Paryż na widelcu. Sekretne życie miasta - Stephen Clarke

Reflow text when sidebars are open.
Paryżanie mają fatalną reputację wulgarnych, agresywnych egoistów, a co gorsza, bezczelnie się tym szczycą. Kilka lat temu dziennik "Le Parisien" zamówił serię reklam emitowanych w kinach. Ponieważ gazeta jest lokalną wersją ogólnokrajowego "Aujourd'hui", ogłoszenia niewątpliwie były adresowane do paryżan.
Na jednym z klipów para zagubionych japońskich turystów błaga o pomoc mężczyznę w średnim wieku. Ten patrzy na nich pustym wzrokiem, gdy wyciągają mapę i stukając palcem w jakiś punkt, bezskutecznie usiłują wymówić słowo "Eiffel". Kiedy wreszcie załapuje, o co chodzi, wskazuje kierunek, z którego przyszli, ci zaś dziękują mu tak wylewnie, jakby ocalił im życie. Nastepnie idzie w przeciwną stronę, skręca w ulicę, na której końcu wyłania się ogromna wieża. Paryżanie celowo wskazują turystom złą drogę. Puenta brzmi: Le Parisien, il vaut mieux l'avoir en journal - "Paryżanin jest lepszy jako gazeta".
W innej reklamie dobrze ubrany mężczyzna sika pod publiczną toaletą. Zapina spodnie, odchodzi i uśmiecha się uprzejmie do kobiety, która właśnie postawiła swoje zakupy w kałuży jego moczu.
Jest jeszcze taka: facet w supermarkecie pędzi do kasy i wcina się w kolejkę przed drobną staruszkę ze skromnym koszykiem sprawunków. Po chwili nadciąga jego żona z wypełnionym po brzegi wózkiem. Paryżanin, widząc przerażoną minę staruszki, wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć: "Trudno, byłem pierwszy". Oto puenta.
Co najśmieszniejsze, za każdym razem, kiedy oglądałem te reklamy w kinie, sala wybuchała gromkim śmiechem. Byłem w szoku - to tak, jakby "New York Times" wypuścił kampanię reklamową, której myślą przewodnią byłoby: Nasza gazeta jest jak jej czytelnicy - ciężka i radykalna.
Ale paryżanie w ogóle nie biorą do serca urazy. Przeciwnie, lubią myśleć o sobie jako gruboskórnych chamidłach znęcających się nad każdym naiwniakiem, który daje się nabrać na ich sztuczki.
Podobała im się nawet reklama, w której posunięto się za daleko. Wysoki, doskonale ubrany paryski biznesmen opuszcza kawiarnię. Z pogardą przyjmuje wizytówkę od towarzyszącego mu niskiego, służalczego typa (sądząc po zachowaniu, przybyłego z p r o w i n c j i). Paryżanin wsiada do swojej wypasionej fury i cofając, uderza w zaparkowany samochód. Obserwują go wszyscy siedzący na tarasie kawiarni. Wychodzi, by ocenić straty - jego samochód wyszedł bez szwanku, ale ten drugi ma wgniecenie - i nagle doznaje olśnienia. Wyciąga z kieszeni wizytówkę małego gościa, pokazuje ją wszystkim, demonstrując swoją uczciwość, po czym wkłada za wycieraczkę uszkodzonego auta. Biedak będzie musiał odpowiadać za szkodę. Jeden zero dla całkowicie amoralnego, obłudnego paryżanina, ku uciesze zebranych w kinie mieszczan.
W badaniu opinii publicznej przeprowadzonym w 2010 roku przez ogólnokrajową gazetę "Marianne" zapytano czytelników, co sądzą o paryżanach, i odpowiedzi, jak to we Francji, były pełne sprzeczności.
Ludzie z prowincji mieli na ogół bonne opinion o mieszkańcach stolicy, twierdząc, że są inteligentni, dobrze wykształceni i modni, a jednocześnie nie pozostawiali na nich suchej nitki.
Z badania wynikało, że paryżanie postrzegani są jako ludzie aroganccy, agresywni, zestresowani, snobistyczni i pochłonięci sobą, a przy tym mniej szczodrzy, tolerancyjni, dobroduszni i uprzejmi niż mieszkańcy innych regionów.
Ale czy badania "Marianne" pokazywały prawdę, czy były tylko odbiciem stereotypów lansowanych w mediach (włączając reklamy prasowe "Le Parisien")?
Paryżanie zdecydowanie myślą o sobie jako o osobnej rasie, prawdopodobnie dlatego, że miasto odizolowane jest od przedmieść nie tylko własnym kodem pocztowym zaczynającym się od cyfr "75", ale także barierą fizyczną. Boulevard périphérique, obwodnicę Paryża, otaczają na niemal całej jej długości tak zwane HLM (tanie budownictwo mieszkaniowe) - współczesna wersja dawnych murów obronnych. I choć murów dawno już nie ma, dwadzieścia arrondissements składających się na właściwy Paryż wciąż określa się mianem intra muros - wewnątrz murów. Nic dziwnego, że paryżanie uważani są za snobów, używają średniowiecznej nazwy, by odróżnić się od tych wszystkich nieszczęśników, którzy żyją poza périph' (skrót zwykle stosowany przez miejscowych).
To poczucie geograficznej odrębności wydaje się nieco przesadzone. W końcu człowiek dojeżdżający do pracy w centrum, który mieszka, dajmy na to, dziesięć kilometrów od Notre Dame, jest w równym stopniu paryżaninem, nawet jeżeli żyje po "złej" stronie périph.
Dojazdy do pracy i ona sama leżą też u podstaw słynnej paryskiej agresywności. Facet, który potrąca cię w metrze albo zbywa, gdy pytasz o drogę, prawdopodobnie musiał wstać o szóstej rano, wpakować się do zatłoczonej kolejki podmiejskiej lub metra, stać przez czterdzieści minut z nosem wciśniętym pod czyjąś pachę, podczas gdy wstrząsy wagonu demolowały mu kręgosłup. Potem usłyszał od szefa, że musi pracować za dwóch, gdyż kolega poszedł na trzy miesiące chorobowego za sprawą pobłażliwego doktora. Nie będzie się więc do ciebie uśmiechać, kiedy spytasz, jak dojść do Sacré Coeur.
Owszem, paryżanie i ich kuzyni z przedmieść są agresywni i zestresowani, ale nie bardziej niż mieszkańcy innych wielkich miast, którzy muszą dojeżdżać do pracy. A wydają się tacy odpychający tylko dlatego, że znając dobrze zasady funkcjonowania miasta, nie mają cierpliwości do turystów oraz prowincjuszy, którzy ich nie znają. Dla paryżan bratanie się z obcymi jest jak chodzenie na ryby z kimś, kto nigdy nie trzymał w ręku wędki. Bo przecież k a ż d y głupi wie, że nie wrzuca się wędki do wody razem z żyłką i haczykiem. Nie? Cóż, kto tego nie wie, musi być kompletnym idiotą.
Ich brak wyrozumiałości i niecierpliwość wyjaśniają także, dlaczego dłoń paryskiego kierowcy nigdy nie opuszcza klaksonu, a kelnerów (którzy przecież znają swój fach, nawet jeśli masz wrażenie, że nie zwracają na ciebie uwagi) irytują klienci. Wielu gości, szczególnie obcokrajowcy i przyjezdni z prowincji, to żółtodzioby w restauracyjnej grze, w której kelnerzy są starymi wyjadaczami. Więc po prostu okazują frustrację, jeśli muszą dzielić terytorium z nieporadnymi nowicjuszami.
Krótko mówiąc, pozorna niechęć paryżan do obcych nie jest świadomym założeniem, a jedynie sygnałem, że chcą żyć i postępować wedle własnych reguł.
Z kolei oskarżenia o snobizm i obsesję na swoim punkcie są w pełni uzasadnione, ponieważ paryżanom od urodzenia wbija się do głów, i to złotym młotkiem od Chanel, przekonanie o wielkości i wyższości ich miasta. Paryż jest niewątpliwie sercem frankofońskiego świata. Więc niedaleko stąd do lekko naciąganej interpretacji paryżan, że znajduje się on także w centrum wszechświata. Kropka. Czołówka najbardziej znanych i prestiżowych francuskich instytucji - kulturalnych, gospodarczych czy politycznych - musi mieć bazę w Paryżu, by trzymać rękę na pulsie, wobec tego zawsze zbiera się tu cr?me de la cr?me - sama śmietanka, która, jak to paryżanie, uważa swój gatunek śmietanki za najbardziej kremowy.
Ich pycha dotyka nie tylko obcych - paryżanie często gęsto prześcigają się w snobizmie między sobą. Na przykład ci z modniejszych dzielnic z mieszaniną pogardy i lekceważenia patrzą na swoich mniej szykownych znajomych. Spróbuj powiedzieć komuś z ultrasnobistycznej Siódemki położonej na Lewym Brzegu, że mieszkasz po drugiej stronie rzeki, dajmy na to w Dwudziestce. Przez jego twarz przemknie grymas politowania, jakbyś nagle wyznał, że masz wszy. To działa zresztą w obie strony - operator telewizyjny obracający się w medialnym getcie Dziewiętnastki będzie miał bankiera w świetnie skrojonej marynarce z Szesnastki za bezmózgą gadzinę zaprzedaną wrednemu kapitalizmowi. Tymczasem gość, który ma loft w zrewitalizowanej części Jedenastki, ale blisko biednego sąsiedztwa, będzie uważał się za miejskiego kowboja, bardziej oryginalnego od tych z mieszkaniami pięćset metrów na południe.
Zasady paryskiego snobizmu są równie skomplikowane jak symultanka na dwudziestu szachownicach, mimo że miasto zamyka się w przestrzeni nieregularnego okręgu o średnicy zaledwie dziesięciu kilometrów. Jednak jeśli nie mieszkasz w jego obrębie, kompletnie wypadasz z gry.
Nie można powiedzieć, że paryżanie to ludzie całkiem pozbawieni kompleksów. Mogą na przykład czuć się gorsi od nowojorczyków, londyńczyków, mieszkańców San Francisco czy Mediolanu, właściwie od każdego, kto ma o sobie wysokie mniemanie. Paryżanie boją się też banlieusards - mieszkańców ubogich przedmieść - przy których tracą rezon, gdyż ich zdaniem każdy, komu udało się przeżyć na ohydnym blokowisku położonym ponad kilometr od najbliższego kina czy dobrej restauracji, zasługuje na respekt. A sukcesy francuskich raperów, podobnie jak popularnych filmów w rodzaju Neuilly sa m?re czy Tout ce qui brille (w których młodzi arabscy banlieusards robią sobie jaja ze stereotypowych snobistycznych paryżan), udowadniają, że Paryż idzie w odstawkę, jeśli chodzi o modne trendy. Ironia polega na tym, że kiedy tylko jakiś arabski raper lub gwiazdor z przedmieścia osiąga popularność, natychmiast przenosi się intra muros i przedzierzga w autentycznego paryżanina.
Dwadzieścia dzielnic Paryża zamieszkuje blisko dwa miliony dwieście tysięcy ludzi, którzy różnią się od siebie jak szampan od absyntu, a jednak wszyscy są paryżanami z krwi i kości.
Jest tyle typów paryżan, ile gatunków ryb na rafie koralowej. Ale tym, co czyni ich właśnie paryżanami, oczywiście poza lokalizacją geograficzną, jest sposób, w jaki się do siebie odnoszą. Podobnie jak ryby, muszą jakoś ułożyć sobie wewnętrzne hierarchie. Małe rybki uciekają przed rekinami; krewetki muszą wystrzegać się krabów; a żadna z pojedynczych ryb i morskich stworzeń, choćby nie wiem jak pięknych i barwnych, nie prześcignie urodą samej rafy.
Specyficzne gatunki paryżan skupiają się w określonych dzielnicach, czyli arrondissements, traktując otoczenie jak kamuflaż. Oczywiście jest mnóstwo pomniejszych odmian, które musimy sobie darować, żeby z tej książki nie powstała encyklopedia socjologiczna, skupię się zatem na przeglądzie głównych gatunków paryżan z poszczególnych dzielnic oraz najlepszych miejsc do ich obserwacji. A dobra wiadomość jest taka, że nie potrzeba sprzętu do nurkowania, żeby popływać po tych wszystkich rafach.
JEDYNKA
W samym jądrze Paryża Luwr, Palais-Royal i magazyny handlowe zajmują tyle miejsca, że niewiele go pozostaje na mieszkania, ale w Châtelet i w Halach można trafić na loft z balkonem i drewnianymi belkami, o wiele tańszy niż w pobliskiej dzielnicy Marais. Tylko nieliczni śmiałkowie decydują się jednak zamieszkać w okręgu przyciągającym podmiejską hołotę - racaille (obraźliwa nazwa dla młodych wandali), która przyjeżdża z północnych banlieues (przedmieść) RER-em (podmiejskie metro), by włóczyć się wokół Hal, wdając w bójki i utarczki z policją. Jeśli chcesz poobserwować lokalnych mieszkańców, w szczególności urzędników Ministerstwa Kultury i Conseil d'État (państwowy departament prawny), siądź na tarasie Le Nemours, kawiarni położonej u wejścia do ogrodów Palais-Royal, tuż obok teatru Comédie Française.
DWÓJKA
Jeszcze jakieś piętnaście lat temu był to obszar fascynujących kontrastów. W Sentier roiło się od fabryczek odzieżowych, a przemieniona w strefę pieszą okolica rue Montorgueil, zaledwie parę metrów od rue Saint-Denis z prostytutkami w każdej bramie, przyciągała wszelkiej maści intelektualistów z rodzinami. Teraz jednak dzielnica przeszła już całkowitą rewitalizację. Sentier zyskuje więc prestiż, rue Montorgueil zmieniła się z ulicznego bazaru w snobistyczną jadłodajnię hipsterów, gdzie można dostać sushi z mango, a po prostytutkach nie ma śladu. Jedyna pora, kiedy można zobaczyć stałych mieszkańców en masse, to niedzielny poranek, kiedy wychodzą, żeby kupić bagietkę i łyknąć kawy, zanim nadpłynie fala amatorów sushi. Najlepszym punktem obserwacyjnym jest tu ogródek dowolnej kawiarni przy rue Montorgueil o jedenastej rano każdej niedzieli.
TRÓJKA
Zajmuje północną połówkę Marais, a jej status podniósł się wystarczająco dawno, by dzielnica mogła osiągnąć pełną dojrzałość. Na jej wyjątkowo spokojnych, średniowiecznych ulicach zadomowiły się liczne galerie sztuki (dzięki sławie Muzeum Picassa), eleganckie agencje nieruchomości, sklepy odzieżowe i najmodniejsze restauracje, odwiedzane przez takich ludzi, jakich się tam spodziewasz: młodych, trendy i lekko zarozumiałych. Ale sklepy i kafejki na rue de Bretagne są cudownie bezpretensjonalne i uczęszczane przez tych artystów, których stać na mieszkanie w okolicy. Punkt obserwacyjny: Café Charlot na rogu rue de Charlot i rue de Bretagne. Wnętrze jest wprawdzie stylizowane na "stary Paryż", ale miejscowi mają to gdzieś, bo głównie korzystają z wyjątkowo nasłonecznionego tarasu. W porze obiadowej kłębi się tu tłum stylistów z pobliskich domów mody. To samo dzieje się wtedy w ulicznych jadłodajniach na opanowanym przez młodzieżowe subkultury targu Enfants Rouges.
CZWÓRKA
Jeszcze czterdzieści lat temu serce Marais było smętną dziurą, którą zamieszkiwali ludzie żyjących tu od zawsze. Hôtels particuliers (prywatne miejskie rezydencje) wyglądały jak zapuszczone, rozsypujące się rudery. Fali destrukcji, która się tamtędy przetoczyła za zgodą miasta, zawdzięczamy Hale (w Jedynce), Centrum Pompidou (zwane przez paryżan Beaubourgiem) oraz nowoczesny, ohydny kompleks mieszkaniowy Quartier de l'Horloge1. Dzisiaj, w epoce postunowocześniania, ocalałe budynki Marais są maksymalnie odpicowane i prawie nie sposób zobaczyć ich mieszkańców, z wyjątkiem od niedawna zamieszkałych Amerykanów, spędzających niedzielne przedpołudnie w kawiarnianych ogródkach, albo rodziców obserwujących swe pociechy, bawiące się na mikroskopijnych skwerach. Okolica ta przyciąga szczególnie wyróżniające się grupy paryżan: gejów (gromadzą się przy rue des Archives, gdzie podsłuchałem kiedyś, jak mała dziewczynka zapytała ojca: "Tatusiu, a dlaczego ta królewna ma wąsy?"); Żydów (szabas przy rue des Rosiers to prawdziwa falafelowa uczta) i klientów sklepów. Ani Żydzi, ani geje nie przestrzegają tradycyjnego francuskiego czasu zakupów, zatem w okolicy panuje ruch przez cały tydzień. Miejsce obserwacji: bary z falafelami i piekarnie przy rue des Rosiers oraz jadłodajnia, odwiedzana zarówno przez gejów, jak i heteryków, na tyłach rue des Archives.
PIĄTKA
Koncentruje się tu wielka, choć starannie zamaskowana część paryskich starych fortun. Dawniej Dzielnica Łacińska była schronieniem dla biednych jak myszy kościelne pisarzy Jamesa Joyce'a czy Samuela Becketta, dziś jednak nie byłoby ich stać na zamieszkanie tutaj, może z wyjątkiem pięterka nad cr?perie przy ulicy Mouffetard. Mieszkańcy maleńkich chambres de bonne (służbówek na najwyższych piętrach) ubierają się tak, że żadnemu poborcy podatkowemu nie przyszłoby do głowy sprawdzić wartość lokali, które zajmują, a ich dzieci wyglądają jak obszarpańcy, żeby nie napadały na nich bandy łobuzów polujących na telefony komórkowe. Kiedy się widzi odzianą podle i bez gustu damulkę z bagietką i pęczkiem pietruszki wystającym z obszarpanej torby, można obstawiać, że to milionerka, która w swoim czasie zostawi w spadku fortunę tym dzieciakom, które teraz godzinami wysiadują w kawiarni nad jedną kawą i palą papierosy tak oszczędnie, jakby ich kosztowały całe kieszonkowe (co by się rzeczywiście stało, gdyby tata przyuważył, że palą). Miejscowi zaopatrują się w żywność na rue Mouffetard, mimo tłumnie wałęsających się tam turystów, i czasami przesiadują w słońcu na placu de la Contrescarpe, choć latem wszyscy uciekają do swych wiejskich rezydencji.
SZÓSTKA
Jest bardzo podobna do Piątki, ale jej mieszkańcy mniej kryją się ze swoim bogactwem, a młodzież pozwala sobie nosić koszulki z logo Lacoste'a oraz roleksy i przemieszczać się na oldskulowych vespach. Tutaj więc powrót do stylu lat osiemdziesiątych, z chłopakami, którzy noszą swetry obwiązane na szyi, i długowłosymi dziewczynami o śnieżnobiałym uśmiechu widzi się tylko na billboardach. Poza tym dzielnica może się poszczycić posiadaniem najbardziej wyrafinowanych wydawnictw, zatem tutejsze kafejki przyciągają lubiących głośne dyskusje intelektualistów, staruchów popijających w towarzystwie swoich manuskryptów oraz subtelnych, zblazowanych palaczy, poszukujących kobiety, która padnie na wiadomość, że właśnie poznała poetę na pół etatu. Punkty obserwacyjne: Les Éditeurs - kawiarnioksięgarnia przy rue de l'Odéon, gdzie gromadzą się wydawcy i autorzy, by głośno wykłócać się o ceny książek, oraz kawiarnia Bonaparte na rogu rue Bonaparte i placu Saint-Germain des Prés. Z tych miejsc łatwo przyjrzeć się trendsetterom oraz ludziom, dla których wysokość rachunku nie ma znaczenia, zmierzającym do La Société, supermodnej knajpy ukrytej za niepozornymi drzwiami na ukos po prawej, jeśli się patrzy od strony kawiarni Bonaparte.
SIÓDEMKA
Jeśli ktoś mówi, że przeprowadza się do Siódemki, to tak jakby oświadczał: "Przemyślałem sprawę i wydaje mi się, że naprawdę zasługuję na tego rolls-royce'a, którego zawsze chciałem mieć". Albo też: "Właśnie mianowano mnie dyrektorem Musée d'Orsay". Tutejsi mieszkańcy są snobami i mają tego pełną świadomość. Żeby przyuważyć tych najbardziej wyrafinowanych, trzeba się wybrać do La Grande Épicerie, delikatesów położonych obok domu towarowego Bon Marché. Tam już łatwo wyszukać osobnika, który oświadcza znajomym: "Naturellement, ja kupuję earl graya tylko w La Grande Épicerie". Innym świetnym punktem obserwacyjnym jest Le Concorde przy bulwarze Saint-Germain, kawiarnia położona najbliżej Assemblée Nationale, Zgromadzenia Narodowego, czyli izby niższej francuskiego Parlamentu. Politycy zbierają się tu między debatami na prywatne dyskusje lub w celu wydawania dyrektyw swym prześlicznym sekretarkom, najseksowniejszym studentkom politologii we Francji.
ÓSEMKA
Jedynymi paryżanami, którzy zamieszkują tu w pełnym wymiarze godzin, są bogate starsze damy, zakładające swe futra, gdy tylko temperatura spada poniżej dwudziestu stopni, oraz ich wiekowi mężowie, eks-playboye, a także nuworysze, którzy muszą mieć wielkie jak boiska garaże do parkowania swoich wypasionych bmw. Poza tym mnóstwo tu biur, sklepów, teatrów oraz domów mody, położonych wzdłuż Champs-Élysées. Zdarzyło mi się pracować w tej części miasta i wówczas obserwowałem najbardziej fascynujące postaci z ogródka snobistycznej kawiarni L'Avenue, położonej na rogu rue François Premier i avenue Montaigne. Tam po prostu trzeba się koniecznie pokazać, więc nawet w środku zimy, w porze późnego lunchu, widzi się w otwartym ogródku rzędy twarzy po renowacji, choć każdy normalny człowiek biegnie w tym czasie do biura, żeby schronić się przed mrozem. Jeśli ma się ochotę zjeść w wygodnych warunkach, trzeba pójść w górę François Premier, by dojść do L'Antenne, kawiarni przy rogu la Trémoille. Tu w bezpretensjonalnej atmosferze jedzą urzędnicy i radiowcy z Europe 1, poszukujący chwil wytchnienia od całodziennej bieganiny.
DZIEWIĄTKA
Jeszcze do niedawna teren między placem Pigalle i Galeries Lafayette przyciągał ludzi, którzy nie mogli się zdecydować, jaką dzielnicę wybrać. Obecnie Dziewiątka dzieli los Dwójki. Internet zabija zarówno działalność sex-shopów, jak i sklepów muzycznych, a okolica zrobiła się niewiarygodnie modna. Ponure speluny przemieniły się w "tradycyjne bistra", a wytworne carpaccio de boeuf wyparło jambon-beurre (bułę z szynką), stając się pokarmem dla nowej klienteli, złożonej z artystycznie niedogolonych mężczyzn i kobiet używających ray-banów zamiast opasek na włosy. Wciąż jednak trafiają się w kafejkach w południowej pierzei placu Pigalle dawni mieszkańcy dzielnicy - właściciele sex-shopów i podstarzałe prostytutki. Nadal należy być ostrożnym, gdy zaraz po naszym wejściu do takiego lokalu podchodzi roznegliżowana panienka i wita się z obcym akcentem, bo jeden drink może nas wtedy kosztować bardzo drogo. Żeby zobaczyć najciekawszą kolekcję nowych, zadających szyku ludzi dzielnicy, trzeba udać się do restauracji hotelu Amour przy rue de Navarin.
DZIESIĄTKA
Ziemia niczyja. Wokół dworca Gare du Nord i wzdłuż bulwaru Strasbourg panuje, jak zawsze, brud, smród i ubóstwo, choć imigranci ze Sri Lanki, którzy upodobali sobie północną stronę dworca, starają się jak mogą, żeby było czysto, gdy otwierają swoje kramy z najlepszym i najtańszym etnicznym jedzeniem w mieście. Przy stacji metra Château d'Eau afrykańscy fryzjerzy wabią klientki propozycjami zaplecenia warkoczyków lub wyprostowania włosów. Piętnaście lat temu strefa wokół kanału była najmodniejsza w mieście i do dzisiaj przyciąga tłumy nocnych marków, którzy albo przesiadują w pobliskich barach i restauracjach, albo nad brzegiem, obserwując pijaków brodzących w brudnej wodzie. Moje ulubione miejsca obserwacji to prowadzone przez Cejlończyków kafejki wokół stacji metra La Chapelle, które upodobali sobie Tamilowie, lub jeden z mostów nad kanałem Saint-Martin. Wieczorem, zwłaszcza latem, jest tam gwarno i wesoło jak na wielkim pikniku. A żeby posmakować brudnej, podejrzanej atmosfery Paryża, można wpaść na chwilę w okolice skrzyżowania Strasbourg-Saint-Denis i zobaczyć tanie chińskie kurewki oraz wszystko, co otacza tę bezlitośnie wykorzystywaną nową imigrację.
JEDENASTKA
Bastylia, dawniej królestwo meblarstwa, stała się wielkim, wielobranżowym centrum handlowym, ale za ulicami de la Roquette i Faubourg Saint-Antoine jest wciąż żywym, zróżnicowanym arrondissement, gdzie przedstawiciele klasy średniej mieszkają obok właścicieli arabskich sklepików i zwykłych paryżan, którzy zrzędzą poirytowani, gdy ktoś w obcym języku spyta ich o drogę na cmentarz P?re Lachaise. W okolicach rue Oberkampf, głównej ulicy Jedenastki, jest mnóstwo barów przyciągających gości w różnym wieku - od nastolatków po emerytów. Aby się na nich pogapić, najlepiej wybrać się do Pause Café u zbiegu ulic Charonne i Keller. Ta okolica słynie (przynajmniej wśród paryżan) z nakręconego tu w 1996 roku filmu Wszyscy szukają kota.
DWUNASTKA
To rozległa - oddalona od centrum - dzielnica zamieszkała przez mieszaninę średniozamożnych ludzi, którzy chcą płacić niższe czynsze niż w Jedenastce, i biedaków z samego obrzeża miasta. Najbardziej interesującymi miejscami są Coulée Verte (pas zieleni) - ogrody ciągnące się od Bastylii wzdłuż starej linii kolejowej - oraz okolice ulicy d'Aligre. Tam co niedziela odbywa się wielki targ, na którym ślinka ci leci na widok taniego żarcia i bolą palce u stóp podeptane przez niecierpliwych lokalsów. Oto Paryż w swej najbardziej demokratycznej postaci, gdzie biedni i bogaci na wyścigi przepychają się łokciami do kramów i stoisk, na których sprzedaje się hiszpańskie truskawki po podejrzanie niskich cenach, a parę metrów dalej, w starej, szacownej hali targowej, można nabyć ręcznie zbierane owoce i zdrową żywność, której cena za kilogram to mniej więcej wartość używanej renówki.
TRZYNASTKA
To wielkie paryskie Chinatown z fantastycznymi, oryginalnymi restauracjami i kolonialną atmosferą, zwłaszcza w okolicach Porte de Choisy. W południowej części dzielnicy znajduje się także Butte aux Cailles - rodzaj wioski z niską zabudową przy wąskich uliczkach , nieco przypominającej Montmartre. Nazwa Przepiórcze Wzgórze wydawała mi się dosyć rustykalna, dopóki nie dowiedziałem się, że słowo caille w dawnych czasach było synonimem dziwki. Dzisiaj nie ma już tu burdeli, choć na latarnianych słupach ponalepiane są numery telefonów do chińskich masażystek. Wieczorami Wzgórze kipi życiem, bo bawi się tu młodzież. Studenteria cierpliwie wyczekuje przed barami na wolny stolik, szczególnie przed niezmiernie popularną Café Gladines, uroczą i tanią baskijską knajpą przy rue des Cinq Diamants numer 30.
CZTERNASTKA I PIĘTNASTKA
Jeśli idzie o obserwację ludzi, te dwie dzielnice mogą być interesujące jedynie dla socjologa, który robi doktorat z życia przeciętnej paryskiej rodziny. Nie mam nic przeciwko paryskim rodzinom z klasy średniej, jednak prawdę mówiąc, nie są to ludzie zbyt barwni. Jedną z oaz życia na tej pustyni jest La Coupole na boulevard du Montparnasse, gdzie, o dziwo, więcej jest zwykle paryżan niż turystów. Knajpa ta słynie z owoców morza. Jeśli powiesz, że dziś są twoje urodziny, zbiegną się wszyscy kelnerzy i chórem odśpiewają na twoją cześć Ça, c'est Paris, a następnie Joyeux Anniversaire, a ty będziesz się zwijać z zażenowania, starając się nie opalić sobie nosa świeczką na szczycie tortu, który, nawiasem mówiąc, jest tylko atrapą.
SZESNASTKA
Ta rozległa dzielnica jest w przeważającej części siedliskiem wielkiej burżuazji i nadzianych nuworyszów. W ciągu dnia parki pełne są niań-imigrantek z dziećmi, zaś dizajnerskie magazyny - zdesperowanych matek i żon, które wieczory spędzają w domu albo wybierają się na kolację do Siódemki lub Lasku Bulońskiego. Arystokratyczną nudę zakłócają jedynie dni, kiedy rozgrywane są mecze. Wówczas ławice paryskich fanów Paris Saint-Germain Football Club napływają do Parc des Princess na wieczór rasistowskich pieśni. Najlepszym sposobem na wytropienie miejscowych w ich naturalnym środowisku jest długi spacer od stacji metra La Muette aż do Muzeum Marmottan, gdzie można przy okazji obejrzeć sobie impresjonistów. W Szesnastce najłatwiej spotkać archetyp paryskiej męskości - rozwiane włosy, markowe dżinsy, wdzięk i bezpretensjonalność, mina jakby już wszystko w życiu widział (choć za nic by nie chciał zostać pochowanym w T-shircie) - w praktyce jednak łatwiej ich znaleźć w barach i kafejkach Szóstki.
SIEDEMNASTKA
Jest to dzielnica zupełnie inna od pozostałych. Trudno sobie wyobrazić, że znajduje się intra muros. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, kto tam właściwie mieszka. W Ternes można się obkupić jak wokół parku Monceau, gdzie jest mnóstwo biur i urzędów, panuje snobistyczna atmosfera Ósemki, ale jedynymi wyróżniającymi się mieszkańcami Siedemnastki, jacy mi utkwili w pamięci, są transwestyci. Przez krótki czas mieszkałem niedaleko Porte de Saint-Ouen, prawdziwego ośrodka spotkań mężczyzn przebranych za kobiety, a raz zdarzyło mi się zobaczyć karnawał w Rio w mikroskali, kiedy to trzech wysokich jak koszykarze przebierańców maszerowało, kręcąc tyłkami.
OSIEMNASTKA
Montmartre jest domem artystów i kankanistek - przy odrobinie szczęścia można tu zobaczyć szkicujących Picassa i van Gogha albo Toulouse-Lautreca kuśtykającego za damą w halce i błagającego o zgodę na zrobienie jej portretu. Ale może wcale nie - dzisiejsze Montmartre jest wioską w mieście, zamieszkałą przez paryżan wystarczająco bogatych, by kupić domy z fantastycznym widokiem (co uczynili, zanim ceny niebotycznie wzrosły). Można tu też zobaczyć niekonwencjonalnych specjalistów z różnych dziedzin, lubiących spacery po wzgórzach, i turystów, którzy szukają dobrego punktu widokowego na fotografowanie dachów Paryża. Z kolei w okolicach bulwaru Barb?s zobaczymy mieszaninę ludzi z różnych regionów Afryki, byłych kolonii francuskich. By przyjrzeć się l'Afrique française, wystarczy przejść bulwarem w sobotnie popołudnie; poczujesz się jak w Senegalu. Ci, którzy wolą klimaty bardziej trendy, muszą wspiąć się na wzgórze, w pobliże rue Lepic - tam poczują się z kolei jak w filmie Amelia.
DZIEWIĘTNASTKA
Dawna wieś Belleville z wielkim skupiskiem chińskich braserii opiera się zmianom, ale wokół zrobiło się modnie i prestiżowo, gdy jak grzyby po deszczu wyrosły tu pracownie artystyczne i wytwórni filmowe. Powyżej Belleville, w Jourdain, ulokowało się medialne getto - pięćdziesiąt procent tutejszej populacji pracuje w telewizji, radiu lub przemyśle kinowym. Zwani są oni bobos (bourgeois Bohemians, czyli miejska cyganeria) i udają, że wcale nimi nie są. Ich demonstracyjny brak stylu sam w sobie jest stylem i nie dajcie się zwieść pozorom - wymięte ciuchy i rozczochrane włosy zostały wymięte i rozczochrane przez profesjonalistów. Co oczywiście oznacza, że kawiarniane ogródki są pełne non stop, bo siedzą w nich ludzie, którzy mają nienormowany czas pracy. W słoneczne dni całe życie przenosi się do parku Buttes-Chaumont, gdzie na niebezpiecznie spadzistych zboczach (szczególnie zagrożone są melony i butelki wina) odbywają się pikniki. Położony dalej na północ obszar wokół Bassin de la Villette - sztucznego zbiornika łączącego kanały l'Ourcq i Saint-Martin - nie interesuje metroseksualnych snobów i jest jednym z ostatnich wymieszanych rasowo kwartałów biedy w Paryżu. Koegzystują tu czarni, żółci, Arabowie, Żydzi (zarówno ortodoksyjni, jak i sefardyjscy) oraz ci biali, których nie stać na nic lepszego. Jest jednak oczywiste, że w ciągu dziesięciu lat teren ten zostanie zrewitalizowany. Punkty obserwacyjne: park Buttes-Chaumont w ładne dni oraz bar Ourcq po południowej (słonecznej) stronie Bassin de la Villette, gdzie młodzi paryżanie umawiają się na pikniki i grę w pétanque.
DWUDZIESTKA
Jeszcze do niedawna uważana za kulturalną pustynię, dziś jest królestwem małych, ale licznych muzycznych klubów. Bliskość Dziewiętnastki sprawia, że mieszkają tu wciąż tłumy bobos na skuterach, których stać już na posyłanie dzieci do szkół w lepszych dzielnicach. Pozostały tu niedobitki biedoty, ludzi, których warunki ekonomiczne mogą zmusić do przekroczenia périph' i zamieszkania na obrzeżach. Najlepszym punktem obserwacyjnym jest rue de Bagnolet. Fanów rocka zobaczymy we Fl?che d'Or - starej stacji kolejowej przerobionej na modny klub muzyczny, zaś naprzeciwko, w restauracjach i barach Mama Shelter Hotel (do niedawna był to najbrzydszy w mieście piętrowy parking), zbiera się towarzystwo bardziej szykowne.
Sacha Guitry, aktor rosyjskiego pochodzenia, powiedział kiedyś: ?tre parisien, ce n'est pas ?tre né a Paris, c'est y renaître, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: "Żeby być paryżaninem, niekoniecznie trzeba się tu urodzić; trzeba się urodzić na nowo". Nowi mieszkańcy miasta zmieniają się i przystosowują, żeby do niego pasować.
Mam dobrą wiadomość - wcale nie trudno zostać paryżaninem. Nie są do tego potrzebne rytualne ceremonie przejścia ani bolesne tatuaże. Wystarczy zmiana wyglądu i stosunku do świata. Większość paryżan musiała przejść proces aklimatyzacji, nie urodziła się bowiem tutaj. Przybyli ze wszystkich stron świata, łącznie z innymi regionami Francji, i musieli pokonać wiele progów i barier, aby wreszcie dobić do mety jako w pełni paryscy paryżanie. Nawet ja, osobnik, który przez pierwsze pięć lat bał się prowadzić samochód w Paryżu, teraz potrafię lawirować, przeklinać oraz trąbić, i jestem w ścisłej czołówce peletonu.
Proces "paryżyzacji" najlepiej opisał autor z zewnątrz (paryżanie nie mają czasu na takie głupstwa). W 1938 roku szwajcarski pisarz Charles Ferdinand Ramuz opublikował dzieło pod tytułem Paris, Notes d'un Vaudois (Vaud to kanton w Szwajcarii, rodzinne strony Ramuza), w którym czytamy:
Paryż wciąż ma przywilej demonstrowania wszystkim, jak należy postępować. I przywilej ten dotyczy wszystkich jego mieszkańców. Nie muszą być tu urodzeni, wystarczy, że tu przebywają i są przystosowani do życia w Paryżu. Miasto odrzuci każdego, kto doń nie przynależy i kto nie czyni starań o tę przynależność. Ludzie, którzy odmawiają zmiany wyglądu, gestykulacji i sposobu wymowy, którzy próbują wprowadzać w Paryżu swoje porządki, stają się natychmiast podejrzani.
Wymóg przystosowania sprawia, że Paryż właściwie się nie zmienia. Inaczej niż w Londynie czy Nowym Jorku, gdzie przybysze dostarczają świeżej krwi, każdy, kto osiedla się tutaj, przeżywa proces wyrabiania jak ciasto i kończy jako typowe paryskie spaghetti, splątany z innymi w pysznym, lecz nieco zbyt ciężkim sosie, w którym nurza mieszkańców ich miasto.
Do pełnej adaptacji nie wystarczy jednak zmiana sposobu ubierania się i nowy akcent. By stać się paryżaninem, musisz wbić sobie do głowy przekonanie, że jesteś najważniejszy na świecie. Inni ludzie mogą sobie myśleć, że są ważni i sympatyczni, ale się mylą. Liczysz się tylko ty i twoje życie. Wszystko, co chcesz zrobić (a właściwie co musisz koniecznie zrobić), jest pilne i ważne, dlatego też (ku swemu ubolewaniu) musisz ignorować potrzeby innych, tych biedaków, podludzi, włączając w to także paryżan. Jeśli ktokolwiek spróbuje stanąć ci na drodze, masz pełne prawo się obrazić, albowiem nie wie on, co czyni.
I to działa - kiedy tylko zaczniesz zachowywać się jak paryżanin, zostaniesz zaakceptowany w tej roli. Zanim jednak proces adaptacji szczęśliwie się zakończy, musisz posiąść niezbędny zestaw umiejętności, aby przeżyć...
Oto kilka porad, jak nie nadepnąć paryżaninowi na odcisk, w sensie zarówno dosłownym, jak i metaforycznym.
W KAWIARNI ALBO RESTAURACJI
- Jeśli chcesz tylko zamówić drinka, nigdy nie siadaj przy stoliku nakrytym do obiadu lub kolacji. Kelner, szykujący te stoły do posiłków i jednocześnie eliminujący w ten sposób gości, którzy chcą tylko się czegoś napić, przypomina pasterza owiec. Jeśli usiądziesz nie tam, gdzie trzeba, poszczuje cię psami (a przynajmniej obsobaczy).
Z wyjątkiem fast foodów lub pubów w stylu irlandzkim czy angielskim, nigdy nie zanoś zamówionego przy barze drinka do stolika. Czyniąc tak, wprowadzasz piekielny zamęt w rachunkach, no i oczywiście śmiertelnie obrażasz kelnera. Zazwyczaj bowiem bar i sala rozliczane są osobno, więc i napoje inaczej tam kosztują. Palacze, którzy chcą się napić taniej kawy, muszą stosować ruch wahadłowy - łyk kawy przy barze i dymek na dworze (chyba że to stali klienci, wówczas mogą zabrać ze sobą filiżankę - choć raczej bez spodeczka). Widziałem na własne oczy bójkę między właścicielem kafejki a palącym klientem, który zamówił kawę przy barze, a potem ośmielił się wyjść z nią na zewnątrz i u s i ą ś ć p r z y s t o l i k u.
- Przeglądasz menu. Kiedy kelner podchodzi do stolika z pytaniem, czy już wybraliście dania (Vous avez fait votre choix?), zanim odpowiesz twierdząco, upewnij się w stu procentach, że wszyscy przy stoliku już podjęli ostateczną decyzję. Najmniejszy przejaw wahania z czyjejkolwiek strony będzie oznaczał, że kłamiecie, a kara za to jest surowa. Kelner wzniesie oczy do nieba i rzuci klątwy, żebyście padli trupem na miejscu, a następnie zniknie na dobre dziesięć minut, podczas gdy wy będziecie bezskutecznie go przywoływać.
- Nigdy, pod żadnym pozorem, nie używaj słów "wegetariański" albo "alergia" - z wyjątkiem restauracji ze zdrową żywnością - ponieważ te terminy wywołują panikę równą jedynie ostrzeżeniom o zamachu bombowym na amerykańskim lotnisku. Zamiast tego musisz samodzielnie wybrać z menu to, co na pewno zdołasz zjeść (a w większości lokali coś takiego się znajdzie), albo powiedzieć: Je prends le/la... sans le/la... s'il vous plaît ("Poproszę to czy tamto, bez tego czy owego"). Kelner zrozumie wtedy, że nie masz wątpliwości, czego chcesz w życiu, i nie będzie zadawał żadnych pytań.
- Nie wpadaj do lokalu z pytaniem, gdzie są toalety, bo korzystać z nich mogą tylko klienci. Po prostu zamów kawę przy barze, zaczekaj, aż ją podadzą, i dopiero wtedy rozejrzyj się za oznaczeniem Toilettes. Najpewniej gdzieś w rogu sali znajdziesz schodki, które zaprowadzą cię do celu. W niektórych kawiarniach, szczególnie w miejscach o natężonym ruchu turystycznym, zostaniesz zmuszony do pobrania przy barze żetonu lub klucza, który otrzymasz dopiero po złożeniu zamówienia.
W SKLEPACH
- W piekarniach (boulangeries) ludzie stoją grzecznie w kolejce, bo takie tam obowiązują zasady. Ale sprawy mogą pójść nie tak, kiedy na przykład za ladą stoją dwie ekspedientki i jedna z nich przez przypadek pomyli klienta, uznając, że już został obsłużony. Jeśli to ty zostałeś pominięty, masz pełne prawo to zgłosić, mówiąc uprzejmie, acz stanowczo: En fait, c'est a moi ("Teraz jest moja kolej"). Jeśli natomiast staniesz się osobą niesłusznie uprzywilejowaną, najlepiej zastosuj formułkę: En fait, c'est a Madame/Monsieur ("Ta pani/ten pan była/był przede mną"). Udawanie wtedy głupka najpewniej spowoduje, że osoba przed tobą zorientuje się w sytuacji i zaprotestuje. Wówczas twoje zamówienie zostanie odłożone, a w kolejce zrobi się zamęt. Morał jest taki: jeśli już stoisz w Paryżu w dobrze zorganizowanej kolejce, dbaj o zachowanie status quo. Alternatywą jest anarchia.
- W innych małych sklepach czy na targu nie obowiązuje kolejka. Warto się zorientować, jakie tu rządzą prawa. Nawet gdy w charcuterie/fromagerie/boucherie/marchand de vin panuje pozorna anarchia, może to oznaczać, że po prostu działa zasada "kto pierwszy, ten lepszy". Musisz wtedy wejść w kontakt wzrokowy ze sprzedawcą i mieć na końcu języka formułkę En fait, c'est a moi na wypadek, gdyby ktoś chciał się przed ciebie wepchnąć. Jeśli anarchia jest totalna, wpatruj się w oczy sprzedawcy, dopóki nie zwróci na ciebie uwagi. Wtedy szybko powiedz Bonjour i zostaniesz obsłużony w pierwszej kolejności. Co dziwne, tam gdzie panuje prawo dżungli, paryżanie zachowują się spokojnie.
- Jest jednak możliwość obrażenia paryżan nawet wtedy, gdy spokojnie czekasz w kolejce w supermarkecie, masz odliczone pieniądze, cierpliwy uśmiech na twarzy i tylko dziewięć artykułów w koszyku przy kasie "do 10 produktów". Stanie się tak, jeśli akurat zbliża się czas przerwy kasjera, który oznajmi: Apr?s vous c'est fermé ("Po panu zamykam kasę"). Oznacza to, że zostałeś obarczony moralną odpowiedzialnością i musisz mówić każdemu, kto stanie za tobą: C'est fermé apr?s moi. Pamiętam, jak pewnego razu powiedziałem to dwa czy trzy razy, a potem zapomniałem, obrażając trójkę klientów ustawionych za mną. Teraz, gdy słyszę fatalne zdanie Apr?s vous c'est fermé albo kiwam głową i idę do innej kasy, albo godzę się z losem, odwracam tyłem i idę rakiem, póki nie zostanę obsłużony - ta pozycja każe mi pamiętać o ostrzeganiu kolejnych klientów, by nie ustawiali się w tej kolejce, lub robić głupią minę, jeśli nie słuchając ostrzeżeń, stają na własne ryzyko.
NA ULICY
- To rada powtarzana aż do znudzenia, ale ważna - nawet jeśli nie mówisz po francusku, kiedy zwracasz się do paryżanina, nie zaczynaj w obcym języku, angielskim czy jakimkolwiek innym. Nawet wykształcony, znający języki obce człowiek będzie udawał, że nic nie rozumie - chyba że zaczniesz pytanie od bonjour albo bonsoir (po piątej po południu).
- Nie ubieraj się w strój plażowy (nawet gdy idziesz na Paris Plages)2. Góra od bikini też nie jest akceptowana, chyba że przez obleśnych erotomanów.
- Nie machaj na zajętą taksówkę, bo tylko potwierdzisz opinię taksówkarzy, że większość klientów to idioci. Pomyłki nie są do końca winą machających, bo oznaczenia świetlne paryskich taksówek mogą być mylące. Białe światełko na dachu powinno jasno świecić, gdy są wolne, pomarańczowe poniżej, jeśli zajęte. Problem polega na tym, że przy dziennym świetle nie widać ani jednego, ani drugiego. Na szczęście we Francji wprowadzany jest nowy system, z zielonym i czerwonym sygnalizatorem. Zapewne jednak będzie wdrażany dość długo, bo kierowcom wolno zatrzymać stare oznakowania, póki nie kupią nowego samochodu.
- Możesz być pewny, że jeśli twój wygląd nie przypadnie do gustu taksówkarzowi, nie zatrzyma się na wezwanie. A nawet jeśli jednak stanie i zapyta, gdzie chcesz się dostać, odjedzie, jeśli nie spodoba mu się podany przez ciebie kierunek.
- Unikaj przejść dla pieszych, na których nie ma sygnalizacji i trzeba czekać, aż kierowca zatrzyma się na widok przechodnia. Nie zrobi tego, a kiedy wejdziesz mu przed maskę, jeszcze cię ochrzani, a w najgorszym wypadku potrąci i ochrzani.
- W niebezpieczeństwie są też rowerzyści jadący poza wyznaczoną ścieżką rowerową. Stają się niewidzialni dla kierowców albo zmieniają w ruchome cele. Zresztą ścieżki rowerowe też nie są zbyt bezpieczne, bo wiele z nich dzieli miejsce z pasami dla autobusów, których kierowcy są z tego powodu wściekli. Uważają bowiem, że skoro słowo BUS jest wypisane na oznaczeniach dużymi literami, daje im to monopol na używanie dodatkowych pasów. Z buspasów mogą również korzystać taksówki i motocykle, a ich kierowcy także uważają cyklistów za swych naturalnych wrogów, nastających na ich przywileje. Poza tym jak się dobrze przyjrzeć znakom, namalowani na nich rowerzyści wyglądają właściwie, jakby już zostali przejechani przez taksówkę czy autobus. Krótko mówiąc, pedałując obok jakiegokolwiek pojazdu motorowego, musisz liczyć się z tym, że zginiesz rozjechany jak pomidor.
- Nie uśmiechaj się do innych przechodniów. Tobie się wydaje, że jesteś miły i okazujesz radość z odwiedzenia ich pięknego miasta, oni uznają cię za wariata albo seksualnego maniaka. Oczywiście, jeśli masz ochotę na seks, wystarczy się uśmiechnąć do przechodzącego paryżanina.
Ostrzeżenie: nie pytaj paryżanina O? est le Sacré Coeur? Gdy taki widzi turystów, nie myśli sobie: "Ech, turyści", tylko: "Dzięki Bogu, że nie zapytali mnie o drogę". W ostateczności, kiedy już musisz zasięgnąć języka, zawsze pamiętaj, by zacząć od bonjour, unikniesz w ten sposób przykrego afrontu.
W HOTELU LUB WYNAJĘTYM MIESZKANIU
- Nigdy nie narzekaj, że w twoim pokoju nie ma urządzeń do parzenia kawy i herbaty. Ci, którzy ich potrzebują, powinni wozić własny czajnik.
- Nie utyskuj też, że w pokoju jest ciemno i hałaśliwie. Każdy pokój czy apartament poniżej drugiego piętra jest ciemny, ponieważ w Paryżu dominuje pięcio- i sześciopiętrowa zabudowa. Jeśli mieszkasz na parterze, nawet podwójne okna nie zapewnią ci wieczorem ochrony przed pijackimi wrzaskami, a o świcie przed brzękiem kubłów na śmieci, które co prawda są plastikowe, ale spuszczane z hukiem na chodnik robią piekielny hałas.
- Jeśli wynajmujesz lokum w domu zamieszkanym przez paryżan, nie ciesz się na myśl, że skoro hol wejściowy jest pusty, będziesz mógł tam przyczepić swój wynajęty rower albo wózek dla dziecka, zamiast taszczyć go na szóste piętro. Hol nie jest zagracony, ponieważ wspólnota mieszkaniowa zadecydowała, że nie wolno tam trzymać żadnych kołowych pojazdów. Jeśli zostawisz rower lub wózek choćby na jedną noc, otrzymasz obelżywy list od staruszka z pierwszego piętra, który przeżył tu czterdzieści lat, a w 1982 roku potknął się o rower, przewrócił i od tego czasu musi się co roku leczyć w sanatorium. A gdyby nie reumatyzm, poprzebijałby ci chętnie opony.
- Bonjour!
Należy wymawiać to słowo głośno i śpiewnie, żeby poza życzeniem dobrego dnia miało dużo szersze pole znaczeniowe, od: "Witaj, nie jestem twoim wrogiem, przysięgam", po: "Tak, tak, to nie sen. Siedzę tutaj i czekam, aż mnie obsłużysz, zamiast paplać z kolegą".
- C'est a moi, en fait
"Teraz jest moja kolej". Wypowiadaj tę frazę ze spokojem, lub z uprzejmym uśmiechem, który upewni potencjalnego wpychacza, że nie ma szans stanąć przed tobą. Nie należy wymiękać i mówić niepewnie: C'est a moi, je pense ("...wydaje mi się"), ponieważ bezczelny typ może wtedy odpowiedzieć: Non, je ne pense pas ("Ja tak nie uważam"), i wpychać się na całego.
- Permettez-moi
Dosłownie znaczy to "proszę mi pozwolić" i ściśle mówiąc, powinno towarzyszyć jakiemuś uprzejmemu gestowi. W praktyce jednak bywa na przykład tak, że paryżanin z tymi słowami gwałtownie wyrywa z niepewnych rąk turysty bilet na metro i wpycha go w bramkę, żeby nie blokował przejścia.
- Apr?s vous
"Za panem" - i znów, zamiast dosłownego znaczenia, zwrot ten może być użyty w znaczeniu: "Właź pan w te drzwi i znikaj mi z oczu".
- Pour qui il/elle se prend?
"Za kogo on/ona się uważa?". Skomplikowany idiom, używany często wobec kogoś, kto usiłuje nas wykorzystać. W starym paryskim argot (gwarze), aby uniknąć bezpośrednich form "ty" czy "pan", ludzie zwracali się do siebie w trzeciej osobie. Na starych filmach kelnerzy pytali: "Czego by sobie szanowny pan życzył?". Tak więc Pour qui il/elle se prend? jest kombinacją bezpośredniego: "Za kogo ty się masz?" oraz apelu do wszystkich w polu widzenia, by potwierdzili, że nasz rozmówca to idiota, snob, sukinsyn etc.
- Franchement!
"No coś takiego!". Idiom bezpieczniejszy niż ten z tradycjami, omówiony wyżej. Należy go głośno wysapać, jeśli ktoś urazi naszą paryską dumę i poczucie wyższości.
- Bonne journée/ soirée etc.
Pod koniec każdej transakcji lub spotkania paryżanie, poza "do widzenia", życzą sobie miłego dnia, popołudnia lub wieczoru. W istocie mimo reputacji osób opryskliwych skłonni są życzyć każdemu wszystkiego dobrego. Sympatyczny kelner może życzyć odchodzącym turystom bonne visite (o ile dostał wcześniej sowity napiwek), zaś hotelowy recepcjonista powie bon séjour (miłego pobytu). Kiedyś podsłuchałem, jak pewna kobieta życzyła przyjaciółce bon dentiste - struktura gramatyczna "bon(ne)" plus rzeczownik jest ogromnie lapidarna i wielofunkcyjna, więc może znaczyć wszystko, począwszy od: "Mam nadzieję, że twoja wizyta u dentysty się powiedzie", aż po: "Mam nadzieję, że uda ci się randka z tym napalonym dentystą". Krótko mówiąc, bezpiecznie jest używać naszego ograniczonego francuskiego słownictwa bez ograniczeń i zdobywać w ten sposób nowych przyjaciół. Bonne improvisation!
Paris est la ville o? les caniveaux sont les plus propres du monde parce que les chiens les respectent.
Paryż ma najczystsze rynsztoki na świecie, ponieważ psy je szanują.
ALAIN SCHIFRES, DZIENNIKARZ FRANCUSKI
W maju 2009 roku w "Beaux Arts", miesięczniku poświęconym sztuce, opublikowano ankietę Les Français et la beauté (Francuzi a piękno). W kwestionariuszu padło między innymi pytanie o najważniejsze źródło piękna w codziennym życiu respondentów.
Jak można się było domyślić, trzydzieści pięć procent uznało za takowe uprawianie miłości, ale to była dopiero druga co do wielkości grupa ankietowanych. Czterdzieści cztery procent Francuzów nazwało "źródłem piękna" chodzenie ulicami.
Wnioski są porażające, jeśli chodzi o reputację kraju. Czyżby francuskie budowle były piękniejsze od francuskich kochanków? Kształt nowego modelu renault bardziej pociągający niż francuskiego ciała? Nawet jeśli odrobinę naciągam wyniki ankiety, mówią one wiele o wartości życia ulicznego w całej Francji, a szczególnie w Paryżu. Faktycznie, spacerowanie po tym mieście jest tak starą tradycją, że stało się formą sztuki. Czynność tę określa się mianem flâner, który to czasownik oznacza włóczenie się bez celu, a jego mistrz to flâneur - mężczyzna (kobiety są zbyt zalatane, żeby się szwendać), który przemierza ulice miasta w poszukiwaniu inspiracji do wierszy, obrazów czy książek podróżniczych.
Pojęcie flâner pochodzi od dekadenckiego poety Charles'a Baudelaire'a i powstało w XIX wieku. Kiedy nie pisał wierszy i nie popadał w spleen (poetycka mieszanka zniechęcenia, znudzenia i poczucia beznadziejności, podsycana szkodliwymi dla organizmu substancjami odurzającymi), włóczył się po ulicach. Ogłaszając tę czynność mianem sztuki, uprawomocnił stan faktyczny, czyli to, co robili w wolnym czasie wszyscy paryscy dżentelmeni z wyższych sfer - krążyli po ulicach w poszukiwaniu przygód seksualnych, a to z kelnerką, a to z pokojówką na wychodnym albo mężatką z zachęcającym błyskiem w oku. Jeśli to się nie udawało, decydowali się na płatną miłość z prostytutkami, których w Paryżu były całe legiony.
Ta fascynacja "flaningiem" (Francuzi będą niebawem używać takiej nazwy) wyjaśnia, dlaczego większość obrazów zgromadzonych w Musée Carnavalet3, historycznym muzeum miasta Paryża, przedstawia sceny uliczne. Mężczyźni w cylindrach i damy w długich sukniach z tiurniurą spacerują alejami, wychodzą z teatrów bądź siedzą w kawiarnianych ogródkach. Jest tam nawet uwieczniona scena sortie de lycée, przedstawiająca nastoletnie panienki opuszczające szkołę pod koniec dnia. W każdym mieście artyści malują sceny uliczne, ale w Paryżu stało się to istną obsesją. Życie toczyło się - i toczy - dans la rue (na ulicy).