Pan - Emma Becker

Reflow text when sidebars are open.
Początkowo nie mówiłam o tym nikomu. Zachować tajemnicę to jak nosić niespodziankę w kieszeni i powstrzymywać się od mówienia o niej głośno. A potem, tego samego wieczoru, kiedy Pan mi odpowiedział, przyszła do mnie na noc Babette. Do końca życia będę pamiętać jej uważnie zmarszczone brwi, gdy czytała te dwa pierwsze mejle, skrupulatnie analizując każde słowo - a ja, wisząc jej nad ramieniem, przedstawiałam swoje wrażenia, swoje wątpliwości.
- Nie, no serio, Babette. Serio. Sądzisz, że on ma to na myśli?
- Jasne.
Uzyskawszy bardziej potwierdzenie niż zapewnienie, argumentowałam jeszcze:
- Zauważ, że ja mu tylko zasugerowałam mejlową rozmowę. To on zaproponował, żebyśmy się zobaczyli.
- To znaczy, że jest walnięty - dodała Babette tonem detektywa.
- Walnięty? Może bez przesady? Ale gdyby chciał tylko porozmawiać o literaturze, napisałby "jestem zaskoczony" albo "rzadko spotyka się ludzi, którzy czytają Mandiargues'a".
- Sądzę, że on ma to na myśli.
- Co mam zrobić?
- Nie mam pojęcia. A co chcesz zrobić?
Byłyśmy w moim pokoju w Nogent. Zapaliłam fajkę i odpowiedziałam:
- Tak ogólnie? Chcę się z nim spotkać, porozmawiać.
- Porozmawiać z nim?
Babette uniosła brwi z powątpiewaniem.
- Rozumiem, jakie zalety ma literatura erotyczna, ale trudno będzie o serdeczny układ z mężczyzną, jeśli zaczniesz z nim na ten temat gadać.
- Pytałaś, czego chcę... ogólnie.
- Przede wszystkim chcesz wiedzieć, co w nim siedzi.
- Jest żonaty, ma pięcioro dzieci, ma czterdzieści sześć lat, był kolegą mojego wuja. Jeśli sytuacja zrobi się naprawdę dwuznaczna, to będzie znaczyło, że facet ma jaja.
- Albo że jest zboczeńcem.
Patrząc w skupieniu na klawiaturę komputera, odpowiedziałam Babette, która od niechcenia przeglądała jedno z kiepskich wydań Bataille'a:
- A co to jest zboczenie? Moim zdaniem to zdolność do znajdowania przyjemności wszędzie tam, gdzie się kryje. Nie znam wielu mężczyzn, którzy szukają jej w książkach. Zwłaszcza w takich książkach, na takim poziomie. Warto zaryzykować. Przynajmniej tak mi się zdaje.
- Nie chcesz chyba iść do łóżka z tym facetem?!
Alice po lekturze listów rzucała przerażone spojrzenia - a ja zupełnie się nie spodziewałam tego przerażenia. A może jednak, może trochę. Może i miałam kiedyś podobne skrupuły - ale nie bardzo pamiętam kiedy.
- No coś ty! - odważyłam się zawołać, patrząc na białka jej wywróconych oczu, z pewnością siebie, którą łatwo można było zachwiać.
- No, nie zakładałabym się.
- Ale on ma to na myśli, nie?
Być może Alice odczytała nadzieję z mojego spłoszonego spojrzenia. Bo natychmiast wydała długie dziewicze westchnienie:
- Ty masz to na myśli.
- Ale on też! I zapewniam cię, że nie zamierzam się z nim przespać tylko dlatego, że on ma na to ochotę.
- Jeśli nie masz takiego zamiaru, to po co robisz takie czytelne aluzje?
- Nie robię żadnych aluzji. Nawet najmniejszych. Ja tylko piszę o literaturze erotycznej, dobra, może to jest tendencyjne, ale gość czyta te same książki co ja. To, że mu opowiadam o swoich gustach, nie ma nic w wspólnego z propozycją, żebyśmy się poszli pieprzyć.
- Jasne, bo ty nie możesz interesować się sportem ani zwierzątkami.
Zamilkłyśmy, siedząc po turecku na moim łóżku. Tak bywa, gdy moją siostrę oburza moje zachowanie. Patrzyłyśmy pod nogi, z fajkami w dłoniach, a muzyka, która grała gdzieś z tyłu, tworzyła zgrabne tło. Nigdy nie obawiałam się, że definitywnie stracę siostrę - przekonać ją do czegoś jest tak samo łatwo jak mnie, i ma takie poczucie humoru, że wystarczyłoby znaleźć w tej historii z chirurgiem cokolwiek zabawnego, by się to udało. Kłopot polegał na tym, że przynajmniej na razie nie widziałam nic śmiesznego w tej sytuacji. Łatwość złowienia tego człowieka wydawała mi się zabawna, ale nie wykluczałam hipotezy, że jestem jedyną osobą, którą to bawi. Nagle odezwała się:
- Tak czy owak, dobrze wiem, że to zrobisz. Nie ma sensu zaprzeczać.
- To mnie nie pytaj.
I znowu zapadła kłopotliwa cisza. Alice niewątpliwie mnie nienawidziła, ale pociągała za wszystkie sznurki siostrzanej miłości, żeby mnie mimo wszystko ochronić; jeśli zaś chodzi o mnie, idealną egoistkę, szukałam tylko dość dobrego kłamstwa albo argumentu nie do odparcia. Mogłam jej przysiąc, że nie tknę tego faceta, ale ta historia, chcąc nie chcąc, właśnie zaczynała się rozwijać, a ja nie umiałam nigdy powstrzymać się od tego, żeby opowiadać jej najdrobniejsze szczegóły. To silniejsze ode mnie. Więc, po tym rozbiegu, jak przed skokiem na bungee, rzuciłam:
- On mnie interesuje. OK? To złe, niemoralne i nikt o tym nie powinien wiedzieć, ale prawda jest taka, że on mnie intryguje. Nie wiem jeszcze, czy pójdę z nim do łóżka, ale jest całkiem możliwe, że to zrobię, jeśli trafi się okazja. Więc, proszę bardzo, opieprz mnie.
Alice, ze swoją klasyczną miną pod tytułem Poddaję Się, Ale Strasznie Mnie To Wkurza, mruknęła:
- Jeśli Philippe się o tym dowie...
- A niby jakim cudem Philippe miałby się o tym dowiedzieć? A poza tym chciałabym zauważyć, że to on zaproponował, żebyśmy się spotkali. I to on mnie podrywa.
Pan Dziękuję, że tak miło pozwoliła mi pani uniknąć poszukiwań... Ale chciałbym jednak dostać egzemplarz... z dedykacją. Jestem zdumiony... Pani ma dwadzieścia lat?... Cóż pani czytała, cóż przeżyła? Chciałbym wiedzieć, jakim cudem to wszystko przyszło pani do głowy. To nie jest takie naiwne... w każdym razie nie zawsze... Bardzo szybko przechodzi pani od "muszelki" do "cipki"... Intryguje mnie pani. A pani wuj nie zrozumiał, że Lucie to pani?... Może na szczęście... Proszę mi opowiedzieć o swojej erotycznej teorii wysławiania. George Steiner, w niedawnym tekście zatytułowanym, o ile pamiętam, Książki, których nie napisałem, stworzył rozdział na ten temat. Mówi w nim raczej o zmianach zabarwienia erotyzmu w zależności od języka. "Całkowita dyspozycja" to dużo, ale bardzo mi się to podoba. Podoba mi się też "w trakcie znajomości". Do zobaczenia PS Nie mogę oprzeć się pokusie przesłania pani tego wiersza Baudelaire'a, jego tytuł to Klejnoty. Nagą była najdroższa. Mej żądzy powolna Zachowała klejnotów jeno błyskawice Wiedząc, jak barw muzyka upoić mię zdolna Przypominając dumne Maurów niewolnice. Gdy w tańcu pobrzęk ciśnie - szyderczy, stalowy - Ten tłum połyskujący od blach i kamieni, Coś mię porywa! Nurt krwi w serce bije nowy, Kiedy dźwięk ze światłością się brata i mieni. Iskrząc się więc leżała, rozświetlając łoże, I ze stosu poduszek uśmiechem wabiła Miłość moją głęboką, pieściwą jak morze, Co je wybrzeża ciągnie tajemnicza siła. Wzrok jak w poskromionego utkwiwszy tygrysa, Rozmarzona, leniwe odmieniała pozy - A pełność róży, zlana z świeżością irysa, Nowym czarem zdobiła te metamorfozy; Jej ramiona, jej nogi - biodra w upojeniu Własnej chwały - i fala łabędziego łona Płynęły przed oczami jak w jasnowidzeniu; I jej brzuch, i jej piersi - mej winnicy grona - Szły ku mnie, pieszczotliwsze od Aniołów Złego, Aby zamącić spokój w starganym sumieniu I duszę mą ze szczytu zwlec kryształowego, Gdzie, spragniona pokoju, legła w ukojeniu. Zdawało się chwilami, że kaprys zuchwały Biodra Antiopy z torsem powiązał efeba, Tak się bujnie jej lędźwie w kibić przelewały - Na smagłym ciele szkarłat lśnił zachodu nieba! - Że lampa cicho zgasła w wyczerpaniu sennym, Tylko kominek izbę oświetlał ognistą; Ile razy westchnieniem wybuchał płomiennym, Krwią nasycał tę skórę jak ambra złocistą1
1 Charles Baudelaire, Kwiaty zła, przeł. Bohdan Wydżga, Warszawa 1958.
Ellie Kwiaty zła, no, mój panie! Świetny strzał! Dlatego właśnie lubię czytać: dla takich cudów. Jeśli chodzi o moją teorię dotyczącą zwracania się per pan, słowo "teoria" jest może zbyt mocne. Powiedzmy raczej, estetyka zwracania się per pan, którą rozwinęłam w trakcie dorastania. W wieku, gdy zaczęłam interesować się mężczyznami, zauważyłam, że w używaniu trzeciej osoby jest coś niezwykle, zachwycająco wdzięcznego, rodzaj napięcia, które powoduje, że stosunki są nie tyle oficjalne, jak pan to ujął, ile raczej dwuznaczne. I zachowywanie przez jakiś czas tej zbędnej w sumie grzeczności powoduje przy przejściu na ty zauważalną zmianę. Ponadto paradoks związany ze stosowaniem trzeciej osoby jest smakowity. Użycie formy "pan" w pewnych kontekstach jest nadzwyczaj nieprzyzwoite. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno, jestem dziś trochę zmęczona... Pytania, które zadaje mi pan w pierwszym mejlu, są kłopotliwe. Cóż takiego widziałam, cóż przeżyłam... i mało, i wiele zarazem. Dość, jak sądzę, żeby napisać to, co pan mógł przeczytać. Zbyt mało, żeby od pierwszych linijek używać słowa "cipka" - choć dziś, gdy mam dwadzieścia lat, a nie osiemnaście, jak w chwili pisania tego tekstu, myślę, że nieco lepiej posługuję się piórem. Przynajmniej mam nadzieję. Szkoda byłoby tak kochać słowa i nie umieć ich używać... Co przeżyłam... skoro o to pan pyta, to uważam, że nie trzeba znać wielu mężczyzn, żeby o nich pisać. Calaferte miał blisko sześćdziesiąt lat, kiedy napisał Mechanikę kobiet, i nawet jeśli nie wydaje mi się, by spędził wiele czasu we własnym łóżku, zauważyłam w jego interpretacjach wiele niezręczności, które sprawiają, że jego dogłębna znajomość kobiet wydaje się nierówna. Przypominam sobie na przykład fragment, w którym każe powiedzieć kobiecie coś w rodzaju: "Gdybyś nie przyszedł, wzięłabym pierwszego lepszego. Po prostu chuja". Otóż w moim wieku i z moim doświadczeniem (ilekolwiek byłoby ono warte), jestem głęboko przekonana, że kobieta nigdy nie będzie chciała tylko i wyłącznie chuja. Myślę, że jest w kobiecym pożądaniu, niezwykle złożonym i nieprzewidywalnym, rodzaj instynktu życia, z powodu którego wszystkie poszukujemy w stosunkach z mężczyzną związku, czułości, nawet i wtedy, gdy powoduje nami tylko zewnętrzna i zwierzęca potrzeba pieprzenia. Chcę przez to powiedzieć, że nie zdarzyło mi się, żebym chciała tylko kawałka mężczyzny - nawet tego konkretnego kawałka. I wiele kobiet, jakie znam, nie może wyobrazić sobie chuja bez torsu, pleców, rąk, zapachu i oddechu oraz słów mężczyzny, do którego należy. A więc pisać o mężczyznach, gdy ma się dwadzieścia lat... Jest z pewnością wiele błędów w tym, co piszę, lecz nie sądzę, by wiedza była podstawą tego przedsięwzięcia. Nie chodzi tu o znajomość mężczyzny - tak czy owak nigdy nie będzie pełna. Liczy się intencja; miłość do mężczyzn, chęć zanurzenia się w świecie dużych dłoni i donośnych głosów. Chęć poznania. Na razie wydaje mi się to niezłym powołaniem. Co czytałam? Wiele różnych rzeczy. Tekst, który pan przeczytał, został napisany, jak sądzę, pod wielkim wpływem Calaferte'a, który dla mnie był objawieniem. Jego książkę znalazłam w piwnicy kilka miesięcy wcześniej i pomysł, bym była narratorem jako mężczyzna, bardzo mi się spodobał. Bo w tym czasie, proszę pana, spotykałam się już od roku z pewnym chłopakiem, z chłopakiem, dla którego pisałam bez ustanku, ale który sam niestety nie był w stanie spłodzić dla mnie ani linijki. Więc kiedy "Rozpusta" zaproponowała mi tę publikację, sprawiłam sobie przyjemność i odwróciłam role... Trafnie więc pan odgadł, mam kilka wspólnych cech z Lucie, a ta scena rzeczywiście miała miejsce... Ciekawa jestem, co pana naprowadziło na ten trop. Czytałam też dwie, trzy książki Sade'a, ale nie jestem jego wielką fanką, a po lekturze Filozofii w buduarze i Stu dwudziestu dni Sodomy mam wrażenie, że czytałam już wszystko. Strasznie to denerwuje jednego z moich przyjaciół, który jest zagorzałym wielbicielem Sade'a (ale ten facet nienawidzi Queenu i Beatlesów, więc czyż można mu ufać?)... Oczywiście Bataille. Bardzo podobał mi się Martwy, którego Régine Deforges przeraźliwie marnie adaptowała. Moja matka bardzo mną wstrząsnęła, ale pozostaje jeszcze sporo ciemnych stron: styl literacki Bataille'a ma wiele cierni. Wkurza mnie natomiast, że tak okropnie dużo gadam i ciągle mam jeszcze mnóstwo do powiedzenia. Na dodatek nie wiem prawie niczego o panu. Szkoda. Przydałaby się może jakaś kawa. Albo lampka wina. Mam do pana dużo pytań. Przyznaję, że fascynują mnie mężczyźni, którzy czytają. Zwłaszcza ten rodzaj literatury. Zainteresowanie erotyką mówi bardzo wiele. Ale tę dyskusję zostawmy sobie na później - niech pan sobie wyobrazi, że nie ma mi pan nic do powiedzenia. A może jestem nudna? Jak już wspominałam, jestem do dyspozycji właściwie bez przerwy. Ma pan mój telefon. Ellie (Myślę, że nie jestem nudna. Mogę nawet być zabawna, jak sądzę).
Pan Przyznaję z pewnym wstydem, że czekałem na pani e-mail z niecierpliwością prawie... gorączkową. I dobrze, że zaczekałem... Uważam jednak, pomimo pani cudownej, zachwycającej i młodzieńczej wrażliwości, że czas i doświadczenie pozwalają powiększyć erotyczny wszechświat. Ja odkryłem erotykę w literaturze, gdy miałem dziesięć lat, czytając Pierre'a Lou?sa, który wówczas wydawał mi się szczytem perwersji. Potem czytałem dużo innych rzeczy, a niektóre z moich lektur opisywały wrażenia, ekscytacje, emocje, których nie pojmowałem, a które zrozumiałem dopiero dużo później. Sądzę, i wiem o tym, że są takie chwile, kiedy kobieta, często zresztą silnie podniecona, może zapragnąć jakiegokolwiek członka... słyszałem o tym... przeżyłem to... powiedziano mi to, chociaż być może w tamtej chwili rzeczywiście w myślach pojawiły się też plecy, zapach i inne rzeczy, o których pani tak ładnie pisze. Ale są takie chwile, kiedy wszystko się wywraca do góry nogami i nagle także ów przedmiot pożądania może się zadziwiająco zamienić: na kogokolwiek, na obojętnie jakiego chuja, i to o tym właśnie opowiada Calaferte. Sade określił zasady, na których oparli się wszyscy pozostali, a jego pisarstwo nie jest nadmiernie zmysłowe, co dziś zresztą wydaje się zaskakujące. Ale to, o czym mówi, to fundament. Ponieważ mówi o rozdźwięku, jaki wywołuje erotyzm, huśtawce emocji, bliskości pełnej przemocy. Jest też Bataille, którego pani zna. Dla teorii trzeba przeczytać Historię erotyzmu. Historia oka jest wybitna... Madame Edwarda także. Wiedziałem, że pani i Lucie to jedno, bo długo i z zaskoczeniem oglądałem pani zdjęcia na Facebooku. Badałem pani uśmiech, pani oczy, pani skórę. Proszę, niech pani do mnie szybko napisze. PS I proszę nie pokazywać moich e-maili wujkowi. Uderzam cię członkiem w policzek Koniec muska ci ucho Liż moje jądra powoli Twój język jest delikatny jak woda Twój język jest brutalny jak w rzeźni Jest czerwony jak krwisty udziec Jego czubek jest śpiewającą kukułką Mój członek płacze śliną Twoja pupa jest moją boginią Otwiera się jak twoje usta Uwielbiam ją jak niebiosa Czczę ją jak ogień Piję z twojego pęknięcia Rozkładam twoje nagie nogi Otwieram je jak książkę Z której czytam co mnie zabija
Z najstarszym synem Pana minęłam się w metrze linii numer 1, na Charles-de-Gaulle-Étoile. Było to w porze, kiedy kończą się lekcje i do wszystkich wagonów napływają hordy hałaśliwych licealistów. Musiałam wstać, żeby kolejna grupa mogła się wcisnąć do przepełnionego już wagonu, gdy poczułam, że okrutnie twardy łokieć wbija mi się w plecy. Oderwałam wzrok od książki, aby dokonać tradycyjnej wymiany beznamiętnych przeprosin bez wyłączania iPodów. Byłam jak zwykle średnio przekonana do sensu przepraszania. Za co? Że istnieję? Że mam plecy?
Nie mogę powiedzieć, że sam jego głos, ledwie zresztą słyszalny, coś odblokował. Z jakiegoś jednak powodu spojrzałam na niego i w ćwierć sekundy wiedziałam już, bez szansy na pomyłkę, że to jego syn. Żadna magia; skandaliczne podobieństwo między modelem i jego awatarem, tak wielkie, że uderzyło mnie z mocą czaru. Trzeba mi było całej determinacji świata, by odwrócić wzrok od jego wielkich oczu o ciężkich powiekach, ukrywających odziedziczoną po Panu niewyobrażalną zmysłowość, z której bez wątpienia nie zdawał sobie sprawy. W głowie zacięła mi się płyta: to on to on to on to on to on. Kiedy poczułam, że to pełznące po nim uległe spojrzenie może mu się wydać dziwne, udałam, że wracam do mojego André Bretona - bez cienia nadziei, że dam radę się skupić na lekturze.
Nigdy nie sądziłam, że tak okrutnie bolesna okaże się świadomość jego obecności obok mnie, tego delikatnego młodzieńczego zapachu, którego nie tłumiły nawet nieco zbyt mocne perfumy. Nie zauważyłam, że zbliża się moja stacja - myślę, że mogłam iść za nim wszędzie.
Charles. Pierworodny. W ten wtorkowy ranek, w błękitnym pokoju hotelowym w Piętnastce, zaskoczyłam Pana, wymieniając imiona wszystkich jego chłopców: Charles, Samuel, Adam, Louis i Sacha. Wszystkich pięciu, pochodzących z życia, które mogłam sobie tylko wyobrazić. O najstarszym wiedziałam rzeczy, których pewnie nawet on sam nie pamiętał - o kłótni przy kolacji na temat jakiegoś historycznego czynu zbrojnego, kiedy Charles, uparty jak każdy nastolatek, w przypływie złości walnął pięścią w stół, za co o mało nie dostał od ojca po pysku. O popołudniu, kiedy wrócił z liceum kompletnie naćpany, a jego czarne gęste włosy wydzielały zdradziecki zapach trawki. Pan kochał go szaleńczo - nie trzeba było być mistrzem świata, żeby to dostrzec. Pan kochał go taką miłością, przy której przelotna czułość, jaką mi czasem okazywał, była do bólu żałosna.
Pociąg skręcił gwałtownie i Charles znowu wpadł na mnie całym ciałem, obcym, a tak dziwnie znajomym.
- Przepraszam - powiedział, tym razem z lekko zawstydzonym uśmiechem, w którym pokazały się i dołeczki jego ojca, i te same śnieżnobiałe zęby drapieżnika.
Miałam przed sobą Pana, który patrzył na mnie po raz pierwszy od pół roku. Pana, jakbym go widziała przez szkło powiększające, pokazujące i tłumaczące wszystko: jego dzieci, żonę, wszystko, co zbudował, wszystko, dla czego kiedyś się zapracowywał, i dla czego harował nadal, wszystkie te kajdany u nóg, sukcesy i granice jego królestwa. I mogłam się litować, nawet rozczulać nad sobą, ale Charles nadal nie mógł odsunąć się ode mnie, przepraszał więc po raz kolejny z uśmiechem (a ja w każdym uśmiechu widziałam Pana, który leży pode mną, tuż po tym, jak się kochaliśmy), i całą energię nagle odebrały mi wysiłki, by nie krzyczeć: "Przestań, zabierz te usta, które znam na pamięć, weź z mojej ręki te niecierpliwe palce twojego ojca, którymi drapał mi biodra w trakcie orgazmu, odwróć tę głowę; nie chcę - nie mogę - patrzeć w te szare oczy, które nie są twoimi oczami, nie masz w twarzy nic własnego, nawet ten długi nos to prezent od twojej matki, może to zresztą jedyna rzecz, która czyni z ciebie odrębną jednostkę, zrodzoną z miłości Pana do innej kobiety, więc przestań, proszę. Przestań". Gryzłam się w policzki, żeby nie wrzeszczeć, nie otworzyć ust i nie powiedzieć mu, dlaczego, jakim prawem, w imię czego ta młoda kobieta w metrze wbija w niego wzrok, bo natarczywość, z jaką on mi się przyglądał, zawierała w sobie kilka pytań.
Kim jestem? Mam na imię Ellie (to imię nic dla ciebie nie znaczy, nie ma nawet płci, a przecież był czas, kiedy dla niego było wszystkim - piciem, jedzeniem, snem i wszystkim pomiędzy). Jestem prawie w twoim wieku - mam tylko dwa lata więcej, a to się nie liczy, bo nie zmieniłam się tak bardzo od czasu, kiedy nosiłam zeszyty do matmy w starym, obszarpanym eastpacku, i patrzę tak na ciebie, bo bardzo mi przypominasz swojego ojca, mój Boże, przypominasz mi go tak bardzo, że to już nie jest podobieństwo - to coś więcej. W twoich ciemnych oczach jest ta sama podświadoma tęsknota, która mnie porażała, ten kobietożerczy głód, który mnie fascynował; i tu, w tym tłumie, zobaczyłam te same oczy, jakie miał pod maską chirurga, kiedy widziałam go, jak operował w klinice. Oczywiście, Charles, że to nie powinno mi wystarczać, ale spójrz na mnie: ręce wiszą mi bezładnie, zamknęłam wreszcie książkę, dyskretnie spoglądam spod grzywki, i prawie zapominam, że ty jesteś tylko jego pierwszą, udaną, o trzydzieści lat młodszą kopią.
Trzydzieści lat - mnie i twojego ojca dzieli prawie taka sama przepaść, a przecież byłam jego kochanką, i kochałam go z totalnym zaślepieniem, z żarem, który rozniecał moje uwielbienie i wdzięczność. Płonęłam jak draska i dziś nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że któregoś dnia mogłabym cię spotkać na imprezie u wspólnych znajomych, wypalić z tobą skręta i zobaczyć, jak twoje oczy zasnuwają się mgłą, tak jak mgliły się jego oczy, dowiedzieć się, co cię śmieszy, a na koniec histerycznie jęknąć, tracąc dech w twoich łakomych słodkich ustach, tak dobrze mi znanych. Całkiem zwyczajnie i normalnie mogłabym być twoją dziewczyną, przychodzić po ciebie co wieczór pod szkołę - to by się przecież mogło zdarzyć. Jestem dla ciebie tylko troszkę za stara, akurat dość, by ci pokazać wszystko i pozostawić w tobie ślad na zawsze, ale z perspektywy moich dwudziestu lat czuję się teraz, jakbym była o dwie dekady starsza. Nie uznałbyś za nazbyt logiczne ani wiarygodne, gdybym ci powiedziała, że słyszałam o tobie tak wiele od twojego ojca, iż w moich oczach stałeś się właściwie bezpłciowym dzieckiem. Gdybym cię teraz pocałowała, co mi się często śniło, na co mam straszliwą chęć, byłby to gest olbrzymiej rozpaczy. Jesteś synem mężczyzny, którego nie potrafię zapomnieć, a twoje pocałunki bez wątpienia wywołałyby ten sam skutek, co metadon, przepisany jako ostateczność uzależnionym od heroiny - gdybyś wiedział, jak bardzo szukałam tych Prawie, tych Nie Całkiem, tych Tak Ale Jednak Nie. Wyobraź sobie, czym jesteś dla dziewczyny, która zapychała się niedoskonałymi kopiami twojego ojca. Mam cię tutaj, naprzeciwko, w odległości kilku centymetrów, schwytanego na chwilę, cichego, spokojnego jak wszystkie nastolatki, których oczy nie zaznały jeszcze brudu i mocy pożądania, których oczy szukają jeszcze po omacku - i przypominam sobie jego oczy. Jasne, że nie może mi to wystarczyć.
Cześć Charles, mam na imię Ellie, nie rozmawiałeś ze mną nigdy i z pewnością już nigdy mnie nie spotkasz, ale potrafię wymienić imiona wszystkich członków twojej rodziny, i chociaż cię nie znam, to ponieważ widziałam twojego ojca, którego jesteś niesamowicie wierną kopią, ponieważ tak mocno trzymałam go w ramionach, to nie znając cię, znam cię tak dobrze... Głupi żart, nie? Albo scena z filmu Truffaut. Dziewczyna wsiada do tego samego metra, co syn jej kochanka. Rozpoznaje go; zna jego twarz z tych wszystkich rodzinnych fotografii, które tyle razy oglądała. To mógł być ktokolwiek inny, ale to jestem ja. To do mnie twój ociec przychodził we wtorek rano, kiedy wy wszyscy szliście do szkoły; głaskał was po waszych kochanych główkach, ale myślał już o mojej głowie. Ja, totalna przeciętność w jeansach Bensimona, z włosami związanymi w zwyczajny kucyk. Ta głowa. Te ręce, które potnieją na kieszonkowym wydaniu książki, w gęstym powietrzu paryskiego metra, ale które jeszcze kilka miesięcy temu, tak, Charles, zaledwie pół roku temu, wbijały się paznokciami w patrycjuszowską skórę innych władczych dłoni - tych, które czułeś za plecami, kiedy po raz pierwszy jechałeś na rowerze alejkami Ogrodu Luksemburskiego. Nie masz o tym zielonego pojęcia i patrzysz na mnie tak, jak patrzysz na wszystkie dziewczyny, a przecież niewątpliwie jestem osobą, którą gardziłbyś najbardziej na świecie, gdybyś wiedział, że chciałabym wślizgnąć ci się do kieszeni i spędzić wieczór przy waszym stole, blisko niego, choćby nawet zupełnie nic się nie działo. Żeby tylko zrozumieć. Żeby tylko go zobaczyć. Na moment przyłączyć się do tych świętych chwil, do których ty sam nie przywiązujesz najmniejszej wagi, do waszych rozmów podczas posiłków, do zapachu pocałunków, którymi was obdarza, kiedy idziecie spać, do rzeczy bez znaczenia, jak pierwsze słowa, które rzuca, wracając wieczorem do domu. Te ulotne momenty, ramy waszego codziennego życia, to dla mnie tajemnica, bajka, luksus, na jaki nigdy nie będę mogła sobie pozwolić - bo ani całe złoto świata, ani żadne sztuczki nie dadzą mi nawet tych pięciu minut przy stole z wami wszystkimi. Pięć minut waszego wygodnego i spokojnego życia, codziennej kolacji, ty stawiasz się ojcu, a on, wciągnięty w dyskusję aż przestaje jeść, twoja piękna matka wygląda na znudzoną męskimi kłótniami, twoi czterej młodsi bracia wahają się, po której stronie stanąć - a ja, w kąciku, pożeram was wzrokiem jak najlepszy film świata, nieprzyzwoicie opychając się wizjami i zapachami, i te duchy przywołam później, gdy będę sama. Myślę o tym jak onanizujący się nastolatek, nieustannie przygnieciony poczuciem winy.
Na stacji Châtelet rzucił w moją stronę ostatnie spojrzenie spod długich czarnych rzęs i odwrócił się, a potem ruszył do wyjścia. Obserwowałam jego smukłą postać tak długo, aż wmieszała się w tłum anonimowych ludzi, ledwie widoczna, kierująca się w stronę linii numer 4, by później wynurzyć się na wyspie Saint-Louis. Drzwi, numer, klucz, żeby wejść do dużego rodzinnego apartamentu, gdzie matka właśnie wypytuje Adama o to, jak minął mu dzień w szóstej klasie. Pan wróci około dziewiątej wieczorem, już po kolacji. Ale dzieci będą walczyć o jego uwagę na tysiące sposobów, natkną się na niego, kiedy będą szły myć zęby, przyjdą do niego, żeby po raz ostatni po ojcowsku na nie spojrzał, na dobranoc. A Charles zaśnie, nie zachowując o mnie żadnego wspomnienia, choć mnie wagon metra, od chwili, gdy z niego wysiadł, wydał się przeraźliwie pusty.
Płacz. Krzycz. Śmiej się. Gwiżdż. Wracaj do swojej książki.
Broda zaczęła mi się trząść jak małej dziewczynce, która dostała po łapach. Postawiłam kołnierz, wysoko, pod sam nos, i aż do stacji Nation w rytm opatrznościowej Barkaroli Offenbacha szlochałam żałośnie, wtulona w płaszcz i zasmarkana po uszy. Wydawało mi się, że to najlepsze, co mogę zrobić.
Kwiecień
Lolita Nabokova. Oto książka, która poprowadziła mnie do zguby. Kiedy to teraz analizuję, nie znajduję żadnego innego winowajcy w mojej bibliotece. Przegryzłam się przez Sade'a, przez Serpieriego i Manarę, przez Mandiargues'a, przez Pauline Réage, ale to nie przez nich nabawiłam się tej rozwiązłości, która rzuciła mnie w ramiona Pana. Teraz widzę to wyraźnie. Trzeba było mnie trzymać z dala od tej starej, pożółkłej książki, która, ot tak, leżała sobie w salonie. Dowiedziałam się z niej, że istnieje specyficzny gatunek mężczyzn, typ znudzonych światowców, którzy zwracają wzrok i siwiejące skronie w kierunku młodych dziewcząt. Zrozumiałam, jak rodzi się pożądanie ciała, które nie jest już ciałem dziecka, ale jeszcze nie jest ciałem kobiety. Pojęłam, jaki jest ich krzyż, jaką muszą mieć siłę, by nieść go bez końca po drogach usłanych nimfetkami. Nauczyłam się odczytywać z ich imponujących brwi odpowiedzialnych mężczyzn silną skłonność do rozpusty, uwielbienie dla tego bóstwa o sterczących piersiach, o rozwianych włosach, które nazwali Lolitą.
Lolita. Wymagająca ponad wszelką miarę, absorbująca i zazdrosna, zaangażowana w niekończącą się (i z góry wygraną) walkę z wszelkimi samicami rodzaju ludzkiego, nad którymi króluje z wysokości metra czterdziestu swoją jedną skarpetką, swoimi długimi smukłymi kończynami. To ciekawe, że realna nimfetka narodziła się dokładnie w wieku, w jakim Nabokov swoją uśmiercił (czy też raczej wysłał do liceum, co uznał za gorsze niż śmierć): lat piętnaście. Mężczyźni, o jakich mowa, zazwyczaj idą przez życie pewną i prostą drogą, w ultrapoważnych butach i garniturach, ale padają na kolana przed tymi Kochaniątkami z przyczyn, które nie muszą być złe, choć dla przeciętnego człowieka są odrażające. Z powodu gładkiej skóry. Z powodu pośladków i piersi, które mają w pogardzie prawa Newtona. Z powodu zabójczej niewinności. Z powodu naiwnie bezwstydnych palców i wzruszająco małych dłoni, którym udaje się, Bóg wie jakim cudem, zawierać w sobie pozorny niepokój, którym manipulują z dziecięcą jeszcze bezczelnością - wyobraźcie sobie przy tym, że nie miały w dłoniach nic większego niż migdałowe magnum (widać łakomstwo w tym, jak biorą je do ust). Z powodu tych spojrzeń jak harpuny, rzucanych bezładnie i bezinteresownie. Z powodu postanowienia, by w kontakcie z mężczyznami wychwytywać ich rozkochany wzrok na ulicy, podczas rodzinnych obiadów, przy ojcowskiej piersi, wszędzie, bo ciekawość pozbawia je wszelkiego wstydu, a co za tym idzie wszelkiej grzeczności. Tak, wiem wszystko o fascynacji mężczyzn tym stworzeniami - ale za czym gonią nimfetki? Co je odpycha od długowłosych młodzików, a ciągnie do pościeli i wyperfumowanych ramion demonicznych kopii ich ojców? Nabokov nigdy nie wspominał, co mogło się dziać w głowie małej Lo, kiedy usiadła na kolanach Humberta Humberta tamtego letniego poranka. Ani dlaczego podskakiwała mu na kolanach, z majtkami na wierzchu, i świergotała bez ustanku, gryząc jabłko, a jej karygodny adorator starał się dyskretnie pohamować niemal nastoletnie emocje. Zabrakło mi tej równoległej narracji, możności dowiedzenia się, co by się stało, gdyby do głosu dopuszczono Lolitę. Nie szukając usprawiedliwień - które zresztą wydają mi się zbędne - sądzę, że ja sama po raz pierwszy wskoczyłam do łóżka czterdziestoletniego mężczyzny z przyczyn epistemologicznych. Nie liczę tu niemal przypadkowego incydentu z pewnym przedsiębiorcą, gdy miałam piętnaście lat, bo są mężczyźni, i są czterdziestolatkowie. Tym, którzy uważają, że to niewielka różnica, okrutnie brakuje finezji - mogłoby się wydawać, że nimfetki osiągają ultrawysoki poziom analizy, którą to umiejętność bezspornie później tracą, ale żadna z tych, które znałam, nigdy nie pomyliła owych dwóch typów. Nimfetki i czterdziestoletni mężczyźni, jakimś cudownym zrządzeniem losu, stają się dla siebie bóstwami.
Ten mężczyzna - jakże on się nazywał? - choć nie zostawił mnie rano martwej z rozkoszy, miał dość wyczucia, by nie zrazić mnie do innych jemu podobnych. Posunę się dalej, twierdząc, że to jego obojętność i jego całkowity brak namiętności skłoniły mnie do dalszych poszukiwań. Może byłam zbyt wymagająca; może za bardzo przywiązana do dokładnej realizacji moich dziewczęcych wizji - mnie, uległej jarzmu, rękom i słowom profesora w idealnym wieku, ciekawego i biegłego w dowolnych działaniach, na jakie pozwoliłoby mu moje ciało. Nie chciałam mieć nic do gadania - i prawdę mówiąc, nie wypowiedzieliśmy ani słowa aż do czwartej, kiedy zmęczyło mnie już żałosne widmo jego fiuta, tak odległe od wspaniałych podniet, które wypełniały moją wyobraźnię. I zaspokajając go silną dłonią, zdałam sobie sprawę, że dzięki Bogu, lista tych, którzy mogliby złożyć mi właściwe hołdy, była dłuższa niż list do Świętego Mikołaja; uśmiechnęłam się szeroko, gdy wytrysnął, myśląc już, ilu samców, choć nie byli mi zapisani, z pewnością, podświadomie na mnie czekało. Następnego dnia, kiedy wykończona brakiem snu dreptałam w kierunku metra, zdałam sobie sprawę, że nie dowiedziałam się niczego więcej ponad to, co już wiedziałam, kiedy przychodziłam tam poprzedniego dnia. Bo zawsze byłam świadoma, że starsi mężczyźni mogą mieć problem ze wzwodem. To nie miało nic wspólnego z psychologiczną ekscytacją, jakiej się spodziewałam, ze słowami, o których marzyłam, i nie zauważyłam w tym ciele demonicznych oznak tej niedojrzałej jeszcze dorosłości, bardziej niedojrzałej, niż gdyby miał dwadzieścia lat. Tchórzowsko nie odbierałam telefonu, gdy wyświetlał się jego numer, i po kilku tygodniach ciszy pełnej poczucia winy, a potem złości, dostałam lapidarną wiadomość: "Zmęczyło mnie bieganie za tobą, Ellie. Nie bawimy się w Lolitę - zresztą jesteś już za stara na tę zabawę, a i ja nie mam ochoty być Humbertem Humbertem".
Nie rościłam sobie praw do tego tytułu, zanim mi go odmówiono.
Nie znałam Pana. Nie życzyłam mu niczego złego - ani niczego dobrego; miałam go w nosie. Słyszałam o nim tysiące razy w czasie obiadów z moim wujem Philippem - siłą rzeczy, bo zanim jeszcze zostali przyjaciółmi, byli kolegami, a jego imię dosłownie zajeżdżało mi szpitalem.
Nie znałam Pana.
Szczerze mówiąc, to wszystko zaczęła moja matka. Było to w lutym tego roku; nie narzucając się nikomu, szłam na górę z mojego pokoju w suterenie, pod pachą miałam swoją biblię (Mechanika kobiet Louisa Calaferte'a), w nadziei, że znajdę jakieś zbawienne zajęcie na czas strajku studenckiego. Trudno wyczuć, co miała na myśli mama, gdy wymieniła imię tego chirurga, mówiąc, że jej zdaniem to jedyna osoba oprócz mnie, której mogłyby się podobać takie literackie świństwa. "To maniak" - powiedziała. Początkowo wykazałam tylko uczciwą obojętność, zresztą kolega Philippe'a, maniak czy nie, to był świat całkiem niedostępny dla dziewczyny takiej jak ja. Słabo sobie wyobrażałam, że wpadnę do kliniki z notatkami pod pachą, żeby pogadać o erotyzmie z facetem, który ma czterdzieści pięć lat.
Czterdzieści pięć lat.
Czterdzieści. Pięć. Lat.
Trzeba było kilku miesięcy tej chorej nudy, żeby narodził mi się nieśmiały pomysł spotkania z tym człowiekiem. Powtarzałam sobie jego nazwisko jakby dla zabawy i zaskoczyło mnie, że z czasem zaczęło robić na mnie całkiem inne, wyjątkowo sprośne, wrażenie. Wpisałam jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę na Facebooku i gapiłam się na jedyny wynik, jaki wyskakiwał - przekonana, że muszę znaleźć dobry pretekst, by dodać go do znajomych. Chciałam podstępem przedostać się do jego świata uzbrojona w niezawodny pretekst - literaturę, która niczym urokliwy koń trojański kryła w swym zdradzieckim wnętrzu moją wersję Lolity, nieco przejrzałej może, ale pełnej najlepszych chęci. Chęć wiedzy, dowiedzenia się o nim wszystkiego, swędziała mnie jak ugryzienie komara; dwa, trzy podchwytliwe pytania skierowane do Philippe'a pozwoliły mi odkryć, że kiedy byłam mała, spotkałam tego sławetnego C.S. kilka razy na korytarzu kliniki, gdy szedł do swoich pacjentów. I po torturach pamięci, żeby wydobyć z niej jakieś wspomnienie, nagle znalazłam się na urodzinach mojego wuja sprzed dwóch lat; przez cały wieczór pałętałam się wśród starych i go nie zauważyłam, nie zauważyłam człowieka, którego sprzedano mi jako maniaka, który czytał te same książki co ja, tylko jakieś dwadzieścia pięć lat wcześniej. Dwadzieścia pięć lat - to przepaść. Dwadzieścia pięć lat pieszczenia ciał różnych kobiet, omijania prokreacyjnego celu stosunku, podczas gdy ja, niewiniątko, uczepiona byłam jeszcze matczynej piersi. Czy powinnam też wspomnieć o związku, jaki łączył Pana z moją rodziną, związku cienkim, ale mocnym jak nylonowa nić, i tak samo ostrym? Dwudziestoletnie dziewczyny mają głowy pełne nieprawdopodobnych scenariuszy, równie romantycznych, co niekonsekwentnych - była sobie studentka i chirurg, ona nie umiała nic, on znał się na wszystkim, a pośrodku tego wszystkiego wuj, nieświadomy rozgrywającego się dramatu (a gdyby się dowiedział, ta erotyczna historia bez wątpienia zmieniłaby się w racine'owski dramat!).
A więc, nie bardzo wiedząc jakim cudem, wpakowałam się w to wszystko w marcu tego samego roku. Nie starałam się nawet wyobrazić sobie twarzy Pana z jednego prostego powodu - zaczął być częścią składową moich seksualnych wizji. Taka jest prawda. To, że był chirurgiem, że miał te same skłonności co ja, że na dodatek był żonaty i że był ojcem rodziny oczywiście wystarczająco wyróżniało go z tłumu, ponieważ wszystkie te cechy umieszczały go w świecie równoległym, świecie Ludzi Dorosłych (tych prawdziwych; bo to przesada przyznawać ten status osobnikom w moim wieku). Część składowa to właściwie nie jest dobre pojęcie; powiedzmy sobie szczerze, że już sama myśl o Panu podniecała mnie ponad wszelką miarę i nie trzeba było go fizycznie do nikogo upodabniać (niechby tylko nie był obrzydliwy). A teraz, kiedy piszę te słowa, słyszę niemal jego oburzenie, tę teatralną manierę w jego głosie: "W sumie wzięłabyś jakiegokolwiek oblechę". A ja odpowiedziałabym, że pewnie tak. Ale Pan może być spokojny: ciąg dalszy naszej historii dość dobrze pokazuje, że pułapka była dopracowana w każdym calu.
Któregoś dnia poczułam się zmęczona tym krążeniem wokół niego, choć on nie miał o tym bladego pojęcia; był kwiecień. Rozdygotany kwiecień. Pyliły kasztany, a ja zdychałam z nudów. Strajk trwał, nie spotykałam się z nikim - zbliżała się wiosna, wszyscy moi przyjaciele musieli chodzić na jakieś zajęcia, a ja spędzałam całe dnie, leżąc na tarasie, na słońcu, konając z chęci widywania się z ludźmi, spotykania mężczyzn, poczucia - bo ja wiem - jakiejś gorączki, ekstazy, namiętności, czegokolwiek, co by nie było tym nieustającym, morderczym letargiem. Ta sprawa tak długo chodziła mi po głowie, aż zrozumiałam coś dziwnego: ja po prostu czekałam, przyczajona w cieniu, na właściwy moment, żeby objawić się Panu.