Scenariusz mordercy - James Patterson, Marshall Karp

Reflow text when sidebars are open.
PRZENIKANIE Z CZERNI DO OBRAZU:
WNĘTRZE KUCHNI - HOTEL REGENCY
NOWY JORK - DZIEŃ
Poranny szczyt w słynnej sali restauracyjnej dla możnych tego świata. KAMELEON wślizguje się do gwarnej kuchni. Jego rudawozłote włosy są teraz ciemne, skóra ma odcień miedziany. Pasuje do reszty, jest kolejnym bezimiennym Portorykańczykiem w stroju pomocnika kelnera. Nikt nie zwraca na niego uwagi.
Kameleon patrzył na te słowa w scenariuszu setki razy. Tego ranka miały się ziścić. Jego film w końcu wszedł w fazę zdjęciową.
- Akcja - wyszeptał, wchodząc tylnym wejściem do kuchni hotelu Regency.
Ktoś jednak zwrócił na niego uwagę.
- Ej, ty! - wrzasnął jeden z kelnerów w muszce i białej marynarce. - Śmigaj na salę i zanieś kawę do dwunastki.
Nie było to do końca zgodne ze scenariuszem, ale i tak wyszło lepiej, niż oczekiwał. Jak większość nowojorskich aktorów, Kameleon znał topografię restauracyjnej kuchni. Napełnił chromowaną karafkę zwykłą kawą, do drugiej nalał kawę bezkofeinową i wszedł przez drzwi wahadłowe na salę.
Obsada filmu okazała się lepsza od spodziewanej. Dzisiaj Nowy Jork rozpoczynał tygodniową ofensywę, w wyniku której zamierzał wydrzeć Los Angeles całkiem spory kawałek tortu, jakim jest biznes filmowy. Dlatego oprócz pojawiających się tu każdego dnia gości, czyli wpływowych brokerów ze Wschodniego Wybrzeża, na wypełnionej po brzegi sali siedziały hollywoodzkie szuje ubijające wielomilionowe interesy przy śniadaniu kosztującym setki dolarów. Wśród nich przy stoliku dwunastym brylował sam Sid Roth.
Gdyby ludzie szli do więzienia za rujnowanie karier, rozbijanie rodzin i łamanie dusz, Sid Roth odsiadywałby wielokrotne dożywocie. Jednak w przemyśle filmowym opłacało się być bezdusznym sukinsynem. W ciągu trzydziestu lat Roth przemienił Mesa Films z rodzinnego interesiku w potężne studio. W świecie filmu był bogiem, a pozostali czterej mężczyźni siedzący z nim przy stoliku pławili się w blasku jego sławy.
Kameleon zaczął nalewać kawę, gdy Roth, raczący swych kompanów opowieścią o jednej w hollywoodzkich wojenek, nakrył dłonią filiżankę i powiedział:
- Podaj mi jeszcze jeden sok pomidorowy.
- Oczywiście, proszę pana - odparł Kameleon. Jeden sok pomidorowy i pan Roth odegra epizodyczną rolę charakterystyczną, pomyślał.
Niecałe trzy minuty później podał zamówiony sok.
- Muchas gracias, amigo - powiedział Roth i opróżnił szklankę, nie patrząc już na kelnera.
Vaya con Dios, uprzejmie pożegnał go w duchu Kameleon, po czym wrócił do kuchni i wyszedł tylnymi drzwiami. Miał dziesięć minut na zmianę kostiumu.
Męska toaleta w hotelowym holu była elegancka i pusta. Ręczniki z materiału, orzechowe drzwi w każdej kabinie i oczywiście żadnych kamer.
Po zużyciu kilku chusteczek do usuwania makijażu ze śniadego Latynosa stał się białym młodzieńcem o dziecięcej twarzy. Strój kelnera zamienił na parę spodni khaki i jasnoniebieski golf.
Wrócił do holu i przystanął obok rzędu kabin telefonicznych, skąd mógł śledzić rozwój wydarzeń. Nie miał już na nie wpływu. Liczył tylko, że okażą się choćby w połowie tak ekscytujące jak w scenariuszu.
WNĘTRZE SALI RESTAURACYJNEJ W HOTELU REGENCY - DZIEŃ
Kamera kieruje się na OFIARĘ, która zaczyna odczuwać pierwsze oznaki działania fluorku sodu. Łapie się krawędzi stołu, chce wstać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Czuje narastającą panikę, gdyż system nerwowy oszalał. Objawy są już pełne. OFIARA wymiotuje, macha rękami, w końcu pada twarzą w talerz z frittatą grzybowo-pomidorową.
- Skąd wiesz, że zamówi frittatę? - zapytała Lexi po przeczytaniu skryptu.
- Nieważne, co zamówi - odpowiedział Kameleon. - To tylko wypełniacz, coś musiałem napisać.
- Owsianka byłaby lepsza - stwierdziła Lexi. - Z jagodami. Jest bardziej filmowa. Skąd wiesz, że akurat tak to będzie wyglądało?
- To ogólny zarys. Do ostatniej chwili nie wiem, kim jest ofiara. Większość to improwizacja. Chcemy tylko, żeby facet zmarł w mękach.
Sid Roth nie zawiódł. Wszystko się zgadzało: wymiociny, panika w oczach, spastyczne ruchy. Tyle że zamiast upaść twarzą w talerz, zrobił kilka chwiejnych kroków, potknął się o sąsiedni stolik i padając na ziemię, rozbił sobie głowę o podstawę marmurowej kolumny. Wokół pojawiło się mnóstwo krwi - skromny bonus dla autora scenariusza.
- Dzwońcie po pogotowie! - krzyknęła jakaś kobieta.
- Cięcie - wyszeptał Kameleon.
Fantastyczne przedstawienie.
Zmierzając do metra, wysłał Lexi SMS-a:
Scena wyszła idealnie. Jedno ujęcie.
Kwadrans później jechał linią F i czytał "Variety". Był jednym z wielu niebieskookich aktorów o jasnej karnacji walczących o utrzymanie się na powierzchni w Nowym Jorku. Właśnie zmierzał na kolejny występ o dziewiątej w Silvercup Studios.
Nowojorska branża filmowa potrzebuje kameleonów, a on był jednym z najlepszych. Jego zawodowy dorobek obejmował film Woody'ego Allena, serial "Prawo i porządek", opery mydlane - w sumie co najmniej sto ról filmowych i przynajmniej dwa razy tyle występów w telewizji. Zawsze w tle. Bez słowa. Ani jednej roli pierwszoplanowej. Zamiast tego wtapianie się w tło.
Nie dzisiaj. Miał dość funkcjonowania jako jedna z twarzy w tłumie. Dzisiaj był gwiazdą. Producentem, reżyserem i scenarzystą. To był jego film. Kamerę miał w głowie. Wyjął z kieszeni kartki ze scenariuszem.
WNĘTRZE HALI ZDJĘCIOWEJ - SILVERCUP STUDIOS - DZIEŃ
Jesteśmy na planie kolejnej szmiry z IANEM STEWARTEM. Rzecz dzieje się na przyjęciu weselnym w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Ian jest panem młodym. Pannę młodą gra DEVON WHITAKER. Zero talentu, tylko cycki. O połowę młodsza od Iana. Szczęśliwi nowożeńcy idą na parkiet. Setka GOŚCI WESELNYCH śledzi ich wzrokiem, siląc się na uśmiech. EDIE COBURN, grająca zazdrosną BYŁĄ ŻONĘ, wchodzi do sali. Jest wściekła. Goście są przerażeni. Kamera pokazuje zbliżenie jednego z nich. To prawdziwa gwiazda tej sceny. Kameleon.
Poczuł wibracje komórki. Spojrzał na ekran. Dzwoniła Lexi.
- Zgadnij, co się dzieje - wypaliła bez żadnych wstępów.
- Lex, nie możesz dzwonić do mnie co pięć minut. Jestem w strefie wolnej od telefonów. Mają tu fioła na tym punkcie.
- Wiem, ale musiałam zadzwonić. Internet huczy o śmierci Sida Rotha.
- Skarbie, minęły trzy godziny. Faceci siedzący z nim przy stole na pewno wrzucili to na Twittera, zanim Roth padł na podłogę.
- Piszą, że to najpewniej zawał serca, natomiast TMZ twierdzi, że został otruty.
- TMZ to stek bzdur. Banda łowców taniej sensacji. Wszystko, co wrzucają na swoją stronę, to kłamstwo.
- Przecież to prawda.
- Tyle że oni o tym nie wiedzą - odwarknął. - I nie będą wiedzieli aż do sekcji zwłok. Ale im jest wszystko jedno. Wolą wypisywać brednie.
- Nie chciałam cię zdenerwować.
- To nie twoja wina. Po prostu psują mi scenariusz. Napisałem, że nikt nie może dowiedzieć się o otruciu do jutra. To dla mnie więcej warte niż te bzdety z Ianem Stewartem i Edie Coburn.
- Właśnie, jak idzie?
- Lexi, nie mogę teraz rozmawiać. Jestem na planie.
- To nie w porządku - odpowiedziała urażonym tonem. - Skoro nie mogę być tam z tobą, chciałabym chociaż, żebyś mnie informował.
- Informuję. Wysłałem ci swoje zdjęcie z garderoby.
- Świetnie. Będę miała wygaszasz ekranu z twoją fotką, na której przypominasz makaroniarza z "Ojca chrzestnego". A ja nadal nie wiem, co się dzieje.
- W tym problem, Lexi. Nic się nie dzieje, absolutnie nic. Setka statystów siedzi tu od dziewiątej, a oni jeszcze nie nakręcili ani jednego ujęcia.
- Podali powód?
- Nic nam nie mówią, choć słyszałem, jak Muhlenberg, no wiesz, reżyser, nadawał komuś przez telefon, że Edie nie chce wyjść z przyczepy.
- Pewnie jest wkurzona na Iana. Na TMZ pisali, że ją zdradzał.
Kameleon odetchnął głęboko. Owszem, Lexi jest bystra. Podczas czteroletnich studiów na Uniwersytecie Południowej Kalifornii była jedną z najlepszych na liście. Ale obsesyjne zainteresowanie bzdetami typu horoskopy, hollywoodzkie plotki i internetowe rewelacje stępiało jej umysł.
- Nieważne, czy ją zdradza, czy nie - powiedział. - Jeśli Edie nie wyjdzie, Ian też nie.
- Muszą wyjść. Tak jest w naszym scenariuszu - zaoponowała Lexi.
Kameleon zaśmiał się krótko.
- Myślę, że Muhlenberg właśnie siedzi w przyczepie Edie i tłumaczy jej, co jest w jego scenariuszu.
- Hej, ty z komórką przy uchu!
Kameleon spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. To był wkurzony asystent reżysera.
- Zakaz używania komórek na planie oznacza zakaz używania komórek na planie.
- Przepraszam. Siedzę tu całą wieczność, zacząłem się nudzić.
- Jesteś statystą - warknął asystent. - Płacą ci za nudę. Schowaj telefon albo wynocha.
- Oczywiście, proszę pana. - Kameleon osłonił dłonią aparat i wyszeptał: - Lex, muszę kończyć. Nie dzwoń już, dobrze?
- Cholera, skąd będę wiedziała, kiedy skończysz scenę?
- Zapewniam cię, że internet będzie o tym huczał - odparł Kameleon.
Obudziłem się wściekły jak diabli. W spowitym ciemnością pokoju widziałem tylko cyfry 3:14 na wyświetlaczu elektronicznego zegara. Chciałem pospać jeszcze ze trzy godziny, ale jedynym środkiem nasennym, który znajdował się w mieszkaniu, był naładowany rewolwer leżący na nocnej szafce. Wolałbym go raczej użyć przeciwko kretynowi, który sprawił, że mój partner wylądował w szpitalu.
Włączyłem światło. Pod komodą leżała zwinięta fioletowa mata do jogi. Uznałem, że trzydzieści minut asan i pozycji psa z głową w dół pomoże mi w rozciągnięciu mięśni i zniwelowaniu stresu.
Zadziałało.
Kwadrans po czwartej, już wykąpany i ubrany, zasiadłem nad filiżanką zielonej herbaty. To nie był mój wybór. Erika, instruktorka jogi, zaklina się, że ten napój uleczy moje czakry i pomoże ciału znosić fizyczne oraz psychiczne trudy życia. Obiecałem jej, że spróbuję tej kuracji przez miesiąc, ale tylko za zamkniętymi drzwiami. Gdyby ktokolwiek w pracy wyczuł liście herbaty w moim oddechu, ludzie zabiliby mnie śmiechem.
Nazywam się Zach Jordan, jestem detektywem pierwszego stopnia w nowojorskiej policji.
W Nowym Jorku pracuje trzydzieści pięć tysięcy gliniarzy, a ja należę do siedemdziesięciu pięciu szczęśliwców wyznaczonych do pracy w Zespole do spraw Przestępstw Przeciwko Znanym Ludziom.
Zespół był pomysłem burmistrza. To facet o mentalności twardogłowego biznesmena, który uważa, że zarządzanie wielkim miastem przypomina zarządzanie linią lotniczą - najbardziej dbasz o stałych klientów z platynową kartą. W Nowym Jorku oznacza to persony nieprzyzwoicie bogate, wpływowe i sławne, czasem zresztą z niepojętych powodów.
Codziennie dbam o bezpieczeństwo miliarderów z Wall Street, gwiazd sportu z siedmiocyfrowymi kontraktami i ludzi show-biznesu. Z tymi ostatnimi mamy najwięcej pracy. Pewnie dlatego, że ich atrakcyjność przyciąga stalkerów, majątek przyciąga złodziei, a podłość charakteru kusi morderców.
Nazwa Zespół do spraw Przestępstw Przeciwko Znanym Ludziom wskazuje, że departament policji dysponuje oddziałem specjalnym oddelegowanym wyłącznie na potrzeby miejscowej śmietanki. Tak, właśnie tak, choć jest to zupełnie niepoprawne politycznie. Dlatego burmistrz poprosił, a tak naprawdę nakazał, żebyśmy tej nazwy nie używali.
Dlatego mówi się o nas: NYPD Red[1]. Dla gliniarza w Nowym Jorku to najlepsza możliwa robota.
Herbata ostygła, dodałem więc cukru i włożyłem kubek do mikrofalówki. Trzydzieści sekund później była cieplejsza i słodsza, co nie zmieniało faktu, że nadal była herbatą. Usiadłem przy komputerze i sprawdziłem pocztę. Był krótki mejl od Omara:
Cześć, Zach, dziś WIELKI DZIEŃ. Połamania nóg. LOL. Omar.
Kliknąłem "Odpowiedz" i napisałem:
Cieszę się, że jeden z nas uważa to za zabawne.
Omar Shanks jest, a raczej do ubiegłego tygodnia był moim partnerem. Policyjna drużyna softballowa grała z zespołem strażaków na dorocznym meczu charytatywnym, gdy jeden z zawziętych przeciwników usiłował powstrzymać Omara wślizgiem. W rezultacie złamał mu kostkę i zerwał więzadło krzyżowe przednie. Lekarze twierdzą, że leczenie Omara potrwa co najmniej cztery miesiące. Dzisiaj rano czeka mnie spotkanie z nowym partnerem, a ściślej mówiąc, z partnerką.
Nazywa się Kylie MacDonald. Mamy coś, czego partnerzy zwykle nie mają. Wspólny bagaż. Przynajmniej na razie nie chcę się zagłębiać w szczegóły, ale ogólny zarys mogę przedstawić.
To był mój pierwszy dzień w akademii policyjnej. Taksowałem wzrokiem innych rekrutów, gdy do sali weszła ona - opalona, złotowłosa bogini żywcem wyjęta z piosenki Beach Boys. Na ścianie wisiał defibrylator i miałem wrażenie, że za chwilę będę go potrzebował. Była zbyt piękna na policjantkę. O wiele lepiej pasowałaby na żonę gliniarza. Moją żonę.
Kilku innym musiała zaświtać w głowie ta sama myśl, ponieważ chwilę później zagarnął ją ocean testosteronu. Ignorowałem ją w myśl teorii, że dziewczynom takim jak Kylie bardziej podobają się faceci, którzy się nie przystawiają, nie ślinią na jej widok i nie obcinają pożądliwymi spojrzeniami. Po tygodniu zadziałało.
- Jestem Kylie MacDonald - zagadnęła pewnego dnia po zajęciach. - Jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać.
- Tak, unikałem cię - burknąłem.
- Dlaczego?
- Z powodu koszulki.
- Jakiej koszulki?
- Tej, którą miałaś na sobie pierwszego dnia. Z logo Metsów.
- Niech zgadnę… Jesteś fanem Jankesów.
- Zdeklarowanym. Na śmierć i życie.
- Szkoda, że nie wiedziałam. Włożyłabym koszulkę z logo Jankesów. Specjalnie dla ciebie.
- Wątpię, żebyś ją miała.
- Zakład o pięć dolców, że mam?
- Zgoda.
Wyjęła komórkę i zaczęła przeglądać zdjęcia. W końcu znalazła to, którego szukała, i podała mi telefon.
Ujrzałem zdjęcie Kylie obejmowanej ramieniem przez skandalicznie przystojnego gościa w kapeluszu z logo Metsów na głowie. Kylie miała na sobie T-shirt z napisem "Jankesi". Poniżej widniała dalsza jego część: "są do dupy".
- Płać - wyciągnęła rękę.
Piękna i błyskotliwa. Jak mogłem się nie zakochać?
Dałem jej pieniądze. To, co nastąpiło później, to długa historia pełna radości i łez, szczęścia i rozpaczy. Bagaż, który zachowałbym na inny moment. Mogę jednak powiedzieć, jak się skończyła. Uroczystym ślubem kościelnym Kylie ze Spence'em Harringtonem, gościem ze zdjęcia w telefonie komórkowym.
To było prawie dziesięć lat temu. Teraz Kylie i ja mamy być partnerami. Niełatwo przyzwyczaić się do nowego partnera i układać sobie z nim współpracę. Jeszcze trudniej, gdy nadal jest się w nim beznadziejnie zakochanym.
Właśnie z tego powodu obudziłem się w środku nocy.
Wylałem zieloną herbatę do zlewu. Do diabła z czakrami. Potrzebowałem kawy.
Bistro U Gerri znajduje się przy Lexington Avenue w niewielkiej odległości od dziewiętnastego komisariatu i dokładnie naprzeciwko Hunter College. O piątej rano nie ma tam ani jednego studenta, roi się za to od taksówkarzy, budowlańców i gliniarzy. Jeden z nich ma doktorat zamiast broni.
Cheryl Robinson jest psychiatrą w wydziale. Prócz doskonałego zrozumienia ludzkich zachowań oraz umiejętności słuchania, doktor Robinson ma coś, co odróżnia ją od reszty specjalistów, z jakimi miałem do czynienia. Jest olśniewająco piękna. Choć przysięga, że w dziewięćdziesięciu procentach jest Irlandką, ma ciemnobrązowe oczy, kruczoczarne włosy i cudowną karmelową karnację po babci Latynosce.
Spodobała mi się już na pierwszych zajęciach z negocjacji. Była jednak mężatką, co dla mnie oznacza kategorię "poza zasięgiem". Ostatnio jej stan cywilny uległ zmianie, ale atrament na papierach rozwodowych jeszcze nie wysechł. Tego ranka siedziała sama w jednym z boksów. Sądząc z mowy ciała i smutku w oczach, nadal zmagała się z upiorami nieudanego związku.
Dla niektórych mężczyzn oznacza to jawne zaproszenie. Widzą w takiej kobiecie łatwy cel, istotę gotową do wypełnienia pustki przelotnym seksem bez zobowiązań, ale ja do nich nie należę. Zresztą byliśmy już z Cheryl dobrymi przyjaciółmi, a ona wyglądała na kogoś, kto bardziej potrzebuje przyjaciela niż chwili zapomnienia.
Kupiłem dwie kawy na wynos, jedną włożyłem do torby, drugą otworzyłem.
- Mogę się przysiąść? - zapytałem, sadowiąc się naprzeciwko Cheryl. - Wyglądasz jak dama w opałach, a ja mam w sobie nadczynny gen księcia na białym koniu.
- Sądziłam, że wszyscy gliniarze mają ten problem, ale ty jesteś pierwszy, który chce mnie podnieść na duchu - odparła.
- To dlatego, że cały czas widzą w tobie psychiatrę. Boją się, że jeśli usiądą i zaczną coś mówić, od razu będziesz ich analizować.
- A co tu jest do analizowania? Są stuknięci, więc zostają policjantami. Zostali policjantami, więc są stuknięci.
Przed nią leżały na stole otwarte saszetki z cukrem. Sięgnąłem po jedną.
- Ponieważ w dzieciństwie przeczytałem wszystkie książki z serii "Hardy Boys", zgaduję na podstawie ilości cukru, że siedzisz tu około czterdziestu minut.
- Godzinę - uściśliła, zerkając na zegarek.
- Wynika stąd, że nawet psychiatrzy mają problemy, które nie pozwalają im w nocy spać.
- Problem jest jeden i ten sam. Fred.
- Myślałem, że rozwiedliście się dwa tygodnie temu. Na mocy prawa obowiązującego w stanie Nowy Jork Fred przestał już być twoim problemem, czyż nie?
- Wieczorem przysłał mi mejla. Jest zaręczony.
- Hm - powiedziałem, z namysłem kiwając głową i gładząc nieistniejącą kozią bródkę. - Und jak się z tym czujesz?
Zaśmiała się.
- To najgorsza imitacja Freuda, jaką słyszałam.
- Tak naprawdę to był doktor Phil, ale ty unikasz odpowiedzi na pytanie.
- Nie obchodzi mnie, że drań ponownie się ożeni, ale lepiej bym się czuła, gdyby proces zapominania o mnie trwał nieco dłużej niż dwa tygodnie.
- Ma pani rację, pani doktor. Mógłby się z tym wstrzymać, aż dojdziesz do siebie. O, widzę, że już doszłaś.
Znowu się zaśmiała.
- Miałam dość Freda już dwa lata przed rozwodem.
- Teraz inna będzie cierpieć. Jest remis.
- Dzięki. Moja kolej na wejście w rolę doktora. Dlaczego zerwałeś się dzisiaj tak wcześnie?
- Czeka mnie szalony tydzień. Do Nowego Jorku zwala się gromada ludzi z Hollywood. Chciałem się przygotować na ich przyjazd.
- Rozumiem. I nie ma to nic wspólnego z tym, że dzisiaj zaczynasz pracę z nową partnerką, która jest twoją byłą dziewczyną.
Cheryl Robinson znała moją historię z Kylie. Opowiedziałem jej o tym podczas przyjęcia z okazji przejścia na emeryturę jednego z policjantów. Cheryl umiała słuchać, a ja byłem dostatecznie pijany, by się przed nią otworzyć. I wcale tego nie żałowałem. To, że mogłem opowiedzieć o tym profesjonalistce w prywatnej rozmowie zadziałało terapeutycznie.
- Chyba masz rację. Kylie zaczyna dzisiaj. Dotąd nie podziękowałem ci, że pomogłaś jej zdobyć tę pracę.
Gdybym miał wymienić to, co absolutnie najpiękniejsze w Cheryl Robinson, to byłby to jej uśmiech. Zupełnie jakby uruchamiała go włącznikiem. W jednej chwili ciemne oczy rozjaśniały się, a pełne usta odsłaniały rząd białych zębów. Moja drobna złośliwa uwaga, na którą kto inny zareagowałby podobną złośliwością, u niej wywołała promienny uśmiech o mocy tysiąca megawatów.
- Brawo, detektywie - powiedziała. - Myśl, co chcesz, ale nie pomogłam Kylie MacDonald zdobyć tej posady. Sama to sobie zawdzięcza. Kapitan Cates poprosiła, żebym nieoficjalnie zerknęła w jej profil. Robił wrażenie. Wasza przeszłość nie zaszkodziła jej w karierze.
Wzniosłem kubek z kawą.
- Mam nadzieję, że nie zaszkodzi też mojej.
Cheryl nakryła dłonią moją dłoń. Omal nie upuściłem kubka.
- Zach - powiedziała miękko - przestań użalać się nad sobą. Pozwól przeszłości odejść i zacznij od nowa.
- Dobra rada, pani doktor - odparłem, kładąc rękę na jej dłoni. - Dobra dla nas obojga.
Zaniedbany budynek z czerwonej cegły ze zwieńczeniami z błękitnoszarego piaskowca i wykończeniami z terakoty, zlokalizowany przy Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy między Trzecią Aleją i Lexington, jest siedzibą dziewiętnastego komisariatu od lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. To solidna pięciopiętrowa budowla z miejscem dla więcej niż dwustu mundurowych i kilkudziesięciu oficerów śledczych, służących w rejonie Upper East Side.
To także idealna lokalizacja dla NYPD Red, ponieważ w całości podlega jurysdykcji miasta. Zajmujemy trzecie piętro wzdłuż północnej ściany, poza głównym nurtem zdarzeń, ale w zasięgu świateł i syren, niedaleko od pięciu miejskich gmin, z okazjonalnym widokiem na budynek Chryslera, jak dla mnie najpiękniejszego i najbardziej okazałego spośród charakterystycznych obiektów Nowego Jorku.
Siedziałem przy biurku, gdy usłyszałem ten głos:
- Siema, Szósty!
Poznałbym go na końcu świata. Okręciłem się na krześle i zobaczyłem ją: opadające na ramiona jasne włosy, błyszczące zielone oczy i irytującą złotą obrączkę na serdecznym palcu lewej ręki. Kylie MacDonald.
- K. Mac - powiedziałem.
- Co się dzieje, Szósty? Zapomniałeś mojego numeru? - zapytała. Podeszła bliżej i uściskała mnie na powitanie.
- Długo jeszcze będziemy się bawić w tę głupią grę z numerami? - burknąłem, wciągając w nozdrza znajomy zapach szamponu rozmarynowo-miętowego.
- Zgodnie z warunkami zakładu, do końca życia. A jeśli spotkamy się w piekle, to nawet dłużej. Co słychać, Szósty?
Kylie i ja mamy rywalizację we krwi. Kilka dni po naszej pierwszej rozmowie, kiedy przegrałem z nią zakład o pięć dolarów, założyliśmy się o znacznie więcej. Kto uzyska lepszy wynik na koniec akademii, ma prawo nazywać to drugie numerem z listy absolwentów ułożonej według uzyskanych punktów. Wśród dwustu siedemdziesięciu pięciu osób ukończyłem akademię na miejscu szóstym.
- Wszystko gra. A u ciebie, Pierwsza?
- Więc jednak pamiętasz mój numer.
- Chyba nigdy nie pozwolisz mi zapomnieć.
- Skoro zostaliśmy partnerami, będę ci o tym przypominać codziennie. Taka jestem. Ciągle nie mogę uwierzyć, że wzięli mnie do NYPD Red.
- A ja wierzę. Masz na koncie aresztowanie, o którym gazety informowały na pierwszych stronach.
- Gazety rozeszły się jak świeże bułeczki, ale góra się wkurzyła. - Posłała mi zabójczy uśmiech. - Nie udawaj, że nie znasz szczegółów, Zach.
- Słyszałem to i owo. Jeśli obiecasz, że będziesz się do mnie zwracać po imieniu, nie zapytam, czy to prawda.
- Wyduś to z siebie. Co słyszałeś?
- Na własną rękę dorwałaś gwałciciela sześciu pielęgniarek.
- To było w gazetach. Przestań udawać.
- Nie wyznaczyli ciebie do tej sprawy. Zrobiłaś to samowolnie. Brudny Harry w spódnicy. Samotna wilczyca. Nieobliczalna i groźna.
- Jego trzecią ofiarą była moja przyjaciółka Judy. Jest pielęgniarką w szpitalu na Coney Island. Skończyła zmianę o drugiej w nocy. Szła do metra, gdy ten facet zastąpił jej drogę, uderzył w twarz i zgwałcił. Nawet nie zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście. Wybrała telefon do mnie. Zgłosiłam ten gwałt, a potem siedziałam z nią całą noc w szpitalu. Nazajutrz poprosiłam o przydzielenie mi tej sprawy.
- A oni odmówili, ponieważ miałaś do niej osobisty stosunek.
- Pokaż mi policjantkę pozbawioną uprzedzeń wobec seryjnego gwałciciela - odparowała. - Facet prowadzący śledztwo był stary, leniwy i głupi. Nigdy nie dorwałby tego zboka.
- Więc Jedynka postanowiła działać na własną rękę.
- To nie była skomplikowana sprawa. Drań nie zmieniał sposobu działania. Atakował na Brooklynie i chociaż zmieniał szpitale, zawsze wybierał taki, z którego prowadziła długa i ciemna droga do metra.
- Przebrałaś się za pielęgniarkę i zaczęłaś chodzić ze szpitala do metra. Ile nocy spędziłaś na polowaniu?
- Siedemnaście. Dorwałam go przy osiemnastej próbie.
- Miałaś wsparcie?
- Zach, nie miałam upoważnienia do tej akcji, więc wsparcia nie było. Miałam tylko broń i odznakę. I zadziałało.
- Na szczęście dla ciebie.
- Na szczęście dla wielu pielęgniarek. Samotna wilczyca czy nie, zrobiłam swoje. Złamałam parę zasad, ale niczego nie żałuję.
- Może dlatego przysłali cię do nas. My przez cały czas łamiemy zasady.
- My, Detektywie Porządnicki? Znam cię, Zach. Ty nie należysz do ludzi łamiących zasady. Jesteś Koziorożcem w każdym calu. Zorganizowany, uwielbia jasne struktury, nie kieruje się impulsami, mistrz powściągliwości.
- Nie wszyscy mogą być kowbojami.
- Pewnie dlatego zrobili nas partnerami. Jin-jang, punkt i kontrapunkt…
- Rozsądny glina i szalony glina - wszedłem jej w słowo.
- Powiedz mi coś o swoim partnerze.
- Omar Shanks nie jest tak ładny jak ty. Ani tak szalony.
- Wiesz, o co mi chodzi. Co z jego kolanem? Jestem tu tylko na okresie próbnym. Po powrocie Omara będą chcieli mnie odesłać. Muszę wiedzieć, ile mam czasu, by zrobić wrażenie na kapitan Cates. Jeśli jej zaimponuję, może mnie zatrzyma.
- Masz kilka miesięcy, ale musisz wiedzieć, że na Cates trudno zrobić wrażenie - odparłem.
- A jeśli ją wkurzysz, wylecisz jeszcze przed lunchem.
Podnieśliśmy głowy. Przed nami wyrosła nasza szefowa, kapitan Delia Cates.
Kylie wyciągnęła dłoń na powitanie.
- Detektyw Kylie MacDonald, pani kapitan.
W tej samej chwili rozległ się sygnał komórki. Cates sprawdziła, kto dzwoni, i skomentowała:
- Jeszcze nie ma ósmej, a zastępca burmistrza do spraw działania mi na nerwy dobija się do mnie już czwarty raz. - Wcisnęła zieloną słuchawkę. - Bill, daj mi chwilę, właśnie coś załatwiam. - Trąciła pięścią wyciągniętą rękę Kylie. - Witam w Red, pani detektyw. Poranna odprawa o dziesiątej. Jordan, bądź u mnie w biurze przed odprawą.
Przycisnęła telefon do ucha i odeszła.
Kylie patrzyła za nią bez słowa. Wiedziałem, jakie myśli chodzą jej po głowie.
- Nie próbuj tego analizować - powiedziałem. - Cates jest rzeczowa do bólu, nie bawi się w uprzejmości. Jeśli spodziewałaś się herbatki i babskich pogawędek, to czym prędzej o tym zapomnij. Przywitałyście się, a teraz do roboty. I nie próbuj jej imponować. Cates sprawdziła twoją teczkę. Nie byłoby cię tutaj, gdyby nie uznała, że się do tego nadajesz.
- Bardzo mi pomogłeś. Dzięki - odparła Kylie.
- Od tego są partnerzy.
Henry Muhlenberg mocno przycisnął dłoń do ust Edie Coburn. Wbiła mu zęby w skórę i gwałtownie odrzuciła głowę do tyłu, ale nie puścił. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował, to przypadkowa para uszu, która usłyszy okrzyk rozkoszy dobiegający z przyczepy Edie.
Jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Jeden, drugi, trzeci. Potem osunęła się bezwładnie w jego ramionach.
Oderwał rękę od jej warg.
- Daj mi papierosa. Są na kontuarze - powiedziała.
Muhlenberg wstał z sofy i nagi przeszedł na drugi koniec przyczepy. Miał dwadzieścia osiem lat, był cudownym dzieckiem niemieckiego kina, kręcił ambitne filmy wychwalane przez krytyków i niezauważane przez widzów. Mając dość jeżdżenia dziesięcioletnim oplem i mieszkania w jednopokojowej klitce we Frankfurcie, sprzedał duszę za porsche 911, dom w Beverly Hills i kontrakt na trzy filmy.
Pierwszy okazał się klapą, drugi zarobił sześć milionów - co dla wytwórni niezależnej jest świetnym wynikiem, ale dla dużej oznacza katastrofę. Jeśli trzeci film nie podbije multipleksów, Muhlenberga czekał powrót do Niemiec i kręcenie teledysków dla garażowych kapel.
To była jego ostatnia szansa, a teraz ta suka Edie Coburn wycięła mu taki numer. Przyszedł do jej przyczepy, żeby wynegocjować rozejm między nią a jej mężem idiotą, Ianem Stewartem, który na nieszczęście partnerował jej w tym filmie. Wynegocjować? Raczej wybłagać, chowając dumę do kieszeni.
- Edie, proszę - powiedział. - Cała ekipa w komplecie i stu statystów czeka w gotowości, a licznik tyka. Każda minuta twojego uporu kosztuje studio tysiąc dolarów.
- Ian powinien najpierw pomyśleć, zanim zaczął dymać tę tlenioną cizię z cyckami z silikonu.
- Przecież nie wiadomo, czy to prawda. Plotka o Ianie i Devon to tylko plotka. Może puścił ją w obieg rzecznik prasowy studia, żeby podkręcić atmosferę przed premierą.
- Nie wiem, jak jest w Niemczech, Herr Muhlenberg, ale w Nowym Jorku wszystkie plotki są prawdziwe.
- Nie jestem terapeutą, nie zajmuję się małżeńskimi kłopotami. Wiem, że macie z Ianem problemy, ale wiem też, że jesteś profesjonalistką. Co cię skłoni do przebrania się i wyjścia na plan?
Edie miała na sobie krótkie niebieskie kimono w barwne pawie i kwiaty. Szarpnęła pasek i kimono opadło na podłogę.
Numerek w rewanżu. Muhlenberg spełnił jej wolę.
Przy cenie tysiąca dolarów za minutę przestoju ten akt kosztował studio pięćdziesiąt cztery tysiące dolarów. Edie nie dorównywała nastoletniej gwiazdce grającej w jego ostatnim filmie, ale skoro dla ratowania kariery musiał przelecieć czterdziestosześcioletnią diwę… to cóż, mógł trafić o wiele gorzej.
Zapalił jej papierosa. Zaciągnęła się i dmuchnęła mu dymem prosto w twarz.
- Mam nadzieję, że nie czekasz na owację na stojąco. To był czysty biznes - powiedziała.
- Jasne. W takim razie powiadomię Iana, że będziesz na planie za trzydzieści minut.
- Tak, tylko nie zapomnij włożyć spodni.