Romans licealny - Piotr Zaremba

-
Proszę czekać

Zamiast wstępu

Świat, droga młodzieży, wyglądał kiedyś nieco inaczej. Nie budziła nas, dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków, telewizja śniadaniowa, przez co nie wiedzieliśmy o istnieniu otyłych karlic akrobatek, czipendelsów i kotów, które mówią brajlem. Budził nas radziecki budzik, który za nic w świecie nie chciał chodzić tak, jak mu hejnał z wieży mariackiej kazał. A jednak zdążaliśmy do szkoły.

Na śniadanie jedliśmy kanapki z pasztetową, na święta – szynkę, która psuła się po dwóch dniach. Sery były – jeśli były – dwa: żółty i biały. Nazwy były równie umowne, jak ich ceny i kolory. Nikt nie jadał lunchu. Były drugie śniadania – kanapki starannie zapakowane przez mamy w papier śniadaniowy, który poddawano domowemu recyklingowi i jeśli się nie ubrudził, wykorzystywano go ponownie. Jadano też obiady: ziemniaki, tłuste sosy, kotlety. Mało warzyw i ryb. Na kluski mówiliśmy makaron, nie pasta, bo pastą smarowaliśmy chleb lub czyściliśmy buty. Nikt nie znał słowa cholesterol i jadł tyle jajek, ile chciał, a jednak nie umieraliśmy masowo na serce.

Nauczyciel, który potrafił przylać linijką lub połamać wskaźnik na niejednej pupie, kazał nam wkuwać mnóstwo definicji i wzorów, nękał klasówkami i straszył widmem powtarzania klasy. Mimo to nie mieliśmy jakiejś nadzwyczajnej traumy. Szczerze mówiąc, nie znaliśmy tego słowa ani nie byliśmy pod opieką terapeuty. Nie uczyliśmy się angielskiego i nie chodziliśmy na balet. Żeby umówić się z kumplami na piłkę, nie dzwoniliśmy do nich wcześniej, tylko wpadaliśmy po nich do mieszkania albo darliśmy się pod oknami, żeby wyszli. Nie zabraniał nam tego nikt z TVN Style.

W owych czasach papier toaletowy występował głównie w parówkach i mortadeli, a proszek do prania prał ciuchy białe i kolorowe. Jeśli prał. Nie było kremów na dzień, na noc, na zimę i lato. Była nivea. Mimo to nie cuchnęliśmy, ani nie padaliśmy na dyzenterię. Byliśmy niemodnie ubrani, a jednak udawało nam się umówić z dziewczynami, które – nie wymawiając – też nie wiedziały, kto to Jaga Hupało.

Nasi starzy nie dzwonili do nas na komórki i nigdy nie wiedzieli, gdzie naprawdę jesteśmy. Nie odwozili ani nie odprowadzali nas do szkół, odkąd skończyliśmy siedem lat. Jakimś cudem oni nie zeszli na serce, a my nie padliśmy ofiarą pedofili ani seryjnych morderców, a na źle oznakowanych przejściach dla pieszych nie rozjechały nas samochody. A przecież jakieś jednak jeździły. Nie robiliśmy sobie zdjęć do Naszej-klasy spod opery w Sydney ani spod piramid. Jeździliśmy na kolonie i obozy, zrzucaliśmy się na oranżadę w woreczku i ciastka. Nie wiedzieliśmy, co to taniec z gwiazdami, Tusk, Kaczyński, emancypacja kobiet i prawa zwierząt. My, trzydziesto- i czterdziestolatki przeżyliśmy piekło. Dlatego żądam dla nas wszystkich renty inwalidzkiej drugiej grupy!

Manifest rencisty

Robert Mazurek, „Dziennik”, 4 marca 2008

Część pierwsza PAŹDZIERNIK – LISTOPAD 1987

Kombinat pracuje  oddycha buduje kombinat to tkanka ja jestem komórkąnie wyrwę się  nie wyrwę się to tylko wiem  wiem wiem…  to tylko wiem [… ] te biurka się ciągną  aż hen po widnokrąg  zasypiam w szufladzie  dokładnie wskazanej

Kombinat, fragment piosenki zespołu Republika

Światło

Tamto pomieszczenie było przede wszystkim złote. Takie je wtedy zobaczyła i takie zapamiętała.

Wszystko się na to złożyło. ściana pokryta śliską ciemnocytrynową farbą wodną. Żółtobrązowa klepka upstrzona plackami brudu. I zbliżony do niej kolorem kanciasty front szafy, podzielonej na parę dziesiątków kwadracików szuflad. Jednak dopiero snop słonecznych promieni, wykrojonych nagle z powietrza zmienił, pewnie na chwilę, tę lichą żółć w intensywną złocistość. Tylko wyblakła czerń tablicy po prawej stronie drzwi nie chciała się temu poddać.

Może ostatnia taka złocistość, zważywszy, że był drugi tydzień października?

Para przy jednym z blisko tuzina stolików, porozstawianych bezładnie po pokoju, dostrzegała tę złocistość.

– Widzi pani – powiedział mężczyzna w cienkim brązowym swetrze do kobiety o miedzianych włosach. – Tu już rysunek by nie wystarczył. W takie dni wiadomo, po co jest malarstwo.

Te słowa wzbudziły niedorzeczną nadzieję w przygodnej słuchaczce. Wszystko było tu nijakie, zużyte i przypadkowe. Ale tak jak jesienne słońce zdołało odmienić to wnętrze, tak w zakamarkach tego budynku mogły być pomieszczone zapasy zapału i wrażliwości, jakie drgały w głosie człowieka w brązowym swetrze.

Anna poczuła żal do dyrektorki, która nie przedstawiła jej tym ludziom. Znów stały we dwie na korytarzu. Okna wychodzące na drugą stronę budynku były zupełnie zimne, parapety kłuły beznadziejną plamistą szarością.

Dyrektorkę poznała przed półgodziną, po wyczekaniu swego w ciasnym sekretariacie na parterze. Czekała przy akompaniamencie nieśpiesznych wywodów rumianej pani z brązowym kokiem, która była tu sekretarką. Anna nie potrafiła wyczuć, jakiej miny oczekuje od niej ta utrudzona własnymi słowami osoba. Posyłając kobiecinie nienaturalnie ciepłe uśmiechy, zaczynała żałować, że ją niedługo zawiedzie.

Bo miała odejść stąd raz na zawsze tą samą zniszczoną uliczką, którą przyszła pośród parterowych, nieładnych domków, do pętli tramwajowej. Miała umknąć od budynku, który już z daleka kojarzył się ze szkołą – socrealistycznego brudnokremowego gmaszyska z balkonikami na pierwszym i drugim piętrze.

– Ja dawno już mówiłam naszej pani dyrektor, że najlepiej wywiesić ogłoszenie na wydziale, a jak już ktoś przyjdzie, to nie pozwolić mu odejść. – Sekretarka rozstawiała z namaszczeniem szklanki z bladobrązowym płynem. – My tylu chętnych tracimy przez zwykłe niedomówienie się. Tu trudno dojechać. Ale obie moje córki chodziły do tej szkoły, młodsza jeszcze chodzi. Starsza na studiach, a Gabrysia nauczyła się francuskiego tutaj w szkole. Inni biorą drogie lekcje, odejmują sobie od ust, i po co? Tylko że ludzie nie chcą w to wierzyć, że tu tak samo dobrze uczą jak wszędzie…

W tym momencie pojawiła się dyrektorka. Nie miała zwyczaju tłumaczyć się z powodu takiego drobiazgu jak spóźnienie.

– Pani dyrektor, tu jest ta młoda pani polonistka z ogłoszenia. Ja mówiłam, że takie ogłoszenia to najlepiej skutkują…

– Pani do mnie wejdzie. – Dyrektorka posłała młodej kobiecie obojętny uśmiech. – Pani Stasiu, poproszę o herbatę. Pani też się napije? Wszędzie się w siebie wlewa herbatę, a potem trzeba biegać jak kot z pęcherzem. Gorzej, bo się zachciewa nawet w trakcie lekcji.

W gabinecie Anna zwróciła uwagę na uderzającą brzydotę widoku za oknem, między ciężkimi bordowymi zasłonami. Z pasem rdzawej ziemi, w istocie bieżnią ciągnącą się do właściwego boiska. Z szarym śmietnikiem wyglądającym bardziej jak jego ruina. Z bezlistnymi krzewami rozplenionymi po obu stronach odbarwionej siatki.

Pojęła wtedy, a może tylko przeczuła, całą względność majestatu dyrektor Łucji Jastrzębik. Ta spojrzała w tym samym kierunku. Anna na wszelki wypadek przeniosła wzrok na blat ciemnego biurka. A tam… Życie lubi być bardziej dosadne od książek, powtarzał tatuś.

I ty uwierzysz? Ona ma takiego złotego Lenina między papierami. Taki posążek, główkę, ciekawe z czego zrobioną?

– A pani nazwisko jakby coś mi mówiło. – Dyrektorka gmerała jaskrawokarminowymi paznokciami w regale pod ścianą. – Skowroniec. Taki pisarz… Ja też, musi pani wiedzieć, jestem polonistką.

– To mój ojciec. – Prostota odpowiedzi nie rozproszyła gęstej sztuczności wymiany zdań.

– A tatuś, przepraszam, że się spytam, jeszcze żyjący? – Dyrektorka zerknęła spod liliowej powieki.

– Nie tylko żyjący, ale i piszący. Teraz zajmuje się głównie wierszami. – Anna uniknęła przekąsu.

– No to może by zrobić dla młodzieży spotkanie z pisarzem i poetą. A może i z córką poety? Córka poety z przodu i z tyłu.

Rysy twarzy musiały się jej zaostrzyć z wiekiem. Makijaż dopełniał reszty. Pewnie nikt jej nie powiedział, że ten makijaż podkreśla niewysoki wzrost, a ciężka ciemnogranatowa sukienka poszerza ramiona. Malowała włosy na ciemno z pasemkami, sprawiała wrażenie odprężonej. I była bez wątpienia bliźnim.

Ostatni uśmiech dyrektorki zezwolił Annie na przemknięcie do gościnnego sekretariatu.

– Może jeszcze herbatki… tu u mnie. – Sekretarka także się uśmiechała.

– Pani zaczeka… – Jastrzębik wyjrzała za Anną. – Pokażę pani moją szkołę. Aaa i poznam z panią Leszczyńską. Też uczy polskiego, a że nie ma własnych dzieci, zajmie się panią jak rodzona mamusia. Jest jeszcze w szkole pani Leszczyńska, pani Stasiu?

– Nie widziałam, żeby wychodziła – zameldowała sekretarka, ponownie czymś bardzo zaniepokojona. – Pani dyrektor, a pani herbatka?

– Mówiłam pani, pani Stasiu, że pęcherz mi się robi ciężki od tych herbatek. Wszędzie tylko herbatki i herbatki, na każdej nasiadówie. Nie można pojechać do urzędu, żeby nie poczęstowali herbatką. – Dyrektorka przedrzeźniała kogoś nieokreślonego. – No dobrze, chodźmy na górę.

I wtedy właśnie Anna zobaczyła złoty pokój. I poczuła, że raczej tu wróci.

Sygnet

– Porozmawiajmy – chwila zastanowienia – o Koluszkach. – Mężczyzna o przylizanych ciemnych włosach, przystrzyżonych starannie wąsach i dyskretnej bródce, nosił bladoliliowy garnitur, różową koszulę i krawat biskupiego koloru. Ławki w jego sali miały nowe jasne blaty, a wielka mapa fizyczna świata maskowała zacieki nad tablicą.

– Miało być dzisiaj o długościach i szerokościach, nie łydek naszych pań tylko geograficznych, ale ciągle muszę sprawdzać, co pamiętacie z podstawówki. Czego przykładem są Koluszki? Jeżeli któraś z obecnych tu pań wybierze się, dajmy na to, w podróż poślubną. Dociera, przypuśćmy, do Koluszek i co? Chce wiedzieć, jakie surowce się tam wydobywa. No, zastanówcie się, czy w Koluszkach coś się wydobywa? – Zastukał palcem w biurko. Palec obciążony był ciężkim złotym sygnetem. – Nooo – ciągnął nieco śpiewnym głosem i grzechotał sygnetem o blat. – Nic nie pamiętacie z podstawówek o Koluszkach? Z czego są tak naprawdę znane Koluszki?

– Sorze, mamy nowego kolegę – zaświstał przez nie całkiem równe zęby Nasalski, postawny ciemny blondyn o wąskiej żylastej twarzy. – Przyjechał nie z Koluszek, ale z zupełnej wioski.

– Słucham? – prychnął pod wąsem geograf. – Niech się, dajmy na to, pokaże. Musimy się przekonać, co potrafi.

– I czy znajdzie na mapie swoją wioskę – dorzucił Stawiszak, rozkudłacony, niedzwiedziowaty sąsiad Nasalskiego. Odpowiedział mu szmer i parsknięcia, chyba jednak nie takie, jak się spodziewał.

– Powiedzmy, że mówicie prawdę. Gdzie jest ten zuch? – Wzrok geografa zatrzymał się na rozłożystej, prawie czarnej fryzurze, której nigdy wcześnej nie widział w tej szkole. Fryzura skojarzyła mu się przelotnie z palmą.

Nie na darmo był geografem. – Co ty, przypuśćmy, nie reagujesz, nowy, na wezwania. – Wstał zza biurka. – Powiedz no mi, jak na wioskę, to ty masz całkiem za dużą tą no… no za dużo włosów na głowie.

– A pan ma jak na Warszawę zupełnie wieśniacki sygnet – padła dobitna odpowiedz.

Szmer panujący w klasie nagle ustał. Ta szkoła wiele widziała, ale…

– Cooo? – Janusz Rohoński obrzucił pobieżnym spojrzeniem własną dłoń. – Widzę, że wyniosłeś ze swojej… z miejsca zamieszkania przykry sposób pyszczenia nauczycielom. Jak złodziej zakradłeś się tutaj, żeby mnie podglądać, obdzierać z tej no… z intymności. Czy i dziewuszki z tej klasy, swoje koleżanki, będziesz podglądał w kąpieli? Idz no do pani dyrektor i opowiedz jej o swoim, powiedzmy, bezczelnym zachowaniu. A co do Koluszek… – powiedział najbardziej pogodnym głosem, na jaki mógł się zdobyć w tak niewesołej chwili. – Koluszki to wielki węzeł kolejowy. WĘ-ZEŁ KO-LE-JO-WY. Zapamiętajcie. Kiedy wziąłem swoją żonę w podróż poślubną, ugrzęzliśmy – gdzie? Oczywiście w Koluszkach. Ale wtedy nawet do głowy nam nie przyszło, żeby, powiedzmy, na takie rzeczy zwracać uwagę. Nie po to jest noc poślubna, z tym wszystkie panie zwłaszcza chyba się zgodzą. Długo będę na ciebie czekał? Ty jak będziesz zabierał żonę w noc poślubną, to zajedziesz najwyżej do takich Koluszek. A tam poza dworcem nic nie ma, dobrze to sobie zapamiętaj… – mówił do pleców nowego ucznia, który właśnie przekraczał próg.

Rohoński wodził wzrokiem po klasie. Zauważył ławkę, w której ten chamski drań siedział sobie bezczelnie przed chwilą. Był jeszcze jego sąsiad. Jakżeż się ten blondas jasny nazywał? Miał śmieszne imię, które niezmiennie bawiło klasę. Wystarczyło powtórzyć je parę razy.

– Brzycki, RE-MI-GIUSZ, do mapy – zabrzmiało triumfalnie po męczącej przerwie.

Korytarz

Werwa, z jaką dyrektorka zaczęła instalować Annę Skowroniec w swojej szkole, wyraźnie zdziwiła panią Stasię.

– W zeszłym roku szukaliśmy łacinniczki – opowiadała dwa dni później o ósmej trzydzieści. – Mówiłam pani dyrektor, zatrzymajmy taką młodą dziewczynę… Bo ona już szukała w innej szkole… Tu tak trudno dojechać.

– Dzisiaj to już poznam was z panią Leszczyńską. – Łucja Jastrzębik wyjrzała z gabinetu. – Proszę nie wierzyć temu, co uczniowie będą opowiadać… Wszystko przerobili do końca z pani poprzedniczką, to jest zapisane w dziennikach z zeszłego roku. Te dzienniki są u mnie, w razie co. Ale pierwszą lekcję ma pani z pierwszą „b”. Niech pani uważa, to nie są takie niewinne pierwszaczki, chyba im się za dobrze powodzi, taka trochę bananowa młodzież.

Była to przedostatnia rada, jakiej udzieliła Annie dyrektor Jastrzębik.

– Sama panią do nich zaprowadzę. Pani Stasiu, będą do mnie dzwonili z rady narodowej. Pani mnie zawoła…

Wyszły na korytarz. Prawie zderzyły się z wysokim chłopakiem w dżinsowej koszuli i spodniach, który patrzył spod kopiastej fryzury z takim wyrazem twarzy, jakby natrafił na stwory z innej planety. Zatknął kciuki za paskiem. Nie okazywał najmniejszego respektu.

Tak już będzie zawsze – przemknęło Annie przez głowę. – Bananowa młodzież i… ten chłopak. Jeszcze nie jest za późno, żeby stąd sobie pójść.

Dla niego ona była najpewniej nic nieznaczącym zbiorem barw, kształtów i ruchów. Całą uwagę skupił na dyrektorce. Coś jej tłumaczył monotonnym głosem, niemal szeptem.

– Ty, Ferens, pan Rohoński dobrze zrobił, że cię wyrzucił. – Jastrzębik wzięła się pod boki. – Poczekaj tu, zaraz se pogadamy, ale nie o geografii, bo z niej to ja już nic nie muszę pamiętać. Ja nie muszę, ale ty musisz. I nie wzruszaj mi tu ramionami. Czekaj, bo ja potrafię i walnąć… Tylko odprowadzę nową panią profesor i zaraz się tobą zajmę… A tak nawiasem rzecz biorąc, te włosy powinieneś skrócić, jak już wybrałeś moją szkołę.

– Widzi pani, tak to tutaj wygląda. – Wspinały się po schodach z szarego wyślizganego lastrico. – Ale niech pani ich raczej nie wyrzuca przed przerwą za drzwi jak Rohoński… Po co mają się włóczyć?

I to była na długi czas ostatnia rada Łucji Jastrzębik dla Anny. Po chwili zajrzały do pokoju, który dziś był już tylko żółty. Miejscami wręcz brudnożółty.

Pokój pełen był ludzi. Wszystkie stoliki obsiadły gromady nastolatków, w większości dziewcząt. Kilkoro siedziało na podłodze.

– A tu co się dzieje? Więcej was rodzice nie mieli? – Dyrektorka rozglądała się po sali.

– W mojej pracowni akurat jakby wymieniają stoły – oznajmił młody barczysty mężczyzna w czarnym golfie i czarnych dżinsach. Stał na tle pierwszego okna, które daremnie dopraszało się złotawej barwy słońca. Zdawał się być rozbawiony całą sytuacją. – Musiałem zaanektować…

– Tak, no rzeczywiście, kolego, działajcie, działajcie. – Łucja Jastrzębik zerknęła z ukosa na Annę. – Poczekajmy na korytarzu. Są pewne trudności, przejściowe, prawda…

Cofnęły się. Wzrok Anny wędrował wzdłuż spękanej listwy do kolejnych drzwi.

– Pani dyrektor – sekretarka stanęła na schodach. – Dzwonią z rady narodowej.

– Właśnie – dyrektorka natychmiast straciła zainteresowanie swoją towarzyszką. – Pani tu se zaczeka, zaraz będzie przerwa.

Coraz cichszy stukot jej obcasów zdeprymował Annę. Poczuła się porzucona wśród tej niegościnnej brzydoty. Spękane tu i ówdzie ściany i drzwi, rdzewiejące parapety, średnio domyte okna. Przyszła jej na myśl scena z przedwojennej wersji Trędowatej. Stefcia Rudecka (Barszczewska? Smosarska?) pisze list do matki. Opowiada o swoim wynajętym mieszkaniu. List wypełniają rozkoszne kłamstwa, a kamera pokazuje jak jest naprawdę. „Mam miłą, uprzejmą gospodynię” – zapewnia z promiennym uśmiechem Stefcia, a antypatyczna twarz już się pojawiła, żeby poburczeć o używaniu wody w ciasnym zagraconym pokoiku. A ten miękki głosik narratorki, bohaterki… Przesycony litością dla innych, ale i dla siebie samej. Odrobiną staroświeckiej słabości. Naprawdę to lubiła.

Kozioł

– Chcesz, to ci pokażę szkołę. Nic nie powiem, że mnie załatwiłeś. No bo chyba rozumiesz, gościu, dlaczego mnie Roho zapytał?

Zbyt nachalnie, ale przecież miał święte prawo być rozżalony. Remek Brzycki postanawia się już nie cofać.

Ferens patrzy na niego bezbrzeżnie obojętnym spojrzeniem.

– Jesteś jakimś specjalistą od tej szkoły? – Ciska kolejną przeszkodę przed Brzyckim. A on aż się trzęsie, taką ma ochotę pogadać.

– Bo nie wiesz tu wszystkiego. Panem Bogiem chyba nie jesteś, no nie? – zaczyna trajkotać.

Osiągnął właśnie, wbrew wszystkiemu, stadium błogosławionego luzu. Jest niewysokim, krótko ostrzyżonym blondynkiem. Nosi kraciastą koszulę, krajowe dżinsy i odważył się przyjść dziś do szkoły w szelkach. Nasalski tylko coś mruknął na ich temat, a Stawiszak strzelił nimi parę razy. Remek musi się zastanowić, czy włożyć je jutro.

– No, gościu, mam klęknąć przed tobą? Jezu!

To przełomowa chwila. Adam może powiedzieć: człowieku, odczep się ode mnie, daj mi spokój. Taką odpowiedzią by go załatwił. Ale zamiast tego mówi:

– Słucham.

– Co? – Remek kręci bezradnie głową.

– Ty mówisz: Jezu. Ja odpowiadam: słucham.

To jednak jest… no, powiedzmy, niezłe. Remek parska urywanym śmiechem.

W chwilę potem korytarzem drugiego piętra dochodzą do łącznika z dwiema salami matematycznymi.

– Do tego syfu raczej nie wchodź. – Remek wskazuje na samotne drzwi po lewej ręce. W tym miejscu budynek rozszerza się, mieszcząc na każdym piętrze męską toaletę.

– Tu jarają goście z czwartej „b” i „d”. Nawet Nasalskiemu mogliby dać w zęby.

Tamten Adam jakby znowu stracił nim zainteresowanie. Patrzy na masywną konstrukcję zamykającą korytarz po prawej stronie i ograniczającą mocno łącznik. Najprawdziwszy sportowy kozioł, złożony z trzech ułożonych jeden na drugim segmentów. Zwieńczony grzbietem pokrytym błyszczącą brązową skórą. Zachęca do siedzenia.

Brzycki wiedzie wzrokiem za spojrzeniem kolegi. Tu też siadają głównie goście z czwartych klas, ale tego mu już nie powie. Chociaż widok z kozła na korytarz jest – jak to mówi Rawicz? – czadowy, można się poczuć jak gdyby strażnikiem bramy. Remek wdrapał się na niego jeden jedyny raz, po ósmej lekcji, kiedy wszędzie panowały kompletne puchy. A i tak zaraz napatoczyła się Trojakowa, chyba tylko po to, żeby go stamtąd spędzić.

– Rzadko na nim siadałeś, nie? – zagaduje od niechcenia Ferenc.

Brzycki posyła mu z ukosa wystraszone spojrzenie. Uuuj, to niebezpieczny gość. Najpierw wypatrzył sygnet Rohońskiego, teraz to.

Chociaż z drugiej strony, mówiąc szczerze, kogo dotąd obchodziło, co Remek sobie pomyślał?

Piękno

– Od razu pomyślałem, że jesteś nową polonistką. – Młody kędzierzawy mężczyzna w golfie, raczej granatowym niż czarnym, miał jednodniowy zarost na policzkach. Uśmiechał się, pokazując nieco zaniedbane zęby.

W pokoju roiło się już od dorosłych. Nie zwracali na nią uwagi. Poza nim. Znalazł ją pod wielką palmą obok szafy piętrzącej się na końcu złotej komnaty.

– A pan… ty kim tutaj jesteś?

Jego tupet raczej ją zdziwił, niż oburzył.

– Chcesz powiedzieć, że to kobieta proponuje przejście na ty. Jasne. – Skłonił głowę. Mówił z emfazą, cały czas pomagał sobie, gestykulując prawą dłonią. Pewnie na lekcjach też nią wymachiwał.

– Uczę tu historii. Paweł Zarzewski.

– Podobno pani jest naszą nową polonistką.

Mężczyzna z hiszpańską bródką, w bladoliliowym garniturze, przeszedł prawie cały pokój, żeby się przy niej zatrzymać. Zignorował młodego historyka. Ujął jej dłoń. Usiłował zajrzeć w oczy. Pozwoliła mu zatrzymać rękę. Wyczuła ciężar sygnetu.

– Nazywam się magister Janusz Rohoński. Jestem, powiedzmy, geografem – podniósł dłoń nowej znajomej wysoko, do samych ust. – Muszę przyznać, koleżanko, że dużo zyskamy dzięki pani obecności. Jest tu, co prawda, w pewnym sensie tradycja ładnych polonistek, ale… Na mnie może pani zawsze liczyć. Mam w domu trzy kobiety – żonę i dwie córki.

– O kim on mówi „tradycja ładnych polonistek”?

Pod wielką palmą wystającą krzywo z kostropatej donicy zatrzymała się kobieta. Jej brązowe oczy patrzyły przenikliwie spośród drobnych pajęczyn skóry. Cienka szyja chyba z trudem dźwigała tak dużą szczękę. W lewej ręce kobieta trzymała na spodeczku szklankę z herbatą.

– Bo ja też jestem polonistką. Leszczyńska, Irena, jeśli pozwolisz – podała Annie drobną suchą dłoń i zaraz ją cofnęła.

– Anna. To miło. Myślę, że mi pomożesz.

Bo nie masz własnych dzieci, jak zdążyła powiedzieć urocza pani dyrektor.

– Gdyby pani potrzebowała pomocy, ja też jestem do wszechstronnej, że tak powiem, dyspozycji. – Geograf Rohoński cmoknął różowymi wilgotnymi wargami. – Przekona się pani, że w tej szkole są osoby wrażliwe na piękno.

Znowu rozległ się dzwonek, tutaj bardziej przygłuszony niż na korytarzu. Leszczyńska i geograf natychmiast odeszli.

– Znów będę musiał szukać sali. – Zarzewski przypomniał o sobie, dotykając jej prawej łopatki. Przyłożył dłoń i zaraz ją cofnął. – Z kim masz lekcję?

Mógłby bardziej zadbać o zęby, ale musiała przyznać – był miły.

– Z pierwszą „b”. Miała mnie zaprowadzić pani dyrektor – odpowiedziała, siląc się, aby głos nie zadrżał jej niepewnością. Tato, pomóż Stefci!

– Poproszę Trojakową, to nasza wicedyrektor – zaofiarował się.

Minął parę osób, które nieśpiesznie udawały się do wyjścia. Podszedł do kobiety w szarym ubraniu i rogowych okularach, stojącej koło drzwi, jakby w oczekiwaniu, kiedy wreszcie wszyscy sobie pójdą.

– Kolego, ja sama poszłam do swojej pierwszej klasy – zaznaczyła zduszonym głosem wicedyrektorka. – Ale dobrze, oczywiście… Młodzież taka dzisiaj niesamodzielna. Nie tylko te nasze dzieci…

Świr

– W każdym razie można tu walić konia, jakby co. – Brzycki podszedł do narożnika kozła i uderzył weń pięścią.

– Jakby co? – chciał wiedzieć Ferens.

– Wiesz chyba, że kozioł i koń to to samo. – Remek pojął ostatecznie, że jego nowy kolega nie roześmieje się z każdego tekstu.

– A ten to kto? – Adam wskazał głową kierunek. Aż mu się włosy wzburzyły na głowie.

Brzycki zerknął na kosmatego osobnika w swetrze, nazbyt grubym jak na ciepłe październikowe przedpołudnie. Stał w pobliżu wejścia do sali matematycznej drugiej, zgarbiony, zajęty własnymi myślami.

– Tooo. To najgorszy świr w szkole. Władzio Stykrus. Zajmuje się głównie mądrzeniem się i wkurzaniem nauczycieli. Myślę, że jest trochę niedomyty i mówią o nim…

– Jak dziś wchodziłem do szkoły, odezwał się do mnie – nie było dane Remkowi skończyć. – Ty jesteś tu nowy, mówi. Nie wyglądasz, żeby można było pogadać z tobą o Heglu, ale i tak lepiej niż inni. Badałeś sobie kiedyś iloraz inteligencji? Przecież on nie może pamiętać tu wszystkich.

– Wiesz jakie są świry – Brzycki zerknął w stronę Stykrusa. Ten zniknął jednak nagle w czeluściach matematycznej drugiej. O co to on pytał Adama? Hegel to fizyk jakiś czy kto?

– Kiedyś jakoś podobnie odezwał się do Garsteckiego, takiego z trzeciej „d”. Tamten o mało mu wtedy nie złamał nosa. Tu się w ogóle nie rozmawia w taki sposób – zauważył Remek tonem wiarusa.

– A jak się rozmawia? – głos Ferensa nie zmienił się, a mimo to Brzycki doszukał się w nim złowróżbnego tonu. – Tak jak ty, mocarzu? Nie usiądziesz na koźle, ale taki jak ten… Stykrus też nie będziesz… – nowy kolega zawiesił głos.

O co mu chodziło? Nie powinien tak mówić. Remek zwątpił nagle w sens wszystkiego. Bardzo możliwe, że Adam Ferens wyląduje nie w ławce Brzyckiego, a w zupełnie innym kącie klasy.

– On jest z klasy Rohońskiego, czasem opowiada o nim Krwawy Janusz. Ty naprawdę uważasz, że nie nosi się takich sygnetów jak ma Rohoński? – Remek nieco drżącym głosem poszukał ucieczki w bok.

– A co, twój tata może taki nosi? – Adam odwrócił głowę i spojrzał niezwykle ostro, przenikliwie. Remek skulił się mimowolnie pod naporem tego spojrzenia. Ładne mi w bok!

– Co ty, tata by nie założył… O co ci chodzi? Już ci powiedzieli, że mój stary jest gliniarzem?

– Nie martw się. – Dłoń Ferensa spoczęła na ramieniu Remka wyjątkowo miękko. – Mój taki właśnie zakłada. Czyste wieśniactwo.

– Jesteś przecież z wioski. – Tym razem Remkowi się udało. I co ważniejsze obaj się roześmiali.

Rawicz

– Nikt pani nie pokazał, jak wypełniać dziennik? – Nie wiadomo, do kogo zaadresowana była przygana w głosie pani Marii Trojak. – Chodźmy, objaśnię pani po drodze. I niech pani nie pozwala sobie wejść na głowę.

– Ostro, ostro, koleżanko! Z nimi trzeba ostro! – zadudnił ktoś za ich plecami. Biuściasta kobieta, szeroko uśmiechnięta wypomadkowanymi ustami, machała do Anny upierścienioną dłonią. Jej głowę wieńczył ogromny smolistoczarny kok. Uszy wydłużyły się pod ciężarem złocistych kolczyków. Te pohukiwania sprawiły, że Anna, z twardym dziennikiem pod pachą, poczuła się trochę raźniej.

– Klucze proszę brać z gwoździa, a potem odnosić. Najgorsze, jak taki klucz potem zginie… – Pani Trojak też martwiła się na zapas.

Ucieczka była jeszcze możliwa, a jednak weszły na drugie piętro. Minęły najpierw salę chemiczną – już zamkniętą. Potem była geograficzna. Rohoński wiercił kluczem w zamku, a nie tak znów wielka gromadka, głównie dziewczyn, czekała w bezładnym ogonku pod ścianą. Geograf zerknął na Annę przez prawe ramię. Machał niedbale dziennikiem, pocierając nim udo.

Następne drzwi były w praktyce niedostępne. Kilku siedzących na podłodze chłopców opierało się o nie plecami, a kilku innych rozmawiało z nimi na stojąco, tworząc wał z pochylonych pleców. Dziewczyna i chłopak siedzieli oddzielnie na parapecie. Ich łokcie się stykały. – Nie siedzieć na parapecie! – Słowa nie mogły Marii Trojak przejść przez gardło. Z dużym ociąganiem zsunęli się na wyślizganą podłogę z PCV. Reszta odwracała się bez pośpiechu.

– Gdzie reszta klasy?

– Dziewczyny nie wróciły jeszcze z wuefu, pani dyrektor – wyrecytował krępy, krótko ostrzyżony, rudzielec. – Nie wiedzieliśmy, że będzie polski.

– Nie wiedzieliśmy, nie wiedzieliśmy – powtórzyła zrzędliwie pani Trojak. – No co ty, jeszcze nie rozumiesz? Biegnij po nie.

– Ale ja się wstydzę. A jak one są tam jeszcze rozebrane… – Rudy posłał Marii Trojakowej prawie pobłażliwy uśmiech. Na Annę nawet nie spojrzał.

– Ty, posłuchaj, żebyś ty nie poszedł gdzieś dalej – odpowiedziała bladą groźbą. Para spędzona z parapetu wzięła się za ręce. Trojakowa wypatrzyła to natychmiast z ukosa.

– Albo lekcja zacznie się zaraz, albo zostaniecie wszyscy po lekcjach.

Zaniosła się krótkim suchym kaszlem.

Anna rozglądała się po sali polonistycznej drugiej, którą dyrektor Jastrzębik pokazała jej wczoraj, tylko na chwilę. Okładki książek w dwóch przeszklonych szafach były przeważnie obłożone w postrzępiony papier. Nad podwójną, białawą od kredowego pyłu tablicą pysznił się napis: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.

– To jest… – Trojakowa zorientowała się, że nie zna nazwiska nowej polonistki. Ostatnie dziewczyny sadowiły się dopiero za ciężkimi stołami, na które mówiono „ławki”. Gdzieś z tyłu wybuchła szeptana kłótnia. – Pani profesor będzie was uczyć w tym roku polskiego. Myślicie, że matura jeszcze daleko. Ale nie – trzeba się cały czas… cały czas…

Jej wzrok natrafił na szczupłego bruneta o wełnistych włosach i na drobną rudawą szatynkę. Parka z parapetu. Siedzieli razem, niezainteresowani resztą. W innych ławkach albo chłopcy, albo dziewczyny. A oni razem. Na złość Trojakowej.

– Wiemy, pani dyrektor – odezwał się spod okna ciemny blondyn w przydymionych okularach. Trzymał kolana prawie pod brodą, bo oparł pięty o krawędź krzesła. – Ale przecież w tym kraju dalej obowiązuje hasło: nie matura, lecz chęć szczera… To chyba jest dobre hasło, prawda, pani dyrektor?

– Jak ty siedzisz, Rawicz! W całej szkole cię znają z chamstwa! – eksplodowała po raz ostatni Maria Trojak. – Wy to w ogóle jesteście… Koleżanko, oddaję pani głos.

Odłożyła pociemniały klucz na biurko. Jej szurający krok był pełen rezygnacji.

Anna poczuła nagle, że warto usiąść za biurkiem. Było ustawione zanadto z boku, zbyt oddalone od rzędu przy ścianie, a jednak tylko za nim mogła się poczuć bezpiecznie.

Gwar wybuchł zaraz po wyjściu Trojakowej, nie tak wielki jednak, jak się obawiała. Patrzyli na nią z rozbawieniem, ale i odrobinę wyczekująco. Mimo wszystko czuła rosnącą sympatię do zasłoniętego własnymi kolanami Rawicza. I ciągle podejrzewała, że takie sympatie bywają zwodnicze.

– Będę was uczyła polskiego. – Nie usiadła i zupełnie zapomniała o dzienniku. Dłonie wełnistego i rudej lisiczki wędrowały ku sobie po seledynowym blacie.

– To już wiemy – wycedził długowłosy Rawicz. Zdjął przydymione okulary i posłał Annie cielęcy uśmiech. Porozumienie wokół hasła „nie matura… ” mogło się okazać kruche. – Co nam jeszcze może pani o sobie opowiedzieć? Przecież tu się normalnie nie trafia. Nasz poprzedni pan od polskiego…

– Przymknij się, palancie – zażądała ciemnowłosa dziewczyna z grzywką, siedząca zaraz za nim. – On jest jeszcze głupszy, niż wszyscy myślą.

– Dlaczego tak uważasz? – spytała machinalnie Anna.

– Właśnie, dlaczego tak uważasz? – zawtórował chłopak. – Niech pani spojrzy, jaką mam ładną koszulkę.

Usiłował wstać, ale dziewczyna chwyciła go za włosy na karku i przytrzymała. Kilka jej koleżanek zareagowało stłumionymi brawami. Niektóre uśmiechy w kierunku Anny były… tak, były zachęcające. Mimo to nie wytrzymywała długo ich spojrzeń.

– Może ustalimy najpierw, po co w ogóle sięgamy po literaturę. Najprostsze skojarzenia – zaproponowała wpatrzona w obłupany z politury kant biurka.

– Jasne, ona ma rację, na tego pojeba nie warto w ogóle zwracać uwagi – wyrwał się inny chłopak, choć nie było już powodu, aby ciągnąć temat. Rawicz siedział w trzeciej ławce przy oknie. Tamten w drugiej przy ścianie. Obaj nie mieli sąsiadów. Krytyk Rawicza był jego wzrostu. Miał rozwichrzone ciemne włosy na sporej głowie. Ładne czarne oczy łagodziły toporność rysów. Był przez cały czas skrzywiony, co miało oznaczać uśmiech.

Annę zamurowało. Żaden z kodeksów, które do tej pory poznała, nie podpowiadał, jak w takich razach reagować.

– Czy jesteś pewien… – Nie miała pomysłu, jak zakończyć to zdanie.