Signum Sanguinem. Mrok - Evanna Shamrock

Reflow text when sidebars are open.
You opened up the scars again
Consume me like a cancer
The more I try to walk away
The more you flaunt it in my face
Enticing me with all that I hate
I can't stop the pain
And I'm suffering
I want you erased
I've had enough...
Run and escape from the chains that weigh me down
Run, run and escape from all the lies,
From the fire that burns inside
And keeps blinding my eyes
I am drawing the line
I won't let you take my life,
I'm through with all your poison
I need this to die!
RED, Run and Escape
Trzy trucizny:
pożądanie, nienawiść, ignorancja.
Thomas Merton
Jest we mnie Ktoś, kto patrzy
poza moimi oczami.
Rabindranath Tagore
Ból. Czuł go w całym ciele. Jakby niewidzialna nić przeszywała go na wskroś, przenikała wszystkie zakamarki. Jego oddech był szybki, powoli jednak go uspokajał. Siedział na ziemi w kącie półnagi, okryty tylko cienkim kocem – w ciemności, która przesłoniła wszelkie światło. Miejsce przypominało ścieżkę wytyczoną przez tornado. Wokół niego leżały porozrzucane ubrania, kawałki materiałów i ostrych odłamków szkła. Zacisnął usta, złapał się za głowę i położył ją na kolanach, które trzęsły się jeszcze pod okryciem. Nie mógł za jego pomocą stłumić cierpienia. Pozwolił naruszyć powłokę swojej prywatności. Czuł się upokorzony. Jego pojedyncze części ciała rozpadły się. On także powoli znikał. Musiał jednak zabić część siebie.
Wstał z podłogi, po omacku szukając zniszczonej bluzy. Miał wrażenie, że od tamtej chwili czas przestał płynąć, i to działało na jego niekorzyść. Choć słyszał nieustanne stukanie, nie wiedział już, czy dochodziło z mechanizmu wiszącego na ścianie zniszczonego zegarka, czy z jego wnętrza. Może serce nie dawało rady udźwignąć tego, co przeżył. Stoczył się. Ciężki i raniący wstrząs, niczym upadek skaczącego z mostu samobójcy, który chciał o wszystkim zapomnieć. Nie liczył na to, myśląc, że jakoś uda mu się wybrnąć bez szwanku. Stało się inaczej: został zniszczony do cna. Nie mógł już przeżyć bez nakazu.
– Zrób to teraz, jak najmocniej, byleby tylko bolało. Bylebyś mógł słyszeć krzyk. Przemoc jest lepsza od obojętności, której tak nienawidzisz.
Uzależnienie. Głębokie uzależnienie go wyniszczało. Czuł się brudny, ale wiedział, że nawet długi prysznic nic mu nie pomoże, pogłębi jedynie nabyte już, krwawiące rany. Wciąż nie mógł wydostać się z tej ohydnej pustki. Przedtem chciał czymś ją wypełnić. Nie potrafił jednak w odpowiedniej chwili powstrzymać odruchu. Znowu musiał walczyć, udawał. Nie miał szczęścia. Prawdopodobnie minął się z nim kilka lat temu wśród gniewu i rozpaczy, gdy ktoś wpakował jego największy skarb do grobu, którego sam już nigdy nie odnajdzie. Stał teraz w miejscu swojego upadku, samotny i załamany. Martwy.
– Przyzwyczaisz się do bólu – słyszał wciąż. – Wkrótce będzie ci obojętny.
Okłamywano go. Wyobrażenia są inne od prawdy, rzeczywistość kaleczy. Dlatego tak często chciał ją odepchnąć. Ten pryzmat zmienia najpierw kolor oczu, sprawia, że widzi się świat w lepszych barwach, człowiek zapomina o prawdziwym sobie. A potem stopniowo zaczyna ślepnąć. Ciemność wkrada się w jego wnętrze powoli i ostrożnie. Dlaczego nie skorzystać, skoro jest tak otwarty?
On zaprosił ją do środka, a ona zamknęła za sobą drzwi i swoimi szponami złamała klucz, zakryła wszelkie wyjścia. Kazała cierpieć. Kazała krzyczeć. Kazała się poddać. Wiedział więc, że nie przywoła już snów, na które liczył. Poznanie prawdy jest wejściem w inny wymiar. Nie ma odwrotu, gdy coś wciąga w sieć kłamstw. Dał się złapać.
Dziwne uczucie znowu rozrywało go od środka, ale kazano mu je zagłuszyć. Dlaczego miałby słuchać tych, którzy chcą rzucać liny, kiedy sami toną? Nie dali mu porządnego przykładu, nie widział go nigdzie wokół. Ludzie to takie dziwne istoty. Gdy tylko poznają kogoś od innej strony, natychmiast traktują go jak odmieńca i wyrzutka. Potrafią zmienić zdanie w kilka nędznych sekund. On zaś był jednym z nich. Tego najbardziej się wstydził. Nic nie jest tak upokarzające, jak bycie częścią zbiorowiska śmieci, które każdy wyrzuca, ponieważ nie są potrzebne. Na wysypisko, margines. Tego dziedzictwa nienawidził. Ale jak miałoby udać mu się teraz je odrzucić? Zupełnie jak starą i podartą szmatę, którą niegdyś zbierał brudy. Teraz pożerały ją mole i zaczęła nieco śmierdzieć – jej zapach powoli dawał o sobie znać.
Rozdarcie jest okropne – nagle dzieli śmiertelnika na części i nawet nie wiadomo, z jakiego powodu. W tym stanie nie chciał pozostać za żadne skarby.
Nikt nie może poznać tej tajemnicy. Wolał ukrywać ją w worze kaźni, który rósł z każdym dniem i powoli zrywał się z powodu przygniatającego ciężaru. Czy koniecznie musi go targać przez życie jak inne, podobne istoty? Czyż nie był kowalem swojego losu, istotą z własną – wolną skądinąd – wolą? A jeżeli ona nie istnieje? Jeżeli wszystko to, co mu do tej pory wmawiano, było kolejną ułudą?
Pies przywiązany do smyczy, będący na każde zawołanie właściciela, nigdy nie będzie wolny. Będzie więźniem ukrytym w mroku krat. Ale on... nie jest jedną z części śmietniska. Nigdy nie zgodzi się na to, by nią być. Był nieświadomy tylu rzeczy. Niewiedza jest przerażająca i potrafi zabić. Nie może stać się kolejną ofiarą.
Zacisnął pięści i szybko otarł twarz. Zapalił małą latarkę – lekko rozświetliła panujący w pokoju mrok. Błysnęła na ciemne niczym kasztany włosy i pełne nienawiści spojrzenie. Trochę małych, dla innych zupełnie niewidocznych piegów pokrywało jego zmęczoną twarz. Zmierzwił swoją gęstą, brunatną czuprynę i zrzucił nieco włosów na oczy, próbując je zakryć. Gdy udało mu się stworzyć prowizoryczną grzywkę, wziął kawałek wacika. Nasączył go jodyną, przecierając wszystkie rany. Największe skaleczenia owinął bandażem i narzucił na siebie rozciągniętą bluzę z kapturem; nie miała zamka. Zabrał z szafy zniszczone spodnie i buty. Przemył twarz wodą, znajdującą się w szklance na biurku, następnie otarł ją ręcznikiem. Naciągnął kaptur na głowę, wyjął spod materaca skradziony niedawno nóż. Wyłączył latarkę i otworzył małą szafkę. Włożył wszystkie swoje rzeczy do wiszącego na uchwycie łóżka plecaka, który potem zarzucił na siebie.
Odetchnął głęboko, podchodząc do okna. Złapał za przerdzewiałą klamkę i uchylił je najciszej, jak tylko potrafił. Nocne niebo wyglądało czarująco. Tak dokładnie o nim pomyślał. Matka często porównywała dzień i noc do dwóch postaci, które przemieniały się zależnie od okazji, korzystając ze swoich atrybutów. Trudno było mu pożegnać się z tą opowieścią. Słyszał oddalony o kilometry szum. Kilka gwiazd wisiało na ciemnym już nieboskłonie, księżyc zaś zakryła mikra chmura. Czuł zapach trawy i zieleni porastającej teren.
Zamknął okno za sobą, wchodząc na parapet. Mieścił się na nim, nie był tak wysoki jak pozostali. Niestety, miał to w genach. Spoglądając na położoną jakiś metr od okna drabinę, naciągnął na dłonie czarne rękawiczki bez palców i poprawił bandaże. Odetchnął głęboko i skoczył, uderzając o metalowe pręty. Bał się, że zbyt wiele osób to usłyszy. Chwycił za kratę i zdecydowanymi ruchami schodził na dół.
Wyciągnął swój nóż i powoli kręcił nim w okiennych kłódkach, które miały chronić wejście do pomieszczenia. Po kilku minutach męczącej pracy zasuwy ustąpiły. Chłopak odsunął kraty, dostał się do zaciemnionego wnętrza. Wskoczył do środka.
Zaczął przeglądać to, co się tam znajdowało. Wyciągnął z kieszeni małą latarkę i włączył ją, kierując światło wprost na miejsce, w którym stały się wielkie metalowe szafki z dokumentami. Westchnął ciężko, spoglądając na zabezpieczenia. Pokręcił głową, wkładając do zamka czubek ostrza. Zastanawiał się przez chwilę, po czym ostro przekręcił nóż w lewo. Coś pstryknęło, szufladka odsunęła się, on zaś zobaczył jej zawartość.
Przyświecał sobie latarką, szukając swojej teczki. Była jedyna w swoim rodzaju, zupełnie jak on. Oznaczono ją kilkoma kolorami, które świadczyły o tym, że istnieją wszystkie trzy stopnie zagrożenia. Znalazł ją na samym końcu alfabetycznej listy. Wyciągnął teczkę ze środka, obejrzał ze wszystkich stron. To tutaj gromadzili informacje. Niczego po sobie nie zostawi.
Jego najgorsze koszmary spełniły się. Słyszy i widzi rzeczy, które dla innych są niezrozumiałe. Oskarżony o utratę zmysłów.
Słysząc czyjeś kroki, podszedł do wyjścia. Cofnął się do okna i spojrzał w dół. Wyszedł na parapet, zerknął na poruszającą się klamkę drzwi. Skoczył w dół. Odbił się od ściany i wylądował na ziemi.
Wstał, poprawił ramiączka materiałowego plecaka, w końcu rzucił okiem na okno, w którym zobaczył stojący przy kratach cień. Postać obserwowała go uważnie, jednak w ciemności chłopak nie mógł odgadnąć, jakie są jej intencje. Cofnął się powoli, wciąż spoglądając w okno. Istota nie zmieniała swojego położenia, wpatrując się w uciekiniera. Po chwili uniosła dłoń i przejechała palcem po swojej szyi. Nie miał zbyt wiele czasu.
Rzucił się na siatkę, wprawiając w ruch splecione kawałki drutu. Wskoczył na ogrodzenie i wspiął się po nim, omijając kolce. Otarł się bluzą o siatkę, która urwała kawałek materiału na łokciu. Sfrunął na drugą stronę, twardo upadając na ziemię. Podniósł się i przebiegł przez krzewy. Minął siatkę, spoglądając za siebie. Nikt za nim nie podążał. Znalazł się na otwartej przestrzeni.
Biegł, wdychając zimne nocne powietrze. Oddychał ciężko, wydawało mu się, że połknął wielki klucz, który zawadzał mu w przełyku. Jeszcze nigdy do tego nie doszło. Serce niemal wypychało mu żebra na zewnątrz. Ale ta ucieczka ratowała go, otwierała mu bramę do lepszego świata. Tam, gdzie rasa ludzka spogląda na żyjące istoty przez pryzmat wewnętrznych wyobrażeń i tego, czego nie ma, cudze zdanie ląduje w koszu, w ogóle przestaje się liczyć. Człowiek to przedmiot, materiał wypełniający polecenia, by przeżyć. On, uważany dotychczas za słodkiego, ślicznego wręcz chłopca o delikatnych rysach twarzy, gotowego spełnić każdy rozkaz, uciekał od tego.
Westchnął głęboko i podbiegł do wysokiego muru, odbił się od niego i wskoczył na teren jakiegoś wysypiska, twardo lądując na ziemi porośniętej wysoką trawą. Teraz nikt nie dbał o to miejsce – nie zostało ono ponownie wykorzystane. Niesamowite, że zaszedł tak daleko. Rozejrzał się wokół. Wszędzie widział tylko zniszczone przez czas budynki, powybijane szyby i rozrzucone drewno, grube łańcuchy i cementowe odłamki. Jedna z najbliższych latarni słabo rozświetlała mrok, w którym mógł kryć się każdy.
– Nigdy nie będziesz taki, jak oni. Twoja krew została zatruta.
Chłopak podszedł bliżej wielkiej beczki, niegdyś wypełnionej smołą. Wyciągnął z plecaka wszystkie rzeczy. Rozłożył w swojej dłoni nóż i po kolei rozcinał brudne ubrania, często zakrwawione i pokryte dziwnymi plamami. Wrzucał je do środka. Jego ręka trzęsła się. Wyciągnął teczkę, traktując papiery swoim sztyletem. Za wolność. Nigdy nie zapomni bólu, jakiego doznał, ale może zapomnieć o tym miejscu. Dzisiejsza noc stanowi ostatnią na długiej drodze pasma cierpień. Podobnie łzy: odejdą i już nigdy nie wrócą.
– Nie przeżyjesz na własną rękę...
Wyciągnął zapalniczkę i rozpalił ogień. Płomienie powoli chłonęły wszystkie jego materiały, całą jego dotychczasową osobowość, z którą pragnął się pożegnać. Nie należał do śmieci, już nigdy nie będzie ofiarą. Pociągnął nosem i założył kaptur, skierował swoje kroki w stronę muru. Wskoczył na niego, stanął wyprostowany.
– ...przeżyjesz na własną rękę...
W cieniu nocy obserwował ogień trawiący przeszłość. Łuna rozświetlała jego zmęczoną twarz. Pod tą cielesną powłoką kryło się coś, czego nie chciał ujawnić. Coś, czego nie mógł zwalczyć, żyło w nim od lat i nie pozwalało normalnie funkcjonować, choć wiedział, że nigdy nie mógł należeć do Normalnych. Uśmiechnął się enigmatycznie i spojrzał w niebo.
– ...przeżyjesz...
Ostatni raz rzucił okiem na wielką beczkę i zeskoczył z muru, po czym zniknął za drzewami lasu, słysząc głośne poszczekiwanie psów, które szarpały siatkę i warczały złowrogo, a z ich pyska sączyła się piana wściekłości.
Wysoka postać w ciemnym płaszczu podeszła do płotu, spoglądając w mrok przed sobą. Wyciągnęła dłoń, zerwała z siatki kawałek materiału i włożyła go do kieszeni.
Słońce oświetlało kamienice i budynki miejskie. Ktoś otaczał płotkiem swój teren, by przechodnie nie podeptali krokusów i żonkili. Kwiaty pachniały naprawdę pięknie. Wiele osób przystawało, by powąchać rośliny rosnące w ogródkach. Niektóre z nich przypominały tereny bogów. W miejskim parku delikatna zieleń cyprysów rosnących przy wejściach mieszała się z bogactwem kolorów berberysów i pelargonii. Tu i ówdzie rosły krzewy agrestowe lub drobne w swoich rozmiarach zbiory mięty czy melisy. Obudziły się do życia krzewy malin i kilka jabłoni, bujny bez lilak zdążył już zadomowić się przy siatce. W donicach na parapetach rosły fuksje. Spieszący się ludzie przechodzili przez ulice najeżone autami. Oddychali zimnym miejskim powietrzem pełnym spalin, niosąc w dłoniach siatki z zakupami. Biegające wokół dzieciaki domagały się kolejnego batonika leżącego na dnie reklamówki. Z pobliskiego rynku ulatniał się zapach małych zapiekanek i bułeczek. Na jednym z rogów ulic stał mężczyzna w czarnej koszuli i spodniach; trzymał dudy. Muzyka rozbrzmiewała wokół kamiennego mostu, a przechodnie zatrzymywali się niekiedy, by spojrzeć na grajka. Przez jezdnię przebiegła kura, którą hodowca nieopatrznie wypuścił z klatki. Ktoś zatrzymał się tuż przed nią, krzyczał coś o rosole. Na targu odbywały się rozmowy. Mieszkańcy narzekali, handlarki znowu miały spotkanie na rynku Auditum. Głosy kobiet, mężczyzn i dzieci przenikały się nawzajem.
– Kochana! Co się dzieje? Piszą coś w gazecie?
– Burmistrz nie chce się wypowiadać. Tak mówią – odparła starsza pani, poprawiając swoje krótkie jasne włosy. – Pewnie nic nie wie, trzęsie kolanami pod stolikiem. I ja mam się nie bać o własne sprawy?
– Kopę lat! Słyszałeś, że synalek szefa złamał nogę? Nie? Jak to? Twój sąsiad, nie mój! Na nartach się skosił, niedojda. Słuchaj, szukam dziś garniaka na wesele dla kuzyna.
– Pójdziesz w ten pierwszy dział, a potem... – Osobnik rozglądał się na boki, wymachując palcem tak, jakby liczył kierunki. – ...w lewo. No, trzymaj się.
Wysoki mężczyzna ruszył przed siebie, potrącając niskiego młodzieńca, który obserwował ludzi przechodzących przez gęste alejki pośród ubrań poukładanych w równe rządki.
Ciepły wiatr dmuchnął chłopakowi w twarz. Garść włosów mieniących się w kolorach kasztanu spadła mu na czoło, zakrywając oczy. Zacisnął usta i milczał gniewnie. Nienawidził takich niebosiężnych ludzi. Między innymi dlatego, że jego wzrost w wieku siedemnastu lat nie przekraczał stu sześćdziesięciu jeden centymetrów. Przyzwyczaił się do tego, że inni spoglądali na niego z góry. Był człowiekiem, który całe swoje życie spędził na dole.
Poprawił kaptur rozciągniętej zielonej bluzy w czarne poziome paski. Zatrzymał się przy niedużej nieczynnej już fontannie stojącej na środku targowiska i usiadł. Schował ręce w luźnych szarych spodniach. Spojrzał w dół, obserwując swoje małe buty, których czerń pokrywała teraz warstwa pyłu z ulicy. Na obrzeżach widział błoto, w które musiał wdepnąć po drodze; jakiś papierek przykleił się do podeszwy chyba razem z gumą, a jasnozielone sznurówki były ubrudzone piachem. Westchnął ciężko.
Uniósł głowę, czując zapach gorącej herbaty o aromacie jabłka. Uwielbiał herbaty, bez nich dzień był dla niego stracony. Spojrzał przed siebie, próbując zlokalizować miejsce, z którego wydobywał się zapach. Alejkami przechadzała się kobieta z wózkiem, w którym woziła gorące napoje. Chłopak wstał z oparcia fontanny, obserwując otoczenie. Teraz musiał tylko znaleźć pieniądze.
Mijał rozwrzeszczane dzieciaki, które domagały się kolejnej porcji frytek, rurki z kremem lub zabawki; zatroskanych rodziców, którzy dokładali wszelkich starań, by ich dziecko przestało krzyczeć; handlarzy pilnujących swoich wystaw i stękających coś w poszukiwaniu innego rozmiaru lub modelu. Przyspieszył kroku i przepchnął się pomiędzy dwiema młodymi panienkami tarasującymi mu drogę. Mruknęły coś pod nosem, on zaś osłonił twarz kapturem i westchnął ciężko. Nie znosił tłumów, ale to tłumy nie powinny znosić jego.
Masa wygłodniałych ludzi gęstniała, wszyscy przeciskali się pomiędzy kolejnymi osobnikami, próbowali dostać się do miejsca, które było najbardziej oblegane. Chłopak, widząc ten tumult, uśmiechnął się pod nosem.
Zamknął oczy i skupił się. W pewnej chwili otworzył je, wyciągnął rękę i zwinął coś z kieszeni stojącego przed nim mężczyzny. Ścisnął zdobycz w garści i obrócił się na pięcie. Spojrzał na swoje dłonie odziane w czarne rękawiczki bez palców. Nieźle. Przeczucie nie zawiodło go i tym razem. Rozejrzał się na boki. Ludzie byli zbyt zajęci sobą, by zauważyć, jak coś znika z ich półek. Idealnie.
Wziął kilka nektarynek i wafle ryżowe, sok porzeczkowy, mleko i puszkę kociej karmy, zręcznie zwinął też opakowanie miedzianej farby do włosów. Znalazł kobietę rozwożącą herbatę. Z kubkiem gorącego i aromatycznego napoju szedł po skwerku, obserwując siedzących na ławkach emerytów. Po drodze minął młodą kobietę, która rozdawała aktualny numer gazety miejskiej. Zerknął na nią z ukosa, jakby przekazywała mu wiadomość sprzed kilku miesięcy, i westchnął ciężko. Wziął zwitek stron do ręki.
Przypatrywał się spisom ostatnich wydarzeń. Jeden z artykułów dotyczył kradzieży i włamań, do jakich dochodziło na terenie Auditum. Winnych do tej pory nie odnaleziono, lecz podejrzewano, że to sprawka jakiejś zorganizowanej grupy. Chłopak, czytając te komentarze, prychnął pod nosem. Poruszono także temat kilku zaginięć młodych osób, za miastem znaleziono ciało podtrutego jakąś nieznaną substancją nastolatka. Strażnicy byli pewni tylko jednego – iż w niektórych przypadkach naprawdę ciężko stwierdzić, czy ich dedukcja nie jest jedynie kolejnym, czasem bezmyślnym, przypuszczeniem.
Chłopak przewracał strony z lekkim wstrętem. Zadziwiające, jaką potęgą są media. Informacje, o jakich świat wolałby nie słyszeć, wychodziły na światło dzienne. Przed spojrzeniami ciekawskich mieszkańców Auditum trudno jest uciec; jeszcze trudniej, gdy znają czyjąś historię od podszewki.
Poprawił kaptur na głowie, zauważywszy przechadzających się po ścieżce strażników. Odetchnął z ulgą, gdy skręcili na parking, szukając czegoś w swoich małych notesach. Wyrzucił pusty papierowy kubek do kosza.
– Hej, zatrzymaj się!
Obrócił głowę i zobaczył zmierzających w tę stronę mężczyzn z odznakami na ramionach. Zdaje się, że mieli do niego jakiś interes. Spojrzał na swoją torbę. Nie zapiął zamka. Powinien bardziej uważać.
Nie mógł na nich czekać.
– Cholera, łapcie go!
Chłopak ominął auta, przeskoczył przez krzaki i zbiegł ścieżką pomiędzy drzewami. Biegł po murkach, trenując przy tym swoją równowagę, przeskakiwał je z lewej i prawej, chwytał za gałęzie i skakał najdalej, jak tylko potrafił, niemal fruwając w powietrzu.
Spojrzał za siebie. Strażnicy, o dziwo, nie dawali za wygraną.
Przemknął przez wejścia pomiędzy blokami i zniknął w uliczkach, wspinając się na drabinę jednego z gmachów. Przebiegł po dachu tuż przy gzymsie, spoglądając w dół.
Strażnicy zatrzymali się przed zatłoczonym przejściem, bezradnie rozkładając ręce. Kolejny nastoletni banita zniknął w ciemnych uliczkach.
Siedemnastolatek zszedł po drabinie i zeskoczył na dach jakiegoś blaszanego garażu.
Minął ludzi przechodzących po pasach. Dostrzegł mężczyznę, który prowadził za rękę roześmianego malucha i rozmawiał z kobietą, prawdopodobnie swoją żoną. Jasnowłosa niewiasta uśmiechnęła się serdecznie i wzięła dziecko za rękę, jej towarzysz zaś mówił do niej dalej.
Bezimienny renegat. Odszczepieniec. Człowiek bez twarzy.
Chłopak westchnął ciężko i założył na głowę kaptur, biegnąc przez most nad rzeką.
Sąsiad włączył kosiarkę i ruszył naprzód. Nie hałasowała tak koszmarnie jak ostatnio, a zapach trawy koił zmysły. Była ona jednym z niewielu źródeł zieleni w tej części miasta. Rosnące wokół drzewa zostały ścięte już kilka lat temu. Teraz pozostał tu tylko otoczony granitem kawałek łąki i zimny asfalt. Wszystkie budynki dzielnicy wybudowane zostały ściana przy ścianie, mur przy murze. Miały wejścia przednie i tylne. Garaże stanowiły dobudówki, zaś chodniki prowadzące do drzwi nie miały wielu metrów.
Mężczyzna wyciągnął wtyczkę z gniazdka i podprowadził kosiarkę do schowka, zamknął blaszane drzwiczki na kłódkę. Otrzepał dłonie i wszedł do domu.
Chłopak zatrzymał się przed furtką jednego z ogrodów, spojrzał na tuję rosnącą przy płocie. Ogarnął wzrokiem okolicę. Na ulicy nie było nikogo, wspiął się więc na płot i przeskoczył go. Podbiegł do budynku i wdrapał się po drzewie, przeskakując na ścianę. Chwycił za rynny. Podciągnął się, stawiając stopy na starych dachówkach. Podbiegł do góry, skąd dał susa przez otwarte okno, wskakując do pokoju.
Rozejrzał się wokół. Ze ścian już dawno poznikać musiały zdjęcia w ramkach, gdyż pozostały po nich kwadratowe prostokąty o nieco innym odcieniu, które nie były pokryte warstwą kurzu. W rogu znajdowała się zniszczona szafa i coś, co przypominało stolik lub biurko. Dokładniej rzecz ujmując, były to zbite razem deski, złożone w miarę sprawnie i dokładnie. Meble sprawiały wrażenie zimnych, podobnie jak i reszta tego pustego mieszkania.
W gruncie rzeczy nic lepszego nie posiadał. Pokój na poddaszu nie dawał mu większych możliwości. Kiedy padało, wszystko słyszał jako pierwszy, krople bębniły mu w uszach. Gdy świeciło słońce, nie mogło do niego dotrzeć. Posłanie tutaj było jednak wygodniejsze od tych, na których miał okazję spać w ostatnich latach – składało się z przyjemnego w dotyku koca i grubego materaca oraz miękkiej poduszki. Spał na poddaszu, ponieważ było mu cieplej, a to wszystko ze względu na brak stałego ogrzewania. Zastanawiał się, czemu jeszcze stacjonuje w tej melinie. Ludzie nie wiedzieli, co stało się z właścicielem tego lokum. Mówiono, że wyjechał, więc młodzieniec mógł tu mieszkać, póki sąsiedzi lub miasto nie zainteresują się budynkiem. Sam chłopak nie był zaś powiernikiem tajemnic właściciela. Mógł tu mieszkać, póki nie wróci lub póki to miasto nie zabierze budynku. Tylko tyle go obchodziło.
Rzucił torbę na podłogę w pokoju, gniewnym wzrokiem spoglądając na posadzkę. Mruknął coś cicho i wypuścił powietrze z ust. Przyszłość rysowała się wspaniale, lecz było mu to obojętne. Na ulicy żyje już od kilku lat. Sam. I jest mu z tym dobrze.
Prychnął pod nosem. Czy istota, która nienawidzi śmiertelników, musi z nimi przebywać? Po co? By nauczyć się funkcjonować? Stał się aspołeczny. Lubił samotność – było to już jedno z jego przyzwyczajeń. Poza tym nie potrzebował innych ludzi. Doskonale radził sobie sam.
Przeczesał potargane przez wiatr włosy, gdy w pomieszczeniu pojawił się młody kot. Majestatycznym ruchem wskoczył na krzesełko, potem zaś na stół. Chłopak uniósł brew, spoglądając na niego z ukosa. Zapomniał o Natanie.
Kot przybliżył się do ramienia siedemnastolatka. Przechylił główkę na bok i przez jakiś czas wpatrywał się w jego oczy. Jego człowiek ukrył twarz w dłoniach i westchnął lekko. Uśmiechnął się delikatnie. Natan zaczął mruczeć.
– Już idę, wybacz.
Odwrócił się, sięgając po swoją torbę. Wyciągnął z niej puszkę kociej karmy. Natan uniósł głowę do góry i wpatrywał się w nią niczym myśliwy w zwierzynę, którą zamierza upolować. Chłopak usiadł na posłaniu. Włożył dłoń do kieszeni i wyciągnął z niej swój nóż. Przez chwilę obracał nim w dłoni, spoglądając na odbijającą się w jego ostrzu twarz. Przyjrzał mu się uważnie, gdy stal błysnęła, roznosząc światło po ścianach pokoju. Chwycił białą broń i machnął nią kilka razy. Nadal była ostra. Delikatnie wsunął ją w puszkę, po czym zaczął obracać nożem.
Sięgnął po jedną z leżących w kącie misek i zapełnił ją. Natan przydreptał bliżej i powąchał swój posiłek, po czym przesunął pojemnik na bok i zaczął jeść. Chłopak wyciągnął z torby nektarynkę i potarł ją o bluzę, po czym odgryzł kawałek. Natan przytulił się do nóg człowieka, mrucząc cicho. Chłopak pogłaskał go lekko.
Po chwili wstał z posadzki i ruszył do pomieszczenia obok. Było tak małe, że kilka osób ściskałoby się w nim na siłę. Westchnął, przecierając zmęczoną twarz pokrytą mikrymi piegami. Ściągnął z głowy kaptur i spojrzał na człowieka w lustrze. We własne, pozbawione jakiejkolwiek radości oczy. Pokręcił z niezadowoleniem głową, zerkając na kolory tęczówek. Były one jednym z powodów, dla których nie uważał się za normalnego. Ktoś zdrowo w nich namieszał – barwy zalewały się nawzajem. Zielona otoczka wchodziła na żółty odcień, który tuż przy źrenicy rodził czerwień. Nienawidził tego dziedzictwa. Postanowił, że nigdy nie zetnie włosów, by móc ukrywać tę denerwującą go skazę.
Przemył twarz wodą z miski i wysuszył ją. Natan wskoczył na toaletę, przyglądając mu się uważnie.
– Ty jeden rozumiesz to wszystko, Nat – mruknął chłopak, puszczając oko do kota.
Ten przeciągnął się lekko, obserwując swojego człowieka. Po chwili zeskoczył na ziemię. Siedemnastolatek uśmiechnął się pod nosem.
Wszedł do pokoju, wyciągając z torby stary notatnik, z którego wypadały już pożółkłe strony. Poskładał wszystkie w równym rządku i włożył z powrotem w oprawkę. Wziął do ręki ołówek, który niedawno ostrzył swoim nożem. Okręcił go w prawej dłoni i wypisał na kartce kilka słów.
Przelewał na papier to, co przychodziło mu do głowy. Linie, kreski i zawijasy tworzyły kontury postaci. W tej chwili zajmował się uwiecznianiem podobizny swojego kota. Szkoda że szarością grafitu nie zaznaczy, jak bardzo rude jest jego futro. Gdyby Natan ukrył się w składzie z miedzią, kto wie, czy ktokolwiek by go odnalazł. Potrafił doskonale się kamuflować.
Chłopak pogłaskał Natana, który wylegiwał się na poduszce. Naciągnął na dłonie czarne rękawiczki i chwycił za barierki balkonu, po czym powoli zszedł w dół. Skoczył na trawę i pobiegł przed siebie. Miał coś do zrobienia.
Lekki wiatr delikatnie poruszał gałęziami drzew otaczających mały plac, na którym zbierały się dzieciaki. Chłopak obserwował rampę, po której małolaty pomiatały na swoich deskach, gdy w parkowych głośnikach rozbrzmiewał energiczny rock.
Westchnął z wyrzutem, spoglądając na wysokiego blondyna w czarnej czapce na potarganych nieco włosach, w koszuli w kratę, spodniach z jeansu sięgających za kolana, błyszczących nowością granatowych tenisówkach i z entuzjazmem wypisanym na twarzy. Biegł on w stronę rampy. Rzucił deskorolkę na ziemię i wskoczył na nią, wjeżdżając na górę. Zrobił kilka efektownych trików, wzbudzając zachwyt dziewczyn stojących w okolicy i dezaprobatę obserwujących go z zazdrością chłopców.
Zakapturzony obserwator pokręcił głową, zastanawiając się, co ludzie w tym widzą. Mruknął coś pod nosem i ruszył przed siebie, zupełnie niezauważony. Miasto powoli okrywała szarówka.