Roger Federer. Najwspanialszy - Chris Bowers

-
Proszę czekać

 

"Nie ma wyższego wykształcenia, ale jest bardzo inteligentnym facetem, który ma znakomite wyczucie chwili. Niewielu ludzi wie, co najlepiej zrobić w danym momencie - on jest jednym z nich. Jego słowo liczy się jak podpis. Jak coś powie, to tak zrobi".

Roger Brennwald, szwajcarski impresario tenisowy

"Jakieś dwa tygodnie temu słyszałem w telewizji, że Tiger Woods przejmie od Michaela Jordana miano najlepszego sportowca naszych czasów. To jakiś żart! Mógłbym udowodnić, że najlepszym sportowcem jest obecnie Roger Federer. Nie tylko tenisistą, ale właśnie sportowcem. Bez obrazy, Tiger jest świetnym golfistą, ale jego wyniki niespecjalnie imponują, zwłaszcza osiągnięte w konkursach, z których odpada ten, kto akurat ma zły dzień. My, tenisiści, gramy takie mecze co tydzień. Roger wygrywa we wszystkich wielkoszlemowych turniejach z wyjątkiem French Open, wygrywa także we wszystkich zawodach cyklu Masters. To znaczy, że nie może sobie pozwolić na choćby jeden zły dzień. I to jest niebywałe".

James Blake, amerykański tenisista (US Open 2006)

"Byłem tam z najlepszym graczem, jakiego kiedykolwiek spotkałem - z Rogerem".

Rafael Nadal, hiszpański tenisista (Australian Open 2009)

"Jest pan najpopularniejszym tenisistą w Chinach, ponieważ pięknie się pan uśmiecha i ma pan wielki nos".

Chiński dziennikarz, poprzedzając pytanie zadane federerowi podczas Tennis Masters Cup w Szanghaju, 2002

"Kto gra w tenisa na morzu? Jolly Roger1 Federer".

Żart wymyślony przez sześcioletnią córkę autora

1 Jolly Roger - dosł. "wesoły Roger", nazwa pirackiej bandery [przyp. tłum.].

 

WSTĘP

Kto jest największym sportowcem spośród wielkich? To pytanie pada i na szkolnych boiskach, i w barach, podczas toczonych nad drinkiem dyskusji o legendach sportu. Zadają je sobie także dziennikarze, usiłujący ocenić czyjeś dokonania, i niezliczone rzesze kibiców. Wszyscy chcą wiedzieć, kto jest najwspanialszym przedstawicielem danej dyscypliny.

W niniejszej książce pytanie to postawione zostało nieco inaczej. Od French Open i Wimbledonu 2009 tenisowy świat jest bowiem raczej jednomyślny, uznając za największego tenisistę wszech czasów Rogera Federera, zwycięzcę tych turniejów. Kim jednak jest Federer? Skąd pochodzi? Jak wpłynęła na niego tenisowa kariera? Co mogą zyskać czytelnicy biografii tego zawodnika - zwłaszcza rodzice mający równie utalentowane potomstwo, którzy nie do końca wiedzą, jak pomóc swoim dzieciom?

Publikacja ta jest zarówno samodzielnym dziełem, jak i rozwinięciem trzech wcześniejszych pozycji. W latach 2005-2006 napisałem książkę Fantastic Federer, której uzupełnione wydanie ukazało się w 2007. W tym czasie jej bohater miał około dwudziestu pięciu lat, pozycja ta zawierała więc przede wszystkim jego charakterystykę oraz rozważania na temat jego przyszłych osiągnięć. Kiedy wielkość Federera zaczęła być coraz wyraźniej widoczna, w 2009 pojawiła się moja trzecia książka: Roger Federer - Spirit of a Champion. Wyraźną cezurę w jego karierze stanowią osiągnięcia sześciu tygodni 2009 r.; przedtem Federer był potencjalnym mistrzem - teraz został uznany za największego zawodnika w swojej dyscyplinie. Historia Rogera Federera nie dobiegła końca, dalej gra on w tenisa na najwyższym poziomie, a jeżeli bierze udział w jakimś turnieju, jego nazwisko zawsze figuruje na liście faworytów. Wcześniej musieliśmy czekać na to, co jeszcze pokaże, zanim mogliśmy spokojnie omówić jego legendę - teraz nadszedł czas, by umieścić jego karierę w pewnym kontekście.

Niniejsza książka oparta została na trzech wcześniejszych publikacjach. Od 2006 r. nie wyszły na jaw żadne nowe fakty dotyczące dzieciństwa i wczesnych lat kariery Federera, ale zmienił się sposób, w jaki postrzegamy go jako człowieka, sportowca i czempiona. Co więcej, niektóre wydarzenia, uznawane kilka lat wcześniej za istotne, zostały od tamtego czasu przyćmione przez jeszcze większe osiągnięcia. Dlatego wszyscy, którzy sięgną po tę pozycję, nie przeczytawszy poprzednich, poznają biografię Rogera Federera równie dobrze, jak ci, którym nie są obce trzy pozostałe.

Mimo że starałem się, by niniejsza publikacja była możliwie wyczerpująca, stanowi ona tylko wycinek historii wielkiego sportowca. Kiedy on sam zdecyduje, że nadszedł czas na jego autobiografię - lub autoryzowaną biografię - poznamy zapewne więcej faktów. To pod wieloma względami dziwne, że sam Federer nie opublikował jeszcze książki o swoim życiu. Gwiazdy sportu zbliżające się do trzydziestki zazwyczaj mają w dorobku przynajmniej jedną autobiografię, a czasem nawet więcej. Niektóre z tych dzieł są wartościowsze niż inne; czytelników z reguły bardziej interesują te, które dotyczą rzeczywistych wydarzeń i motywacji autorów, niż pozycje napisane tylko w celu przysporzenia sobie chwały.

Roger Federer zachowuje się całkiem inaczej. Odkąd po raz pierwszy zdobył tytuł mistrzowski - w lipcu 2003 r. w Wimbledonie - on i jego zespół zasypywani są prośbami od wydawców i dziennikarzy o napisanie autobiografii lub chociaż o współpracę przy autoryzacji biografii pióra kogoś innego. Federer jednak zawsze odmawia, podając ten sam powód: nie dysponuje taką ilością czasu, jakiej potrzeba, by napisać historię jego życia we właściwy sposób. Brzmi to prawdziwie. Wiadomo również, że prowadzi on dziennik, w którym zapisuje własne myśli i refleksje. Pewnego dnia - prawdopodobnie kiedy jego tenisowa kariera dobiegnie już końca - będzie więc mógł sam zdać relację z jej przebiegu. Do tego czasu nie przejmuje się specjalnie tym, co piszą o nim inni, przynajmniej dopóki żaden z autorów nie ogłasza, że jego wersja została autoryzowana.

Dlatego też książka ta jest biografią nieautoryzowaną, chociaż ja osobiście wolę określenie "niezależna", ponieważ słowo "nieautoryzowana" nader często używane jest w odniesieniu do publikacji jednoznacznie wrogiej wobec opisywanej osoby. Brak autoryzacji sprawił, że mogłem napisać o Federerze bez ograniczeń, które mogliby narzucić mi on lub jego doradcy. Rozmawiałem więc swobodnie z wieloma ludźmi, którzy mieli wpływ na ukształtowanie się jego osobowości, dzięki czemu powstał obraz Rogera zarówno jako osoby, jak i tenisisty. Z tych kart wyłania się wizerunek człowieka na wskroś uczciwego. Pozostał taki, mimo że jego naturalnie ugodowy charakter był wielokrotnie wystawiany na próbę przez pochlebców i ludzi składających finansowe propozycje, które przywiodłyby na pokuszenie świętego.

Nawet gdy Federer uzna, że nadszedł czas napisać własną książkę i ujawnić więcej szczegółów z czasów, gdy on i Team Federer byli u szczytu sławy, nie będzie to ostateczne, samodzielne dzieło. Na karierę tego tenisisty złożyły się w równym stopniu jego własne decyzje i doświadczenia oraz sposób, w jaki jego osobowość ewoluowała poprzez wzloty i upadki, jak i interakcje z innymi ludźmi. Dlatego ważną częścią tej historii są także opowieści i wspomnienia tych, którzy przyczynili się do ukształtowania jego charakteru i odbyli tę podróż wraz z Rogerem. Podobnie jak w przypadku tytułów Fantastic Federer i Spirit of a Champion w niniejszej książce podsumowuję wyniki moich poszukiwań, a także korzystam z licznych publikacji w językach angielskim, niemieckim i francuskim.

Mam to szczęście, że jestem idealnie przygotowany do pisania o Rogerze. Poznałem go, kiedy miał szesnaście lat - pierwszy wywiad przeprowadziłem z nim po tym, jak wygrał juniorski turniej singla w Wimbledonie w 1998 r. Fakt, że mieszkałem w Szwajcarii, porozumiewam się po niemiecku i francusku (a nawet w szwajcarskich dialektach, które zaskakują wielu Niemców) - a wreszcie, że znam kilku ludzi, wśród których Federer dorastał - stawia mnie w doskonałej sytuacji i wyróżnia spośród innych piszących o tenisie jako osobę szczególnie predestynowaną do napisania biografii Rogera.

Jestem oczywiście niewymownie wdzięczny wszystkim, którzy byli świadkami jego kariery i podzielili się ze mną swoimi doświadczeniami. Byli to (w porządku alfabetycznym): Yves Allegro, Madeleine Bärlocher, Roger Brennwald, Darren Cahill, Beat Caspar, Marco Chiudinelli, Ashley Fisher, Roger Jaunin, Seppli Kacovski, Marco Mordasini, Francesco Ricci Bitti, Niki von Vary, Freddy Widmer oraz Thomas Wirz. Chciałem również podziękować za pomoc udzieloną mi w wielu istotnych sprawach przez grono, w skład którego weszli: Faye Andrews, Nicola Arzani, Tim Curry, Richard Eaton, Tony Godsick, Mark Hodgkinson, Frank Hofen, Mitzi Ingram Evans, Annie Hammerton, Severin Lüthi, Ian McDermott, Konrad Meyer, Peter Miles, Jack Milner, Helen Mittwoch, Daniel Monnin, Claudia Moser, Andrew Rigby, Neil Robinson, Barbara Travers, Jürg Vogel i Paul Zimmer. Dziękuję także Lynette Federer i Tony'emu Godsickowi za ich wsparcie w dyskusji nad początkową koncepcją tej książki i wszelkie dalsze porady, oczywiście niełamiące w żadnym stopniu ograniczeń nałożonych przez samego Rogera.

Szczególne podziękowania należą się Johnowi Blake'owi i Michelle Signore z wydawnictwa John Blake Publishing za to, że od początku wierzyli we mnie i w tę książkę, a także zainwestowali w niniejszą, najnowszą wersję historii Federera, opisującą jego triumfy z lat 2009-2010.

Pisząc tę biografię, chciałem sprawić, by czytelnicy lepiej zrozumieli osobowość Rogera Federera, wyjątkowego sportowca i osoby inspirującej innych, oraz naszkicować całokształt osiągnięć, które uczyniły go największym z tenisistów - z wszelkimi zastrzeżeniami dotyczącymi sukcesów, które ma on jeszcze przed sobą. Jeżeli udało mi się zrealizować którykolwiek z zakładanych celów, oznacza to, że książka ta spełniła swoje zadanie.

Chris Bowers kwiecień 2011

 

1

MŁODOŚĆ MISTRZA

 

Historia Rogera Federera w niczym nie przypomina opowieści o siostrach Williams. Nie dostarczy ona też argumentów osobom postrzegającym świat jako egalitarne miejsce, w którym ekonomiczne możliwości rodziny nie stanowią przeszkody w osiągnięciu przez dziecko tenisowych szczytów. Venus i Serena Williams pochodzą z autentycznego murzyńskiego getta Los Angeles. Jimmy Connors dorastał w robotniczej dzielnicy Belleville, w stanie Illinois - w środowisku żywiącym pogardę wobec bogatych dzieciaków należących do renomowanych tenisowych klubów. Federer jest jednak produktem zamożnej klasy średniej.

Urodził się jako drugie dziecko w dobrze sytuowanej, lecz niczym niewyróżniającej się rodzinie z Bazylei. W drodze na szczyt z pewnością nie musiał pokonywać społecznych barier; nie był nawet - jak John McEnroe - buntownikiem bez powodu, kontestującym klasę średnią. Nigdy nie czuł potrzeby, by okazywać na korcie wściekłość tak otwarcie jak Connors, Lleyton Hewitt czy nawet Pete Sampras, którzy potrafili demonstrować głęboką nienawiść wobec swoich przeciwników, przynajmniej podczas meczu. Nie uciekał się także do złośliwości - taktyki, za pomocą której wytrącali przeciwników z równowagi tacy zawodnicy jak McEnroe, Ion Tiriac czy Ilie Nastase. Federer był normalnym dzieckiem bez poczucia niższości, dobrze wychowanym i poprawnie się wyrażającym.

Mimo to motywacja, która pozwoliła mu zrobić tak fenomenalną karierę, wymagała stalowej determinacji. Być może tenisowi socjologowie powinni uznać historię Rogera Federera za dowód, że taka determinacja jest niezależna od pochodzenia - może ona płonąć równie jasnym płomieniem u osoby, której wszystko zapewniono, jak i u tej, która musiała sobie to wywalczyć. Co powiedziawszy, trzeba zaznaczyć, że w osiągnięciu sukcesu niewątpliwie pomagają pewne sumy pieniędzy, smarujących trybiki juniorskiego treningu, oraz gotowość rodziców do pełnienia roli taksówkarzy, a Federer korzystał z obu tych udogodnień.

Roger Federer urodził się 8 sierpnia 1981 r. w Bazylei, drugim co do wielkości mieście Szwajcarii, jako drugie dziecko, ale pierwszy syn Lynette i Roberta Federerów, którzy mieszkali tu od ślubu w 1973 r.

Bazylea nie jest mekką międzynarodowych celebrytów, ale jej lokalizacja na brzegach Renu, u zbiegu granic trzech państw - Szwajcarii, Niemiec i Francji - sprawia, że stanowi ona odpowiednie miejsce pochodzenia dla światowej ikony sportu. W rzeczywistości położenie tego miasta na skrzyżowaniu międzynarodowych szlaków odegrało pewną rolę w opanowaniu przez Federera trzech języków - albo nawet czterech, jeżeli uznamy gardłowe szwajcarskie dialekty za oddzielny język. Na co dzień w Bazylei można usłyszeć cztery oficjalne języki Szwajcarii: niemiecki, francuski, włoski i oryginalny, lokalny język retoromański (którym mówi się obecnie tylko na wschodzie kraju, ale wciąż pozostaje on w użyciu w piśmie - na banknotach i niektórych oficjalnych znakach), a także angielski. Port lotniczy, położony na terytorium Francji, przez lata był znany pod nazwą Bazylea-Miluza. Obecnie jego oficjalna nazwa to EuroAirport, a przyznają się do niego miasta w Niemczech, Szwajcarii i Francji.

Jako najbardziej europejskie miasto w kraju, którego ludność wciąż jest mocno sceptyczna wobec przyłączenia się do Unii Europejskiej, Bazylea ma raczej nieszwajcarski charakter, a jej mieszkańcy odznaczają się specyficznym poczuciem humoru. Zachowała się tu lokalna odmiana niemieckiego zwyczaju, zwana Morgestraich (oznacza to dosłownie "poranne przejście ulicami miasta") - procesja o pogańskich korzeniach, ruszająca o czwartej rano w poniedziałek po środzie popielcowej. Wygasza się podczas niej całe miejskie oświetlenie, żeby wzmocnić efekt rzeki zapalonych świec niesionych przez uczestników pochodu. Bazylea posiada także jeden z najstarszych uniwersytetów w Europie i jest ważnym centrum przemysłu farmaceutycznego. To właśnie tutaj w 1943 r. chemik, profesor Albert Hofmann, przetestował na sobie związek, który stworzył, i nazwał LSD-25. Kiedy zaczął halucynować, stało się jasne, że jako pierwszy człowiek na świecie doświadczył efektów działania narkotyku znanego obecnie jako LSD.

Historia Rogera Federera związana jest z przemysłem farmaceutycznym Bazylei, ale w mniej prozaiczny sposób, niż mogłoby to zabrzmieć. Jego ojciec, Robert, był asystentem w laboratorium tamtejszych zakładów chemicznego giganta Ciba-Geigy. Pod koniec lat sześćdziesiątych zdecydował, że od pracy woli podróże, i wyjechał do Republiki Południowej Afryki. Dlaczego akurat do RPA? Ponieważ łatwo mu było się tam dostać; powód ten był równie dobry, jak każdy inny. Ironia losu sprawiła, że znalazł pracę w głównej południowoafrykańskiej fabryce... koncernu Ciba, położonej w Isando, przemysłowym przedmieściu na wschód od centrum Johannesburga. Właśnie tam poznał w 1970 r. osiemnastoletnią sekretarkę Lynette Durand. Pracowała ona w Ciba, a przez całe swoje dotychczasowe życie mieszkała w pobliskim Kempton Park, zamożnej dzielnicy Johannesburga. Spotykali się poza fabryką; on wprowadził ją w tajniki tenisa, a ona pokochała tę grę. Razem spędzali na korcie sporo czasu i tak zaczął się romans, który doprowadził ich do ślubu w 1973 r.

Robert Federer, ojciec Rogera, urodził się w 1946 r. jako syn włókiennika. Dorastał we wschodniej Szwajcarii, niedaleko miasteczka Altstätten, i grał w tenisa dla zabawy; nigdy nie starał się osiągnąć sukcesów w tym sporcie. Sześć lat od niego młodsza Lynette urodziła się w 1952 r. w rodzinie, w której posługiwano się językiem afrikaans. Miała o wiele większy talent do tenisa niż jej mąż. Beat Caspar, były redaktor sportowy bazylejskiego dziennika "Basler Zeitung", wspomina: "Miała dobrą koordynację, dużo lepszą niż Robert". Podobnie jak mąż, Lynette nigdy nie chciała robić kariery w tenisie, mimo że była dość ambitna.

W 1973 r. Federerowie przeprowadzili się do Szwajcarii - dla Lynette oznaczało to, że będzie mieszkać 8400 km od rodzinnego domu - i osiedli w Riehen, na przedmieściu Bazylei, w pobliżu granicy z Niemcami. (Anglojęzyczny świat nie jest całkiem pewien, jak powinno się pisać i wymawiać nazwę drugiego co do wielkości miasta Szwajcarii. "Basel", wymawiana Barsl, jest nazwą pochodzącą z gwary szwajcarskiej, spokrewnionej z niemieckim, a ponieważ miasto leży w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, jest to nazwa miejscowa. Taka pisownia używana jest również w kontekście turnieju Swiss Indoors, rozgrywanego co roku w październiku. Istnieje jednak również staroangielska wersja nazwy - "Basle", wymawiana Barl, utworzona od francuskiej nazwy miasta "Bâle", wymawianej tak jak pierwsza sylaba angielskiego słowa balcony. Pochodzi ona z czasów, gdy większość nazw dużych europejskich miast miała swoje angielskie wersje, i wciąż bywa używana przez niektóre brytyjskie gazety. W tej książce trzymam się lokalnej wersji pisowni).

Robert kontynuował swoją karierę w Ciba, osiągając stanowisko dyrektora handlowego, a Lynette zapewniła sobie przeniesienie do Szwajcarii - na nowe stanowisko w tej samej firmie. Oboje grali w tenisa w firmowym klubie sportowym, który dysponował między innymi kilkoma ocienianymi przez stare drzewa kortami w Allschwil, na przedmieściach Bazylei. Należące do firmy obiekty służące sportowi i wypoczynkowi umożliwiały zatrudnionym dogodną i niedrogą rekreację; niektóre koncerny udostępniały je pracownikom i ich rodzinom nawet za darmo. Pozwalało to zaoszczędzić pieniądze, ale każdemu, kto miał choćby trochę ambicji, towarzyski charakter gry i brak współzawodnictwa wydawały się nieco frustrujące.

Dlatego też Lynette po kilku latach spędzonych w Bazylei zapisała się do klubu tenisowego Old Boys, jednego z dwóch najlepszych w mieście (drugim był klub o równie porywającej nazwie, będącej kwintesencją szwajcarskiego stylu: "Basel Lawn Tennis Club"1), głównie po to, by brać udział w jakiejś rywalizacji. W 1995 r. weszła do składu żeńskiego zespołu Old Boys, który zdobył międzyklubowe mistrzostwo Szwajcarii w kategorii "młodsi weterani". Aktywnie wspierała lokalne i regionalne inicjatywy tenisowe, działając w zarządzie regionalnej bazylejskiej podsekcji Szwajcarskiej Federacji Tenisowej jako osoba odpowiedzialna za rozwój młodych talentów. Przez wiele lat pracowała również jako organizator turnieju ATP w Bazylei, Swiss Indoors. Obecnie praktycznie nie gra w tenisa, zamiast tego woli golfa; w tej dyscyplinie szczyci się handicapem w okolicach 15.

Warto zauważyć, że Robbie i Lynette są dość niscy. Żadne z nich nie ma więcej niż 1,7 m wzrostu, przez pewien czas obawiano się więc, że ich dzieci również nie uzyskają wzrostu wystarczającego, by liczyć się na światowych kortach. Jednak dzięki jakiemuś genetycznemu dziedzictwu Roger Federer mierzy 1,85 m.

Pod koniec 1979 r. urodziło się pierwsze dziecko Lynette i Robbiego, Diana. Dużo spokojniejsza niż jej młodszy brat, z rozmysłem trzyma się w cieniu. Pracuje jako pielęgniarka w szpitalu psychiatrycznym niedaleko Bazylei. Podobnie jak Roger, ma dwójkę dzieci - bliźniąt.

Osiągnięcia Rogera miały znaczny wpływ na dzieciństwo Diany, lecz wygląda na to, że Federerom raczej udało się uniknąć klasycznej pułapki - sytuacji, w której poświęcaliby większą uwagę utalentowanemu dziecku ze szkodą dla pozostałego potomstwa. "Ta rodzina zawsze była harmonijna", mówi Thomas Wirz, trener tenisa i dziennikarz z Bazylei, który kilka razy przeprowadzał wywiady w domu Federerów. "Czasem jednak zastanawiałem się, co robiła Diana, kiedy Roger był wożony z jednego turnieju na drugi. Mogła nabrać pewnych wątpliwości co do obyczajów panujących w tenisowym świecie, ale zawsze wyglądała na osobę niezależną, pewną siebie i bardzo grzeczną. Nigdy nie robiła wrażenia, że jest zazdrosna o uwagę, jaką rodzice poświęcali bratu".

Diana, preferująca zamiast tenisa jazdę na nartach i snowboardzie, była wielokrotnie proszona o wywiad przez dziennikarzy "Basler Zeitung". "Nigdy nie chciała, by w naszej gazecie ukazał się artykuł na jej temat", wspomina Beat Caspar. "Często jej to sugerowałem. Argumentowałem, że ludzie będą nią zainteresowani, zwłaszcza kiedy widzieli ją na korcie podczas meczów Rogera, ale zawsze odpowiadała "nie". Lynette stale powtarzała, że Diana nie ucierpi z powodu tenisowych ambicji Rogera, mówiła też córce, by nie przejmowała się faktem, że ludzie będą ją wypytywać o Rogera. Diana wzięła to sobie do serca, trzymała się z dala od mediów oraz tenisa i odmawiała publicznych wypowiedzi na temat brata".

Dwadzieścia miesięcy po narodzinach Diany, po przeprowadzce całej rodziny na drugą stronę Renu, do Münchenstein, przedmieścia znajdującego się bliżej centrum Bazylei, urodził się Roger. W rejestrze noworodków napisano po prostu "Roger Federer", bez drugiego imienia. Ponieważ jest Szwajcarem, a francuski to drugi z oficjalnych szwajcarskich języków, wielu ludzi zakłada, że jego imię należy wymawiać na sposób francuski ("roże", z akcentem na ostatnią sylabę, tak jak w nazwie "Roget Thesaurus"), podczas gdy - na co często zwracał uwagę sam Federer - powinno ono być wymawiane po angielsku ("rodżer"). Większość frankofonów artykułuje jednak jego imię na swój własny sposób ("rożer"). Z kolei właściwa wymowa nazwiska "Federer" polega na zaakcentowaniu pierwszej sylaby, w której samogłoska sytuuje się gdzieś między angielskim "fair" i "fay", natomiast pierwsze "r" należy wymawiać twardo. Anglojęzyczny świat zaadaptował wymowę zbliżoną do angielskiego "federal", którą sam Federer akceptuje jako dopuszczalną.

Jakim chłopcem był mały Roger? Wszyscy, którzy pamiętają go z tamtych czasów, wspominają szczęśliwego, radosnego dzieciaka z - wydawałoby się - nieograniczonymi zapasami energii, zawsze chętnego do zabawy, zwłaszcza związanej z piłką. W wywiadzie z 2005 r. Lynette mówi o nim: "To nie było zwykłe dziecko. Roger był bardzo, bardzo aktywny i pełen energii. Stale sprawdzał, do jakich granic może się posunąć. Najpierw były to ograniczenia stawiane przez rodziców, potem - przez nauczycieli, w szkole i w sporcie. Zawsze tryskał energią i emocjami, przez co niełatwo było z nim wytrzymać. Przez pewien czas miałam obawy, czy potrafi się koncentrować, ale potem ciężko nad tym pracował i udało mu się".

Szwajcarski system edukacji oferuje każdemu z kantonów (krajów związkowych) pewną dowolność w organizacji nauczania. W Bazylei teraz i wtedy dzieci szły do zerówki w wieku pięciu lat, do szkoły podstawowej - siedmiu, do ponadpodstawowej - jedenastu lub dwunastu, a następnie kontynuowały edukację jako piętnasto- lub szesnastolatkowie; w tym wieku kończył się obowiązek szkolny.

Roger, podobnie jak Diana, został zapisany do Neuewelt School, publicznej podstawówki w spokojnej, zamożnej i pełnej zieleni części Münchenstein. "Neuewelt" dosłownie oznacza "nowy świat", ale w tym wypadku chodziło tylko o nazwę części Münchenstein, a nie o jakiś idealistyczny projekt. Chociaż Robbie i Lynette mogli sobie pozwolić na wysłanie dzieci do prywatnych szkół, ich decyzja o wyborze szkoły publicznej nie była czymś niezwykłym - wielu ludzi w Szwajcarii postępowało w ten sposób. Nie było tam wielkiego popytu na szkoły prywatne, zwłaszcza w umiarkowanie zamożnych dzielnicach o dobrze rozwiniętej infrastrukturze, gdzie wsparcie rodziców zachęcało do zachowywania wysokich standardów edukacji. Neuewelt School obejmowała zarówno zerówkę, jak i szkołę podstawową, więc i Diana, i Roger uczęszczali tam od piątego do dwunastego roku życia.

Ustawa o ochronie danych i inne ograniczenia dotyczące prywatności powstrzymują nauczycieli Rogera od opowieści o jego szkolnych latach, ale Theresa Fischbacher, dyrektorka szkoły w okresie, kiedy Roger chodził do podstawówki, pamięta, że w tamtych czasach częściej można go było spotkać poza klasą niż w niej. "Byłam przekonana, że zostanie futbolistą", wspomina Theresa. "Rzadko można go było zobaczyć bez piłki przy nodze, a do tego mawiał: "Chcę zostać piłkarzem!". Przez dłuższy czas nie miałam pojęcia, że gra w tenisa, a kiedy się o tym dowiedziałam, założyłam, biorąc pod uwagę jego futbolową pasję, że tenis będzie na drugim planie. Muszę przyznać, że był bardzo dobry. Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby udało mu się zrobić karierę piłkarską".

Kilka lat wcześniej, zanim Roger zaczął naukę w Neuewelt School, dwójka jej absolwentów, bracia Murat i Hakan Yakinowie, którzy w podstawówce traktowali piłkę nożną z równym entuzjazmem, jak potem Federer, osiągnęła status lokalnych ikon, grając w FC Basel i reprezentacji Szwajcarii (ponad pięćdziesiąt razy). Ich sukces sprawił, że w szkole powstała moda na grę w piłkę. W tamtym czasie tenis był ciągle mało znany w kraju, który pasjonował się przede wszystkim futbolem, narciarstwem i hokejem. Młody Roger mógł więc czuć się lepiej z dużą piłką u stóp niż z małą - na strunach rakiety.

Pani Fischbacher pamięta jeszcze jedną rzecz: "Zawsze był bardzo żywy. Jeżeli mówimy o jego manierach, to był dobrze wychowany i miał naprawdę ujmujący charakter, ale musiał ciągle być w ruchu. Nazywaliśmy go małym wiercipiętą". Była dyrektorka zaprzecza jednak, aby w związku z ruchliwością uznawano Federera za złego ucznia. "Był bardzo bystry, znam zresztą wiele niespokojnych dzieci, niepotrafiących usiedzieć na miejscu, a mimo to niezwykle inteligentnych".

Sam Roger również wspomina swoje szkolne czasy: "Kochałem gry, do których potrzebna była piłka: ping-ponga, tenis, koszykówkę, piłkę nożną. Zawsze próbowałem czegoś nowego".

W wieku dwunastu lat Federer opuścił Neuewelt School, by zacząć naukę w progimnazjum, szkole ponadpodstawowej przeznaczonej dla dzieci mających iść do pełnego gimnazjum (szkoły średniej) jako piętnastolatki. Chociaż Roger nigdy nie dotarł do tego etapu, nie wyróżnił się na niwie akademickiej i zakończył edukację w Szwajcarskim Narodowym Centrum Tenisa, nie dopuszczono by go do nauki w progimnazjum, gdyby nie wykazywał przynajmniej średniej inteligencji.

Można by się spodziewać, że wizerunki sławnych absolwentów, w tym braci Yakinów i Rogera Federera, zdobią obecnie korytarze Neuewelt School. W niektórych krajach mogłaby pojawić się nawet pamiątkowa tablica: "Do tej szkoły w latach 1988-1993 uczęszczał Roger Federer". Tak jednak nie jest. Szwajcaria to po prostu całkiem inny kraj. Dla obecnych uczniów, rodziców i kadry nauczycielskiej Federer jest tylko kimś, kto chodził do tej szkoły dwadzieścia lat temu. Być może właśnie ten brak ostentacji i uznania częściowo wpłynął na fakt, że Roger pozostał normalnym człowiekiem w obliczu globalnego uwielbienia, jakim jest teraz otaczany.

Federerowie często spędzali wakacje w RPA, ale zrezygnowali z tego zwyczaju, kiedy Roger i Diana zaczęli chodzić do szkoły. W wywiadzie dla południowoafrykańskiego "Sunday Times" Lynette wspomina: "Gdy dzieci były jeszcze małe, wiele razy jeździliśmy do Republiki Południowej Afryki, ale kiedy poszły do szkoły, nie mogliśmy tego robić tak często, ponieważ europejskie letnie wakacje wypadają podczas zimy w RPA. A to już nie jest tak atrakcyjne. Dzieciaki po prostu uwielbiają Południową Afrykę, zwłaszcza Garden Route [popularny wśród turystów odcinek południowego wybrzeża pomiędzy Cape Town i Port Elizabeth]2. Pojechaliśmy tam na któreś wakacje, kiedy Roger był jeszcze nastolatkiem. Uwielbia oglądać zwierzęta w ich naturalnym środowisku".

Jedną z biblii światowego tenisa jest publikowana raz w roku książka znana kiedyś jako Media Guide, a obecnie The Official Guide to Professional Tennis. Wydaje ją ATP (Association of Tennis Professionals - Stowarzyszenie Tenisistów Profesjonalnych) wraz z WTA (Women's Tennis Association - Stowarzyszenie Tenisa Kobiecego). Jest to przewodnik informujący na bieżąco o tym, co dzieje się w tenisowym świecie. Najsmakowitszymi jego fragmentami są biografie czołowych zawodników, zawierające ich osiągnięcia, ważne statystyki, podsumowanie kariery i nieco szczegółów o życiu osobistym. We wszystkich dziesięciu edycjach tego przewodnika od roku 2000, w których pojawiała się biografia Federera - w tym również w tych z lat 2007-2011, które wyszły już po pierwszym wydaniu mojej książki Fantastic Federer - zanotowano, że zaczął on grać w tenisa w wieku ośmiu lat. Ktokolwiek to napisał, pomylił się o pięć lat, i dziwne, że nikt nie zwrócił jeszcze na to uwagi ATP. Osoby odpowiedzialne za wydawanie przewodnika wysyłają przed publikacją dane do akceptacji graczom lub ich agentom, ale jakoś nikt z zespołu Federera nie zauważył tego błędu (a może Federer jest zadowolony, że cały świat sądzi, iż zaczął on grać w tenisa jako ośmiolatek?). To prawda, że nie traktował tenisa poważnie, dopóki nie skończył ośmiu lat, ale po raz pierwszy wziął do ręki rakietę niedługo po trzecich urodzinach. Pod koniec 1984 r. w Ciba Club - firmowym klubie jego ojca - zrobiono mu zdjęcie, na którym dzierży drewnianą rakietę za szyjkę (była za ciężka, by trzylatek mógł nią władać, trzymając za uchwyt). Historia Rogera przypomina dzieje wielu tenisistów, którzy przechodzą na zawodowstwo: jego rodzice traktowali tę grę jako hobby i w weekendy zabierali go ze sobą do klubu, gdzie szybko złapał tenisowego bakcyla. "Uwielbiał ten sport od samego początku", wspomina jego matka.

Kiedy Federer nie grał w Ciba Club, brał rakietę i odbijał piłkę od bramy domowego garażu. "Pamiętam, że zawsze lubiłem uderzać w bramę garażu", powiedział w wywiadzie z 2005 r., "lub nawet w drzwi od szafy, dowolną piłką. Moja mama miała już dosyć słuchania tego łomotu - łup! łup! łup! - całymi dniami".

W wieku sześciu czy siedmiu lat Roger został zapisany na kurs tenisa organizowany w Allschwil, na przedmieściu Bazylei, przez VBTU, regionalne stowarzyszenie okolicznych klubów tej dyscypliny. W kursie uczestniczyło kilkunastu dzieciaków poniżej dziesięciu lat, trenujących pod fachowym kierownictwem na trzech pełnowymiarowych kortach. To właśnie tam Federer poznał młodszego o trzydzieści trzy dni Marco Chiudinellego, który został potem jednym z jego najlepszych przyjaciół i zagrał z nim w szwajcarskiej reprezentacji na Puchar Davisa.

Zbliżały się ósme urodziny Rogera, a on nadal grał w Ciba Club. Nie miał jeszcze swojego ratingu, więc domyślnie należał do kategorii R9 (najniższej w szwajcarskim systemie klasyfikacji zawodników). Jego matka coraz lepiej radziła sobie w Old Boys i zaczynała być świadoma talentu swojego syna, zdawała sobie również sprawę z tego, że w jej klubie mógłby rozwijać się lepiej niż w Ciba. Pewnego dnia podeszła więc do Madeleine Bärlocher, która w 1980 r. przejęła w opłakanym stanie program kształcenia juniorów Old Boys, by tchnąć weń nowe życie, i powiedziała: "Świetnie szkolicie juniorów, a ja mam syna, który coraz lepiej gra w tenisa. Chciałabym, żeby do was dołączył".

W ten sposób Roger Federer został nowym chłopcem w szeregach Old Boys. Ten krok pozwolił mu zetknąć się z ludźmi, którzy nauczyli go, jak grać w tenisa.

 

Tenisowe środowisko, w którym Roger Federer znalazł się w wieku ośmiu lat, było gotowe na przyjęcie obiecującego, utalentowanego młodego człowieka, choć Madeleine Bärlocher, uczestniczka juniorskiego turnieju w Wimbledonie w 1959 r. - w czasach zanim tenis zaczął oferować możliwości rozwoju kariery - miała wcale nierewolucyjny przepis na sukces. Po prostu wprowadziła system stałych zespołów, w których szkolenie odbywało się indywidualnie i grupowo, a każdemu z nich przypisano cotygodniową porę treningów. Część z nich finansowana była z pieniędzy fundacji wspierających rozwój sportu wśród młodzieży. To zadziałało. Madeleine sprowadziła odpowiednich trenerów i wkrótce okazało się, jak bardzo uzasadniona była jej wiara w to, że jeden czy dwóch dobrych zawodników przyciąga całą masę następnych talentów.

Mimo swojego położenia w zamożnej, pełnej zieleni dzielnicy Binningen, na zachód od centrum Bazylei, klub Old Boys nie był magnesem dla bogatych ludzi. Założony w 1927 r., posiadał - wtedy i obecnie - siedem ziemnych kortów na świeżym powietrzu i skromny budynek. Dwie hale balonowe uruchamiane są tylko zimą. Jeżeli członkowie Old Boys chcą zagrać na krytym obiekcie, muszą przestrzegać warunków umowy, którą ich klub zawarł z centrum sportowym Paradies, dysponującym kortami pod dachem. Właścicielem tego centrum jest Roger Brennwald, sportowy impresario z Bazylei, organizator turnieju ATP Swiss Indoors, który odbywa się co roku w październiku, w największym krytym sportowym obiekcie miasta, St Jakobshalle.

W latach osiemdziesiątych XX w. tenis nie cieszył się w Szwajcarii dużym zainteresowaniem. Najwięcej kibiców miały w tym kraju futbol i sporty zimowe. Na reklamowych plakatach pojawiali się przede wszystkim tacy sportowcy jak Pirmin Zurbriggen, Maria Walliser i Vreni Schneider, fotogeniczne trio, które brylowało podczas złotego wieku szwajcarskiego narciarstwa, idąc w ślady jeszcze wcześniejszych czempionów - Bernharda Russiego i Eriki Hess.

Tenisowe środowisko przebudziło się w 1987 r., kiedy Szwajcaria ostatecznie zakwalifikowała się do Grupy Światowej Pucharu Davisa. W zwycięskim zespole grali m.in. Jakob Hlasek, Claudio Mezzadri i wytrawny deblowy specjalista Heinz Günthardt, wimbledoński czempion w deblu z 1985 r. Szwajcarzy wybrali na miejsce swojego pierwszego spotkania w Grupie Światowej właśnie St Jakobshalle, gdzie zresztą przegrali w lutym 1988 r. z drużyną francuską, w której składzie znaleźli się Yannick Noah, Henri Leconte i Guy Forget. Kilka miesięcy wcześniej Hlasek złamał nadgarstek w wypadku samochodowym i nie mógł wziąć udziału w tym meczu. Wrócił jednak na kort, by rozegrać swój najlepszy sezon: zakończył go w pierwszej dziesiątce rankingu ATP, ostatecznie wprowadzając Szwajcarów do grona narodów grających w tenisa.

W połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w klubie Old Boys pojawił się obiecujący zawodnik. Emmanuel Marmillod był wielkim naturalnym talentem, leworęcznym tenisistą, który mógł przetrzeć szlak Federerowi, ale tego nie zrobił. Niektórzy uważają, że Marmillod nie rozwinął swoich uzdolnień w pełni z powodu braku ambicji, właściwego szwajcarskim tenisistom. "Kiedy pojawiał się obiecujący zawodnik", wspomina Bärlocher, "zaczynaliśmy się zastanawiać, jak wysoko mógłby zajść w rankingu krajowym - ale nigdy nie braliśmy pod uwagę rankingu międzynarodowego. Tak samo było, kiedy do klubu przyszedł Roger: nie myśleliśmy takimi kategoriami, ponieważ żaden z naszych tenisistów nigdy nie zaszedł tak wysoko".

Klub Old Boys i światowy tenis nie miały zbyt wiele wspólnych elementów poza dwoma: co roku w bazylejskiej St Jakobshalle odbywał się międzynarodowy turniej Swiss Indoors, a w rozgrywkach szwajcarskiej ligi międzyklubowej brało udział kilku zawodowych tenisistów. Każdy z czołowych klubów tradycyjnie zatrudniał jednego z profesjonalistów, zazwyczaj u schyłku jego kariery. Zawodnik taki przyjeżdżał w lecie, by zagrać w kilku meczach rocznie, a jego obecność podnosiła atrakcyjność danego zespołu i zwiększała szanse wygranej, mimo że klubom wolno było płacić tylko za podróż i pobyt przyjezdnych tenisistów (przynajmniej oficjalnie).

Zespół Old Boys należał do krajowej ligi A. Pod koniec lat siedemdziesiątych władze klubu zatrudniły na trzy sezony (1979-1981) brytyjskiego zawodnika Johna Feavera, który w pierwszym oficjalnym światowym rankingu (stworzonym w 1973 r.) zajmował dziewięćdziesiątą trzecią pozycję. Feaver był tak zauroczony poczuciem koleżeństwa i możliwościami, jakie stwarzała liga międzyklubowa taka jak szwajcarska, że zorganizował podobne rozgrywki w Wielkiej Brytanii. "Grywaliśmy w Szwajcarii, ponieważ był to dobry sposób, by rywalizować w meczach na ceglanej nawierzchni", wspomina angielski zawodnik. "Ta możliwość przyciągała zwłaszcza brytyjskich tenisistów, gdyż liczba takich kortów w Zjednoczonym Królestwie była ograniczona, a nie grano tam meczów międzyklubowych. Była to również świetna zabawa; po grze zazwyczaj następował miły wieczór przy stekach i piwie. Czasem z tej okazji w ruch szły kościelne dzwony. Na niektóre spotkania przychodziło nawet kilkuset widzów, zwłaszcza gdy oba kluby zatrudniały zawodowych tenisistów. Mecz singla, w którym grali ze sobą czołowi zawodnicy, potrafił być bardzo atrakcyjny. Dla młodszych stanowiło to doskonałą okazję, żeby zdobyć praktyczne doświadczenie".

Innym profesjonalistą, który znalazł się w Bazylei, był Peter Carter, nieśmiały Australijczyk liczący wówczas około 25 lat. Madeleine Bärlocher przekonała go, żeby w jej klubie trenował juniorów, co było prawdopodobnie najważniejszą przysługą, jaką oddała młodemu Federerowi.

Carter pochodził z Nuriootpa w dolinie Barossa, na północ od Adelajdy. W latach osiemdziesiątych XX w. dotarł do 173. miejsca w rankingu ATP. Jako nastolatek szkolony był przez Petera Smitha, wyrazistego trenera z Adelajdy, który odegrał ważną rolę w karierze wielu australijskich tenisistów, m.in. Johna Fitzgeralda, Darrena Cahilla, Brodericka Dyke'a, Rogera Rasheeda i Lleytona Hewitta. Cahill i Carter byli w zbliżonym wieku (dzielił ich rok różnicy) i zostali dobrymi przyjaciółmi. Cahill wspomina, że zazdrościł Carterowi nie tylko przewagi na korcie, ale także powodzenia u płci przeciwnej. "Był przystojnym facetem", mówi Cahill o przyjacielu, którego nazywał "Carts". "Oczywiście, że byłem zazdrosny o zainteresowanie, jakim darzyły go kobiety w naszych juniorskich latach. Był bardzo lubiany dzięki swojej blond czuprynie, wychowaniu i przemiłemu charakterowi". Gdy jednak Cahill grał dalej, i to na tyle dobrze, by dotrzeć do półfinału US Open, kariera Cartera zatrzymała się poniżej poziomu międzynarodowych turniejów. W 1989 r., kończąc dwadzieścia pięć lat, prześladowany przez kontuzje i klasyfikowany wciąż niżej w rankingu ATP, zaakceptował ofertę rocznej gry w barwach Old Boys w szwajcarskiej tenisowej lidze A. Okazał się jej prawdziwą rewelacją i bardzo mu się to podobało, więc został na następny rok.

Właśnie wtedy Madeleine Bärlocher zapytała go, czy nie chciałby potrenować juniorów. Carter był kompletnie zaskoczony, ale mimo że instynkt podpowiadał mu natychmiastową odmowę, nie zrobił tego. Zastanawiał się przez pewien czas i ostatecznie wyraził zgodę. Prawie nie mówił po niemiecku, znalazł jednak sposób, by z łatwością porozumiewać się z podopiecznymi, udowodnił, że jest utalentowanym trenerem, i tak dobrze wszedł w rolę, że szkolił grupy juniorów do 1997 r. "Na zewnątrz wyglądał na pogodnego chłopaka", opowiada o Carterze Thomas Wirz, "ale zachowywał się bardzo poważnie. Ta kombinacja szczególnie oddziaływała na Rogera. Carter grał także w bardzo podobnym stylu: klasycznymi uderzeniami, zwłaszcza jednoręcznym bekhendem".

Kiedy więc w 1989 r. ośmioletni Roger Federer zjawił się w klubie Old Boys, znalazł tam nie tylko strukturę odpowiadającą jego potrzebom, ale także powściągliwego, niezwykle zdyscyplinowanego szkoleniowca z anglojęzycznej części południowej półkuli, który pokierował jego treningami. W pierwszym roku pobytu chłopca w klubie nie pracowali razem, ale mimo to Carter stał się jednym z ludzi, którzy mieli największy wpływ na jego karierę. Kilka lat później Australijczyk podczas wieczornej telefonicznej rozmowy z ojcem powiedział: "Ach, mam tu chłopaka, który wygląda obiecująco. Ma tylko dwanaście czy trzynaście lat, ale sądzę, że kiedyś zrobi wielką karierę".

Federer potrzebował kogoś, kto nauczyłby go grać w tenisa. Rzecz jasna, wykazywał pewne zdolności w tym względzie i w Ciba Club, i przed bramą garażu, ale niezbędny był mu ktoś, kto doprowadzi jego uderzenia do perfekcji, nauczy go prawidłowej pracy stóp i ruchów ciała - kto da mu broń, za pomocą której Federer pewnego dnia podbije świat. Tym człowiekiem był Seppli Kacovski.

Adolf Kacovski zyskał przydomek "Seppli" dopiero w Szwajcarii. Był czeskim trenerem, który miał to szczęście, że pracował w Tunezji w chwili, gdy w sierpniu 1968 r. radzieckie czołgi wtoczyły się do Pragi, by zmiażdżyć "praską wiosnę". Kiedy Alexander Dubček, czechosłowacki przywódca, który próbował zastosować w praktyce tzw. komunizm z ludzką twarzą, został obalony, obywatelom tego kraju praktycznie uniemożliwiono zagraniczne podróże. Ta sytuacja trwała do "aksamitnej rewolucji", która w 1989 r. zmiotła władzę podporządkowaną Związkowi Radzieckiemu. Gdyby Kacovski został w kraju, mógłby nigdy nie wyjechać za granicę i historia Rogera Federera potoczyłaby się nieco inaczej. Jednak w 1969 r. Czech w poszukiwaniu azylu trafił do Bazylei i został głównym trenerem w klubie Old Boys, gdzie miał przede wszystkim "dbać o juniorów i całą utalentowaną młodzież".

Kacovski, którego motto można wyrazić w słowach "idziemy o krok dalej", wprowadził do klubu Old Boys wiele nowości. Największą z nich było przydzielenie każdemu z młodszych uczniów bardziej doświadczonego zawodnika jako mentora i sparingowego partnera. Kacovski sprawił również, że sportowa ambicja zaczęła być wysoko ceniona.

Kiedy Federer w 1989 r. pojawił się w klubie Old Boys, zadaniem Kacovskiego był indywidualny trening z chłopcem. Czeski trener jako jedyna z osób, które znały wtedy młodego Rogera, utrzymuje, że od początku uwierzył w jego potencjał. "Kiedy tylko do mnie przyszedł, już po dniu czy dwóch byłem przekonany, że to ogromny talent", wspomina. "Trenowałem tenisistów przez ponad czterdzieści lat, a po takim czasie rozpoznajesz, kto jest utalentowany, a kto nie. Po dwóch dniach wiedziałem, że Roger urodził się z rakietą w dłoni. Wszystko na to wskazywało: jego szybkość i refleks, praca stóp, chęć, by ciężko pracować - wszystko".

Kacovski zdawał sobie sprawę z czegoś jeszcze, co było mu osobiście bliskie - z faktu, że Federer jest Szwajcarem tylko w połowie. "Pochodzę ze Wschodu", mówi Seppli, "i mam całkiem odmienne nastawienie do sportu. Jestem o wiele bardziej ambitny i w pewnym momencie musiałem złagodzić moje podejście do treningów, bo Szwajcarom się to nie podobało. Niektórzy z nich skarżyli się, że oczekuję od nich zbyt wiele. Wierzę, że Roger ma tak olbrzymią ambicję, ponieważ nie jest w stu procentach Szwajcarem. Opanowanie ma po ojcu - typowym obywatelu Szwajcarii, ale ambicję i siłę woli - z pewnością po matce, która nie jest Szwajcarką".

Teorię Kacovskiego uważają za słuszną również inni, w tym Niki von Vary, klubowy kolega Federera w latach dziewięćdziesiątych, a obecnie prezes Old Boys. "Tu, w Szwajcarii, sport nie jest akceptowany jako profesja tak, jak w wielu innych krajach", mówi. "Jesteśmy przekonani, że tylko wyuczenie się praktycznego zawodu daje bezpieczną pracę; w tym kontekście sport jako źródło dochodów traktowany jest nieco podejrzliwie".

A Köbi Kuhn, wielce ceniony były trener piłkarskiej reprezentacji Szwajcarii, uważa, że łatwiej mu się pracowało, od kiedy do zespołu zaczęli napływać gracze z podwójnym obywatelstwem, zwłaszcza ci, w których ojczystych krajach - w tym państwach południowo-wschodniej Europy - futbol jest traktowany poważniej niż w Szwajcarii. W jego ocenie proces ten sprawił, że jego zespół był bardziej głodny sukcesu niż jakakolwiek reprezentacja złożona z rodowitych Szwajcarów, w tym również ta, w której występował dawniej Kuhn.

Niestety, historia człowieka, który nauczył Rogera Federera grać w tenisa, skończyła się raczej nieciekawie. Na początku 2006 r., kiedy Kacovski zbliżał się do sześćdziesiątych piątych urodzin, zarząd Old Boys oznajmił mu, że ze względów ubezpieczeniowych nie mogą go zatrudniać po ukończeniu przez niego 65 lat. W marcu 2006 r. klub zaproponował, że wyprawi huczną imprezę dla uczczenia 37 lat pracy Kacovskiego, ale ten odmówił, godząc się tylko na kameralne klubowe pożegnanie. Następnego dnia zniknął. Przez dobrych kilka tygodni nikt w Bazylei - z żoną i córką Kacovskiego włącznie - nie wiedział, gdzie jest były trener. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że wrócił do Czech, gdzie obecnie mieszka, podczas gdy jego żona pozostała w Szwajcarii. Jako jedna z ofiar wydarzeń 1968 r., a przy okazji człowiek, który odegrał kluczową rolę w ukształtowaniu stylu gry najlepszego tenisisty świata, stary trener powinien był wrócić do ojczyzny w triumfie. Nic podobnego się nie zdarzyło: powrót wyglądał biednie, a Kacovski do dziś pozostaje w swojej ojczyźnie zapomniany, nie utrzymując żadnych kontaktów ze swoim najsławniejszym wychowankiem.

Seppli Kacovski i Peter Carter byli trenerami Rogera Federera przez sześć lat, pomiędzy ósmym a czternastym rokiem jego życia. Tych dwóch znało się również prywatnie, ponieważ Carter przez kilka lat chodził z córką Kacovskiego, Romy; był to raczej burzliwy związek. Kacovski, gorący zwolennik jednoręcznego bekhendu, pracował z Federerem indywidualnie, Carter trenował całą grupę i pracował nad niektórymi elementami gry nastoletniego Rogera, a Madeleine Bärlocher prowadziła juniorski zespół Old Boys podczas meczów międzyklubowych. Wpływ na Federera miało również dwóch innych trenerów, Haiggi Abt i Daniel Gerber, opiekujących się grupami prowadzonymi przez regionalne stowarzyszenie VBTU. Było to idealne środowisko dla utalentowanego, ambitnego i szybko się uczącego młodego tenisisty.

Nie zawsze jednak kierunek wyznaczała mu jego własna ambicja. Bärlocher wspomina jedną z pierwszych sesji treningowych, podczas której młody Roger chciał zagrać z przyjaciółmi, mimo że nie grali najlepiej. "Jego matka prosiła mnie, żeby trenował z najlepszymi", mówi Madeleine, "i tak też zrobiłam, ale Roger przyszedł do mnie i powiedział: "Mówiłem ci, że chcę grać z przyjaciółmi". Absolutnie nie bał się konfrontacji z najlepszymi, ale uważał za ważniejsze, by grać z ludźmi, których lubi. Jednak Lynette upierała się, by trenował z najbardziej wymagającymi przeciwnikami, i na tym też stanęło".

Czasem w wywiadach udzielanych przez Federera tenisowym czasopismom pada pytanie, których z profesjonalnych zawodników najbardziej sobie cenił za młodu. W odpowiedzi Roger najczęściej wymienia wtedy nazwisko Borisa Beckera, ale czasem pojawiają się także Stefan Edberg i Pete Sampras. Według Federera jest tak między innymi dlatego, że wszyscy trzej grali jednoręcznym bekhendem, mimo że on sam uderzał z bekhendu w tradycyjny sposób. Edberg i Sampras w dzieciństwie uczyli się dwuręcznego bekhendu, a zmienili go na jednoręczny dopiero w wieku kilkunastu lat. Roger podkreśla także, że podziw dla danego tenisisty nie oznaczał, że będzie chciał kopiować jego styl - wolał grać po swojemu.

Wielu ludzi, którzy pamiętają Federera z tamtych lat, opisuje go słowem "Lausbub", które można przetłumaczyć jako "psotny szelma" lub "łobuziak". Nie oznacza to jednak, że był złośliwy, a raczej, że miał nietypowe poczucie humoru. Kiedyś, podczas meczu z innym klubem z Bazylei zabrakło kortów dla wszystkich i Federer musiał czekać na swoją kolej. Gdy jego kort wreszcie się zwolnił, nikt nie mógł go znaleźć. Po pewnym czasie wyszło na jaw, że wdrapał się na jedno z drzew rosnących przy klubie, by zobaczyć, co się stanie i jak szybko zostanie odnaleziony.

Federer często płatał figle wspólnie ze swoim przyjacielem Marco Chiudinellim, którego tenisowy talent rozwinął się dość późno - osiągnął najwyższe w swojej karierze pięćdziesiąte drugie miejsce w rankingu ATP w lutym 2010 r. Obaj mieszkali w Münchenstein, na przedmieściu Bazylei: Federerowie na osiedlu Wasserhaus, a rodzina Chiudinellich 200 m dalej, na Pappelweg. Obaj chłopcy często jeździli na rowerach do klubu Old Boys, razem trenowali i pedałowali z powrotem do domu. "Próbowaliśmy różnych gier", wspomina Chiudinelli. "Zazwyczaj siły były bardzo wyrównane, z wyjątkiem tenisa - tu Roger zawsze wygrywał. Graliśmy także w squasha, to znaczy na korcie do squasha odbijaliśmy piłkę do tej gry, ale rakietami tenisowymi. No cóż, to było dość niebezpieczne - a już na pewno dla rakiet!".

Innym rozmówcą, który opisując młodego Federera, używa słowa "Lausbub", jest Niki von Vary. "W jego towarzystwie nikt się nie nudził", opowiada. "Najlepszym przyjacielem Rogera był Marco Chiudinelli - są w tym samym wieku i razem dorastali w naszym klubie. Kiedy tych dwóch się spotkało, wiedzieliśmy, że zaraz zacznie się szaleństwo i na dłuższą chwilę można będzie zapomnieć o spokoju panującym zwykle w klubie".

Szczególnie trudno bywało podczas sesji treningowych. "Strasznie się wtedy wygłupialiśmy", śmieje się Chiudinelli. "Szybko przestawaliśmy się interesować tenisem i zaczynaliśmy gadać. Ale się działo! Rakiety latały we wszystkich kierunkach, co było prawdopodobnie najbardziej niebezpieczne. Często kazali nam za karę biegać wokół stadionu albo po prostu odsyłali nas do domu. Peter Carter nie miał z nami łatwego życia".

Marco i Roger zachowywali się jak typowi chłopcy, ale Bärlocher zauważyła coś, co okazało się niemal proroctwem: "Kiedy Roger popisywał się przed kumplami, zawsze mówił "Będę najlepszy!". Gdy wyszedł mu wspaniały smecz, stawał i mówił: "A tym uderzeniem wygram kiedyś Wimbledon". Oczywiście była to drwina - wszyscy chłopcy tak żartują - ale on tak właśnie mawiał".

Mniej przyjemną stroną psotnej osobowości Federera był jego temperament, daleki od spokoju i opanowania, jakie prezentuje na korcie obecnie. Jeden z jego trenerów określił go nawet jako "małego szatana". Młody zawodnik rzucał rakietą, wrzeszczał i przeklinał, a nade wszystko miał trudności z zaakceptowaniem porażki.

Kiedy Federer grywał poza klubem, jego przeciwnikiem często był Dany Schnyder, młodszy brat Patty Schnyder, która potem dotarła do czołowej dziesiątki rankingu WTA. Dany stał się pierwszym rywalem Rogera, który wielekroć przysporzył mu problemów. Pewnego roku, gdy Federer miał jedenaście lat, grali przeciw sobie w finale Mistrzostw Bazylei Juniorów i w sumie obaj nieco się skompromitowali. Schnyder był wtedy numerem jeden wśród szwajcarskich juniorów poniżej 12 lat, a Federer - numerem dwa. Thomas Wirz wspomina: "Podczas tego meczu obaj rzucali rakietami i przeklinali, a potem obaj dostali ostrzeżenia od sędziego. To było przerażające, ale zarazem dość zabawne".

Madeleine Bärlocher opowiada, że Federer nie potrafił wytrzymać, kiedy jego przeciwnik wygrał któryś punkt. "Często mówił wówczas: "Szczęściarz!", i kilka razy musiałam mu zwrócić uwagę: "Chwileczkę! Wiesz, że inni też potrafią nieźle grać w tenisa?". Naprawdę nie lubił przegrywać. Dało się to zauważyć w pierwszych latach jego zawodowej kariery po sposobie, w jaki odnosił się do zawodników, którzy regularnie go pokonywali, takich jak Agassi, Hewitt i Nalbandian".

Któregoś dnia po porażce w międzyklubowym meczu był tak wściekły, że schował się pod sędziowskim krzesłem i zaczął gorzko płakać, a Madeleine długo nie mogła go przekonać do wyjścia. Wiele lat później zapytała Federera, czy pamięta tę scenę, a on stwierdził, że nie. Pamiętał jednak inny incydent, który pozwala lepiej zrozumieć jego ówczesny charakter.

To był jeden z jego pierwszych meczów międzyklubowych w lokalnej lidze. Old Boys grali jako goście przeciwko klubowi o marnej reputacji, który dysponował tylko dwoma kortami. Federer, wówczas dziesięciolatek, był najmłodszym i najmniejszym zawodnikiem w sześcioosobowej drużynie. Przy sześciu meczach singlowych i trzech deblowych każdy musiał długo czekać, aż zwolni się kort i przyjdzie jego kolej. Federer nie grał w żadnym z dwóch pierwszych spotkań, a podczas pierwszego z nich okazało się, że jeden z zawodników drużyny przeciwnej pokrzykuje z trybun, usiłując naśladować sędziowskie wywołania autu. Kiedy Madeleine Bärlocher interweniowała w tej sprawie, usłyszała kilka przykrych słów i nie pozostała dłużna. Zdając sobie sprawę z nabrzmiewającej pomiędzy zawodnikami wrogości, zdecydowała, że nie pozwoli Federerowi na grę w meczu singlowym. "Był najmłodszy i trudno byłoby mu grać przeciwko komuś, kto zachowywał się nie fair, a ja obawiałam się, że wydarzy się coś złego", opowiada Madeleine. "Był na mnie wtedy wściekły, że nie pozwoliłam mu zagrać samodzielnie, tylko w deblu. Pamięta to! Byłam przekonana, że tamci popatrzą na niego i powiedzą: "Ale dzieciak. Zabawmy się z nim! Możemy wywoływać auty tak jak przedtem, a on nam w tym nie przeszkodzi". Wiedziałam, że Roger ma bzika na punkcie prawdy i olbrzymie poczucie sprawiedliwości. Nigdy by nie powiedział, że przeciwnik zagrał w aut, jeżeli nie byłby tego stuprocentowo pewien; z drugiej strony, gdyby rywal usiłował niesłusznie wywołać jego aut, jestem pewna, że wściekłby się i rzucił rakietą. Dlatego wolałam nie ryzykować. Chciałam go chronić, ale on się na mnie zezłościł".

Podczas juniorskich meczów Federer często pozwalał sobie na łzy frustracji i zawiedzionej ambicji, ale potrafił także pokazać się z dobrej strony. Marco Chiudinelli pamięta swój pierwszy oficjalny mecz przeciwko Rogerowi: "Mieliśmy po osiem, może dziewięć lat. Nie potrafił przegrywać, ja zresztą też. Po jakichś sześciu gemach znacząco zwiększył przewagę, a ja zacząłem płakać. Podszedł do mnie podczas zmiany stron i zaczął pocieszać, mówiąc: "Zobaczysz, będzie lepiej" - no i rzeczywiście było. Jakieś pięć gemów później ja objąłem prowadzenie, a wtedy on zaczął ryczeć. Na to ja podszedłem do niego i powiedziałem: "Spokojnie, nie denerwuj się". Ostatecznie to on wygrał. Patrząc na to z perspektywy czasu, uważam, że to było piękne - w ten sposób okazaliśmy sobie nawzajem przyjaźń".

Federer przyznaje, że kilka razy jego rodzice, obserwujący go z klubowego tarasu, widzieli, jak traci nad sobą panowanie. Czasem wołali, żeby się uspokoił, a raz zdarzyło się nawet, że im odpyskował: "Idźcie się napić i dajcie mi spokój!". Federer pamięta, że gdy wracał potem z rodzicami do domu, "w samochodzie panowała cisza - nikt nic nie mówił; zachowałem się jak idiota".

Jednak ogólnie rzecz biorąc, tenisista, na korcie przypominający kłębek poskręcanych emocji, poza nim był bardzo grzeczny i dobrze wychowany. Miejscowi dziennikarze, którzy mieli okazję z nim wtedy rozmawiać, pamiętają go jako radosnego, chętnego do pomocy chłopca. Federer szybko nauczył się rozpoznawać tych, od których coś zależało. Madeleine Bärlocher pamięta, że rzadko rzucał rakietą o ziemię w jej obecności, chociaż potrafił używać nader barwnego języka, co niepokoiło jego rodziców. "Kiedyś Lynette przyszła do mnie i poprosiła, żebym porozmawiała z nim o przeklinaniu", wspomina Madeleine, "ale w jego wydaniu wydawało mi się ono nieszkodliwe, a przy mnie Roger prezentował się zawsze przyzwoicie. Mnóstwo dzieciaków zachowywało się o wiele gorzej od niego. Zdecydowanie chciałam wymusić wysoki standard zachowania, ponieważ świetnie wiedziałam, że złe obyczaje niekorzystnie wpłyną na wizerunek klubu".

Seppli Kacovski zauważył w zachowaniu Federera na korcie coś jeszcze. "Niektórzy uczniowie grali kiepsko. Po przegranym meczu wrzeszczeli na siebie, nie potrafili pogodzić się z klęską i mówili: "Mam dość, poddaję się, rzucam tenis!". Roger nigdy tak nie powiedział. Wściekał się, trudno było mu zaakceptować przegraną, ale nigdy, przenigdy nie powiedział: "Poddaję się"".

Kiedy Federer pokonał Gastona Gaudio 6:0, 6:0 w półfinale Turnieju Mistrzów 2005 w Szanghaju, zapytano go, czy to prawda, że nigdy dotąd nie wygrał meczu bez straty gema. "Tak, to prawda", odpowiedział, a potem dodał: "Raz przegrałem mecz 0:6, 0:6, ale to było za juniorskich czasów".

Dokładnie mówiąc, był to jego pierwszy oficjalny mecz. Dwa tygodnie po dziesiątych urodzinach Rogera odbywały się regionalne mistrzostwa Bazylei. Rozgrywano je w centrum tenisowym Grüssenhölzli w Pratteln, przemysłowej dzielnicy zaraz przy autostradzie, kierującej ruch z Bazylei do Berna i Zurychu. Reguły stanowią, że zawodnik może grać w danej grupie wiekowej, jeżeli na początku roku kalendarzowego nie przekroczył jeszcze wymaganej granicy. Federer mógł więc grać w kategorii poniżej dziesięciu lat, ale okazało się, że jest zbyt mało zgłoszeń, więc został przydzielony do grupy zawodników do lat dwunastu. W pierwszej rundzie naprzeciw niego stanął Reto Schmidli, potężnie zbudowany chłopak, starszy od Rogera o dwa lata i osiem miesięcy. W tym wieku trzy lata to ogromna różnica, a biorąc pod uwagę, że Federer był jednym z mniejszych dziesięciolatków, wynik meczu był przesądzony. Roger nie wygrał ani jednego gema.

Pytany o tę klęskę wiele lat później, odpowiedział: "To moja jedyna przegrana 0:6, 0:6... i nie grałem wcale tak źle!". Schmidli pracuje obecnie jako policjant w rejonie Bazylei, a kiedy jego nazwisko pojawiło się w pierwszej edycji niniejszej książki, stał się kimś w rodzaju lokalnej gwiazdy. "Wiem, że zwyciężyłem wtedy 6:0, 6:0", mówi, "ale nie miałem pojęcia, że to była jedyna taka przegrana Rogera. Oczywiście miałem trochę szczęścia - byłem od niego wtedy o wiele silniejszy. Kiedy jednak pomyślę, co osiągnął od tamtych czasów, jestem z siebie dumny".

W wieku jedenastu lat Federer dotarł do drugiego miejsca w Szwajcarii w swojej grupie wiekowej. 13 lipca 1992 r. po raz pierwszy zainteresowała się nim prasa - lokalny dziennik "Basler Zeitung". Przegrał w finale krajowych mistrzostw do lat dwunastu z Jun Kato, Japończykiem z Genewy, który wiele lat potem reprezentował Kraj Kwitnącej Wiśni w Pucharze Davisa. Rok później Federer zdobył jednak mistrzostwo Szwajcarii do lat dwunastu. Czy ktokolwiek był wtedy w stanie przewidzieć, że tak właśnie zaczyna swoją drogę na szczyt przyszły czempion?

Większość ludzi, którzy pamiętają Federera z tamtych czasów, twierdzi, że nie - co dobrze o nich świadczy. "Są osoby, które lubią powtarzać, że już wówczas dostrzegały jego wielkość", mówi Niki von Vary, "ale jak sięgnę pamięcią, nikt nie spodziewał się, że Roger zajdzie tak daleko, jak to się w rzeczywistości stało. Na pewno nie wtedy, gdy miał jedenaście czy dwanaście lat".

Thomas Wirz pamięta, że oglądał, jak dwunastoletni Federer zdobywa mistrzostwo kraju, lecz przypomina sobie także swoje wątpliwości co do napadów gniewu młodego człowieka na korcie. "Już wtedy dało się zauważyć, że ma doskonałą rękę do tenisa, ale potrafił zagrać dwa czy trzy świetne punkty, a potem zrobić coś szalonego i w złości rzucić rakietą. Nie był zbyt zdyscyplinowany, ciężko więc było określić, czy ma przed sobą wielką przyszłość".

Nawet w 1992 r., kiedy Marc Rosset zdobył na letnich Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie złoty medal dla Szwajcarii, a potem razem z Jakobem Hlaskiem doprowadzili reprezentację tego kraju do pierwszego finału Pucharu Davisa, w szeregach szwajcarskich tenisistów odczuwało się brak ambicji. "W tym czasie średni poziom w Szwajcarii nie był wysoki, więc nie mieliśmy wielkich oczekiwań", mówi Madeleine Bärlocher. "W rezultacie ani ja, ani ktokolwiek z nas nie sądził, że Roger zawędruje tak wysoko. Zawsze mówiłam mu: "Rogi, jeżeli chcesz coś osiągnąć w tenisie, musisz decydować sam za siebie. Możemy ci pomóc, ale przede wszystkim ty sam musisz wiedzieć, dokąd chcesz dojść". Mieliśmy sporo dobrych juniorów, a on był zawsze najmłodszy z nich, więc wiedziałam, że jest dobry, ale numer jeden na świecie? Nie powiedziałabym".

A co z tymi, którzy znali Federera z kortu? "Myślałem, że dotrze do poziomu ATP Tour", opowiada Marco Chiudinelli, "ponieważ od początku znacznie wyprzedzał lokalną konkurencję i wyraźnie było widać, że jego umiejętności wykraczają ponad lokalną normę. Nie sądzę jednak, żeby ktokolwiek w tym czasie potrafił przewidzieć, że Roger osiągnie aż tyle".

Jedną z osób spoza Bazylei, która widziała Federera jako trzynasto- czy czternastolatka, był Darren Cahill. Towarzyszył on w podróży do szwajcarskiego miasta swojemu przyjacielowi z dzieciństwa Peterowi Carterowi, gdy ten po raz pierwszy jechał do pracy w klubie Old Boys, i miał okazję oglądać jedną z sesji treningowych Rogera. "Kiedy Peter zapytał mnie, co myślę o tym dzieciaku, uśmialiśmy się obaj", wspomina Cahill. "Powiedziałem, że wydaje mi się bardzo dobry, ale sądzę, że w Południowej Australii jest ktoś nieco lepszy, z kim pracuję. Tym kimś był Lleyton Hewitt. U Rogera uderzył mnie brak precyzji. Miał naprawdę szybki forhend, ale chybiał masę piłek, zwłaszcza z bekhendu. Praca stóp trochę mu się rozjeżdżała - spóźniał się z reakcją. Wyglądał, jakby grał we francuskim stylu: beztrosko, potężnymi uderzeniami i bardzo nieprecyzyjnie. Widziałem, że ma doskonałą rękę i świetną koordynację oko-ręka; już w tym wieku próbował czarować na korcie, ale zbyt często nie wychodziły mu proste uderzenia".

Jedyną osobą z tenisowego świata Bazylei, która miała stały kontakt z Federerem na początku lat dziewięćdziesiątych i utrzymuje, że już wtedy zauważyła jego potencjał, jest Seppli Kacovski, człowiek, który nauczył go podstawowych uderzeń. Indagowany na potrzeby tej książki jeszcze przed swoją niesławną ucieczką z Bazylei, Kacovski okazał się wymagającym, a do tego miłym sześćdziesięciolatkiem, który promieniował wielkim entuzjazmem do tenisa, tak wielkim, że potrafił go przekazać szkolonym przez siebie młodym ludziom. Łatwo jest sobie wyobrazić, jak płynne uderzenia jego ucznia emocjonują Kacovskiego, ale stary trener twierdzi, że wielkie nadzieje wzbudziła w nim przede wszystkim zdolność Federera do uczenia się i podnoszenia po porażkach. "Bardzo szybko przyswajał sobie moje lekcje, nigdy nie musiałem niczego powtarzać. Pojmował w lot wszystko, czego go uczyłem. Zawsze mówię: "od głowy do rakiety długa droga", żeby opisać, jak dużo czasu zajmuje większości kursantów pojęcie czegokolwiek, ale Roger uczył się błyskawicznie. Widziałem to i ja, i trenerzy, i wszyscy w klubie".

Kacovski dostrzegł także, że ochota Federera do nauki dorównuje jego szybkości w przyswajaniu lekcji. "Już wtedy nienawidził przegrywać, ale potrafił dojść do wniosku, że jeżeli nie chce dostawać w kość, musi się przyłożyć do pracy. Kiedy wygrał mecz 6:1, 6:1, często zastanawiał się, jak mógłby go wygrać 6:0, 6:0. Byłem dla niego twardym trenerem, ale starałem się postępować po przyjacielsku. Roger był wtedy małym dzieciakiem - na pewno mniejszym i słabiej rozwiniętym od rówieśników - ale miał wspaniałą technikę. To pozwalało mu wygrywać mecze z rywalami o lepszych warunkach fizycznych. Jeżeli chodzi o wzrost, to cóż, jego ojciec nie należy do najwyższych, więc nie byliśmy pewni, jak duży urośnie sam Roger".

"Federer nigdy nie miał dość treningów", dodaje Kacovski. "Kończyliśmy długą sesję, podczas której ciężko pracował, a potem szedł poodbijać piłkę od ściany albo znajdował sobie sparingpartnera, żeby jeszcze trochę potrenować. Zawsze też mawiał: "Będę najlepszy!". Nikt w to nie wierzył. Widać było, że ma potencjał, by zostać wielką gwiazdą szwajcarskiego tenisa, ale on mówił, że będzie najlepszy na świecie. Nieważne, że mówiąc to, miał dopiero trzynaście czy czternaście lat. Wbił sobie tę ideę do głowy i ciężko pracował, żeby ją zrealizować".

Wszystko to może być prawdą, jednak były redaktor sportowy "Basler Zeitung" Beat Caspar pamięta również, że Kacovski miał na początku problemy z Rogerem. "Być może rzeczywiście rozpoznał w nim wielki talent, ale musiał usunąć Federera z treningów, ponieważ ten potrafił zachowywać się doprawdy niemożliwie. Przez dłuższy czas nie pozwalano mu trenować z najlepszymi, bo miał głowę zawsze pełną głupich pomysłów".

Jedyną rzeczą, która odrywała Rogera od tenisa, była piłka nożna. Jego miłość do wszystkich sportów, szczególnie tych związanych z uderzaniem, kopaniem i rzucaniem piłki, uczyniła zeń wytrawnego futbolistę. Zapisał się do klubu Concordia Basel i grał tam w ataku. "Jestem głęboko przekonany, że gdyby wybrał zamiast tenisa piłkę nożną, dostałby się do szwajcarskiej reprezentacji narodowej", ocenia Seppli Kacovski. "Widziałem go w akcji tylko dwukrotnie, ale w tych dwóch meczach strzelił trzy gole. W jednym z nich przejął piłkę na własnej połowie, dryblował z nią przez 60 metrów i strzelił. Taki był zdolny!".

Federer przyznaje obecnie, że uważał się za "dość dobrego i zręcznego piłkarza" i że grał w piłkę z taką samą pasją i zaangażowaniem, z jaką później poświęcił się tenisowi. Jego kumpel Marco Chiudinelli, również miłośnik futbolu, dołączył do juniorskiego zespołu FC Basel. W kilku spotkaniach przyjaciele grali przeciwko sobie. "Obaj byliśmy strasznie zdeterminowani, by wygrać", mówi Marco. "Kiedy triumfował nasz klub, Roger ryczał, a kiedy zwyciężała Concordia, płakałem ja. Wygrana znaczyła wiele dla każdego z nas".

Jednym z mitów związanych z Federerem jest twierdzenie, że zaproponowano mu juniorski kontrakt w FC Basel. Prawie na pewno jest to mit; sam Federer zaprzecza, żeby kiedykolwiek otrzymał taką ofertę. Prawdą jest, że obecnie kluby wykazują rosnące zainteresowanie talentami młodszymi nawet niż nastoletnie, ale na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. FC Basel miał własną drużynę młodzieżową, a Federer grał dla konkurencyjnego klubu. (Kiedy ostatnio zapytano go o to, odpowiedział: "Żałuję, że nie złożono mi takiej oferty!"). Gdy zyskał sławę jako tenisista, proponowano mu wspólne treningi z zespołem FC Basel, ale mimo że chętnie pozował do fotografii z zawodnikami tej drużyny, nigdy nie zdecydował się na wspólny trening, niewątpliwie w obawie przed kontuzją, która mogłaby zaszkodzić jego tenisowej karierze.

Kiedy już Federer został tenisowym mistrzem Szwajcarii w kategorii do lat dwunastu, coraz bardziej istotny stawał się wybór dyscypliny sportu, na której powinien się skoncentrować. "W tygodniu trenowałem tenisa i futbol", wspomina Roger, "ale tenis zaczął mi się coraz bardziej podobać, więc nie mogłem już chodzić na wszystkie treningi piłkarskie. Trener powiedział mi w końcu, że jeżeli nie będę zjawiał się na wszystkich treningach, nie włączy mnie do składu drużyny, która rozgrywała mecze w weekendy. A ja i tak nie mogłem brać udziału we wszystkich spotkaniach, ponieważ próbowałem grać także w turniejach tenisowych, chociaż miałem świadomość, że należę do jednej z najlepszych drużyn piłkarskich i gram z dzieciakami starszymi od siebie. Wiedziałem jednak, że nie mogę do końca życia grać i w tenisa, i w piłkę nożną, że gdybym chciał zostać przy futbolu, musiałbym poprawić grę lewą stopą - która wtedy była moim słabym punktem - więc w końcu zdecydowałem się na tenis".

Na ten wybór prawdopodobnie wpłynął fakt, że tenisem interesowali się rodzice Federera - a jego mama nawet na poważnie. Roger nigdy nie żałował swego postanowienia, chociaż czasem zastanawiał się, co by było, gdyby jednak wybrał futbol. "Bardziej podoba mi się tenis. Lubię kontrolować grę, a na korcie wszystko zależy ode mnie - nie mogę zwalić porażki na bramkarza czy niesprzyjające okoliczności. Cieszę się więc, że wybrałem tenis. Poza wszystkim nie była to aż taka trudna decyzja".

Dopracowawszy uderzenia, których nauczył go Seppli Kacovski, Federer w wieku dwunastu lat odkrył, że coraz większy wpływ na jego grę ma nie kto inny, jak Peter Carter. Chociaż Carter nigdy nie był osobistym trenerem Federera w Old Boys (przede wszystkim uczył całe grupy), czuł się coraz pewniej w roli szkoleniowca, a pewność ta dopingowała wielu młodych zawodników do lepszej gry. "Gdybym chciał spersonifikować pojęcie opanowania i spokoju, wybrałbym jako idealny przykład właśnie Petera Cartera", wyjaśnia szwajcarski dziennikarz Marco Mordasini. "To on ukształtował Rogera. Okiełznał ten wulkan energii i poskładał Federera na nowo jako zawodnika, zupełnie jakby szlifował surowy diament".

Madeleine Bärlocher zaś, która włączyła Cartera do kadry szkoleniowców klubu Old Boys, wspomina: "Treningi, które prowadził Peter, były perfekcyjne, zarówno pod względem poziomu gry, jak i jego zachowania jako człowieka. Był ujmujący, ale zarazem bardzo powściągliwy; nigdy nie wysuwał się na pierwszy plan. Jeżeli któryś z juniorów miał kłopot, Carter brał go na bok, żeby porozmawiać. Umiał rozwiązywać ich problemy bardzo skutecznie, ale jeżeli ktoś zachowywał się niewłaściwie, potrafił wyrzucić taką osobę z treningu. Czasem odsyłał do domu również Rogera".

Marco Chiudinelli uważa, że Carter dysponował wspaniałą umiejętnością wskazywania każdemu z podopiecznych, co musi zrobić, by zacząć grać lepiej. "Świetnie mi się z nim pracowało", mówi. "Miałem w swojej karierze trzy okresy, kiedy poziom mojej gry naprawdę rósł. Pierwszy z nich nastąpił, kiedy zjawiłem się w klubie Old Boys i zacząłem pracować z Peterem. Myślę, że Roger uważa tak samo. Seppli był bardzo dobrym nauczycielem, ale Roger potrzebował Cartera, by wznieść się na wyżyny".

Tymczasem kwestia wybuchów złości Federera na korcie pozostawała wciąż nierozwiązana. Nader często Roger wychodził na kort, łapał dobry rytm... a potem nagle zaczynał się świetnie bawić i całkiem tracił koncentrację. Dużo później przyznał: "Dziesięć, dwanaście, czternaście lat - to był dla mnie najgorszy okres. Strasznie to wyglądało, chociaż czasem nawet zabawnie - latające rakiety tenisowe, komentarze przy każdym uderzeniu... po prostu nie umiałem zaakceptować porażki. Myślałem sobie: Jak to możliwe, że nie potrafię dobrze zagrać, mając taki talent?".

Jego matka wspominała w dużo późniejszym wywiadzie: "Mawiałam do Rogera: "Kiedy pozwalasz sobie na taki wybuch, to tak, jakbyś mówił rywalowi, że jesteś gotów na klęskę. Wysyłasz zaproszenie, żeby spuścił ci manto. O to ci chodzi?"". Przy innej okazji powiedziała: "To naturalne - był to pewien etap jego rozwoju, ale kiedy zachowywał się paskudnie, staraliśmy się mu przekazać, że jego sposób bycia nas martwi. Zazwyczaj mówiliśmy: "No, Roger, powinieneś się kontrolować. Pozbieraj się! Czy to taka katastrofa, że przegrałeś mecz?"".

Niektórzy ludzie z Old Boys martwili się, że ich zdolny junior zmarnuje swój talent na żarciki i wybuchy złości, ale współpraca Petera Cartera i rodziców Rogera okazała się niezwykle skuteczna. Carter pomagał Federerowi w podnoszeniu poziomu jego gry, a Lynette i Robbie starali się wpływać na jego zachowanie. Szwajcarski impresario tenisowy Roger Brennwald, który spotkał Federera po raz pierwszy, gdy ten miał dwanaście lat, ocenia: "Mnóstwo zawdzięcza swojej rodzinie. Jego rodzice wzrastali w świecie pewnych idei i wartości, i to właśnie dzięki nim pokonał wszystkie kryzysy, które przechodził, w tym również ten z 2008 r.".

Federer liznął nieco tenisa na najwyższym światowym poziomie, gdy razem z Marco Chiudinellim podawali piłki graczom w trakcie turnieju ATP Swiss Indoors w 1994 r. Dało im to okazję zetknięcia się z największymi tenisistami świata. Federer wystąpił w tej roli również podczas kobiecego turnieju satelitarnego, który klub Old Boys organizował rokrocznie aż do 2002 r. W 1994, kiedy Roger podawał piłki zawodniczkom, w finale wystąpiły Martina Hingis i Patty Schnyder. Wraz z Federerem zostały one później zaliczone do grona sześciorga największych szwajcarskich tenisistów i tenisistek wszech czasów.

Zanim nadeszła wiosna 1995 r., Federer według szwajcarskiego systemu ratingowego miał już kategorię R2, co oznaczało faktycznie drugi szczebel na poziomie regionalnym. Było to całkiem niezłe osiągnięcie jak na trzynastolatka, ale wciąż daleko od ratingu krajowego, do którego aspirował. W tym samym roku Roger dotarł do ćwierćfinału Mistrzostw Bazylei, a poziom jego gry był coraz wyższy. Pojawiły się jednak również niepokojące znaki.

Autor notatki z oficjalnej szwajcarskiej publikacji tenisowej z połowy lat dziewięćdziesiątych XX w. wyraża zaniepokojenie sposobem, w jaki prowadzeni są najbardziej obiecujący juniorzy. Fragment dotyczący największego talentu z Old Boys sprzed czasów Federera brzmi: "Najbardziej jaskrawym przykładem braku perspektywicznego planowania jest Emanuel Marmillod. Mimo że młody zawodnik z Bazylei miał ogromny talent i udało mu się kontynuować karierę do osiemnastego roku życia, nagle uświadomił sobie, że bez niezbędnego wkładu pracy nie osiągnie przyzwoitego poziomu, krajowego czy międzynarodowego". Równocześnie inna notatka zawiera listę juniorów (w tym - jakże ironicznie - Federera) i opisuje ich jako "grupę utalentowanych zawodników, którzy nie mogą wykorzystać swojego potencjału, ponieważ ani społeczeństwo, ani system szkolnictwa nie chcą zaakceptować połączenia edukacji ze sportem na najwyższym poziomie. Coś się tu musi zmienić!".

Lynette niewątpliwie czytała te notatki, ale nie ma żadnego dowodu, iż wpłynęły one w jakikolwiek sposób na rodzinę Federerów. Mimo to rodzice Rogera wiedzieli, że następnym logicznym krokiem byłoby dla ich trzynastoletniego syna dalsze kształcenie w Szwajcarskim Krajowym Centrum Tenisa w Ecublens, na przedmieściach Lozanny. Realizowany tam program "Tennis Études"3 pozwalał kontynuować edukację z uwzględnieniem zajęć tenisowych. To była kusząca alternatywa dla kogoś, kto - tak jak Roger - nie pałał zbytnim entuzjazmem do szkoły.

Była to także metoda, by przekonać się, jaki poziom prezentował on tak naprawdę w tamtej chwili. Federer obecnie sam ocenia, że jego bekhend był wtedy straszny, i mimo że opinia ta może być podyktowana skromnością, niewątpliwie była to jego słaba strona. Po tym jak w wieku dwunastu lat podczas turnieju we Francji przegrał mecz z Danym Schnyderem, był tak zdegustowany własnym bekhendem, że zaczął pracować nad dwuręczną wersją tego uderzenia, ale to także mu nie wychodziło. Roger mówi: "Pomyślałem sobie: jeżeli nie potrafię zrobić nawet tego, to już lepiej zostanę przy swoim kiepskim jednoręcznym uderzeniu. Dzięki Bogu, że tak zrobiłem". Darren Cahill, który po raz pierwszy zobaczył Federera jako trzynastolatka, opowiada zaś: "Od strony jego bekhendu można było przejechać ciężarówką. Potrafił zrobić krok w lewo, żeby zamiast bekhendu uderzyć forhendem, i dobrze mu to wychodziło, ale przeciwnik, któremu udało się trafić w jego bekhend, zazwyczaj wygrywał punkt".

Interesująca rzecz: kiedy Federer w marcu 1995 r. zdawał trzydniowy egzamin wstępny, by dostać się do Krajowego Centrum Tenisa, nagle zaczął posługiwać się bekhendem całkiem dobrze, zarówno przy zwykłych uderzeniach, jak i slajsowanych. Grał na szybkiej nawierzchni i doskonale wiedział, że sam slajs nie da mu za wiele. No i zdał egzamin śpiewająco - trenerzy odnieśli wrażenie, że naprawdę chce wziąć udział w programie. Wyjazd do Ecublens oznaczałby jednak, że Roger musi zrezygnować ze szkolenia pod okiem Petera Cartera, a co ważniejsze - opuścić rodzinny dom w Bazylei, żeby przez pięć dni w tygodniu mieszkać w innej części kraju, gdzie posługiwano się językiem, w którym prawie nie mówił. Poza tym zawsze czuł się blisko związany z rodziną i dobrze mu się pracowało w klubie Old Boys. Czy była więc potrzeba, by się dokądkolwiek przenosić?

Rodzice starali się mu pomóc: pokazali mu centrum tenisowe i przeanalizowali wszelkie możliwości rozwoju jego kariery, ale Roger był najwyraźniej zdecydowany pozostać w Bazylei. W drodze powrotnej z egzaminów powiedział rodzicom w samochodzie: "Nie mam zamiaru wracać kiedykolwiek do Ecublens".

1 "Bazylejski Klub Tenisa Ziemnego" [przyp. tłum.].

2 W nawiasach kwadratowych umieszczono przypisy pochodzące od tłumacza.

3 Studia tenisowe [przyp. tłum.].