Pressing - Rafał Lipski

-
Proszę czekać

Spis tre­ści

Pierw­szy kon­takt

Obóz przej­ścio­wy w Rzy­mie

Por­no­gra­fii na­gie praw­dy

Ro­man­tycz­ny jak pol­ski fut­bol

Fa­cet bez Dło­ni

W po­go­ni za pę­che­rzem ob­szy­tym skó­rą

Je kif­fe cet­te chan­son!

Prze­wrot­ka

Anioł stróż uwią­za­ny na smy­czy

Test na ho­mo­sek­su­al­ność

Fut­bol to mę­ski, bar­dzo kon­tu­zjo­gen­ny sport

Me­cha­nicz­na po­ma­rań­cza

Ofer­ta nie do od­rzu­ce­nia

Nu­me­rek ży­cia

Umo­wa

Tak gra w pił­kę praw­dzi­wy Po­lak

Pierw­szy kon­takt

To bę­dzie au­ten­tycz­na hi­sto­ria. Wy­grze­bał ją, pe­ne­tru­jąc dzie­je fut­bo­lu, mój ulu­bio­ny au­tor, Edu­ar­do Ga­le­ano. To jed­na z naj­bar­dziej za­cie­kłych i dra­ma­tycz­nych fut­bo­lo­wych po­ty­czek w hi­sto­rii tego i tak prze­cież do­syć wy­bu­cho­we­go spor­tu. Wy­da­rzy­ła się pod­czas mi­strzostw świa­ta w 1934 roku w Rzy­mie. Cała im­pre­za była jed­nym wiel­kim pro­pa­gan­do­wym przed­sta­wie­niem Mus­so­li­nie­go. Il Duce ob­ser­wo­wał wszyst­kie me­cze ze swo­jej loży bacz­nym okiem. Na sta­dio­nie wy­peł­nio­nym po brze­gi przez fa­szy­stow­skich bo­jów­ka­rzy Wło­si ro­ze­gra­li trwa­ją­cy 210 mi­nut (!!!) mecz z od­po­wied­nio an­ty­fa­szy­stow­sko uspo­so­bio­ną re­pre­zen­ta­cją Hisz­pa­nii. Mecz miał cha­rak­ter bi­twy. Co­kol­wiek to było, do­bie­gło koń­ca do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia po tym, gdy wie­lu gra­czy do­zna­ło po­waż­nych kon­tu­zji i nie mo­gło kon­ty­nu­ować spo­tka­nia w dniu jego roz­po­czę­cia. Hisz­pa­nie koń­czy­li bez sied­miu gra­czy z pod­sta­wo­we­go skła­du, m.in. bez swo­je­go ge­nial­ne­go bram­ka­rza Za­mo­ry, i osta­tecz­nie mecz prze­gra­li.

Kil­ka dni póź­niej na sta­dio­nie Na­ro­do­wej Par­tii Fa­szy­stow­skiej Wło­si po­ko­na­li w fi­na­le Cze­cho­sło­wa­cję. Eu­ro­pej­ski fa­szyzm zdo­mi­no­wał wów­czas ko­lej­ny istot­ny ob­szar spo­łecz­ny. Był nim fut­bol. Do dziś za­sta­na­wiam się, czy dru­ży­na Hisz­pa­nii po­win­na była do tego tur­nie­ju w ogó­le przy­stą­pić, czy ra­czej pójść śla­dem Uru­gwa­ju i go zboj­ko­to­wać. Wie­my do­sko­na­le, że z fa­szy­sta­mi nie pro­wa­dzi się dia­lo­gu, bo to ich tyl­ko le­gi­ty­mi­zu­je jako nurt spo­łecz­ny upraw­nio­ny do udzia­łu w de­ba­tach do­ty­czą­cych przy­szło­ści spo­łe­czeń­stwa. Czyż wspól­ne ko­pa­nie pił­ki z re­pre­zen­ta­cją fa­szy­stow­skie­go kra­ju, na­wet ta­kie, w któ­rym pę­ka­ją ko­ści i ist­nie­je szan­sa na wy­eli­mi­no­wa­nie tej dru­ży­ny z roz­gry­wek, nie jest for­mą le­gi­ty­mi­za­cji?

Na fut­bo­lu spo­czy­wa od­po­wie­dzial­ność. Cza­sem więk­sza, niż nam się wy­da­je.

wpis w blo­gu

Szczy­glak za­ło­żył jed­ną nogę na dru­gą i w tej po­zy­cji wa­ro­wał przy swo­im biur­ku już od dwu­dzie­stu mi­nut. Z ro­sną­cym znie­cier­pli­wie­niem ob­ser­wo­wał ekran, od­świe­ża­jąc ob­raz co pół mi­nu­ty, a do­kład­niej za każ­dym ra­zem gdy po­ja­wia­ły się na nim uspo­ka­ja­ją­ce ob­raz­ki z dna oce­anu. Każ­de włą­cze­nie się wy­ga­sza­cza ekra­nu jesz­cze bar­dziej pod­no­si­ło Szczy­gla­ko­wi ci­śnie­nie, któ­re po­wo­li zbli­ża­ło się do po­zio­mu ci­śnie­nia pa­nu­ją­ce­go na dnie Oce­anu Spo­koj­ne­go. Spo­kój był jed­nak to­wa­rem de­fi­cy­to­wym. Szczy­glak w pra­wej ręce trzy­mał dłu­go­pis i stu­kał nim ryt­micz­nie w ko­la­no. Po­tem za­czy­nał bęb­nić pal­ca­mi le­wej dło­ni w blat. I tak na zmia­nę. W tle le­cia­ła ci­cha mu­zy­ka z ra­dia. W po­ko­ju było ciem­no. Je­dy­ny­mi źró­dła­mi świa­tła były kom­pu­ter oraz sto­ją­ca na biur­ku lamp­ka. W ca­łym po­miesz­cze­niu nie­po­dziel­ną wła­dzę spra­wo­wał pa­pier. Luź­ne kart­ki, no­tat­ki, ze­szy­ty, książ­ki, ga­ze­ty, cza­so­pi­sma, fol­de­ry, ka­len­da­rzy­ki, od­bit­ki zdjęć, wy­cin­ki z ga­zet, ko­la­że... Pa­pie­ro­wy świat dzien­ni­ka­rza śled­cze­go, któ­ry po­dej­mo­wał ak­tu­al­ne te­ma­ty, sta­ro­świec­ko tkwiąc wśród kar­te­lu­szek.

Bla­dą twarz Szczy­gla­ka oświe­tlał ekran. Pa­nu­ją­cy w po­wie­trzu za­pach by­naj­mniej nie przy­po­mi­nał za­pa­chu far­by dru­kar­skiej czy pa­pie­ru. Był to ra­czej za­pach za­tę­chłe­go po­wie­trza zna­ny z po­miesz­czeń, w któ­rych prze­by­wa­li męż­czyź­ni in­ten­syw­nie pra­cu­ją­cy na kom­pu­te­rze. Po­łą­cze­nie fa­cet, kom­pu­ter, in­ten­syw­na pra­ca wy­twa­rza spe­cy­ficz­ny odór. W ga­bi­ne­cie Szczy­gla­ka za­pach ten moc­no wgryzł się w ta­pe­tę.

Dzien­ni­karz raz jesz­cze wci­snął kla­wisz F5, klnąc pod no­sem. W ra­diu za­po­wie­dzia­no ko­lej­ny utwór. Na HBO z hu­kiem wszedł w tym ty­go­dniu czwar­ty se­zon se­ria­lu o Amy Wi­ne­ho­use, więc z tej oka­zji wszyst­kie sta­cje ka­to­wa­ły jej pio­sen­ki. Jed­nak­że Szczy­glak był tego wie­czo­ru od­por­ny na wszel­kie bodź­ce, któ­re nie wy­do­by­wa­ły się z ekra­nu. W ra­diu mo­gli­by te­raz ogło­sić alarm prze­ciw­lot­ni­czy, a dzien­ni­karz nie ode­rwał­by się od kom­pu­te­ra, go­to­wy w każ­dej chwi­li rzu­cić się na kla­wia­tu­rę. Wszyst­kie jego zmy­sły sku­pio­ne były na okien­ku cza­tu, z któ­re­go od dwu­dzie­stu mi­nut nie otrzy­mał zna­ku ży­cia. Cier­pli­wość Szczy­gla­ka była już na wy­czer­pa­niu.

Po ko­lej­nym od­świe­że­niu ode­rwał się wresz­cie od ekra­nu. Obo­jęt­nie zlu­stro­wał bur­del na swo­im biur­ku. Nie od­czu­wał żad­nych emo­cji w sto­sun­ku do cha­osu, w ja­kim pra­co­wał. Za­trzy­mał wzrok na le­żą­cej na wierz­chu ga­ze­cie. Miał ją już w rę­kach przy po­ran­nej ka­wie. A ra­czej trzech ka­wach. Kon­ku­ren­cyj­ny ty­tuł wy­wo­łał w nim emo­cje.

Na pierw­szej stro­nie uśmie­cha­ły się do nie­go te cho­ler­ne ko­bie­ty. Przy­by­wa­ły tu już od mie­się­cy, choć we­dług tego, co usta­lił w swo­im nie­ofi­cjal­nym do­cho­dze­niu, wszyst­ko za­czę­ło się la­tem 2015 roku, a więc nie­ca­ły rok temu. Naj­now­sze osza­co­wa­nia mó­wi­ły, że w kra­ju jest ich już po­nad dzie­sięć ty­się­cy. W więk­szo­ści mło­de i zdro­we. Na­wet je­śli na fo­to­gra­fii wy­glą­da­ły na zmę­czo­ne, to ema­no­wa­ła z nich ja­kaś ta­jem­ni­cza ener­gia. Tak­że na tym zdję­ciu. Trzy ko­bie­ty w wie­ku mię­dzy dwa­dzie­ścia je­den a trzy­dzie­ści lat, zła­pa­ne przez fo­to­re­por­te­ra na war­szaw­skiej uli­cy, po­dob­no w dniu ich do­tar­cia do Pol­ski, spo­glą­da­ły z dumą w obiek­tyw. Szczy­gla­ka naj­bar­dziej ma­gne­ty­zo­wa­ła ta sto­ją­ca po­środ­ku. Mia­ła w so­bie naj­wię­cej ta­jem­ni­czej god­no­ści i we­wnętrz­ne­go spo­ko­ju. Ale w tej szcze­gól­nej dziew­czy­nie Szczy­glak do­strze­gał coś jesz­cze: sek­su­al­ną dzi­kość. Albo chciał ją do­strze­gać. Chciał doj­rzeć coś, co bu­dzi­ło w nim po­żą­da­nie, strach i nie­na­wiść jed­no­cze­śnie. Po­zor­na dziew­czę­ca de­li­kat­ność, pod któ­rej ma­ską spo­dzie­wał się zde­cy­do­wa­nia, a może wręcz i bru­tal­no­ści, wzbu­dza­ła nie­po­kój. Tym bar­dziej za­mie­rzał spo­tkać tę ko­bie­tę. Na­głó­wek nad zdję­ciem krzy­czał: "Ko­lej­na gru­pa zi­den­ty­fi­ko­wa­na w War­sza­wie!", a pod­ty­tu­ły bru­kow­ca dar­ły się: "Czy to już is­la­mi­stycz­ny po­top?!" oraz: "Czy ktoś ma to jesz­cze pod kon­tro­lą?!".

Na ekra­nie nic się nie dzia­ło. Na­gle Szczy­glak uświa­do­mił so­bie, że za­raz po roz­mo­wie, na któ­rą wciąż cze­kał, miał za­dzwo­nić do na­czel­ne­go z sen­sa­cyj­ną no­wi­ną. Sko­ro jed­nak in­for­ma­tor cią­gle mil­czał, stwier­dził, że może to zro­bić te­raz, za­nim na­czel­ny do­wie się o tym z in­ne­go źró­dła. Szczy­glak pod­jął bły­ska­wicz­ną de­cy­zję. Może zdą­ży, naj­wy­żej się roz­łą­czy i prze­rzu­ci na czat.

Na­czel­ny do­syć dłu­go nie od­bie­rał.

- Tak, słu­cham - usły­szał wresz­cie Szczy­glak su­che po­wi­ta­nie.

- To ja, sze­fie. Prze­nie­śli! Na­praw­dę prze­nie­śli! - za­wo­łał pod­eks­cy­to­wa­ny.

- Cze­kaj, o czym ty ga­dasz, Szczy­glak? - pa­dło rze­czo­we py­ta­nie.

- Pod­ję­li de­cy­zję o prze­nie­sie­niu mi­strzostw. Ofi­cjal­nie ogło­szą ją do­pie­ro ju­tro rano na kon­fe­ren­cji pra­so­wej, ale my już to mamy! Mo­że­my z tym wy­wa­lić o szó­stej rano!

- Ach, tak, że mi­strzo­stwa. - Na­czel­ny brzmiał, jak­by był za­spa­ny albo znu­dzo­ny. - No tak. Wiem to już od trzech dni. Parę dni temu dzwo­nił zna­jo­my z Ge­ne­wy. De­cy­zja za­pa­dła jesz­cze przed de­ba­ta­mi. Te­mat moc­ny, ale prze­cież wszy­scy się spo­dzie­wa­li. Od­da­łem go wczo­raj jed­ne­mu z mło­dych. Zro­bi z tego okła­dów­kę, niech się wy­ra­bia chło­pak. Ty się nie pod­nie­caj i rób swo­je. Masz bar­dziej am­bit­ne te­ma­ty na biur­ku.

W rze­czy sa­mej, te­ma­ty były cie­ka­we i dużo bar­dziej zło­żo­ne. A mimo to Szczy­glak my­ślał, że za­sko­czy na­czel­ne­go i przy oka­zji mach­nie ko­lej­ną okła­dów­kę. A tu klops, do­stał to ja­kiś żół­to­dziób. Chciał jesz­cze do­py­tać, kto kon­kret­nie, ale na­czel­ny się roz­łą­czył.

Dzien­ni­karz po­czuł su­chość w gar­dle. Rzu­cił okiem na pu­sty dzba­nek. Był o krok od re­wo­lu­cyj­nej de­cy­zji, by ode­rwać się od lap­to­pa i pójść do kuch­ni, gdy ikon­ka na ekra­nie zmie­ni­ła ko­lor z czer­wo­ne­go na żół­ty. W cza­cie ozna­cza­ło to zmia­nę sta­tu­su z "nie­obec­ny" na "za­ję­ty". Szczy­glak po­pra­wił oku­la­ry na no­sie i wy­cią­gnął dłu­gą szy­ję w stro­nę ekra­nu. Spraw­dził raz jesz­cze, czy za­bez­pie­cze­nia fil­tru­ją­ce i szy­fru­ją­ce jego po­łą­cze­nie są wła­ści­wie usta­wio­ne. Wszyst­ko wy­glą­da­ło jak na­le­ży. Szczy­glak nie­spo­koj­nie za­bęb­nił pa­lu­cha­mi.

A jed­nak się po­ja­wił, po­my­ślał z sa­tys­fak­cją. Te­raz, gdy każ­da se­kun­da była jak wiecz­ność, za­sta­na­wiał się, czy po­wi­nien roz­po­cząć kon­wer­sa­cję, czy jed­nak od­cze­kać chwi­lę. Jako do­świad­czo­ny dzien­ni­karz wie­dział, jak ła­two od­stra­szyć kon­takt i za­prze­pa­ścić szan­sę na roz­mo­wę. W żad­nym wy­pad­ku nie po­wi­nien być na­mol­ny. Z pro­fe­sjo­nal­ną de­cy­zją wstrzy­mał się pra­wie pięć se­kund.

< do­sta­lem ten kon­takt od za­ufa­ne­go przy­ja­cie­la > - wstu­kał po­spiesz­nie - < z kim mam przy­jem­nosc >

Przez pięt­na­ście se­kund nie wy­da­rzy­ło się nic. Z pra­we­go ką­ci­ka ust Szczy­gla­ka za­czę­ła ście­kać struż­ka śli­ny. Na ra­zie nie­zbyt dłu­ga, na dwa cen­ty­me­try. Nie za­uwa­żył na­wet, że wy­tarł ją rę­ka­wem. W tle chry­pia­ła Amy Wi­ne­ho­use. Miał ją już za­głu­szyć so­czy­stym blu­zgiem, gdy na ekra­nie po­ja­wi­ła się od­po­wiedź:

< je­stem z gay­watch >

Szczy­glak rzu­cił się na kla­wia­tu­rę.

< tak, wiem. tak mi po­wie­dzia­no. to z wami szu­kam kon­tak­tu. czy je­ste­scie po­wia­za­ni z re­dwatch > - na­pi­sał szyb­ko, za­po­mi­na­jąc o zna­ku za­py­ta­nia.

Za­nim przy­szła od­po­wiedź, mi­nę­ło bli­sko pół mi­nu­ty. Struż­ka śli­ny mia­ła już trzy cen­ty­me­try.

< czy mo­ze­my przejsc do kon­kre­tow > - po­ja­wi­ło się py­ta­nie.

Szczy­glak zmarsz­czył brwi. Typ tak­że po­mi­nął py­taj­nik. Czyż­by mnie prze­drzeź­niał? - po­my­ślał. < tak, jak naj­bar­dziej. za­py­ta­lem tyl­ko gdyz re­dwatch jest chy­ba moc­no sci­ga­ny > - za­gad­nął mimo wszyst­ko.

I cze­kał spo­koj­niej. Za­czął się przy­zwy­cza­jać do ryt­mu kon­wer­sa­cji. Po mi­nu­cie po­ja­wi­ło się:

< ruch na­ro­do­wy mo­zna prze­sla­do­wac, ale nie da go sie zdla­wic. na­szym obo­wiaz­kiem jest de­nun­cjo­wa­nie zla w imie pol­sko­sci. wska­zu­je­my wro­gow na­ro­du. re­dwatch to wa­zne na­rze­dzie >

Kil­ka skład­nych zdań. Nie­waż­ne, że bez sen­su. Waż­ne, że kon­takt za­czy­na się wkrę­cać. W pierw­szej chwi­li Szczy­gla­ka pod­nie­cił ten nie­spo­dzie­wa­ny wy­lew. Naj­wy­raź­niej uda­ło mu się za­grać na emo­cjach nie­zna­jo­me­go. Typ zdjął nogę z ha­mul­ca. Roz­ga­dał się. A mimo wszyst­ko... Szczy­glak się za­wa­hał. Na­wet ta­kie­go zim­ne­go dra­nia jak on zmro­zi­ło to, co usły­szał. Po kil­ku se­kun­dach uzmy­sło­wił so­bie, że prze­cież ni­cze­go in­ne­go nie po­wi­nien był się po tym kon­tak­cie spo­dzie­wać.

< po­dob­no mo­ze­cie nam po­moc > - wstu­kał po chwi­li.

< po­dob­no tak >

Od­po­wiedź była tym ra­zem bez­po­śred­nia, co moc­no za­sko­czy­ło Szczy­gla­ka. Ża­ło­wał tyl­ko, że w za­sa­dzie była to je­dy­nie pro­wo­ka­cja. Do­bre i to. Mu­siał szyb­ko zde­cy­do­wać, jak kon­ty­nu­ować śli­ską i la­ko­nicz­ną roz­mo­wę. Gwał­tow­ne przej­ście do kon­kre­tów wy­da­ło mu się ide­al­nym roz­wią­za­niem.

< jaka for­ma kon­tak­tu > - na­pi­sał wresz­cie.

< face to face > - po­ja­wi­ło się na­tych­miast na ekra­nie.

< ro­zu­miem. kie­dy mo­ze­my sie zo­ba­czyc aby ob­ga­dac szcze­go­ly >

< do­sta­nie­cie wia­do­mosc w re­dak­cji >

Dia­log na­brał tem­pa.

< ok. a kie­dy mniej wie­cej > - po­no­wił pró­bę do­pre­cy­zo­wa­nia spra­wy.

< wte­dy kie­dy ja do­sta­nie­cie > - przy­szła na­tych­mia­sto­wa od­po­wiedź.

< ro­zu­miem. pel­na dys­kre­cja >

< no, mam na­dzie­je > - za­brzmia­ło nie­zbyt przy­jem­nie, po czym od razu pa­dło py­ta­nie: < cos jesz­cze? >

Szczy­glak się za­wa­hał. Miał w gło­wie przy­naj­mniej sto py­tań, któ­re chciał za­dać. Po­wstrzy­mał się jed­nak. Nie chciał cze­goś spie­przyć. Kon­takt nie był ła­twy.

< w ta­kim ra­zie nie. ocze­ku­je spo­tka­nia > - na­pi­sał z po­wa­gą.

< no to ze­gnam > - po­ja­wi­ło się na­tych­miast.

< ja w ta­kim ra­zie row­niez > - od­po­wie­dział po dzie­się­ciu se­kun­dach kur­tu­azyj­nie, sa­me­mu nie wie­rząc, że kto­kol­wiek to prze­czy­tał.

Ikon­ka zmie­ni­ła ko­lor na czer­wo­ny. Szczy­glak ode­pchnął się od biur­ka i wy­je­chał na śro­dek po­ko­ju. Za­krę­cił się na fo­te­lu ze trzy razy, po czym za­trzy­mał się i ode­tchnął głę­bo­ko. Ro­zej­rzał się po swo­jej pa­pie­ro­wej ja­ski­ni. Nie­zbyt roz­mow­ny oka­zał się ten kon­takt. Za to cał­kiem kon­kret­ny. Ktoś, kto tak moc­no dbał o swo­ją ano­ni­mo­wość, ste­ryl­ność ko­mu­ni­ka­cji i bez­pie­czeń­stwo, a za­ra­zem daw­ko­wał swo­je wy­po­wie­dzi, mu­siał mieć ku temu po­wo­dy. A to z ko­lei było do­wo­dem, że ten ktoś jest obie­cu­ją­cym kon­tak­tem. Na­wet je­śli nie za ła­twym.

Szczy­glak wstał, zdjął z nosa oku­la­ry i odło­żył je na biur­ko. Wy­pro­sto­wał się, choć trud­no było to na­zwać wy­pro­stem. W każ­dym ra­zie jego gło­wa nie­mal się­gnę­ła su­fi­tu. Pa­pie­ro­wa ja­ski­nia mie­ści­ła się na pod­da­szu. Przy swo­im wzro­ście Szczy­glak tyl­ko w naj­wyż­szych punk­tach miesz­ka­nia mógł sta­nąć w po­zy­cji qu­asi-wy­pro­sto­wa­nej. Nie­za­leż­nie od wa­run­ków, w ja­kich miesz­kał, i tak był za­wsze lek­ko przy­gar­bio­ny. Prze­tarł pal­ca­mi zmę­czo­ne oczy i prze­szedł się po po­ko­ju, stą­pa­jąc po wa­la­ją­cych się wszę­dzie pa­pie­rach. Za­sta­na­wiał się, jaki ruch po­wi­nien wy­ko­nać. Po okre­sie błą­dze­nia w koń­cu zła­pał trop. Nie było źle. Spra­wa za­po­wia­da­ła się cie­ka­wie. Mimo lek­kie­go roz­cza­ro­wa­nia krót­ko­ścią za­koń­czo­ne­go przed chwi­lą se­an­su myśl o tym, co go cze­ka­ło, po­pra­wi­ła na­strój Szczy­gla­ka.

Usły­szał mu­zy­kę. Pod­szedł do ra­dia i je po­gło­śnił. Spoj­rzał na przy­stoj­ną dziew­czy­nę na zdję­ciu. Za­czy­na­ła go fa­scy­no­wać. Od kie­dy na­czel­ny dał mu zie­lo­ne świa­tło, zde­cy­do­wał, że musi ją od­na­leźć. Do­wie­dzieć się, skąd przy­by­ła. Ob­sta­wiał, że z Egip­tu. Mo­gła być też Sy­ryj­ką. Choć oba­wiał się, że jest Kur­dyj­ką.

Za­brzmia­ły ryt­my ko­lej­ne­go utwo­ru. Szczy­glak zła­pał ga­ze­tę, aby nie roz­sta­wać się z dzi­ką nie­zna­jo­mą; wy­szedł po­now­nie na śro­dek po­ko­ju i rzu­cił gwał­tow­nie bio­dra­mi w lewą stro­nę. Na­stęp­nie w pra­wą. Za­czął imi­to­wać coś, co mo­gło się kwa­li­fi­ko­wać za­rów­no jako ta­niec, jak i ro­dzaj spa­zmów. Mi­nę­ło kil­ka chwil i roz­bu­jał się na do­bre. Za­no­si­ło się, że nie­ba­wem za­cznie pod­śpie­wy­wać. Szczel­nie za­mknię­te okna gwa­ran­to­wa­ły, że ni­ko­mu nie sta­nie się przez to krzyw­da. I fak­tycz­nie. Wkrót­ce głos Amy przy­głu­szy­ły pierw­sze po­ję­ki­wa­nia. Szczy­glak wy­lu­zo­wał się jak rzad­ko. Do tego stop­nia, że po­ję­ku­jąc i mio­ta­jąc się po po­ko­ju, nie za­uwa­żył, że ko­lor ikon­ki zmie­nił się na żół­ty i po­ja­wi­ło się post­scrip­tum:

< mam na­dzie­je, ze jest pan czlo­wie­kiem na tyle po­wa­znym, zeby zro­zu­miec za­gro­ze­nie z ja­kim wal­czy­my i wy­ko­rzy­stac na­sze in­for­ma­cje w od­po­wie­dzial­ny i jak naj­bar­dziej efek­tyw­ny spo­sob. niech pan to po­trak­tu­je jako swoj pa­trio­tycz­ny obo­wia­zek. Sla­wa Wiel­kiej Pol­sce >

Obóz przej­ścio­wy w Rzy­mie

Dru­ży­na na­ro­do­wa, tak jak wszyst­ko, sta­ła się in­we­sty­cją ma­ją­cą przy­no­sić suk­ces. Suk­ces, czy­li kasę. Czy w spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym wszyst­ko i wszy­scy pod­po­rząd­ko­wa­ni są eko­no­micz­nej, czy może po pro­stu ka­pi­ta­li­stycz­nej hie­rar­chii war­to­ści - jest to po­wód do pła­czu? Czy ra­czej na­le­ża­ło­by uznać ten fakt za klu­czo­wy wkład pił­ki noż­nej w roz­wój eman­cy­pa­cji spo­łecz­nej? To prze­cież dzię­ki wy­śru­bo­wa­nej war­to­ści ryn­ko­wej pił­ka­rzy roz­ta­pia się prze­sta­rza­ła i opre­syj­na dzie­więt­na­sto­wiecz­na kon­cep­cja na­ro­du. Re­pre­zen­tant Pol­ski to te­raz ten, któ­re­go da się za­im­por­to­wać i spo­lsz­czyć. Nie­za­leż­nie od miej­sca uro­dze­nia, za­miesz­ka­nia, ję­zy­ka, któ­rym się po­słu­gu­je, czy kul­tu­ro­wych na­kła­dek. Nie­waż­ne jest już i to, jak du­że­go orła przy­szy­je się ka­dro­wi­czom na pier­si i jak gło­śno zo­sta­nie za­gra­ny hymn na­ro­do­wy przed me­czem. Dzie­więt­na­sto­wiecz­ny, ro­man­tycz­ny, toż­sa­mo­ścio­wy wy­na­la­zek o na­zwie "na­ród", da­ją­cy pra­wo bytu tak­że na­cjo­na­li­zmom wsze­la­kim, roz­ta­pia się dziś w mi­kro­ko­smo­sie fut­bo­lu szyb­ciej niż mar­co­wy śnieg. I do­brze, bo wy­star­cza­ją­co głu­po­ty już za­siał, a krwi, nie­szczęść i zbrod­ni ze­brał. Szko­da może tyl­ko, że nie top­nie­je pod pro­mie­nia­mi cze­goś god­ne­go, ale w cie­niu i na rzecz ko­lej­ne­go pa­ra­dyg­ma­tu, ja­kim jest ka­pi­ta­lizm.

wpis w blo­gu

Tro­chę nie­spo­dzie­wa­nie dla sie­bie sa­me­go spę­dzał nie­dzie­lę w szpi­ta­lu. W za­sa­dzie za­mie­rzał wpaść tu tyl­ko na kwa­drans w celu krót­kiej roz­mo­wy z dy­żu­ru­ją­cą tego dnia le­kar­ką i o go­dzi­nie je­de­na­stej chciał być już z po­wro­tem w obiek­cie, gdzie od­by­wa­ło się cie­ka­we spo­tka­nie spa­rin­go­we. Jed­nak inny kwa­drans, do­kład­nie pięt­na­ście mi­nut spóź­nie­nia, kosz­to­wał Go­ścic­kie­go - dla zna­jo­mych "Go­ścia" - osta­tecz­nie spo­ro cza­su. Tre­ner mu­siał te­raz cze­kać bli­sko go­dzi­nę na swo­ją ko­lej. W za­sa­dzie mógł­by od­pu­ścić i przyjść in­ne­go dnia, ale bar­dzo chciał mieć to z gło­wy. Cel jego wi­zy­ty był pro­sty. Je­den z jego ju­nio­rów do­znał ostat­niej śro­dy nie­przy­jem­nej kon­tu­zji i wy­lą­do­wał w tym wła­śnie ga­bi­ne­cie, przed któ­rym te­raz sie­dział tre­ner klu­bu z So­cha­cze­wa. Rzecz w tym, że za­bieg, na któ­ry skie­ro­wa­no na­stęp­nie chło­pa­ka, oka­zał się, de­li­kat­nie mó­wiąc, chy­bio­ny. Jako tre­ner, któ­ry stra­cił jed­ne­go ze swo­ich pu­pi­li, co go za­mie­rzał do­szko­lić i nie­ba­wem gdzieś faj­nie sprze­dać, po­sta­no­wił za­się­gnąć ję­zy­ka u źró­dła, czy­li u le­ka­rza, któ­ry po­sta­wił dia­gno­zę. Mimo że nie na­le­żał do lu­dzi agre­syw­nych ani na­tar­czy­wych, roz­mo­wa mo­gła, choć nie mu­sia­ła, być nie­mi­ła. To przede wszyst­kim dla­te­go chciał ją mieć za sobą i zde­cy­do­wał się cier­pli­wie po­cze­kać. Tak­tycz­nie wró­cił do sa­mo­cho­du po ga­ze­tę, z któ­rą sie­dział te­raz w to­wa­rzy­stwie paru osób w sza­ro­bu­rym ko­ry­ta­rzu. Nie­co spo­nie­wie­ra­ny świe­ży nu­mer ty­go­dni­ka "Pił­ka Noż­na" miał już daw­no prze­czy­ta­ny. Jed­nak­że fa­cho­wiec z ta­kim do­świad­cze­niem na­wet w naj­nud­niej­szej re­la­cji z me­czu, któ­rą znał już pra­wie na pa­mięć, po­tra­fił zna­leźć coś cie­ka­we­go. Cho­ciaż­by in­spi­ra­cję do bu­do­wa­nia swo­ich dru­żyn. Na ko­ry­ta­rzu pa­no­wa­ła ci­sza, prze­ry­wa­na je­dy­nie sze­le­stem kar­tek, cza­sem ja­kimś wes­tchnie­niem, nic nie­zwy­kłe­go w tym nie­zbyt roz­ryw­ko­wym miej­scu.

Na­gle drzwi izby przy­jęć otwo­rzy­ły się z hu­kiem. W koń­cu dłu­gie­go ko­ry­ta­rza po­ja­wi­ły się dwie po­sta­ci. Mały, może sze­ścio­let­ni chło­piec oraz trzy­ma­ją­cy go za rękę wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­li jak oj­ciec i syn. Męż­czy­zna miał na so­bie so­lid­nie sfa­ty­go­wa­ne ubra­nie ro­bo­cze. Chło­piec z ko­lei strój pił­kar­ski: kor­ki, bia­łe spoden­ki i zie­lo­ną ko­szul­kę. Pierw­szy wy­glą­dał, jak­by wy­cią­gnię­to go z obo­ry, dru­gi, jak­by wła­śnie zszedł z bo­iska.

Ich wtar­gnię­cie na od­dział nie tyl­ko ode­rwa­ło od lek­tu­ry tre­ne­ra Go­ścic­kie­go, ale też przy­ku­ło uwa­gę wszyst­kich na ko­ry­ta­rzu. Ocze­ku­ją­cych na przy­ję­cie było w su­mie nie­wie­lu. Nie­dzie­le nie mia­ły aż ta­kich sta­ty­styk jak piąt­ko­we i so­bot­nie wie­czo­ry. Miesz­kań­cy oko­licz­nych wsi, miej­sco­wo­ści i mia­ste­czek, za któ­re od­po­wia­dał szpi­tal w So­cha­cze­wie, spę­dza­li nie­dziel­ne przed­po­łu­dnia ra­czej le­ni­wie, przy sto­le i przed te­le­wi­zo­rem. Nie li­cząc tych dwóch nowo przy­by­łych, pierw­szej po­mo­cy po­trze­bo­wa­ło rap­tem sie­dem osób.

Męż­czy­zna i chło­piec, do­łą­cza­jąc do cze­ka­ją­cych, z któ­rych więk­szość zo­sta­ła już opa­trzo­na i za­wi­nię­ta w ban­da­że, mu­sie­li na­le­żeć do mniej­szo­ści, któ­rej nie uda­ło się prze­trwać nie­dzie­li bez­ko­li­zyj­nie. Fakt, że zde­cy­do­wa­nie zmie­rza­li przed sie­bie, świad­czył nie tyl­ko o tym, iż mie­li do za­ła­twie­nia pil­ną spra­wę, ale też o tym, że nie byli tu pierw­szy raz. Szli do celu szyb­kim kro­kiem. Czy­li do ga­bi­ne­tu pierw­szej po­mo­cy, któ­ry znaj­do­wał się na koń­cu ko­ry­ta­rza. Wła­śnie tam, skąd ob­ser­wo­wa­ła ich gro­mad­ka po­ła­mań­ców.

Z od­le­gło­ści kil­ku­na­stu me­trów nie spo­sób było do­strzec, któ­re­mu z tej oso­bli­wej pary coś do­le­ga. Za­sad­ni­czo obaj spra­wia­li wra­że­nie zdro­wych. Na żad­nym z nich nie było wi­dać pro­wi­zo­rycz­ne­go opa­trun­ku ani śla­dów krwi. Nie wy­da­wa­li też żad­nych od­gło­sów wska­zu­ją­cych na do­skwie­ra­ją­cy im ból czy cho­ciaż­by pró­bę jego stłu­mie­nia. Roz­po­zna­wal­ne z każ­dą se­kun­dą co­raz wy­raź­niej rysy twa­rzy nie­wie­le zdra­dza­ły. Su­nę­li przed sie­bie, trzy­ma­jąc się za dło­nie, pod­czas gdy wol­ny­mi rę­ka­mi wy­ma­chi­wa­li w tył i przód w rytm kro­ków. Gdy­by nie miej­sce, moż­na by po­wie­dzieć, że dum­nie ma­sze­ro­wa­li.

Naj­wy­raź­niej oj­ciec pro­wa­dził kon­tu­zjo­wa­ne­go na bo­isku syna do ga­bi­ne­tu i nie był za­chwy­co­ny, że mu­siał do­star­czyć urwi­sa do szpi­ta­la w nie­dzie­lę. Mógł być zły na chło­pa­ka. Być może nie lu­bił, gdy ten uga­niał się za pił­ką. Być może mały ro­bił to w nie­dzie­lę wbrew woli ojca. Te­raz miał za swo­je.

Szko­puł w tym, że chło­pak wca­le nie wy­glą­dał na obo­la­łe­go, cier­pią­ce­go czy kon­tu­zjo­wa­ne­go.

Do­pie­ro kie­dy prze­szli po­ło­wę dzie­lą­ce­go ich od ga­bi­ne­tu dy­stan­su, dało się do­strzec, że ich po­zor­nie trium­fal­ne­mu po­cho­do­wi to­wa­rzy­szył pe­wien zgrzyt. Pod­czas gdy ro­sły męż­czy­zna, jak na ma­sze­ru­ją­ce­go czło­wie­ka przy­sta­ło, wpa­try­wał się w od­le­gły punkt na ho­ry­zon­cie, gło­wa chłop­ca była moc­no po­chy­lo­na i lek­ko prze­krę­co­na. Czyż­by miał ja­kiś pro­blem z szy­ją? Sko­ro tak, to tem­po, ja­kie for­so­wał oj­ciec, oraz spo­sób, w jaki pro­wa­dził go do ga­bi­ne­tu, były dzi­wacz­ne. To nie tak na­le­ży ob­cho­dzić się z dziec­kiem, któ­re przed chwi­lą zro­bi­ło coś so­bie na bo­isku.

Cała sy­tu­acja trwa­ła pół mi­nu­ty. Tyle obaj po­ko­ny­wa­li dłu­gi ko­ry­tarz. W tym cza­sie nad­cho­dzą­ca para przy­ku­ła spoj­rze­nie wszyst­kich. Do­pie­ro gdy chło­pak i męż­czy­zna się zbli­ży­li, moż­na było się prze­ko­nać, że to nie uraz dzie­cia­ka jest przy­czy­ną wi­zy­ty w szpi­ta­lu.

Oto coś nie­ty­po­we­go przy­le­ga­ło do le­we­go uda męż­czy­zny. On sam zda­wał się na to coś nie zwra­cać uwa­gi. A chło­piec nie­prze­rwa­nie wpa­try­wał się w to miej­sce. Jego wzrok był za­wie­szo­ny gdzieś na wy­so­ko­ści le­we­go uda ojca. Tak więc to nie oj­ciec pro­wa­dził swo­je­go syna do le­ka­rza, ale syn to­wa­rzy­szył mu w dro­dze na ostry dy­żur.

Jesz­cze kil­ka kro­ków i spe­cy­ficz­na do­le­gli­wość ob­ja­wi­ła się wszyst­kim w ca­łej oka­za­ło­ści i dra­stycz­no­ści.

- Je­zus Ma­ry­ja! - za­sy­cza­ła trzy­dzie­sto­kil­ku­let­nia ko­bie­ta z usztyw­nio­nym kciu­kiem i za­sło­ni­ła usta, gdy lewe udo męż­czy­zny zna­la­zło się ja­kiś metr od jej twa­rzy.

Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że na wi­dok tego, co zo­ba­czy­ła, zła­ma­ny dwie go­dzi­ny wcze­śniej pod­czas jogi kciuk prze­stał być pro­ble­mem. Sie­dzą­cy obok mło­dy chło­pak z po­dej­rze­niem zła­ma­nia szczę­ki, ba­da­ją­cy do tej pory nie­ustan­nie oko­li­ce swo­jej żu­chwy, za­stygł z otwar­ty­mi usta­mi. Po­zo­sta­li, gdy obaj przy­by­sze zna­leź­li się bli­sko, zgod­nie wy­łą­czy­li funk­cję od­dy­cha­nia.

- Dzień do­bry - po­wie­dział męż­czy­zna ni­skim i opa­no­wa­nym gło­sem, po czym przy­sta­nął i zwró­cił się do syna: - Po­cze­kaj tu­taj. To po­trwa naj­wy­żej dzie­sięć mi­nut.

Na­stęp­nie skie­ro­wał się do ga­bi­ne­tu, gło­śno za­pu­kał i nie cze­ka­jąc na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję, wpadł do środ­ka. Chło­piec od­pro­wa­dził męż­czy­znę wzro­kiem.

- Pro­szę za­cze­kać na ze­wnątrz! - do­biegł ostry ko­bie­cy głos. - Mam pa­cjent­kę, wy­wo­łam pana, jak tyl­ko...

Głos za­ła­mał się, za­nim zda­nie zo­sta­ło do­koń­czo­ne. Po krót­kiej chwi­li przez lek­ko uchy­lo­ne drzwi do­szło ci­che: "Chry­ste Pa­nie!". Wy­do­by­ła je z sie­bie ja­kaś star­sza ko­bie­ta, opa­try­wa­na w ga­bi­ne­cie. Za­raz po­tem dały się sły­szeć szyb­kie kro­ki le­kar­ki. Drzwi się za­trza­snę­ły.

* * *

Mały Sid sie­dział opar­ty o roz­grza­ny mu­rek z czer­wo­nej ce­gły. Słoń­ce nie do­skwie­ra­ło mu wca­le. Nie tyl­ko dla­te­go, że bar­dzo za nim ostat­nio tę­sk­nił. Jesz­cze parę mi­nut temu przy­glą­dał się bacz­nie kil­ku­na­stu wło­skim chłop­com bie­ga­ją­cym za pił­ką po za­ku­rzo­nym zie­mi­sto-pia­sko­wym bo­isku na nie­zna­nych mu do wczo­raj przed­mie­ściach Rzy­mu. Jego my­śli od­bi­ja­ły się mię­dzy dwo­ma bie­gu­na­mi. Jed­nym był dom, mat­ka, bra­cia, szko­ła, ko­le­dzy - wszyst­ko to, co zo­sta­ło gdzieś da­le­ko. Dru­gim po­twor­ne wię­zie­nie, w któ­rym spę­dził sie­dem mie­się­cy z oj­cem. To były wspo­mnie­nia dziec­ka, któ­re tę­sk­ni, ale na szczę­ście nie wszyst­ko ro­zu­mie, aby mu­sieć się przej­mo­wać. Ośmio­let­ni Sid­ney pró­bo­wał dojść, co wy­da­rzy­ło się wie­czo­rem po­przed­nie­go dnia. Pa­mię­tał, jak oj­ciec i inni męż­czyź­ni za­mknię­ci w ośrod­ku dla uchodź­ców kil­ka dni temu po raz pierw­szy od ty­go­dni nie po­de­szli do nich, swo­ich sy­nów i có­rek, z prze­rzu­co­ny­mi przez ogro­dze­nie ka­nap­ka­mi. Ro­bi­li tak do tej pory. Od kil­ku ty­go­dni co­dzien­nie wie­czo­rem przy­jeż­dża­ły sa­mo­cho­dy z mi­ły­mi mło­dy­mi ludź­mi, ubra­ny­mi na czar­no, któ­rzy prze­rzu­ca­li dla nich je­dze­nie. Głów­nie ka­nap­ki, cza­sem za­wi­niąt­ka z ko­tle­ta­mi i plac­ka­mi. Oj­ciec Sid­neya i inni męż­czyź­ni ła­pa­li pro­wiant i przy­no­si­li go resz­cie uchodź­ców. Trwa­ło to zwy­kle kil­ka mi­nut, za­nim przy­bie­gli straż­ni­cy, by od­go­nić i mło­dych lu­dzi z ze­wnątrz, i ojca oraz in­nych od ogro­dze­nia. To były naj­mil­sze mo­men­ty dnia, gdy po­ja­wiał się ten la­ta­ją­cy i nie­le­gal­ny, o czym Sid­ney do­wie­dział się od taty, ca­te­ring. Nie tyl­ko do­dat­ko­we zdro­we je­dze­nie cie­szy­ło osiem­set osób z Afry­ki, stło­czo­nych w ośrod­ku, ale też sam fakt po­ja­wia­nia się nie­zna­jo­mych lu­dzi. Ni­g­dy nie po­zna­li na­wet ich twa­rzy, gdyż tam­ci za­wsze mie­li na so­bie chu­s­ty i oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, a gło­wy za­kry­wa­li kap­tu­ra­mi. Lecz uchodź­cy ich po­ko­cha­li. I strasz­nie byli źli, gdy wi­dzie­li, że ci mu­szą ucie­kać przed żan­dar­me­rią. Oczy­wi­ście dzie­ci w ośrod­ku, wśród nich Sid­ney, cie­szy­ły się wte­dy naj­bar­dziej. Dla nich ten wi­dok był do­bra­noc­ką, któ­rej w prze­ci­wień­stwie do eu­ro­pej­skich dzie­ci nie zna­li, ale sko­ro już wy­lą­do­wa­li w Eu­ro­pie, mie­li przy­naj­mniej taką na­miast­kę dzie­ciń­stwa.

Nad­szedł jed­nak dzień, kie­dy roz­dzie­la­nie zła­pa­nych ka­na­pek wśród dzie­ci po­trwa­ło dłu­żej niż zwy­kle. Wte­dy Sid­ney ob­ra­ził się na swo­je­go tatę. Za to, że wraz z in­ny­mi męż­czy­zna­mi za­brał je­dze­nie i nie było ich tyle cza­su. Wpraw­dzie po­tem wró­ci­li i tak jak co dnia pysz­ne buł­ki po­sma­ro­wa­ne dużą ilo­ścią ma­sła, ob­ło­żo­ne pla­stra­mi wę­dlin, sera i po­mi­do­rów tra­fi­ły w ręce głod­nych dzie­cia­ków, ale jed­nak nie było to wca­le miłe, że mu­sie­li tyle cze­kać.

Póź­niej, pierw­szej nocy po tym smut­nym wy­da­rze­niu, Sid­ney usły­szał od chłop­ca star­sze­go o czte­ry lata, że nie po­wi­nien być zły na swo­je­go ojca, bo tata mu­siał pójść z wuj­kiem do to­a­le­ty, żeby po­wy­cią­gać z ba­gie­tek te­le­fo­ny ko­mór­ko­we. Ani wte­dy, ani na­wet te­raz, po pię­ciu dniach, Sid­ney nie ro­zu­miał, po co ktoś miał­by wkła­dać ko­mór­ki do jego ka­nap­ki, ale nie mógł o to za­py­tać ojca, bo ko­le­ga ka­zał mu uda­wać, że o ni­czym nie wie. Je­śli Sid­ney by się wy­ga­dał, to ko­le­ga tak by do­stał od wuj­ka, aż by po­pa­mię­tał. Więc Sid­ney ojca nie spy­tał. Ale na­za­jutrz ka­nap­ki, któ­re prze­le­cia­ły przez ogro­dze­nie - a było ich tego dnia wy­jąt­ko­wo dużo - tra­fi­ły do dzie­ci od razu. Na dwa, trzy dni Sid­ney za­po­mniał o te­le­fo­nach w buł­kach.

Po­tem jed­nak zno­wu za­czął się zło­ścić na tatę. Tata zni­kał na całe go­dzi­ny. Mó­wił, że ma waż­ne spo­tka­nia z ko­le­ga­mi w spra­wie ry­chłej prze­pro­wadz­ki do no­we­go domu. Sid­ney py­tał wte­dy o nowy dom, a tata opo­wia­dał mu, że sam go jesz­cze nie wi­dział, ale że bę­dzie tam na pew­no wiel­ki te­le­wi­zor i będą ra­zem oglą­da­li wszyst­kie me­cze świa­ta, pili dużo coca-coli i je­dli naj­lep­sze piz­ze. Słu­cha­jąc tych opo­wie­ści, Sid­ney wy­ba­czył ojcu, że ostat­nio pra­wie w ogó­le się nim nie zaj­mo­wał.

Aż wresz­cie przy­szedł ten naj­dziw­niej­szy dzień, kie­dy rano oj­ciec, za­miast obu­dzić go na śnia­da­nie, ka­zał mu spać jak naj­dłu­żej, żeby był wy­po­czę­ty. Więc Sid­ney spał pra­wie do po­łu­dnia. Po­tem oj­ciec był bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny i na­wet kil­ka razy na­krzy­czał na Sid­neya bez po­wo­du. To samo dzia­ło się z wuj­kiem star­sze­go ko­le­gi. Wszy­scy w obo­zie byli ja­cyś dziw­ni, tro­chę na­wet wo­bec sie­bie nie­mi­li. Aż zno­wu ja­koś na go­dzi­nę czy dwie przed co­dzien­ną wie­czor­ną porą przy­by­cia fru­wa­ją­cych ka­na­pek do­ro­śli za­czę­li być dla sie­bie bar­dzo mili. I zro­bi­ło się bar­dzo ci­cho. Oj­ciec Sid­neya nie miał tym ra­zem żad­nych spo­tkań i spę­dzał z nim cały wie­czór. Tro­chę gra­li w kar­ty, tro­chę się ba­wi­li, tro­chę się śmia­li, tro­chę roz­ma­wia­li o pił­ka­rzach, któ­rych tak daw­no już nie wi­dzie­li, tro­chę o tym, że jak tyl­ko stąd wyj­dą, to oj­ciec za­pi­sze Sid­neya po­now­nie do klu­bu, ale więk­sze­go niż ten, w któ­rym grał do tej pory, tego na przed­mie­ściach Lomé w Togo.

Po­tem zro­bi­ło się tro­chę smut­no i jak­by ner­wo­wo, bo fru­wa­ją­ce ka­nap­ki się nie zja­wia­ły. Nie przy­by­ły jak zwy­kle na krót­ko przed za­cho­dem słoń­ca. Nie przy­by­ły, gdy słoń­ce za­cho­dzi­ło. I nie przy­by­ły, kie­dy zro­bi­ło się ciem­no. Naj­młod­sze dzie­ci za­czę­ły pła­kać. Oj­ciec Sid­neya nie­co spo­waż­niał, ale nie był zły, był spo­koj­ny. Wy­tłu­ma­czył chłop­cu, że na pew­no na dro­dze jest duży ruch i że nie­zna­jo­mi przy­ja­cie­le się spóź­nia­ją. Zro­bi­ło się już bar­dzo ciem­no i małe dzie­ci prze­sta­ły już na­wet pła­kać. Oj­ciec i inni męż­czyź­ni wy­cią­gnę­li wte­dy, nie wia­do­mo skąd, dużo plac­ków i wszyst­kim je roz­da­li. Oko­ło trzy­stu osób za­czę­ło jeść tę wy­jąt­ko­wo póź­ną ko­la­cję, któ­rą Sid­ney też bar­dzo do­brze za­pa­mię­tał. Do­ro­śli je­dli w mil­cze­niu. Pra­wie nikt nic nie mó­wił. Star­sze dzie­ci, za­sko­czo­ne atrak­cją, sza­la­ły i do­ka­zy­wa­ły.

I wte­dy zda­rzy­ło się coś, cze­go Sid­ney zu­peł­nie się nie spo­dzie­wał. Na­gle nad­je­cha­li przy­ja­cie­le z ka­nap­ka­mi. Bar­dzo póź­no. I było ich bar­dzo wie­lu. Nie sześć, osiem osób w dwóch sa­mo­cho­dach, jak każ­de­go dnia, ale bar­dzo dużo aut, może dwa­dzie­ścia, i jesz­cze wię­cej lu­dzi w chu­s­tach i kap­tu­rach. I tata Sin­deya, i inni męż­czyź­ni nie wy­szli im tego dnia na spo­tka­nie. A tam­ci nie prze­rzu­ci­li żad­nych ka­na­pek, tyl­ko od razu za­czę­li coś maj­stro­wać przy ogro­dze­niu. I zro­bi­li w nim bar­dzo szyb­ko bar­dzo dużo dziur. I na­gle oj­ciec Sid­neya ka­zał mu wstać, zła­pał go za rękę i ka­zał biec ze sobą jak naj­szyb­ciej. I wszy­scy za­czę­li biec w tym sa­mym kie­run­ku. I za­czę­li prze­cho­dzić przez dziu­ry. I za­czę­ło pod­jeż­dżać jesz­cze wię­cej sa­mo­cho­dów. A straż­ni­cy za­czę­li strasz­nie krzy­czeć i ła­pa­li lu­dzi. I lu­dzie się z nimi bili. I przy­ja­cie­le od ka­na­pek też się za­czę­li bić ze straż­ni­ka­mi. I była masa krzy­ku i za­mie­sza­nia. Ale Sid­ney nie mógł dużo zo­ba­czyć, bo oj­ciec wrzu­cił go do sa­mo­cho­du. I do sa­mo­cho­du wsko­czy­ło jesz­cze sześć osób. I sa­mo­chód szyb­ko od­je­chał. I było bar­dzo cia­sno. I za kie­row­ni­cą sie­dzia­ła ja­kaś pani w chu­ście na twa­rzy. I spy­ta­ła Sid­neya po fran­cu­sku, czy mu jest wy­god­nie. Sid­ney od­po­wie­dział, że nie, bo jest mu cia­sno, zgu­bił buta, a jego tata sie­dzi z przo­du, a on z tyłu. I wszy­scy za­czę­li się śmiać. I po­tem dłu­go je­cha­li au­tem i pra­wie nikt nic nie mó­wił. Aż gdzieś do­je­cha­li i mu­sie­li szyb­ko wy­sia­dać. I wbie­gli do ja­kie­goś domu i do ja­kie­goś miesz­ka­nia. I tam w po­ko­ju cze­ka­li na nich ja­cyś star­si bia­li lu­dzie, chy­ba ro­dzi­ce tej pani, co ich przy­wio­zła, i dali im cie­płą zupę, i Sid­ney pił całą noc colę i oglą­dał w te­le­wi­zji po­wtór­kę ja­kie­goś me­czu dru­żyn, któ­rych nie znał. Aż w koń­cu za­snął.

- Ehi, vuoi gio­ca­re con noi? - usły­szał na­gle po wło­sku od jed­ne­go z gra­ją­cych na ziem­nym bo­isku chłop­ców.

Było to po­now­ne za­pro­sze­nie do gry, któ­re­go słów nie miał wpraw­dzie szans zro­zu­mieć, ale to, co usły­szał, wy­star­czy­ło, żeby wy­rwać go z za­my­śle­nia. Wło­scy chłop­cy wstrzy­ma­li grę. Sta­li te­raz wszy­scy i pa­trzy­li w jego stro­nę, a dwóch czy trzech ski­nę­ło za­pra­sza­ją­co ręką. Chcie­li, żeby się do nich przy­łą­czył. Nie zro­bił tego dwa­dzie­ścia mi­nut wcze­śniej, kie­dy za­czy­na­li grać, bo nie chciał, żeby go znie­lu­bi­li. Wie­dział, że praw­do­po­dob­nie, na­wet je­śli to do­brzy pił­ka­rze, gra od nich dwa razy le­piej. Był naj­lep­szy w swo­im klu­bie. Był lep­szy od trzy, czte­ry lata star­szych ko­le­gów. Wszy­scy mó­wi­li, że do­trze kie­dyś do re­pre­zen­ta­cji Togo. Na ra­zie jed­nak mu­siał z nie­go uciec do ja­kie­goś ob­ce­go kra­ju, w któ­rym za­mknię­to go w ja­kimś wię­zie­niu bez bo­iska i pił­ki.

Chło­piec, któ­ry go te­raz jako pierw­szy po­now­nie za­pro­sił do gry, przy­pro­wa­dził go tu pół go­dzi­ny wcze­śniej. Miał tak jak on osiem lat i był młod­szym bra­tem pani, któ­ra wy­wio­zła go ra­zem z oj­cem au­tem z obo­zu dla uchodź­ców. Cały dzień Sid­ney sie­dział w domu, ale przed za­cho­dem słoń­ca wy­szli na chwi­lę po­grać w pił­kę. Oj­ciec po­zwo­lił mu iść z no­wym ko­le­gą, po­wie­dział, że może czuć się bez­piecz­nie i że bę­dzie tuż obok. Sid­ney co praw­da go nie wi­dział, ale sko­ro tata tak mó­wił, to na pew­no gdzieś był i pa­trzył. A je­że­li tak, to mu­siał te­raz w koń­cu spró­bo­wać i po­ka­zać mu, że świet­nie na­uczył go grać w pił­kę. Sid­ney wstał i wszedł na bo­isko. Za pięć mi­nut szes­na­stu wło­skich chłop­ców albo go znie­na­wi­dzi, albo za­cznie go po­dzi­wiać.

* * *

Gdy oj­ciec znik­nął w ga­bi­ne­cie le­kar­skim, chło­piec ro­zej­rzał się do­oko­ła i usiadł w po­cze­kal­ni na jed­nym z wol­nych krze­seł. Wszyst­kie znaj­du­ją­ce się tam oso­by wpa­try­wa­ły się te­raz w nie­go.

- To twój tata? - za­py­ta­ła jed­na z ko­biet.

- Tak, psze pani. I to była praw­dzi­wa wal­ka, psze pani! - od­po­wie­dział szyb­ko chło­piec bar­dzo za­afe­ro­wa­nym gło­sem, ta­kim, ja­kim dzie­ci zwy­kle opo­wia­da­ją te wszyst­kie nie­sa­mo­wi­te hi­sto­rie.

Na­stęp­nie przyj­rzał się swo­imi by­stry­mi ocza­mi znaj­du­ją­cym się wo­kół oso­bom. Wy­glą­da­ło na to, że nikt z obec­nych nie po­dzie­lał jego en­tu­zja­zmu.

- Wal­czy­li­śmy z ca­łych sił! - do­dał, czu­jąc się nie­zro­zu­mia­ny.

- To strasz­ne... - sko­men­to­wa­ła ko­bie­ta z usztyw­nio­nym kciu­kiem, któ­ra jako pierw­sza zwró­ci­ła uwa­gę na nowo przy­by­łe­go pa­cjen­ta i któ­ra do tej pory za­kry­wa­ła dło­nią usta.

W tym mo­men­cie drzwi ga­bi­ne­tu uchy­li­ły się i wy­szła z nich star­sza pani w roz­sz­nu­ro­wa­nych bu­tach, do­pi­na­ją­ca bluz­kę. Naj­wy­raź­niej po­pro­szo­no ją o po­spiesz­ne opusz­cze­nie ga­bi­ne­tu. Była bla­da i cięż­ko dy­sza­ła. Wy­glą­da­ła zde­cy­do­wa­nie go­rzej niż parę mi­nut wcze­śniej, gdy wcho­dzi­ła do środ­ka. Osu­nę­ła się na krze­sło sto­ją­ce za­raz obok drzwi ga­bi­ne­tu. Po­wio­dła lek­ko nie­przy­tom­nym wzro­kiem po obec­nych. Nie była jed­nak w sta­nie wy­du­sić z sie­bie ani sło­wa. Z po­mo­cą przy­szedł jej szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna, mó­wiąc to, co od do­brej chwi­li chcie­li po­wie­dzieć wszy­scy obec­ni.

- Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łem, żeby aż tak się cho­ler­stwo ucze­pi­ło. Gdzie to się sta­ło, chłop­cze?

- U nas w za­gro­dzie, psze pana.

- Tu, w So­cha­cze­wie?

- Nie, w Nie­bo­ro­wie.

- W Nie­bo­ro­wie?! - za­py­tał męż­czy­zna z nie­do­wie­rza­niem. - Twój oj­ciec prze­je­chał czter­dzie­ści ki­lo­me­trów au­tem ze zwi­sa­ją­cym z uda szczu­rem?!

- Czter­dzie­ści osiem ki­lo­me­trów, psze pana! I nie sa­mo­cho­dem, psze pana. Po­cią­giem je­cha­li­śmy - od­po­wie­dział dum­nie chło­pak. - Sa­mo­chód tata od­dał w pią­tek do na­pra­wy. Po­szli­śmy na po­ciąg, bo mama za­bro­ni­ła ta­cie sa­me­mu wy­ci­nać szczu­ra no­żem. A ja i mój brat nie mie­li­śmy siły, żeby go wy­szarp­nąć, tak się wgryzł ta­cie w mię­sień. Szar­pa­li­śmy z ca­łych sił...

W tym mo­men­cie młod­sza ko­bie­ta ze­rwa­ła się z miej­sca i po­bie­gła w stro­nę ła­zien­ki, cią­gle za­sła­nia­jąc usta zdro­wą ręką. Szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna lek­ko się uśmiech­nął. Mały był fak­tycz­nie czło­wiecz­kiem z że­la­za.

- ...to była praw­dzi­wa wal­ka, psze pana! Wal­czy­li­śmy z ca­łych sił! - do­koń­czył chło­pak z nie­ma­le­ją­cym en­tu­zja­zmem.

- Dziel­ny z cie­bie chło­pak. Jak masz na imię? - za­py­tał go szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna, aby choć na chwi­lę zmie­nić te­mat roz­mo­wy.

- Mar­cel, Mar­cel Po­ziom­ka. A pan? - skon­tro­wał re­zo­lut­ny Mar­cel.

- No wła­śnie... mam na imię Woj­tek. Mów mi pa­nie Wojt­ku. Też mam spra­wę do pani dok­tor, ale ra­czej nie tak pil­ną jak twój tata. - Mó­wiąc to, uśmiech­nął się po­now­nie, po czym ro­zej­rzał do­ko­ła sie­bie. Ob­li­cza po­zo­sta­łych pa­cjen­tów po­wo­li na­bie­ra­ły na­tu­ral­nej bar­wy, któ­rą stra­ci­ły przed chwi­lą, gdy mi­nął ich męż­czy­zna ze szczu­rem wgry­zio­nym w udo. Bra­ko­wa­ło tyl­ko ko­bie­ty, któ­ra wy­bie­gła do ła­zien­ki, żeby przy­pad­kiem nie po­bru­dzić szpi­tal­nej po­sadz­ki.

- Jak do­szło do tego, że twój tata prze­wiózł po­cią­giem ta­kie­go nie­ty­po­we­go pa­sa­że­ra na gapę? - zwró­cił się po­now­nie do chłop­ca.

- Tata już taki jest. Po­wie­dział, że nie bę­dzie ku­po­wał bi­le­tów. Zresz­tą tata mówi, że po tych pod­wyż­kach i tak nie bę­dzie już ku­po­wał bi­le­tów, mówi, że ma już to w du­pie, psze pana. Więc wszy­scy je­cha­li­śmy na gapę. Tata, ja i szczur. A jak przy­szedł kon­tro­ler, to tata tyl­ko po­ka­zał pal­cem na szczu­ra i po­wie­dział: "mi­sja spe­cjal­na". I jesz­cze za­py­tał kon­tro­le­ra, czy chce dys­ku­to­wać.

- Pew­nie nie chciał, praw­da?

- Nie chciał, psze pana! - nie­mal krzyk­nął Mar­cel.

- A skąd się wziął ten szczur na no­dze two­je­go taty?

Mały Mar­cel tego nie za­uwa­żył, ale wszy­scy obec­ni wstrzy­ma­li od­dech. W głę­bi ko­ry­ta­rza za­skrzy­pia­ły drzwi ła­zien­ki i wy­szła z niej ko­bie­ta z usztyw­nio­nym kciu­kiem, któ­ra pe­cho­wo mu­sia­ła jesz­cze cze­kać na wy­ni­ki prze­świe­tle­nia. Tym­cza­sem Mar­cel nie dał się dłu­go na­ma­wiać do przed­sta­wie­nia wy­da­rzeń ostat­nich dwóch go­dzin swo­je­go ży­cia.

- Tata po­wie­dział, że po obie­dzie po­sprzą­ta­my sta­rą ko­mór­kę na na­rzę­dzia. Gra­li­śmy z bra­tem aku­rat w pił­kę, jak nas za­wo­łał. W ko­mór­ce był, psze pana, wiel­ki nie­po­rzą­dek. Tata od­su­nął sta­re łóż­ko i zna­lazł za nim gniaz­do szczu­rów. Gdy do nich pod­szedł, za­czę­ły wy­ła­zić. Co­raz wię­cej i wię­cej. Tata ka­zał nam wziąć szpa­dle i za­mknął ko­mór­kę. Żeby nie roz­le­cia­ły się po ca­łym go­spo­dar­stwie, psze pana! I za­czę­li­śmy po­lo­wa­nie. Praw­dzi­wa woj­na ze szczu­ra­mi... za­bi­ja­li­śmy jed­ne­go po dru­gim. Tata naj­wię­cej. Aż tata za­go­nił tego wiel­kie­go w sam róg ko­mór­ki. Ja sta­łem za­raz za tatą, bo chcia­łem zo­ba­czyć, jak go za­ła­twi. Sam się go bar­dzo ba­łem. Ale tata się ni­cze­go nie boi, psze pana. Tata za­mach­nął się szpa­dlem, szczur sta­nął na tyl­nych ła­pach. I za­pisz­czał. Tak gło­śno, że wy­rzu­ci­łem szpa­del i uszy za­tka­łem... o tak. - Mar­cel po­ka­zał zgro­ma­dzo­nym, jak za­sło­nił dłoń­mi uszy.

Na­stą­pi­ła krót­ka chwi­la gro­zy. Chło­piec nie­świa­do­mie zbu­do­wał na­pię­cie jak w kla­sycz­nym thril­le­rze.

- I wte­dy szczur sko­czył na tatę! - do­koń­czył na­gle, wy­krzy­ku­jąc ko­lej­ne sło­wa. - Pro­sto na nogę! I ugryzł! Ugryzł tatę w samo udo!

Ko­bie­ta z usztyw­nio­nym kciu­kiem, któ­ra mi­nu­tę wcze­śniej wró­ci­ła z ła­zien­ki i le­d­wie zdą­ży­ła przy­siąść, mu­sia­ła mieć chy­ba buj­ną wy­obraź­nię. Ze­rwa­ła się po­now­nie z miej­sca i uda­ła się tam, skąd przed chwi­lą wró­ci­ła. Chło­piec od­pro­wa­dził ją przez chwi­lę wzro­kiem, po czym, moc­no pod­eks­cy­to­wa­ny, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i wy­ma­chu­jąc rę­ko­ma, kon­ty­nu­ował swo­ją opo­wieść.

- Tata krzyk­nął gło­śno coś bar­dzo brzyd­kie­go i za­czął wa­lić w szczu­ra pię­ścia­mi. Ale ten da­lej wi­siał na jego no­dze. I da­lej się ru­szał. Wi­siał i ru­szał się. Tata po­wie­dział, że mam ude­rzyć w szczu­ra szpa­dlem. Ja się bar­dzo ba­łem, że nie tra­fię i ude­rzę za­miast w szczu­ra, to w tatę. Ale tata na mnie krzyk­nął i ka­zał, że­bym ude­rzał. Ude­rzy­łem. Tra­fi­łem tatę w ko­la­no, a nie w szczu­ra. Ale na­wet na mnie nie na­krzy­czał. Oskar za­brał mi szpa­del i tra­fił w szczu­ra. Trzy razy, psze pana. I wresz­cie szczur prze­stał się ru­szać. Ale nie od­padł. Wi­siał da­lej. Wbił się zę­ba­mi w udo taty. Po­tem przy­le­cia­ła mama i na­ro­bi­ła krzy­ku. Tata ka­zał jej być ci­cho i wy­pa­rzyć nóż, żeby wy­ciąć szczu­ra z nogi. Ale mama po­wie­dzia­ła, że nie chce o tym sły­szeć i że we­zwie ka­ret­kę. Tata po­wie­dział, że w nie­dzie­lę to szyb­ciej do­je­dzie do szpi­ta­la po­cią­giem, niż ka­ret­ka przy­je­dzie do domu. Po­pro­sił mo­je­go bra­ta, żeby za­ło­żył rę­ka­wi­ce, zła­pał za szczu­ra i wy­rwał go ta­cie z nogi. Brat przy­niósł z domu rę­ka­wi­ce bram­kar­skie... bo mój brat jest bram­ka­rzem, psze pana. I od razu zła­pał za szczu­ra. Mama krzy­cza­ła, że mają prze­stać, ale tata ka­zał jej nie prze­szka­dzać i mama wy­bie­gła dzwo­nić po ka­ret­kę. A Oskar wy­ry­wał szczu­ra. Z ca­łych sił! Ale to była wal­ka, psze pana. Szczur się już nie ru­szał, ale wy­rwać się go nie dało. Tata mó­wił mo­je­mu bra­tu, że za­raz da radę, to Oskar szar­pał da­lej, aż przy­szła mama i po­wie­dzia­ła, że za­raz wy­ślą ka­ret­kę i przy­je­dzie za czter­dzie­ści mi­nut, i za­bie­rze tatę do szpi­ta­la w So­cha­cze­wie. Tata się wte­dy bar­dzo zde­ner­wo­wał, po­wie­dział, że to nie ma sen­su, że szyb­ciej on sam do­je­dzie do szpi­ta­la po­cią­giem, i po­szedł do domu spraw­dzić, o któ­rej jest po­ciąg. Mama też chcia­ła je­chać, ale tata nie chciał. Więc mama ka­za­ła mi wte­dy je­chać z tatą. A ja i tak bym po­je­chał, bo chcia­łem ko­niecz­nie zo­ba­czyć, jak będą ta­cie wy­ci­na­li szczu­ra z nogi. Bo jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łem, psze pana. Ale tata po­wie­dział mi w po­cią­gu, że nie będę mógł zo­ba­czyć. Ale że mi wszyst­ko opo­wie, jak bę­dzie po wszyst­kim... A jesz­cze, psze pana, taka rzecz się sta­ła, jak mój brat szar­pał szczu­ra, to...

- Dziec­ko! Pro­szę cię. Star­czy już - po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem star­sza pani, któ­ra przed chwi­lą mu­sia­ła opu­ścić ga­bi­net.

Szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna imie­niem Woj­tek do­pie­ro te­raz ode­rwał wzrok od chłop­ca i zo­rien­to­wał się, że twa­rze obec­nych po­now­nie po­sza­rza­ły.

- No tak... - mruk­nął jak­by do sie­bie.

Po­sta­no­wił, że sko­ro resz­ta tak sła­bo zno­si szcze­gó­ły tej pa­sjo­nu­ją­cej hi­sto­rii, to musi bły­ska­wicz­nie zmie­nić te­mat, bo chło­piec miał wy­raź­ną ocho­tę cią­gnąć swo­ją opo­wieść.

- Grasz w pił­kę, Mar­cel, co? - za­py­tał chłop­ca.

- Tak, ca­ły­mi dnia­mi, psze pana.

- Na ja­kiej po­zy­cji? - za­py­tał nie­co iro­nicz­nie, zda­jąc so­bie spra­wę, że chłop­cy w jego wie­ku, ko­pią­cy pił­kę za za­gro­dą w go­spo­dar­stwie, nie mają jesz­cze swo­ich po­zy­cji. A je­śli mają, to gra­ją albo w obro­nie, albo w ata­ku.

- Mój brat usta­wia mnie na po­zy­cji wy­co­fa­ne­go na­past­ni­ka. Tak jak­by roz­gry­wa­ją­ce­go, psze pana, ale na­past­ni­ka. Oskar mówi, że tak za dzie­sięć lat będą gra­li naj­lep­si ofen­syw­ni pił­ka­rze i je­śli chcę być naj­lep­szy, to mu­szę już dziś wy­ko­ny­wać te za­da­nia... wła­śnie tak mówi Oskar. Mój brat, psze pana, mówi, że mam grać jako li­be­ro. Ale nie taki obron­ny li­be­ro, tyl­ko li­be­ro w ata­ku. Li­be­ro sam ro­bią­cy so­bie miej­sce na bo­isku, psze pana. Jak gram jako li­be­ro, to sam przej­mu­ję pił­kę w stre­fie obron­nej prze­ciw­ni­ka i roz­pro­wa­dzam wy­su­nię­te­go na­past­ni­ka albo sam wy­kań­czam ak­cje. Oskar mówi, że mam grać poza for­ma­cją ata­ku, ale też nie w dru­giej li­nii. Mam zmie­niać po­zy­cje. A jak będę duży i będę grał w du­żej dru­ży­nie, to Oskar mówi, że będę do­sta­wał jesz­cze do­dat­ko­we za­da­nia tak­tycz­ne od tre­ne­ra, bo ofen­syw­ny li­be­ro to bę­dzie, psze pana, taki dżo­ker w ta­lii tre­ne­rów, od za­dań spe­cjal­nych, i nikt nie bę­dzie wie­dział, co ten li­be­ro za­gra w ko­lej­nym me­czu.

Męż­czy­zna spoj­rzał za­sko­czo­ny na chło­pa­ka. Jego naj­lep­si trze­cio­li­go­wi za­wod­ni­cy nie za­wsze ro­zu­mie­li róż­ni­cę mię­dzy za­da­nia­mi, ja­kie miał na­past­nik cof­nię­ty, wy­su­nię­ty do przo­du, ofen­syw­ny roz­gry­wa­ją­cy czy do­cho­dzą­cy po­moc­nik. O ofen­syw­nie gra­ją­cym li­be­ro na­wet on sam jesz­cze nie sły­szał. Tym bar­dziej dla tego mło­de­go chłop­ca po­win­na być to czar­na ma­gia. Tym­cza­sem mały mó­wił tak, jak­by miał to już prze­ana­li­zo­wa­ne w róż­nych wa­rian­tach. Mu­siał przy­znać, że za­cie­ka­wi­ła go teo­ria cof­nię­tych, luź­no cho­dzą­cych na­past­ni­ków jako do­mnie­ma­nej wun­der­waf­fe zbli­ża­ją­cej się fut­bo­lo­wej de­ka­dy. Teo­ria ta brzmia­ła wpraw­dzie obco, ale in­try­gu­ją­co. Fut­bol na prze­ło­mie wie­ków roz­wi­jał się bar­dzo dy­na­micz­nie. Nie­wy­obra­żal­ne dziś roz­wią­za­nia za kil­ka lat mogą się stać no­wym ka­no­nem. Chło­pak na pew­no nie był prze­cięt­nym, nie­dziel­nym, wiej­skim pił­ka­rzy­kiem. Jego nie­obec­ny brat, któ­ry ja­kąś go­dzi­nę temu ubił szpa­dlem szczu­ra na udzie wła­sne­go ojca, naj­wy­raź­niej też nie.

- To do­brze, że sam czu­jesz, gdzie jest two­je miej­sce na bo­isku - od­po­wie­dział mal­co­wi. - Masz jesz­cze tro­chę cza­su, za­nim bę­dziesz się mu­siał pod­po­rząd­ko­wać tak­tycz­nym wy­ma­ga­niom tre­ne­rów i dru­ży­ny. Uży­waj wy­obraź­ni. Idź za swo­ją in­tu­icją, chłop­cze.

Tym ra­zem to mały Mar­cel spoj­rzał bacz­nie na pana Wojt­ka. Nie do koń­ca ro­zu­miał, co nie­zna­jo­my miał na my­śli. Ale pan Woj­tek mu­siał znać się tro­chę na pił­ce, sko­ro opo­wia­dał mu ta­kie rze­czy. Na pew­no nie tak do­brze jak jego star­szy brat, ale mimo wszyst­ko cał­kiem nie­źle.

Mały miał coś wła­śnie po­wie­dzieć, gdy otwo­rzy­ły się drzwi ga­bi­ne­tu i wy­szedł z nie­go jego oj­ciec. Oczy wszyst­kich obec­nych skie­ro­wa­ły się na jego udo. Wszyst­kich poza ko­bie­tą z usztyw­nio­nym pal­cem, któ­ra za­sło­ni­ła oczy dłoń­mi, od­wra­ca­jąc gło­wę. Nie­po­trzeb­nie jed­nak. Z uda ojca Mar­ce­la nic już nie zwi­sa­ło.

Męż­czy­zna prze­pro­sił star­szą ko­bie­tę, któ­ra ustą­pi­ła mu miej­sca w ga­bi­ne­cie. Po­wie­dział jej, że pani dok­tor jest już go­to­wa się nią za­jąć. Star­sza pani uśmiech­nę­ła się, ale w drzwiach spoj­rza­ła nie­pew­nie w głąb ga­bi­ne­tu, jak­by oba­wia­ła się, że gdzieś pod ścia­ną może le­żeć szczur z ka­wał­kiem ludz­kie­go mię­śnia w zę­bach. Po chwi­li znik­nę­ła w środ­ku.

Chło­piec na wi­dok ojca pod­sko­czył i do­ty­ka­jąc jego uda, krzyk­nął:

- Tato, tato, co z nim zro­bi­li­ście?! Opo­wia­daj!

Oj­ciec nie zdą­żył po­wie­dzieć ani sło­wa, gdy ko­bie­ta z usztyw­nio­nym pal­cem po raz trze­ci ru­szy­ła pę­dem w stro­nę to­a­le­ty. Tym ra­zem praw­do­po­dob­nie już tyl­ko pro­fi­lak­tycz­nie.

- Opo­wiem ci w po­cią­gu, mały - za­re­ago­wał przy­tom­nie oj­ciec. - Zuch z cie­bie, że na mnie po­cze­ka­łeś. Nie na­przy­krza­łeś się pań­stwu?

- Ależ skąd - od­po­wie­dział za Mar­ce­la szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna. - Pana syn to na­praw­dę dziel­ny chło­pak. Na pew­no wszy­scy go za­pa­mię­ta­my, nie mniej niż pana i pań­skie­go pa­sa­że­ra na gapę. Mały zdą­żył nam opo­wie­dzieć w szcze­gó­łach, co się panu przy­da­rzy­ło. Ale też o swo­im za­mi­ło­wa­niu do fut­bo­lu.

- Tato, to jest pan Woj­tek! - za­wo­łał Mar­cel. - Pan Woj­tek zna się na pił­ce pra­wie tak jak Oskar!

- Miło pana po­znać, moje na­zwi­sko Ma­rian Po­ziom­ka. To mój młod­szy syn, Mar­cel.

- Woj­ciech Go­ścic­ki, bar­dzo mi miło.

Męż­czyź­ni uści­snę­li so­bie dło­nie.

- Ro­śnie panu mały pra­wy skrzy­dło­wy, co? - za­py­tał Go­ścic­ki.

- Jesz­cze jak. Obaj moi sy­no­wie są opę­ta­ni pił­ką. Ten tu już dziś za­wsty­dza szes­na­sto­lat­ków na bo­isku.

Go­ścic­ki po raz ko­lej­ny spoj­rzał na ma­łe­go Mar­ce­la z nie­ukry­wa­nym po­dzi­wem. Po­my­ślał, że miał­by ocho­tę to zo­ba­czyć.

- Star­szy też gra, ale cho­ciaż wa­run­ki fi­zycz­ne ma świet­ne nie tyl­ko do fut­bo­lu, ale też pew­nie i do rug­by, to naj­le­piej zna się na pił­ce. Już dziś tym, co wie, nie­jed­ne­go dzien­ni­ka­rza spor­to­we­go by za­giął. Tyl­ko pa­trzeć, jak mi ich wiel­ki świat za­bie­rze. Mu­szę się nimi jesz­cze te kil­ka lat na­cie­szyć, bo po­tem to już chy­ba będę ich wi­dział tyl­ko w te­le­wi­zo­rze.

Męż­czy­zna, któ­re­mu przed chwi­lą wy­cię­to z uda szczu­ra, nie spra­wiał wra­że­nia ta­kie­go, co to po­trze­bu­je się do­war­to­ścio­wać, wy­ol­brzy­mia­jąc zdol­no­ści swo­ich sy­nów. Je­że­li więc na­praw­dę byli aż tak bar­dzo uta­len­to­wa­ni, to błę­dem by­ło­by się nimi nie za­in­te­re­so­wać, po­my­ślał Go­ścic­ki.

- Wie pan co? Nie wiem, czy to naj­lep­szy mo­ment, i nie chcę też wbrew pana woli od­cią­gać pana po­cie­chy w stro­nę wiel­kie­go świa­ta, ale z dru­giej stro­ny ni­g­dy nie wia­do­mo, czy taka spo­sob­ność się jesz­cze nada­rzy. Otóż je­stem tre­ne­rem pił­kar­skim. Tre­nu­ję tu, w So­cha­cze­wie, kil­ka dru­żyn. Za­rów­no se­nio­rów, jak i mło­dzież. Je­śli nie ma pan nic prze­ciw­ko temu, to może przy­wió­zł­by pan któ­re­goś dnia swo­ich sy­nów do nas. Oto mój nu­mer te­le­fo­nu, ser­decz­nie za­pra­szam.

Go­ścic­ki po­dał swo­ją wi­zy­tów­kę. Ma­łe­mu Mar­ce­lo­wi, któ­ry przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie i przy­glą­dał opa­trun­ko­wi na oj­cow­skiej no­dze, na­gle za­świe­ci­ły się oczy i od­wró­cił gło­wę w stro­nę Go­ścic­kie­go.

- Będę mógł grać na po­zy­cji li­be­ro, psze pana?

- My­ślę, że tak, chłop­cze - od­po­wie­dział Go­ścic­ki, wy­obra­ża­jąc już so­bie minę swo­je­go dru­gie­go tre­ne­ra, gdy mu po­wie, że zna­lazł na po­zy­cję li­be­ro sze­ścio­lat­ka.

Po tych sło­wach oj­ciec i syn po­że­gna­li się z nowo po­zna­nym tre­ne­rem i resz­tą osób, po czym dłu­gim ko­ry­ta­rzem ru­szy­li w stro­nę wyj­ścia. Szli, trzy­ma­jąc się za ręce, a mały wpa­try­wał się w za­ban­da­żo­wa­ne miej­sce na no­dze ojca. Gdy do­cho­dzi­li do koń­ca ko­ry­ta­rza, na­prze­ciw­ko po­ja­wi­ła się bar­dzo bla­da ko­bie­ta z usztyw­nio­nym pal­cem. Nie mia­ła od­wa­gi spoj­rzeć na nogę męż­czy­zny. To było po­nad jej siły. Jej wzrok na­tra­fił na­to­miast na pla­sti­ko­wy wo­rek, któ­ry star­szy Po­ziom­ka trzy­mał w ręce. Wo­rek, któ­re­go nie miał przy so­bie, kie­dy przy­by­li do szpi­ta­la. Zresz­tą naj­wy­raź­niej nie­wie­le się w nim znaj­do­wa­ło. Je­dy­nie ja­kieś do­syć cięż­kie za­wi­niąt­ko na sa­mym dnie. Ko­bie­ta opar­ła się o ścia­nę. W tym sa­mym mo­men­cie oj­ciec z sy­nem opu­ści­li od­dział. Nie za­uwa­ży­li już tego, że ktoś za ich ple­ca­mi osu­nął się bez­wład­nie na pod­ło­gę.

Był pięk­ny sło­necz­ny dzień. Mia­sto było pu­ste i spo­koj­ne. Męż­czy­zna na­brał głę­bo­ko po­wie­trza i spoj­rzał na ze­ga­rek. Na­stęp­nie dziar­sko za­rzu­cił pla­sti­ko­wy wo­rek na ple­cy i po­cią­gnął syna w stro­nę dwor­ca. Ru­szy­li luź­nym kro­kiem, żywo o czymś roz­ma­wia­jąc. Chło­pak był ogrom­nie szczę­śli­wy z nie­dziel­ne­go wy­jaz­du do szpi­ta­la. Miał tyle do opo­wie­dze­nia bra­tu. Oskar nie uwie­rzy, kogo po­znał w szpi­ta­lu, gdy ojcu wy­ci­na­li z nogi szczu­ra.