Przygody Bzików. Rodzina Bzików - Robert Buczek

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pan Bzik

Chciałbym Wam przedstawić rodzinę Bzików. Właściwie to nie wiem dlaczego. Może dlatego, że mało kto jest tak zbzikowany, jak rodzina Bzików? A może dlatego, że nie chcę, żebyście się nudzili? A może jeszcze z jakichś całkiem innych powodów? Obawiam się, że nie wyjaśnimy sobie tego teraz.

Głową rodziny Bzików, jak łatwo się domyślić, jest pan Bzik. Pan Bzik ma na imię Zenobiusz. To i tak nieźle, biorąc pod uwagę, że ojciec pana Zenobiusza Bzika miał na imię Pafnucy. Pafnucy Bzik. To prawie jak James. James Bond. Ale jednak nie to samo. A z kolei ojciec ojca pana Zenobiusza Bzika, czyli mówiąc prościej, dziadek pana Zenobiusza Bzika, miał na imię Klaucymander. Dość dziwacznie, nieprawdaż? Z drugiej strony to imię nie jest aż tak dziwaczne jak na przykład imiona wodzów indiańskich, że przytoczę tylko te nadające się do przytaczania w towarzystwie jak Gorący Bawół albo Rżący Koń. Chociaż chwilę, czy aby wodzowie ci nie nosili odpowiednio imion Grzmocący Bawół i Śmierdzący Koń? Ech, z tymi indiańskimi imionami nigdy nic nie wiadomo. Kiedyś opowiedziałem w gronie osób dobrze poinformowanych anegdotę o Gnijącym Bizonie, czym wywołałem ogólne zażenowanie, bo się okazało, że Gnijący Bizon wcale nie był Gnijącym Bizonem, tylko Gnającym Łosiem według jednych, a Zgiętym Łososiem według drugich. W efekcie doszło do rękoczynów, które zakończyły się interwencją przedstawicieli miejscowej władzy. Trochę odbiegłem od głównego wątku, a więc rodziny Bzików, ale to wszystko przez tych wodzów. Galopujących ?ółwi, Chichoczących Węży, Wlekących Orłów i innych Pełzających Wilków. A także Szlachetnych Hien, Tańczących Nosorożców, Gibkich Hipopotamów i Smukłych Słoni. ?e co? A, że już wystarczy? Nie ma sprawy. Mogę już nie wymieniać pozostałych wodzów, ale nie mogę się powstrzymać, żeby chociaż nie wspomnieć o Nadętym Jeleniu i... No dobrze, już dobrze. Kończę z tym.

Wiemy już, że pan Bzik ma na imię Zenobiusz. A za chwilę dowiemy się, gdzie pracuje pan Bzik. Otóż pan Bzik pracuje w piekarni. A właściwie w cukierni. Cukiernia to taka piekarnia, w której zamiast chleba i bułek pieką ciastka i... ciastka. I jeszcze inne ciastka. Wiele różnych ciastek, ciast i ciasteczek piecze się w takiej cukierni. A właściwie dlaczego cukiernia nie nazywa się ciastkarnią? Może by tak to ktoś łaskawie wyjaśnił, hę?! A właściwie to po co się czepiam? Przecież w takiej cukierni piecze się też na przykład torty. To co? Mielibyśmy nazywać takie miejsce ciastkarnio-tortarnią? To niech już lepiej zostanie cukiernia. Bo w końcu do wszystkich tych wypieków używa się cukru. Osoba, która wypieka ciastka też nie nazywa się piekarz, czyli tak jak osoba wypiekająca chleb, ani ciastkarzo-torciarz, lecz cukiernik. Jak widać, takie nazewnictwo ma jednak swoje dobre strony i trzeba przyznać, że ktoś to całkiem niegłupio powymyślał. Chociaż z drugiej strony, całe szczęście, że profesjonalnym wypiekiem ciast - i tych słodkich, i tych mniej - z powodów bliżej nieokreślonych zajmują się głównie mężczyźni. Bo gdyby pieczeniem zajmowały się głównie kobiety, to kogo byśmy mieli w piekarni? Piekarnice? A w cukierni? Cukiernice?! Mówicie, że cukierniczki? Też mi coś! Cukierniczka to przecież taka mała cukiernica. Czyli pojemniczek na cukier. No przecież przyznacie sami, że nie można kobiety i jakiegoś pojemnika określać tym samym mianem! To przecież byłoby chyba jeszcze dziwniejsze niż Zenobiusz, Pafnucy i Klaucymander razem wzięci, nie mówiąc już o wodzach indiańskich. Na przykład o Aromatycznym Skunksie. Racja, miałem dać spokój z wodzami. I dla Was to zrobię. Znaczy się dam spokój, chociaż sami nie wiecie, co tracicie. Bo muszę Wam powiedzieć, że tacy wodzowie, jak... OK, OK, już ani słowa o wodzach.

Wiemy już, że pan Bzik pracuje w cukierni i jest cukiernikiem, czyli piecze różne ciasta i ciastka. Pan Zenobiusz jest przy tym człowiekiem pełnym fantazji, a także zawodowych ambicji. Podkreślić należy, że pan Zenobiusz nie poprzestał na wypiekaniu rolad, makowców, kremówek, wafli i torcików, ale wymyślił i wypiekał coś wyjątkowego, a mianowicie wybuchowe ciasteczka. W skrócie wc. A nawet więcej! Pan Bzik wymyślił wiele rodzajów wybuchowych ciasteczek, na przykład wybuchowe babeczki, wybuchowe wuzetki, wybuchowe eklery, a nawet wybuchowe hiszpany. Najbardziej wśród wybuchowych ciasteczek podobały się panu Bzikowi te, które miały najwięcej kremu. Z innych też był zadowolony, ale mniej. Musicie przyznać, że to dobrze świadczy o samokrytycyzmie pana Bzika, który potrafił właściwie ocenić własne dzieło. Niestety wucety, czyli wybuchowe ciasteczka pana Bzika, z bliżej niewyjaśnionych powodów, nie przyjęły się. Powiem więcej - pan Bzik był właściwie jedyną osobą, która doceniała wynalazek pana Bzika. Cała reszta nie tylko że nie doceniała, ale wręcz nie cierpiała Bzikowych wucetów. Co gorsze, jednym z ludzi, którzy mieli zdecydowanie negatywny stosunek do wybuchowych ciasteczek był szef pana Bzika, człowiek wyjątkowo łakomy. Gdy pan Bzik po raz pierwszy wypiekł, rzec tak można, prototypowy egzemplarz swojego wynalazku, postanowił z czystej lojalności od razu podzielić się ową radosną nowiną ze swoim szefem, panem Gąsiorem Jerzym. Właściwie to pan Gąsior Jerzy był Jerzym Gąsiorem, to znaczy miał na imię Jerzy, a na nazwisko Gąsior, ale zawsze mówił o sobie: "Gąsior Jerzy jestem". Nikt nie wiedział, dlaczego akurat to zdanie pan Gąsior zamiast mówić od początku, to znaczy: "Jestem Jerzy Gąsior", mówił od końca. Ale to tylko tak na marginesie. Jak już wspomniałem, pan Zenobiusz objawił swojemu szefowi swój wynalazek. Nieco wcześniej także wspomniałem, że pan Jerzy Gąsior był wyjątkowo łakomy. Przypominam tę cechę pana Gąsiora, bo jest ona w tej historii niezwykle ważna. Gdy dodamy do tego, że pan Bzik piekł zazwyczaj niezwykle apetycznie wyglądające ciasteczka, od razu uprzytomnimy sobie, że mogło stać się coś strasznego. I stało się. Pan Jerzy Gąsior, widząc apetycznego wuceta pana Bzika i myśląc, że jest to zwykłe, smakowite ciasteczko, a nie ciasteczko wybuchowe, chwycił je i od razu łakomie połknął w całości. Po czym zbladł, poczerwieniał, wydał z siebie zadziwiającą kakofonię dźwięków i popędził do... wc, znaczy się do toalety. I nie wychodził stamtąd do końca dnia, na przemian stękając i pomstując na pana Bzika. Całe szczęście, że pan Gąsior był człowiekiem tyleż łakomym, co dobrotliwym, bo w przeciwnym razie pan Bzik niechybnie straciłby pracę. A to już nie byłaby wesoła sytuacja, biorąc pod uwagę, że pan Bzik był tak zwanym "jedynym żywicielem rodziny". I to tyle o panu Zenobiuszu Bziku, synu Pafnucego, zawodowo parającym się wypiekiem ciast albo mówiąc inaczej cukiernictwem, którego największym, choć niedocenionym, wkładem w rozwój rzemiosła są wybuchowe ciasteczka, w skrócie wc. W następnym rozdziale opowiem Wam co nieco o pani Pelagii Bzik, żonie pana Zenobiusza oraz o ich pociechach. Dzieciach, znaczy się.

Rozdział 2

Najbliżsi pana Bzika

Pani Pelagia Bzik, na którą pan Bzik mówi pieszczotliwie Pela, Pelcia, ewentualnie Pelasia lub Pelusia, a czasami nawet Pelunia albo Peluńcia, jest kobietą postawną, nawet bardzo postawną. Powiedzmy sobie szczerze - rozmiary pani Pelagii zdecydowanie odbiegają od normy, są wręcz gigantyczne. A gdy skonfrontować je z rozmiarami pana Bzika, który jest wysoki, wręcz dłuuuugi, a do tego niesamowicie chuuuudy, można je uznać nawet za monstrualne. Przyznać należy szczerze, że pewien udział w przewymiarowaniu pani Pelci miał sam pan Bzik, który, jak już wspominałem, był znakomitym cukiernikiem i piekł znakomite ciasteczka. Pani Pelasia uwielbiała się nimi delektować. Leżała na kanapie, której sprężyny stękały żałośnie pod naporem tytanicznego cielska i pogryzała po małym kawałeczku, mlaskając przy tym kontenta. I sytuacji nie zmieniły nawet wybuchowe ciasteczka. Wprawdzie pani Pela nie przepadała za nimi, bo rozbryzgiwały się po nadgryzieniu i czasami krem trzeba było ścierać nawet z sufitu, ale i tak jadła, i jadła, i jadła. Czasami wydawało się, że pęknie, ale nie pękała. Powiem wprost - jakby smok tyle jadł, to by pękł ponad wszelką wątpliwość. Nie przetrzymałby biedaczek. Ale nie pani Pela. Pani Pela jadła i nie pękała.

Pani Pelagia nie pracowała zawodowo, gdyż zajmowała się domem oraz wychowywała dzieci. A właściwie miała się zajmować i wychowywać, ale tego nie robiła. Na samą myśl o czekającej ją nawałnicy obowiązków stawała się tak zmęczona, że od razu musiała się położyć. Oprócz pożerania niezliczonej ilości pysznych ciasteczek, wypiekanych przez męża, właśnie polegiwanie wychodziło pani Pelagii najlepiej, a nawet można by powiedzieć, że było jej życiową pasją. Czasami jednak pani Pelagia wstawała. I dopiero wtedy się zaczynało!

To tyle na razie o pani Pelagii, o której pan Bzik mówił: "ten Pelozaur", ale tylko wtedy, gdy był przekonany, że go nie słyszy, bo się jej troszkę bał. I nie ma w tym nic zastanawiającego zważywszy, że pani Bzikowa ważyła ponad dwa razy tyle, co pan Bzik.

Państwo Bzikowie mieli troje dzieci: dziewięcioletniego chłopczyka o imieniu Gucio, pięcioletnią dziewczynkę o imieniu Maja oraz sześciomiesięcznego brzdąca płci męskiej, który na razie imienia nie posiadał, ponieważ państwo Bzikowie nie mogli się zdecydować, czy nadać mu imię Filip czy Tekla, a na którego wszyscy oprócz pana Bzika mówili doraźnie Mały Pykacz. Mały Pykacz został Małym Pykaczem, bo ciągle pykał. To znaczy stawał na czworakach, a następnie opuszczał pupkę na pięty. A potem podnosił i znowu opuszczał, i podnosił, i opuszczał. I tak w kółko. Bez przesady można powiedzieć, że poza jedzeniem i krzyczeniem, pykanie było ulubionym zajęciem Małego Pykacza. Zdawać się mogło, że Mały Pykacz mógłby pykać bez końca, gdyby mu nie przeszkadzano. No i gdyby nie musiał jeść. I spać. To upodobanie Małego Pykacza do pykania było tak wielkie, że nawet gdy kiedyś pykał frontem do ściany i w pewnym momencie ducnął w nią glacą, to tylko przez chwilkę pobeczał, a potem, spryciarz, obrócił się do ściany bokiem i pykał w najlepsze dalej. I co ciekawe, już nigdy więcej nie przytrafiła mu się taka historia. To znaczy, żeby pykanie było przyczyną ducania. To znaczy ducania w ścianę, bo w osoby Mały Pykacz ducał jeszcze nie raz i to z pełnym zadowoleniem. Musicie przyznać, że jak na swój wiek Mały Pykacz był całkiem inteligentny. Ale wróćmy do głównego wątku, to znaczy imienia Małego Pykacza, a właściwie jego braku. Jak się może domyślacie, imiona dla swych latorośli, znaczy się dzieci, państwo Bzikowie zaczerpnęli ze swojego ulubionego serialu - "Pszczółki Mai". Nie powinno Was też dziwić, że państwo Bzikowie mieli problemy z podjęciem decyzji, jakie imię nadać Małemu Pykaczowi, chociaż zdawać by się mogło, że nie powinno być z tym żadnego problemu. W "Pszczółce Mai", poza Mają i Guciem, nie ma przecież zbyt wielu liczących się bohaterów z imionami. A właściwie to takich bohaterów jest dwoje: szarańczak Filip (pewnie większość z Was będzie się upierać, że Filip to konik polny, ale ja jednak twierdzę, że szarańczak) oraz pajęczyca Tekla. A zatem, na pierwszy rzut oka, oczywistym wydaje się, że jedynym odpowiednim imieniem dla Małego Pykacza jest Filip, a to z tej prostej przyczyny, że Tekla jest imieniem żeńskim, a jak już informowałem, Mały Pykacz był osobnikiem męskim. Pierwsze rzuty oka to jednak było coś, czym państwo Bzikowie absolutnie nie mieli zamiaru się przejmować i oboje zgodnie twierdzili, że jeżeli może być ta Tekla, to równie dobrze może też być ten Tekla, ewentualnie ten Tekiel. W dość oczywisty sposób pojawił się zaraz za tym kolejny pomysł, zgłoszony tym razem przez Gucia, by w takim razie Małego Pykacza nazwać po prostu Dekiel. Dekiel Bzik. Pan Bzik jednakże stwierdził, że to zbyt pospolite i że żaden Bzik nigdy nie nosił takiego prostackiego imienia, a ponadto trzeźwo zauważył, że żaden Dekiel w "Pszczółce Mai" nie występuje. Tak więc Dekiel upadł ostatecznie i nieodwołalnie. Na placu boju pozostały dwa pierwsze imiona, z pełną równowagą szans na wybór. W związku z tym Mały Pykacz wciąż był Małym Pykaczem i nic nie wskazywało, by sytuacja ta miała ulec jakiejś radykalnej zmianie w dającej się przewidzieć przyszłości. Mały Pykacz miał cztery zęby, którymi potrafił dotkliwie ugryźć, a zajmował się głównie jedzeniem, brudzeniem pieluszek, płakaniem i gulganiem, no, poza pykaniem oczywiście. Ponadto Mały Pykacz zajmował się filozofowaniem o życiu, o czym nikt, poza Mają, nie miał bladego pojęcia.

Gucio chodził do trzeciej klasy szkoły podstawowej i jak na razie promocje do kolejnych klas dostawał jedynie z tego powodu, iż nie było innej opcji. Nauką nie przejmował się, a jego ulubionym zajęciem były eksperymenty chemiczne, które zazwyczaj kończyły się wybuchowym finałem. Jak widać Gucio był nieodrodnym synem swego ojca, a nawet można by rzec, iż uczeń przerósł mistrza - wybuchowe ciasteczka pana Bzika, w porównaniu z eksplozjami prokurowanymi przez Gucia, to był zaiste mały pikuś. Pan Bzik na Gucia Gucio mówił rzadko, najczęściej nazywając syna Juniorem. Dla odróżnienia, na Małego Pykacza pan Bzik zwykł mawiać Junior Junior.

Maja chodziła do przedszkola i byłaby zupełnie normalną dziewczynką, gdyby nie to, że potrafiła czytać w myślach. Ale niestety potrafiła. Dlatego też, jako jedyna wiedziała, jaki filozof jest z Małego Pykacza.

I to tyle na razie o dzieciach państwa Bzików. W następnym rozdziale opowiem Wam, jak wygląda normalny dzień rodziny Bzików, chociaż określenie "normalny" w żadnym razie w przypadku Bzików nie jest na miejscu.