta­wi­li w rzędzie, by przej­rzeć na­sze do­ku­men­ty, za­pi­sać na­zwi­ska, daty uro­dze­nia, ad­re­sy i za­de­cy­do­wać, gdzie nas za­kwa­te­rują. Różę, Marię, Pau­linę i mnie dołączy­li do gru­py około dwu­dzie­stu ko­biet w na­szym wie­ku i ta­kie zgar­bio­ne, chwiej­ne, z la­ska­mi w rękach, ze wzro­kiem, który próbował doj­rzeć coś więcej niż pustą prze­strzeń i sięgnąć da­lej niż na kil­ka łokci wokół sie­bie, za­pro­wa­dzi­li do po­bli­skich ba­raków. Wpro­wa­dzi­li nas do jed­ne­go z nich - w długim, cia­snym po­miesz­cze­niu wzdłuż ścian były usta­wio­ne w dwóch rzędach set­ki łóżek. Na większości tych łóżek leżały star­sze ko­biety. Niektóre zwróciły wzrok w naszą stronę, gdy weszłyśmy, inne da­lej pa­trzyły tam, gdzie wcześniej - w su­fit, w podłogę lub drze­mały. Żołnie­rze ka­za­li nam wy­brać so­bie jakąś wolną pryczę i wy­szli z ba­raku. Szu­kałyśmy z sio­stra­mi czte­rech wol­nych prycz obok sie­bie; ja poszłam do naj­bliższej wol­nej. Każda z nowo przy­byłych po­sta­wiła swo­je rze­czy pod wy­branym łóżkiem. Ja nie miałam nic do po­sta­wienia pod łóżkiem. Po­tem położyłyśmy się na tych le­go­wi­skach zbi­tych z de­sek i zasłanych sta­ry­mi ko­ca­mi. Czułam, jak gryzą mnie pchły. Po podłodze od cza­su do cza­su prze­bie­gał jakiś szczur. W po­miesz­cze­niu po­wo­li robiło się ciem­no. Żarówka na zewnątrz ba­raku, umiesz­czo­na bli­sko okna, pod którym stała moja pry­cza, po­zwa­lała mi wi­dzieć kil­ka metrów po­miesz­cze­nia wokół mnie. Po­zo­stałą część pochłaniał mrok. Próbowałam zasnąć, nie udało mi się. Po­cie­rałam miej­sca na ze­sztyw­niałych mięśniach, gdzie gryzły mnie pchły, słyszałam jęki niektórych ko­biet. Łóżko na lewo ode mnie było pu­ste. Gdzieś w głębi nocy w mro­ku za­skrzy­piały drzwi, usłyszałam kro­ki. Jakaś ko­bieta położyła się na pu­stej pry­czy. Wie­kiem nie pa­so­wała do nas, sta­rych ko­biet. Miała około pięćdzie­sięciu lat. Po­wo­li prze­sunęłam się na krawędź mo­je­go łóżka i szep­tem po­ko­nałam prze­strzeń między nami:

- Gdzie my je­steśmy?

Otwarła oczy i od­po­wie­działa:

- W Te­re­zi­nie.

Nie za­py­tałam o nic więcej.

Następne­go ran­ka, kie­dy się obu­dziłam, łóżko na lewo ode mnie było pu­ste. Przy­szli żołnie­rze i wpro­wa­dzi­li nas do stołówki w dru­giej części ba­ra­ku. Siadłyśmy na długich wąskich ław­kach wzdłuż stołów, które ciągnęły się od jed­ne­go do dru­gie­go końca po­miesz­cze­nia. Jadłyśmy chleb z łyżeczką masła i piłyśmy her­batę, a po­tem wyszłyśmy przed ba­rak. Let­nie słońce nie mogło nas ogrzać, trzęsłyśmy się i po­cie­rałyśmy dłonie jed­na o drugą, a po­tem prze­su­wałyśmy nimi w górę i w dół, od ud do ko­lan. Kie­dy wróciłyśmy na obiad do stołówki, znów po­ja­wiła się ko­bie­ta, która spała na pry­czy koło mnie. Usiadła obok.

- Jadłospis jest za­wsze ten sam - uśmiechnęła się. - Na śnia­da­nie chleb z odro­biną masła i her­ba­ta. Na obiad chleb i zupa z so­cze­wi­cy. A na ko­lację znów chleb i zupa z so­cze­wi­cy.

Po­ki­wałam głową. Słuchałam, jak ko­bie­ty wokół nas mówią o so­bie. Każda o swo­im życiu - o mężach, dzie­ciach, wnu­kach. Sta­rusz­ka, która przy sto­le sie­działa na­prze­ciw nas, a której na­zwi­sko, Jo­an­na Broch, po­znałam później, mówiła o swo­im synu Her­ma­nie. Sta­rusz­ka obok niej, Mia Kraus, z którą je­chałyśmy z Wied­nia, mówiła o swo­ich wnu­kach. Ko­bie­ta, która sie­działa obok mnie, za­uważyła, że słyszę cu­dze roz­mo­wy i że próbuję ich nie słuchać.

- To jest taki me­cha­nizm obron­ny przed tym, co jest tu i te­raz. Mówie­nie o tym, co było tam i kie­dyś - rzek- ła. Po­tem za­py­tała: - Je­steś tu z całą ro­dziną?

- Je­stem tu z sio­stra­mi - od­po­wie­działam i wzro­kiem po­ka­załam na pra­wo, gdzie sie­działy Pau­li­na, Ma­ria i Róża. - A ty? - spy­tałam.

Od­po­wie­działa, że jest z Pra­gi. Ma córki, jest roz­wie­dzio­na. Po­wie­działa, że jest szczęśliwa, bo przy­najm­niej córki, dzięki więzom krwi z oj­cem, są bez­piecz­ne w Pra­dze. Ja wspo­mniałam jej o mo­jej sio­strze An­nie, która za­raz po ślu­bie wy­je­chała do Ame­ry­ki; wspo­mniałam o bra­ciach, Zyg­mun­cie i Alek­san­drze.

Ona po­wie­działa:

- Ja też mam dwie sio­stry, Elli i Val­li. Wszyst­kie trzy tu je­steśmy. Miałyśmy też bra­ta, Fran­za.

Po­tem znów mil­czałyśmy. Po­wo­li jadłam zupę z so­cze­wi­cy. Moja rozmówczy­ni opuściła łyżkę do opróżnio­nej mi­ski. Rzekła:

- Za­wsze jem szyb­ko. Tak muszę. Po­ma­gam w ba­ra­kach, gdzie za­kwa­te­ro­wa­ne są dzie­ci przy­wie­zio­ne z domów sie­rot z Pra­gi i Wied­nia. Właśnie do nich idę - wstała. Położyła rękę na moim ra­mie­niu i po­wie­działa: - Na­zy­wam się Ot­tla. Ot­tla Kaf­ka.

- Mam na imię Adol­fi­na - od­po­wie­działam.

Za­cisnęła pal­ce na moim ra­mie­niu, uśmiechnęła się, cofnęła rękę, odwróciła się i wyszła z po­miesz­cze­nia.

Wie­czo­rem Ot­tla znów po­ja­wiła się w stołówce. Po­wo­li żułam so­cze­wicę, kie­dy za­py­tała:

- Przy­zwy­czaiłaś się do by­cia tu­taj?

Nie wie­działam, co po­wie­dzieć. Od­parłam, że aby się przy­zwy­czaić do by­cia "tu­taj", trze­ba wie­dzieć, co to za "tu­taj", a ja nie wiem. Ot­tla wyjaśniła:

- To jest obóz, tyle wiesz. Do zeszłej zimy było to mia­stecz­ko, po­tem wy­sie­dlo­no lu­dzi, którzy w nim miesz­ka­li, żeby przy­wieźć tu nas. Ko­bie­ty poniżej sześćdzie­siątki pra­cują po dwa­naście go­dzin dzien­nie. Bu­dują ba­ra­ki prze­zna­czo­ne dla no­wych grup lu­dzi, którzy do­pie­ro zo­staną przy­wiezieni, lub pra­cują w ogródkach, byśmy mie­li co jeść. Jeśli ktoś po tych dwu­na­stu go­dzinach nie jest wykończo­ny pracą, może robić to, czym się zaj­mo­wał przed przy­wiezieniem tu­taj. Są tu mu­zy­cy i ma­la­rze, ak­to­rzy i ba­let­ni­ce, pi­sa­rze i rzeźbia­rze. W ciągu dnia mie­szają tynk, noszą pia­sek, kują pręty lub kopią w polu. A wie­czo­rem przy­go­to­wują kon­cer­ty lub przed­sta­wie­nia ba­le­to­we. Albo też kom­po­nują, ma­lują, piszą... Mu­sisz przyjść na któryś z kon­certów lub na przed­sta­wie­nie.

Po­wie­działam:

- Daw­no nie byłam na kon­cer­cie ani na przed­sta­wie­niu. - Urwałam kawałek chle­ba, włożyłam do ust i zaczęłam żuć.

Od­rzekła:

- Naj­le­piej coś tu­taj robić. Mnie za­kwa­te­ro­wa­no w tym ba­ra­ku, żebym mogła wie­czo­ra­mi po­ma­gać star­szym ko­bie­tom, gdy­by po­czuły się źle, a w ciągu dnia po­ma­gać w ba­ra­kach, w których prze­by­wają dzie­ci. Z kil­ko­ma ko­bie­ta­mi uczy­my młod­sze dzie­ci czy­tać i pisać, a star­szym przy­bliżamy pod­sta­wy ma­te­ma­ty­ki, geo­gra­fii i hi­sto­rii. Ra­zem z dziećmi sprzątamy ba­ra­ki, przy­go­to­wu­je­my posiłki. Naj­le­piej coś tu­taj robić.

Następne­go dnia Ot­tla za­pro­wa­dziła mnie do jed­ne­go z ba­raków dla dzie­ci. W po­miesz­cze­niu, do którego weszłyśmy, dzie­siątki dzie­ci po­dzie­lo­ne były na kil­ka grup, każdą grupą opie­ko­wała się jed­na ko­bie­ta, która coś dzie­ciom objaśniała. Ot­tla za­uważyła, że cho­ciaż próbowałam słuchać, co ko­bie­ty mówią dzie­ciom, ich słowa prze­chodzą mi koło ucha.

- Wyjdźmy - po­wie­działa.

Usiadłyśmy na jed­nej z ławek pod sąsied­nim ba­ra­kiem.

- Tu­taj kwa­te­rują ko­bie­ty, które są w ostat­nich ty­go­dniach ciąży. Po­zo­stają w tym ba­ra­ku jesz­cze przez kil­ka dni po po­ro­dzie, a po­tem prze­noszą je z po­wro­tem do tych, w których prze­by­wały po przy­jeździe do Te­re­zi­na, i od razu za­czy­nają pra­co­wać. Jest je­den ba­rak, w którym parę ko­biet opie­ku­je się no­wo­rod­ka­mi. - Włożyła rękę do kie­sze­ni, a ja pomyślałam, że wyciągnie z niej ry­su­nek ko­bie­ty stojącej na krawędzi prze­paści. W ręce trzy­mała dwie fo­to­gra­fie. - To są moje córki, a to moje sio­stry, brat i ja. - Pogładziła pal­ca­mi po­wierzch­nię fo­to­gra­fii. - To wszyst­ko, co zo­stało z mo­je­go po­przed­nie­go życia. - Włożyła zdjęcia z po­wro­tem do kie­sze­ni. - Mój brat nie żyje już tak długo, że co­raz trud­niej mi przy­po­mnieć so­bie jego twarz. - Pogładziła ręką kie­szeń su­kien­ki. - Pamiętam tyl­ko jego jed­no opo­wia­da­nie, Sta­ry ka­wa­ler Blum­feld. Pew­nie nie pamiętam go dokład­nie, ale cza­sa­mi so­bie je opo­wia­dam. - Za­pa­trzo­na w kie­szeń zaczęła opo­wia­dać: - Wy­da­je się, że to strasz­ne być ka­wa­le­rem, ze­sta­rzeć się w wal­ce o za­cho­wa­nie god­ności; pro­sić o za­pro­sze­nie, chcąc spędzić wieczór z ludźmi; być cho­rym i z kąta swe­go po­ko­ju ty­go­dnia­mi oglądać pustkę; wchodząc do sy­pial­ni, za­wsze mówić "do­bra­noc"; nig­dy nie spie­szyć się po scho­dach za swoją żoną; w po­ko­ju mieć drzwi, które wiodą tyl­ko do po­kojów gościn­nych; mu­sieć za­chwy­cać się ob­cy­mi dziećmi, nie śmiejąc po­wta­rzać: "Ja nie mam dzie­ci"; kre­ować swój wygląd i za­cho­wa­nie na po­do­bieństwo jed­ne­go czy dwóch ka­wa­lerów, których pamiętasz ze swo­jej młodości. Tak właśnie będzie, tyl­ko że w rze­czy­wi­stości i dziś, i później będziesz stał tu­taj z na­ma­cal­nym ciałem i praw­dziwą głową, więc także z czołem, w które możesz ude­rzać ręką. - Po­tem odwróciła się w moją stronę i po­wie­działa: - Tak jak­by w tych słowach było wszyst­ko, co po nim po­zo­stało. A gdzie są te wszyst­kie chwi­le, dni i lata, i wszyst­ko, co je wypełniało? Jak­by nie ist­niał...

Z ba­ra­ku wyszło kil­ka ko­biet i usiadło na ławce obok. Siedząc, trzy­mały ręce na brzu­chu, jak­by w ten sposób chciały uchro­nić płody w so­bie. Za­po­znałyśmy się - na­zy­wały się Lina i Ewa. Zaczęłyśmy roz­ma­wiać, ale Ot­tla po­wie­działa mi, że jest pora kąpie­li, i ru­szyłyśmy w stronę na­sze­go ba­ra­ku.

Pół go­dzi­ny później do po­miesz­cze­nia, które było naszą sy­pial­nią, gru­pa młodych lu­dzi przy­niosła kil­ka wiel­kich, pu­stych ba­lii i dzbanów pełnych wody. Ba­lie po­sta­wi­li na środ­ku, między dwo­ma rzędami łóżek, a dzba­ny obok ba­lii. Po­tem wy­szli. Ot­tla po­wie­działa:

- A te­raz po­spiesz się, póki jest woda.

Wi­działam, że wszyst­kie sta­rusz­ki roz­bie­rają się tak szyb­ko, jak tyl­ko mogą. Na wpół sztyw­ny­mi pal­ca­mi zry­wałyśmy z sie­bie ubra­nie, stałyśmy gołe, tyl­ko w skórze wiszącej na nas, z ob­wisłymi pier­sia­mi i brzu­cha­mi, z si­ny­mi żyla­ka­mi po­kry­wającymi na­sze nogi, z po­wy­krzy­wia­ny­mi rękami, z cuchnącym od­de­chem, który mie­szał się z kwaśnym za­pa­chem ciał. Jakaś sta­rusz­ka coś po­wie­działa, ale jej słowa zgu­biły się wśród dźwięków, które wy­da­wałyśmy, próbując do­trzeć jed­na przez drugą do ba­lii, by kub­kiem za­czerpnąć trochę wody z dzba­na, polać się nią, prze­je­chać ręką po cie­le i ze­trzeć z sie­bie jak naj­więcej bru­du. I wszyst­ko to nie trwało więcej niż kil­ka mi­nut, wody było tyle, by zmu­sić brud, żeby zaczął z nas spływać, ale nie żeby usunąć cały. Po­tem wy­tarłyśmy się ko­ca­mi i przeście­radłami, a następnie się ubrałyśmy. Ot­tla rzekła:

- Ciesz się, że przy­je­chałaś tu la­tem i będziesz mog- ła po­wo­li przy­zwy­czaić się do ta­kich kąpie­li. Kie­dy pierw­szy raz kąpałam się tu­taj, na zewnątrz wszyst­ko było za­mar­z­nięte.

We­szli młodzi lu­dzie, którzy wcześniej przy­nieśli ba­lie i dzba­ny, i za­bra­li je. Do­pie­ro wte­dy za­uważyłam, że Pau­li­na przez cały czas sie­działa na swo­jej pry­czy. Usiadłam obok niej. Po­znała mnie po ryt­mie od­de­chu i po­wie­działa:

- Ja się nie wykąpałam.

Po­tem Ot­tla wyszła z ba­ra­ku, a wróciła, gdy większość ko­biet już spała. Kie­dy położyła się na pry­czy, ci­cho za­py­tałam:

- Do kie­dy tu zo­sta­nie­my?

Ot­tla od­po­wie­działa:

- Im dłużej, tym le­piej. To nie jest praw­dzi­wy obóz, ale obóz-po-dro­dze, obóz-przy­sta­nek. Co jakiś czas ru­szają stąd pociągi z tysiącami lu­dzi do in­nych obozów. Tam jest in­a­czej. Pra­ca jest ciężka, strasz­nie ciężka. Tak mówią ci, którzy do­wie­dzie­li się cze­goś więcej o tam­tych obo­zach. Mówią, że cza­sa­mi wpro­wa­dzają tam lu­dzi do po­miesz­czeń, w których rze­ko­mo będą brać prysz­nic. I na­prawdę są tam prysz­nice, ale wyglądające jak atra­py. A po­tem pusz­czają trujący gaz i ich duszą. Mówi się o in­nych strasz­nych rze­czach, ale po co miałabym ci o tym opo­wia­dać... Dla­te­go le­piej jest zo­stać tu jak najdłużej. Póki zło nie ucich­nie. A po­tem wrócimy do domu - pod­su­mo­wała i za­mknęła oczy. Z tak za­mkniętymi ocza­mi po­wie­działa: - Nie po­wta­rzaj ni­ko­mu tego, co ci po­wie­działam. Nie­po­trzeb­na im wie­dza o in­nych obo­zach, wy­starczą im tu­tej­sze cier­pie­nia. To­bie też nie po­win­nam mówić. - Po chwi­li mil­cze­nia szepnęła: - Do­bra­noc. - I obróciła się na drugą stronę łóżka.

- Do­bra­noc...

Próbowałam zasnąć i długo kręciłam się w łóżku, myśląc o tym, co usłyszałam z ust Ot­tli.

Ran­kiem po śnia­da­niu poszłam przed ba­rak ciężar­nych. Na jed­nej z ławek sie­działy dwie ko­bie­ty, które po­znałyśmy z Ottlą po­przed­nie­go dnia, Lina i Ewa, i jesz­cze dwie inne. Siadłam na ławce od­da­lo­nej od nich, a kie­dy po ja­kimś cza­sie Lina i tam­te dwie ko­bie­ty poszły do ba­raku, Ewa po­deszła do mnie i za­py­tała, czy może się przy­siąść. Zaczęłyśmy roz­ma­wiać, za­py­tałyśmy się na­wza­jem, skąd je­steśmy. Po­wie­działa, że uro­dziła się w Pra­dze, jej oj­ciec był kup­cem, mat­ka pra­co­wała w zakładzie ochro­ny pra­cow­ników. Ona, Ewa, za­ko­chała się w ko­le­dze z kla­sy za­raz po ukończe­niu gim­na­zjum, po­bra­li się kil­ka lat później. Była w ciąży, kie­dy ra­zem z mężem do­sta­li po­wia­do­mie­nie, że są na liście do wywózki.

- Cza­sem naj­piękniej­sze rze­czy zda­rzają się w naj­cięższych cza­sach - po­wie­działa i spoj­rzała na swój brzuch. - Przy­wie­zio­no nas tu­taj pierw­szym trans­por­tem, zimą. Dali mi lekką pracę, w kuch­ni. Nie miałam pro­ble­mu z ciężką pracą jak inne ko­bie­ty tu­taj, nig­dy też nie po­czułam głodu. A na­wet w ciągu dnia przy­najm­niej byłam w cie­ple, bli­sko pie­ca. W in­nych miej­scach, poza kuch­nią, nie było ogrze­wa­nia. Wie­czo­ra­mi bałam się, że za­marznę, że za­marznie dziec­ko we mnie. Mąż dał mi swój koc, to jed­nak nie wy­star­czało, by mnie za­grzać. W nocy kładłam ręce na brzu­chu, żeby w ten sposób ogrzać dziec­ko. A po­tem przyszła wio­sna. Nie mie­rzyłam cza­su według dat i mie­sięcy, tyl­ko według ty­go­dnia ciąży, w którym byłam. Minęło trzy­dzieści dzie­więć ty­go­dni. Jesz­cze tyl­ko kil­ka dni. - Położyła ręce na brzu­chu. - A kil­ka dni temu mo­je­go męża wraz z setką in­nych lu­dzi za­bra­li do in­ne­go obo­zu - po­wie­działa, pod­niosła jedną rękę z brzu­cha i prze­tarła nią naj­pierw je­den, a po­tem dru­gi po­li­czek. - Za­nim wy­je­cha­li, po­wie­dziano im, że tam będzie im le­piej.

- Na pew­no jest im le­piej - po­wie­działam.

Kie­dy wróciłam do na­sze­go ba­ra­ku, poszłam pro­sto do ja­dal­ni, na obiad. Ot­tli nie było. Szyb­ko zjadłam zupę z so­cze­wi­cy i poszłam do po­miesz­cze­nia sy­pial­ne­go. Ot­tla sie­działa tam sama. Sie­działa obok swo­je­go łóżka i pa­ko­wała wa­lizkę. Na moim łóżku położyła część swo­ich ubrań. Po­wie­działa:

- Nie będzie mi to więcej po­trzeb­ne, a wiem, że przy­je­chałaś bez swo­ich rze­czy.

Po­dziękowałam i za­py­tałam:

- Wyjeżdżasz?

Od­po­wie­działa:

- Wyjeżdżam. Wysyłają wa­gon z setką dzie­ci do in­ne­go obo­zu. Żołnie­rze chcie­li, żeby po­je­chał z nimi ktoś do­rosły. Zgłosiłam się. - Ujęła i objęła dłońmi moją rękę. - Po­wie­działam dzie­ciom, że za­bie­ram je na wy­cieczkę.

Przy­tu­liła mnie, wzięła wa­li­zeczkę i wyszła. Przy­po­mniałam so­bie słowa, którymi opi­sy­wała zagładę w in­nych obo­zach. Wy­obra­ziłam ją so­bie, jak je­dzie z dziećmi w wa­go­nie to­wa­ro­wym, i kie­dy tak siedzą ściśnięci w mro­ku wa­go­nu, opo­wia­da im o podróży, która je cze­ka, obie­cu­je im mo­rze, za­ba­wy w pia­sku i pływa­nie. "A ja nie umiem pływać" - mówi jed­no z dzie­ci. "Na­uczysz się" - do­da­je mu od­wa­gi Ot­tla. Wy­obra­ziłam so­bie, jak wy­pro­wa­dzają ich z pociągu do obo­zu, pro­wadzą do po­miesz­cze­nia, w którym każą im się ro­ze­brać. Słyszałam Ottlę, jak mówi dzie­ciom, że naj­pierw muszą się wykąpać, i ra­dzi im, by za­pa­miętały, gdzie zo­sta­wiają ubra­nia, po­nie­waż po kąpie­li będą mu­siały szyb­ko się ubrać, żeby jak naj­szyb­ciej dojść na plażę. Kie­dy ją tak so­bie wy­obrażałam, wi­działam, że wsty­dzi się swo­jej nagości przed dziećmi, choć wstyd jest tym uczu­ciem, które naj­mniej nas do­ty­ka, kie­dy je­steśmy kil­ka kroków od śmier­ci. I robią te kil­ka kroków, wchodzą do ko­mo­ry z prysz­ni­ca­mi. Patrzą na prysz­ni­ce, i ona, i dzie­ci. Śmieją się, na­resz­cie się wykąpią w ciepłej wo­dzie, w wy­star­czającej ilości wody. Niektóre pod­noszą ręce do góry, cze­kając na stru­mień. A wte­dy za­miast wody z prysz­niców skądś roz­cho­dzi się trujący gaz. I Ot­tla pa­trzy na twa­rze dzie­ci, pa­trzy na skurcz ich twa­rzy, pa­trzy, jak te twa­rze zie­le­nieją, pa­trzy, jak usta otwie­rają się w po­szu­ki­wa­niu po­wie­trza, pa­trzy, jak pa­dają na podłogę, pa­dają jed­ne na dru­gie, czu­je też swoją słabość, własne du­sze­nie się, prze­kli­na swo­je wy­trzy­małe ciało, że umrze ostat­nia, patrząc na ich śmierć, i na ko­niec pada i ona, pada na dzie­cięce ciałka, pa­trzy, jak wy­wra­cają im się oczy, jak z ich ust za­czy­na płynąć krew, a po­tem czu­je, jak jej też coś pęka w pier­siach, wy­wra­ca oczy, wy­pusz­cza od­dech.

Całe popołudnie spędziłam w ba­ra­ku. Sie­działam na łóżku, pa­trzyłam na pustą pryczę Ot­tli, prze­rzu­całam z ręki do ręki rze­czy, które mi zo­sta­wiła: kil­ka par maj­tek, jedną su­kienkę, jedną spódnicę, dwie ko­szu­le, skar­pe­ty...

Kil­ka dni później Ewa uro­dziła. W cza­sie po­ro­du sie­działam na ławce przed ba­ra­kiem, a kie­dy wykąpali maleństwo, wpuścili mnie do środ­ka. Po­da­li mi małe ciało - trzy­małam córeczkę Ewy, cie­szyłam się. Pa­trzyłam to na ma­lutką, to na jej matkę, która zmęczo­na leżała na łóżku.

- A te­raz nie wiem, ja­kie imię jej dać - po­wie­działa Ewa. - Z mężem nig­dy nie pomyśleliśmy o imie­niu dla dziec­ka, chcie­liśmy tyl­ko, by uro­dziło się zdro­we. Gdy­bym mogła mu te­raz po­wie­dzieć... - za­szlo­chała. Kie­dy się uspo­koiła, po­pro­siła mnie, bym nadała małej imię.

- Ama­lia - po­wie­działam.

- Ama­lia - powtórzyła Ewa.

Każdego dnia cho­dziłam do ba­ra­ku ciężar­nych i położnic. Sia­dałam na łóżku Ewy i wpa­try­wałam się w nowe życie. Nowe życie od­dy­chało, pa­trzyło, mrużyło oczy, płakało, spało, ssało. Słuchałam Ewy, gdy mówiła mi o swo­ich na­dzie­jach na po­now­ne spo­tka­nie z mężem.

Pew­ne­go ran­ka po­wie­działam Ewie, że ja i po­zo­stałe sta­rusz­ki z na­sze­go ba­ra­ku zo­sta­nie­my wy­wie­zio­ne do in­ne­go obo­zu.

- Obie­caj mi - po­wie­działa - obie­caj mi, że po­szu­kasz tam mo­je­go męża. Paweł Pop­per. Za­pa­miętaj, proszę cię. Paweł Pop­per.

- Paweł Pop­per - powtórzyłam.

- Obie­caj mi, że tam, w tym obo­zie, po­szu­kasz go. I jeśli go znaj­dziesz, po­wiesz mu, że zo­stał oj­cem. Po­wiesz mu, że jego córka ma na imię Ama­lia. Po­wiesz mu, że u niej i u mnie wszyst­ko w porządku. I że pew­ne­go dnia znów się spo­tka­my. Obie­caj mi.

- Obie­cuję - po­wie­działam.

A po­tem mu­siałam iść. Wstałam, pocałowałam Ewę w czoło, pocałowałam Ama­lię w główkę i za­nim wyszłam, położyłam rękę nad ser­cem, pomiędzy biu­sto­no­szem a lewą pier­sią.

- Nic ci nie po­da­ro­wałam z oka­zji uro­dzin two­jej córecz­ki. Nie miałam nic do po­da­ro­wania. A te­raz so­bie przy­po­mniałam... - po­wie­działam i znad ser­ca, spo­między biu­sto­no­sza i le­wej pier­si wyciągnęłam dzier­ganą nie­mowlęcą cza­peczkę. - Tę cza­peczkę kupiłam przed wie­lo­ma laty. Jest star­sza od cie­bie. - Uśmiechnęłam się. Ewa też się uśmiechnęła. - Spójrz na nią. Jest na wpół roz­pru­ta. Nie wie­działam, dla­cze­go wzięłam ją ze sobą, ale te­raz wiem. Może zimą będzie po­trzeb­na Ama­lii.

Ewa złapała moją rękę, którą po­da­wałam jej cza­peczkę, i pocałowała ją.

Patrząc na dłoń, na której był nie­wi­dzial­ny ślad ust Ewy, po­wo­li ru­szyłam w stronę drzwi wyjścio­wych z ba­ra­ku. I kie­dy do nich do­tarłam, kie­dy je otwarłam, obróciłam się i zo­ba­czyłam, jak Ewa kar­mi pier­sią Ama­lię. Pa­trzyłam na nie, ten ob­raz drżał między stra­chem a na­dzieją. Pa­trzyłam na Ewę i Ama­lię, jak­bym chciała przez nie spoj­rzeć wstecz, w długą nić ma­tek i córek, nie tyl­ko tych ma­tek i córek, które płynęły w ich krwi, ale wszyst­kich ma­tek i córek od początku ludz­kości aż do tego mo­men­tu, jak­bym chciała zo­ba­czyć nić krwi w ich krwi. A po­tem obróciłam się i wyszłam.

To popołudnie spędziłam w łóżku. Co chwi­la pal­ca­mi pod­ciągałam przeście­radło o kil­ka cen­ty­metrów wyżej nad głowę i pa­trzyłam w białe, płócien­ne nie­bo.

Następne­go dnia wcisnęli nas do wa­go­nu to­wa­ro­we­go i roz­poczęła się na­sza podróż. W ciem­nym wa­go­nie, w którym wcześniej prze­wożono bydło i czuło się za­pach zwierząt, sie­działyśmy na podłodze, ściśnięte. Naj­bliżej mnie były Pau­li­na, Róża i Ma­ria. Je­chałyśmy długo.

Była noc, kie­dy wy­pchnięto nas z wa­gonów. Po­tem załado­wa­no nas do ciężarówek i po kil­ku mi­nu­tach wy­pchnięto z nich przed wejściem do bu­dyn­ku, który tonął w mro­ku. Jakaś ko­bie­ta w mun­du­rze po­wie­działa nam, że mu­si­my się wykąpać, za­nim nas za­kwa­te­rują. Po­wie­działa, żebyśmy się ro­ze­brały, za­nim przej­dzie­my do następne­go po­miesz­cze­nia, i żebyśmy za­pa­miętały, gdzie zo­sta­wia­my ubra­nie. Roz­bie­rałyśmy się po­wo­li. Kie­dy zdjęłam biu­sto­nosz, ra­zem z nim spadła pożółkła fo­to­gra­fia, na której byłyśmy my, sio­stry Freud, nasi bra­cia i nasi ro­dzi­ce.

Ka­za­no nam zbliżyć się do drzwi. Weszłyśmy do ciem­ne­go po­miesz­cze­nia. Za­mknięto za nami drzwi. Na­raz usłyszałyśmy jakiś szum. Po­czułam gorz­ki za­pach. Czy­jeś pal­ce za­cisnęły się na mo­ich pal­cach. Wie­działam, że to Pau­li­na. Wie­działam, że na jej twa­rzy i w tej chwi­li drży ten uśmiech, który ciągle wid­nie­je na twa­rzy niektórych nie­wi­do­mych, na­wet kie­dy kurczą się w okrop­nym i śmier­tel­nym stra­chu. Niektóre ze sta­ru­szek obok nas pisz­czały, inne się mo­dliły. Śmierć zbliżała się do mnie, śmierć była przede mną, za­mknęłam oczy w ob­li­czu swo­jej śmier­ci.