Podróż w nieznane - Jackie Collins

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Miejsce: Moskwa

Miliarder Aleksandr Kasianienko kontemplował nagie ciało kochanki wychodzącej z krytego basenu w jego luksusowej moskiewskiej rezydencji. Dziewczyna miała na imię Bianca, była światowej sławy top modelką.

Boże, ależ ona jest piękna, odkrywał po raz kolejny Aleksandr. Piękna i kocia. Chodzi jak pantera, a w łóżku zamienia się w dziką tygrysicę. Szczęściarz ze mnie, wielki szczęściarz, pomyślał.

Bianca należała do rasy mieszanej: była dzieckiem kubańskiej matki i czarnoskórego ojca. Nie ulegało wątpliwości, że odziedziczyła po obojgu najlepsze fizyczne cechy.

Dorastała w Nowym Jorku, została odkryta jako siedemnastolatka, a teraz, dwanaście lat później, cieszyła się największym wzięciem wśród modelek. Wysoka, smukła, pełna gracji sylwetka, skóra w kolorze kawy, delikatne rysy, naturalnie wydatne usta, przeszywające spojrzenie zielonych oczu i burza połyskliwych czarnych włosów - tak obdarzona przez naturę Bianca zachwycała i mężczyzn, i kobiety. W męskich oczach była rzecz jasna nieodparcie kuszącym symbolem seksu; kobiety z kolei podziwiały jej wyczucie stylu i nieco rubaszny humor, który ujawniał się za każdym razem, gdy gościła w nocnych talk-show.

Bianca wiedziała, jak zachowywać się przed kamerami, i z całą pewnością miała świadomość, jak promować swoją markę. Przez lata kariery na wybiegach stworzyła prawdziwe miniimperium, złożone z linii biżuterii, egzotycznych okularów przeciwsłonecznych, olśniewających zestawów do makijażu dla kolorowych kobiet i kilku modnych zapachów.

Dobrze opanowała sztukę sprzedaży i zbiła na tym fortunę. Wreszcie, dobiegając trzydziestki, uznała, że zamiast dalej ciężko pracować jako człowiek orkiestra, powinna znaleźć odpowiedniego sponsora, który zatroszczyłby się i o nią, i o jej majątek.

Aleksandr Kasianienko idealnie nadawał się do tej roli, ponieważ był nie tylko bajecznie bogatym biznesmenem, ale i twardym, budzącym respekt mężczyzną.

Biance zdążyli obrzydnąć kolekcjonowani od lat "ładni chłopcy". Na długiej liście jej miłosnych podbojów znajdowali się gwiazdorzy filmowi, czołówka rockmanów, z pół tuzina wybitnych sportowców, a także jeden albo dwóch polityków. Żaden z tych kochanków nie usatysfakcjonował jej naprawdę ani w łóżku, ani pod żadnym innym względem. W każdym ze swoich związków była stroną dominującą. Wszyscy bez wyjątku aktorzy okazywali się niepewni siebie i przewrażliwieni na punkcie swojego publicznego wizerunku. Rockmanów cechowało zamiłowanie do narkotyczno-seksualnych orgii, nie wspominając o totalnej próżności. Sportowcy myśleli tylko o reklamie i nigdy nie byli wierni. Jeśli zaś chodzi o polityków, ich sprawność seksualna pozostawiała wiele do życzenia: należeli raczej do kategorii erotomanów gawędziarzy.

Aż wreszcie, w najwłaściwszym dla siebie momencie, Bianca spotkała Aleksandra. I zauroczyła ją jego milcząca siła.

Był tylko jeden problem.

Aleksandr miał żonę.

***

Spotkali się na jego terenie. Biancę sprowadziła do Moskwy sesja zdjęciowa dla włoskiego wydania "Vogue'a", a że zbiegło się to akurat z jej dwudziestymi dziewiątymi urodzinami, znakomity fotograf Antonio, gej znający w Moskwie wszystkich, których należy znać, postanowił wyprawić dla niej urodzinowe przyjęcie.

Na tym właśnie przyjęciu, które okazało się huczną zabawą, Bianca poznała Aleksandra.

I wprost zaparło jej dech na widok jego ciemnego, mrocznego oblicza, połączonego z roztaczaną przez niego aurą władzy i mocy. Wysoki, mocno zbudowany, miał w sobie coś magnetycznego, coś niesłychanie męskiego. Jedno spojrzenie i była zdobyta.

Nie powiedział, że jest żonaty.

Ona nie zapytała.

W godzinę później kochali się szaleńczo na podłodze jej hotelowego apartamentu. Był to seks zwierzęcy w swej intensywności, tak namiętny, jakiego żadne z nich nie przeżyło nigdy wcześniej. Dosłownie zdarli z siebie ubrania i posiedli się w okamgnieniu, bez żadnych wstępnych ceregieli.

Po tej jednej nocy nieposkromionej namiętności oboje byli odurzeni i już uzależnieni od siebie. I tak zaczął się ich gorący romans ze schadzkami na całym świecie.

Teraz, mimo upływu roku i sytuacji rodzinnej Aleksandra, nadal nie mogli bez siebie żyć.

Aleksandr zapewniał Biancę, że jest w trakcie rozwodu, ale z powodu ważnych interesów, mogących zaważyć na jego rozliczeniach z żoną, zwlekał z finalizacją sprawy. Miał również dzieci, które chciał zabezpieczyć: trzy córki. "Muszę wybrać odpowiedni moment - powiedział Biance. - Ale wiedz, że wybiorę, i to wkrótce. Daję ci na to słowo".

Bianca mu wierzyła. Faktycznie rozstał się z żoną, co uznała za dobry początek. Pomimo to nie mogła pohamować apetytu na więcej. Chciała małżeństwa z Aleksandrem i nie zamierzała tracić zbyt dużo czasu w oczekiwaniu, aż zostanie Mrs Aleksandr Kasianienko.

W tym czasie Aleksandr zapragnął uczcić nadchodzące trzydzieste urodziny ukochanej w wyjątkowy sposób. Niedawno dostarczono mu luksusowy jacht dalekomorski, którym zamierzał popłynąć z Biancą w podróż poślubną. Skoro jednak ślub musiał poczekać, postanowił inaczej zagospodarować nowy nabytek i przy okazji olśnić narzeczoną niezapomnianym wydarzeniem. W programie celebrowania jej okrągłych urodzin pojawił się tygodniowy rejs jachtem w gronie przyjaciół - czy można wymyślić coś lepszego?

Gdy wtajemniczył ją w swoje plany, podekscytowana Bianca natychmiast zaczęła zastanawiać się nad gośćmi, których zabierze na tak ekskluzywną wycieczkę.

- Ilu ludzi pomieści twój nowy jacht? - zapytała.

- Wielu. - Uśmiechnął się chłodno. - Ale sądzę, że powinniśmy zaprosić tylko pięć par.

- Dlaczego tylko pięć? - W głosie Bianki brzmiało lekkie rozczarowanie.

- Bo tyle wystarczy - orzekł. - Zrób swoją listę, ja zrobię swoją. Potem porównamy je i zdecydujemy, kogo wybrać.

Bianca uśmiechnęła się szeroko.

- To będzie świetna zabawa - stwierdziła, już myśląc o swoich gościach.

- Na pewno - zgodził się Aleksandr.

Rozdział 2

Miejsce: Londyn

Ashley Sherwin od dobrych dziesięciu minut wpatrywała się w swoje odbicie w ozdobnym lustrze nad umywalką, gdy jej mąż Taye wszedł do łazienki. Była to ogromna łazienka z marmurowymi blatami i kryształowym żyrandolem, który zaprojektował dla nich sam Jeromy Milton-Gold, jeden z najmodniejszych londyńskich designerów.

- Co tak studiujesz, kituś? - zapytał wesoło Taye, korzystając z okazji, żeby pochylić się nad żoną i obejrzeć w lustrze własną sylwetkę, niezmiennie satysfakcjonującą.

- Nowy makijaż - burknęła Ashley niezadowolona, że przyłapał ją w łazience. "Powinnam była zamknąć się od środka", pomyślała ze złością.

Taye nie rozumiał słowa "prywatność", czemu skądinąd nie mogła się dziwić. Był gwiazdorem futbolu, przyzwyczajonym do obnażania się i paradowania przed każdym, kto stanął na jego drodze. Nie wspominając o kobietach: rozwydrzonych nastoletnich fankach, gotowych na wszystko w pościgu za celebrytą. Ashley myślała o nich ze wstrętem; nienawidziła ich z całej duszy.

- No - cmoknął Taye, rozciągając ramiona nad głową - wyglądasz super i piekielnie sexy.

Ale Ashley nie chciała wyglądać sexy; jej marzeniem był wizerunek eleganckiej ikony mody, stylowej i stonowanej. Tego też Taye nie chwytał - w swoim mniemaniu powiedział żonie komplement, jednak odniósł efekt odwrotny do zamierzonego.

Ashley westchnęła smętnie. Po sześciu latach małżeństwa Taye nadal nie miał pojęcia, do czego ona aspiruje, kim pragnie się stać. Czyżby nie zauważał, że nie jest już dwudziestodwuletnią telewizyjną prezenterką, ładną blondyneczką, którą poślubił? Jest teraz matką ich sześcioletnich bliźniąt, Aimee i Wolfa. Jest starsza, dojrzalsza; wie, czego chce, i wcale nie zadowalał jej status ozdoby Taye'a Sherwina.

Musieli się pobrać, ponieważ zaszła w ciążę - powód banalny i nigdy nie najlepszy, ale zawsze lepsze to od samotnego macierzyństwa. Taye mógł zresztą uchodzić za wspaniałą zdobycz. Czarny i piękny. Heros stadionów. Maszyna do zarabiania pieniędzy, ze wszystkimi reklamowymi kontraktami i pozycją supergwiazdora.

Spotkali się na planie telewizyjnego show, prowadzonego przez Ashley wraz z Harmony Gee, byłą członkinią żeńskiego zespołu Sweet. Harmony jawnie uwodziła Taye'a, ale wkrótce nikt nie miał już wątpliwości, że to nie ona, tylko Ashley wpadła w oko słynnemu piłkarzowi.

I oboje natychmiast wpadli w oko paparazzim: brytyjska plotkarska prasa okrzyknęła ich nową celebrycką parą. Zasłużyli nawet na przydomek Tashley, dla podkreślenia, jak bardzo są nierozłączni.

Ashley nie posiadała się z zachwytu, kwitła w blasku powszechnego zainteresowania. Dotychczas, przez sześć miesięcy pracy w telewizji, musiała znosić dominację Harmony, która brała dla siebie najważniejsze wywiady, teraz jednak, dzięki jej świeżej popularności, szefowie stacji zaczęli patrzeć na nią z szacunkiem, a Harmony z morderczym błyskiem w oku.

A potem Taye ją zapłodnił, i to był koniec.

Żegnaj, kariero.

Witaj, (małżeński) smutku.

Taye okazał się supergwiazdą pod każdym względem. Gdy tylko dowiedział się o ciąży, natychmiast zaczął nalegać na ślub. Mimo swojej przeszłości playboya zawsze postępował fair. Poza tym naprawdę kochał Ashley. Była dla niego ideałem, rdzenną niebieskooką Angielką, długowłosą blondynką o nieskazitelnie jasnej cerze i kształtnej figurze.

Anais, matka Taye'a, przysadzista Jamajka, nie podzielała zachwytów syna.

- Powinieneś ożenić się z dziewczyną twojego pokroju - zrzędziła, a dezaprobata dodatkowo obciążała jej akcent. - Ta Ashley jest dobra tylko do ozdoby, w małżeństwie nie będziesz miał z niej pożytku.

- Twoja matka ma rację, synu - wtórował ojciec. - Wziąłbyś sobie lepiej kobietę z naszych stron, z wyspy. Więcej mięsa na kościach, soczystego, ciemnego mięsa, mniam, mniam.

Że jednak minęło czterdzieści lat, odkąd rodzice po raz ostatni byli na Jamajce, Taye postanowił zignorować ich mądre rady. Zamiast dokładnie rozważyć za i przeciw, dał się porwać przygotowaniom do ślubu.

Elise, matka Ashley - przywiędła blondynka pracująca w dziale kosmetyków domu towarowego - czuła się rozdarta. Owszem, przyszły zięć miał tę zaletę, że był bogaty i sławny. Ale miał też zasadniczą wadę: był czarny.

Elise nie chciała wyjść na rasistkę, ale niestety od najmłodszych lat przywykła widzieć w ludziach czarnoskórych istoty niższego gatunku.

Na szczęście nie przekazała córce swoich uprzedzeń. Ashley bez żadnych oporów akceptowała kolor skóry Taye'a. Najważniejsze, że kochał ją bardziej niż ktokolwiek przedtem, wręcz ubóstwiał, można rzec, co w jej oczach starczyło za wszystko. Być ubóstwianą przez bardzo sławnego mężczyznę, za którym szalały inne kobiety, to prawdziwy uśmiech losu.

Ich wystawny ślub znalazł się na pierwszych stronach gazet, podobnie jak narodziny bliźniąt trzy miesiące później. Taye kupił dla nich wspaniały dom w pobliżu Hampstead Heath i wszystko szłoby jak najlepiej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie ciężka depresja poporodowa, na którą Ashley zapadła wkrótce po przeprowadzce. Tak ciężka, że nie była w stanie zająć się dziećmi przez pierwsze pół roku ich życia. Taye musiał ściągnąć do domu swoich rodziców i matkę Ashley, co - jak się wkrótce okazało - było z jego strony wielkim błędem. Obie babcie szybko zapałały do siebie szczerą antypatią, zwłaszcza po tym, jak Anais oskarżyła trzykrotnie rozwiedzioną Elise, że robi słodkie oczy do jej męża, a dotknięta do żywego Elise zaprzeczyła tym potwarzom ze świętym oburzeniem i z pogardą.

Tak czy inaczej, ognisko domowe Sherwinów nie należało do szczęśliwych. Z Ashley, zamkniętą na górze w królewskiej sypialni i całkowicie wycofaną z życia rodzinnego. Z bliźniętami wymagającymi opieki przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. I z dwiema babciami na ścieżce wojennej.

Taye starał się utrzymać względny spokój w swoim gniazdku, ale nie było to łatwe. A że Ashley odmawiała wszelkiego rodzaju kontaktów seksualnych, zmagał się też z własną narastającą frustracją.

W końcu nie wytrzymał i zdradził żonę. Na swoje nieszczęście z dziewczyną (trzeciorzędną modelką z wielkim biustem), która natychmiast pobiegła do tabloidów i sprzedała im rewelację za śmieszne pieniądze.

Nagłówki w prasie były bezlitosne:

MOJA UPOJNA NOC Z TAYE'EM SHERWINEM

W ŁÓŻKU TEŻ JEST GWIAZDĄ!

CZY TO KONIEC TASHLEY?

Ach, co za hańba! Co za wstyd! Co za szok dla Ashley! Tym razem wyszła z ukrycia i stanęła oko w oko z niewiernym mężem, kipiąc z wściekłości.

Jego tłumaczenia brzmiały słabo. Brak seksu od miesięcy. Żona w depresji. Rozkrzyczane niemowlęta. Konflikty między matką a teściową. I piersiasta laska, która dosłownie rzuciła się na niego podczas wspólnego nagrywania reklamy wody po goleniu.

Taye nie był z kamienia, to pewne. Przywarł do tych wielkich piersi jak człowiek śmiertelnie spragniony. Utonął między nimi. A gdy już utonął, pożałował tego natychmiast i uciekł od przygodnej partnerki.

Tabloidowa historia popchnęła Ashley do działania. Natychmiast wynajęła dwie pielęgniarki, odprawiła matkę i teściów, po czym zajęła się gorliwie odzyskaniem sylwetki sprzed ciąży.

W tym czasie skruszony Taye ofiarował jej pierścionek z dziesięciokaratowym brylantem, przysiągł, że nic podobnego nie powtórzy się nigdy więcej, bez zmrużenia oka wyłożył pieniądze na operację plastyczną piersi, tak jak chciała... i życie młodej pary wróciło do normy.

Tyle że sama ta norma nie była aż tak normalna. Ashley wybaczyła, ale nie zapomniała. Gorzej: ani myślała zapomnieć.

W miarę jak bliźnięta rosły, coraz częściej zastanawiała się nad swoją przyszłością i nad tym, co może zrobić, żeby nie być tylko jedną z urodziwych wags, piłkarskich żon i narzeczonych. Zaczęła od poinformowania Taye'a, że życzy sobie uczestniczyć w jego przyszłych kontraktach reklamowych. Taye przystał na to ze zrozumieniem, a nawet z ulgą. Już raz niebezpiecznie rozhuśtawszy małżeńską łódź, wolał zabezpieczyć się i od tej strony. Ashley była dla niego wszystkim i nie zamierzał ryzykować jej utraty.

I tak stopniowo stali się duetem, Taye i Ashley Show. On z ogoloną głową, muskularnym ciałem i zabójczym uśmiechem; ona cudownie błękitnooka, z ponętną figurą, świeżo wyrzeźbionym biustem i złotymi lokami. Tworzyli piękną parę, pożądaną przez najlepszych fotografów. Wkrótce stali się też prawdziwą partnerską marką.

Ashley ciężko pracowała nad swoim ciałem, ćwicząc je i modelując, gubiąc tłuszcz, zyskując mięśnie, aż niemalże dorównała Taye'owi doskonałością sylwetki, tyle że w kobiecej wersji.

Przepadała za swoim nowym biustem, który znacząco dodał jej pewności siebie. Taye też był nim zachwycony.

Czy kiedykolwiek znowu zechce mnie zdradzić? - zastanawiała się czasami.

Oby nie zechciał, bo gdyby zdarzył się następny raz, była zdecydowana odejść, zabrać dzieci i zamienić jego życie w piekło.

***

Półtora roku wcześniej Ashley doszła do wniosku, że występowanie z Taye'em w reklamach przestało jej wystarczać: czas zacząć własną karierę. Bliźnięta zdążyły podrosnąć, a ona coraz częściej myślała o zajęciu, którego nie musiałaby dzielić z mężem. Ponieważ od dawna czuła w sobie talent do dekoracji wnętrz, skontaktowała się z Jeromym Miltonem-Goldem, designerem, który urządzał ich dom, i zapytała go wprost, czy mogłaby z nim pracować. Jeromy, prywatnie partner latynoskiego piosenkarza Luki Pereza, nigdy nie stronił od okazji podwyższenia własnego prestiżu i dochodów, dlatego przyjął propozycję pani Sherwin z entuzjazmem. Gdyby jeszcze Taye był skłonny zainwestować w ich biznes, powiedział, z pewnością mogliby rozwinąć skrzydła.

Ashley wystąpiła do Taye'a z prośbą o pieniądze, on zaś, żeby uszczęśliwić żonę, nie odmówił, mimo że jego menedżer nazwał go głupią dojną krową.

Ashley czuła się zaszczycona, że Jeromy chce z nią pracować.

Wkrótce stworzyli nowy gorący duet w mieście: Ashley i Jeromy Show, designerzy wnętrz dla gwiazd. Oboje posiadający sławnych partnerów. Oboje pełni nieposkromionych ambicji.

Zaczęło się tak obiecująco, że sukces zdawał się na wyciągnięcie ręki. Później jednak sprawy przybrały mniej pomyślny obrót.

***

- Mam ci coś do pokazania - oznajmił Taye, wymachując dużą kremową kopertą.

- Co znowu? - Ashley nawet nie siliła się, żeby udać zainteresowanie. Opuściła już stanowisko przed lustrem i wzięła kurs na sypialnię.

- Oho, chciałabyś wiedzieć - ucieszył się Taye, podążając za nią.

Taye lubił droczyć się z żoną; dawało mu to poczucie jakiejkolwiek władzy. A tym razem naprawdę trzymał w ręku władzę, ponieważ koperta ze złoconymi brzegami zawierała pięknie wykaligrafowane zaproszenie, które, na ile znał swoją żonę, niechybnie ją olśni!

- No to mów. Na co czekasz? - nastroszyła się Ashley, nadal lekko podirytowana.

- Powiem, jak mnie pocałujesz. - Taye objął ją od tyłu.

- Nie teraz, przestań - zmroziła go, wywijając się z objęć.

- Co jest z tobą nie tak? - Taye mimowolnie uderzył w żałosny ton. - Dzieci są u moich rodziców. Nikogo nie ma w domu. To przecież idealny moment...

- Nie, bynajmniej - odpowiedziała wyniośle Ashley. - Zaraz wychodzimy na kolację i nie mam zamiaru popsuć sobie makijażu ani fryzury.

- Nic sobie nie popsujesz - zapewniał Taye. - Zrobimy to od tyłu, co? Szybki numerek.

- Nie bądź wulgarny - skarciła go. - Gdybyśmy mieli cokolwiek zrobić, to w łóżku, jak normalni ludzie.

Taye w zdziwieniu kręcił głową. Czasami Ashley zachowywała się jak pruderyjna cnotka. Normalni ludzie! Co to w ogóle znaczy? Jakby słyszał jej matkę rasistkę, którą ledwie mógł ścierpieć.

Prawdę mówiąc, niejednokrotnie zachodził w głowę, co się stało z dziewczyną, którą poślubił. Przecież kiedyś była zupełnie inna: wyluzowana, radosna, skora do wszelkich seksualnych eksperymentów. Uprawiali seks na różne sposoby, tu i tam, w najdziwniejszych miejscach. Teraz musiał właściwie błagać ją o jakikolwiek seks, rzadki i niechętny. To nie było w porządku. Ale kochał ją nadal, mimo wszystko. Była jego żoną i tego nic nie mogło zmienić.

- Później? - uczepił się nadziei.

- Zobaczymy - odpowiedziała wymijająco. - A teraz idź się przebrać, i to szybko. Jesteśmy umówieni z Jeromym. A Jeromy jutro leci do Miami, więc nie możemy się spóźnić. Chyba wiesz, jaki on jest zawsze punktualny.

- Wiem, że straszny z niego nudziarz - mruknął Taye. - Czy naprawdę musimy iść?

- Tak, Taye. - Ashley była kategoryczna. - Gdybyś przypadkiem zapomniał, przypominam ci, że z nim pracuję, więc przestań marudzić i pośpiesz się.

- No dobra, dobra.

Ponieważ Ashley chyba zapomniała o kopercie, Taye postanowił, że pokaże jej zaproszenie dopiero wtedy, gdy wrócą do domu. Wiedział, że wprawi ją tym w doskonały nastrój, co w połączeniu z kilkoma kieliszkami wina zwiększało jego szanse na uszczknięcie kawałka należnego mu tortu.

Tak, Taye wiedział, jak postępować z żoną.

Delikatnie.

W tym tkwił cały sekret.

Rozdział 3

Miejsce: Paryż

Dla Flynna Hudsona doba zawsze była za krótka, żeby pomieścić wszystko, co zamierzał. Jako niezależny reporter i już uznany pisarz ciągle gonił po świecie, docierając wszędzie tam, gdzie działy się rzeczy ważne i straszne. W ciągu ostatniego roku zaliczył Etiopię, Haiti, Indonezję, Japonię i Afganistan. Relacjonował tsunami, trzęsienia ziemi, powodzie i wojny.

Flynn, zawsze w centrum wydarzeń, nie poprzestawał na roli biernego obserwatora. Traktował swoją pracę jak misję, ujawniał afery, denuncjował rządzących, piętnował łamanie praw człowieka. Był aktywistą odpowiedzialnym wyłącznie przed samym sobą, z własną stroną internetową odwiedzaną przez blisko milion fanów. Wierni czytelnicy jego reportaży i esejów mieli pewność, że dowiedzą się, jak było naprawdę, zamiast karmić się kłamliwą sieczką serwowaną przez większość kanałów informacyjnych.

Pomimo to Flynn unikał rozgłosu, nie udzielał wywiadów w telewizji, nie dawał się fotografować, a domem było dla niego małe mieszkanie w Paryżu, gdzie pracował i żył samotnie.

Oczywiście kobiety przewijały się przez jego życie, nawet dość licznie, ale z żadną nie wszedł w prawdziwy związek.

Flynn Hudson był po prostu singlem, zarówno z wyboru, jak i z przekonania.

Urodzony trzydzieści sześć lat temu jako dziecko Amerykanki i brytyjskiego dyplomaty dorastał w różnych krajach i wszędzie czuł się u siebie. Podróżował po całym świecie, dopóki jego rodzice nie zginęli od wybuchu bomby podłożonej przez terrorystów w Bejrucie. Flynn, wówczas dwunastoletni, cudem przeżył zamach, po którym pozostały mu trwałe blizny.

Po śmierci rodziców wiódł życie rozdwojone, spędzając połowę czasu u dziadków w Kalifornii, a drugą u krewnych na angielskiej prowincji. Nie przeszkadzały mu wędrówki w tę i z powrotem; zawsze traktował je jak przygodę.

Przez rok studiował na uniwersytecie w Anglii, później przerzucił się na Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles, aż wreszcie, w wieku dwudziestu jeden lat, zrezygnował z dalszej nauki i wyruszył w świat.

Przemierzył Azję, zakosztował wysokogórskich wspinaczek w Nepalu, uczył się sztuk walki w Chinach, dołączył do załogi rybackiego kutra w Marsylii, pracował jako ochroniarz u kolumbijskiego miliardera, który okazał się narkotykowym królem... A po czterech latach zaczął ciężko pracować i opisał swoje przygody w debiutanckiej książce, która szybko trafiła na listy bestsellerów.

Flynn mógłby zostać gwiazdą mediów, miał po temu wszelkie warunki: prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, atletyczną sylwetkę, przydługie ciemne włosy, intensywne spojrzenie niebieskich oczu i mocną szczękę z nonszalanckim, kilkudniowym zarostem.

Kobiety kochały Flynna, a on odpłacał im wzajemnością, tak długo, jak długo nie liczyły na nic trwałego z jego strony.

Kiedyś, jeden jedyny raz, był gotów poświęcić swoją wolność. A że nie wyszło tak, jak oczekiwał, powiedział sobie: nigdy więcej. I wytrwał w tym postanowieniu.

Jak prawdziwy samiec alfa szanował kobiety, lubił ich towarzystwo i nigdy nie próbował ich kontrolować. Szczerze życzył im wszystkiego, co najlepsze, zwłaszcza kobietom z krajów Trzeciego Świata, zmuszonym do codziennej walki o przetrwanie. Pomagał im, jak mógł, opisując ich los, demaskując różne okrutne praktyki, używając wszelkich sposobów i wpływów w obronie skrzywdzonych i poniżonych.

Pieniądze znaczyły dla Flynna tylko tyle, że pozwalały mu pomagać innym.

***

Dziewczyna podrygiwała na nim rytmicznie, z energią nakręcanej zabawki. Flynn miał ją nad sobą w całej okazałości: długie ręce i nogi, drobne piersi, krótko ostrzyżone włosy i wielkie oczy, mocno obrysowane kredką. Chyba nazywa się Marta, pomyślał, ale nie był pewny. Czasami zdawało mu się, że nie jest już pewny niczego, zwłaszcza gdy prześladowały go szczególnie drastyczne wspomnienia, tak jak teraz. Dopiero wrócił z Afganistanu, gdzie na jego oczach znajomy fotograf dostał się w ogień krzyżowy między strażą graniczną a dwoma zamachowcami. Wybuch oderwał mu głowę - najdosłowniej - tylko dlatego, że w pogoni za dobrym ujęciem nieostrożnie podszedł za blisko.

Obraz eksplodującego samochodu i pozbawionego głowy ciała kolegi w przydrożnym błocie wrył się w mózg Flynna. Mimo usilnych prób nie był w stanie wyrwać go z pamięci.

Po powrocie do Paryża on, zwykle umiarkowany w alkoholu, pił rozpaczliwie przez dwa dni z rzędu. Marta, czy jak jej tam było na imię, nawinęła się drugiego wieczoru. Flynn sam nie wiedział, jakim cudem sprowadził ją do domu, ale już żałował, że tak się stało.

Zaraz po mało satysfakcjonującym orgazmie zdołał się spod niej wysunąć.

- Comment c'est fini? - zapytała, nie kryjąc rozczarowania.

- Po prostu dosyć na dzisiaj - wymamrotał. - Idź już.

Co też zrobiła. Z ociąganiem.

Dopiero rano, na potężnym kacu, odkrył, że wraz z dziewczyną zniknął jego portfel.

Nigdy więcej pijaństwa.

Nigdy więcej przypadkowego seksu.

Mógł mieć pretensje tylko do siebie; powinien był to przewidzieć.

Ostatnio wszystko go przytłaczało, tak jak epizod z tą paryską kurewką. Niedawna podróż do Chin, w rejony, gdzie na porządku dziennym było topienie nowo narodzonych dziewczynek. Inna podróż, do Bośni, gdzie usiłował pomagać ofiarom zbiorowych gwałtów. Jeszcze inna do Pakistanu, skąd pisał do "New York Timesa" o pewnym Amerykaninie, który po przygodzie z prostytutką obudził się bez jednej nerki, wyciętej i skradzionej.

Flynn potrzebował wytchnienia od okropności.

Przeglądając korespondencję, głównie prospekty i faktury, trafił na fantazyjną kopertę ze swoim nazwiskiem. Tak właśnie głosił wykaligrafowany napis:

MR FLYNN HUDSON Z OSOBĄ TOWARZYSZĄCĄ

Wyjął ze środka zaproszenie i szybko przebiegł je wzrokiem.

Nigdy nie przepadał za podobnymi imprezami, ale teraz nagle go olśniło: a niby dlaczego nie, do diabła?

Kto wie, może to właśnie ten przerywnik, którego tak bardzo łaknął?