Podziemne miasto - Przemek Corso

Reflow text when sidebars are open.
Nie musisz szukać przygody, ona sama cię znajdzie. Tak zawsze mówił jego ojciec, ale to było dawno.
Niestety z każdym mijającym tygodniem od powrotu do Polski zaczynał wątpić, czy spotka go jeszcze jakakolwiek przygoda. Niespodzianka? Być może. Ale nie przygoda.
To było kilka tygodni wcześniej. Po uregulowaniu wszystkich zaległych opłat za mieszkanie i garaż, które pochłonęły wszystkie jego oszczędności – kolejna niespodzianka! – po prostu wyjechał. Opuścił Warszawę, na którą i tak nie było go stać, pożegnał się ze swoim przyjacielem jeszcze z czasów studiów i na okres letni wynajął drewnianą budę nad rozlewiskiem Jezioraka na Pojezierzu Iławskim.
– Same niespodzianki – powiedział sam do siebie, stojąc wieczorem na drewnianym pomoście, tuż obok domku, który wynajął.
Spoglądał na czarną otchłań jeziora i bez entuzjazmu stwierdził, że najwyższa pora położyć się spać.
– Przygoda – prychnął. – Nie dzisiaj... na pewno nie dzisiaj.
***
Kiedy obudził się następnego dnia, zwlókł się ze starej kanapy, która na pewno pamiętała zamierzchłe czasy chrztu Polski, rozmasował obolały kark i nastawił wodę na kawę. Dwie łyżeczki mielonej kawy, łyżeczka cukru, trochę wrzątku i już był w pełni gotowy zmierzyć się z kolejnym dniem.
Z ręcznikiem przerzuconym przez ramię i kubkiem gorącej kawy w ręce wyszedł na drewniany ganek. Przez chwilę wsłuchiwał się w szum drzew, a później oparł się łokciami o trzeszczącą balustradę i napił się odrobinę.
– Niewiarygodne – mruknął pod nosem.
To rzeczywiście było niewiarygodne. Jeszcze trzy tygodnie temu przebywał w północnym Egipcie, gdzie brał udział w wykopaliskach, a teraz znowu był w Polsce, a co najgorsze, bez nawet najmniejszego pomysłu na życie. Dwoma palcami wyciągnął śpiocha, którego miał w lewym oku, zszedł z ganku i skierował się w prawo. Tam skorzystał z zaimprowizowanej toalety, znowu upił łyk kawy i postawił kubek na zbitej z dwóch pniaków i deski ławeczce. Ściągnął koszulkę, w której spał, i niewiele myśląc, ruszył wzdłuż drewnianego pomostu i skoczył w ciemną toń jeziora.
"Witaj, kolejny dniu. Dziś środa? Czwartek? A kogo to obchodzi!"
Po piętnastu minutach orzeźwiającej kąpieli wyszedł na kamienisty brzeg. Drżąc z zimna i przeklinając pod nosem, pobiegł w kierunku ganku.
– Dzień dobry – usłyszał kobiecy głos w momencie, gdy sięgał po ręcznik. Odwrócił się gwałtownie i z impetem uderzył głową we wspornik małego zadaszenia. Syknął z bólu.
– Przepraszam! – Ten sam kobiecy głos. – Nie chciałyśmy pana wystraszyć.
– Nic nie szkodzi – odparł, pocierając głowę. – Cały czas to praktykuję... To takie moje wakacyjne hobby.
– Nie sądzi pan, że bezpieczniej byłoby jednak znaleźć sobie inne zajęcie?
"Inne od używania głowy zamiast młotka?" – pomyślał.
Ujrzał ładną dziewczynę o czarnych kręconych włosach w towarzystwie chichoczącej starszej pani. Obydwie miały na sobie zwiewne sukienki i identyczne klapki. Strój starszej kobiety uzupełniał słomkowy kapelusz z szerokim rondem i zatkniętym za wstążkę kwiatkiem.
– Nazywam się Karolina – powiedziała dziewczyna. – A to moja mama Daniela. Odwiedziłam ją w sanatorium, po drugiej stronie jeziora. Przypłynęłyśmy tutaj rowerkiem wodnym... i zastanawiałyśmy się... czy... – urwała na chwilę. – Naprawdę nie chciałyśmy pana wystraszyć. Jeszcze raz przepraszam.
Cały czas trzymając się za głowę, uśmiechnął się do nich uspokajająco.
– Proszę się nie przejmować. Naprawdę przypłynęłyście tutaj rowerkiem? – zmienił temat.
Pani Daniela wskazała stojący na brzegu sporych rozmiarów rower wodny.
– Stałyśmy tutaj, kiedy wyskoczył pan z wody jak oparzony. Minął nas pan i nawet nie zauważył – powiedziała. Miała ciepły głos. Dopiero teraz zwrócił uwagę, jak były podobne do siebie.
– Chciałyśmy się na chwilę tu zatrzymać, żeby odpocząć – dodała Karolina. – Jeżeli nie miałby pan nic przeciwko...
– Nie ma problemu. Zaraz nastawię kawę. Macie... eee... panie... ochotę?
– Jest pan tu sam czy z żoną? – zapytała Daniela, uważnie mierząc go spojrzeniem.
– Nie mam żony, jestem sam.
– To w takim razie z chęcią się napijemy – odparła i puściła oko do córki.
– Mamo – szepnęła Karolina z wyraźną pretensją. – Zawstydzasz mnie.
– Oj tam, oj tam – powiedziała Daniela i lekko utykając, ruszyła w stronę ganku. – Że niby młodzi ludzie tacy wstydliwi w dzisiejszych czasach. Bo jeszcze uwierzę. A pan, kochaniutki, to niech się szybko wytrze i ubierze, bo zapalenia płuc można dostać.
– Tak jest – zasalutował jej żartobliwie i złapał za ręcznik. – Przepraszam na chwilę ... eee... rozgośćcie się.
Ostatni raz rzucił przelotne spojrzenie na Karolinę, która zaczerwieniła się jak burak.
– Za... zaraz wracam – zająknął się i wszedł do drewnianego domku.
– Widzisz, córuś – powiedziała Daniela, gdy zniknął za drzwiami. – Już w wodzie widziałam, że to atrakcyjny chłopak. Co jak co, ale na starość to się wzrok wyostrza. Jestem jak jastrząb.
– Mamo! – wycedziła Karolina przez zęby. – Co ty się taka zabawowa zrobiłaś, co?
– A czemu nie? – wzruszyła ramionami i ostrożnie usiadła na ławce. – Wzrok jak jastrząb albo inny sokół. A w dodatku lato, ciepło, miło... – zaczęła wyliczać.
– Nie tak ciepło – usłyszały nagle jego głos z wnętrza domku. – Jak tu przyjechałem tydzień temu, było o wiele cieplej...
Daniela niewiele myśląc, łupnęła ręką w ścianę, przerywając mu w pół słowa.
– A pan piękny co podsłuchuje? Kawa sama się nie zrobi.
Karolina jęknęła i zawstydzona ukryła twarz w dłoniach.
"Świat się kończy" – pomyślała.
***
Po pewnym czasie wyszedł na ganek w świeżej koszuli i z dwoma kubkami czarnej kawy.
– Nie mam mleka – powiedział. – Przykro mi.
Wręczył swoim niespodziewanym gościom kubki, a następnie nie do końca wiedząc, co ma powiedzieć, chrząknął.
– Jak mija dzień? – zagadnął po chwili.
– Dopiero się zaczął – stwierdziła Daniela.
– Bardzo miło, dziękujemy – odparła Karolina i szturchnęła delikatnie mamę łokciem. – Zauważyłyśmy pana samochód za krzakami... Nieźle go pan ukrył... Jest naprawdę śliczny... i wielki!
Starsza pani, słysząc słowa córki, parsknęła śmiechem.
– Dziękuję. To prezent od mojego ojca. Kiedyś kolekcjonował stare samochody. Ten jest amerykański... ma jakieś czterdzieści lat. Jakoś tak. Można powiedzieć, że ostatnio prawie w nim mieszkam... – uśmiechnął się. W jego słowach było więcej prawdy, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
– Karolina zmierza do tego, czy zdradzi pan nam w końcu swoje imię – wtrąciła się Daniela i upiła łyk kawy. – A może mamy do pana mówić Samochodzik?
– Urocze – stwierdził po chwili milczenia i podrapał się po głowie. – To chyba nie będzie konieczne. Nazywam się Robert. Robert Karcz.
– Bardzo nam miło – odparła Daniela. – A teraz powiedz nam, drogi Robercie, co tak ciekawy młody człowiek robi tu sam?
– Odpoczywam.
– To tak samo jak my – mruknęła z satysfakcją. – Swój do swego ciągnie.
Robert spojrzał w stronę jeziora.
– To sanatorium... Mam nadzieję, że to nic poważnego – powiedział w końcu.
– Nic a nic. Po prostu próbuję korzystać z życia. Jestem dawno na emeryturze. A moja piękna córka? Siedzi w jakiejś smutnej korporacji i nawet nie weźmie porządnego urlopu, żeby uciec od miasta.
Słysząc jej słowa, Karcz nagle poczuł dziwną sympatię do trochę bezczelnej starszej pani.
– Skończyłam studia, załapałam się na staż w firmie zajmującej się sprzętem komputerowym... i ostatecznie dostałam tam pracę – wyjaśniła Karolina. – To nie jest tak, że nie biorę porządnego urlopu... po prostu na razie nie mogę. Praca, praca, praca... Nie jest to szczyt moich marzeń, ale i tak wyszłam na tym lepiej niż moje koleżanki z roku. A ty? Czym się zajmujesz?
– Obecnie? Niczym. Brałem udział w wykopaliskach w Egipcie, ale... skończył mi się kontrakt. To już chyba ponad miesiąc... – "jak mnie deportowali" – pomyślał z goryczą, a na głos powiedział: – ...a teraz jestem tutaj. I odpoczywam. Spędziłem trochę czasu w Warszawie u znajomego, a teraz? Wynająłem tę budę od pana Zbigniewa, który mieszka trochę wyżej w domku z czerwonej cegły. Naprawdę trudno go nie zauważyć... W zasadzie odstąpił mi tę budę za symboliczną złotówkę...
– Jakieś plany? Znowu gdzieś wyjeżdżasz? – zagadnęła Karolina wyraźnie zaintrygowana. Odgarnęła niesforne pasemko włosów opadające jej na twarz.
Robert przełknął ślinę.
– Bardzo bym chciał... ale... nie mam pomysłu – odpowiedział ostrożnie, po czym dodał szybko: – Jeszcze nie mam! Na pewno coś wymyślę.
– Na pewno w dzisiejszych czasach nie jest tak, że praca czeka na ulicy – powiedziała Daniela bez cienia poprzedniej wesołości i zamyśliła się głęboko. – Rozumiem, że jesteś archeologiem, tak? Nie myślałeś o pracy w muzeum?
Zaśmiał się.
– Obawiam się, że umarłbym z nudów – powiedział szczerze, ale również z nutką goryczy.
– Czyli jesteś awanturnikiem – stwierdziła Daniela i przeszyła go wzrokiem. – Jeżeli jesteś taki, jak myślę, to zmieniam zdanie i nie pozwalam ci zabrać dzisiaj mojej córki do kina. No, chyba że się mylę...
– Mamo! Błagam cię! – Karolina zachichotała nerwowo. – Roberta chyba już nie bawią twoje żarty.
– Nie – odparł. – Nie jestem taki, jak pani myśli. A może po prostu nie w tym sensie. A kino to doskonały pomysł. Jeżeli tylko Karolina miałaby ochotę.
– Kochana, zostałaś umówiona przez swoją starą matkę! – powiedziała Daniela z satysfakcją i klasnęła w dłonie.
Karolina warknęła ze złości i bezsilności.
– Chętnie pojadę do kina – powiedziała w końcu znowu czerwona jak burak. – Wybacz za moją mamę.
– Wybaczać? – zdziwił się. – Moim zdaniem spisała się na medal.
Daniela klasnęła w dłonie z zadowoleniem.
– W takim razie stawiam bilety do kina – powiedziała z satysfakcją. – A ty zabierzesz nas wieczorem na wycieczkę.
– Rany – Karcz wybuchnął śmiechem i nerwowo podrapał się po karku. – Dzisiaj już chyba nic nie będzie w stanie mnie zdziwić.
***
– Że co? – zdziwił się. – Nie ma takiej możliwości, Justyna! Zapomnij o tym!
Przyłożył telefon komórkowy do drugiego ucha i potarł oczy wolną ręką. Nie podobało mu się to, co słyszy. Aby móc spokojnie porozmawiać, zatrzymał samochód na parkingu przed sklepem spożywczym. Karolina, która była cały czas lekko zdenerwowana tą całą wycieczką, ochoczo ruszyła na drobne zakupy.
– Justyna, ja się nie nadaję na nauczyciela – jęknął.
– Jestem twoją siostrą, zaufaj mi – usłyszał uspokajający głos w telefonie. Ten sam głos, który uspokajał go od lat. – Zastąpisz pewną nauczycielkę przez dwa semestry. Gimnazjum, miłe dzieciaczki, Dolny Śląsk... Będę miała do ciebie blisko z Wrocławia.
– Justyna! – zaprotestował. – Ja... nie nadaję się... na... nauczyciela...
– Słońce, musisz z czegoś żyć! To tylko dwa semestry. Zresztą przed tą twoją archeologią liznąłeś pedagogikę. Będziesz miał czas, żeby pozbierać myśli. Załatwiłam ci małe mieszkanko.
– Załatwiłaś? Przecież ja jeszcze się nie zgodziłem.
– Robert, nie masz wyboru. Albo to, albo będziesz musiał w końcu sprzedać samochód taty...
Słysząc to, wzdrygnął się. Zabytkowy ford mustang ojca to była jego jedyna pamiątka po nim.
– Przyjmij pracę w szkole, załatw sobie w międzyczasie jakiś kontrakt na końcu świata i dalej się szlajaj... ale póki co... Nie denerwuj siostry! Bardzo grzecznie proszę. Zresztą... masz ujmującą osobowość i dzieci na pewno cię pokochają.
Uderzył czołem w kierownicę.
– Supersamochód, człowieku – usłyszał przez szybę głos jakiegoś dzieciaka, ale jak zwykle go zignorował. Dzieciak bez krępacji wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia.
– Nie będę nauczycielem – wycedził przez zęby Robert.
Nawet nie zauważył, kiedy do samochodu wsiadła Karolina z jednorazówką pełną jakichś przekąsek.
– Jak sobie chcesz – odparła jego siostra stanowczo. – Życzę ci w takim razie powodzenia... Po tym, co nawywijałeś za granicą, wątpię, czy w ogóle tamtejsze władze wpuszczą cię jeszcze kiedykolwiek do Egiptu.
– Pyśka! – syknął. To było jedno z tych przezwisk z dzieciństwa, których szczerze nienawidziła, a on bezwiednie używał go, kiedy podświadomie czuł, że zbiera się na kłótnię. – Ani słowa więcej!
– Wiem, że chciałeś dobrze – powiedziała pojednawczo. – Ale pamiętaj, że o mało cię tam nie zabili. Zresztą nie znam się na archeologii, ale podejrzewam, że przez jakiś czas będziesz na czarnej liście.
– Pyśka! O czym ty mówisz? – dokładnie wyartykułował każde słowo.
Zapadła cisza, tak długa, że mogłaby się pojawić tylko podczas rozmowy dwójki zakochanych albo rodzeństwa.
– A o czym ty mówisz? – zdziwiła się, a następnie zapytała podejrzliwie. – Nie możesz rozmawiać? Nie jesteś tam sam? Przygruchałeś sobie kogoś? – Roześmiała się. – Myślałam, że zaszyjesz się w jakiejś samotni, a tu proszę! – kontynuowała. – Jestem z ciebie dumna!
– To świetnie, Pyśka. Naprawdę świetnie – mruknął.
Kiedy minęła jej chwilowa wesołość, znowu zaczęła mówić mentorskim tonem.
– Robert, nie pożyczę ci pieniędzy, jeżeli nie weźmiesz tej pracy w Legnicy. Zresztą... Legnica to cudowne miasto... i na pewno ci się spodoba!
– Legnica? Gdzie jest Legnica?
– Mówiłam ci, głupku! Niedaleko Wrocławia. Będziemy mieli do siebie blisko.
– Byłaś kiedyś w Legnicy? – zapytał nagle.
Odpowiedziało mu mruczenie, po którym miał już pewność, jaką usłyszy odpowiedź.
– Justyna, wiem, że tam jesteś... słyszę twój oddech! – ponaglił ją.
– Legnica to fajne miejsce. Sprawdź w internecie.
– Nic nie będę sprawdzał w internecie! – podniósł głos.
– Zadzwonię do ciebie później, marudo. Muszę kończyć. Pa!
– Just...
– Pa, pa, pa. Widzimy się we Wrocławiu – powiedziała i przerwała połączenie.
– ...yna!
Robert przez chwilę patrzył na ekran swojego telefonu z mieszaniną niedowierzania i odrazy, a później jego wzrok zawędrował w kierunku Karoliny.
– Moja siostra – wyjaśnił, czując lekki wstyd, że musiała być świadkiem przynajmniej części tej rozmowy.
Karolina się uśmiechnęła.
– Chyba popsuła ci humor? – zapytała Daniela, która przez cały czas siedziała na tylnym siedzeniu. Od kilkunastu minut zachowywała się tak cicho, że Robert zapomniał o jej obecności i słysząc jej głos, aż podskoczył ze strachu.
– Co się boisz, panie ładny? Znowu się uderzysz w głowę.
– Pani Danielo, zaraz dostanę zawału! Proszę mnie tak nie straszyć.
– Oj tam! – machnęła ręką.
Robert zignorował ją i pochylił się w stronę Karoliny. Dziewczyna wydała dziwny świst, jakby ktoś spuścił powietrze z balonika, a kiedy pochylił się jeszcze bardziej, otworzył schowek i wrzucił do niego telefon, zakwiliła cicho.
– Moja siostra, która jak zwykle się o mnie martwi – zaczął po chwili niechętnie, ale uważał, że jego współpasażerkom należą się wyjaśnienia. – Stwierdziła, że bardzo mi pomoże... znajdując mi tymczasowe... zajęcie. Oczywiście chodzi o pracę. W Legnicy.
– O, to super! – powiedziała Karolina i odwróciła się do swojej mamy, która siedziała ściśnięta z tyłu jak sardynka w puszce. – To super, prawda, mamo?
– Dlaczego super? – zdziwił się, nie dopuszczając Danieli do głosu.
– Bo będziemy miały blisko – odparła już z mniejszym przekonaniem. Za wszelką cenę próbowała uniknąć jego wzroku, jakby zaczęła się wstydzić swojego wcześniejszego entuzjazmu.
– To nie do wiary – powiedział w końcu, odpalając samochód.
– Dlaczego? – zapytała Daniela.
– Bo...
– Hmmm?
– Bo dzisiejszy dzień zaczął się tak normalnie – powiedział w końcu i się uśmiechnął.
Uśmiech był dobry na wszystko.
Przepraszam, kochani – głos profesor Teresy Cichej można by opisać na wiele sposobów, ale na pewno nie był cichy. – Przestańcie gadać! NA-TYCH-MIAST!
W klasie momentalnie zrobiło się spokojniej. Równie dobrze ktoś mógłby uderzyć ręką o biurko – efekt byłby ten sam. Tylko że w przypadku pani Teresy ta metoda nie była potrzebna. Wystarczyła groźba w jej spojrzeniu i niczym niewzruszona postawa kobiety, która wie, czego chce i oczekuje od uczniów.
– Chciałabym, żebyście poznali nowego nauczyciela historii – zaczęła spokojnie, kiedy już się upewniła, że prawie trzydziestoosobowa grupa piętnastolatków poświęca jej wystarczająco dużo uwagi. – Niech pan opowie coś o sobie – zwróciła się do niego.
Robert Karcz, który dopiero co przyjechał do miasta i nawet nie zdążył porządnie rozpakować swoich rzeczy, spojrzał na profesor Cichą, jakby czekał na dodatkowy sygnał, ale kobieta stała nieporuszona i przewiercała go spojrzeniem.
– Słucham? – zapytał w końcu, a część uczniów przyglądająca się wszystkiemu z narastającym zainteresowaniem zaczęła cicho chichotać.
– Proszę coś o sobie opowiedzieć – powtórzyła.
– Prze... przepraszam – wydukał, a następnie zwrócił się w stronę tłumu żądnych krwi nastolatków. – Nazywam się Robert Karcz... – "i pracuję w zawodzie nauczyciela od kilku minut" – dodał w myślach, a głośno powiedział: – I mam nadzieję, że nadchodzące dwa semestry, które spędzimy razem... będą... – na chwilę przerwał – ...bardzo... ciekawe. I że nauczymy się wielu rzeczy... od siebie nawzajem.
Kiedy to powiedział, odetchnął z ulgą, ale profesor Cicha nie wyglądała na zadowoloną. Stała tam nadal i patrzyła na niego, a kiedy okazało się, że naprawdę nie ma nic więcej do powiedzenia na swój temat, zacisnęła usta tak mocno, aż zamieniły się w ledwo widoczną kreskę.
– Pan Robert wydaje się bardzo skromnym człowiekiem – powiedziała niechętnie. Każde słowo artykułowała z mocnym akcentem, a słowo "skromny" zabrzmiało w jej ustach jak "bezczelny". – Na pewno zainteresuje was fakt, że...
– Nie jestem prawdziwym nauczycielem – przerwał jej w pół słowa. – Pani Cicha na pewno to ma na myśli...
– To co pan tu robi? – zapytała dziewczyna o czarnych włosach, w koszulce z logo jakiegoś zespołu rockowego.
Jej bezpośredniość zbiła go na chwilę z tropu.
– Mam wykształcenie pedagogiczne, to były moje pierwsze studia – wyjaśnił. – Ale później oddałem się mojej pasji, czyli archeologii.
– Pan Karcz dopiero co wrócił z Egiptu – poinformowała uczniów profesor Cicha i spojrzała na niego wyzywająco.
Słysząc o Egipcie, Robert zazgrzytał zębami. Pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy to to, jak wielką plotkarą okazała się jego siostra, która wykorzystując swoje nieocenione znajomości, załatwiła mu tę pracę. Oczywiście w zastępstwie i oczywiście za śmieszne pieniądze.
– Może opowie pan dzieciom o Egipcie albo o archeologii...
– Tak... zrobię to... w swoim czasie...
– Czym się pan zajmował w Egipcie? – zapytał chłopiec z ławki dziewczyny o czarnych włosach. Miał grzywę marchewkowych włosów opadających na czoło.
– Tak naprawdę to najpierw byłem na wykopaliskach w Tel Awiwie... – odpowiedział.
– To dlaczego przyjechał pan tutaj i został nauczycielem?
Znowu zazgrzytał zębami.
Profesor Cicha przyglądała się temu z satysfakcją, co go zastanowiło.
– Bo uwielbiam dzieci – odparł, a uczniowie słysząc to, wybuchnęli śmiechem.
– Mam na myśli młodzież, oczywiście. Dzieci są w przedszkolu... Miałem na myśli...
"Co miałem na myśli?" – zastanowił się. Zrozumiał, że musi uważać na każde słowo. Kiedy już miał coś powiedzieć, Teresa Cicha postąpiła w jego kierunku kilka kroków.
– Proszę ich uczyć, a nie zabawiać – szepnęła do niego, a później zwróciła się do uczniów. – Mam nadzieję, że dacie szansę panu Robertowi, a on na pewno poopowiada wam ciekawe rzeczy z dziedziny archeologii... prawda?
– Wątpię, czy mieliby ochotę słuchać o propedeutyce, etnografii społeczeństw pierwotnych, antropologii fizycznej czy geomorfologii i petrografii – rzucił jakby od niechcenia. – Ale oczywiście... jeżeli ktoś będzie miał ochotę...
Cicha spiorunowała go wzrokiem i momentalnie zamilkł, tak samo jak reszta uczniów.
– Najwyraźniej pan ich nie docenia – stwierdziła, a później znowu cała jej uwaga została poświęcona uczniom. – Kochani, zostawiam was z nowym nauczycielem... Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania albo problemy, pamiętajcie, że jestem w pokoju nauczycielskim. – To powiedziawszy ruszyła zdecydowanym krokiem w kierunku drzwi, obrzuciła wszystkich przelotnym, ale wnikliwym spojrzeniem, i wyszła, zostawiając ich samych.
– Rozumiem, że pani Teresa to wasza wychowawczyni? – zwrócił się do uczniów. Postanowił w żaden sposób nie nawiązywać do tego, że wilk, o którym była mowa, przed chwilą ewidentnie próbował go zdyskredytować przed całą grupą dzieciaków, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. Wiedział jedno, ta kobieta go nie lubiła.
– Wychowawczyni? – powtórzył pytanie. Odpowiedziało mu kilka przytłumionych potakiwań.
– Miła pani – rzucił, szukając w spojrzeniach nastolatków jakichkolwiek oznak zrozumienia. Westchnął. – Dobrze...
Podszedł do biurka i spojrzał na dziennik, który był otwarty na liście uczniów.
– Sądzę, że powinniśmy na początek połączyć przyjemne z pożytecznym... sprawdzimy obecność i każdy z was mi coś o sobie powie, dobrze?
Przeleciał wzrokiem listę uczniów.
– Ania Trzmiel? Jest z nami Ania?
Ze swojego miejsca na końcu sali wstała ładna dziewczyna o blond włosach.
– Nazywam się Ania – zaczęła. – I nie mam na swój temat nic do powiedzenia.
Cała klasa znowu wybuchnęła śmiechem, a Ania Trzmiel zachęcona reakcją rówieśników, uśmiechnęła się triumfalnie i z powrotem usiadła.
Robert znowu zazgrzytał zębami. Wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, to do końca pierwszego semestru w tej szkole zetrze zęby na pył.
– Dobrze... Może zaczęliśmy ze złej strony. Słuchajcie... Może opowiecie mi coś o swoim mieście? Legnica wydaje mi się interesująca, ale szczerze mówiąc, nie zdążyłem jej jeszcze zwiedzić. Są tu jakieś miejsca godne polecenia?
Odpowiedziała mu martwa cisza.
– Dobrze... w takim razie... może macie jakieś pytania do mnie? Jak wiecie, oprócz bycia pedagogiem... skończyłem też studia archeologiczne. Bardzo ciekawe.
Cisza.
– Ktoś z was chciałby być archeologiem, jak... skończy... gimnazjum... a później liceum?
Odetchnął w duchu. Zreflektował się w ostatniej chwili. W pierwszym momencie chciał inaczej sformułować pytanie i zapytać "Czy ktoś chciałby zostać archeologiem jak podrośnie?". Zemsta tych dzieciaków na pewno byłaby potworna. Czuł to już teraz.
– Ktokolwiek? – naciskał dalej. – Na pewno nie macie żadnych pytań?
– Ja mam – odparł chłopak z rudymi włosami. – Dlaczego archeolog zaczyna pracować jako nauczyciel? Chodzi o pieniądze? Nie znalazł pan pracy w zawodzie?
Karcz tylko zacisnął pięści.
– Potrzebowałem odpoczynku. Podróżowanie po świecie potrafi być bardzo męczące. Zostałem nauczycielem, ale jak już pewnie zdążyliście zaobserwować czy też wywnioskować ze słów profesor Cichej...
– Tak?
– Nauczycielem w zastępstwie. Będę was uczył... – "I kilka innych klas, niestety" – dodał w myślach – ...tylko przez dwa semestry – dodał szybko. – Nawet się nie spodziewacie, jak szybko i interesująco minie nam ten czas.
Uśmiechnął się, ale i tym razem nawet uśmiech nie pomógł.
– Ktoś jeszcze ma jakieś pytania?
Na końcu klasy podniosła się samotna ręka.
– Tak?! Słucham? – zwrócił się w tamtym kierunku.
– Mam jedno...
– Zamieniam się w słuch – powiedział zachęcająco.
– Ma pan konto na Fejsie?
– Przepraszam, gdzie? – zdziwił się.
– Na Facebooku – wyjaśnił głos. – Nawet mój dziadek ma tam konto.
Robert już chciał jakoś zareagować, ale uczniowie znowu wybuchnęli śmiechem.
"Tylko dwa semestry – pomyślał. – Tylko dwa. Minie jak z bicza trzasł".
Niestety, nie podejrzewał, jak bardzo się mylił.
***
Wieści o nowym nauczycielu rozeszły się po Gimnazjum nr 30 w szybkim tempie. W czasach kiedy każdy z małoletnich posiadał telefon komórkowy, jeszcze przed końcem pierwszej lekcji wszyscy zdążyli usłyszeć bądź przeczytać o Robercie Karczu. Nawet pani Krysia, woźna z dwudziestoletnim stażem i niesłabnącą siłą ducha, otrzymała stosowne powiadomienie. "Rob Karcz – nowy gość od histy". Trzeba przyznać, że na pani Krysi akurat nie zrobiło to żadnego wrażenia, widziała w tej szkole niejednego nauczyciela, ale i tak przesłała SMS-a dalej.
Robert Karcz tylko z pozoru sprawiał wrażenie osoby spokojnej. Obecnie był kłębkiem nerwów, nie wspominając o narastającej chęci ucieczki. Tuż po swojej pierwszej lekcji, na którą składał się długi i nieprzyjemny wstęp profesor Teresy Cichej – wychowawczyni wspomnianej grupy, która z nie do końca jasnych powodów nie darzyła go zbyt dużą sympatią, oraz po nieudolnej próbie sprawdzenia obecności, powitał dźwięk dzwonka na przerwę z nieopisaną wręcz ulgą. Kiedy dzieciaki z rykiem wybiegły na korytarz, on jeszcze przez dłuższą chwilę siedział na brzegu swojego biurka, czerwony ze złości i bezsilności.
Za całą tę sytuację mógł oczywiście obwiniać tylko siebie, ale miał lekki żal do siostry, która załatwiła mu tę pracę. Justyna Karcz w odróżnieniu od brata była przebojowa, wszędzie było jej pełno i od zawsze miała jeden jasno wytyczony cel – zostać dziennikarką. Co rzeczywiście udało się jej ze wzbudzającą szacunek skutecznością i konsekwencją. Dzięki temu mógł oglądać siostrę, kiedy by tylko zechciał, gdyby oczywiście w ogóle oglądał telewizję.
Łączące ich relacje można by porównać do niewystępującej nigdzie indziej symbiozy pomiędzy dwoma różnymi gatunkami zwierząt. Ona była psem – superskutecznym hartem myśliwskim, a on kotem – który zawsze chodził własnymi ścieżkami, robił, co chciał, bardzo często włócząc się gdzieś bez żadnego konkretnego celu, a co najważniejsze miał tajemnice. Dużo tajemnic.
– Gdyby te młodziaki wiedziały, że ich nauczyciele też mają problemy – powiedział na głos do pustej sali.
"Jeden dzień w Legnicy za mną – pomyślał. – Na pewno nie będzie tak źle". Z zamyślenia wyrwało go głośne pukanie, chwilę później drzwi uchyliły się, a w powstałej szczelinie pojawiła się sympatyczna twarz w okularach.
– Nazywam się Tkaczyk, Kasia Tkaczyk – powiedziała. – Mogę wejść?
Robert bez zbytniego entuzjazmu uśmiechnął się i zaprosił ją do środka.
Ładna, na oko trzydziestoletnia kobieta w okularach w rogowej oprawce podeszła do niego pewnym krokiem i wyciągnęła rękę na powitanie.
– Robert Karcz – przedstawił się.
– Wiem, wiem... Pani Krysia wysłała mi SMS-a.
– Kim jest pani Krysia?
Nie wiedzieć czemu, od razu wyobraził sobie siostrę bliźniaczkę Teresy Cichej i przeszedł go zimny dreszcz.
– Nasza woźna – wyjaśniła Kaśka. – Jest bardzo nowoczesna i ma dobry kontakt z uczniami.
– Z nauczycielami chyba też – zauważył Karcz i wskazał ją palcem.
– Jestem bibliotekarką, a ty... w zastępstwie będziesz uczył historii, prawda? Wiele o tobie... – zawahała się na chwilę. – Słyszeliśmy przed twoim przyjazdem.
– Czyżby?
– Tak. Najpierw ciąża Ani, mówię oczywiście o naszej nauczycielce historii... później pojawił się temat zastępstwa, no i oczywiście...
– Tak – potaknął. – Ja.
Kasia zmrużyła oczy z rozbawieniem, jakby się nad czymś zastanawiała.
– No, na pewno nie tak od razu... Najpierw było planowanie i rozmowy, a dopiero później wieść o niejakim panu Karczu, która prawdę mówiąc, spadła na nas jak grom z jasnego nieba.
– Świetnie – rzucił cierpko.
– Stąd też pewnie twój komitet powitalny.
Słysząc to, uniósł brwi.
– Masz na myśli Teresę Cichą?
Nie wiedzieć czemu, Kaśka wybuchnęła śmiechem.
– Nie, mam na myśli tłum nastolatków czekających na ciebie na korytarzu. Oczywiście wszyscy udają, że znaleźli się w tej części szkoły i pod tymi drzwiami przez przypadek... ale rozumiesz – puściła do niego oko. – Pewne rzeczy są aż nadto czytelne.
Karcz wyobraził sobie "komitet powitalny", o którym wspomniała jego nowa znajoma i znowu przeszedł go dreszcz. Przez ułamek sekundy zrozumiał, że jest żywym dowodem na to, że ludzie bez pedagogicznego powołania powinni się trzymać od tego zawodu z daleka. Z korzyścią nie tylko dla nich samych, ale również dla uczniów. Bezużyteczna mądrość życiowa, ograniczająca się do jeszcze innego stwierdzenia, brzmiącego mniej więcej: "Bez pasji praca nie daje satysfakcji". W zasadzie i jedno, i drugie nadawało się na napis na podkoszulku i na nic więcej.
– Kiedy przyjechałeś do Legnicy?
– Wczoraj wieczorem. Mam kawalerkę na ulicy Wojska Polskiego, tuż obok Kurii Biskupiej... i stacji benzynowej...
– I ZUS-u, NFZ-etu... – zaczęła wyliczać z narastającym rozbawieniem.
– Tak, dokładnie. Mam za sąsiadów kancelarie prawnicze, komornicze i wiele innych. W budynku, w którym mieszkam, chyba... nikt inny nie mieszka. Miła okolica – dodał szybko.
– To dziwne – stwierdziła nagle i znowu zmrużyła oczy.
– Co takiego?
– Cała ta sytuacja. Powinieneś poznać mojego znajomego Ksawerego. Jest pasjonatem historii. Wie o tym mieście chyba wszystko. Na pewno wybiłby ci z głowy kancelarie i stacje benzynowe... a przede wszystkim centra handlowe.
– Chętnie – odpowiedział, tak naprawdę po prostu nie wiedząc, co ma powiedzieć.
Patrzyli na siebie przez chwilę.
– Przepraszam, muszę uciekać – powiedziała nagle. – Obowiązki wzywają. Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.
Robert westchnął i wziął z biurka dziennik oraz klucze do klasy.
– Idę do pokoju nauczycielskiego zdać raport pani Cichej.
– Aż tak dała ci w kość? – Kaśka wybuchnęła śmiechem.
– Słucham?
Nie ukrywał zdziwienia i zaczął się zastanawiać, czy aby bibliotekarka nie posiada telepatycznych umiejętności. Zupełnie jakby czytanie ogromnej ilości książek uczyło nas czytać w ludziach. A może rzeczywiście trochę tak było?
– Teresa jest... bardzo specyficzna – wyjaśniła, ostrożnie dobierając słowa. – Po prostu nie była zadowolona z decyzji dyrektora odnośnie do zastępstwa.
– Dlaczego?
Poprawiła spadające na nos okulary.
– Jest nauczycielką z ogromnym stażem... i być może uznała, że w Legnicy mamy wystarczająco dużo nauczycieli na to miejsce? Sama nie wiem. Nie martw się. Na pewno jej przejdzie. Zresztą... sądząc po twojej minie, już pewnie zauważyłeś, że jest... chłodna? Bardziej chłodna niż cicha w rzeczy samej.
Kiwnął głową.
– Nie przejmuj się – powtórzyła i nieśpiesznym krokiem ruszyła w stronę drzwi. – Pamiętaj o komitecie powitalnym. Nie możesz tu siedzieć cały dzień.
– Poczekaj chwilę!
Zatrzymała się i spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Orientujesz się może, gdzie mógłbym wynająć jakiś garaż? Mam samochód... i... chciałbym, żeby stał w jakimś bezpiecznym miejscu.
– Przykro mi. Kompletnie nie znam się ani na samochodach...
– ...ani garażach – dokończył za nią. – Rozumiem. Dzięki.
Uśmiechnęła się.
– Przepraszam, ale muszę uciekać.
– Nie przepraszaj. Gdyby to była książka, to ten rozdział nosiłby tytuł: "Rozdział, w którym każdy mówi przepraszam".
– Przepraszam? Długo nad tym myślałeś? – zapytała i zaczęła się śmiać. Było w tym coś krzepiącego.
Uniósł dłoń i pokazał jej dwa palce.
– Jakieś dwie minuty główkowania. Nic wielkiego.
Kaśka kiwnęła głową, udając zrozumienie. Poprawiła okulary i wyszła na korytarz pełen głośnych nastolatków, zostawiając go samego. Stał tam przez chwilę z dziennikiem klasowym pod pachą, zaciskając palce na kluczach, tak bardzo niegotowy, żeby iść za nią. Wziął kilka głębokich wdechów i zrobił pierwszy krok. Reszta poszła już gładko.
***
Reszta dnia była o wiele przyjemniejsza. Udało mu się utrzymać pewnego rodzaju rytm, który sprawił, że spotkania z pozostałymi klasami stały się mniej frustrujące, niż się spodziewał. Nawet udało mu się uciąć ciekawą pogawędkę z klasą o profilu sportowym, w której na dwudziestu czterech chłopaków była jedna dziewczyna (do której i tak wszyscy koledzy zwracali się Andrzej albo Andrew). Pogadali o legnickich klubach sportowych, piłce nożnej i kilku innych rzeczach, które nigdy wcześniej jakoś specjalnie go nie interesowały. W pewnym momencie nawet cała grupa zaoferowała się, że oprowadzi go po mieście i pokaże kilka "fajnych miejscówek", ale grzecznie podziękował, choć nie ukrywał przy tym szczerego rozbawienia.
Po czwartej lekcji i po czwartej liście obecności oraz niezliczonych rozmowach zapoznawczych, wymknął się z sali na korytarz i poświęcając trochę uwagi gazetkom ściennym o patronie szkoły (głównie tylko po to, żeby unikać kontaktu wzrokowego z uczniami), poszedł prosto do gabinetu dyrektora, który mieścił się na drugim piętrze. Mijając tłumy przyglądających mu się nastolatków, cały czas mruczał pod nosem "Przepraszam, przepraszam, bardzo przepraszam, o przepraszam!", a czasami nawet "najmocniej przepraszam". Zupełnie jak magiczne zaklęcie, które miało sprawić, że stanie się niewidzialny. Oczywiście nie zadziałało.
– Niech pan wejdzie, panie Robercie – powiedział krępy mężczyzna, wbity w szyty na miarę garnitur.
Gabinet był niezwykle schludny i pełen sportowych trofeów, co od razu mówiło o osobistym zamiłowaniu dyrektora.
– Jak się panu podoba nasza szkoła? – zapytał bez ogródek.
– Jest bardzo... ładna – odpowiedział Karcz, siadając posłusznie na wskazanym przez dyrektora miejscu.
– Pana siostra opowiadała mi o pańskich dokonaniach w dziedzinie historii – powiedział, rozsiadając się w swoim fotelu. – To ogromna przyjemność współpracować z pana siostrą. Cudowna kobieta... i niesamowita dziennikarka – dodał pospiesznie. Zaczerwienił się przy tym lekko i potarł nos.
Robert na końcu języka miał pytanie, czy poprzez "współpracę" rozumie, że owa cudowna kobieta i niesamowita dziennikarka "załatwiła młodszemu bratu pracę", ale ostatecznie zrezygnował.
– Kiedy pani Justyna zadzwoniła do mnie i powiedziała, że postanowił się pan wyciszyć – kontynuował. – I szuka pan pracy, tu, w Legnicy, na czas pisania swojej nowej książki, nie mogłem odmówić. Naprawdę! Od razu obiecałem jej, że coś panu znajdę – dodał z satysfakcją, jak człowiek, który zawsze dotrzymuje słowa.
– Jakiej książki? – Robert zmarszczył czoło, jednoznacznie sugerując, że coś się nie zgadza.
– Pani Justyna powiedziała, że wybrał pan Legnicę na miejsce, w którym napisze pan jakąś książkę o archeologii. To świetnie się składa. Legnica aż kipi od... ciekawych historii. To dobre określenie. Kipi.
Karcz, który poza pracą magisterską nie napisał w życiu żadnej innej dłuższej formy, po prostu skinął głową. Był częścią jakiejś większej opowieści wysnutej przez jego własną siostrę i stwierdził, że najbezpieczniej będzie się nie wychylać.
– Ma pan na myśli jakieś konkretne historie o mieście, które... kipią? – zapytał, próbując delikatnie zmienić temat, obiecując sobie w myślach, że poważnie porozmawia z Pyśką przez telefon i wygarnie jej za wymyślanie bajek o książkach i innych bzdurach.
Dyrektor, słysząc jego pytanie, lekko się zmieszał.
– Wie pan... nie jestem specjalistą – powiedział. – Ale wystarczy popytać. Mieliśmy tu... eee... bitwę z Mongołami... wiele ciekawych historii. Naprawdę. Tak jak mówię... Miasto kipi... jak mleko z garnka! – Roześmiał się, najwyraźniej zadowolony ze swojego porównania. Poprawił guziki mankietów.
"Czym się denerwujesz?" – zastanowił się Robert i przyjrzał mu się uważnie. Doszedł do wniosku, że dyrektor był po prostu ignorantem, który najwyraźniej interesował się niewieloma rzeczami poza sportem, ale w gruncie rzeczy był sympatyczny. Jednak swoim niepewnym zachowaniem wprowadzał nerwową atmosferę. Dlaczego? Sprawiał wrażenie otwartego, a garnitur i wystawa trofeów sugerowała, że lubił wystąpienia publiczne. Karcz zaczął podejrzewać, że mężczyzna najwyraźniej chciałby mu coś powiedzieć, ale nie wiedział jak.
– Przykro mi, że nie mogłem spotkać się z panem wcześniej, ale wiem od pani Justyny, że przyjechał pan dopiero wczoraj... to prawda?
Kolejne wymijające pytanie.
– Prawda – przyznał Karcz. – Przyjechałem wczoraj, odebrałem klucze od mieszkania, a teraz jestem tutaj. Nawet nie ma co opowiadać.
– Na pewno błyskawicznie się pan zaaklimatyzuje u nas w trzydziestce! Mamy masę świetnych sportowców, co pewnie zdążył już pan zauważyć. – Wskazał, jakby od niechcenia, na trofea stojące w gabinecie. Tak jakby ludzie, wchodząc do gabinetu, nie uderzali w nie prawie nosem. – Dlatego z pewnością przyda nam się ktoś, kto potrafi zarażać ludzi pasją do historii.
"Nie potrafię nikogo zarazić nawet katarem" – pomyślał Karcz i delikatnie potarł czoło zewnętrzną stroną dłoni.
– Zrobię co w mojej mocy – powiedział.
– Ależ oczywiście, panie Robercie, oczywiście. A w tematach pasji... – Nagle zniżył głos do konspiracyjnego szeptu.
"Oho! – pomyślał Karcz. – Na ten moment czekałem".
– Mamy w szkole sekcję dziennikarską... – zaczął dyrektor szeptem – oraz klasy o profilu dziennikarskim.
– Tak? – również zniżył głos do szeptu. Choć wiedział, że dla osoby z zewnątrz mogłoby to wydać się absurdalne, to jednak nie mógł się powstrzymać.
– Czy mógłby pan delikatnie poprosić siostrę... przepraszam... panią Justynę. – Chrząknął. – O to, żeby w wolnej chwili odwiedziła naszą szkołę... i sam nie wiem... porozmawiała z dzieciakami? Poprowadziła jakieś warsztaty?
Robert się zawahał, czując zbliżające się niebezpieczeństwo.
– Nie do końca rozumiem...
– Zmierzam do tego, że wizyta kogoś znanego w naszej szkole, byłaby... bardzo korzystna... dla nas. Dla mnie i dla pana. Biorąc jeszcze pod uwagę funkcjonujący między nami układ... – urwał na chwilę – określmy to mianem wymiany uprzejmości za uprzejmość.
– Tak?
– Proszę zrobić co w pana mocy. – Pochylił się w jego stronę i puścił do niego oko, co wydało się Karczowi dziwnie niestosowne. – Proszę porozmawiać z panią Justyną... Ja nie miałbym czelności... ponawiać mojej prośby... szczególnie że rozmawiałem z nią już na ten temat kilka miesięcy temu, kiedy byłem we Wrocławiu. Tak się złożyło, że mamy wspólnych znajomych, wie pan. Dobre towarzystwo. – Kaszlnął. – No, ale! Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację... mogłaby w końcu się zdecydować, prawda, panie Robercie? Pomoże pan?
Karcz kompletnie skołowany prośbą uniósł podniesiony do góry kciuk, a dyrektor widząc to, zaśmiał się z ulgą i uderzył ręką w biurko.
– Cudownie! Cudownie, panie Robercie! Wiedziałem, że się zrozumiemy!
– Mogę mieć pytanie? – zapytał Karcz, przerywając mu nagły atak wesołości.
Dyrektor otarł łzę spływającą mu po policzku.
– Tak, tak! Oczywiście, do diaska! Co to za pytanie?
– Chciałem zapytać o moją umowę. Miałem ją dzisiaj podpisać.
Dyrektor uciszył go machnięciem ręki i nacisnął przycisk interkomu stojący na biurku tuż obok zdjęcia jego rodziny. W ładnej, schludnej ramce była fotografia przedstawiająca cztery osoby stojące w szeregu i szczerzące się do obiektywu sztucznym uśmiechem. – Dyrektor, pani dyrektorowa i dwójka nastoletnich blond dyrektorociąt.
– Pani Sylwio, czy umowa dla pana Karcza jest w sekretariacie? – zapytał dyrektor, cały czas trzymając palec na przycisku interkomu.
Przez chwilę w pomieszczeniu było słychać tylko szum i trzaski, ale gdzieś pośrodku tego dało się wyłowić kilka słów.
– Panie Robercie. Umowa i kwestionariusz czekają w sekretariacie w pokoju obok – oznajmił.
– Usłyszał to pan w tym szumie?
Dyrektor popatrzył na niego.
– A pan nie? Można się przyzwyczaić. Naprawdę. To taki gadżet, który kupiłem przez internet.
– Gadżet?
– Tak – odparł i znowu zniżył głos do szeptu. – Gadżet jak z filmów o Jamesie Bondzie.
– Słucham?
– Szef Bonda miał taki interkom na biurku – wyjaśnił lekko urażony brakiem wiedzy swojego gościa. – No wie pan... ten od Connery'ego.
Karcz tylko potakująco pokiwał głową. Nagle przypomniał sobie, że miał zapytać o garaż do wynajęcia, ale wydało mu się to jakoś mniej ważne w tej chwili. Doszedł do wniosku, że dyrektor nie jest dobrym źródłem informacji i nie warto pytać go o nic więcej. Podniósł się ze swojego miejsca i kiedy otwierał drzwi na korytarz, usłyszał jeszcze za plecami.
– Panie Robercie, proszę pamiętać o tym, co uzgodniliśmy.
– Uzgodniliśmy? – Odwrócił się w jego stronę.
– Chodzi o pana siostrę. Niech pan z nią porozmawia, dobrze?
Karcz wykrzywił twarz w uśmiechu.
– Proszę się nie martwić – zapewnił go. – Porozmawiam z nią. Na pewno z nią porozmawiam i niech mi pan wierzy, że to będzie długa rozmowa.
***
Kiedy już podpisał umowę, ogarnęła go przejmująca ochota, aby opuścić budynek. Wyobraził sobie, jak wymyka się przez okno w toalecie, biegnie na przełaj po znajdującym się obok wielofunkcyjnym boisku, wbiega na parking dla nauczycieli, odpala swojego mustanga i odjeżdża z rykiem silnika. Po kilku minutach zdecydował się jednak na bardziej konwencjonalny sposób. Z kopią swojej nowej umowy o pracę w kieszeni poszedł do pokoju nauczycielskiego, wziął z niego swoją skórzaną kurtkę i telefon komórkowy (którego prawie nigdy nie nosił z sobą), pożegnał się ze wszystkimi obecnymi tam osobami i na sztywnych nogach, nie zatrzymując się...
– Panie Karcz!
"Niech to szlag!" – pomyślał. Znał ten głos. Odwrócił się i spojrzał prosto w lodowate oczy Teresy Cichej. Na korytarzu nie było nikogo poza nią, zupełnie jakby szkoła opustoszała w przeciągu kilku uderzeń serca.
– Jak pan ocenia pierwszy dzień w pracy? – zapytała chłodno.
– Ta szkoła jest... bardzo ładna. Zresztą sama pani wie, jak wyglądają pierwsze dni roku szkolnego.
– Tak, wiem. Mam je co roku od ponad dwudziestu lat.
– To miło – mruknął, chowając ręce do kieszeni kurtki i nerwowo przestępując z nogi na nogę.
– Mam nadzieję, że nie będzie pan sprawiał kłopotów.
Słysząc to, zamarł.
– Dlaczego miałbym?
Jej spojrzenie mówiło wszystko. Znał je. Widział je już wcześniej. Za tym spojrzeniem kryło się naprawdę wiele. Przybłęda – to właśnie mówiły jej oczy. O tak! Znał to spojrzenie doskonale.
Profesor Cicha zignorowała jego pytanie i tylko zlustrowała go wzrokiem.
– Pana samochód na parkingu wzbudza duże zainteresowanie wśród uczniów. Wolałabym jednak, żeby na przerwach nie szlajali się przed szkołą. To gimnazjum ma dobrą renomę...
– Zamiast przychodzić z tym do mnie, mogłaby pani zwrócić im uwagę – wypalił bez zastanowienia.
Wmurowało ją. Przez kilka trwających wieczność sekund odwracała się w jego stronę, aż ich spojrzenia znowu się spotkały. Jak w zwolnionym tempie, brakowało tylko odpowiednich efektów dźwiękowych i mogłaby powstać mrożąca krew w żyłach scena filmowa.
– Co pan powiedział? – wycedziła przez zęby.
Przeklął w myślach ze strachem.
– Pani Tereso, nie jestem pani kolejnym uczniem, tylko nauczycielem. Mam nadzieję, że oswoi się pani z tą myślą. Nie wiem dlaczego, ale mam dziwne przeczucie, że mnie pani nie lubi.
– Ja? – oburzyła się.
– Jest mi przykro z tego powodu – dopowiedział szybko, nie dopuszczając jej do głosu. – Zmierzam do tego, że nie znam wszystkich zasad panujących w tej szkole. Jeżeli dzieciaki nie mogą wychodzić na zewnątrz, dobrze. Teraz już o tym wiem. Ale nie jest moją winą, że ktoś ogląda mój samochód.
Słysząc jego słowa, Teresa Cicha dosłownie zadrżała, jak budynek w posadach. Jej twarz wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć pod ciśnieniem.
– Do widzenia, panie Karcz – wydusiła w końcu. Obróciła się na pięcie i rozjuszona jak byk w ułamku sekundy zniknęła za winklem.
Wojna oficjalnie się rozpoczęła.
– Powinienem ugryźć się w język – skarcił siebie. – Cholera jasna!
Wykonał szybki obrót z zamiarem wyjścia ze szkoły i nagle dosłownie wpadł na niską kobietę ubraną w fioletowy uniform z napisem "Gimnazjum nr 30". Po lewej stronie miała zatknięty za pasek młotek i dwa śrubokręty. Biorąc pod uwagę jej wiek i rodzaj ubioru, wyglądała jak połączenie tradycji z nowoczesnością. Jedyna i niepowtarzalna superwoźna.
– Przepraszam, pani Krysiu! – sapnął, umiejętnie ją wymijając, dalej trzymając ręce w kieszeniach kurtki.
Kobieta przyjrzała mu się uważnie.
– Pan nowy, prawda? Skąd pan wie, jak mam na imię?! – zawołała w ślad za nim.
Nie dała po sobie poznać, że była świadkiem całej rozmowy, która wywiązała się przed chwilą między nim a Cichą na pustym korytarzu.
– Wszyscy panią znają – rzucił przez ramię i wybiegł na zewnątrz.
Pani Krysia długo patrzyła w ślad za nim. W końcu uśmiechnęła się z niedowierzaniem i wyciągnęła swój wysłużony telefon komórkowy.
Informacje w szkole rozchodziły się naprawdę szybko.