Rury - Etgar Keret

-
Proszę czekać

Dziś są urodziny

Autobus się zatrzymuje, kierowca uśmiecha się do ciebie, okna połyskują; fajnie i tanio. Z pojedynczych siedzeń po lewej stronie ostatnie jest wolne, jakby dla ciebie zarezerwowane, to, które najbardziej lubisz, z szybą za plecami. Autobus jedzie, światła na skrzyżowaniach mu się zielenią, a młody człowiek, który je orzeszki, łupiny zbiera do torebki.

Starszy konduktor nie żąda dzisiaj biletu, tylko dotyka daszka czapki i miłym głosem życzy pięknego dnia.

I naprawdę będzie piękny dzień. Bo dziś są urodziny. Jesteś mądra, ładna i życie przed tobą. Jeszcze cztery przystanki i pociągniesz za sznurek stopu, a kierowca się zatrzyma - specjalnie dla ciebie.

Wysiądziesz z autobusu, nikt się nie będzie na ciebie pchał, a drzwi się zamkną, jak już będziesz daleko. Autobus odjedzie, ludzie się do ciebie uśmiechną i młody człowiek, który jadł orzeszki, będzie ci machał ręką, dopóki nie zniknie, bez żadnego powodu czy pretekstu.

Kto potrzebuje powodu, dziś są urodziny, a w urodziny zdarzają się rzeczy przyjemne. Szczeniak, który teraz do ciebie biegnie, pomacha ogonem, kiedy do niego podejdziesz, nawet psy odróżniają świąteczne dni.

W waszym mieszkaniu ludzie będą czekać w ciemnościach, za pięknymi meblami, które sama wybrałaś. Kiedy otworzysz drzwi, wyskoczą i będziesz zaskoczona. Dokładnie jak wymaga przyjęcie niespodzianka.

Będą tam wszyscy ludzie, których najbardziej lubiłaś, sami naj-najbliżsi i najważniejsi. I przyniosą prezenty, które kupili lub wymyślili. Prezenty z polotem, a też przedmioty pożyteczne.

Dowcipni będą rozśmieszać, mądrzy wzbogacać, nawet melancholijni naprawdę się uśmiechną. Jedzenie będzie wspaniałe, potem podadzą truskawki, a na przepłukanie koktajl mleczno-waniliowy z najlepszego miejsca w mieście.

Puszczą płytę Keitha Jarretta, a wszyscy będą słuchać, puszczą nagranie Satiego i nikt nie poczuje się smutny. Samotni poczują się tej nocy we wspólnocie i nikt nie spyta: "Ile cukru?", bo wszyscy się znają.

W końcu sobie pójdą, a ci, co chciałaś, pocałują cię, a tacy, co nie - uścisną ci rękę. I tylko on zostanie, mężczyzna, z którym żyjesz, przystojny i rozumiejący od zawsze.

Jeśli zechcesz, będziecie się kochać albo nasmaruje ci ciało olejkiem przygotowanym w sklepie według specjalnego przepisu. Jeśli tylko poprosisz, zapali lampkę halogenową i będziecie siedzieć w milczeniu, przytuleni, czekając na wschód słońca.

A w ten czarodziejski wieczór ja również tam będę, wypiję koktajl mleczny, naprawdę się uśmiechnę, spróbuję wspaniałego jedzenia. I zanim wyjdę, jeśli zechcesz - pocałuję cię, a może tylko tak, zwyczajnie, uścisnę ci rękę.

Syrena

Na Dzień Zagłady zabrali całą klasę do sali gimnastycznej. W sali urządzono taką jakby zaimprowizowaną scenę, a z tyłu przyklejono do ściany arkusze czarnego brystolu z nazwami obozów koncentracyjnych i rysunkami ogrodzeń z drutu kolczastego. Kiedy weszliśmy do sali, Siwan poprosiła mnie, żebym popilnował jej miejsca. Zająłem dla nas dwa. Siwan usiadła koło mnie, na ławkach było trochę ciasno. Oparłem łokieć o nogę i grzbiet mojej dłoni dotykał jej dżinsów. Dżins był taki cienki i przyjemny, że czułem się, zupełnie jakbym dotykał jej ciała.

- Gdzie jest Szaron? - zapytałem. - Nie widziałem go dzisiaj - głos lekko mi drżał.

- Szaron zdaje testy do komandosów płetwonurków - odpowiedziała Siwan z dumą. - Przeszedł już prawie wszystkie etapy, zostało mu jeszcze tylko jakieś jedno spotkanie.

Z daleka zobaczyłem w przejściu zbliżającego się do nas Gilada.

- Wiesz, że na rozdaniu świadectw ma dostać nagrodę dla wyróżniającego się ucznia? Dyrektor już zawiadomił.

- Siwan - powiedział Gilad, kiedy już do nas dotarł - co ty tu robisz? Te ławki są strasznie niewygodne. Chodź, zająłem ci miejsce z tyłu na krzesłach.

- Tak - uśmiechnęła się do mnie przepraszająco i wstała - rzeczywiście ciasno tu.

Poszła z Giladem do tyłu. Gilad był najlepszym przyjacielem Szarona, grali razem w siatkówkę w reprezentacji liceum. Spojrzałem na scenę i odetchnąłem głęboko, dłoń miałem jeszcze spoconą. Kilku dziewięcioklasistów weszło na scenę i rozpoczęła się akademia. Po zbiorowej recytacji zwyczajowych fragmentów wszedł na scenę jeden dość stary człowiek w bordowym swetrze i opowiedział o Auschwitz. To był ojciec któregoś z uczniów. Nie mówił dużo, około piętnastu minut. Potem wróciliśmy do klas. Kiedy wychodziliśmy na zewnątrz, zobaczyłem naszego woźnego Szulema, siedział i płakał na schodkach pokoju higienistek.

- Hej, Szulem, co się stało? - spytałem.

- Ten człowiek, na sali - powiedział Szulem - ja go znam, ja też byłem w sonderkommando.

- Pan był w komandosach? Kiedy? - zdumiałem się, nie mogłem sobie wyobrazić naszego chudego i małego Szulema w żadnej jednostce komandosów, ale kto wie, może?

Szulem wytarł sobie oczy dłońmi i wstał.

- Nieważne - powiedział - idź, idź do klasy. To naprawdę nieważne.

Po południu poszedłem do centrum handlowego. Na falafelu spotkałem Awiego i Curiego.

- Słyszałeś - powiedział Curi z ustami pełnymi falafela - Szaron przeszedł dzisiaj tę rozmowę, po zmobilizowaniu ma jeszcze tylko jedną małą szkółkę przetrwania i jest w płetwonurkach. Wiesz, co to jest być w płetwonurkach? Wybierają jednego na tysiąc...

Awi zaczął kląć, pękła mu pita od spodu i cała tahina z wodą z sałaty pociekła mu po rękach.

- Spotkaliśmy go teraz na boisku szkoły. Szaleli tam z Giladem, piwko i te rzeczy. - Curi ni to parsknął, ni to się zadławił i kawałki pomidora z pitą wypadły mu z ust. - Trzeba było ich widzieć, jakie numery robią na rowerze Szulema, jak małe dzieci. Szaron był taki zadowolony, że przeszedł przez to przesłuchanie. Mój brat powiedział, że najwięcej odpada właśnie na osobistej rozmowie.

Poszedłem na boisko, ale nikogo nie było. Rower Szulema, zawsze przypięty do balustrady przy pokoju higienistek - znikł, na schodach leżał rozerwany i rzucony łańcuch i kłódka firmy Jardeni. Rano, kiedy przyszedłem do szkoły, roweru jeszcze nie było. Poczekałem, aż wszyscy wejdą do klas, i wtedy poszedłem opowiedzieć dyrektorowi. Dyrektor powiedział, że zrobiłem to, co należało, i że nikt nie będzie wiedział o naszej rozmowie, a sekretarkę poprosił, żeby wypisała mi usprawiedliwienie za spóźnienie. Tego dnia nic się nie stało, następnego też nie, ale w czwartek przyszedł do klasy dyrektor z policjantem w mundurze i poprosił Szarona i Gilada, żeby wyszli.

Nic im się nie stało, dostali tylko ostrzeżenie. Roweru nie mogli oddać, bo go gdzieś po prostu rzucili, ale ojciec Szarona przyszedł specjalnie do szkoły z nowym sportowym rowerem dla Szulema. Szulem na początku nie chciał wziąć.

- Najzdrowiej jest chodzić piechotą - powiedział ojcu Szarona.

Ale ten się uparł i Szulem w końcu wziął. Śmiesznie wyglądał na sportowym rowerze, ale wiedziałem, że dyrektor miał rację i że naprawdę zrobiłem to, co należało. Nikt nie podejrzewał, że to ja powiedziałem, przynajmniej tak wtedy myślałem. Następne dni minęły jak zwykle, ale w poniedziałek, jak przyszedłem do szkoły, na podwórzu czekała na mnie Siwan.

- Posłuchaj, Eli - powiedziała - Szaron wykrył, że to ty doniosłeś o rowerze, musisz stąd zniknąć, zanim on i Gilad cię dopadną.

Starałem się ukryć strach, nie chciałem, żeby Siwan widziała, że się boję.

- Szybko, uciekaj - powiedziała.

Ruszyłem w stronę bramy.

- Nie, nie tędy. - Pociągnęła mnie za ramię. Dotknięcie jej ręki było chłodne i przyjemne. - Oni przyjdą od bramy, więc lepiej, żebyś wyszedł przez dziurę w płocie za barakami.

Cieszyłem się, że Siwan tak dba o mnie, bardziej nawet niż moja rodzina.

Za barakami czekał na mnie Szaron.

- Nawet o tym nie myśl - powiedział - nie masz szans.

Obróciłem się. Za mną stał Gilad.

- Zawsze wiedziałem, że jesteś cykor - ciągnął Szaron - ale nigdy nie myślałem, że donosiciel.

- Czemu doniosłeś na nas, gnoju jeden? - Gilad pchnął mnie z całej siły, poleciałem na Szarona, a ten mnie odepchnął.

- Powiem ci, dlaczego doniósł - odpowiedział mu Szaron. - Bo nasz Eli jest śmierdzącym zawistnikiem. Patrzy na mnie i widzi, że w szkole jestem lepszy od niego, że w sporcie jestem lepszy od niego i mam najładniejszą dziewczynę w szkole, podczas gdy on jest biednym prawiczkiem, i to go żre od środka. - Szaron zdjął swoją skórzaną marynarkę i podał ją Giladowi. - No to proszę, Eli, udało ci się, dowaliłeś mi - dorzucił, odpiął pasek od nurkowego zegarka i włożył go do kieszeni. - Mój ojciec myśli, że jestem złodziejem, prawie już założyli mi kartotekę na policji. Tytułu wyróżniającego się ucznia już nie dostanę. Teraz jesteś zadowolony?

Chciałem mu wyjaśnić, że to nie dlatego, że to z powodu Szulema, że on też był w jednostce komandosów, że płakał jak dziecko w Dzień Zagłady.

- To wcale nie to... - powiedziałem zamiast tego - ...nie trzeba było kraść roweru, to nie miało żadnego sensu. Jesteście bez honoru. - Drżał mi głos, kiedy mówiłem.

- Słyszysz, Gilad, ten płaczliwy kapuś wytłumaczy nam, co to jest honor. Honor to nie donosić na kolegów, gnojku. - Szaron zacisnął pięść. - A teraz nauczymy cię z Giladem, co to jest honor, i nie będzie to lekka nauka.

Chciałem się stamtąd ruszyć, uciec, podnieść ręce, żeby osłonić twarz, ale strach mnie zupełnie sparaliżował. Nagle skądś odezwała się syrena, zapomniałem zupełnie, że dzisiaj jest Dzień Pamięci. Szaron z Giladem wyprostowali się. Spojrzałem na nich sterczących jak manekiny w oknie wystawowym i cały strach nagle się ulotnił. Gilad, który stał wyprężony, z przymkniętymi oczami, trzymając w ręku marynarkę Szarona, wyglądał jak duży wieszak na ubrania. A Szaron, z morderczym wzrokiem i dłonią zwiniętą w pięść, wydał mi się nagle małym dzieckiem, co próbuje naśladować jakąś pozę obejrzaną kiedyś na filmie akcji. Podszedłem do wyrwy w płocie i wyszedłem przez nią powoli i bezszelestnie.

- Jeszcze ci przypierdolimy - usłyszałem za sobą Szarona syczącego cicho. Ale nie ruszył się nawet o milimetr.

Poszedłem dalej do domu, mijając po drodze ludzi zastygłych jak lalki, syrena osłaniała mnie niewidzialną tarczą.