Scenarzysta - Czesław Bielecki

Reflow text when sidebars are open.
Ta prawdziwa historia zdarzyła się w przyszłości. Szukanie podobieństw między bohaterami powieści a postaciami rzeczywistymi jest nieuprawnionym podejrzeniem wobec teraźniejszości i przeszłości.
- Może pan nie mówić, ale milczenie nic panu nie pomoże. Wiemy o panu prawie wszystko, a reszty niedługo się dowiemy. Mogę tu przychodzić tygodniami i miesiącami. Między nami są dwie różnice. Pierwsza - mnie za to płacą, a panu nie. I druga - ja po czwartej stąd wyjdę, a pan będzie dalej siedział. Wyjdę na wolność. No, na razie na drugi koniec Rakowieckiej.
Niczego pan w tym kraju nie zmieni. Ni-cze-go. Gwa-ran-tu-ję. Proszę pana, wymyślić jakąś doktrynę lub napisać dramat to żaden problem. Główkuję, siadam i piszę. Ale robotnik nie ma czasu na takie głupstwa. Musi ciężko pracować. A normy są wyżyłowane.
Tylko dla inteligenta takiego jak pan wszystko prosto wygląda.
Kijem Wisły pan nie zawróci. Rewolucji żadnej pan tu nie zrobi. Po to potrzeba bardzo dużego kija. Bar-dzo du-że-go!
- Kto to mówi? - zapytał Frank.
Siedzieli po zacienionej stronie placu. Arkady na wprost zalane były słońcem. Odruchowo mrużył oczy, patrząc na swojego rozmówcę.
- Śledczy w areszcie, żeby złamać milczenie więźnia.
W tym miejscu Frank przerwał lekturę. Tekst otrzymał dzisiejszą pocztą. Nazwisko nadawcy oraz adres nic mu nie mówiły. Na odwrocie strony tytułowej znalazł zastrzeżenie, które każdy prawnik zaleca autorom piszącym z myślą o współczesnych. Paczka nie zawierała żadnego listu wyjaśniającego, tylko notarialną zgodę dla Franka Warninga na adaptację.
Słowa dialogu, który czytał, były opisem spotkania w Wenecji przed trzema laty. Przypadek na granicy prawdopodobieństwa. Ludzie wychodzący z labiryntu ulic na plac Świętego Marka spotykają się tu jak w hali odpraw na lotnisku. Najpierw dłuższą chwilę obserwował tę rodzinę. Trzy pokolenia. Czwórka dzieci wyrywała się ku morzu i gondolom. Rodzice próbowali im coś wytłumaczyć. Najwyraźniej zniecierpliwiony senior rodziny, stukając w tarczę zegarka, umówił się na powrót całego towarzystwa. Oddalili się. Mężczyzna z wyraźną ulgą usiadł przy stoliku na granicy cienia i słońca. Lekko się garbił, nie było teraz widać, że był wysoki. Frank przez moment poczuł na sobie jego spojrzenie. Badawcze, ale udające obojętność. Z twarzy mężczyzny nie dało się wyczytać, czy poznał Franka Warninga. Już dawno nie kojarzono go z wyklętym poetą, kochankiem z tonącego okrętu, młodym gangsterem podróżującym między metropoliami. Ale był wciąż rozpoznawalny. Starzał się po aktorsku, atrakcyjnie.
Frank zapamięta! tę scenę. Caffe Florian. Staranny kadr z wieżą Signorii na drugim planie. Stary mężczyzna, czekając na kawę, czyta! w karcie historię tego miejsca. Floriano Fracesconi otworzy! kawiarnię dwudziestego dziewiątego grudnia tysiąc siedemset dwudziestego roku. Nazwa! ją Wenecją Triumfującą. Po trzystu latach dewizą lokalu pozostawała Sztuka Eleganckiego Życia. Mężczyzna zanotował daty i zwroty w czarnym moleskinie. Frank dyskretnie go obserwował.
Tłum wokół chłonął kobierce ornamentów rozwinięte na Pałacu Dożów i na bazylice. Koronki gmachu Sansovina ocieniały część placu, na której siedzieli.
- Przepraszam, w jakim mówiliście języku? - zagadnął Frank mężczyznę, gdy ten z poczuciem rozmarzenia wypił ostatni łyk espresso i zaczął rozglądać się dokoła. - Używamy takich samych notesów - strzelił gumką swojego moleskina.
- Po polsku, a z synową po angielsku.
- Jest pan dwujęzyczny?
- To uczy innej komunikacji. Gdy zacząłem pisać po angielsku, poczułem siłę prostoty. - Mężczyzna klepnął otwartą dłonią leżący przed nim notes. - I to w obu językach.
Dalej rozmowa potoczyła się już sama. Frank przyznał, że znudziło go aktorstwo. Szukał scenariusza na swój pierwszy film.
- Szczerze mówiąc, najbardziej liczę na przypadek - powiedział na koniec. - Dialog, który pan mi przeczytał, pozwala dotknąć Innego Świata. A znam ten tytuł. Zostawię wizytówkę.
Taki był początek.
Frank zadzwoni! do producenta, żeby upewnić się, czy ten otrzymał jego mejl.
Zanim skończę pracę nad scenariuszem, chcę Cię zapytać, czy jesteś tym zainteresowany.
Myślę o skrzyżowaniu political fiction z filmem historycznym. Przesyłam Ci streszczenie z rozwinięciem pierwszych i ostatnich scen. Jeśli uznasz ten pomysł scenariuszowy za interesujący, spotkajmy się.
Frank
Biuro Chrisa Golda zna od lat. Kamienne nadproże nad wejściem ozdabia wyryte na nim memento.
Kiedy piszę scenariusz, to dla mnie koniec. Szkoda, że muszę go nakręcić. Woody Allen.
Hol, sekretariat i gabinet Golda nie mają w sobie nic wystudiowanego. Fotel Barcelona, klasyka nowoczesności z ubiegłego wieku i stół Eamesa z owocami w drewnianej misie. Dalej już żadnego designerskiego puryzmu. Mieszanka luksusu i praktyczności.
- Przepraszam, że kazałem ci czekać, Frank. Wiesz, jacy męczący bywają aktorzy... - zaczął Gold.
- Nic nie szkodzi.
- Skąd tytuł scenariusza?
- To proste. Al, mój protagonista, naprawdę chciał być scenarzystą.
- Autotematyzm? W filmie to się źle sprzedaje.
Frank kiwnął twierdząco głową.
- Już w literaturze jest nie do wytrzymania - dodał Gold.
- Chodzi mi o co innego. Bohater grat w swoim scenariuszu. Zanim go napisał.
- Skąd mam to wiedzieć? Wystałeś mi tylko synopsis i wybrane sceny. Akurat o tym nie mówią. Jak wygląda na przykład pierwsza scena?
- Właśnie w niej grasz.
- Żartujesz.
Frank odnalazł właściwą stronę w maszynopisie.
- Spójrz, to jest na końcu pierwszej sceny. Nie ma tylko mowy o okularach. Też nie mogłem uwierzyć, że gram w tym scenariuszu... Dopóki nie wszedłem w tę historię.
- Trzeba z tym uważać - powiedział Gold. - Widzowi świat wirtualny miesza się z rzeczywistością. Trudno nad tym zapanować.
- Ty wciąż o klasycznych zasadach? - Frank nie krył ironii.
- Tak. Jeśli ma być fabuła, to w niej reżyser jest bogiem. Jeśli ma być dokument, Bóg jest reżyserem.
- Chyba dla wierzącego - odparł Frank. - Dla agnostyka Bóg jest najwyżej scenarzystą.
- Wróćmy do bohatera. Nazwałeś go Al. Kim on jest?
- Medium.
- Świadomym tego?
- W pewnej chwili zorientował się, że nie jest przypadkiem, że prowokuje konflikty. Albo że dialogi same się układają. Zaczął notować takie sytuacje.
- Pisał w pierwszej osobie?
- Zawsze w trzeciej. Chyba nie miało to być publikowane. Uważał, że tak ratuje się przed pisarskim egotyzmem.
- Wykręty. Zresztą, jak to pokażesz w filmie? Głosem zza kadru? Komentarzem?
Frank się żachnął:
- Przecież nie lubisz ekshibicjonizmu autorów.
- Nie znoszę. Ale tracimy czas. Przeczytaj mi jedną scenę, która udowodni, że twój protagonista pociągnie akcję.
Gold odłożył okulary, zamknął oczy i poprawił się w fotelu.
- Zobaczymy, czy da się słuchać tego opowiadania.
Wiki z bratem byli przekonani, że ojciec śpi. Nogi miał podkurczone, jakby w przerwanym ruchu. Uśmiecha! się przez sen. Kilka rozrzuconych koło łóżka kartek nie wzbudziło najmniejszych podejrzeń. Zastanowiła ich dopiero czarna plama atramentu. Utworzyła dziwny kleks na kołdrze. Wiki się pochylił. Ostrożnie dotknął ręki ojca. Była zimna. Nie zdążyli na czas.
Teraz, kiedy już przenieśli jego ciało i leżał na łóżku we własnym domu, stosy papierów przypominały prośbę ojca: "Jeśli nie zdążę sam, pamiętaj, że chodzi o rację mojego pokolenia".
Historia, która się wydarzyła, była okropna. Tylko mężczyźni zazdroszczą sobie takiej śmierci. Ale to nie stało się w trakcie aktu miłosnego. Po prostu Al lubił pracować na leżąco. I coraz częściej pisał w łóżku, gdy partnerka już zasnęła.
Lał deszcz. Gdyby Wiki nie znał i nie lubił tej miłej, ciepłej kobiety, nie zdobyłby się na taką determinację. Razem z bratem zawinęli ojca w dywan i przewieźli do domu. Działali jak w transie, czuli, że w paradoksalny sposób wpisują się w życie pełne podobnych sytuacji. I myśleli tylko z ulgą i wstydem, że to już ostatni raz muszą się konfrontować z ojcem.
Nie, nie wiem, jak to zrobić, pomyślał Wiki. Jak odpowiedzieć na jego ostatnią prośbę? Tak po prostu? Arbitralnie zmontować całość z fragmentów? Zdecydować o ich kolejności? Przecież to nie są tylko rozdziały jego życia. Opowiada! różne historie. Czasem chował się za bohaterami. A teraz nakazał je uporządkować. Sama myśl o ojcu wprawiała go w rozdrażnienie. Dlaczego zawsze czegoś żądał? I jeszcze teraz, na koniec, gdy jeszcze trudniej jest się nie zgodzić! Wiki czuł, że musi uciec przed bezpośrednią, czasem miażdżącą siłą ich związku. Na jego twarzy wciąż widniało napięcie. Z rysów, choć miał jaśniejszą karnację, przypomina! ojca. Nie, nie chciał być narratorem.
Pewnie powinno zacząć się tak.
Noc. Dzwoni telefon. Wiki wie, że Al pracuje do późna.
- Musisz przyjechać - mówi kobiecy głos w słuchawce. - Nie chodzi o mnie.
- Co się stało?
- Nie powiem ci. Przyjedź. Proszę.
Scena wcześniej. Kobieta jest przekonana, że mężczyzna śpi. Leży na prawym boku, z podkurczonymi nogami, jakby przestał właśnie jechać na rowerze. Kartki rozrzucone wokół łóżka nie wzbudzają w niej podejrzeń. Przygląda mu się i idzie zaparzyć herbatę. Gdy wraca z filiżanką, dostrzega na pościeli plamę z atramentu i niezakręcone pióro wieczne. Pochyla się i ze strachem dotyka jego ręki. Jest jeszcze ciepła.
- Nie zdążyłam podać ci herbaty - mówi cicho.
Słyszymy powstrzymywany szloch. Widzimy w pełnym planie pokój i kobietę rozmawiającą przez telefon.
- Nie powiem ci. Przyjedź. Proszę.
Na szczęście w jej mieszkaniu jest ten dywan. Zawijają ciało i z duszą na ramieniu wynoszą do samochodu. Wciąż potwornie leje.
Frank przerwał lekturę. Nalał sobie szklaneczkę whisky. Nie miał już wątpliwości. Było coś niepokojącego w tej opowieści. Cherchez la femme.Muszę znaleźć tę kobietę, pomyślał. Wszedł do internetu z postanowieniem odszukania nadawcy. Ze spotkania w Wenecji zapamiętał imię najstarszego syna. To było pod koniec tamtej rozmowy, mężczyzna notował coś w moleskinie. Frank zapytał:
- O czym można pisać w tym miejscu?
- To tylko korekta sceny na placu Świętego Marka.
- A pióro?
- Ostatni ratunek przed komendą delete - wszedł mu w słowo syn. Był atletycznej budowy, wyższy od ojca. Rodzinna gromada wróciła właśnie znad kanału.
- To mój najstarszy syn, Konrad - przedstawił go Al. - A to młodszy Wiki.
- Jak to się stało naprawdę? - zapytał Frank, gdy szczupła twarz Wikiego pokazała się na Skypie.
- Ojciec nie kochał już potem nikogo tak jak swojej żony - odpowiedział. - Ale nie były to tylko romanse.
- Romanse?
- No, love affairs.Zacznę od początku, żeby pan wiedział, jak dzięki niemu trafił pan do tej historii. Papiery rozrzucone wokół łóżka zebraliśmy do kartonowego pudła. Przy całym swoim bałaganiarstwie Al był bardzo systematyczny. Na marginesach u góry znaleźliśmy tytuły fragmentów i numery stron. Pozostał problem: w jakiej kolejności je ułożyć?
- Nie mieliście żadnych wątpliwości, podejrzeń? Tak po prostu uwierzyliście tej kobiecie?
- Gdyby pan znał Polę, też nie miałby pan wątpliwości.
Frank nagle zapragnął wywołać nastrój, w jakim zastała Ala jego kochanka. Nie ma go już, pomyślał z żalem i zapisał w moleskinie pierwsze didaskalia scenariusza.
Wnętrze gabinetu Golda. Zbliżenie.
- Muszę cię przestrzec. Mówi się, że im częściej opowiada się daną historię, tym staje się bardziej zwarta i lepsza. Ale nie zawsze.
- Wiem, że to nie jest tak proste - odparł Frank.
- Jeśli ktoś sam sobie układał scenariusze, mógł zapomnieć, że w życiu jest za dużo materiału. Jestem dopiero przy trzeciej scenie i na razie tak to widzę. To nie będzie film o łatwej miłości. Przepraszam, ale muszę już kończyć. Poradzisz sobie.
- To znaczy, że dajesz szansę tej historii? Właściwie nie znałem mojego bohatera. Spotkaliśmy się tylko raz. Chciałbym dotknąć metafizyki, ale nie wprost.
- Nie wprost?
- Znam dobry przykład na metafizykę. Stamtąd. Masz jeszcze chwilę?
- Tak, mów. Lubię twoje opowiadania.
- To historia z młodości. Opowiedziała mi ją dziewczyna na festiwalu w Karlovych Varach.
- Gdzie to jest?
- Czechy. Kiedyś Czechosłowacja.
- Oboje byliśmy wtedy początkującymi aktorami. "Byłam od dwóch tygodni na dnie - opowiadała o swoim starcie. - I powiem ci, co to jest metafizyka. Nasz teatr został nagle zlikwidowany. Cenzura się nie patyczkowała. Stało się dokładnie to, przed czym ostrzegał mnie ojciec: "Córeczko, w tym zawodzie będziesz całe życie bez pieniędzy?. Już od tygodnia żywiłam się wyłącznie morelami z własnego ogrodu. Wstydziłam się dalej pożyczać pieniądze od przyjaciół. Z rozpaczy wzięłam się do sprzątania. Odsunęłam regał biblioteczny. Spadła książka, a z niej koperta z plikiem banknotów. Honorarium za ostatni film ojca.To jest właśnie metafizyka" - zakończyła swoją historię.
- Teraz jesteśmy w domu. Sam widzisz, chodzi o dar opowiadania. Detal i osadzenie w czasie. Resztę zrobisz jako reżyser. Jeśli uda ci się sprowadzić twoją historię z Alem do schematu, jaki usłyszałem, to będzie sukces. Jesteś już wystarczająco długo w Ameryce, żeby wiedzieć, że nie lubimy zbyt komplikować świata.
- Wiem. Ludzie oglądają filmy dla... i tak dalej.
- Właśnie - potwierdził Gold. - Twoja historia nie jest jeszcze na właściwym poziomie metafizyki.
Zaśmiał się głośno.
- Pomysł kupuję w ciemno. Z retrospekcją można sobie poradzić, szczególnie, że akcja ma miejsce w przyszłości. Porozmawiaj o tym chwilę z Erykiem - przedstawił milczącego asystenta. - Byłoby nieźle, żebyś był z nim on line.
Gold z roztargnionym uśmiechem odprowadzi! Franka do drzwi.
- Mam długą lekturę przed sobą - odpowiedział Frank na ten uśmiech. - Muszę na dłużej wejść do sieci.
- Mówisz tak, jakbyś nie wiedział, że na świecie działy się rzeczy, których nie ma w internecie.
Eryk mrugnął do Golda. Nagle, jak na komendę, wydali z siebie ryk lwa z czołówki Metro Goldwyn Mayer.
Cała trójka wybuchnęła śmiechem.
Był jakiś niepokojący ton w tym, co czytał. Coś ostatecznego, nie do cofnięcia. Miał poczucie, że obcuje z fikcją, która co chwila ociera się o rzeczywistość.
- Znajdzie mnie pan - powiedział wtedy Al w Wenecji. - Świat jest maty.
A jednak gdy Frank wyguglował jego nazwisko i zadzwoni! do firmy, nikt się nie odezwał, chociaż w Europie był już dzień. Nikt nie odpowiadał też na mejle. Frank szukał dalej. W końcu znalazł starą notę prasową. Al nie żyt już od dwóch lat. Na szczęście synowie mieli swoje strony na portalach społecznościowych.
Sprawdził połączenia lotnicze z Warszawą i wrócił do lektury.
Jeśli coś mu się śniło, to tylko koszmary. Goniły go wilczury. Widział nad sobą ludzi w czarnych mundurach, błyszczące sprzączki. Budził się, gdy zęby ujadających psów, z kroplami śliny na pysku, zbliżały się do jego policzka. Ale to zawsze nad ranem. Tamtej marcowej nocy obudził go cichy krzyk tuż po północy. Ktoś wołał go po imieniu. Mieszkali na pierwszym piętrze. Drzwi balkonowe od ulicy Filtrowej były uchylone. W ciemności rozpoznał dwóch szkolnych kolegów, wtedy już studentów. To oni wołali. Chcieli wejść do domu, ale dozorca zamykał drzwi na noc. I dalej jak we śnie: gdy miał odkrzyknąć, że już schodzi otworzyć, zauważył samochód. Cofnął się w głąb pokoju i obserwował ulicę przez szybę.
Nie miał wątpliwości - zwijają chłopaków. Ich feralny nocny spacer między dwiema przecznicami, od Warszewickiego do Zimorowicza, był skutkiem rozmowy w przeddzień.
- Trzeba coś zrobić, musimy coś zrobić! - powtarzał wczoraj.
I rzeczywiście zrobili. Nieśli do niego tekst ulotki od Andrzeja. Tego samego, którego ojciec rzucił wiązkę granatów na Cafe Club w czasie okupacji, a dziadek był adwokatem broniącym komunistów w przedwojennych procesach. Kartkę z tekstem ulotki esbecy wyjęli jednemu z nich z buta zaraz po wyprowadzeniu z policyjnej suki. Po tym chłopcy pękli i popłynęli.
Dobrze, że wcześnie rano wyniósł z domu wszystko, co pachniało wywrotowym myśleniem. Przede wszystkim sztywne plansze projektowanych plakatów. Metafory były jednoznaczne. Pod napisem "Nowa Młoda Polska" wyginały się chochoły z czerwonymi krawatami na szyjach. Wyklejona z gazety prasa do wyciskania pokazywała, jak można dokręcić śrubę propagandy. Czarny napis ONI zalewał prostokąt planszy, gdy z otworu w literze "O" fluoryzującą czerwienią krzyczało "my".
Nazajutrz rodzinne mieszkanie odwiedzili trzej smutni panowie. Oczywiście nie zdjęli płaszczy ani kapeluszy. Na całym świecie zachowują się tak samo. Nie rozbierają się. Dla ludzi spraw wewnętrznych wszystko jest na zewnątrz. Dopiero po jakimś czasie zdjęli nakrycia głowy i zaczęli systematyczną rewizję. Przeglądali książka po książce. Najpierw puszczali w ruch wszystkie kartki. Po zdjęciu obwoluty łapali za wyłamane do góry skrzydła okładki i próbowali wytrząsnąć jakąś niebezpieczną myśl. Posuwali się krok po kroku. Na pytanie ojca, czy nie chcą się czegoś napić, zareagowali czujnym spojrzeniem. "Poprosimy o wrzątek" - powiedział starszy i wyciągnął z teczki puszkę z kawą instant
Marago. Gdy pojawiała się w jakimś sklepie, natychmiast ustawiały się po nią kolejki. W hierarchii była poniżej kawy naturalnej. Ale powyżej zbożowej marki Turek. Gdzieś daleko ludzie pili nescafe.
Po spisaniu protokołu tajniacy zabrali Ala do pałacu Mostowskich.
- Tylko nic nie mów - powiedziała matka na pożegnanie i pocałowała go.
Była to pierwsza od miesięcy wymiana słów między nimi. Nie trawił jej domowej tyranii. Chciał, aby chociaż jego kawałek świata był bardziej normalny i miał inny smak. Gdy matka zabierała go do sklepu, żeby kupić parę butów, wzbraniał się, widząc na ich topornych noskach ordynarny lakier z widocznymi pociągnięciami pędzla.
- Może pan powie temu chłopcu, że to dobrze wygląda. - Matka bezceremonialnie próbowała wciągnąć w swoją grę jakiegoś ojca biedzącego się z własnym nastolatkiem.
- Przestań powoływać się na opinię publiczną - ucinał sprawę. - Wolę chodzić w starych butach.
Gdy wbijała go w bure workowe wiatrówki kupowane zawsze na wyrost, już jego mina była obelgą.
Im dalej, tym gorzej. Najpierw był tylko nieznośny, potem się zbuntował. Wstydził się ich oportunizmu, podlewanego sentymentem do młodzieńczego komunizowania.
- Nie muszę jeść szynki. Wolę, żebyście wypisali się z partii. - I dodawał: - Uciekliście z getta do getta.
- Gówniarzu, gdybyś żyt w czasach stalinowskich, byłbyś najgorszym fanatykiem i ortodoksem - odgryzał się ojciec.
- Skąd wiesz, może gniłbym w ubeckiej piwnicy, o której ty wolałeś nie wiedzieć.
Bardzo wcześnie przyjął, że co innego zrozumieć, a co innego usprawiedliwić. Cierpiał, wściekał się i z zapamiętaniem przygotowywał do przyszłych prób. Czytał, co potrafią robić oprawcy. Zaczął brać zimą lodowaty prysznic. Szykował się na najgorsze. Skąd mamy wiedzieć, co jest przeszłością.
Al siedział właśnie na tylnym siedzeniu, wciśnięty między dwóch tajniaków. Kierowca milicyjnej suki brawurowo ścigał się z kumplem, którego zobaczył po drodze w sąsiednim samochodzie. Przechodnie pierzchali spod kół, mląc przekleństwa, gdy z rykiem ruszał pierwszy na światłach przy placu Dzierżyńskiego. Wjechali do pałacu Mostowskich na pierwszy dziedziniec. Szli długo przez korytarze. Esbecy wprowadzili Ala skutego kajdankami do pokoju z jednym krzesłem i stołem. Zaczęli krążyć wokół niego. W czasie przesłuchania przynajmniej jednego miał za plecami.
- Siadajcie. Próbowaliście koordynować akcję na uniwersytecie i politechnice. Wiemy wszystko. Mówcie.
- Ja? To nieporozumienie - odparł Al.
- Nie mówiłeś, że trzeba w końcu coś zrobić? Mamy zeznania twoich kumpli. Szczegółowe - rzucił drugi esbek.
- Nie wiem, o co chodzi.
- Nie wiecie, nie wiecie. Dowiecie się, jak będziecie aresztowani za matactwo.
- Co to takiego?
- Nie idźcie w zaparte. Tak to chociaż wyjdziecie na miękkie serce.
Obaj esbecy stanęli na wprost i uśmiechali się, zadowoleni z płynności swojej grypsery. Jeden miał trzydzieści, drugi może czterdzieści lat, Al miał skończyć wkrótce dwadzieścia.
- Biały pokój, krzesło, stół, dwóch ludzi w cywilu i ten trzeci, niewinny. Sytuacja jak u Kafki - powiedział, zmuszając się do spokoju.
- Jakiej Kawki? Adres! - wrzasnął młodszy.
Al zamilkł. Zastanawia! się, czy widzą jego spocone czoło. Wyprostował plecy ruchem przypominającym tik.