Osiemdziesiąt Dni Bursztynowych - Vina Jackson

-
Proszę czekać

1. Tańcząca z niegrzecznymi chłopcami

1

Tańcząca z niegrzecznymi chłopcami

Zawsze pociągali mnie niegrzeczni chłopcy. A gdy dorosłam - niegrzeczni mężczyźni.

Minęło sześć miesięcy, odkąd zostawiłam Cheya i przyjechałam do Nowego Orleanu. Kończył się grudzień, a moje myśli wirowały jak tańczący derwisz, gdy zastanawiałam się, jakie zrobić postanowienia noworoczne. W jednej chwili nie miałam żadnych pomysłów, a w następnej nie mogłam się pozbyć ich nadmiaru i emocji, które mknęły w mojej głowie niczym ptaki niedające się schwycić. Nie mogłam się skupić, nie mogłam się skoncentrować.

Byłam znudzona. Moje życie stało się powtarzalną serią: taniec, jedzenie, picie, spanie, sporadyczny seks, podróż, znów taniec, jedzenie, picie, spanie i tak dalej.

Tęskniłam za Cheyem.

Tęskniłam za niegrzecznymi mężczyznami i chłopcami.

Mimo zimy w powietrzu unosił się wilgotny i aromatyczny żar. Gdy zabijałam czas, spacerując po wąskich, ale pięknych uliczkach francuskiej dzielnicy, delikatny wiatr znad pobliskiej Missisipi pieścił moje nagie ramiona. Czułam się tak nierealnie, jakbym była postacią w czyimś śnie. Niecały tydzień temu spędziłam Boże Narodzenie z Madame Denoux. Spotkałam się z jej przyjaciółmi i rodziną na tarasie jej domu po drugiej stronie jeziora. Jeden z obecnych tam mężczyzn, jej daleki kuzyn, odwiózł mnie do miasta. Samochód sunął po niskim moście łączącym brzegi wielkiego jeziora Pontchartrain. Miałam wrażenie, jakbyśmy jechali po wodzie, a gdybym wyciągnęła rękę przez otwartą szybę, dotknęłabym mokrej powierzchni. Lśniące w oddali światła francuskiej dzielnicy i świąteczne światełka na przybrzeżnych domach wydawały się fatamorganą. Przespałam się z nim, ale niestety był kiepskim kochankiem: niezdarnym i samolubnym. Nie zostałam na śniadaniu w jego mieszkaniu na Magazine. Przeszłam pieszo niecały kilometr przez opuszczoną dzielnicę finansową w kierunku Canal Street, czując głód. Jednak to nie na jedzenie miałam ochotę.

Nowy Orlean był taki dziwny. Ani trochę nie przypominał Doniecka, gdzie się urodziłam i gdzie każdy budynek był zwykłym użytkowym klockiem. Prostą linię horyzontu w moim mieście przełamywały jedynie kominy fabryk, dzień i noc buchające ciemnym dymem.

Z okazji Bożego Narodzenia Madame Denoux zamknęła klub na pięć dni, ale dziś wieczorem rzeczywistość znów powróci, a ja zatańczę.

Kiedy weszłam do przebieralni, próbowałam przypomnieć sobie święta i Nowy Rok na Ukrainie, ale żadne wspomnienie nie chciało przybrać konkretnej formy - widziałam tylko niewyraźne obrazy. W garderobie były już trzy inne dziewczyny, mniej lub bardziej ubrane; poprawiały makijaż w ogromnych lustrach, dopasowywały stroje, podciągały ramiączka, spryskiwały ciała perfumami, nakładały puder i dobierały tanią biżuterię. Przyjechałam z Kalifornii, a wcześniej mieszkałam w Nowym Jorku. Wkurzały się, że tu jestem, że mam doświadczenie w pracy w dużych miastach i że to mnie Madame Denoux wybrała jako atrakcję wieczoru. Uważały, że jestem piękna i wyniosła - a to nie najlepsze połączenie, żeby się z kimś zaprzyjaźnić. Ale fakt faktem, jestem piękna - od dziecka mi o tym mówiono i uznawałam to za prawdę. Zawsze żyłam według własnych zasad i nie potrzebowałam przyjaciółek. Nie miałam z nimi dużo wspólnego. One to wiedziały i ja to wiedziałam.

Odwróciłam się do nich plecami i rozebrałam się; ich wzrok wbijał się we mnie jak sztylety. Obserwowały mnie. Patrzyły na mój rowek między pośladkami i lekko wystającą kość ogonową, gdy schyliłam się, żeby rozluźnić rzemyki na sandałach. Pozwoliłam im na to. Przywykłam do tego, że ludzie mnie oglądają. Wielu ludzi.

Z głośników w garderobie popłynęła muzyka: Minnie the Moocher Duke'a Ellingtona. To sygnał, żeby na scenę wyszła Pinnie - niska i kształtna piękność mieszanej rasy. Miała czarne lśniące włosy do połowy pleców. Podczas tańca lubiła się nimi owijać i kusić klientów częściowo przesłoniętymi ciemnymi sutkami. Jej charakterystyczną cechą były niewygolone, bujne włosy łonowe - które przywodziły na myśl dzikie zwierzę z dżungli. Na środku czoła miała pieprzyk; nie ukrywała go, lecz podkreślała prostą, jakby nożem przyciętą, grzywką. Była jedyną miłą dla mnie tancerką; czasami między występami rozmawiałyśmy, inne ciągle mnie ignorowały. Ja je też. Do mojego występu została co najmniej godzina. Na scenę wychodziłam ostatnia.

Z wiklinowego koszyka wyciągnęłam książkę i wygodnie rozsiadłam się na krześle; na chwilę zapomniałam o świecie. Ostatnio uzależniłam się od czytania powieści. Ta była o wędrownym cyrku: niesamowita i barwna historia. Nigdy nie przepadałam za realizmem. Miałam go aż za dużo w lekturach szkolnych na Ukrainie, a później w Petersburgu - wartościowe, ale niekończące się opowieści o trudach ludzkości, z którymi nigdy się nie utożsamiałam.

Ocknęłam się, gdy Into the Mystic Vana Morrisona dobiegała końca. Sofia wpadła do garderoby, klnąc pod nosem z powodu małego problemu z kostiumem. Kiedy usiadła przy swoim stoliku i zaczęła zmywać sceniczny makijaż, rzuciła mi pełne nienawiści spojrzenie, jakby to przeze mnie wydarzył się ten błahy incydent; moja sukienka była prosta - nie potrzebowałam rzepów, pasków, guzików ani zamków.

Od wyjścia na scenę dzieliło mnie pięć minut. Zamknęłam oczy. Głęboko odetchnęłam. W striptizie nie było nic seksownego. To tylko praca, ale kiedy zdołałam zapomnieć o otoczeniu, wrzucić wszystkie myśli do innego wymiaru, czułam się, jakby niewidzialne skrzydła niosły mnie przez mój występ. Przez ostatnie pięć lat tańczyłam do La Mer Debussy'ego; znałam każdą falę wyimaginowanego morza i każdą namiętną nutę. To ulubiony utwór Cheya. Uwielbiał ocean. To dla niego po raz pierwszy tańczyłam przy dźwiękach La Mer. Tylko dla niego.

Taniec, rozbieranie się, obnażanie stało się tajemniczą ceremonią, podczas której byłam zarówno barankiem ofiarnym, jak i kapłanką trzymającą śmiertelne ostrze; to fantazja, w którą uciekałam... świat, do którego się przenosiłam podczas występu.

Wyłączyłam się. Zawsze tak robiłam.

Jakby z oddali słyszałam, jak Madame Denoux nastawiła mój utwór, a początkowa cisza wypełnia głośniki. Lekko na palcach szłam w milczeniu przy akompaniamencie niemal niesłyszalnego brzęczenia systemu nagłaśniającego. Weszłam na spowitą ciemnością scenę i przyjęłam pozycję do tańca.

Włączyłam się. Widowni zaparło dech w piersi.

Zawsze tak reagowali, a ja wiedziałam, że ukryta za kulisami Madame Denoux jest zadowolona.

Występ zaczynałam od delikatnych ruchów. Jakbym zbierała energię, wycofywała się w głąb siebie, gdzie jest tylko spokój i przepełniona muzyką istota mojego życia - niewidzialna moc, która czeka, aby ją skumulować i przesłać do każdego nerwu ciała. Byłam marionetką pociągającą za własne sznurki.

Przez pierwszą minutę naśladowałam powiew bryzy na powierzchni fal, niemal niewidzialne krople wody i mgłę, która unosi się w powietrzu i zapowiada nadejście sztormu - delikatny ruch ręki, skręt nadgarstka, kołysanie biodrami w rytm muzyki, słodko-smutny dźwięk, gdy pikolo łączy się z łagodną harfą i uderzeniem perkusji: delikatny deszcz - pierwsza oznaka zbliżającej się burzy. Potem przechodziłam do następnego etapu - mroczniejsze dźwięki klarnetu i oboju, przytłumiona perkusja, czyli grzmoty; energia zbiera się w wodzie i we mnie, fale rosną, a moje ruchy stają się gwałtowniejsze, szybsze i mocniejsze.

Posiadłam muzykę i niemal niewidoczną widownię. Mogłam się rozluźnić, rozejrzeć i pomyśleć. Znałam każdy krok; każdy ruch w takt muzyki był na stałe zakodowany pod moją skórą. Pasował do bicia serca i pulsowania krwi i poniósł mnie przez występ. Nie pozostawałam na łasce fal, przenoszona bezustannym zmaganiem wiatru i morza, lecz jeźdźcem burzy, dyrygentem orkiestry odpowiedzialnym za fale oceanu.

Nie zawsze było tak romantycznie. Kwestia wyszkolenia. Chey niemal o wszystkim tak mówił: kwestia wyszkolenia lub wysiłku i poświęceń. Ale z zewnątrz to wyglądało na działanie instynktowne, wiedziałam o tym. Widziałam to na twarzach podnieconych widzów - w ciszy gapili się na mnie. Przypominali turystów, którzy przyszli obejrzeć kobietę z wąsami lub iluzjonistę z mojej książki. Byli nieświadomi innych trybików w maszynie: ich kroki, gdy weszli i kupili bilety, zapach i smak napojów, gęstość powietrza, strój hostessy, wyszukane, ale gustowne kostiumy Madame Denoux, jej biała maska, ruchy ciała, wyćwiczone i opanowane do perfekcji rozmarzenie, dzięki czemu wyglądała niezwykle tajemniczo, choć była zwykłą kobietą jak my, chociaż zarabiała, sprzedając ciała innych kobiet.

Dzisiejszy wieczór okazał się mniej pracowity, niż przypuszczałam. Nowy Orlean już dzień przed sylwestrem tętnił zabawą. W powietrzu unosiło się oczekiwanie na starcie końca z początkiem, mieszkańcy chcieli zobaczyć, jak odchodzi stary rok i rodzi się nowy. To był jedyny czas, kiedy wszyscy na ulicach stawali się równi: oszuści, turyści, dziwki i dzieci czyszczące buty. Wszystkich łączyło poczucie, że ich życie znika w ciemnej nocy, gaśnie z mijającym rokiem jak fajerwerki nad Vieux Carré, które na chwilę rozświetlały niebo i zostawiały za sobą wspomnienia piękna, dobrej zabawy i, w większości przypadków, kaca.

Zastanawiałam się, co pozostawię po sobie. Tancerka to nie muzyka. Nikt nie nagra mojego sylwestrowego występu, żeby go później odtworzyć. Zapomną o mnie i o każdym ruchu trwającym ułamek sekundy; odzwierciedlonym na twarzach widzów; może ci, którym się podobało, zapamiętają występ, ale nigdy nie zdołają go wiernie odtworzyć.

Dzisiejszego wieczoru dwie osoby przyciągnęły moją uwagę. Jedna z zaledwie kilku par. Inna niż pozostałe. Reszta kobiet, w towarzystwie mężów lub kochanków, sprawiała wrażenie znudzonych, bo widziały podobne występy albo były zmieszane, zazdrosne, a nawet przerażone tym, czego ich mężczyzna będzie od nich chciał po powrocie do domu, gdy zobaczy mnie na scenie - wiedziały, jak wyglądają nago, że mają obwisłe piersi, po których widać upływ czasu i działanie grawitacji, i galaretowate uda.

Ale oczy rudej dziewczyny w czarnej sukience płonęły żarem. Miała naprężone ciało. Gdy przypatrywała się moim ruchom, ściskała nogę swojego faceta jak w imadle. A on nie patrzył na mnie - obserwował, jak ona ogląda mnie. Wpatrywał się w nią niczym lew, który właśnie wypatrzył samotną gazelę na otwartej równinie. Miał gęste ciemne włosy, szerokie ramiona i kształtny tors. Emanował pewnością siebie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przypominał Cheya.

Odwróciłam się, żeby na nich spojrzeć, chociaż nadal sprawiałam wrażenie osoby nieświadomej swojej publiczności. Tak zawsze radziła Madame Denoux, ale niewiele dziewczyn korzystało z tej rady. Tańcz, jakby nikt nie patrzył. Widzowie chcą się poczuć jak podglądacze naruszający prywatność, jakby chłonęli coś intymnego i zakazanego. W przeciwnym razie będziesz zwykłą dziewczyną, która zdejmuje ubrania za pieniądze.

Ta kobieta u boku przystojniaka miała coś w sobie. Przypominała mi mnie. Doceniała moje ciało. Chłonęła teatralność występu. Na scenie widziała siebie; zastanawiała się, jak by się czuła, gdyby była tu zamiast mnie, a publiczność patrzyłaby na nią. Nie uszło to uwadze Madame Denoux. Widziałam, jak ją obserwuje; niemal czytałam w jej myślach - zawsze kalkulowała, nigdy nie traciła okazji, żeby wycisnąć forsę od facetów lub znaleźć nową dziewczynę do swojej kolekcji, tak jak znalazła mnie.

Czy to przez wyraz twarzy rudowłosej, czy dlatego, że mężczyzna przypominał mi Cheya, a może wpłynęły na to subtelne zmiany melodii, mimo że znałam muzykę na pamięć? Nie wiedziałam.

Czasami wspomnienia pojawiają się nieproszone. Przeszłość wróciła do mnie, obrazy pojawiały się i znikały, jakbym wzięła narkotyki. Żywe, bolesne obrazy.

Twarze rodziców, kiedy widziałam ich po raz ostatni. Machali do mnie z oddalającego się samochodu; jechali brudną drogą, która prowadziła z Instytutu Rolnictwa, gdzie pracowali i mieszkali. Miałam pięć lat. Ojciec kierował instytutem, a mama pracowała w laboratorium i eksperymentalnych ogrodach jako badaczka. Tam właśnie się spotkali i zakochali. A przynajmniej tak mi powiedzieli krewni.

On był inżynierem z Petersburga, ona miejscową dziewczyną z regionu Donbasu. Dostał tymczasową pracę w Doniecku, gdzie - po ślubie i narodzinach córki - został na stałe. Mieli jedno dziecko. Mnie.

Wiedziałam, że mnie kochali i chcieli; bolało mnie, że wspomnienia wczesnego dzieciństwa i rodziców rozmywają się z upływem czasu. Pamiętałam ogród warzywny, niektóre swoje zabawki, ale nie mogłam przypomnieć sobie głosów i uspokajających kołysanek, które mama śpiewała mi do snu. Lubaszka, chyba tak mnie nazywali. Ale teraz te wspominania i piosenki są tak głęboko schowane, że nie mogę ich odtworzyć ani wyobrazić sobie uśmiechu na twarzy matki czy poważnej, profesorskiej postawy ojca.

Nie pamiętam nawet koloru oczu rodziców, a fałszywe wspomnienia stworzone na podstawie kilku zdjęć są czarno-białe.

Powiedziano mi, że kierowca tira, który uderzył w ich samochód na drodze do Moskwy, był pijany. Stracił kontrolę nad samochodem przewożącym materiały budowlane. To żadne pocieszenie, że kierowca też zginął w wypadku; masywne bloki cementu obluzowały się na naczepie i zgniotły go w kabinie. Wszyscy zginęli na miejscu. W środku nocy.

Ciotka, siostra mamy, zabrała mnie do siebie. Była bezdzietną rozwódką i mieszkała niedaleko Doniecka. Kiedyś chciała być baletnicą i całe swoje życie starała się dopilnować, żebym ja nią została. Zachęcała mnie do tańca, poświęcała pieniądze i wolny czas, żebym zrealizowała jej ambicje i osiągnęła sukces w tym, w czym jej się nie udało.

Zapisała mnie do miejscowej akademii tańca, chodziłam tam trzy razy w tygodniu po szkole i w weekendy. Żeby opłacić moje lekcje, ciotka w każdą sobotę udzielała w swoim mieszkaniu lekcji fortepianu, co oznaczało, że w te dni musiałam sama iść pięć kilometrów do akademii, bez względu na śnieg, słońce czy deszcz. Z upływem czasu odbywałam tę podróż coraz częściej, bo stary samochód ciotki zaczął się psuć i nie mogła mnie odbierać.

Dzięki temu miałam więcej czasu na marzenia.

Jak większość dziewczynek w Związku Radzieckim, a tym bardziej na Ukrainie, marzyłam o karierze primabaleriny. Często powtarzano mi, że mam potrzebny do tego naturalny talent. Ale czy miałam dyscyplinę i ambicję?

Odpowiedź na ostatnie pytanie była mniej oczywista.

Niechętnie uczyłam się klasycznych kroków. Nienawidziłam rygoru; wolałam poddać się muzyce i improwizowałam ruchy, które naturalnie przychodziły do mnie i nie były częścią choreografii wymyślonej przez surowych nauczycieli.

- Lubow Szewczenko - często krzyczeli - jesteś niereformowalna. Co my mamy z tobą zrobić?

Miałam jedenaście lat, kiedy zdołałam zdać egzaminy końcowe i dostałam propozycję przeprowadzki do Petersburga, rodzinnego miasta mojego ojca, żeby uczyć się w prestiżowej Szkole Sztuki i Tańca. Nie wiedziałam o żadnych żyjących krewnych i jako sierota dostałam stypendium na utrzymanie się. Nie miałam wyboru i musiałam zamieszkać w internacie z innymi, którzy przyjechali z różnych prowincji do miasta - moim domem stał się stary budynek tajnej policji, zmieniony w szkołę dla pokrzywdzonych przez los.

Perspektywa, że zamieszkam sama, nie przerażała mnie, bo życie z ciotką było pasmem milczenia i nieporozumień. Od samego początku traktowała mnie jak osobę dorosłą, choć chciałam pozostać dzieckiem.

Zostałam rzucona na głęboką wodę i musiałam dzielić małą ośmioosobową sypialnię z innymi dzieciakami - w większości starszymi ode mnie o kilka lat. To było dla mnie dosyć traumatyczne doświadczenie. Niektórzy przybyli z Syberii i Tadżykistanu, kilkoro z Ukrainy, a inni z okręgów nadbałtyckich - mieli idealną cerę, wydatne kości policzkowe i zepsute zęby. Szybko uświadomiłam sobie, że nie mam z nimi wiele wspólnego. Tylko dwoje z nas chodziło do tej samej szkoły; reszta była porozrzucana po różnych instytutach. Nikt inny nie miał artystycznych aspiracji, więc ja i Zosia pasowałyśmy tam jak wół do karety.

Nie łudziłam się, że jesteśmy bliskimi przyjaciółkami. W najlepszym razie, dzięki temu że była ode mnie o szesnaście miesięcy starsza, a jej piersi zaczęły rosnąć, tolerowała mnie. Robiłam za jej posłańca, dziewczynę do wszystkiego i pomocnika. Luba, młodszy asystent do spraw nielegalnych i zabronionych, takich jak przemycanie papierosów do internatu lub ukrywanie zabronionych kosmetyków pod materacem. To były moje kryminalne początki...

Kilka lat później Zosia zaszła w ciążę. Spotykała się z chłopakiem z Instytutu Fizyki, a ja oczywiście kryłam ją podczas zakazanych spotkań. Miała zaledwie szesnaście lat. Kiedy się zorientowała, że jest w ciąży, było za późno. Jednego dnia była z nami, następnego zniknęła. Wyrzucono ją ze szkoły i odesłano jak brudną paczkę w okolice Wilna, do krewnych. Powiedziano nam, że musiała wrócić z powodu ciężkiej choroby w rodzinie, ale my znaliśmy prawdę.

Niemal dwa lata później - gdy już kończyłam Szkołę Sztuki i Tańca i nie mogłam się doczekać, kiedy dołączę do jednej z mniej znanych grup tanecznych w mieście - nieoczekiwanie dostałam krótki list od Zosi. Miała syna Iwana i starszego męża, który pracował w miejscowej radzie państwowej. Napisała, że jest szczęśliwa, i dołączyła zdjęcie swojej rodziny. Zostało zrobione w ogrodzie, gdzie drzewa przypominały szkielety, a trawa wyglądała marnie. Zosia miała prawie dziewiętnaście lat, ale wyglądała na przynajmniej kilka lat starszą. Zapadnięte oczy i matowe włosy; jej młodość na zawsze zniknęła.

Tego dnia obiecałam sobie, że nigdy nie wyjdę za mąż i nie będę miała dzieci.

Rano mieliśmy lekcje: gramatykę, literaturę rosyjską (moją ulubioną), arytmetykę, geometrię, historię, geografię, wiedzę o społeczeństwie i inne przedmioty, podczas których usiłowałam marzyć. Popołudnia spędzaliśmy na uczeniu się, próbach, ćwiczeniach i tańcu. Każda z nas miała trzy stroje taneczne - jeden z nich przeznaczony wyłącznie na oficjalne występy, kiedy pozwolano nam zaprezentować przed publicznością ćwiczoną miesiącami choreografię. Nigdy nie dostałam solówki i miałam wrażenie, że zawsze będę małym łabędziem trzepoczącym skrzydłami w grupie baletowej, chociaż czułam się raczej jak niezgrabna kaczka. Boże, jak ja nienawidziłam Czajkowskiego!

Lekcje baletu odbywały się również w soboty, więc niedziela była jedynym dniem wolnym, ale i tak większość niedzielnego poranku czyściłyśmy ubrania, prasowałyśmy, cerowałyśmy i doprowadzałyśmy do ładu nasze pokoje, więc tak naprawdę tylko popołudnia miałyśmy dla siebie. Zazwyczaj chodziłyśmy do miejscowego kina i pobliskiej lodziarni. Mogłyśmy spotkać chłopaków, zanim wybiła godzina powrotu: dwudziesta dla dziewczyn poniżej piętnastu lat i dwudziesta pierwsza trzydzieści dla starszych. Należało przestrzegać tej zasady, a każde naruszenie karano odebraniem niedzielnych przywilejów.

Chłopcy...

Jak mogłabym się nimi nie zainteresować, mieszkając całe lata - a nastoletnie lata wydają się wiecznością - z siedmioma dziewczynami w świecie sekretów, niewiarygodnych historii, szalejących hormonów i rówieśniczej zazdrości? Obserwowałyśmy się nawzajem z dzikością jastrzębi, mrucząc z ciekawości. Pochłaniała nas taka zazdrość, jakby świat miał się skończyć. Która najładniejsza, najwyższa, której najszybciej rosną piersi?

Niektóre zwierzały się, jak dostały pierwszą miesiączkę, inne ogłaszały to wszem wobec. Pośród nich ja, sierota z Ukrainy, nie byłam brzydkim kaczątkiem. Nie byłam najwyższa, najbardziej zamożna, nie dostałam okresu jako pierwsza ani ostatnia, ale zawsze uważałam, że jestem wyjątkowa. Zdałam sobie sprawę, że w przeciwieństwie do reszty mam ambicje, żeby zobaczyć świat, a one myślały tylko o najbliższej przyszłości, o sukcesie w szkole i znalezieniu dobrego męża. Wszystko dookoła mówiło mi, że życie ma do zaoferowania więcej.

Seks...

Kolejny popularny temat nocnych rozmów w dziewczęcej sypialni. Niekończące się trajkotanie, które przenosiło się do przebieralni, sali prób, łazienek i ceglanego muru na tyłach budynku, gdzie nie zapuszczał się żaden pracownik i gdzie na przemian paliłyśmy, kiedy udało nam się zdobyć amerykańskie papierosy.

Jako jedna z najmłodszych stałam się podglądaczką w domu namiętności. Pozostałe dziewczyny rozkwitły, ale ja, mimo lekcji baletu i innych męczących ćwiczeń, miałam problem z pozbyciem się dziecięcej pulchności. Wszystkie mówiły, że mam śliczną twarz, ale moje ciało wolno wydostawało się ze swojego kokonu. Podczas wspólnych pryszniców wyglądałam jak szpieg: kiedy woda ze mnie spływała, ciągle spoglądałam na inne dziewczyny i ich kształtne biodra, sterczące piersi i jędrne pośladki. Przy koleżankach wyglądałam jak bezkształtny worek kości.

O tak, dużo gadały, gdy gasły światła: o chłopakach, których spotkały i spotkają, i o tym, co będą z nimi robiły. W milczeniu przysłuchiwałam się im, próbując rozróżnić prawdę od kłamstw. Czasem ich słowa mnie szokowały, a czasem czułam żar, kiedy zdobywałam nową, zakazaną wiedzę. Zawsze wiedziałam, że pewnego dnia dołączę do nich. Będę dorosła i stanę się kobietą.

Chodziłyśmy do lodziarni na Ługańskiej, staromodnego reliktu z czasów Stalina. Na dziewięć z dziesięciu wizyt mieli jedynie lody o smaku waniliowym, chociaż i on nie był naturalny i zostawiał gorzki, chemiczny posmak w ustach. Ale dwóm babuszkom, które prowadziły lodziarnię, oczywiście za zgodą państwa, nie przeszkadzało, że przesiadujemy tam bez końca, plotkując, wymieniając się poradami kosmetycznymi, spotykając z chłopakami spoza miasta, którzy handlowali rajstopami i często kradli całusy starszym dziewczynom. Pocałunki nie były zapłatą, którą zawsze należało uiścić, ale niemal gwarancją, że chłopcy wrócą i sprzedadzą nam rajstopy dostępne wyłącznie na czarnym rynku.

Gdy zaczęłyśmy dorastać, niektóre dziewczyny chwaliły się, że podarowały facetom więcej niż tylko pocałunek.

I tak nie było mnie stać na rajstopy, więc cały ten temat był dla mnie czystą teorią, ale od czasu pierwszej miesiączki, za każdym razem, jak odwiedzałam lodziarnię na Ługańskiej, czerwieniłam się, kiedy czułam dziwne mrowienie w podbrzuszu, a moja wyobraźnia szalała. Dzięki temu waniliowy smak stawał się smaczniejszy.

Rok po nagłym wyjeździe Zosi łóżko obok mnie zajęła dziewczyna z Gruzji, Walentina.

Wala - zupełnie szalona - zawsze pakowała się w kłopoty. Nie była zła, ale lubiła psocić i prowokować. To właśnie ona nauczyła mnie sztuki obciągania, co według niej mężczyźni uwielbiali i co miało prowadzić prosto do ich serca. Żartowała, że nie będę prawdziwą Rosjanką, dopóki nie nauczę się ssać faceta. Kradła nawet banany z kuchni, które - według gazet i Komitetu Centralnego - nasi szanowni przyjaciele z Kuby czasami przysyłali nam za wsparcie moralne dla ich sprawy.

Początkowo bardziej interesował mnie cudowny smak i konsystencja bananów niż ich kształt, ale Wala nalegała na wieczorne zajęcia praktyczne, dopóki nie stwierdziła, że jestem gotowa.

Miał na imię Borys lub Siergiej. Nie pamiętam, jak wyglądał ani jak się nazywał, bo szybko stałam się recydywistką i kilka dni po Borysie (albo Siergieju) był Siergiej (lub Borys). Uczył się - a właściwie obaj się uczyli - w pobliskim Instytucie Technicznym. Miałam szesnaście lat, a on był rok lub dwa lata starszy. Wala zorganizowała nasze spotkanie, zachwalając, że jestem chętna. Bez wątpienia wzięła za pośrednictwo kilka rubli. Spotkaliśmy się w lodziarni. Pamiętam, że tego dnia sprzedawali też inne smaki, więc poza tradycyjną wanilią wybrałam dzikie truskawki. On zapłacił. Potem, trzymając się za ręce, poszliśmy pod ceglasty mur za szkołą, gdzie Wala stała na czatach. Rozpiął pasek otaczający jego chude biodra i opuścił wystrzępione sztruksy. Jego bielizna była szarawa. Spojrzał mi w oczy. Miałam wrażenie, że jest bardziej przerażony niż ja. Ostrożnie dotknęłam jego krocza i złapałam fiuta przez tanią bawełnę. Był miękki i wiotki jak kawałek taniego mięsa. Chłopak znieruchomiał. Przez chwilę nie miałam pojęcia, co dalej, mimo że Wala przygotowywała mnie na to wiele razy.

Potem sobie przypomniałam. Uklęknęłam na zimnej ziemi. Odsunęłam materiał i po raz pierwszy zobaczyłam penis - widok zarówno przerażający, jak i fascynujący. Nie był taki, jak oczekiwałam. Chyba mniejszy. Wzięłam głęboki wdech. Poczułam nieprzyjemny zapach, zapach mężczyzny.

Wzięłam fiuta Borysa (a może Sergieja?) do rąk. Drgnął. Czułam, jak pulsuje.

Otworzyłam usta, przytrzymałam go i zbliżyłam wargi.

Wysunęłam język; polizałam kutasa, a potem przesunęłam dłoń w kierunku jąder - Wala mówiła, że to nie takie trudne.

Znów poczułam, że drgnął.

Wreszcie głęboko odetchnęłam i włożyłam przypominającą grzyb główkę penisa do ust.

Po kilku sekundach, zanim zdołałam go possać czy zrobić cokolwiek innego, poczułam, że się powiększa, wypełniając moje usta.

To było objawienie.

Zacisnęłam wargi na sztywniejącym członku - stał się twardy i sprężysty tak jak gąbka.

Chłopak jęczał, nawet jak nic nie robiłam.

Mój umysł działał na najwyższych obrotach, zapisywał doświadczenie, zapamiętywał doznania i analizował sprzeczne emocje. Czułam, że wkroczyłam do całkowicie nowego świata.

Ale czar prysł po minucie, kiedy Borys (a może Sergiej?) gwałtownie wyszedł z moich ust, brudząc mi białym strumieniem podbródek i pół sukienki. Przelotnie spojrzał, mruknął przeprosiny i podciągnął spodnie. Odwrócił się i zniknął, a ja zostałam na klęczkach z otwartymi ustami. W głowie miałam mętlik.

- I jak? - spytała Wala. - Fajnie?

- Nie wiem - przyznałam szczerze. - Ciekawie, ale wszystko stało się za szybko. Chciałabym spróbować jeszcze raz.

- Naprawdę?

- To chyba nie ja nawaliłam - dodałam. - Może to z nim coś nie tak.

Kiedy następnego dnia szczotkowałam zęby, uważnie przyjrzałam się odbiciu w lustrze i zobaczyłam nową osobę. Dziecko odeszło. Wreszcie patrzyłam na siebie oczami kobiety. Dzisiaj wiem, że zmiana nie zachodzi z dnia na dzień, ale tamto wydarzenie było metaforycznym mostem, do którego przybyłam, potem go przeszłam i triumfalnie zdobyłam.

Uświadomiłam sobie, że osiągnęłam pewną władzę nad fiutem chłopaka i że to ja, wbrew oczekiwaniom i tradycjom, czerpałam największą przyjemność.

Drugi, chyba Sergieja, był twardy, gdy wyciągnęłam go ze spodni, i ładniejszy - prosty jak linijka, o pięknej różowej barwie i bez widocznych żył. I inaczej smakował. Ten chłopak miał też większe jądra.

Przez kolejny rok, kierowana niezaspokojoną ciekawością i atrakcyjnością świata seksu, poznałam różnorodne penisy. Nie interesowali mnie ich właściciele: miejscowi faceci - często prostaccy, nieumiejący się wysłowić pijacy. Wcale mnie nie pociągali. Ale tylko takich mogłam znaleźć w swoim otoczeniu.

W marzeniach wyobrażałam sobie niegrzecznych, bardziej wyrafinowanych chłopaków, eleganckich i grzesznych mężczyzn, którzy uwiedliby mnie bezkarnie i znaleźli drogę do mojej skalanej niewinności. Pragnęłam prawdziwych facetów, takich których głos powoduje drżenie kolan i elektryzuje zmysły. Wiedziałam, że istnieją i czekają gotowi, żeby mnie zdobyć i podniecić. Ale zanim nastała ta chwila, musiałam zadowalać się prowincjonalnymi chłopakami. Oni nie byli wystarczająco niegrzeczni, ale dzięki nim mogłam skosztować zakazanego owocu.

Gdy w naszych kręgach rozeszła się informacja, że jestem chętna i dostępna - w każdym razie jeśli chodzi o obciąganie - ciągle przychodzili. Niewielu zadowalało się tylko tym, co oferowałam, i zawsze chcieli więcej, ale postawiłam wyraźne granice. Moje ciało zostanie tajemnicą, a każda próba naruszenia zasad skutkuje natychmiastowym zakazem korzystania z moich usług. Oczywiście i tak próbowali, ale pozostałam nieugięta. Ssałam fiuty, ale nic ponadto. I oczywiście żadnemu z nich nie pozwoliłam się dotknąć.

Miałam wrażenie, że Rosjanie, których miałam okazję spotkać, należą do tego samego nieatrakcyjnego gatunku, ale podobno mężczyźni z zagranicy są inni. Nina, jedna ze starszych dziewczyn, która pojechała kiedyś za granicę na zastępstwo w małej grupie baletowej, powiedziała nam, że tamtejsi faceci mają nie tylko większe laski, ale są także poetami.

Naiwnie sądziłam, że właśnie do tego dążę. Jakże się myliłam! Na domiar złego, przez chęć zabawiania chłopaków miałam złą opinię i trudno było mi zdobyć koleżanki. Z jednej strony zazdrościły mi, a z drugiej bały się, że pewnego dnia mogę poderwać im chłopaków. Umysł młodej dziewczyny działa w tajemniczy sposób.

Lecz mimo że nie pamiętam twarzy żadnego z moich rosyjskich chłopaków, nadal z uśmiechem wspominam kutasy, które poznałam dzięki swojemu zainteresowaniu prawdziwym życiem. Ach, ci moi niegrzeczni chłopcy! Jednak szybko zmęczyłam się nimi i ich brakiem oryginalności, ubogim słownictwem i niezdarnością; pragnęłam poznać niegrzecznych mężczyzn.

Postanowiłam, że przy pierwszej okazji przeprowadzę się za granicę.

Ale bez Wali, która organizowała spotkania z facetami poza szkolnymi murami, odkrywanie seksualności skończyło się wraz z moim wyjazdem z Petersburga.

Dopóki nie poznałam Cheya.

Mojego pierwszego prawdziwego kochanka. Pierwszego, który wszedł we mnie, posiadł mnie.

W przeciwieństwie do kolesiów z lodziarni był mężczyzną. Dokładnie wiedział, co ma robić ze swoim przyrodzeniem i, co ważniejsze, co robić ze mną. Życie z nim sprawiło, że stałam się samolubna w łóżku i znudzona innymi, gorszymi facetami.

Mój związek z Cheyem naznaczył mnie na zawsze jak mały dymiący pistolet, który później wytatuowałam na ciele - kilka centymetrów od wewnętrznej części uda, w miejscu, które kobiety pokazywały jedynie najbliższym przyjaciołom i kochankom. Wtedy już tańczyłam nago i każdego wieczoru widownia mogła podziwiać pistolet Cheya. Widziałam, jak ich oczy płoną na widok tatuażu. Początkowo byli zaciekawieni - zastanawiali się, czy patrzą na kwiat - a później zszokowani, gdy zdali sobie sprawę, że mam na skórze spluwę skierowaną wprost na najpotężniejszą broń na świecie - moją cipkę. Potem widziałam pożądanie mężczyzn, a czasami także kobiet - odczytywali tatuaż jako znak, że jestem rozpustna, niebezpieczna w łóżku, a może nawet że szukam bólu. Niegrzeczna dziewczynka.

Ale nie byłam niegrzeczną dziewczyną. Byłam dziewczyną Cheya.

Pamiętam dzień, kiedy się poznaliśmy. Miałam dziewiętnaście lat i właśnie przyjechałam do Nowego Jorku.

Zachęcona przez życzliwego starszego nauczyciela rok wcześniej ubiegałam się o stypendium w Amerykańskiej Szkole Baletu w Centrum Lincolna.

Moje zgłoszenie zostało odrzucone.

Przyjęto inną dziewczynę w moim wieku, córkę bogatych rodziców. Jej ojciec zbił majątek, skupując za bezcen stal i nawozy w czasie kryzysu ekonomicznego w latach osiemdziesiątych, gdy reszta społeczeństwa głodowała.

Miała twarz pozbawioną emocji i chude jak zapałki nogi, ale nie można było jej odmówić gracji i giętkości. Jej ruchy musiały oczarować komisję rekrutacyjną.

Wzięłam jej adres i po skończeniu szkoły podałam ją jako osobę do kontaktu na moim wniosku o wizę. Dzięki ciotce, która miała daleką rodzinę w Ameryce, przyznano mi stypendium. Dostałam pozwolenie na trzymiesięczny pobyt - wystarczyło, abym poznała miasto i zdobyła doświadczenie jako kelnerka. Gdy wiza wygasła, zapuściłam się w uliczki Ridgewood w Queens - dzielnicy pełnej imigrantów z Europy Wschodniej. Albańczycy, Ukraińcy, Rumuni; wszyscy przyjechali do Ameryki w poszukiwaniu nowego życia, a wiodło im się praktycznie tak samo jak wcześniej. Tylko krajobraz się zmienił.

Znalazłam obskurne mieszkanie przy cichej ulicy, dosyć tanie i na tyle blisko metra, że mogłam szybko dojechać na Manhattan, gdzie znalazłam pracę w cukierni-kawiarni przy Bleecker Street. Kawiarnię prowadził Francuz Jean-Michel, który niedawno rozstał się z żoną i nie przejmował się tym, że jestem w Stanach nielegalnie, dopóki ładnie wyglądam i jak najlepiej dbam o jego wypieki. Robił najlepsze rogaliki i ciasteczka z czekoladą w Village - lekkie, puszyste, o zapachu, który kusił żołądek - a za jego napoleonki można było zabić, więc nie miałam problemów ze sprzedażą. Zawsze byłam cierpliwa; zresztą nikt mnie nie ponaglał, nikomu nie musiałam się spowiadać, więc nigdy nie śpieszyłam się z ciastem, pozwalałam mu rosnąć tak długo, jak to było potrzebne. Potem delikatnie je wałkowałam z kawałkiem masła, zawijałam i na końcu dodawałam słodko-gorzką mieszankę czekoladową. Ciastka piekłam w piekarniku, dopóki sklep nie wypełnił się intensywnym zapachem kilkudziesięciu czekoladowych przysmaków, które wrzucałam do szklanego naczynia przy oknie. Ręce Jeana-Michela często wędrowały po moich pośladkach, gdy instruował mnie w sztuce pieczenia. Nie przeszkadzało mi to za bardzo, bo dałam mu jasno do zrozumienia, że tylko na tyle może sobie pozwolić.

Jesień przechodziła w zimę. Dni były nadal słoneczne, a niebo niebieskie. Mieszkanki Nowego Jorku zaczęły nosić szale i rękawiczki w torebkach na wypadek mroźnych wieczorów, ale ja byłam przyzwyczajona do znacznie niższych temperatur i lubiłam czuć chłód na nagich ramionach, gdy spacerowałam po West Broadway. To zdarzyło się w pierwszą niedzielę listopada, gdy byłam sama w sklepie. Jean-Michel akurat brał udział w nowojorskim maratonie - miał nadzieję, że straci kilogramy, których nabrał z wiekiem i przez amerykańskie jedzenie; jego brzuch urósł jak jeden z jego rogali.

Słysząc brzęczenie dzwonka nad drzwiami, podskoczyłam i niemal upuściłam tacę z pięknymi pastelowymi makaronikami, które przygotowywałam przez cały ranek: mieszałam białka ze zmielonymi migdałami i cukrem i wyciskałam to na papier. Uważałam, żeby wszystkie ciastka były idealnie okrągłe, gładkie i tej samej wielkości, tak aby można je wypełnić masą, kiedy wystygną, a potem włożyć do pudełek przewiązanych wstążką i sprzedać dziewczynom szukającym przysmaków lub skruszonym mężom, którzy nie znaleźli kwiaciarni w drodze do metra.

Oparzyłam opuszki palców i część dłoni, gdy próbowałam odzyskać równowagę i nie dopuścić, żeby ciastka spadły na podłogę. Byłam poirytowana i zniecierpliwiona, kiedy wybiegłam z kuchni do lady, żeby obsłużyć klienta.

Cheya.

- Powinnaś przyłożyć lód. - Wskazał na intensywnie czerwony obrzęk w miejscu, gdzie poparzyłam się gorącą tacą.

Zadrżałam, kiedy płacąc za czekoladowy rogalik i cappuccino, położył monety na ladzie, a nie na mojej wyciągniętej dłoni.

- Tak - odpowiedziałam, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Był swobodnie ubrany: miał na sobie uniwersytecką bluzę sportową, dżinsy i zwykłe buty sportowe. Jego zmierzwione blond włosy lśniły jak zboże w promieniach przedzierającego się przez okna słońca. Wydawało się, jakby przyszedł ze spaceru w Central Parku lub jednej z uliczek, której nie zamknięto dla maratończyków.

Wyglądał na typowego Amerykanina, nie licząc oczu - bystrych, ale też zimnych. Gdy podniósł wzrok znad mojej ręki, nasze spojrzenia się spotkały. Miał szarozielone oczy w kolorze morza w pochmurny dzień. Dziwnie nie pasowały do ubrania ani jego głosu. Nie mówił z nowojorskim akcentem. Coś było nie tak, ale nie wiedziałam co.

Sprawiał wrażenie kogoś, kto obudził się w obcym domu i założył nie swoje ciuchy.

Przeszedł mnie dreszcz, kiedy wydawałam resztę. Dwadzieścia pięć centów. Usiadł na jednym z krzeseł przy oknie. Wertował książkę tak szybko, że zaczęłam się zastanawiać, czy ją czyta. Wpatrywałam się w niego ukryta między kuchnią a ladą. Patrzyłam, jak w lewej ręce trzyma rogalik, moczy go w mlecznej piance i zmielonej czekoladzie, które dekorowały jego kawę. Gdy jadł, delikatne kawałki ciasta spadły obok filiżanki.

W małym sklepie było gorąco od żaru piekarników, więc po chwili zdjął przez głowę bluzę. Koszulka, która się przy tym podwinęła, ukazała opalone, umięśnione plecy i wijący się po prawej stronie ciała tatuaż. T-shirt miał krótkie i obcisłe rękawki, dzięki czemu, gdy chłopak podnosił do ust filiżankę, widziałam, jak prężą mu się ramiona.

Nieoczekiwanie spojrzał na mnie.

Wstrzymałam oddech.

Koniec wersji demonstracyjnej