Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy. T. 5 - Joanna Fabicka

Reflow text when sidebars are open.
Piątek. Trzynastego
Ten dzień był wyjątkowo piękny. Słoneczny, ciepły i bezwietrzny. Resztki babiego lata unosiły się w powietrzu i romantycznie osiadały żałobnikom na twarzach. Aż chciało się żyć!
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miałem znośny humor. Chętnie zanuciłbym sobie pod nosem, gdyby nie fakt, że stałem nad grobem własnego ojca, a matka sączyła mi do ucha pełne żółci komentarze. Natychmiast spiąłem pośladki, zawsze tak reagowałem na dźwięk jej głosu. To było silniejsze ode mnie, po prostu odruch bezwarunkowy.
Stałem w przyciasnym prochowcu i zastanawiałem się, jak to się mogło stać, że świat, który znałem z lat młodości, tak szybko spróchniał? Wszystko wyblakło, rozmyło się, przepadło w niszczarce czasu: Anglicy grożą wystąpieniem z Unii Europejskiej, Turcy grożą wstąpieniem, a premierem Polski został mój dawny kumpel z młodości...
I tylko upiorny charakter matki przetrwał w niezmiennie dobrej kondycji. On i moje traumy, z którymi zmagam się od lat.
- No, zaraz tu powinni być. - Matka rozejrzała się wokół z kretyńskim uśmiechem, jakby stała przed domem weselnym, a nie nad dołem, w którym zaraz miała zniknąć urna z prochami jej męża. - Już się nie mogę doczekać, kiedy im wszystkim szczęka opadnie z wrażenia. - Mówiąc to, spryskała mnie drobinkami śliny.
Robiła tak zawsze, gdy była podekscytowana. Potem wyjęła lusterko i przejechała cyklamenową pomadką po ustach, brudząc sobie jak zwykle zęby. Miałem wrażenie, że byłaby zdolna nawet zamienić się z ojcem miejscami, by choć przez chwilę znaleźć się w centrum zainteresowania.
Ksiądz dyskretnie spojrzał na zegarek.
- Naprawdę musimy już grzebać.
- W żadnym wypadku! - Matka zaczęła machać rękami i mógłbym przysiąc, że gotowa jest na wszystko, byle tylko opóźnić pogrzeb. - Nie ma najważniejszego gościa!
Pomyślałem ze smutkiem, że nawet w takim dniu odbiera ojcu palmę pierwszeństwa.
Z zadumy wyrwał mnie dźwięk syren i pod bramę cmentarną zajechała kawalkada samochodów z przyciemnionymi szybami. Trzasnęły drzwi i na wszystkie strony, niczym kuleczki rtęci ze stłuczonego termometru, rozsypali się panowie w czarnych garniturach i z małymi słuchawkami wpiętymi w uszy.
- Jest! - Matka zapiszczała jak nawiedzona psychofanka, która po kilku dobach koczowania dopadła wreszcie swojego idola.
Wystarczyło zaledwie kilka sekund, by atmosfera nerwowego podniecenia udzieliła się zwartemu szpalerowi żałobników. Magnetyczna fala przeszyła go na wylot, odbiła się i przeleciała na drugą stronę, celując prosto w mój splot słoneczny. Poczułem coś na kształt ekstazy, a potem rozszalały tłum borowców zderzył się z rozszalałym tłumem paparazzich. Efektem tych dwóch napierających na siebie prądów było epicentrum w okolicach mojego brzucha i nie zdążyłem nawet krzyknąć: ziemia spiętrzona wokół dołu, przygotowanego na inny pochówek, osunęła mi się spod nóg, przed oczami zobaczyłem ciemność. Chciałem wołać o pomoc, ale nim zdołałem wydobyć głos, całe gardło miałem wypełnione piachem i gliną. Nikt oprócz Gonzo, który kręcił komórką całe zajście, nie zwracał na mnie uwagi. Wyciągnąłem do niego dłoń w rozpaczliwym geście, ale ten cyniczny nastolatek z tunelami w uszach i z mnóstwem jakiegoś żelastwa na twarzy podszedł tylko bliżej, by mieć lepsze ujęcie.
- Zajebiście - mruknął do siebie zadowolony, podczas gdy ja walczyłem z zasypującymi mnie zwałami ziemi. Kiedy wreszcie udało mi się wydostać na powierzchnię, co zajęło mi całe wieki, zdołałem dojrzeć BB Blachę. Stał w otoczeniu swoich ochroniarzy i prężył się do kamery, udzielając wywiadu redaktorowi gazetki parafialnej.
- Wiem, że kraj płonie, jesteśmy w trakcie zatwierdzania budżetu, ale nie mogłoby mnie zabraknąć na pogrzebie starego przyjaciela. Więzy przyjaźni są dla mnie najważniejsze.
Łże jak pies. Dobrze pamiętam, że się z ojcem nie cierpieli. Ojciec zawsze uważał, że nacjonalistyczne ciągoty BB Blachy kiedyś się źle skończą. Jak widać, miał wyjątkowo rację.
Ubrudzony, pomięty, z resztkami piachu w przerzedzonych włosach stałem gdzieś w przedostatnim rzędzie i z oddali przyglądałem się, jak nad moim ojcem, Gawłem Gąbczakiem, nieodwracalnie zamykają się wrota doczesnego życia. Trzeba przyznać, że asystę miał naprawdę wyborną, bądź co bądź żegnał go sam premier RP, co z tego, że kretyn? Ojciec zawsze uważał BB Blachę za neandertalczyka i może to lepiej, że nie dożył chwili, gdy ten sięgnął po jeden z najważniejszych urzędów w państwie. Ja jednak, choć od tamtych czasów minęły lata świetlne, a mój wdzięk zamienił się w polodowcową skamielinę, zawsze będę pamiętał Blachę jako kumpla z hiphopowego zespołu i niezrównanego przewodnika po świecie wszelkich zakazanych używek.
Przyszło niewiele osób, bo pogrzeb ze względu na gościa wagi państwowej trzymany był w absolutnej tajemnicy, poza tym matka poskąpiła na nekrolog w gazecie. Musiałem własnoręcznie wypisać klepsydry i nakleić je na wiacie przystankowej. Niestety, wkrótce zerwał je wiatr i rozwlókł po okolicy niczym lisy jakieś truchło.
Stawili się tylko najbliżsi sąsiedzi i zaledwie paru kolegów, których ścieżki zawodowe przecięły się niegdyś z nader skomplikowanymi ścieżkami ojca. Było to przejmująco smutne, zważywszy na fakt, że zmieniał pracę często i nie zawsze na własne życzenie. Do dziś wspominam ze zgrozą okres, gdy był dyrektorem mojego gimnazjum. Tym bardziej wzruszający i wielkoduszny okazał się gest koreańskiej ambasady, która przysłała w imieniu Hee Jong piękny bukiet czarnych róż. Mama na jego widok omal nie dostała apopleksji - widocznie traumatyczne wspomnienie o dawnej skośnookiej kochance małżonka wciąż zalegało jej na wątrobie. Osobiście bardzo Hee Jong lubiłem. Uważam, że wprowadziła swego czasu w naszą codzienność ożywczy ferment. Szkoda tylko, że jej tatuś okazał się szefem tamtejszej mafii - ojciec cudem uszedł wtedy z życiem.
Stałem więc naprzeciw szpaleru honorowego i uśmiechałem się do wspomnień. Wiatr buszował mi we włosach, wytrzepując z nich resztki gliny. Przyglądałem się trzem najważniejszym kobietom mojego życia, z których dwie bezdyskusyjnie przyczyniły się do mojej wieloletniej nerwicy lękowej: matka i Brukselka - moja żona. Na samo wspomnienie naszej nastoletniej miłości serce skurczyło mi się z żalu do wielkości zajęczego gówienka i Bóg mi świadkiem, że chętnie przycupnąłbym obok ojca w jego urnie koloru odpustowego błękitu.
Trzecia kobieta mojego życia była anielską istotą i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że w linii prostej jest spokrewniona z takimi wiedźmami.
Słodka, rudowłosa dziewięciolatka pomachała do mnie i nie zważając na ceremonię, pobiegła wprost po wieńcach tam, gdzie stałem. Zrobiła zgrabny podskok i rzuciła mi się na szyję.
- Masz piasek w nosie, tatusiu - stwierdziła ze zdziwieniem. - Wydłubać ci?
Przytuliłem ją ze wszystkich sił. Chciałem nawet przy niej kucnąć, ale w porę mnie powstrzymała.
- Lepiej nie kucaj, bo znowu nie będziesz mógł wstać.
To prawda. W ostatnich latach sporo przybrałem na wadze i dobiłem do stu dwudziestu kilogramów. Jeśli dorzucić do tego zbyt niski wzrost i zbyt wysoki iloraz inteligencji, to otrzymamy naprawdę fatalną mieszankę. Czym jednak jest moja tusza wobec bilansu życia trzydziestolatka?
Wygląd: skrzyżowanie Macieja Nowaka z Donaldem Trumpem (swoją drogą, to jedyne sławne osoby, do których jestem podobny).
Stan cywilny: już nie mąż, a jeszcze nie rozwodnik.
Status zawodowy: aktor, niestety bezrobotny.
Problemy zdrowotne: nadwaga, początki cukrzycy, podejrzenie depresji.
Sprawność seksualna: nieczynne do odwołania.
Straty: zimna żona, ojciec (jeszcze ciepły nieboszczyk).
Zyski, inwestycje, polisy, lokaty i nadzieje: Bronia Gąbczak, lat dziewięć.
Zastanawiałem się chwilę, co zrobić z matką. Postanowiłem umieścić ją w kategorii: nierozwiązywalne problemy.
Zanim ruszyliśmy do pobliskiej restauracji Cmentarny Kociołek, matka uparła się, byśmy zrobili sobie nad grobem ojca pamiątkowe selfie. Całe wieki zajęło jej poprawianie włosów, które jak dawniej przypominały sfilcowane afro (z tym że wcześniej nie miała tylu siwych odrostów). Przez ten czas BB Blacha konsultował się ze swoim doradcą wizerunkowym, czy zdjęcie zrobione w czasie gdy powinien być na obradach Sejmu, przyczyni się do obniżenia notowań rządu. Matka wciąż szarpała mnie za rękaw, dopytując, gdzie na Boga tak się uświniłem i czy dotarło do mnie, że jestem teraz głową rodziny. Spojrzałem na nią nieprzytomnym wzrokiem.
- Jestem przecież wdową - wyjaśniła. - Wdowy automatycznie przechodzą na utrzymanie dorosłych synów.
Na samą myśl o kolejnym finansowym zobowiązaniu aż się spociłem. Lodowata strużka ściekła mi po plecach. Już i tak sen z powiek spędzało mi gigantyczne zadłużenie u Gonzo. Każdego dnia powiększało się o krwiopijczy procent. W swoim niespełna piętnastoletnim życiu mój pozbawiony jakichkolwiek skrupułów bratanek zarobił więcej niż cała nasza rodzina razem wzięta. I to na czym! Na kretyńskim wideoblogu "DamnUall"! Pięć minut pracy raz w tygodniu i dwieście tysięcy subskrypcji. Próbowałem to kiedyś oglądać, ale nic nie zrozumiałem. Pełno tam zdań w stylu: "obczaję fnafa asap" lub "podbija do mnie, a ja jej tldr lol". Czasem wydaje mi się, że jestem jakąś zagubioną formą życia, która tylko przez czyjeś niedopatrzenie przetrwała epokę lodowcową. Jestem jedną wielką fuszerką matki natury.
Postanowiłem chwilowo nie martwić się ani jedną, ani drugą, tym bardziej że moja własna matka nie jest stworzona do życia w celibacie, a poza tym wciąż jeszcze pracuje jako psychoterapeuta. Chociaż gdyby ktoś był ciekaw mojego zdania, to dawno pozbawiłbym ją prawa wykonywania zawodu. Ona wprost nienawidzi ludzi! Niepomiernie ją irytują i nie ma żadnego zrozumienia dla ludzkich słabości, więc naprawdę nie wiem, jakim cudem wciąż znajduje klientów. Szczyci się tym, jak bardzo jest skuteczna, bo jak dotąd żaden pacjent nigdy do niej nie wrócił. Moim zdaniem oni nie wracają, bo popełniają samobójstwa.
BB Blacha wreszcie uzgodnił wspólny front z doradcą wizerunkowym i odmówił selfiaka. Mama była bardzo rozczarowana, chciała to zdjęcie powiesić w gabinecie i zapewne szantażować swoich pacjentów koneksjami na najwyższym szczeblu.
- Krystyno, obiecuję, że zrobimy sobie kiedyś superustawkę. Porozmawiam ze swoim rzecznikiem prasowym. - Premier ściemniał matce, biorąc ją pod ramię i prowadząc w stronę Cmentarnego Kociołka.
Matka robiła, co mogła, by udawać zbolałą żałobniczkę, ale widać było, że radość życia aż się z niej wylewa wszystkimi otworami. Kiedy mnie mijała, syknęła:
- Wyrzuć ten koreański wiecheć do śmieci! Niewiarygodne, jaki tupet ma ten azjatycki naród.
Takiego wała! Nigdy bym tego ojcu nie zrobił. Związek z Hee Jong był dla niego najszczęśliwszym okresem w ciągu jego małżeństwa z matką. Nie licząc ostatnich lat przed śmiercią, które spędził na Krymie. Ojciec wyjechał tam szukać sensu życia wśród mickiewiczowskich akermańskich stepów, ostatecznie sam napisał kilka grafomańskich sonetów, by wreszcie znaleźć ukojenie w prostej, porządkującej życie pracy czyściciela basenu w odeskim delfinarium. Jego miłość do tych ssaków przeszła wiele etapów: zacząwszy od fobii, poprzez pełną rezerwy akceptację, wreszcie aż po zupełnego pierdolca, co zaowocowało przedśmiertnym życzeniem, by urna z jego prochami miała kształt delfina. Ile ja się za nią nachodziłem! Wylądowałem w końcu u jakiegoś zapomnianego garncarza na Podlasiu i zamówiłem ją, kłamiąc, że to ma być naczynie na kwaśne mleko w moim agroturystycznym gospodarstwie. "Urnie" jednak zabrakło wymaganych certyfikatów. By mogły spocząć w niej szanowne szczątki ojca, musiałem zapłacić za specjalistyczne egzorcyzmy. Wreszcie mogliśmy upchnąć w niej seniora rodu. Niestety, nie wszystko się zmieściło i trochę ojca zostało. Wręczono mi go w kubeczku po jogurcie "Rajskie smaki", który schowałem do zamrażalnika w naszym mieszkaniu.
Tak czy siak, ta cała pogrzebowa procedura kompletnie mnie wykończyła i spowodowała, że jestem bankrutem. Samo sprowadzenie zwłok do kraju kosztowało krocie!
Z trudem zdławiłem pokusę zapłakania nad swoją niedolą i ruszyłem za resztą żałobników na stypę.
Przede mną ostrożnie szła Brukselka. Trzymała za rękę naszą wspólną córkę i usiłowała zachować równowagę na niebotycznie wysokich szpilkach.
Mój Boże, wciąż za nią szaleję!
Usadzono nas przy jednym stole, ale natychmiast wszyscy zamienili się miejscami, dosiedli do cudzych stolików i wylądowałem naprzeciw półgłuchego staruszka, który okazał się ulicznym włóczęgą liczącym na darmowy rosół. Podsunąłem mu swoją porcję i rozejrzałem się za żoną. Stała w drzwiach i właśnie witała się z Łucją.
No, wreszcie boska Lucia raczyła nas zaszczycić swoją obecnością! Wiem, że jest teraz najbardziej rozrywaną polską aktorką, ale doprawdy, przyjechać na samą stypę to już szczyt bezczelności! Oczywiście wszyscy faceci, jak zwykle w jej obecności, od razu zaczęli świrować, a szczególnie BB Blacha. Objął ją protekcjonalnie w pasie i poprowadził do vipowskiego stolika, przy którym siedziała matka (do dziś mi wypomina, że powinienem był się bardziej wokół niej zakręcić). Łucja jednak definitywnie należała już do zamkniętego rozdziału mojej bolesnej przeszłości. Była moją pierwszą, nieszczęśliwą miłością. Jak ja cierpiałem! To wtedy nabrałem wstydliwego nawyku obgryzania paznokci u nóg. Minęło mi dopiero, gdy się dowiedziałem, że BB Blachę też puściła w trąbę. A teraz kocha się w niej bez wzajemności pół Polski. Dobrze im tak!
Przeszła przez salę tym zniewalającym, kocim krokiem. Mięśnie smukłych nóg pracowały pod opiętymi spodniami w panterkę, miękkie blond loki wysypywały się spod czarnego kapelusza z wielkim rondem, nabrzmiałe sutki sterczały pod jedwabną bluzką. Przełknąłem ślinę. Matka zzieleniała z zazdrości, a BB Blacha miał twarz rażonego piorunem debila, z którym tak histerycznie i bezskutecznie walczy jego doradca wizerunkowy.
Łucja, ogrzana swym własnym blaskiem odbitym w źrenicach zwykłych śmiertelników, przemierzyła salę, podeszła do Broni i serdecznie ją ucałowała.
- Co robisz? - zapytała, starając się omijać wzrokiem cuchnącego towarzysza mojej córki.
- Zapasy na zimę dla Mariana. Prawda, Marian? - Rezolutne (po tatusiu) dziecko wrzuciło do przepastnej torby mężczyzny tłuczone ziemniaki, surówkę z marchewki i trzy schabowe.
Łucja roześmiała się gardłowo i wtedy mnie zobaczyła.
- Rudolf! Tak się za tobą stęskniłam!
Znam ją. Wiem, kiedy kłamie.
Staliśmy, przez chwilę patrząc sobie w oczy i sprawdzając, kto pierwszy wymięknie.
- Chodź do kibla na fajkę.
- Przecież nie palę.
- Przecież wiem - odpowiedziała i ruszyła do wyjścia, nawet się na mnie nie oglądając.
Przez chwilę byłem niezdecydowany.
- Idź, tatusiu, idź - zachęcała mnie Bronia - my tu z Marianem świetnie damy sobie radę.
Poszukałem wzrokiem Brukselki, ale była pochłonięta rozmową z dwiema starymi kuzynkami ojca. Szepnąłem więc jednemu z borowców, by miał oko na moje dziecko, i ruszyłem za Łucją.
Gdy otworzyłem drzwi toalety, już stała przed lustrem i tak łapczywie paliła papierosa, jakby to miał być ostatni w jej życiu. Zdjęła kapelusz, przejechała ręką po włosach i zaczęła nerwowo szukać czegoś w swojej diabelnie drogiej torbie Birkin od Herm?sa. Wreszcie wyjęła elegancką piersiówkę i sporo wypiła.
- Chcesz? - Jej ręka powędrowała w moją stronę.
Pociągnąłem duży łyk i zamknąłem oczy. Przez krótki moment znów znalazłem się w moim młodzieńczym pokoju. Znów wszystko było jeszcze przede mną, a życie miało smak niespodzianki. Alkohol rozgrzewał poszczególne partie mojego ciała i kiedy patrzyłem na Łucję, kusząco opartą o umywalkę, zdawało mi się, że żar dotarł do moich spodni, wywołując tam ledwie dostrzegalne (ale jednak!) drżenie. Mój "Rogaś z Doliny Roztoki" nieśmiało wierzgnął.
- Kiedyś nie mieliśmy nic, a byliśmy dużo szczęśliwsi niż dziś... Nie wydaje ci się?
Łucja przybliżyła swoją piękną twarz do mojej i zmrużyła oczy. Wokół nich pojawiła się delikatna jak babie lato siateczka pierwszych zmarszczek. Poczułem odurzający, gęsty zapach ekskluzywnych perfum.
- Ja i dziś niczego nie mam. - Pociągnąłem nosem i jeszcze się napiłem.
Łucja wyjęła kolejną piersiówkę. Teraz wiem, dlaczego kobiety noszą takie wielkie torby.
- Czuję się pusta. Kompletnie pusta w środku. - Stała przed lustrem i wpatrywała się w swoje odbicie. - Nie jestem zdolna do żadnych uczuć.
- Za to mnie aż się ulewa, tylko nikt tego nie chce brać... Nic się w moim życiu nie zmieniło.
- No coś ty! Masz rodzinę, masz córkę i żonę...
- Rozstajemy się - przerwałem jej i nieoczekiwanie dla samego siebie wyjawiłem skrzętnie ukrywaną prawdę.
Schodziło ze mnie napięcie ostatnich dni, cała frustracja i rozczarowanie dotychczasowymi latami.
Lamentowałem już zupełnie otwarcie. Opłakałem moje nieudane małżeństwo, śmierć ojca, zamierzałem właśnie opłakać zaburzenia erekcji, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły i stanął w nich BB Blacha.
- A więc tu się zamelinowaliście! - wykrzyknął, rozluźniając krawat i rozpinając guzik nieskazitelnie skrojonej marynarki. - O kurwa, jak ja mam wszystkiego dosyć! Chcę chociaż przez chwilę pobyć sobą.
Wyjął Łucji z ręki papierosa i zaciągnął się, mało mu oczy nie wyszły z orbit.
- Nie pozwalają mi palić, czaicie? Mnie, największemu ziomalowi na dzielni! Podobno to zły pi-ar.
Po czwartej piersiówce już siedzieliśmy na obskurnej podłodze knajpianego kibla i niemiłosiernie fałszując, śpiewaliśmy When we were young Adele.
Jak za dawnych lat. Znowu razem. Znów przegrani.
Środa, 18 listopada
Nasze mieszkanie przypomina dżunglę w Calais przed likwidacją. Ubrania wyciągnięte z szaf kłębią się na środku pokoju. Książki Broni, ustawione w zgrabny stosik pod ścianą, co chwilę przechylają się to na jedną, to na drugą stronę i rozsypują po podłodze. Środki czystości, talerze, garnki, kubki z obtłuczonym uszkiem. Kołdra w fioletowe kwiatuszki, pod którą spłodziliśmy z Brukselką Bronię...
Od tygodnia próbuję zinwentaryzować swoje życie i zmieścić je do kartonów pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, bo takie najczęściej są w naszym spożywczaku na dole. Gdybym się bardziej postarał, mógłbym wyobrazić sobie, że przeprowadzamy się do nowego, większego mieszkania. Kolejny szczebelek awansu społecznego odhaczony. Level master: rozwojowy model rodziny dwa plus dwa, pies i samochód w leasingu, okazał się rachunkiem trzy minus jeden. Co dzień przypomina mi o tym bilet lotniczy mojej żony. W jedną stronę.
Nie mogę nawet powiedzieć, że zostajemy z Bronią na starych śmieciach, musimy przecież zwolnić mieszkanie do połowy tygodnia. Zatem we środę wezmę za rękę moją córkę półeurosierotę i stanę znów u drzwi swojej matki, skamląc, by mnie przygarnęła. Nie wiem, jak się tam wszyscy pomieścimy. Pół roku przed śmiercią ojca matka kupiła mieszkanko na Pradze, w sam raz dla ich potrzeb. Znalazło się w nim miejsce nawet na mikrogabinet terapeutyczny (mogłaby pójść za ciosem i wyspecjalizować się w pracy z karłami). Niestety niebawem, jak to często bywa w naszej rodzinie, nastąpiło kolejne trzęsienie ziemi i Gonzo, jako nierokujący nastolatek, ponownie wylądował u dziadków. Jego ojciec Filip, a mój rodzony brat, ostatecznie ogłosił swoją rodzicielską upadłość. Tak więc w mieszkaniu zrobiło się nie tylko ciaśniej, ale też piekielniej. No i teraz cały czas się zastanawiam, czy będziemy z Bronią spać u Gonzo, czy w norze karłów? Jedno i drugie oznacza wybór między dżumą a cholerą.
Tak czy siak, powrót do matki w wieku prawie trzydziestu lat z kilkoma zaledwie kartonami dobytku jest wystarczającym potwierdzeniem mojej życiowej klęski. Jak nic przechodzę kryzys wieku średniego. Co prawda o jakieś dziesięć lat za wcześnie, ale zawsze byłem nad wiek dojrzały.
Oderwałem się wreszcie od nocnej koszuli Brukselki i zmusiłem do poskładania ręczników. Odłożyłem je na stos tuż koło obrusów i zasłonek z dziecięcego pokoju.
Bronia robiła coś na komputerze, ale musiałem jej przerwać i poprosić, by skoczyła na dół do sklepu po kolejną partię kartonów. Kiedy wyszła, przegoniłem z klawiatury chomika (to cholerne zwierzę sra gdzie popadnie) i mimowolnie rzuciłem okiem na ekran. Ze zdjęcia patrzyła na mnie para młodych, radosnych ludzi: smukła brunetka z zielonym turbanem na głowie, w egzotycznej sukni do ziemi i równie egzotycznych kolczykach. On był szczupły, z burzą rudych włosów i inteligentnym biglem w oczach. Trzymał rękę na okrągłym, pękatym brzuchu swojej dziewczyny i widać było, że oboje są bardzo szczęśliwi. Dobrze pamiętam tamten dzień i tamte kolczyki. Brukselka zrobiła je własnoręcznie z suszonej jarzębiny i dzikiej róży. Boczyła się na mnie wtedy, bo razem z małym Gonzo wyjadaliśmy jej owoce.
Już miałem odejść, gdy zauważyłem jeszcze jedno otwarte okno, schowane pod fotografią. To był dokument w Wordzie. Kliknąłem.
Bronia Gąbczak, klasa 4e
Wypracowanie pt. "Moja rodzina"
Moja rodzina to jest normalnie temat rzeka neverending story i dom wariatów w jednym więc może z grzeczności zacznę od siebie.
Nazywam się Bronia Gąbczak mam 9 lat i nie jestem normalnym dzieckiem. Przynajmniej tak twierdzi babcia Krystyna która zawsze przychodzi do nas znienacka bo akurat tędy przechodziła. Tata od razu ma atak wrzodów.
Babcia zna wiele sztóczek na przykład potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi, nie wypowiadając ani jednego słowa. Poza tym uwielbia się wtrącać i powtarzać że naszą rodzinę nigdy jeszcze nie spotkało nic dobrego wystarczy tylko spojrzeć na twoich rodziców moje dziecko.
Mama dostaje wtedy białej gorączki i robi tacie awantórę że wszystkie porządne kobiety w wieku babci już dawno nie żyją i że twoja matka jak zwykle nie ma żadnego umiaru. Jak by to była ojca wina że babcia jeszcze nie ómarła! Proszę ich żeby się nie kłócili ale tata mówi że to nie jest żadna kłutnia tylko wymiana zdań. Akurat! Gdyby tak było to by nie szedł zaraz na balkon zapalić papierosa a przecież rzucił palenie. Niestety, babcia nie rzuciła nas więc awantura powtarza się co dwa dni.
W każdym razie nie tracę nadziei na lepszom przyszłość choć jak wiadomo nadzieja matką głupich.
Moja mama będzie teraz robiła karierę w Brukseli jako specjalistka od funduszy w Światowej Organizacji Zdrowia chociaż nie wiem jakim códem bo nasze rodzinne fundusze są zawsze na minusie. Ale może to się zmieni kiedy tata weźmie się do jakiejś normalnej pracy bo kto to słyszał żeby dorosły chłop latał po scenie i udawał mruwkojada. Tak mówi babcia Krystyna. Bo mój tata pracuje jako aktor. Przeważnie bezrobotny.
Ja myślę że ten wyjazd mamy to jest po prostu gwuść do trumny i wersja dla głupiego dziecka co nic nie rozumie i trzeba mu oszczędzać wstrząsów. Dobrze wiem że od tego się zaczyna rozkład spożycia małżeńskiego tak przynajmniej mówią zawsze babci pacjenci gdy przychodzą do jej gabinetu terapełtycznego i wtedy czasem podsłuchóję pod drzwiami bo to jest bardziej rozwijające niż przysposobienie do życia w rodzinie. Tak mówi mój kuzyn Gonzo który podsłuchóje razem ze mną a przysposobienie ma w szkole. Gonzo ma też tunele. Ale już nie w szkole tylko w uszach. Przez to babcia każe mu się nie pokazywać na oczy a to jest niemożliwe kiedy się razem mieszka.
Żeby nie robić rodzicom przykrości udaję że jestem mało rozgarnięta ale to jest bardzo tródne kiedy rzycie zmusza cię do przyspieszonego dorastania.
Mój tata lubi słodycze ja lubię śledzie a moja mama lubi święty spokój. Babcia niczego nie lubi.
Mieszka z nami także Ogryzek który jest chomikiem. To mój najlepszy przyjaciel i szczerze mówiąc jedyny w tym domu osobnik na poziomie. Mam nadzieję że nie zginie śmiercią tragiczną jak jego siedmiu poprzedników na których zawsze siadał tata i w dodatku się potem w żywe oczy wypierał.
Ale jak napisałam wcześniej nadzieja matkom głupich.
PS: Myślę że najszczęśliwszą osobą w mojej rodzinie jest dziadek. Bo wziął i ómarł.
Trwałem w jakimś potwornym stuporze, dopóki nie trzasnęły drzwi wejściowe. W progu stała Bronia, ledwo widoczna zza kartonów.
- Tato, czemu płaczesz?
Szybko zamknąłem klapę komputera i otarłem łzy. Zaczęło mnie ssać w żołądku, co było nieomylnym znakiem, że oto skonfrontowałem się z czymś, czego wolałbym nie wiedzieć. Miałem ochotę uciec do kuchni i natychmiast zjeść drożdżówkę albo napić się słodkiego kakao. Zamiast tego wziąłem od córki kartony i pocałowałem ją w czubek głowy.
- Eee... obierałem cebulę - palnąłem bez sensu.
A potem w milczeniu zacząłem składać pakunek.
Sobota rano
Piździło jak nad Bałtykiem w środku sezonu urlopowego. Staliśmy na tarasie widokowym i obserwowaliśmy, jak samolot zmierza na pas startowy.
"Zawsze jej źle z oczu patrzyło", zawyrokowała moja matka bez grama empatii na wieść o wyjeździe Brukselki do Brukseli. "Co się dziwić, ciągnie wilka do lasu", dodała z sobie tylko właściwą logiką.
Bronia od piętnastu minut z wielkim zaangażowaniem machała na pożegnanie.
- Mama i tak cię nie widzi - próbowałem jej wyperswadować tę bezsensowną czynność.
Na próżno. Dziecko przyssało się do szyby, zostawiając na niej tłusty ślad i lekko zaparowany obłoczek.
Ich pożegnanie rozdzierało mi serce. Obie płakały tak rozpaczliwie, jakby miały się już nigdy nie zobaczyć. Chętnie dołączyłbym do tego wspólnego szlochu, bo to ostatnio jedyna aktywność, do jakiej jestem jeszcze zdolny. Jednak urażona duma i resztka męskiego honoru trzymały mnie jak wmurowanego dwa metry dalej.
- Obiecuję, że niedługo po ciebie przyjadę - powiedziała Brukselka do Broni i spojrzała mi w oczy, szukając potwierdzenia, że zachowam się mimo wszystko z klasą i nie będę utrudniał im kontaktów.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu. Przeszył mnie prąd i pomyślałem, że zemdleję. Nie dotykaliśmy się już od dobrych kilku miesięcy i nawet przemoc fizyczna nie mogła być do tego pretekstem, jako że oboje jesteśmy ludźmi cywilizowanymi.
- Rudolfie, apeluję do twojej przyzwoitości... - zaczęła.
Szybko uciekłem spojrzeniem w bok. Ach, gdyby tylko wiedziała, co jej oziębłość zrobiła z moim poczuciem przyzwoitości! Obiecałem sobie, że prędzej własnoręcznie wybuduję nową żelazną kurtynę między Wschodem a Zachodem, niż wydam Brukselce nasze dziecko.
Bronia raz jeszcze przylgnęła do matki i wcisnęła buzię w jej ortalionową kurtkę.
- Postaraj się trochę schudnąć. Inaczej nie dożyjesz czterdziestki.
To były ostatnie słowa mojej żony po dziesięciu latach małżeństwa.
- Biedna dziecina - zagadała do mnie jakaś wścibska baba w futrze z nutrii.
Z przerażeniem wpatrywałem się w plastikowe oczka i pomarańczowe zęby zwierzęcia, jak klamra spinające futrzany kołnierz płaszcza.
- Ta Unia tylko rodziców dzieciom zabiera. - Kobieta westchnęła różowymi usteczkami, a spod grubej czapy wyciekła jej strużka potu.
- Pani! - Stojący opodal mężczyzna o wyglądzie tureckiego taksówkarza okręcił na palcu kolorowy breloczek i zdecydowanym tonem dodał, co o tym wszystkim sądzi: - To powinno być zabronione. Zdelegalizowane!
Bronia oderwała buzię od szyby i zapytała:
- Ale co?
- Wszystko! - odpowiedział jej wąsacz. - Wszystko zlikwidujemy, zdelegalizujemy. Zrobimy z Unią porządek. I z tymi wszystkimi, co po nie naszemu na naszych ulicach mówią.
Samolot powoli nabierał prędkości.
- Czy pan jest faszystą? - zapytało moje rezolutne dziecko i w tym samym momencie pękaty airbus uniósł się w przestworza.
Mocno chwyciłem Bronię za rękę i nim znaczenie wypowiedzianych przez nią słów dotarło do krętych i mrocznych zakamarków skrywających mózg wąsacza, już nas nie było.
Po powrocie do domu włączyłem Broni film To się w głowie nie mieści, ale ponieważ ostatnio płaczę już przy czołówce, odmówiłem oglądania. Wziąłem za to do łóżka paczkę precelków i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie przejmowałem się, że nakruszę. Pościel pachniała jeszcze Brukselką.
Czułem się jak porzucona frytka z McDonalda, której nikt nie chce zjeść.
Wieczorem spadł pierwszy śnieg. Miałem nadzieję, że przykryje cały syf wokół i znów będę mógł udawać, że wszystko jest w porządku.
Zanim zasnąłem, fantazjowałem, że samolot się rozbił, a ja jestem zrozpaczonym wdowcem, którego wszyscy pocieszają.