Pressing - Rafał Lipski

Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
Pierwszy kontakt
Obóz przejściowy w Rzymie
Pornografii nagie prawdy
Romantyczny jak polski futbol
Facet bez Dłoni
W pogoni za pęcherzem obszytym skórą
Je kiffe cette chanson!
Przewrotka
Anioł stróż uwiązany na smyczy
Test na homoseksualność
Futbol to męski, bardzo kontuzjogenny sport
Mechaniczna pomarańcza
Oferta nie do odrzucenia
Numerek życia
Umowa
Tak gra w piłkę prawdziwy Polak
Pierwszy kontakt
To będzie autentyczna historia. Wygrzebał ją, penetrując dzieje futbolu, mój ulubiony autor, Eduardo Galeano. To jedna z najbardziej zaciekłych i dramatycznych futbolowych potyczek w historii tego i tak przecież dosyć wybuchowego sportu. Wydarzyła się podczas mistrzostw świata w 1934 roku w Rzymie. Cała impreza była jednym wielkim propagandowym przedstawieniem Mussoliniego. Il Duce obserwował wszystkie mecze ze swojej loży bacznym okiem. Na stadionie wypełnionym po brzegi przez faszystowskich bojówkarzy Włosi rozegrali trwający 210 minut (!!!) mecz z odpowiednio antyfaszystowsko usposobioną reprezentacją Hiszpanii. Mecz miał charakter bitwy. Cokolwiek to było, dobiegło końca dopiero następnego dnia po tym, gdy wielu graczy doznało poważnych kontuzji i nie mogło kontynuować spotkania w dniu jego rozpoczęcia. Hiszpanie kończyli bez siedmiu graczy z podstawowego składu, m.in. bez swojego genialnego bramkarza Zamory, i ostatecznie mecz przegrali.
Kilka dni później na stadionie Narodowej Partii Faszystowskiej Włosi pokonali w finale Czechosłowację. Europejski faszyzm zdominował wówczas kolejny istotny obszar społeczny. Był nim futbol. Do dziś zastanawiam się, czy drużyna Hiszpanii powinna była do tego turnieju w ogóle przystąpić, czy raczej pójść śladem Urugwaju i go zbojkotować. Wiemy doskonale, że z faszystami nie prowadzi się dialogu, bo to ich tylko legitymizuje jako nurt społeczny uprawniony do udziału w debatach dotyczących przyszłości społeczeństwa. Czyż wspólne kopanie piłki z reprezentacją faszystowskiego kraju, nawet takie, w którym pękają kości i istnieje szansa na wyeliminowanie tej drużyny z rozgrywek, nie jest formą legitymizacji?
Na futbolu spoczywa odpowiedzialność. Czasem większa, niż nam się wydaje.
wpis w blogu
Szczyglak założył jedną nogę na drugą i w tej pozycji warował przy swoim biurku już od dwudziestu minut. Z rosnącym zniecierpliwieniem obserwował ekran, odświeżając obraz co pół minuty, a dokładniej za każdym razem gdy pojawiały się na nim uspokajające obrazki z dna oceanu. Każde włączenie się wygaszacza ekranu jeszcze bardziej podnosiło Szczyglakowi ciśnienie, które powoli zbliżało się do poziomu ciśnienia panującego na dnie Oceanu Spokojnego. Spokój był jednak towarem deficytowym. Szczyglak w prawej ręce trzymał długopis i stukał nim rytmicznie w kolano. Potem zaczynał bębnić palcami lewej dłoni w blat. I tak na zmianę. W tle leciała cicha muzyka z radia. W pokoju było ciemno. Jedynymi źródłami światła były komputer oraz stojąca na biurku lampka. W całym pomieszczeniu niepodzielną władzę sprawował papier. Luźne kartki, notatki, zeszyty, książki, gazety, czasopisma, foldery, kalendarzyki, odbitki zdjęć, wycinki z gazet, kolaże... Papierowy świat dziennikarza śledczego, który podejmował aktualne tematy, staroświecko tkwiąc wśród karteluszek.
Bladą twarz Szczyglaka oświetlał ekran. Panujący w powietrzu zapach bynajmniej nie przypominał zapachu farby drukarskiej czy papieru. Był to raczej zapach zatęchłego powietrza znany z pomieszczeń, w których przebywali mężczyźni intensywnie pracujący na komputerze. Połączenie facet, komputer, intensywna praca wytwarza specyficzny odór. W gabinecie Szczyglaka zapach ten mocno wgryzł się w tapetę.
Dziennikarz raz jeszcze wcisnął klawisz F5, klnąc pod nosem. W radiu zapowiedziano kolejny utwór. Na HBO z hukiem wszedł w tym tygodniu czwarty sezon serialu o Amy Winehouse, więc z tej okazji wszystkie stacje katowały jej piosenki. Jednakże Szczyglak był tego wieczoru odporny na wszelkie bodźce, które nie wydobywały się z ekranu. W radiu mogliby teraz ogłosić alarm przeciwlotniczy, a dziennikarz nie oderwałby się od komputera, gotowy w każdej chwili rzucić się na klawiaturę. Wszystkie jego zmysły skupione były na okienku czatu, z którego od dwudziestu minut nie otrzymał znaku życia. Cierpliwość Szczyglaka była już na wyczerpaniu.
Po kolejnym odświeżeniu oderwał się wreszcie od ekranu. Obojętnie zlustrował burdel na swoim biurku. Nie odczuwał żadnych emocji w stosunku do chaosu, w jakim pracował. Zatrzymał wzrok na leżącej na wierzchu gazecie. Miał ją już w rękach przy porannej kawie. A raczej trzech kawach. Konkurencyjny tytuł wywołał w nim emocje.
Na pierwszej stronie uśmiechały się do niego te cholerne kobiety. Przybywały tu już od miesięcy, choć według tego, co ustalił w swoim nieoficjalnym dochodzeniu, wszystko zaczęło się latem 2015 roku, a więc niecały rok temu. Najnowsze oszacowania mówiły, że w kraju jest ich już ponad dziesięć tysięcy. W większości młode i zdrowe. Nawet jeśli na fotografii wyglądały na zmęczone, to emanowała z nich jakaś tajemnicza energia. Także na tym zdjęciu. Trzy kobiety w wieku między dwadzieścia jeden a trzydzieści lat, złapane przez fotoreportera na warszawskiej ulicy, podobno w dniu ich dotarcia do Polski, spoglądały z dumą w obiektyw. Szczyglaka najbardziej magnetyzowała ta stojąca pośrodku. Miała w sobie najwięcej tajemniczej godności i wewnętrznego spokoju. Ale w tej szczególnej dziewczynie Szczyglak dostrzegał coś jeszcze: seksualną dzikość. Albo chciał ją dostrzegać. Chciał dojrzeć coś, co budziło w nim pożądanie, strach i nienawiść jednocześnie. Pozorna dziewczęca delikatność, pod której maską spodziewał się zdecydowania, a może wręcz i brutalności, wzbudzała niepokój. Tym bardziej zamierzał spotkać tę kobietę. Nagłówek nad zdjęciem krzyczał: "Kolejna grupa zidentyfikowana w Warszawie!", a podtytuły brukowca darły się: "Czy to już islamistyczny potop?!" oraz: "Czy ktoś ma to jeszcze pod kontrolą?!".
Na ekranie nic się nie działo. Nagle Szczyglak uświadomił sobie, że zaraz po rozmowie, na którą wciąż czekał, miał zadzwonić do naczelnego z sensacyjną nowiną. Skoro jednak informator ciągle milczał, stwierdził, że może to zrobić teraz, zanim naczelny dowie się o tym z innego źródła. Szczyglak podjął błyskawiczną decyzję. Może zdąży, najwyżej się rozłączy i przerzuci na czat.
Naczelny dosyć długo nie odbierał.
- Tak, słucham - usłyszał wreszcie Szczyglak suche powitanie.
- To ja, szefie. Przenieśli! Naprawdę przenieśli! - zawołał podekscytowany.
- Czekaj, o czym ty gadasz, Szczyglak? - padło rzeczowe pytanie.
- Podjęli decyzję o przeniesieniu mistrzostw. Oficjalnie ogłoszą ją dopiero jutro rano na konferencji prasowej, ale my już to mamy! Możemy z tym wywalić o szóstej rano!
- Ach, tak, że mistrzostwa. - Naczelny brzmiał, jakby był zaspany albo znudzony. - No tak. Wiem to już od trzech dni. Parę dni temu dzwonił znajomy z Genewy. Decyzja zapadła jeszcze przed debatami. Temat mocny, ale przecież wszyscy się spodziewali. Oddałem go wczoraj jednemu z młodych. Zrobi z tego okładówkę, niech się wyrabia chłopak. Ty się nie podniecaj i rób swoje. Masz bardziej ambitne tematy na biurku.
W rzeczy samej, tematy były ciekawe i dużo bardziej złożone. A mimo to Szczyglak myślał, że zaskoczy naczelnego i przy okazji machnie kolejną okładówkę. A tu klops, dostał to jakiś żółtodziób. Chciał jeszcze dopytać, kto konkretnie, ale naczelny się rozłączył.
Dziennikarz poczuł suchość w gardle. Rzucił okiem na pusty dzbanek. Był o krok od rewolucyjnej decyzji, by oderwać się od laptopa i pójść do kuchni, gdy ikonka na ekranie zmieniła kolor z czerwonego na żółty. W czacie oznaczało to zmianę statusu z "nieobecny" na "zajęty". Szczyglak poprawił okulary na nosie i wyciągnął długą szyję w stronę ekranu. Sprawdził raz jeszcze, czy zabezpieczenia filtrujące i szyfrujące jego połączenie są właściwie ustawione. Wszystko wyglądało jak należy. Szczyglak niespokojnie zabębnił paluchami.
A jednak się pojawił, pomyślał z satysfakcją. Teraz, gdy każda sekunda była jak wieczność, zastanawiał się, czy powinien rozpocząć konwersację, czy jednak odczekać chwilę. Jako doświadczony dziennikarz wiedział, jak łatwo odstraszyć kontakt i zaprzepaścić szansę na rozmowę. W żadnym wypadku nie powinien być namolny. Z profesjonalną decyzją wstrzymał się prawie pięć sekund.
< dostalem ten kontakt od zaufanego przyjaciela > - wstukał pospiesznie - < z kim mam przyjemnosc >
Przez piętnaście sekund nie wydarzyło się nic. Z prawego kącika ust Szczyglaka zaczęła ściekać strużka śliny. Na razie niezbyt długa, na dwa centymetry. Nie zauważył nawet, że wytarł ją rękawem. W tle chrypiała Amy Winehouse. Miał ją już zagłuszyć soczystym bluzgiem, gdy na ekranie pojawiła się odpowiedź:
< jestem z gaywatch >
Szczyglak rzucił się na klawiaturę.
< tak, wiem. tak mi powiedziano. to z wami szukam kontaktu. czy jestescie powiazani z redwatch > - napisał szybko, zapominając o znaku zapytania.
Zanim przyszła odpowiedź, minęło blisko pół minuty. Strużka śliny miała już trzy centymetry.
< czy mozemy przejsc do konkretow > - pojawiło się pytanie.
Szczyglak zmarszczył brwi. Typ także pominął pytajnik. Czyżby mnie przedrzeźniał? - pomyślał. < tak, jak najbardziej. zapytalem tylko gdyz redwatch jest chyba mocno scigany > - zagadnął mimo wszystko.
I czekał spokojniej. Zaczął się przyzwyczajać do rytmu konwersacji. Po minucie pojawiło się:
< ruch narodowy mozna przesladowac, ale nie da go sie zdlawic. naszym obowiazkiem jest denuncjowanie zla w imie polskosci. wskazujemy wrogow narodu. redwatch to wazne narzedzie >
Kilka składnych zdań. Nieważne, że bez sensu. Ważne, że kontakt zaczyna się wkręcać. W pierwszej chwili Szczyglaka podniecił ten niespodziewany wylew. Najwyraźniej udało mu się zagrać na emocjach nieznajomego. Typ zdjął nogę z hamulca. Rozgadał się. A mimo wszystko... Szczyglak się zawahał. Nawet takiego zimnego drania jak on zmroziło to, co usłyszał. Po kilku sekundach uzmysłowił sobie, że przecież niczego innego nie powinien był się po tym kontakcie spodziewać.
< podobno mozecie nam pomoc > - wstukał po chwili.
< podobno tak >
Odpowiedź była tym razem bezpośrednia, co mocno zaskoczyło Szczyglaka. Żałował tylko, że w zasadzie była to jedynie prowokacja. Dobre i to. Musiał szybko zdecydować, jak kontynuować śliską i lakoniczną rozmowę. Gwałtowne przejście do konkretów wydało mu się idealnym rozwiązaniem.
< jaka forma kontaktu > - napisał wreszcie.
< face to face > - pojawiło się natychmiast na ekranie.
< rozumiem. kiedy mozemy sie zobaczyc aby obgadac szczegoly >
< dostaniecie wiadomosc w redakcji >
Dialog nabrał tempa.
< ok. a kiedy mniej wiecej > - ponowił próbę doprecyzowania sprawy.
< wtedy kiedy ja dostaniecie > - przyszła natychmiastowa odpowiedź.
< rozumiem. pelna dyskrecja >
< no, mam nadzieje > - zabrzmiało niezbyt przyjemnie, po czym od razu padło pytanie: < cos jeszcze? >
Szczyglak się zawahał. Miał w głowie przynajmniej sto pytań, które chciał zadać. Powstrzymał się jednak. Nie chciał czegoś spieprzyć. Kontakt nie był łatwy.
< w takim razie nie. oczekuje spotkania > - napisał z powagą.
< no to zegnam > - pojawiło się natychmiast.
< ja w takim razie rowniez > - odpowiedział po dziesięciu sekundach kurtuazyjnie, samemu nie wierząc, że ktokolwiek to przeczytał.
Ikonka zmieniła kolor na czerwony. Szczyglak odepchnął się od biurka i wyjechał na środek pokoju. Zakręcił się na fotelu ze trzy razy, po czym zatrzymał się i odetchnął głęboko. Rozejrzał się po swojej papierowej jaskini. Niezbyt rozmowny okazał się ten kontakt. Za to całkiem konkretny. Ktoś, kto tak mocno dbał o swoją anonimowość, sterylność komunikacji i bezpieczeństwo, a zarazem dawkował swoje wypowiedzi, musiał mieć ku temu powody. A to z kolei było dowodem, że ten ktoś jest obiecującym kontaktem. Nawet jeśli nie za łatwym.
Szczyglak wstał, zdjął z nosa okulary i odłożył je na biurko. Wyprostował się, choć trudno było to nazwać wyprostem. W każdym razie jego głowa niemal sięgnęła sufitu. Papierowa jaskinia mieściła się na poddaszu. Przy swoim wzroście Szczyglak tylko w najwyższych punktach mieszkania mógł stanąć w pozycji quasi-wyprostowanej. Niezależnie od warunków, w jakich mieszkał, i tak był zawsze lekko przygarbiony. Przetarł palcami zmęczone oczy i przeszedł się po pokoju, stąpając po walających się wszędzie papierach. Zastanawiał się, jaki ruch powinien wykonać. Po okresie błądzenia w końcu złapał trop. Nie było źle. Sprawa zapowiadała się ciekawie. Mimo lekkiego rozczarowania krótkością zakończonego przed chwilą seansu myśl o tym, co go czekało, poprawiła nastrój Szczyglaka.
Usłyszał muzykę. Podszedł do radia i je pogłośnił. Spojrzał na przystojną dziewczynę na zdjęciu. Zaczynała go fascynować. Od kiedy naczelny dał mu zielone światło, zdecydował, że musi ją odnaleźć. Dowiedzieć się, skąd przybyła. Obstawiał, że z Egiptu. Mogła być też Syryjką. Choć obawiał się, że jest Kurdyjką.
Zabrzmiały rytmy kolejnego utworu. Szczyglak złapał gazetę, aby nie rozstawać się z dziką nieznajomą; wyszedł ponownie na środek pokoju i rzucił gwałtownie biodrami w lewą stronę. Następnie w prawą. Zaczął imitować coś, co mogło się kwalifikować zarówno jako taniec, jak i rodzaj spazmów. Minęło kilka chwil i rozbujał się na dobre. Zanosiło się, że niebawem zacznie podśpiewywać. Szczelnie zamknięte okna gwarantowały, że nikomu nie stanie się przez to krzywda. I faktycznie. Wkrótce głos Amy przygłuszyły pierwsze pojękiwania. Szczyglak wyluzował się jak rzadko. Do tego stopnia, że pojękując i miotając się po pokoju, nie zauważył, że kolor ikonki zmienił się na żółty i pojawiło się postscriptum:
< mam nadzieje, ze jest pan czlowiekiem na tyle powaznym, zeby zrozumiec zagrozenie z jakim walczymy i wykorzystac nasze informacje w odpowiedzialny i jak najbardziej efektywny sposob. niech pan to potraktuje jako swoj patriotyczny obowiazek. Slawa Wielkiej Polsce >
Obóz przejściowy w Rzymie
Drużyna narodowa, tak jak wszystko, stała się inwestycją mającą przynosić sukces. Sukces, czyli kasę. Czy w społeczeństwie, w którym wszystko i wszyscy podporządkowani są ekonomicznej, czy może po prostu kapitalistycznej hierarchii wartości - jest to powód do płaczu? Czy raczej należałoby uznać ten fakt za kluczowy wkład piłki nożnej w rozwój emancypacji społecznej? To przecież dzięki wyśrubowanej wartości rynkowej piłkarzy roztapia się przestarzała i opresyjna dziewiętnastowieczna koncepcja narodu. Reprezentant Polski to teraz ten, którego da się zaimportować i spolszczyć. Niezależnie od miejsca urodzenia, zamieszkania, języka, którym się posługuje, czy kulturowych nakładek. Nieważne jest już i to, jak dużego orła przyszyje się kadrowiczom na piersi i jak głośno zostanie zagrany hymn narodowy przed meczem. Dziewiętnastowieczny, romantyczny, tożsamościowy wynalazek o nazwie "naród", dający prawo bytu także nacjonalizmom wszelakim, roztapia się dziś w mikrokosmosie futbolu szybciej niż marcowy śnieg. I dobrze, bo wystarczająco głupoty już zasiał, a krwi, nieszczęść i zbrodni zebrał. Szkoda może tylko, że nie topnieje pod promieniami czegoś godnego, ale w cieniu i na rzecz kolejnego paradygmatu, jakim jest kapitalizm.
wpis w blogu
Trochę niespodziewanie dla siebie samego spędzał niedzielę w szpitalu. W zasadzie zamierzał wpaść tu tylko na kwadrans w celu krótkiej rozmowy z dyżurującą tego dnia lekarką i o godzinie jedenastej chciał być już z powrotem w obiekcie, gdzie odbywało się ciekawe spotkanie sparingowe. Jednak inny kwadrans, dokładnie piętnaście minut spóźnienia, kosztował Gościckiego - dla znajomych "Gościa" - ostatecznie sporo czasu. Trener musiał teraz czekać blisko godzinę na swoją kolej. W zasadzie mógłby odpuścić i przyjść innego dnia, ale bardzo chciał mieć to z głowy. Cel jego wizyty był prosty. Jeden z jego juniorów doznał ostatniej środy nieprzyjemnej kontuzji i wylądował w tym właśnie gabinecie, przed którym teraz siedział trener klubu z Sochaczewa. Rzecz w tym, że zabieg, na który skierowano następnie chłopaka, okazał się, delikatnie mówiąc, chybiony. Jako trener, który stracił jednego ze swoich pupili, co go zamierzał doszkolić i niebawem gdzieś fajnie sprzedać, postanowił zasięgnąć języka u źródła, czyli u lekarza, który postawił diagnozę. Mimo że nie należał do ludzi agresywnych ani natarczywych, rozmowa mogła, choć nie musiała, być niemiła. To przede wszystkim dlatego chciał ją mieć za sobą i zdecydował się cierpliwie poczekać. Taktycznie wrócił do samochodu po gazetę, z którą siedział teraz w towarzystwie paru osób w szaroburym korytarzu. Nieco sponiewierany świeży numer tygodnika "Piłka Nożna" miał już dawno przeczytany. Jednakże fachowiec z takim doświadczeniem nawet w najnudniejszej relacji z meczu, którą znał już prawie na pamięć, potrafił znaleźć coś ciekawego. Chociażby inspirację do budowania swoich drużyn. Na korytarzu panowała cisza, przerywana jedynie szelestem kartek, czasem jakimś westchnieniem, nic niezwykłego w tym niezbyt rozrywkowym miejscu.
Nagle drzwi izby przyjęć otworzyły się z hukiem. W końcu długiego korytarza pojawiły się dwie postaci. Mały, może sześcioletni chłopiec oraz trzymający go za rękę wysoki, barczysty mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądali jak ojciec i syn. Mężczyzna miał na sobie solidnie sfatygowane ubranie robocze. Chłopiec z kolei strój piłkarski: korki, białe spodenki i zieloną koszulkę. Pierwszy wyglądał, jakby wyciągnięto go z obory, drugi, jakby właśnie zszedł z boiska.
Ich wtargnięcie na oddział nie tylko oderwało od lektury trenera Gościckiego, ale też przykuło uwagę wszystkich na korytarzu. Oczekujących na przyjęcie było w sumie niewielu. Niedziele nie miały aż takich statystyk jak piątkowe i sobotnie wieczory. Mieszkańcy okolicznych wsi, miejscowości i miasteczek, za które odpowiadał szpital w Sochaczewie, spędzali niedzielne przedpołudnia raczej leniwie, przy stole i przed telewizorem. Nie licząc tych dwóch nowo przybyłych, pierwszej pomocy potrzebowało raptem siedem osób.
Mężczyzna i chłopiec, dołączając do czekających, z których większość została już opatrzona i zawinięta w bandaże, musieli należeć do mniejszości, której nie udało się przetrwać niedzieli bezkolizyjnie. Fakt, że zdecydowanie zmierzali przed siebie, świadczył nie tylko o tym, iż mieli do załatwienia pilną sprawę, ale też o tym, że nie byli tu pierwszy raz. Szli do celu szybkim krokiem. Czyli do gabinetu pierwszej pomocy, który znajdował się na końcu korytarza. Właśnie tam, skąd obserwowała ich gromadka połamańców.
Z odległości kilkunastu metrów nie sposób było dostrzec, któremu z tej osobliwej pary coś dolega. Zasadniczo obaj sprawiali wrażenie zdrowych. Na żadnym z nich nie było widać prowizorycznego opatrunku ani śladów krwi. Nie wydawali też żadnych odgłosów wskazujących na doskwierający im ból czy chociażby próbę jego stłumienia. Rozpoznawalne z każdą sekundą coraz wyraźniej rysy twarzy niewiele zdradzały. Sunęli przed siebie, trzymając się za dłonie, podczas gdy wolnymi rękami wymachiwali w tył i przód w rytm kroków. Gdyby nie miejsce, można by powiedzieć, że dumnie maszerowali.
Najwyraźniej ojciec prowadził kontuzjowanego na boisku syna do gabinetu i nie był zachwycony, że musiał dostarczyć urwisa do szpitala w niedzielę. Mógł być zły na chłopaka. Być może nie lubił, gdy ten uganiał się za piłką. Być może mały robił to w niedzielę wbrew woli ojca. Teraz miał za swoje.
Szkopuł w tym, że chłopak wcale nie wyglądał na obolałego, cierpiącego czy kontuzjowanego.
Dopiero kiedy przeszli połowę dzielącego ich od gabinetu dystansu, dało się dostrzec, że ich pozornie triumfalnemu pochodowi towarzyszył pewien zgrzyt. Podczas gdy rosły mężczyzna, jak na maszerującego człowieka przystało, wpatrywał się w odległy punkt na horyzoncie, głowa chłopca była mocno pochylona i lekko przekręcona. Czyżby miał jakiś problem z szyją? Skoro tak, to tempo, jakie forsował ojciec, oraz sposób, w jaki prowadził go do gabinetu, były dziwaczne. To nie tak należy obchodzić się z dzieckiem, które przed chwilą zrobiło coś sobie na boisku.
Cała sytuacja trwała pół minuty. Tyle obaj pokonywali długi korytarz. W tym czasie nadchodząca para przykuła spojrzenie wszystkich. Dopiero gdy chłopak i mężczyzna się zbliżyli, można było się przekonać, że to nie uraz dzieciaka jest przyczyną wizyty w szpitalu.
Oto coś nietypowego przylegało do lewego uda mężczyzny. On sam zdawał się na to coś nie zwracać uwagi. A chłopiec nieprzerwanie wpatrywał się w to miejsce. Jego wzrok był zawieszony gdzieś na wysokości lewego uda ojca. Tak więc to nie ojciec prowadził swojego syna do lekarza, ale syn towarzyszył mu w drodze na ostry dyżur.
Jeszcze kilka kroków i specyficzna dolegliwość objawiła się wszystkim w całej okazałości i drastyczności.
- Jezus Maryja! - zasyczała trzydziestokilkuletnia kobieta z usztywnionym kciukiem i zasłoniła usta, gdy lewe udo mężczyzny znalazło się jakiś metr od jej twarzy.
Nie ulegało wątpliwości, że na widok tego, co zobaczyła, złamany dwie godziny wcześniej podczas jogi kciuk przestał być problemem. Siedzący obok młody chłopak z podejrzeniem złamania szczęki, badający do tej pory nieustannie okolice swojej żuchwy, zastygł z otwartymi ustami. Pozostali, gdy obaj przybysze znaleźli się blisko, zgodnie wyłączyli funkcję oddychania.
- Dzień dobry - powiedział mężczyzna niskim i opanowanym głosem, po czym przystanął i zwrócił się do syna: - Poczekaj tutaj. To potrwa najwyżej dziesięć minut.
Następnie skierował się do gabinetu, głośno zapukał i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, wpadł do środka. Chłopiec odprowadził mężczyznę wzrokiem.
- Proszę zaczekać na zewnątrz! - dobiegł ostry kobiecy głos. - Mam pacjentkę, wywołam pana, jak tylko...
Głos załamał się, zanim zdanie zostało dokończone. Po krótkiej chwili przez lekko uchylone drzwi doszło ciche: "Chryste Panie!". Wydobyła je z siebie jakaś starsza kobieta, opatrywana w gabinecie. Zaraz potem dały się słyszeć szybkie kroki lekarki. Drzwi się zatrzasnęły.
* * *
Mały Sid siedział oparty o rozgrzany murek z czerwonej cegły. Słońce nie doskwierało mu wcale. Nie tylko dlatego, że bardzo za nim ostatnio tęsknił. Jeszcze parę minut temu przyglądał się bacznie kilkunastu włoskim chłopcom biegającym za piłką po zakurzonym ziemisto-piaskowym boisku na nieznanych mu do wczoraj przedmieściach Rzymu. Jego myśli odbijały się między dwoma biegunami. Jednym był dom, matka, bracia, szkoła, koledzy - wszystko to, co zostało gdzieś daleko. Drugim potworne więzienie, w którym spędził siedem miesięcy z ojcem. To były wspomnienia dziecka, które tęskni, ale na szczęście nie wszystko rozumie, aby musieć się przejmować. Ośmioletni Sidney próbował dojść, co wydarzyło się wieczorem poprzedniego dnia. Pamiętał, jak ojciec i inni mężczyźni zamknięci w ośrodku dla uchodźców kilka dni temu po raz pierwszy od tygodni nie podeszli do nich, swoich synów i córek, z przerzuconymi przez ogrodzenie kanapkami. Robili tak do tej pory. Od kilku tygodni codziennie wieczorem przyjeżdżały samochody z miłymi młodymi ludźmi, ubranymi na czarno, którzy przerzucali dla nich jedzenie. Głównie kanapki, czasem zawiniątka z kotletami i plackami. Ojciec Sidneya i inni mężczyźni łapali prowiant i przynosili go reszcie uchodźców. Trwało to zwykle kilka minut, zanim przybiegli strażnicy, by odgonić i młodych ludzi z zewnątrz, i ojca oraz innych od ogrodzenia. To były najmilsze momenty dnia, gdy pojawiał się ten latający i nielegalny, o czym Sidney dowiedział się od taty, catering. Nie tylko dodatkowe zdrowe jedzenie cieszyło osiemset osób z Afryki, stłoczonych w ośrodku, ale też sam fakt pojawiania się nieznajomych ludzi. Nigdy nie poznali nawet ich twarzy, gdyż tamci zawsze mieli na sobie chusty i okulary przeciwsłoneczne, a głowy zakrywali kapturami. Lecz uchodźcy ich pokochali. I strasznie byli źli, gdy widzieli, że ci muszą uciekać przed żandarmerią. Oczywiście dzieci w ośrodku, wśród nich Sidney, cieszyły się wtedy najbardziej. Dla nich ten widok był dobranocką, której w przeciwieństwie do europejskich dzieci nie znali, ale skoro już wylądowali w Europie, mieli przynajmniej taką namiastkę dzieciństwa.
Nadszedł jednak dzień, kiedy rozdzielanie złapanych kanapek wśród dzieci potrwało dłużej niż zwykle. Wtedy Sidney obraził się na swojego tatę. Za to, że wraz z innymi mężczyznami zabrał jedzenie i nie było ich tyle czasu. Wprawdzie potem wrócili i tak jak co dnia pyszne bułki posmarowane dużą ilością masła, obłożone plastrami wędlin, sera i pomidorów trafiły w ręce głodnych dzieciaków, ale jednak nie było to wcale miłe, że musieli tyle czekać.
Później, pierwszej nocy po tym smutnym wydarzeniu, Sidney usłyszał od chłopca starszego o cztery lata, że nie powinien być zły na swojego ojca, bo tata musiał pójść z wujkiem do toalety, żeby powyciągać z bagietek telefony komórkowe. Ani wtedy, ani nawet teraz, po pięciu dniach, Sidney nie rozumiał, po co ktoś miałby wkładać komórki do jego kanapki, ale nie mógł o to zapytać ojca, bo kolega kazał mu udawać, że o niczym nie wie. Jeśli Sidney by się wygadał, to kolega tak by dostał od wujka, aż by popamiętał. Więc Sidney ojca nie spytał. Ale nazajutrz kanapki, które przeleciały przez ogrodzenie - a było ich tego dnia wyjątkowo dużo - trafiły do dzieci od razu. Na dwa, trzy dni Sidney zapomniał o telefonach w bułkach.
Potem jednak znowu zaczął się złościć na tatę. Tata znikał na całe godziny. Mówił, że ma ważne spotkania z kolegami w sprawie rychłej przeprowadzki do nowego domu. Sidney pytał wtedy o nowy dom, a tata opowiadał mu, że sam go jeszcze nie widział, ale że będzie tam na pewno wielki telewizor i będą razem oglądali wszystkie mecze świata, pili dużo coca-coli i jedli najlepsze pizze. Słuchając tych opowieści, Sidney wybaczył ojcu, że ostatnio prawie w ogóle się nim nie zajmował.
Aż wreszcie przyszedł ten najdziwniejszy dzień, kiedy rano ojciec, zamiast obudzić go na śniadanie, kazał mu spać jak najdłużej, żeby był wypoczęty. Więc Sidney spał prawie do południa. Potem ojciec był bardzo zdenerwowany i nawet kilka razy nakrzyczał na Sidneya bez powodu. To samo działo się z wujkiem starszego kolegi. Wszyscy w obozie byli jacyś dziwni, trochę nawet wobec siebie niemili. Aż znowu jakoś na godzinę czy dwie przed codzienną wieczorną porą przybycia fruwających kanapek dorośli zaczęli być dla siebie bardzo mili. I zrobiło się bardzo cicho. Ojciec Sidneya nie miał tym razem żadnych spotkań i spędzał z nim cały wieczór. Trochę grali w karty, trochę się bawili, trochę się śmiali, trochę rozmawiali o piłkarzach, których tak dawno już nie widzieli, trochę o tym, że jak tylko stąd wyjdą, to ojciec zapisze Sidneya ponownie do klubu, ale większego niż ten, w którym grał do tej pory, tego na przedmieściach Lomé w Togo.
Potem zrobiło się trochę smutno i jakby nerwowo, bo fruwające kanapki się nie zjawiały. Nie przybyły jak zwykle na krótko przed zachodem słońca. Nie przybyły, gdy słońce zachodziło. I nie przybyły, kiedy zrobiło się ciemno. Najmłodsze dzieci zaczęły płakać. Ojciec Sidneya nieco spoważniał, ale nie był zły, był spokojny. Wytłumaczył chłopcu, że na pewno na drodze jest duży ruch i że nieznajomi przyjaciele się spóźniają. Zrobiło się już bardzo ciemno i małe dzieci przestały już nawet płakać. Ojciec i inni mężczyźni wyciągnęli wtedy, nie wiadomo skąd, dużo placków i wszystkim je rozdali. Około trzystu osób zaczęło jeść tę wyjątkowo późną kolację, którą Sidney też bardzo dobrze zapamiętał. Dorośli jedli w milczeniu. Prawie nikt nic nie mówił. Starsze dzieci, zaskoczone atrakcją, szalały i dokazywały.
I wtedy zdarzyło się coś, czego Sidney zupełnie się nie spodziewał. Nagle nadjechali przyjaciele z kanapkami. Bardzo późno. I było ich bardzo wielu. Nie sześć, osiem osób w dwóch samochodach, jak każdego dnia, ale bardzo dużo aut, może dwadzieścia, i jeszcze więcej ludzi w chustach i kapturach. I tata Sindeya, i inni mężczyźni nie wyszli im tego dnia na spotkanie. A tamci nie przerzucili żadnych kanapek, tylko od razu zaczęli coś majstrować przy ogrodzeniu. I zrobili w nim bardzo szybko bardzo dużo dziur. I nagle ojciec Sidneya kazał mu wstać, złapał go za rękę i kazał biec ze sobą jak najszybciej. I wszyscy zaczęli biec w tym samym kierunku. I zaczęli przechodzić przez dziury. I zaczęło podjeżdżać jeszcze więcej samochodów. A strażnicy zaczęli strasznie krzyczeć i łapali ludzi. I ludzie się z nimi bili. I przyjaciele od kanapek też się zaczęli bić ze strażnikami. I była masa krzyku i zamieszania. Ale Sidney nie mógł dużo zobaczyć, bo ojciec wrzucił go do samochodu. I do samochodu wskoczyło jeszcze sześć osób. I samochód szybko odjechał. I było bardzo ciasno. I za kierownicą siedziała jakaś pani w chuście na twarzy. I spytała Sidneya po francusku, czy mu jest wygodnie. Sidney odpowiedział, że nie, bo jest mu ciasno, zgubił buta, a jego tata siedzi z przodu, a on z tyłu. I wszyscy zaczęli się śmiać. I potem długo jechali autem i prawie nikt nic nie mówił. Aż gdzieś dojechali i musieli szybko wysiadać. I wbiegli do jakiegoś domu i do jakiegoś mieszkania. I tam w pokoju czekali na nich jacyś starsi biali ludzie, chyba rodzice tej pani, co ich przywiozła, i dali im ciepłą zupę, i Sidney pił całą noc colę i oglądał w telewizji powtórkę jakiegoś meczu drużyn, których nie znał. Aż w końcu zasnął.
- Ehi, vuoi giocare con noi? - usłyszał nagle po włosku od jednego z grających na ziemnym boisku chłopców.
Było to ponowne zaproszenie do gry, którego słów nie miał wprawdzie szans zrozumieć, ale to, co usłyszał, wystarczyło, żeby wyrwać go z zamyślenia. Włoscy chłopcy wstrzymali grę. Stali teraz wszyscy i patrzyli w jego stronę, a dwóch czy trzech skinęło zapraszająco ręką. Chcieli, żeby się do nich przyłączył. Nie zrobił tego dwadzieścia minut wcześniej, kiedy zaczynali grać, bo nie chciał, żeby go znielubili. Wiedział, że prawdopodobnie, nawet jeśli to dobrzy piłkarze, gra od nich dwa razy lepiej. Był najlepszy w swoim klubie. Był lepszy od trzy, cztery lata starszych kolegów. Wszyscy mówili, że dotrze kiedyś do reprezentacji Togo. Na razie jednak musiał z niego uciec do jakiegoś obcego kraju, w którym zamknięto go w jakimś więzieniu bez boiska i piłki.
Chłopiec, który go teraz jako pierwszy ponownie zaprosił do gry, przyprowadził go tu pół godziny wcześniej. Miał tak jak on osiem lat i był młodszym bratem pani, która wywiozła go razem z ojcem autem z obozu dla uchodźców. Cały dzień Sidney siedział w domu, ale przed zachodem słońca wyszli na chwilę pograć w piłkę. Ojciec pozwolił mu iść z nowym kolegą, powiedział, że może czuć się bezpiecznie i że będzie tuż obok. Sidney co prawda go nie widział, ale skoro tata tak mówił, to na pewno gdzieś był i patrzył. A jeżeli tak, to musiał teraz w końcu spróbować i pokazać mu, że świetnie nauczył go grać w piłkę. Sidney wstał i wszedł na boisko. Za pięć minut szesnastu włoskich chłopców albo go znienawidzi, albo zacznie go podziwiać.
* * *
Gdy ojciec zniknął w gabinecie lekarskim, chłopiec rozejrzał się dookoła i usiadł w poczekalni na jednym z wolnych krzeseł. Wszystkie znajdujące się tam osoby wpatrywały się teraz w niego.
- To twój tata? - zapytała jedna z kobiet.
- Tak, psze pani. I to była prawdziwa walka, psze pani! - odpowiedział szybko chłopiec bardzo zaaferowanym głosem, takim, jakim dzieci zwykle opowiadają te wszystkie niesamowite historie.
Następnie przyjrzał się swoimi bystrymi oczami znajdującym się wokół osobom. Wyglądało na to, że nikt z obecnych nie podzielał jego entuzjazmu.
- Walczyliśmy z całych sił! - dodał, czując się niezrozumiany.
- To straszne... - skomentowała kobieta z usztywnionym kciukiem, która jako pierwsza zwróciła uwagę na nowo przybyłego pacjenta i która do tej pory zakrywała dłonią usta.
W tym momencie drzwi gabinetu uchyliły się i wyszła z nich starsza pani w rozsznurowanych butach, dopinająca bluzkę. Najwyraźniej poproszono ją o pospieszne opuszczenie gabinetu. Była blada i ciężko dyszała. Wyglądała zdecydowanie gorzej niż parę minut wcześniej, gdy wchodziła do środka. Osunęła się na krzesło stojące zaraz obok drzwi gabinetu. Powiodła lekko nieprzytomnym wzrokiem po obecnych. Nie była jednak w stanie wydusić z siebie ani słowa. Z pomocą przyszedł jej szpakowaty mężczyzna, mówiąc to, co od dobrej chwili chcieli powiedzieć wszyscy obecni.
- Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby aż tak się cholerstwo uczepiło. Gdzie to się stało, chłopcze?
- U nas w zagrodzie, psze pana.
- Tu, w Sochaczewie?
- Nie, w Nieborowie.
- W Nieborowie?! - zapytał mężczyzna z niedowierzaniem. - Twój ojciec przejechał czterdzieści kilometrów autem ze zwisającym z uda szczurem?!
- Czterdzieści osiem kilometrów, psze pana! I nie samochodem, psze pana. Pociągiem jechaliśmy - odpowiedział dumnie chłopak. - Samochód tata oddał w piątek do naprawy. Poszliśmy na pociąg, bo mama zabroniła tacie samemu wycinać szczura nożem. A ja i mój brat nie mieliśmy siły, żeby go wyszarpnąć, tak się wgryzł tacie w mięsień. Szarpaliśmy z całych sił...
W tym momencie młodsza kobieta zerwała się z miejsca i pobiegła w stronę łazienki, ciągle zasłaniając usta zdrową ręką. Szpakowaty mężczyzna lekko się uśmiechnął. Mały był faktycznie człowieczkiem z żelaza.
- ...to była prawdziwa walka, psze pana! Walczyliśmy z całych sił! - dokończył chłopak z niemalejącym entuzjazmem.
- Dzielny z ciebie chłopak. Jak masz na imię? - zapytał go szpakowaty mężczyzna, aby choć na chwilę zmienić temat rozmowy.
- Marcel, Marcel Poziomka. A pan? - skontrował rezolutny Marcel.
- No właśnie... mam na imię Wojtek. Mów mi panie Wojtku. Też mam sprawę do pani doktor, ale raczej nie tak pilną jak twój tata. - Mówiąc to, uśmiechnął się ponownie, po czym rozejrzał dokoła siebie. Oblicza pozostałych pacjentów powoli nabierały naturalnej barwy, którą straciły przed chwilą, gdy minął ich mężczyzna ze szczurem wgryzionym w udo. Brakowało tylko kobiety, która wybiegła do łazienki, żeby przypadkiem nie pobrudzić szpitalnej posadzki.
- Jak doszło do tego, że twój tata przewiózł pociągiem takiego nietypowego pasażera na gapę? - zwrócił się ponownie do chłopca.
- Tata już taki jest. Powiedział, że nie będzie kupował biletów. Zresztą tata mówi, że po tych podwyżkach i tak nie będzie już kupował biletów, mówi, że ma już to w dupie, psze pana. Więc wszyscy jechaliśmy na gapę. Tata, ja i szczur. A jak przyszedł kontroler, to tata tylko pokazał palcem na szczura i powiedział: "misja specjalna". I jeszcze zapytał kontrolera, czy chce dyskutować.
- Pewnie nie chciał, prawda?
- Nie chciał, psze pana! - niemal krzyknął Marcel.
- A skąd się wziął ten szczur na nodze twojego taty?
Mały Marcel tego nie zauważył, ale wszyscy obecni wstrzymali oddech. W głębi korytarza zaskrzypiały drzwi łazienki i wyszła z niej kobieta z usztywnionym kciukiem, która pechowo musiała jeszcze czekać na wyniki prześwietlenia. Tymczasem Marcel nie dał się długo namawiać do przedstawienia wydarzeń ostatnich dwóch godzin swojego życia.
- Tata powiedział, że po obiedzie posprzątamy starą komórkę na narzędzia. Graliśmy z bratem akurat w piłkę, jak nas zawołał. W komórce był, psze pana, wielki nieporządek. Tata odsunął stare łóżko i znalazł za nim gniazdo szczurów. Gdy do nich podszedł, zaczęły wyłazić. Coraz więcej i więcej. Tata kazał nam wziąć szpadle i zamknął komórkę. Żeby nie rozleciały się po całym gospodarstwie, psze pana! I zaczęliśmy polowanie. Prawdziwa wojna ze szczurami... zabijaliśmy jednego po drugim. Tata najwięcej. Aż tata zagonił tego wielkiego w sam róg komórki. Ja stałem zaraz za tatą, bo chciałem zobaczyć, jak go załatwi. Sam się go bardzo bałem. Ale tata się niczego nie boi, psze pana. Tata zamachnął się szpadlem, szczur stanął na tylnych łapach. I zapiszczał. Tak głośno, że wyrzuciłem szpadel i uszy zatkałem... o tak. - Marcel pokazał zgromadzonym, jak zasłonił dłońmi uszy.
Nastąpiła krótka chwila grozy. Chłopiec nieświadomie zbudował napięcie jak w klasycznym thrillerze.
- I wtedy szczur skoczył na tatę! - dokończył nagle, wykrzykując kolejne słowa. - Prosto na nogę! I ugryzł! Ugryzł tatę w samo udo!
Kobieta z usztywnionym kciukiem, która minutę wcześniej wróciła z łazienki i ledwie zdążyła przysiąść, musiała mieć chyba bujną wyobraźnię. Zerwała się ponownie z miejsca i udała się tam, skąd przed chwilą wróciła. Chłopiec odprowadził ją przez chwilę wzrokiem, po czym, mocno podekscytowany, z szeroko otwartymi oczami i wymachując rękoma, kontynuował swoją opowieść.
- Tata krzyknął głośno coś bardzo brzydkiego i zaczął walić w szczura pięściami. Ale ten dalej wisiał na jego nodze. I dalej się ruszał. Wisiał i ruszał się. Tata powiedział, że mam uderzyć w szczura szpadlem. Ja się bardzo bałem, że nie trafię i uderzę zamiast w szczura, to w tatę. Ale tata na mnie krzyknął i kazał, żebym uderzał. Uderzyłem. Trafiłem tatę w kolano, a nie w szczura. Ale nawet na mnie nie nakrzyczał. Oskar zabrał mi szpadel i trafił w szczura. Trzy razy, psze pana. I wreszcie szczur przestał się ruszać. Ale nie odpadł. Wisiał dalej. Wbił się zębami w udo taty. Potem przyleciała mama i narobiła krzyku. Tata kazał jej być cicho i wyparzyć nóż, żeby wyciąć szczura z nogi. Ale mama powiedziała, że nie chce o tym słyszeć i że wezwie karetkę. Tata powiedział, że w niedzielę to szybciej dojedzie do szpitala pociągiem, niż karetka przyjedzie do domu. Poprosił mojego brata, żeby założył rękawice, złapał za szczura i wyrwał go tacie z nogi. Brat przyniósł z domu rękawice bramkarskie... bo mój brat jest bramkarzem, psze pana. I od razu złapał za szczura. Mama krzyczała, że mają przestać, ale tata kazał jej nie przeszkadzać i mama wybiegła dzwonić po karetkę. A Oskar wyrywał szczura. Z całych sił! Ale to była walka, psze pana. Szczur się już nie ruszał, ale wyrwać się go nie dało. Tata mówił mojemu bratu, że zaraz da radę, to Oskar szarpał dalej, aż przyszła mama i powiedziała, że zaraz wyślą karetkę i przyjedzie za czterdzieści minut, i zabierze tatę do szpitala w Sochaczewie. Tata się wtedy bardzo zdenerwował, powiedział, że to nie ma sensu, że szybciej on sam dojedzie do szpitala pociągiem, i poszedł do domu sprawdzić, o której jest pociąg. Mama też chciała jechać, ale tata nie chciał. Więc mama kazała mi wtedy jechać z tatą. A ja i tak bym pojechał, bo chciałem koniecznie zobaczyć, jak będą tacie wycinali szczura z nogi. Bo jeszcze nigdy nie widziałem, psze pana. Ale tata powiedział mi w pociągu, że nie będę mógł zobaczyć. Ale że mi wszystko opowie, jak będzie po wszystkim... A jeszcze, psze pana, taka rzecz się stała, jak mój brat szarpał szczura, to...
- Dziecko! Proszę cię. Starczy już - powiedziała słabym głosem starsza pani, która przed chwilą musiała opuścić gabinet.
Szpakowaty mężczyzna imieniem Wojtek dopiero teraz oderwał wzrok od chłopca i zorientował się, że twarze obecnych ponownie poszarzały.
- No tak... - mruknął jakby do siebie.
Postanowił, że skoro reszta tak słabo znosi szczegóły tej pasjonującej historii, to musi błyskawicznie zmienić temat, bo chłopiec miał wyraźną ochotę ciągnąć swoją opowieść.
- Grasz w piłkę, Marcel, co? - zapytał chłopca.
- Tak, całymi dniami, psze pana.
- Na jakiej pozycji? - zapytał nieco ironicznie, zdając sobie sprawę, że chłopcy w jego wieku, kopiący piłkę za zagrodą w gospodarstwie, nie mają jeszcze swoich pozycji. A jeśli mają, to grają albo w obronie, albo w ataku.
- Mój brat ustawia mnie na pozycji wycofanego napastnika. Tak jakby rozgrywającego, psze pana, ale napastnika. Oskar mówi, że tak za dziesięć lat będą grali najlepsi ofensywni piłkarze i jeśli chcę być najlepszy, to muszę już dziś wykonywać te zadania... właśnie tak mówi Oskar. Mój brat, psze pana, mówi, że mam grać jako libero. Ale nie taki obronny libero, tylko libero w ataku. Libero sam robiący sobie miejsce na boisku, psze pana. Jak gram jako libero, to sam przejmuję piłkę w strefie obronnej przeciwnika i rozprowadzam wysuniętego napastnika albo sam wykańczam akcje. Oskar mówi, że mam grać poza formacją ataku, ale też nie w drugiej linii. Mam zmieniać pozycje. A jak będę duży i będę grał w dużej drużynie, to Oskar mówi, że będę dostawał jeszcze dodatkowe zadania taktyczne od trenera, bo ofensywny libero to będzie, psze pana, taki dżoker w talii trenerów, od zadań specjalnych, i nikt nie będzie wiedział, co ten libero zagra w kolejnym meczu.
Mężczyzna spojrzał zaskoczony na chłopaka. Jego najlepsi trzecioligowi zawodnicy nie zawsze rozumieli różnicę między zadaniami, jakie miał napastnik cofnięty, wysunięty do przodu, ofensywny rozgrywający czy dochodzący pomocnik. O ofensywnie grającym libero nawet on sam jeszcze nie słyszał. Tym bardziej dla tego młodego chłopca powinna być to czarna magia. Tymczasem mały mówił tak, jakby miał to już przeanalizowane w różnych wariantach. Musiał przyznać, że zaciekawiła go teoria cofniętych, luźno chodzących napastników jako domniemanej wunderwaffe zbliżającej się futbolowej dekady. Teoria ta brzmiała wprawdzie obco, ale intrygująco. Futbol na przełomie wieków rozwijał się bardzo dynamicznie. Niewyobrażalne dziś rozwiązania za kilka lat mogą się stać nowym kanonem. Chłopak na pewno nie był przeciętnym, niedzielnym, wiejskim piłkarzykiem. Jego nieobecny brat, który jakąś godzinę temu ubił szpadlem szczura na udzie własnego ojca, najwyraźniej też nie.
- To dobrze, że sam czujesz, gdzie jest twoje miejsce na boisku - odpowiedział malcowi. - Masz jeszcze trochę czasu, zanim będziesz się musiał podporządkować taktycznym wymaganiom trenerów i drużyny. Używaj wyobraźni. Idź za swoją intuicją, chłopcze.
Tym razem to mały Marcel spojrzał bacznie na pana Wojtka. Nie do końca rozumiał, co nieznajomy miał na myśli. Ale pan Wojtek musiał znać się trochę na piłce, skoro opowiadał mu takie rzeczy. Na pewno nie tak dobrze jak jego starszy brat, ale mimo wszystko całkiem nieźle.
Mały miał coś właśnie powiedzieć, gdy otworzyły się drzwi gabinetu i wyszedł z niego jego ojciec. Oczy wszystkich obecnych skierowały się na jego udo. Wszystkich poza kobietą z usztywnionym palcem, która zasłoniła oczy dłońmi, odwracając głowę. Niepotrzebnie jednak. Z uda ojca Marcela nic już nie zwisało.
Mężczyzna przeprosił starszą kobietę, która ustąpiła mu miejsca w gabinecie. Powiedział jej, że pani doktor jest już gotowa się nią zająć. Starsza pani uśmiechnęła się, ale w drzwiach spojrzała niepewnie w głąb gabinetu, jakby obawiała się, że gdzieś pod ścianą może leżeć szczur z kawałkiem ludzkiego mięśnia w zębach. Po chwili zniknęła w środku.
Chłopiec na widok ojca podskoczył i dotykając jego uda, krzyknął:
- Tato, tato, co z nim zrobiliście?! Opowiadaj!
Ojciec nie zdążył powiedzieć ani słowa, gdy kobieta z usztywnionym palcem po raz trzeci ruszyła pędem w stronę toalety. Tym razem prawdopodobnie już tylko profilaktycznie.
- Opowiem ci w pociągu, mały - zareagował przytomnie ojciec. - Zuch z ciebie, że na mnie poczekałeś. Nie naprzykrzałeś się państwu?
- Ależ skąd - odpowiedział za Marcela szpakowaty mężczyzna. - Pana syn to naprawdę dzielny chłopak. Na pewno wszyscy go zapamiętamy, nie mniej niż pana i pańskiego pasażera na gapę. Mały zdążył nam opowiedzieć w szczegółach, co się panu przydarzyło. Ale też o swoim zamiłowaniu do futbolu.
- Tato, to jest pan Wojtek! - zawołał Marcel. - Pan Wojtek zna się na piłce prawie tak jak Oskar!
- Miło pana poznać, moje nazwisko Marian Poziomka. To mój młodszy syn, Marcel.
- Wojciech Gościcki, bardzo mi miło.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.
- Rośnie panu mały prawy skrzydłowy, co? - zapytał Gościcki.
- Jeszcze jak. Obaj moi synowie są opętani piłką. Ten tu już dziś zawstydza szesnastolatków na boisku.
Gościcki po raz kolejny spojrzał na małego Marcela z nieukrywanym podziwem. Pomyślał, że miałby ochotę to zobaczyć.
- Starszy też gra, ale chociaż warunki fizyczne ma świetne nie tylko do futbolu, ale też pewnie i do rugby, to najlepiej zna się na piłce. Już dziś tym, co wie, niejednego dziennikarza sportowego by zagiął. Tylko patrzeć, jak mi ich wielki świat zabierze. Muszę się nimi jeszcze te kilka lat nacieszyć, bo potem to już chyba będę ich widział tylko w telewizorze.
Mężczyzna, któremu przed chwilą wycięto z uda szczura, nie sprawiał wrażenia takiego, co to potrzebuje się dowartościować, wyolbrzymiając zdolności swoich synów. Jeżeli więc naprawdę byli aż tak bardzo utalentowani, to błędem byłoby się nimi nie zainteresować, pomyślał Gościcki.
- Wie pan co? Nie wiem, czy to najlepszy moment, i nie chcę też wbrew pana woli odciągać pana pociechy w stronę wielkiego świata, ale z drugiej strony nigdy nie wiadomo, czy taka sposobność się jeszcze nadarzy. Otóż jestem trenerem piłkarskim. Trenuję tu, w Sochaczewie, kilka drużyn. Zarówno seniorów, jak i młodzież. Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, to może przywiózłby pan któregoś dnia swoich synów do nas. Oto mój numer telefonu, serdecznie zapraszam.
Gościcki podał swoją wizytówkę. Małemu Marcelowi, który przysłuchiwał się rozmowie i przyglądał opatrunkowi na ojcowskiej nodze, nagle zaświeciły się oczy i odwrócił głowę w stronę Gościckiego.
- Będę mógł grać na pozycji libero, psze pana?
- Myślę, że tak, chłopcze - odpowiedział Gościcki, wyobrażając już sobie minę swojego drugiego trenera, gdy mu powie, że znalazł na pozycję libero sześciolatka.
Po tych słowach ojciec i syn pożegnali się z nowo poznanym trenerem i resztą osób, po czym długim korytarzem ruszyli w stronę wyjścia. Szli, trzymając się za ręce, a mały wpatrywał się w zabandażowane miejsce na nodze ojca. Gdy dochodzili do końca korytarza, naprzeciwko pojawiła się bardzo blada kobieta z usztywnionym palcem. Nie miała odwagi spojrzeć na nogę mężczyzny. To było ponad jej siły. Jej wzrok natrafił natomiast na plastikowy worek, który starszy Poziomka trzymał w ręce. Worek, którego nie miał przy sobie, kiedy przybyli do szpitala. Zresztą najwyraźniej niewiele się w nim znajdowało. Jedynie jakieś dosyć ciężkie zawiniątko na samym dnie. Kobieta oparła się o ścianę. W tym samym momencie ojciec z synem opuścili oddział. Nie zauważyli już tego, że ktoś za ich plecami osunął się bezwładnie na podłogę.
Był piękny słoneczny dzień. Miasto było puste i spokojne. Mężczyzna nabrał głęboko powietrza i spojrzał na zegarek. Następnie dziarsko zarzucił plastikowy worek na plecy i pociągnął syna w stronę dworca. Ruszyli luźnym krokiem, żywo o czymś rozmawiając. Chłopak był ogromnie szczęśliwy z niedzielnego wyjazdu do szpitala. Miał tyle do opowiedzenia bratu. Oskar nie uwierzy, kogo poznał w szpitalu, gdy ojcu wycinali z nogi szczura.