Polowanie na motyle - Krystyna Mirek

-
Proszę czekać

 

Rozdział 1

Marcin Wilk obudził się nagi.

W głowie huczała mu Niagara, a pod powiekami czuł piasek. Powoli otworzył zapuchnięte oczy. Na krześle stojącym obok łóżka zobaczył idealnie poskładany garnitur, w którym wczoraj bawił się na weselu przyjaciół. Spodnie złożone w kant, koszula i marynarka powieszone na oparciu. Skarpetki i bokserki na podłodze. Zajrzał pod kołdrę.

- Jasna cholera! - zaklął. - Kto mnie rozebrał?

Uczynił potężny wysiłek intelektualny, żeby sobie przypomnieć wydarzenia wczorajszego dnia.

Piłem - ustalił po mozolnym namyśle. - Ale z kim? Wyczerpany umysł nie zdołał już odpowiedzieć na to pytanie.

Powoli odtwarzał wciąż te same strzępki wspomnień. Był ślub. Weroniki i Konrada. Tyle pamiętał. I jeszcze Kasię Jaworską, która wyglądała tego wieczoru wyjątkowo ponętnie. Chciał do niej podejść, porozmawiać, ale mu się nie udało, ponieważ otaczało ją szczelne grono wielbicieli.

Marcin westchnął i przypomniał sobie jeszcze jeden obraz. Przyjęcie weselne w ogrodzie. Frustracja z powodu Kasi i pierwszy drink.

Stop - przyhamował. - Z kim?

No tak, z wujkiem pana młodego. - Ucieszył się z nagłego olśnienia. - Wszystko jasne. Jemu nikt nie jest w stanie dotrzymać kroku. To tłumaczyło potężnego kaca, którego skutki uboczne rozsadzały mu właśnie głowę i skręcały żołądek. Choć nie wyjaśniało, dlaczego obudził się kompletnie nagi, a obok łóżka spoczywało porządnie złożone ubranie. Sam tego nie zrobił na pewno, ponieważ nigdy w życiu nie splamił się poskładaniem własnych ciuchów. Zwłaszcza po pijanemu. Nie miał też zwyczaju sypiać nago.

Czuł również rozlewającą się po całym ciele błogość nieznanego pochodzenia. Wydawało mu się, że zaraz sobie przypomni jej źródło, lecz ulotne wrażenie zniknęło, zanim zdążył je rozpoznać.

Uczynił jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek, aby pokojarzyć fakty, ale solidnie nadwątlona pamięć niczego więcej nie zdołała odszukać.

No trudno - pomyślał zrezygnowany. - Pod wpływem alkoholu ludzie robią różne rzeczy. Nie ma się czym przejmować, mogło być gorzej.

Oblizał suche usta i rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu czegoś do picia. Wyobraźnia podsuwała mu kuszące wizje: wysokiej szklanki zimnego spienionego piwa, pepsi z lodem albo nawet zwyczajnego kefiru, którym jego ojciec leczył się w takich sytuacjach. Ale, jak na złość, jedynym płynem znajdującym się w pomieszczeniu była woda do podlewania kwiatów. Stała na parapecie w plastikowej butelce z dodatkiem ciemnozielonego osadu na dnie. Marcin z trudem przełknął ślinę. Gardło miał suche jak piach i tak samo chropowate. Wstawać w poszukiwaniu jakiegoś innego napoju nie miał siły.

Przymknął oczy i spróbował przywołać sen, który mógłby złagodzić konsekwencje nieopanowanej degustacji anyżówki. Niestety, bez powodzenia. Pod zamkniętymi powiekami nagle zaczęły się przesuwać wspomnienia wczorajszego dnia.

Przyjechał z Wrocławia, gdzie studiował, specjalnie na wesele i od razu, w kościele, zauważył nieznajomego mężczyznę, który łakomym wzrokiem wpatrywał się w stojącą obok niego Kasię Jaworską.

Marcin, zgodnie z męską logiką, również spojrzał na nią łakomie.

Pięknie się prezentowała w jasnoniebieskiej sukience. Ksiądz trudził się nad wprowadzeniem młodych w istotę tego, co ich czeka w małżeństwie, a Marcin denerwował się z minuty na minutę coraz bardziej.

Zanim wyjechał, tak był zaprzątnięty marzeniem o studiach, kłopotami z ojcem i pracą, że nie zwracał uwagi na znajomą z czasów szkolnych, mimo iż docierały do niego plotki, jakoby Kasia miała ku jego osobie pewną słabość.

We Wrocławiu czuł się świetnie. Pierwszy rok studiów stał się przygodą życia. Piękno miasta i możliwości, jakie dawało młodym ludziom, powaliły go na kolana. Tak się zachłysnął nowym życiem, że nawet nie myślał o domu, a tym bardziej o Kasi.

Nadal pomagał ojcu prowadzić firmę transportową, ale wyłącznie telefonicznie i mailowo. Wiedział, co słychać u siostry i brata, jednak zupełnie stracił kontakt z kolegami. Dopiero zaproszenie na ślub od Konrada i Weroniki wyrwało go z transu.

Zdziwił się. Ślub? Jak do tego doszło?

Weronika z Konradem rozstali się przecież, on wyjechał za granicę. Ona została i podjęła mało satysfakcjonującą pracę w biurze. Tak wyglądała sytuacja, kiedy Marcin rozpoczynał kurs przygotowawczy na studia.

I nagle ślub oraz przyjęcie weselne w sadzie, który to pomysł, jako staroświecki i ryzykowny pod względem organizacyjnym, początkowo go rozśmieszył.

Ale kiedy po południu stanął wraz z innymi gośćmi pod rozłożystą jabłonią, zmienił zdanie. Impreza była wyjątkowa. Stare drzewa, świeże kwiaty, szwedzki stół z mnóstwem przekąsek i młoda para na tle soczystej zieleni. To robiło wrażenie. Z boku, między trzema lipami, znajdował się podest dla tańczących. Marcin nie mógł sobie przypomnieć, kiedy tak dobrze się bawił.

W końcu zdołał dopchać się nawet do Kasi. Reszta wieczoru rozpłynęła się w oparach alkoholu, mimo to pamiętał, że dziewczyna w niebieskiej sukience towarzyszyła mu jeszcze długo. Szkoda, że tak szybko uległ namowom wujka Konrada delektującego się trunkami w specjalnie przygotowanej altance między śliwami. Nawet nie miał pojęcia, co osiągnął, adorując Kasię, i czy w związku z tym powinien witać się z nią teraz bardziej poufale, czy też zaczynać wszystko od początku.

To był jednak zbyt złożony problem jak na obecne możliwości jego intelektu. Postanowił, że pomyśli o tym jutro, przewrócił się na drugi bok i wtulił głowę w poduszkę. Po chwili już spał.

Szlag by to jasny trafił, to wcale nie jest przyjemne - pomyślała Kasia Jaworska, kryjąc się za przekwitłym krzakiem bzu.

Zamierzała dyskretnie opuścić przyjęcie weselne, ale najpierw musiała zmylić co najmniej pięciu mężczyzn, którzy natarczywie proponowali, że odprowadzą ją do domu.

Najbardziej naciskał Tobiasz, przyjaciel pana młodego. Chodził za nią krok w krok z namiętnym uczuciem wypisanym na twarzy. Także Marcin, który do niedawna nawet nie spoglądał w jej stronę, tej nocy raz po raz prosił ją do tańca. Podobnie jak wielu innych.

To męskie zainteresowanie, początkowo miłe, po kilku godzinach zaczęło być męczące i Kasia pojęła, co miała na myśli Weronika, która zawsze twierdziła, że nadmiar powodzenia nie jest wcale taki świetny, jak jej się wydawało.

Mimo tych drobnych kłopotów Kasia dobrze się bawiła i z radością patrzyła na szczęśliwą Weronikę. Przyjaciółka musiała pokonać wiele przeciwności, by teraz świętować upragnioną uroczystość. Kasia też marzyła o takim związku dusz i ciał, który będzie trwał aż do końca dni. Jednak niekoniecznie z narzucającym się Tobiaszem, zwłaszcza że prawie go nie znała. Ani z Marcinem, który był już tylko kolegą, podobnie jak reszta mężczyzn obecnych na weselu. Żaden nie wywoływał tego drżenia, które uważała za przejaw prawdziwej miłości.

A jeśli tak właśnie powinno być? Jeśli tak wygląda miłość większości ludzi, a wzloty i porywy są zarezerwowane dla garstki? Może trzeba wybrać mężczyznę, który daje poczucie bezpieczeństwa, choćby nawet był trochę nudny, jak Tobiasz, a nie czekać na takiego, który poruszy serce, rozpali ciało i duszę. Jaka jest szansa, że spotka tak niezwykłego człowieka? A jeżeli nawet, to czy on zwróci uwagę na taką szarą myszkę? Przecież to weselne powodzenie było czymś niezwykłym, na co złożyły się piękna sukienka, wizyta u kosmetyczki i u fryzjera, status świadka panny młodej. Zasadniczo mężczyźni mijali ją na ulicy obojętnie.

Może mama ma rację, że za motyle w brzuchu płaci się w życiu wysoką cenę, dlatego należy doceniać inne wartości? W domyśle te, które reprezentuje Tobiasz, ulubieniec całej rodziny Jaworskich.

Kasia opuściła schronienie za krzakiem i poczuła, jak szpilki zapadają się w wilgotnej ziemi; wyszarpnęła je ze złością. Czemu wszystko w życiu musi być takie trudne? Czy nie można mieć szalonej miłości i wartościowego mężczyzny jednocześnie?

Potarła dłońmi lekko zmarznięte ramiona. Na oświetlonym podeście wciąż tańczyli goście. Zegarek pokazywał czwartą nad ranem. Kasię dopadło zmęczenie ostatnich dni. Przygotowań przedślubnych, zakupów, obmyślania dekoracji, pieczenia ciast i przeżywania z Weroniką każdej decyzji. Postanowiła wracać do siebie.

W domu z ulgą zrzuciła buty sfatygowane w tańcu, zdjęła niebieską sukienkę i włożyła do pralki. Wzięła prysznic, po czym mocno zasnęła w przyjemnie chłodnej pościeli.

Klaudia siedziała na przystanku, drżąc z zimna. Nie mogło być inaczej. Miała na sobie elegancką, ale cieniutką sukienkę i szpilki na wysokim obcasie, mocno zniszczone podczas długiej drogi, którą pokonała pieszo, żeby się dostać do namiastki cywilizacji. Była bardzo zmęczona i nie wiedziała, jak trafić do domu ciotki pana młodego, u której według planu miała nocować.

Przeszył ją dreszcz. Wschodzące słońce jeszcze nie zdążyło ogrzać powietrza. Zdecydowanie źle się czuła. Oprócz zrozumiałego wyczerpania dopadły ją także wyrzuty sumienia. Niezbyt często ją nawiedzały, jednak tym razem nie mogła się uwolnić od natrętnych, niewesołych myśli. Była zła na samą siebie, że wpadła na głupi pomysł i wymogła zaproszenie na ślub. Miała zamiar dobrze się bawić, na złość Konradowi, który jako jedyny mężczyzna dał jej kosza. Pokazać mu, że nic się nie stało. Jest szczęśliwa i silna. Tylko na dnie serca wciąż tliła jej się nadzieja, że on pożałuje swojej decyzji.

Wyobraźnia podsuwała filmowe sceny z odwracającym się w ostatniej chwili panem młodym, który nagle pojmuje, kogo kochał naprawdę. Chciała rzucić go na kolana. Być królową tego wieczoru.

Ale wszystko potoczyło się inaczej. Cieszyła się wprawdzie dużym powodzeniem, jednak nie to było jej celem. Konrad świata nie widział poza świeżo poślubioną żoną, a Klaudia, mimo najszczerszych chęci, nie umiała tej miłej dziewczyny znienawidzić.

W Weronice było tyle szczerości, dobrych uczuć i szczęścia, że pozostawało tylko uśmiechnąć się na jej widok.

Klaudia walczyła o pozycję swoimi sposobami, niestety czuła, że tylko się ośmiesza. A najgorszą decyzję podjęła na koniec. Skrzywiła się z niesmakiem na samą myśl. Zupełnie nie rozumiała dlaczego. Przecież nie po raz pierwszy spędziła noc z przypadkowo poznanym mężczyzną i również nie po raz pierwszy wymykała się od niego niepostrzeżenie przed świtem. Takim doraźnym spotkaniom nigdy nie poświęcała nawet jednej myśli. Z jakiego powodu dzisiaj było inaczej?

Nie wiedziała. Najwyraźniej miała kaca moralnego. Ale czy dlatego, że sympatyczny, przystojny student, którego upolowała na weselu, był tak pijany, że wołał do niej: Kasiu?

A jakie to ma znaczenie?

Klaudia postukała obcasem pięknie wyprofilowanego buta w krzywą płytę chodnikową i naciągnęła brzeg błękitnej sukienki na zziębnięte kolana.

Starzeję się - pomyślała. - Chyba czas na stabilizację, skoro przygody przestają mnie kręcić.

Nagle przypomniała sobie, jak Konrad patrzył na swoją żonę. Szybko skierowała myśli na inne tory. Miłość nie była jej potrzebna. Miłość boli, o tym zdążyła się już przekonać.

Postanowiła zapomnieć o sprawie, wrócić do pracy w Niemczech i realizowania wszystkich planów, w które Konrad wprowadził tyle zamieszania.

Trzeba spuścić zasłonę milczenia na wydarzenia ostatnich dni i raz na zawsze wykreślić je z pamięci. Nigdy już o tym nie myśleć.

Aby przypieczętować decyzję, wyprostowała się i uśmiechnęła.

Będzie dobrze - postanowiła.

Żeby tylko jeszcze udało się w tej dziurze odnaleźć jakąś taksówkę.

Słońce wychylało się już w sposób zdecydowany zza tej samej co zawsze góry, kiedy Wiktoria Jaworska, babcia Kasi i główna organizatorka wesela, stanęła pod jabłonką szczelnie otulona ciepłym swetrem. Czuła przyjemny chłód. Dawno powinna być w domu, syn dzwonił już szesnaście razy, lecz celowo nie odbierała komórki. Musiała pomyśleć. Doznała dzisiaj poważnego wstrząsu na widok Adama Kościelniaka - wyrodnego ojca panny młodej, który najpierw skrzywdził córkę na wiele sposobów, na koniec pozbawiając ją rodzinnego domu, a kilka tygodni później pojawił się na jej ślubie całkowicie odmieniony. Nie był już przygaszonym, zgorzkniałym pięćdziesięciolatkiem, ale mężczyzną w pełni sił, który wyraźnie złapał wiatr w żagle.

A to skubaniec - pomyślała. - Tak szybko przemeblował swoje życie. Sprzedał dom i gospodarstwo, za część pieniędzy kupił dla Weroniki małe mieszkanie, a sam natychmiast wyjechał do Anglii. I tam odnalazł swoje miejsce na ziemi.

Wiktoria nie pochwalała jego zachowania, była oburzona jak wszyscy w okolicy i uczestniczyła w licznych dyskusjach, w których analizowano niskie pobudki postępowania Kościelniaka.

Jednak kiedy go zobaczyła na weselu, coś się w niej zmieniło.

Uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy dobrze go rozumie. Nie akceptuje tego, co uczynił, ale domyśla się, jak się wtedy czuł.

Po raz pierwszy uwierzył, że może wziąć życie w swoje ręce, zrobić to, o czym zawsze marzył, ale nie miał odwagi ani możliwości, by to zrealizować. Pośpiech wynikał chyba po prostu ze strachu, że dobry moment minie, że się nie uda. Miał pięćdziesiąt pięć lat i obawiał się, że może być za późno.

Ona, choć dawno przekroczyła sześćdziesiątkę, wyglądała i czuła się, jakby na barkach nosiła przynajmniej dwadzieścia lat więcej. Wychowała pięcioro dzieci, miała dwanaścioro wnuków, długie włosy upięte w kok, sporą nadwagę i pokój w domu, który zapisała synowi. Zawsze robiła to, czego od niej oczekiwano.

Ile mi jeszcze czasu pozostało? - zastanawiała się. - Nie chodzi o życie w ogóle, ale zdrowe, świadome istnienie, które można spożytkować dla siebie? Przy pomyślnych wiatrach może dziesięć lat. Albo mniej.

Co powinnam zrobić? Spędzić ostatnie lata w pokoju z balkonem, żyjąc cudzym życiem, ze świadomością, że młoda synowa i syn, choć mnie kochają, świetnie radzą sobie sami?

Czy warto podejmować ryzyko, by coś zmienić? Dla współczesnych kobiet wychowanych na poradnikach, kolorowych gazetach i forach internetowych odpowiedź jest być może oczywista. Warto. Ale ona mieszkała w małej miejscowości, nie umiała korzystać z Internetu, kolorowe gazety ją nudziły, a telewizję oglądała rzadko, bo uważała to za stratę czasu.

Zawsze była wyłącznie matką i babcią. Nie pracowała zawodowo. Prowadziła dom. Jej cały świat można było łatwo ogarnąć wzrokiem. Dom, ogród, gospodarstwa sąsiadów, droga do sklepu. To mały świat. Nigdy nawet nie widziała morza. Jej najdłuższa podróż życiowa to wyjazd do córki mieszkającej we Wrocławiu. Ale co to była za wyprawa? Wsadzono ją do samochodu, podwieziono pod blok, weszła do mieszkania, przesiedziała całe popołudnie, zjadła obiad, wypiła kawę, popatrzyła z balkonu na panoramę miasta i wieczorem została odwieziona z powrotem.

Była przecież babcią, a tak się właśnie postępuje z babciami. Nikt nie pomyśli, że mają marzenia. Plany na dalsze życie. Że ich zainteresowania mogłyby wykraczać poza cykliczne spotkania rodzinne i oglądanie telewizji.

Nie popierała modnego trendu, według którego kobieta ma prawo robić wszystko, co sprawia jej przyjemność, i realizować się za wszelką cenę. W jej młodości nazywano to po prostu egoizmem, i słusznie. Ale ona wypełniła wzorowo swoje obowiązki wobec życia. Już dawno mogła zająć się własnymi marzeniami. Z czystym sumieniem.

Nie chciała tylko wywoływać sensacji. Czy wystarczy jej odwagi, żeby się przeciwstawić rodzinie i sąsiadom? Opuścić ten dobrze znany zakątek, w którym spędziła całe życie? Czy poradzi sobie w zupełnie obcym świecie, pełnym komputerów, przedmiotów nieznanego przeznaczenia z instrukcją obsługi napisaną drobnym drukiem we wszystkich językach, tylko nie po polsku? Czy będzie umiała zawalczyć o siebie w epoce wirtualnej rzeczywistości?

To będzie test - pomyślała Jaworska. - Jeśli dam sobie radę z obsługą komputera i Internetem, to znaczy, że potrafię coś osiągnąć we współczesnym świecie.

Z trudem przełknęła ślinę, bo strach nagle ścisnął ją za gardło. Szybko się jednak uspokoiła.

Tymczasem do sadu weszli zmęczeni bracia pana młodego, aby zabrać ostatnie stoły. Zobowiązali się, że do ósmej ogród zostanie uprzątnięty ze śladów uczty. To i tak cud, że właściciel biura nieruchomości pozwolił na zorganizowanie przyjęcia na terenie sprzedanej posiadłości.

Weronika bardzo przeżyła utratę domu. Nie mogła się pogodzić z myślą, że do ślubu wyjdzie z obcego mieszkania w bloku. Za radą babci Jaworskiej poszła do agenta, który pośredniczył w sprzedaży domu, i ubłagała, żeby wynajął go jej na wesele. Zgodził się po długich pertraktacjach, ale tylko na użyczenie ogrodu i sadu. Drzwi domu na czas uroczystości pozostały zamknięte. Weronika była jednak szczęśliwa, że chociaż tyle zdołała uzyskać, i urządziła przyjęcie właśnie w ogrodzie.

 

Rozdział 2

Dwa tygodnie po ślubie, w małej kuchni nowego mieszkania, Weronika przygotowywała kolację. Konrad miał wrócić z pracy późnym wieczorem. Pomagał przy budowie domu w sąsiedniej miejscowości. Była to ostatnia umowa, jaką realizował. Kolejnych zleceń na razie nie dostał i wyraźnie gryzł się z tego powodu.

Młoda kobieta kroiła warzywa i smażonego kurczaka na sałatkę. Wszystkie składniki, z kurczakiem włącznie, pochodziły z gospodarstwa Jarzębskich, można więc było uznać, że kolacja nic nie kosztowała. Weronika starała się prowadzić dom oszczędnie, żeby trochę uspokoić świeżo poślubionego męża, który się zamartwiał wydatkami, ale jak na razie rezultaty tej terapii były mizerne. Konrad wprawdzie w nocy sprawiał wrażenie bardzo szczęśliwego, za to w ciągu dnia kłopoty przygniatały go tak samo, jak dawniej. Dziewczyna miała nadzieję, że ślub zamknie pewien rozdział ich historii i zaczną się cieszyć nowym etapem. Myliła się. W pierwszy poniedziałek wspólnego życia Konrad obudził się o piątej, usiadł przy kuchennym stole i zaczął dzień od generalnego przeglądu zmartwień.

Na wiosnę tego roku, kilka miesięcy przed ślubem, rozpoczął budowę domu dla matki i czwórki rodzeństwa. Budynek na razie był w stanie surowym, jego jak najszybsze ukończenie zdawało się absolutną koniecznością, ponieważ rodzina Konrada musiała się bezzwłocznie wyprowadzić z wiekowej rudery, w której do tej pory mieszkała.

Konrad marzył o nowym domu i ciężko pracował w Niemczech, żeby móc go wybudować. Nie chodziło tylko o budynek w sensie materialnym, ale przede wszystkim o głęboką psychiczną potrzebę posiadania miejsca pochodzenia, korzeni, rodzinnej siedziby, jakiej jego ojciec alkoholik nigdy nie zdołał stworzyć. Chłopak postawił sobie za punkt honoru, że zrobi to za niego. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że pieniądze się skończyły.

Martwił się, co teraz będzie. Jak utrzyma założoną właśnie rodzinę? Jak poradzi sobie z potrzebami bliskich; żony, matki, rodzeństwa? Weronika z pasją poszatkowała marchewkę, aż została z niej pomarańczowa miazga. Na samo wspomnienie ostatniej rozmowy miała ochotę krzyczeć. Konrad znał tylko jeden sposób na życie: dużo się martwić i dużo pracować. Planowanie, marzenia, wiara w pozytywne zmiany nie wchodziły w grę. Wrócił do pracy w poniedziałek zaraz po weselu. Nie było podróży poślubnej, dalszego świętowania. Weronika nie narzekała, była szczęśliwa, ale nie miała zamiaru pozwolić, by tak wyglądało ich całe życie.

Zamaszyście wsypała skrojone warzywa do miski.

Coś trzeba postanowić - pomyślała. - Najlepiej, gdyby Konrad wrócił do Niemiec, gdzie pracował przed ślubem w dużym gospodarstwie przy hodowli kwiatów. Dzięki zarobionym tam pieniądzom mógłby dokończyć budowę. Nie uspokoi się przecież, dopóki tego nie zrobi.

Ale jak się rozstać? Na samą myśl o kolejnej rozłące Weronika zastygła z nożem w dłoni. Taka opcja nie wchodziła w rachubę.

Wzięła ugotowanego ziemniaka i już spokojniej kroiła na kwadraciki.

A jeśli udałoby się pojechać razem? Dziewczyny też tam przecież pracowały. Może i dla niej znalazłoby się zajęcie?

Zastanowiła się nad tym, kto mógłby pomóc. Tobiasz, najlepszy przyjaciel Konrada, nie wrócił na razie do Niemiec, tylko wynajął pokój w mieście i odwiedzał codziennie Kasię z nadzieją, że w końcu jego uczucie zostanie odwzajemnione. Było jeszcze trzech innych kolegów, których Konrad zaprosił na wesele, ale Weronika nie znała ich numerów telefonu. Przerwała krojenie i zapatrzyła się w okno.

Klaudia! - przypomniała sobie. Tak, ona mogłaby coś poradzić. Piękna dziewczyna, która najpierw zrobiła furorę na weselu, a potem zniknęła gdzieś nad ranem i odezwała się dopiero dwa dni później, już z Niemiec, żeby podziękować za zaproszenie i dobrą zabawę.

Weronika umyła ręce i spojrzała na zegarek. Klaudia na pewno skończyła już pracę.

- Cześć - zaczęła. - Mówi Weronika - przedstawiła się. - Żona Konrada - dodała szybko i poczuła wielką radość. Wypowiadanie tych słów było bardzo przyjemne, a status młodej mężatki niezwykle ekscytujący.

Jeśli Klaudia była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać.

- Miło cię usłyszeć - powiedziała uprzejmie.

- Dzwonię z prośbą - Weronika od razu przeszła do głównej sprawy. Coraz mocniej się denerwowała. - Wesele minęło i dopadła nas proza życia. Konrad musi wracać do pracy, a ja tak bardzo nie chcę się z nim rozstawać.

Klaudia westchnęła. Rozumiała to doskonale, w lot też zorientowała się, jaki był cel tej rozmowy. Nie wiedziała tylko, czy ma ochotę pomagać.

- Dobrze - zdecydowała. - Zapytam szefa, czy nie znalazłoby się miejsce także dla ciebie. Bo na twojego męża - jej to określenie przeszło przez gardło z o wiele większym trudem - wciąż tutaj czekają. Jeśli obiecam właścicielowi, że Konrad szybko przyjedzie, szef znajdzie dla ciebie miejsce.

- Dziękuję ci - Weronika nie była świadoma wszystkich zawiłości w relacjach służbowych ani tego, że Klaudia przez wiele miesięcy intensywnie polowała na jej ukochanego. Ucieszyła się szczerze. - Jestem ci bardzo, bardzo wdzięczna.

Klaudia nie mogła już tego słuchać.

- Nie ma sprawy - odparła szorstko. - Zapytam i odezwę się, gdy już będę wiedzieć, jak sprawy stoją.

Rozłączyła się.

Weronika wróciła zadowolona do przygotowywania sałatki. Wymieszała ją i przełożyła do salaterki.

To będzie udana kolacja - pomyślała.

Smaczne jedzenie i dobre wieści to idealny wstęp do romantycznego wieczoru we dwoje. Kobieta energicznie zabrała się do porządkowania kuchni, zastanawiając się, co na siebie włoży. Umyła naczynia, starła blaty i zamiotła podłogę. Wtedy uznała, że dość już tych porządków i czas na ważniejsze sprawy. Szybko zrzuciła pantofle i rozpinając bluzkę, pobiegła do łazienki. Szpilki i sukienka, wilgotne włosy prosto spod prysznica oraz najlepsze ślubne perfumy - to plan doskonały.

Babcia Jaworska długo planowała pierwsze posunięcie. Była osobą konkretną. Nie lubiła zmian i ceniła sobie status kobiety szanowanej w okolicy. Ale podjęła już decyzję i nie zamierzała się poddawać.

Jednak sprawa nie była taka prosta.

Łatwiej powiedzieć: zmień swoje życie, mam już dość, niż zrobić to. W jej przypadku oznaczało to przeciwstawić się całemu światu, stracić poczucie bezpieczeństwa, opinię osoby o zdrowych zmysłach i szacunek otoczenia. A także zaryzykować wszystkie oszczędności.

Długo biła się myślami. Straciła apetyt i nie mogła spać. Wreszcie zauważyła, że dalsze zastanawianie się do niczego już nie prowadzi. W kółko rozważała te same problemy. Wtedy postanowiła przejść do działania.

Nie poddam się - zdecydowała, wstając z łóżka i przetarła zmęczone brakiem snu oczy. - Dzisiaj albo nigdy. Dłużej tak nie wytrzymam.

O dziewiątej wyszła z domu. Obliczyła, że dojście do najbliższego przystanku busa zajmie jej około dwudziestu minut, może mniej. Wprawdzie syn pojechał tuż przed ósmą do pracy samochodem, ale nie mogła go prosić o podwiezienie. Uruchomiłaby lawinę pytań. A na tym etapie nie była jeszcze gotowa na wyjaśnienia.

Dyskretnie zamknęła za sobą drzwi i powoli podążyła w stronę miasta drogą w dół.

Pogoda była piękna. Idealny dzień na dokonywanie zmian. Może gdyby padało, a zimny wiatr urywał głowę, zatrzymałaby się i pomyślała, że to jest ponad siły, lecz cały świat wydawał się stać po jej stronie. Nawet klimat.

Czuła się wolna. Oczywiście dotychczas nikt jej nie więził w domu, ale też nigdy jeszcze nie szła tak po prostu przed siebie z radością. W sobie tylko wiadomym celu niezwiązanym z domowymi obowiązkami. Wiatr niósł zapach dojrzałej trawy, drzewa szumiały, ciepłe promienie słońca muskały policzki i Wiktoria znów poczuła się młoda.

Wsiadła do busa stojącego na przystanku i po dłuższej chwili, spędzonej w jego przepełnionym wnętrzu, znalazła się na rynku w miasteczku. Najpierw poszła do banku. Przechowywała tam pieniądze na pilną potrzebę lub ważne wydarzenie. Wstyd jej teraz było się przyznać, nawet przed sobą, że to miał być własny pogrzeb.

Kwota uzbierała się wprawdzie spora, ale Wiktoria nigdy nawet nie pomyślała, że mogłaby wydać coś na swoje przyjemności. Miała silnie zakorzenione przekonanie, że tylko nieszczęście, czyjaś choroba, wypadek, konieczny remont usprawiedliwiają takie działanie. Ewentualnie ślub wnuczki.

Stała w kolejce do okienka w banku, znów czując, że dokonuje właśnie w swoim życiu milowego kroku.

Podjęła z konta dwadzieścia tysięcy, banknoty schowała zwyczajnie do torebki i wyszła na ulicę.

Grunt to zachować spokój i nie zwracać na siebie uwagi - pomyślała, rozglądając się jednak czujnie, czy przypadkiem gdzieś nie czai się potencjalny złodziej.

Ale chodnik był prawie pusty.

Zapytała przechodzącą młodą kobietę, gdzie można kupić komputer. Wysłuchała wyjaśnień, starając się zapamiętać jak najwięcej. Trochę ją to podniosło na duchu, że nie wyczuła zaskoczenia, jakby fakt, iż chce nabyć taki sprzęt, był zupełnie naturalny. Tylko na koniec się zdenerwowała, bo usłyszała, że wnuki się z pewnością ucieszą.

To dla mnie - chciała zawołać. Ale szybko zmieniła zdanie.

Jak cię widzą, tak cię piszą - westchnęła. - Skoro wyglądam jak typowa babcia, tak jestem traktowana. Z tym też coś trzeba zrobić - postanowiła.

Do sklepu z akcesoriami komputerowymi trafiła bez problemu. Zorientowała się, że właśnie otworzono salon, no tak, była minuta po dziesiątej. Weszła do błyszczącego wnętrza, w którym, niestety, nie było kolejki Nie miała więc czasu przygotować się do rozmowy.

Trudno - pomyślała. - Jak się chce zdobywać świat, należy sobie radzić.

Wzięła głęboki oddech, podniosła głowę zgodnie z zasadą, że nie musisz być odważny, jeżeli nie możesz, ale powinieneś przynajmniej się postarać sprawiać takie wrażenie.

Pewnym krokiem podeszła do lady i powiedziała:

- Chciałabym kupić laptop.

- O! - ucieszył się sprzedawca. - Kacper dostanie prezent. Albo Kaśka.

No jasne - Wiktoria miała ochotę złamać swoje żelazne zasady i zakląć siarczyście. W małym miasteczku nawet życia nie można zacząć zmieniać, żeby się od razu nie natknąć na kogoś znajomego.

Wyprostowała się i spojrzała smarkaczowi za ladą groźnie w oczy.

- Może dostaną - odparowała surowo. - Ale na razie to ja potrzebuję odpowiednich narzędzi pracy.

- A, to przepraszam. - Sprzedawca się uśmiechnął. - Można spytać: do czego komputer będzie używany?

Co cię to obchodzi - już miała odpowiedzieć, bo wyprowadziła ją z równowagi ta niepotrzebna ciekawość, kiedy usłyszała:

- Proszę się nie gniewać. Muszę to wiedzieć, żeby zaproponować odpowiedni model. Do pisania czy do gier? A może do pracy w programach graficznych? - Znowu się uśmiechnął, jak się Jaworskiej wydało, złośliwie.

- Zamierzam wyszukiwać wiadomości - oświadczyła godnie. - Czasem coś napisać, kupić, zapłacić.

- Rozumiem, chce pani korzystać z Internetu?

- Tak.

- Dobrze. - Sprzedawca wyraźnie zmiękł pod jej żelaznym spojrzeniem.

- Zaproponuję pani tego laptopa. Jest bardzo poręczny. Bateria długo trzyma.

Sprzedawca zaczął szybko wykładać na ladę płaskie modele w różnych kolorach.

- Za granicą też? - zapytała Jaworska.

- Za granicą? - Źrenice chłopaka się rozszerzyły.

Wyjazdy nie były wprawdzie tutaj niczym nowym, ludność emigrowała na potęgę do kolejnych krajów. Ale babcia Jaworska była uosobieniem trwałości. Kojarzyła się z pierogami, ciepłą zupą i stałym miejscem przy rodzinnym stole.

- Tak - odparła zimno Wiktoria. - Masz coś takiego czy muszę szukać gdzie indziej? - zapytała wprost, uznając, że słowo pan temu wścibskiemu plotkarzowi się nie należy.

- Ależ oczywiście. - Chłopak wyprostował się jak struna. - Już pokazuję.

Po godzinie wyjaśnień dotyczących obsługi wyszła ze sklepu obarczona nieporęcznym, płaskim pudłem oraz ogromną liczbą niezrozumiałych informacji. Stanęła przed sklepem i pomyślała, że źle zaplanowała zakupy. Chciała jeszcze nabyć nowy telefon. Specjalnie zapytała wnuka przed wyjściem i zapisała na karteczce, teraz to się nazywało smartfon, cokolwiek to oznacza. Zamierzała odwiedzić także fryzjera.

Z takim tobołem będzie niewygodnie - westchnęła. - Już czuła, jak ciąży jej w ramionach.

No nic, chcesz zmieniać życie, to sobie radź - skarciła się ponownie. - Albo wracaj do garów.

Ta opcja nie wchodziła w grę. Wiktoria nie poddawała się tak łatwo.

Postanowiła pójść do Kasi i zostawić u niej w sklepie zakupy. I tak miała zdradzić wnuczce swoje plany.

Kasia od rana tkwiła w sklepie. Od czasu do czasu poprawiała ułożenie biżuterii w gablotach lub przecierała bez specjalnego zapału szyby wystawowe, ale głównie stała i patrzyła w okno. Była zmęczona i niewyspana po trwającej do późnych godzin nocnych, rozmowie z Weroniką. Przyjaciółka zwierzała się z pierwszych małżeńskich trosk i radości. Kasia modliła się o odwrotność pragnień swojego pracodawcy. O całkowity brak klientów.

Atmosfera w pracy nie była dobra. Szef od rana manifestował zły humor. Sklep był częścią sieci i w centrali szykowano duże zmiany, które miały wpłynąć na los wszystkich oddziałów. Jeszcze nie były znane szczegóły i mężczyzna trochę się ich obawiał. Wyraźnie nie wiedział, co o tym sądzić. Cieszył się, by po chwili przewidywać czarne scenariusze. Kasia miała dość tej huśtawki nastrojów. Na szczęście szef teraz nie spędzał w sklepie tyle czasu. Ciągle jeździł do Krakowa, odbierał telefony i maile albo siedział na zapleczu i drapał się w brodę, co zapewne sygnalizowało głęboki namysł.

Obsługę klientów i wszelkie bieżące sprawy zostawił Kasi. Nie było to trudne zadanie, bo sklep nie należał do bardzo uczęszczanych. Sprzedawczyni dokonywała zaledwie kilku transakcji dziennie. W tym momencie spojrzała w okno i przypomniała sobie podobną chwilę, która zapoczątkowała jej przyjaźń z Weroniką. Było to prawie rok temu Tamtego dnia ujrzała idącą chodnikiem znienawidzoną wówczas piękną dziewczynę, która w ciągu kilku miesięcy stała się jej najlepszą przyjaciółką. Dzisiaj też zobaczyła znajomą twarz.

Okno sklepu jubilerskiego wychodziło na prostokątny rynek. W cieniu dorodnego kasztanowca ustawione były ławki. Obok tryskała fontanna, a przy niej siedział postawny mężczyzna i wpatrywał się intensywnie w jej stronę.

No tak - westchnęła. - Oczywiście, Tobiasz.

Od rana na posterunku.

Trzeba coś wreszcie postanowić w tej sprawie.

Poznała Tobiasza, kiedy pojechała do Niemiec, by wstrząsnąć Konradem i zmusić go do powrotu oraz walki o Weronikę. Kiedy chłopak z piskiem motocyklowych opon ruszył za odjeżdżającą do Danii ukochaną, Kasia została sama na obcym terenie. Tobiasz zaopiekował się nią, zorganizował nocleg i powrót do kraju. I szybko się zakochał. Nie wiedziała, co o tym sądzić. Bała się podjąć decyzję, ale też odmówić mu kontaktu. Był miły i wypełniał trochę jej samotność. Zawsze wymyślał ciekawe zajecie na wieczór, prawił jej komplementy i z uwagą słuchał wszystkiego, cokolwiek mówiła.

Ale czy przyjemne uczucie, jakiego doznawała, to miłość? Nie była pewna. Czy to właśnie było najlepsze, co ją miało w życiu spotkać, i należy, jak sugerowały mama i babcia, łapać okazję?

Nie była romantyczką jak Weronika, starała się myśleć rozsądnie, ale nie mogła się zdecydować. Traktowała Tobiasza życzliwie, szukała w sobie oznak wzajemności. Tylko wciąż nie potrafiła pokonać wewnętrznego oporu.

Nagle, wpatrzona w okno, zauważyła kobietę łudząco podobną do babci Wiktorii, która taszczyła, z wyraźnym trudem, charakterystyczne pudło do pakowania laptopów. Podeszła ona do Tobiasza i złożyła mu pakunek na kolana, a potem machnęła zamaszyście ręką w stronę sklepu jubilera.

Babcia? - Kasia nie mogła wyjść ze zdumienia. -Niemożliwe. O tej porze? Tutaj?

Ale z drugiej strony, twarz, sylwetka i ubrania się zgadzały. Poza tym tylko ona mogła spowodować, że Tobiasz natychmiast się poderwał z miejsca, wziął pudło i ruszył we wskazanym kierunku.

Jak dobrze, że szef pojechał dzisiaj do Krakowa - pomyślała Kasia, obserwując, jak chłopak zbliża się do sklepu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.