Piwko z aniołem - Tomasz Altowski

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Zbliżało się południe. Deszcz lekko uderzał w szyby w barze. Znowu to samo miejsce, ten sam barman, ci sami klienci. Poza jednym nieznanym mi turystą, który zamiast do centrum zawędrował do naszej, zapomnianej przez boga dzielnicy. Prędzej czy później dostanie po ryju a jego plecaczek, zegareczek i ten młodzieńczy, pełen ufności uśmieszek, znikną gdzieś w ciemnej, przepastnej uliczce.

Co za dziura. Łyknąłem jeszcze jeden duży łyk rozwodnionego piwa po którym następnego ranka będę miał srakę którą kiedyś mądry Karolek Bukowski nazwał kac-kupą. Położyłem na barze pięciozłotówkę i wyszedłem. To jedyny plus tej dziury. Piwo za piątaka. Czas było wracać do pracy. Robota czekała.

W każdym przyzwoitym kraju robota detektywa wiązała się z szacunkiem, dużymi dochodami i okularami przeciwsłonecznymi. W naszej zapyziałej Polsce zostały jedynie okulary. Wszedłem do biura i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Kiedy dziesięć lat temu zaczynałem rozkręcać ten interes to w najśmielszych snach nie sądziłem, że będę po takim czasie tu gdzie jestem. Stary, rozpadający się, postkomunistyczny barak. Na pierwszym piętrze miałem biuro. Duże słowo. Znacznie większe niż ta zapyziała klitka. Jedno okienko. Okratowane i to gustownie w takie kółeczka w które jak się wpatrywałem to myślałem że zaraz pierdolca dostanę. Kto to w ogóle wymyślił. Kółeczkowa kurwa krata. Debil.

Na ścianie miałem dwie niezbędne oznaki że jestem zajęty pracą. Kalendarz w którym zaznaczałem wiele istotnych faktów z mojego życia. Kropeczka to było zwalenie konia, krzyżyk to sex a kwadracik to sprawy zawodowe. Od kwadracików mniej było tylko krzyżyków. Za to cały kalendarz obsrany był kropkami jak muszym gównem.

Drugim atrybutem mojej równie emocjonującej jak obserwowanie muszek na zasranej szybie, pracy, była mapa miasta. Kilka kolorowych pinesek wciśniętych byle gdzie, tak dla picu, żeby klienci byli pod wrażeniem. Klienci kurwa. Jacy klienci. Nikt tu nie zagląda, chyba że komornik. Najczęściej zresztą wyskakiwaliśmy potem razem na piwko, no bo co by miał mi zabrać? Nigdy nic nie miałem. A facet z niego zawsze był całkiem w porządku, więc można było się dogadać.

No dobra, pora wziąć się do roboty. W tych wszystkich szmatławych amerykańskich kryminałach które czytałem, zanim postanowiłem wejść w ten biznes, zawsze detektyw przez cały dzień popijał łiskacza. A skąd ja niby miałbym wziąć forsę na pierdolonego łiskacza? Piwko z rana i jakoś do obiadku trzeba było wytrzymać. No więc do roboty. Czas żeby postawić kolejną kropkę na kalendarzu. Zabrałem się ochoczo do pracy z pomocą wymęczonej już przeze mnie playmate września. Zawsze lepsza była niż te pseudo gwiazdeczki telewizyjne które tak chętnie się rozbierały na okładkach. Nie rozumieją głupie siksy, że kariery nie robi się pokazując dupę i cyce tylko ciężką pracą do kurwy nędzy. Jak my wszyscy, zwykli ludzie pracy. Pięć minut. Drobny przykurcz lewej dłoni i nowa kropka oznaczała, że zacząłem swój dzień pracy.

Teraz mogło być tylko gorzej. Bo to co mnie najbardziej wkurwiało w tej robocie to to, że żadnej roboty najczęściej nie było. Wiecie jak to jest, siedzieć na swojej otyłej dupie cały dzień, i nic. Dosłownie nic. Siedzisz tak, gapisz się w ścianę albo te kurewskie okrągłe kraty i wiesz że jeśli czegoś nie zmienisz to po prostu oszalejesz. Większość szaleje ale nie ja. Ja jestem profesjonalistą i znoszę ciężary tej roboty jak zawodowiec z trzeciego pokolenia czy jak to się tam mówi. I tak sobie rozmyślałem nad własnym losem kiedy nagle, coś wreszcie zaczęło się dziać. I nie miało to nic wspólnego z faktem że właśnie się spuściłem. Siedziałem przy biurku, wycierałem sobie fiuta chusteczką która kiedyś służyła do czyszczenia okularów przeciwsłonecznych i nagle słyszę pukanie. Słyszę pukanie a to zawsze oznacza zmianę w życiu. Tylko nigdy nie wiadomo jak wielką.

Zapiąłem rozporek i kurwa przyciąłem sobie włosy, no normalnie myślałem, że ocipieje. Wyrwałem chyba z cały pęk. No ale taka karma. Zebrałem się w sobie i zawołałem pewnym siebie głosem.

- Wejść!

No i wszedł. Ja pierdolę mały łysy Chińczyk. W moim biurze w Warszawie w pięknym kraju Polska stał mały, kurduplowaty i łysy jak dynia na hałolingi Chinolec. To nie mogło oznaczać nic dobrego. Ogólnie nie mam nic do żółtków tylko tyle tego się kurwa rozpleniło i robotę przyzwoitym białym ludziom zabiera, że czasem myślę, że nie wydolę i ich wszystkich wyjebię z tego kraju, ale do tego łysonia akurat nic nie miałem. Nasz klient nasz pan.

- Siadaj pan. - mówię do małego. Ten siada.

- Czym mogę służyć? - pytam się gościa. Ale tym razem nie nawiązaliśmy już tak dobrej współpracy jak za pierwszym zdaniem. Nastała więc długa krępująca i bardzo żółta cisza.

- Pan mówi w ogóle po Polsku? - spytałem bo tak sobie myślę, że jak nie, to szkoda mojego czasu i gościa po prostu wywalę na te łysą mordę, a jak mówi to obsłużę z kulturą, bo znaczy się, że stara się wtopić w nasze społeczeństwo.

Żółty zebrał się w sobie i wyjąkał.

- Ta ak. Ja muwije. - to już wiedziałem, że jesteśmy w domu. Pytam się dalej niziołka.

- W czym mogę w takim razie pomóc, bo mam sporo roboty i nie mam czasu na pierdoły.

Taki tekst, zawsze dobrze robi, bo stawia cię ponad klientem. Jesteś ktoś a on tylko pęta się tobie pod nogami i może łaskawie schylisz się do niego i go poratujesz. Lubie to uczucie.

- Ha rac.

- Co kurwa?

- Ha rac.

- Ha rac?

- Ta ak. Ha rac.

- No dobra kurwa. Co to jest Ha rac?

- Ha rac.

- Harac? Haracz?

- Ta ak. Ha rac.

- Dobra. Mały, jak myślisz, że ci zapłacę haracz to się grubo mylisz. Ja jestem kurwa, królem tej ulicy. Spytaj kogokolwiek o Maksymiliana Talkowskiego i powiedzą ci, że to koleś. Więc spadaj i nie zawracaj mi głowy tą twoją żółtą jakuzą.

- Ja Ha rac.

- Ty Haracz?

- Ja ha rac.

Musiałem chwilę odsapnąć. Ta rozmowa wykończyła mnie intelektualnie. Zazwyczaj tyle myślówy to mam przez cały tydzień a tutaj mózg się lasuje a nadal nie wiem o co kolesiowi biega.

- Dobra. Ty haracz. Czyli co to ma ze mną wspólnego?

- Ja ha rac. Nie lubi.

- No ja też nie ale takie życie.

- Ja je da je. Ha rac nie da je.

- Błagam, mów pan wyraźniej i wolniej albo jakoś inaczej, bo nic kurwa nie kumam.

Żółty powtórzył i dopiero wtedy coś mi zaiskrzyło.

- Ja jeść daje? Haraczu nie daje? Tak?

- Ta ak.

- Dobra. Kumam. Masz jakąś śmierdzącą budę z żarciem i chcą od ciebie haracz?

- Ta ak.

- No i po co z tym przychodzisz do mnie mój mówiący inaczej przyjacielu.

- Ty bi ha rac. Ja da je zloty.

- Końcówkę zrozumiałem i mi się nawet podoba ale że co ja haracz?

- Ty bi.

- Bij?

- Ta ak. Bi.

Wreszcie tego cholernego żółtak zrozumiałem. Chciał żebym pobił tych od haraczu w zamian za kasę. Co za bezczelność. Czy on ma mnie za jakiegoś wykidajło? Jednak co brak kultury i cywilizacji to brak. Żeby detektywa z uprawnieniami nie rozróżnić od tępego mięśniaka. Masakra.

- Ja nie jestem wykidajło, tylko detektyw. - zacząłem mówić głośniej żeby zrozumiał.

- Detektyw! Rozumiesz. Detektyw!

- Ta ak. Ty Bi.

Normalnie już chciałem małego złapać za te jego portki, podnieść wysoko nad głowę i przecisnąć przez okrągłą kratę, ale wtedy stało się coś co odmieniło moje spojrzenie na całą tę sytuację. Chińczyk wyją z kieszeni zawiniątko i położył na stole pięć stówek. Nie zmyślam. Pięć ślicznych stówek. Dokładnie tyle ile potrzebowałem na setkę piwek. Rozumiecie? Setka piwek w papierze leżała na moim stole i uśmiechała się do mnie tymi królewskimi pyszczkami.

- Dobra. To zaliczka tak? - poszedłem na całość, mimo, że nawet za mniej bym wziął taką robotę. Za pięć stówek można dać się obić jakimś łysoniom a potem relaksować się przy barze.

- Ta ak. Po owa.

- Połowa? Ok. Połowa mały. - dwie stówy piwek lśniły przed moimi oczami wyobraźni, jak Święty Graal.

- To gdzie znajdę tych od haraczu?

- Ju tra. Ja je da je. Ty su kas.

Byłem w te klocki coraz lepszy. Pomyślałem, że jeszcze godzina rozmowy z łysoniem a będę go rozumiał jak rodowity Chińczyk.

- Ok. Jutro przy twojej budce z żarciem będę ich szukał. A gdzie jest ta twoja buda?

Bałem się, że zajmie nam to kolejną godzinę, żeby rozkminić gdzie ten kurdupel pracuje ale okazał się zaskakująco sprytny. Wstał i podszedł do mojej mapy. Wziął jedną pineskę i wcisną dokładnie w skrzyżowanie dwóch małych uliczek na tyłach lokalnego bazaru. Ukłonił się składając przy tym dłonie w pobożnym geście, jakby modlił się do mnie, co wcale mi nie przeszkadzało i wyszedł.

Szybko sprawdziłem czy stówki są prawdziwe i schowałem do kieszeni. Byłem bogaty. Świat stał przede mną otworem, wystarczyło tylko dać się obić jakimś debilnym osiłkom i do końca miesiąca byłem ustawiony. Nic w życiu nie jest za darmo. Trzeba chwytać okazję gdy tylko się nam pokazuje.