Orkan na Jamajce - Richard Hughes

-
Proszę czekać

Richard Arthur Warren Hughes jest postacią dość szczególną, i to nie tylko dlatego, że napisał pierwsze na świecie słuchowisko radiowe.

Pochodzenia walijskiego, urodzony w 1900 roku w hrabstwie Kent, otrzymał staranne wykształcenie. Jeszcze jako student w Oksfordzie ogłosił sztukę teatralną w jednym akcie - The Sisters' Tragedy (Tragedia sióstr). Na deski sceniczne wprowadził ją w Londynie sam John Masefield, a George Bernard Shaw nazwał ją ni mniej, ni więcej, tylko "najlepszą jednoaktówką, jaką kiedykolwiek napisano". Dalsza jego twórczość dramatyczna nie przynosiła już tak entuzjastycznych ocen; poważne natomiast były jego zasługi dla Narodowego Teatru Walijskiego, którego wiceprzewodniczącym był w ostatnich latach przed drugą wojną światową.

Również w okresie studiów, w 1922 roku, ukazał się jego pierwszy tomik poezji - Gipsy Night (Noc cygańska). Następny - Confessio Juvenis (Zwierzenia młodzieńca) - wydano w cztery lata później. Na tym urywa się wątek poetycki. Prosto z progów uczelni Hughes rusza na wędrówkę po świecie: awanturnicze przygody na Bałkanach, włóczęga po Stanach Zjednoczonych i Antylach, obozowanie z Indianami w puszczach Kanady, z koczownikami arabskimi w Maroku; pływał także po morzach i oceanach, służąc na statku rejsowym jako prosty majtek.

W roku 1929  - pierwsza powieść, ta właśnie, którą czytelnik ma w ręku. W dziewięć lat potem druga  - Huragan (In Hazard), którą porównywano z Tajfunem Conrada. Niektórzy krytycy stawiali pod pewnymi względami Huragan wyżej od Tajfunu; inni twierdzą, że ów obraz statku targanego rozszalałym żywiołem jest w gruncie rzeczy ponurą alegorią Imperium Brytyjskiego w tarapatach. Obie powieści przyniosły autorowi trwały sukces i sławę.

Hughes ogłaszał czasami opowiadania w magazynach amerykańskich, a w 1961 roku opublikował powieść The Fox in the Attic (Lis na strychu), pierwszą część dłuższego dzieła historycznego obejmującego okres 1923-1939, pod ogólnym tytułem The Human Predicament.

Ożenił się w roku 1932. Drugą wojnę światową przesłużył w Admiralicji, za co otrzymał OBE (Order Imperium Brytyjskiego). Mieszkał wraz z rodziną na zachodnim wybrzeżu Walii nad zatoką Cardigan, w miejscu od strony lądu niemal niedostępnym. Nawet w późniejszych latach sprawiał wrażenie człowieka młodego mimo wczesnej łysiny i rudej, spiczastej bródki. Wątła budowa i łagodność usposobienia ("shelleyowska niewinność myśli błądzącej w sferach eterycznych"  - według charakterystyki Rebeki West) nie mogły jednak ukryć spojrzenia jasnych, przenikliwych oczu. Rebeka West lubiła także opowiadać anegdotę o służącej, która bała się zaanonsować swojej pani jego przyjście, ponieważ "był tak bardzo podobny do Pana Jezusa!".

*

Hughes, podobnie jak Lewis Carroll, przepada za towarzystwem dzieci (z pełną wzajemnością) i nie daje się długo prosić o opowiedzenie bajki czy fantastycznej historii. Wydał nawet dwa zbiory opowiadań dla dzieci. The Spider's Palace (Pałac pająka, 1931) i Don't Blame Me! (Nie wiń mnie!, 1940), dziwaczno-śmieszne powiastki w tradycyjnie angielskiej poetyce nonsensu.

Napisał też jedną bajkę dla dorosłych - i tylko dla dorosłych  - piórem maczanym w tymże zimno-jadowitym źródle, z którego pochodzą najokrutniejsze baśnie braci Grimm i Andersena, baśnie, gdzie trup ściele się gęsto, niewinni cierpią i giną, a mały słuchacz powinien się radośnie uśmiechać. Tutaj jednak nie potworne czarownice i sadystyczne wróżki mącić będą sen malców, ale na odwrót - to obraz dziecięcych igraszek zamąci spokój dorosłych. Pomimo że akcja rozgrywa się w samym sercu epoki wiktoriańskiej, w roku 1860, dzieci z tej bajki nie są, zgodnie z wymaganiami epoki, zmniejszoną repliką dorosłych (tyle że anielską, bo wolną od skaz i grzechów dojrzałości), ale istotami, których twórcy nieobce jest dzieło Freuda i skutki Wielkiej Wojny.

Bajka ta  - to właśnie A High Wind in Jamaica  - Orkan na Jamajce, książka uważana powszechnie za jedno z dzieł klasycznych literatury angielskiej. Słusznie powiedział Burton Rascoe, że "jest to książka niepodobna do żadnej innej, książka, która się nie zestarzeje". (Ten brak podobieństwa dotyczyć może oczywiście tylko dzieł napisanych przed nią, bo naśladownictw było sporo, że wymienię choćby Władcę much Williama Goldinga, gdzie starsi nieco chłopcy na bezludnej wyspie stają się pierwotnym plemieniem, hołdującym obrzędom i mordom rytualnym prymitywnej religii.)

Rebeka West nazwała Orkan na Jamajce "parzącym usta wywarem poezji i wściekłej, pierwotnej wyobraźni". Niezwykła plastyczność szczegółu czyni tę fantastyczną (choć opowiedzianą z całym spokojem i nie bez humoru) opowieść aż nazbyt realną i wiarogodną. Druga już generacja otrzymuje po trzydziestu kilku latach kolejny przekład polski tego dzieła1; i ona będzie nim zaszokowana mimo ogromu doświadczeń tych lat. I dziś czytelnik, zaniepokojony tym obrazem irracjonalnego, nieprzeniknionego i amoralnego świata dziecka, wykrzyknąć może, że są to przecież po prostu małe dzieci, znajdujące się przez cały czas wśród ludzi, takich czy owakich, ale zawszeć dorosłych, opiekujących się nimi gorzej czy lepiej, ale z dobrą wolą, lubiących je po swojemu!

Autor odpowiada na to: "...a dzieci są już ludźmi (jeśli słowu "ludzki" nadać tu szersze znaczenie)... Umysł ich nie jest głupszy i bardziej niedołężny od naszego, na pewno: dzieci różnią się sposobem myślenia (myślą jak szaleńcy)".

Emilka nie wie, gdzie znajduje się Jamajka, na której mieszkała z rodzicami, ani gdzie Anglia, do której ją z niewiadomego powodu wysyłają. Każdy z trzech statków, na którym się kolejno znajdowała, to średniowieczny Narrenschiff w dziewiętnastowiecznej odmianie, pełen nieudolnych głupców, a pobyt na szkunerze piratów i na parowcu trwał tak długo, że początek i cel podróży stawały się mitem niewiążącym się zupełnie z rzeczywistością. Był to świat, w którym przyczyny zdarzeń szczelnie przed dziećmi ukryto. Dotyczące ich zamiary rodziców i innych dorosłych są im tak dalece nieznane, że dopiero użycie przez kapitana piratów niewiarygodnego wyrazu "majtki" nasuwa dzieciom pierwsze podejrzenie, że ich pobyt na szkuner-barku może nie być zgodny z ułożonym przez rodziców planem. Można twierdzić z pewnością niemal, iż dzieci wiedziały, że znajdują się wśród piratów. Cóż jednak z tego? Przecież pod koniec książki okazuje się, że londyński prawnik-wyjadacz także dobrze nie wie, co to takiego piraci i na czym polega przestępczość ich procederu.

Hughes pisze: "...lecz zmiany w swoim życiu prawie nie zauważyły. Prawdą jest, że trzeba mieć już pewne doświadczenie, aby zdawać sobie sprawę, co jest katastrofą, a co nie jest". To przeciwstawienie niewinności doświadczeniu przypomina, że powieść tę wydano w Ameryce pod tytułem Niewinna podróż. Ten zmieniony przez autora tytuł posiada, jak można sądzić, sens symboliczny i wskazuje na związek z pojęciami Niewinności i Doświadczenia u Williama Blake'a, u którego reprezentują one dwa przeciwstawne sobie stany duszy ludzkiej, wyrażające sprzeczność między wolnością i autorytetem.

Trafnie zauważył ktoś, że Orkan na Jamajce to Alicja w Krainie Czarów, jaką mogłoby stworzyć bezlitosne pióro Jonathana Swifta. Zestawienie niszczycielskiej niewinności dzieci z owym Cyrkiem Dojrzałych i Kierujących Się Doświadczeniem, z dobrodusznością anachronicznych rozbójników i zbrodniczym okrucieństwem machiny sądowej zdaje się dowodzić, że jest to nie tylko opowieść o dzieciach pozbawionych skrzydełek wrodzonego anielstwa, ale też satyra na wartości i porządki świata dorosłych, za które wszyscy musimy ponosić odpowiedzialność.

Władysław Kopaliński

1

Jednym ze skutków zniesienia niewolnictwa na wyspach Indii Zachodnich są liczne ruiny przylegające do ocalałych domów albo straszące o rzut kamieniem od nich - zrujnowane chaty niewolników, młyny cukrowe, rafinerie, a często również zrujnowane dwory, które okazały się zbyt kosztowne w utrzymaniu. Trzęsienia ziemi, ogień, deszcz i bardziej śmiercionośna od nich roślinność szybko dokonały dzieła.

Pewną scenę z Jamajki widzę oczami wyobraźni bardzo wyraźnie. Był na tej wyspie ogromny kamienny dom, zwany Derby Hill (mieszkali w nim Parkerowie), niegdyś ośrodek znakomicie prosperującej plantacji. Gdy zniesiono niewolnictwo, podupadła, podobnie jak wiele innych. Cukrownie się zawaliły, trzcinę cukrową i proso zdusił busz, a pracujący dotąd w polu Murzyni jak jeden mąż porzucili swoje chaty, żeby przenieść się gdzieś, gdzie nie groziłyby im choćby widoki na jakąkolwiek pracę. Następnie pożar strawił domostwa murzyńskiej służby i troje pozostałych jeszcze w majątku wiernych sług wprowadziło się do dworu. Obie dziedziczki tego całego kramu, panny Parker, były już leciwe, a odebrały takie wykształcenie, że nic nie umiały. I oto wspomniana scena: przybywam do Derby Hill w takiej czy innej sprawie i po pas w chaszczach brnę do drzwi wejściowych, otwartych już na stałe, wyrosła w nich bowiem jakaś bujna roślina. Wszystkie żaluzje w domu zostały powyrywane, a w roli zasłon zastąpiły je z czasem potężne pnącza - i z takiego oto właśnie rozpadającego się, na poły roślinnego półmroku wyjrzała stara Murzynka, otulona brudnym brokatem. Sędziwe panny Parker pędziły życie w łóżkach, Murzyni zabrali im bowiem wszystkie ubrania, i były bliskie śmierci głodowej. Podano nam wodę do picia, na srebrnej tacy, w dwóch wyszczerbionych filiżankach z worcesterskiej porcelany i w trzech skorupach orzechów kokosowych. Po pewnym czasie jedna z dziedziczek uprosiła swoich ciemiężycieli, żeby jej pożyczyli starą wzorzystą suknię, wyszła z pokoju i bez większego przekonania zaczęła tłuc się po jadalni. Próbowała zetrzeć zakrzepłą krew i pióra zarżniętych kurczaków ze złoconego marmurowego stołu, mówić do rzeczy i nakręcić zegar z pozłacanego brązu, ostatecznie jednak dała za wygraną i wróciła do łóżka niczym lunatyczka. Jeżeli się nie mylę, niedługo potem dziedziczki zostały zamorzone głodem. Albo ponieważ w tak urodzajnym kraju jak Jamajka śmierć głodowa właściwie wydaje się niemożliwością, może podano im tłuczone szkło - krążyły na ten temat różne pogłoski. W każdym razie panny Parker pomarły.

Tego rodzaju scena zapada w pamięć głęboko, znacznie głębiej niż zwyczajna, mniej romantyczna, codzienna, w sensie statystycznym ukazująca prawdziwe życie na wyspie, lecz oczywiście do takich melodramatycznych zdarzeń dochodziło rzadko nawet w okresie przejściowym. Bardziej reprezentatywna byłaby tu na przykład historia Ferndale, posiadłości leżącej około piętnastu mil od Derby Hill. Pozostał z niej jedynie dom nadzorcy - Wielki Dom zupełnie się zawalił i całkowicie pokryła go roślinność. Dom nadzorcy składał się z kamiennego parteru, przeznaczonego dla kóz i dzieci, i z drewnianego piętra mieszkalnego, na które wchodziło się z zewnątrz po dwóch kondygnacjach drewnianych schodów. W trakcie trzęsień ziemi górna część domu przesuwała się nieznacznie, za pomocą potężnych drągów można ją było jednak później wepchnąć z powrotem na właściwe miejsce. Kryty gontem dach przeciekał po każdej suszy jak sito, toteż pierwszych kilka dni pory deszczowej mieszkańcy spędzali na nieustannym przesuwaniu łóżek i innych mebli, dopóki drewno dachowe nie napęczniało i woda nie przestała lać się im na głowy.

W czasach, o których opowiadam, mieszkała w Ferndale rodzina Bas-Thorntonów; nie byli to tubylcy, a więc Kreole, lecz przyjezdni z Anglii. Pan Bas-Thornton prowadził jakąś firmę w St. Anne's i codziennie jeździł tam na mule. Miał tak długie nogi, że na swoim karłowatym wierzchowcu wyglądał komicznie, a że był równie popędliwy, jak jego muł, konflikty między nimi zazwyczaj warto było oglądać.

Nieopodal domu znajdowały się ruiny młyna i rafinerii. Budynków tych nigdy nie wznosi się zbyt blisko siebie; młyn, wyposażony w koło wodne, napędzające olbrzymie pionowe walce, jest lokowany wyżej. Z młyna sok trzcinowy spływa trójkątnym korytem do rafinerii, gdzie Murzyn dolewa do niego trochę wody wapiennej i miesza płyn specjalną miotełką z trawy, żeby powstały granulki. Następnie sok przelewa się do wielkich miedzianych kotłów ustawionych na piecach opalanych chrustem i odpadami, czyli wytłoczynami trzciny cukrowej. Wokół tych kotłów stoi kilku Murzynów, którzy miedzianymi warząchwiami na długich trzonkach zbierają pianę z wrzącej cieczy, a dalej w mgiełce gorącej pary siedzą ich znajomkowie i zajadają cukier albo żują wytłoki. Zebrane z kotłów szumowiny ściekają po podłodze i z dodatkiem znacznej ilości różnego rodzaju paskudztwa - owadów, a nawet szczurów i tego wszystkiego, co może przylegać do murzyńskich stóp - spływają do kolejnego zbiornika, gdzie po destylacji zamieniają się w rum.

W każdym razie kiedyś tak to wyglądało. Na nowoczesnych metodach produkcji nie znam się wcale i nie wiem nawet, czy w ogóle takie istnieją, jako że nie byłem na Jamajce po roku 1860, a zatem od dawna.

W Ferndale jednak wszystko się skończyło na długo przed tą datą - ktoś powywracał wielkie miedziane kotły, a trzy ogromne walce leżały we młynie luzem. Nie dochodziła tam woda, gdyż strumień zmienił bieg i teraz zajmował się swoimi sprawami gdzie indziej - a dzieci Bas-Thorntonów przeciskały się na czworakach przez kanał do studziennego wykopu pośród martwych liści i kawałków roztrzaskanego młyńskiego koła. Pewnego dnia znalazły tam gniazdo dzikich kotów - pod nieobecność kotki. Były jeszcze maleńkie i Emily chciała je zanieść do domu w podołku swojego fartuszka, ale kocięta gryzły i drapały przez cienką tkaninę tak wściekle, że dziewczynka bardzo się ucieszyła, kiedy wszystkie z wyjątkiem jednego pouciekały, chociaż nie była z tego dumna. Ten, który został, Tom, osiągnął wiek dorosły, ale właściwie nigdy nie dał się oswoić. Po jakimś czasie dochował się kilku miotów z należącą do rodziny Bas-Thorntonów starą domową kotką, Kitty Cranbrook, a jedyny pozostały przy życiu z tego potomstwa kot, Tabby, zyskał nawet pewną sławę. Tom jednak w końcu uciekł na dobre do dżungli. Tabby natomiast był wierny i dobrze pływał. Robił to dla przyjemności, w pogoni za dziećmi przebierał łapami w stawie, od czasu do czasu wydając radosny pisk. Poza tym wciąż wdawał się w śmiertelne zapasy z wężami - czatował na grzechotniki albo na węże czarne jak na zwyczajne myszy, rzucał się na nie z drzewa albo innej zasadzki i walczył na śmierć i życie. Pewnego razu został ukąszony i wszyscy gorzko płakali, spodziewając się widowiskowej kociej agonii, ale Tabby czmychnął do buszu i najprawdopodobniej znalazł tam jakąś odtrutkę, bo po kilku dniach wrócił wesoły jak skowronek i znów ochoczo jak zawsze rzucał się na węże.

W pokoju rudowłosego Johna było pełno szczurów. Chłopiec łapał je w pułapki i wypuszczał, by egzekucji na nich mógł dokonać Tabby; pewnego razu kocura ogarnęło takie zniecierpliwienie, że chwycił samołówkę razem z zawartością i przeraźliwie miaucząc, uciekł w noc, obijając zdobycz o kamienie i krzesząc kaskady iskier. I tym razem wrócił po kilku dniach, bardzo grzeczny i zadowolony z siebie, John jednak już nie odzyskał swojej pułapki. Drugą nawiedzającą chłopca plagą były nietoperze, od których również roiło się w jego pokoju. Pan Bas-Thornton potrafił strzelać z bata i umiał zabijać nietoperze w locie z najwyższą zręcznością, ale hałas, jaki przy tym powstawał o północy w niewiele większym od pudełka pokoju, był piekielny - do krótkich i przenikliwych popiskiwań szkodników dołączały rozdzierające trzaski.

Dla angielskich dzieci Jamajka była rajem; czy także dla ich rodziców, nie wiadomo, zwłaszcza w tamtych czasach, kiedy życie w Anglii pod żadnym względem nie przypominało życia w dzikiej głuszy. A tutaj trzeba było trochę wyprzedzać epokę lub zostać dekadentem, co zresztą na jedno wychodziło. Na przykład różnice między chłopcami i dziewczynkami należało pozostawić naturalnemu biegowi rzeczy. Wieczorne poszukiwania kleszczy i gnid w długich włosach ciągnęłyby się w nieskończoność, Emily i Rachel nosiły więc krótkie czupryny i pozwalano im robić to samo co chłopcom, czyli łazić po drzewach, pływać i zastawiać sidła na zwierzęta oraz ptaki; nawet sukienki dziewczynek miały po dwie kieszenie.

Życie dzieci koncentrowało się raczej wokół stawu niż domu. Co roku, kiedy kończyły się deszcze, budowano tamę przez strumień i dzięki temu na całą porę suchą powstawał dość duży staw, w którym można było pływać. Dookoła wznosiły się drzewa - ogromne sypiące puszek kapokowce, między których łapskami rosły krzewy kawowe, a dalej kampeszowce oraz prześliczne pieprzowce, czerwone i zielone. Staw wśród tych drzew był niemal całkowicie zacieniony. Emily i John zastawiali tutaj samołówki, czego nauczył ich niejaki Sam Kuternoga. Zetnij giętką gałąź i do jednego jej końca przywiąż sznurek. Potem zaostrz drugi koniec, żeby można było na niego nadziać jakiś owoc jako przynętę, spłaszcz lekko gałąź tuż pod szpicem i wywierć w niej dziurkę. Następnie wystrugaj kołeczek, który można w nią wcisnąć, a później zawiąż pętlę na końcu sznurka, zegnij gałąź niczym łuk, przewlecz sznurek przez dziurkę i zatkaj ją kołeczkiem, wokół którego ułożysz otwartą pętlę. Wbij przynętę na ostrze i powieś samołówkę na drzewie wśród gałęzi. Ptak przysiada na kołeczku, żeby dziobnąć owoc, kołeczek wypada, pętla zaciska się mocno wokół ptasich nóg, a wtedy z wody niczym bezwłose drapieżne małpki wyskakują dzieci i na podstawie "entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek" albo innych podobnie nonsensownych wyliczanek decydują, czy skręcić zdobyczy kark, czy wypuścić ją na wolność. Dzięki temu emocje i napięcie mogą trwać dłużej niż moment pojmania ofiary - zarówno dla niej samej, jak i dla dziecka.

Oczywiście Emily przychodziły do głowy różne wspaniałe pomysły na to, jak uczynić Murzynów lepszymi ludźmi. Byli, ma się rozumieć, chrześcijanami, zatem na polu ich moralności nie miała nic do zrobienia. Nie potrzebowali też zupy ani przyodziewku, byli jednak przygnębiająco głupi. Po dłuższych pertraktacjach pozwolili jej w końcu nauczyć Małego Jima czytać, co jednak się nie udało. Pasjami łapała też biegające po domu jaszczureczki w taki sposób, by nie gubiły ogonów, które te zwierzęta odrzucają, gdy coś je przestraszy. Potrzeba było nieskończonej cierpliwości, żeby taką niezaniepokojoną i nietkniętą jaszczurkę włożyć do pudełka po zapałkach. Niezwykłej ostrożności wymagało też łowienie zielonych jaszczurek trawnych. Dziewczynka siedziała i pogwizdywała niczym Orfeusz, aż wreszcie zwierzątka wychodziły z kryjówek, wydymając różowe podgardla na znak poruszenia, a wtedy Emily bardzo delikatnie chwytała je w pętlę zrobioną z długiego źdźbła trawy. Trzymała w swoim pokoju mnóstwo zwierząt, zarówno żywych, jak i już najprawdopodobniej martwych. Miała także różne oswojone duszki i totumfacką, albo raczej wyrocznię: Białą Mysz o Giętkim Ogonie, zawsze gotową rozstrzygnąć każdą kwestię. Jej wyroki stanowiły żelazne prawo - zwłaszcza dla Rachel, Edwarda i Laury, czyli najmłodszych dzieci (albo maluchów, jak zaczęto nazywać je w rodzinie). Emily, będącej tłumaczką i interpretatorką mysich przepowiedni, Mysz przyznawała oczywiście pewne przywileje, a do spraw Johna, starszego od Emily, całkiem rozsądnie w ogóle się nie wtrącała.

Ona, to znaczy ta mysz, była wszechobecna, duszki zamieszkiwały natomiast bardziej konkretne miejsce - małą norkę na wzgórzu strzeżonym przez dwie aloesowe jukki.

W stawie najwięcej uciechy było z dużym rozwidlonym pniem. John siadał na nim okrakiem, a rodzeństwo go pchało, napierając na odnogi. Najmłodsze dzieci oczywiście tylko pluskały się na płyciźnie, ale John i Emily nurkowali. Chociaż ściśle rzecz biorąc, jedynie John nurkował jak należy, skacząc do wody na głowę; Emily skakała wyłącznie na nogi, sztywno wyprostowana, jakby połknęła kij, ale za to z wyższych gałęzi niż John. W pewnym momencie - Emily miała wtedy osiem lat - pani Thornton uznała, że dziewczynka jest już za duża, by kąpać się nago, ale jedynym kostiumem kąpielowym, jaki mogła wtedy zaproponować córce, była stara bawełniana koszula nocna. Kiedy więc Emily skoczyła do wody jak zwykle, koszula najpierw wypełniła się powietrzem jak balon, mała przewróciła się do góry nogami, a potem mokra tkanina owinęła się wokół jej głowy i ramion i niewiele brakowało, by dziewczynka utonęła. Po tym zdarzeniu przyzwoitości pozwolono odejść z powrotem do diabła, gdyż chyba nie warto utopić się dla przyzwoitości - w każdym razie tak by się w pierwszej chwili wydawało.

Ale pewnego dnia w stawie utopił się Murzyn. Objadł się owoców mango, które ukradł; odczuwał z tego powodu wyrzuty sumienia i pomyślał, że w zaistniałej sytuacji może ochłodzić się też w zakazanym dlań stawie, skruchy wystarczy mu bowiem na oba występki. Nie umiał pływać, towarzyszyło mu tylko dziecko (Mały Jim), a zimna woda oraz przejedzenie wywołały apopleksję. Jim przez chwilę szturchał trupa patykiem, a potem uciekł, przestraszony. To, czy ów Murzyn umarł na apopleksję, czy się utopił, stało się przedmiotem dochodzenia i w końcu, po tygodniowym pobycie w Ferndale, lekarz stwierdził, że śmierć nastąpiła wprawdzie wskutek utonięcia, ale ofiara objadła się też po uszy niedojrzałych owoców. Wielkim pożytkiem płynącym z tego incydentu było to, że Murzyni nie śmieli już więcej kąpać się w stawie, bo bali się, że złapie ich babok, duch zmarłego. Jeśli więc tylko jakiś czarny zbliżył się do stawu, kiedy kąpały się w nim dzieci, John i Emily zaczynali udawać, że próbuje je pochwycić babok, a wówczas intruz odchodził, okropnie zatrwożony. Tylko jeden z Murzynów z Ferndale widział kiedyś baboka na własne oczy, ale czarnym to zupełnie wystarczyło. Baboka nie można pomylić z człowiekiem z krwi i kości, babok głowę ma bowiem wykręconą do tyłu i pobrzękuje łańcuchem. Ponadto nie wolno mu powiedzieć w oczy, że jest babokiem, bo to daje babokowi moc. Wspomniany wyżej nieszczęśnik zapomniał o tym wszystkim, zobaczywszy baboka, wykrzyknął: - Babok! - i nabawił się straszliwego reumatyzmu.

Bajki najczęściej opowiadał Sam Kuternoga. Całymi dniami przesiadywał na kamiennym tarasie, na którym suszono piment, i wydłubywał sobie robaki spomiędzy palców u nóg. Dzieciom z początku wydawało się to potworne, chociaż Sam sprawiał wrażenie dość zadowolonego, lecz kiedy pchły piaskowe i im dostały się pod skórę, po czym złożyły grona maleńkich jajeczek, okazało się, że nie jest to wcale takie nieprzyjemne. Pocierając podrażnione miejsce, John doznawał czegoś w rodzaju dreszczu rozkoszy, i to całkiem mocnego. A Sam opowiadał im o Anansi2 i Tygrysie, o tym, jak Anansi opiekował się dziećmi Krokodyla i tak dalej. Znał też pewien wierszyk, który na małych Bas-Thorntonach robił ogromne wrażenie:

Gaduła Sam

Jezd przefspaniały pan:

Tańcuje syćkie tańce i z tupem rusza w tan:

Tańcuje schottische'a, tańcuje tyż kadryla:

Tańcuje syćkie tańce, aż z pięty skórę zrywa.

Być może stąd się wzięło kalectwo poczciwego Sama - był on bowiem bardzo towarzyski. Podobno miał mnóstwo dzieci.

2

Strumień zasilający staw płynął przez zarośnięty buszem wąwóz, wręcz zachęcający do wycieczek, dzieci jednak z niewiadomego powodu nieczęsto zapuszczały się w górę potoku. W poszukiwaniu raków trzeba było przewrócić każdy kamień; jeśli nie miały na to ochoty, John zabierał ze sobą wiatrówkę, którą nabijał wodą - wlewał ją do lufy łyżką - żeby zabijać w locie kolibry; cel zbyt niewielki i kruchy dla każdego innego pocisku. Zaledwie kilka jardów wyżej rosło drzewo czerwonego uroczynu, bezlistna masa wspaniałego kwiecia, niemal całkowicie skryta w chmurze kolibrów tak barwnych, że przyćmiewały kwiaty. Pisarze często się gubią, próbując opisać, jak olśniewającym klejnotem jest koliber - tego po prostu nie da się zrobić.

Gniazda z wełnistego puchu kolibry budują na czubku gałęzi, gdzie nie jest w stanie dosięgnąć ich żaden wąż. Wysiadują jaja z poświęceniem i nie poruszają się nawet, jeśli się ich dotknie. Są to jednak stworzenia tak delikatne, że dzieci nigdy tego nie robiły, tylko wstrzymywały oddech i patrzyły, patrzyły... - i to one pierwsze spuszczały wzrok, nie ptaki.

Z takiej czy innej przyczyny rajska wielobarwność owej przeszkody zwykle nakazywała dzieciom przed nią przystanąć, dlatego rzadko zapuszczały się dalej. Wydaje mi się, że zdarzyło się to tylko raz, kiedy Emily miała wyjątkowo niedobry humor.

Było to w dniu jej dziesiątych urodzin. Dzieci przebimbały cały poranek w szklistym półmroku kąpieliska. John siedział nagi na brzegu i robił sidła z wikliny. Na płyciźnie pławiło się, tarzało i chichotało najmłodsze rodzeństwo. Emily dla ochłody siedziała po szyję w wodzie, a setki maleńkich rybek łaskotały ciekawskimi pyszczkami każdy cal jej ciała, jakby całując ją leciuteńko, bez emocji.

I bez tego Emily od niedawna nie cierpiała, kiedy ktoś jej dotykał - ale te rybki były wprost obrzydliwe. W końcu, kiedy już nie mogła dłużej tego znieść, wygramoliła się z wody i ubrała. Rachel i Laura były za małe, żeby zabrać je na długi spacer, a Emily uświadomiła sobie, że nie ma najmniejszej ochoty na towarzystwo któregoś ze swoich braci, przemknęła więc cicho za plecami Johna, popatrując na niego złowrogo, spode łba, bez żadnego konkretnego powodu. Po chwili zniknęła wśród krzewów.

Parła dość szybko w górę rzeki przez około trzy mile, nie rozglądając się przy tym szczególnie uważnie. Nigdy dotąd nie zawędrowała tak daleko. W pewnym momencie jej uwagę zwróciła polana, opadająca ku wodzie - i okazało się, że to właśnie stąd rzeka bierze swój początek. Urzeczona Emily uspokoiła oddech. Jak na rzekę przystało, zlewały się w nią trzy czyste zimne źródełka, bulgocące pod kępą bambusów - największy skarb na świecie, w dodatku jej osobiste odkrycie. Od razu podziękowała w duchu Panu Bogu za to, że pomyślał o takim wspaniałym prezencie urodzinowym dla niej, tym bardziej że dotąd ten dzień przebiegał zupełnie nie tak jak powinien. Potem zaczęła myszkować pośród paproci i rukwi, aż po pachę wsuwając ramię w bijące z wapienia źródło.

Wtem usłyszała plusk i obejrzała się. Kilkoro nieznanych jej murzyńskich dzieci przyszło na polanę po wodę i przypatrywało się Emily w zadziwieniu. Dziewczynka odpowiedziała im spojrzeniem. Zdjęte strachem dzieci rzuciły nagle swoje tykwy i pierzchnęły z polany jak zające. Emily podążyła za nimi bez zwłoki, lecz z godnością. Polana zwężała się w ścieżkę, która szybko zaprowadziła dziewczynkę do wioski, nędznej i zaniedbanej, ale rozbrzmiewającej wysokimi głosami. Małe niskie lepianki kuliły się pod wyjątkowo rozłożystymi drzewami. Brakowało tu ładu, chaty stały byle gdzie; nie było widać żadnych zagród, parę sztuk apatycznego, wynędzniałego i straszliwie wychudzonego bydła snuło się samopas. Pośrodku wioski znajdowało się bagnisko czy raczej mulisty staw, w którym razem z gęśmi i kaczkami pluskała się grupa półnagich Murzynów i całkiem nagich dzieci, w tym kilkoro o brązowej skórze.

Emily wbiła w nich wzrok - odwzajemnili jej spojrzenie. Zrobiła krok w ich stronę, a oni natychmiast rozbiegli się do chat i obserwowali ją stamtąd. Ośmielona przyjemnym poczuciem, że budzi strach, podeszła do nich i w końcu znalazła skłonnego do rozmowy starca: - To być Wzgórze Wolności, Miasto Czarnego Człowieka, stare czarnuchy, une uciec od swoich busiów (nadzorców), coby tu zamieszkać. Te berbecie nigdy wcześniej nie widzieć bukrasów (białych)... - I tak dalej. Była to wieś zbudowana przez szukających schronienia zbiegłych niewolników, nadal przez nich zamieszkana.

A potem, aby dopełniła się jej czara szczęścia, kilkoro śmielszych dzieciaków wypełzło z ukrycia i z szacunkiem wręczyło jej kwiaty - prawdę mówiąc po to, aby lepiej się przyjrzeć jej bladej twarzy. Serce Emily wezbrało radością, a ona sama wprost pęczniała z dumy. Z największą łaskawością pożegnała wioskę i całą długą drogę do domu biegła jak na skrzydłach. Wracała do swojej ukochanej rodziny i do urodzinowego tortu zwieńczonego kwiatem stefanotisu oraz dziesięcioma płonącymi świeczkami; dziwnym zbiegiem okoliczności ukrytą w torcie sześciopensową monetę znajdował zawsze w swoim kawałku solenizant.

3

Mniej więcej tak właśnie wyglądało życie przeciętnej angielskiej rodziny na Jamajce. Większość Anglików przyjeżdżała tu jedynie na kilka lat, natomiast mieszkający w Indiach Zachodnich co najmniej od dwóch pokoleń Kreole stopniowo nabierali odrębnych cech. Coraz bardziej tracili mentalność Europejczyków, a w jej miejsce wykształcały się zręby nowego sposobu myślenia.

Bas-Thorntonowie znali jedną taką kreolską rodzinę, właścicieli podupadającej posiadłości na wschodnim brzegu wyspy. Zaprosili oni Johna i Emily na kilka dni do siebie, ale pani Thornton nie mogła się zdecydować, czy puścić do nich dzieci; obawiała się, że nabiorą złych manier. Tamtejsze dzieciaki były bandą dzikusów i przynajmniej z rana często biegały boso jak Murzyni, a jest to niesłychanie ważna sprawa, gdyż w takim kraju jak Jamajka biali muszą zachowywać pozory. Kreolscy znajomi Thorntonów mieli też guwernantkę (możliwe, że nie czystej krwi), która okrutnie biła czasem swoich podopiecznych szczotką do włosów. Jednak klimat u Fernandezów był zdrowy, a poza tym pani Thornton pomyślała, że kontakt z rówieśnikami spoza rodziny dobrze zrobi Johnowi i Emily, toteż niechętnie, lecz pozwoliła im jechać.

Nadeszło popołudnie następnego dnia po urodzinach Emily, a z nim długa podróż powozikiem. Zarówno zażywny John, jak i chuda Emily milczeli z wrażenia i mieli poważne, uroczyste miny - oto jechali ze swoją pierwszą w życiu wizytą. Powozik mozolił się na wyboistej drodze długie godziny, ale w końcu wjechał na wiodącą ku domowi Fernandezów aleję. Był już wieczór i słońce miało zniknąć lada chwila, raptownie, jak to w tropikach; tego dnia było niezwykle duże i czerwone, jak gdyby zwiastowało nadzwyczajne niebezpieczeństwo. Aleja - czy raczej podjazd - była piękna, na długości pierwszych kilkuset jardów szczelnie obsadzona żywopłotem z morskiej winorośli3 o gronach owoców większych od agrestu i mniejszych od złotych renet, a tu i ówdzie na wypalonej polanie widać było pośród kikutów pni czerwone jagody kawowców, posadzonych niedawno, już jednak zapomnianych. Potem ukazała się masywna kamienna brama w stylu przywodzącym na myśl gotyk kolonialny. Trzeba ją było objechać, bo od lat nikt nie zadawał sobie trudu, żeby otwierać jej ciężkie skrzydła. Wokół nigdy nie stało żadne ogrodzenie, więc droga po prostu biegła obok.

Za bramą ciągnął się szpaler wspaniałych palm sabalowych. Żadne przydrożne drzewa, nawet najstarsze buki czy kasztany, nie wyglądają bardziej imponująco od nich. Sabale wznosiły się prosto jak strzelił na wysokość stu stóp aż po pióropusz liści, palma przy palmie, palma przy palmie, niczym podwójny, ciągnący się bez końca szereg podniebnych kolumn, i nawet wielki dom wydawał się przy nich malutki, jak coś w rodzaju bardzo odległej pułapki na myszy.

Kiedy jechali między tymi palmami, słońce nagle zaszło i zalała ich płynąca od ziemi ciemność, na którą niemal natychmiast zareagował księżyc. Po chwili, pojawiwszy się migotliwie niczym widmo, zastąpił im drogę stary i ślepy biały osioł. Nie ruszył się, mimo przekleństw, woźnica musiał więc zsiąść z kozła i zepchnąć go na bok. Wokół rozbrzmiewał zwykły tropikalny gwar, bzykały moskity, grały cykady, a rechot wielkich żab przypominał brzdąkanie na gitarze. Taki zgiełk trwa w tej części świata niemal całą noc i cały dzień i jest bardziej uporczywy i pamiętny nawet niż upał albo liczne zwierzęta mogące człowieka ukąsić. W dolinie niżej ożywiły się robaczki świętojańskie i kolejne fale światła przetaczały się w dół wąwozu jak gdyby na przekazywany coraz dalej sygnał; pierwsza, druga, trzecia. Na sąsiednim wzgórzu papugi kakadu rozpoczęły swoją serenadę, przypominającą pijacki rechot na tle rumoru uderzających o siebie żelaznych belek, które ktoś w tym samym czasie rżnie zardzewiałą piłą - wyjątkowo nieprzyjemny odgłos. Jednak Emily i Johnowi wydał się on całkiem podniecający - o tyle, o ile zwrócili na niego uwagę. Po chwili bowiem w tym harmidrze dał się słyszeć jeszcze jeden głos, mianowicie modlącego się Murzyna. Podjechali bliżej. Tam, gdzie obładowane złocistymi owocami drzewko pomarańczowe połyskiwało w świetle księżyca ciemnością i jasnością, w obłoku rozjarzonych ogieńków mnóstwa świetlików, przypominających czubki szpilek, siedział wśród gałęzi stary murzyński dewot, który głośno, pijacko i poufale rozmawiał z Panem Bogiem.

Niemal niespodziewanie zajechali pod dom, gdzie zaraz zapędzono ich do łóżek. W obliczu takiego pośpiechu Emily się nie umyła, spędziła natomiast wyjątkowo dużo czasu na modlitwie. Gorliwie wciskała sobie palce w oczy, żeby wywołać w nich wizje iskier, chociaż zawsze dostawała potem lekkich mdłości, i później - jak podejrzewam, już przez sen - wdrapała się na łóżko.

Nazajutrz słońce wstało takie, jakie zaszło: duże, okrągłe i czerwone. Poza tym zrobiło się oślepiająco gorące i złowieszcze. Emily, która obudziła się wczesnym rankiem w obcym łóżku, stała przy posłaniu, patrząc, jak Murzyni wypuszczają z kurników kury, zamknięte tam na noc z obawy przed sępnikami. Ptaki wychodziły, podrygując sennie, a jeden z Murzynów przesuwał każdej kurze ręką po brzuchu, żeby sprawdzić, czy nie zamierza tego dnia znieść jajka - jeśli stwierdzał, że tak, kurę zamykano z powrotem w kurniku, bo inaczej uciekłaby i zniosła jajko w buszu. Było już gorąco jak w piecu. Inny Murzyn, klnąc eschatologicznie na czym świat stoi, wykręcał krowie ogon i próbował założyć jej pętlę na szyję, by następnie przywiązać sznur do czegoś w rodzaju pręgierza, żeby nie mogła położyć się podczas dojenia. Biedne stworzenie było obolałe od upału, w jego wymieniu warzył się nie więcej niż jeden nędzny kubek mleka. Emily stała w ocienionym oknie, czuła jednak, że jest spocona jak po biegu. Ziemia była wyschnięta, popękana.

Margaret Fernandez, z którą Emily dzieliła pokój, bezszelestnie wyślizgnęła się z łóżka i stanęła obok, marszcząc zdobiący jej blade oblicze krótki nos.

- Dzień dobry - odezwała się grzecznie Emily.

- Zanosi się na trzęsienie ziemi - powiedziała Margaret i zaczęła się ubierać. Emily przypomniała sobie tę straszną historię o guwernantce i biciu szczotką do włosów. Margaret, choć włosy miała długie, z pewnością nie używała szczotki zgodnie z jej właściwym przeznaczeniem, zatem opowieść musiała być prawdziwa.

Margaret była gotowa raz-dwa i wybiegła z pokoju; schludnie ubrana, stremowana Emily wyszła znacznie później i nie spotkała nikogo - dom był pusty. Po chwili zauważyła Johna, rozmawiającego pod drzewem z jakimś murzyńskim chłopakiem. Sądząc po lekceważącym zachowaniu brata, domyśliła się, że nieco koloryzuje (ale nie kłamie), opowiadając tubylcowi o wyższości Ferndale nad Exeter. Nie zawołała Johna, bo w domu panowała cisza, a Emily jako gościowi nie wolno było wprowadzać tu nowych zwyczajów, wyszła więc na dwór i już razem z bratem obeszła dom. Znaleźli stajnię, a w niej siodłających kucyki Murzynów oraz dzieci Fernandezów, bose, dokładnie tak, jak głosiła fama. Emily ze zdumienia zaparło dech. W tej samej chwili drepczący po podwórku kurczak nadepnął na skorpiona i padł trupem niczym od kuli. Emily zaniepokoiło jednak nie tyle niebezpieczeństwo, ile sprzeczność miejscowych obyczajów z przyjętymi normami.

- Chodźcie - powiedziała Margaret. - Jest o wiele za gorąco, żeby tu siedzieć. Pojedziemy do Exeter Rocks.

Dosiedli wierzchowców; Emily ogromnie zażenowana swoimi trzewikami, przyzwoicie pozapinanymi do połowy łydki. Zabrali ze sobą jedzenie i tykwy z wodą.

Kuce najwyraźniej znały drogę. Słońce pozostawało duże i czerwone, a bezchmurne niebo przypominało błękitną glazurę wylewającą się na wypalaną glinę; tylko tuż nad ziemią unosiła się brudna szara mgiełka. Jadąc ścieżką w stronę morza, trafili na miejsce przy drodze, gdzie jeszcze wczoraj bulgotało spore źródło, lecz teraz było tu sucho. Jednak zanim odjechali, trysnęła fontanna wody, potem źródło znów znikło, chociaż gulgotało pod ziemią jak gdyby do siebie. Jeźdźcom było gorąco, o wiele za gorąco, by mogli rozmawiać. Siedzieli na kucykach możliwie najswobodnej, nie mogąc doczekać się morza.

Zbliżało się południe. Rozgrzane powietrze dosyć szybko stało się jeszcze gorętsze, jakby korzystało z jakiegoś zbiornika straszliwego żaru, z którego mogło czerpać w każdej chwili. Woły podnosiły odparzone kopyta jedynie wtedy, kiedy nie mogły dłużej wytrzymać bijącego z ziemi gorąca. Nawet owady były zbyt ospałe, żeby brzęczeć; zwykle wygrzewające się na słońcu jaszczurki chowały się, ciężko dysząc. Nastała taka cisza, że z odległości mili dałoby się usłyszeć najlżejsze bzyczenie. Żadna bezłuska ryba nie miała ochoty choćby poruszyć ogonem. Kucyki szły, bo musiały, ale dzieci nie miały nawet siły się zadumać.

Nagle wszyscy o mało nie wyskoczyli ze skóry, gdy gdzieś niedaleko rozpaczliwie zakląskał żuraw, po czym rozdarta cisza zamknęła się równie szczelnie, jak wcześniej. Przestraszone krzykiem ptaka dzieci pociły się teraz dwa razy obficiej niż przedtem, a tempo jazdy jeszcze bardziej spadło. Gdy wreszcie dotarli nad morze, poruszali się nie szybciej niż procesja ślimaków.

Exeter Rocks to bardzo znane miejsce, niemal idealnie półkolista zatoka morska, strzeżona przez rafę. Białe szelfowe piaski ciągną się tu na wysokość kilku stóp wprost z wody ku podciętemu trawiastemu urwisku, a dalej, niemal z samego jego środka, wyrasta grzebień skał, wychodzący hen, na mierzącą wiele sążni głębinę. Jest też tutaj wąska szczelina w skałach, doprowadzająca wodę do niewielkiego stawu czy raczej miniaturowej laguny wewnątrz skalnego zamczyska. To właśnie tam, gdzie nie zagrażały im ani rekiny, ani utonięcie, dzieci Fernandezów zamierzały siedzieć przez cały dzień w wodzie niczym hodowlane żółwie w basenie. Woda w zatoce była gładka i nieruchoma jak bazalt, a zarazem przezroczysta jak najprzedniejszy gin, chociaż ledwie milę dalej na rafie pomrukiwał przypływ. Trudno było sobie wyobrazić, że woda w lagunie mogłaby być gładsza. Nie zanosiło się na choćby najlżejszy wietrzyk. Nieruchomego powietrza nie przecinał ani jeden ptak.

Dzieciom w pierwszej chwili zabrakło sił, żeby wejść do wody, leżały więc tylko na brzuchach, wpatrując się w dół, coraz niżej i niżej, w gorgonie i pióra morskie, w barwione szkarłatem pąkle i koralowce, w czarno-żółte lucjanki, w ryby tęczówki - słowem w cały ten las najstrojniejszych choinek bożonarodzeniowych, jaki można znaleźć na dnie tropikalnego morza. Potem, zamroczone i słaniając się na nogach, wstały i już po chwili unosiły się na wodzie w cieniu skalistej półki niczym topielcy. Wystawiały na powierzchnię tylko nosy.

Około pierwszej po południu spuchnięte od ciepłej wody dzieci zbiły się w gromadkę w skąpym cieniu paproci panamskiej. Z przywiezionych zapasów zjadły, na co kto miał ochotę, i wypiły całą wodę, żałując, że nie ma jej więcej. Wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego: jeszcze gdy siedziały, usłyszały osobliwy dźwięk, jakiś nieznany szum, pędzący nad ich głowami niczym powiew wiatru, powietrze pozostało jednak przy tym nieruchome - i właśnie to było dziwne. Potem rozległ się ostry syk i trzask, jakby startowała wiązka rac albo stado gigantycznych łabędzi - albo może znajdujące się bardzo daleko Ruki4. Wszyscy podnieśli wzrok, niczego jednak nie zauważyli. Niebo było puste i jasne. Zanim wrócili do wody, dookoła znów zapanował spokój, tyle tylko że po chwili John usłyszał coś przypominającego postukiwanie, jakby ktoś delikatnie pukał w ściankę wanny. Lecz przecież wanna, w której siedzieli, nie miała zwyczajnych ścianek - była z masywnych skał. Dziwne.

O zachodzie słońca czuli się już przesyceni solą jak boczek i byli tak osłabieni od długiego siedzenia w wodzie, że ledwo trzymali się na nogach, kiedy pod wpływem jakiegoś wspólnego impulsu zeszli wszyscy ze skał i stanęli nad swoimi ubraniami, tam gdzie czekały na nich spętane kuce, pod palmami. Słońce stało się jeszcze większe. Nie było już zwyczajnie czerwone, lecz przybrało kolor nasyconej purpury i zniknęło szybko za przypominającym kształtem róg zachodnim krańcem zatoki, która czerniała coraz bardziej, aż linia wody zniknęła, a ziemia i jej odbicie stworzyły jeden wyraźny symetryczny kształt.

Powierzchni wody wciąż nie marszczyło nawet tchnienie wiatru, ale na moment zadrżała samoistnie, rozrywając unoszące się na niej odbicia, po czym znów stała się szklista. Dzieci wstrzymały oddech, czekając, aż drżenie powróci.

Ławica ryb, przerażonych czymś, co działo się pod wodą, wysunęła łebki, trzepocząc się w strzelistym pędzie i nieznacznymi ruchami grzbietów wbudzając połyskliwe zmarszczki na powierzchni. Jednak po każdym wstrząsie woda znów przybierała wygląd wyjątkowo twardego ciemnego szkła.

W pewnym momencie świat zadygotał niczym krzesło w sali koncertowej i powtórzył się ów tajemniczy szum, jakby ptasich skrzydeł, chociaż pod obrzmiałymi, rozjarzonymi gwiazdami nic nie było widać.

I wtedy stało się. Woda zaczęła odpływać z zatoki, jak gdyby ktoś wyciągnął z dna zatyczkę, wysokie na stopę ławice piasku i na chwilę odsłonięte koralowce zalśniły w powietrzu, a potem morze wróciło tysiącem drobnych fal, które rozbijały się u stóp palm. Woda wyrywała kęsy trawy, z drugiej strony zatoki runął w dół odłam skalny. Posypały się gałązki i piasek, z drzew niby brylanty spadały krople rosy. Ptaki i zwierzęta, którym w końcu rozwiązały się języki, krzyczały przeraźliwie i ryczały. Kucyki, chociaż właściwie nie zdradzały niepokoju, uniosły łby i zarżały.

To było wszystko - kilka chwil. Potem cisza odzyskała całe swoje zbuntowane królestwo szybkim kontrmarszem. I znowu spokój. Drzewa, przypominające kolumny zrujnowanej budowli, nie poruszały się prawie wcale, każdy liść spoczywał posłusznie na swoim miejscu. Bulgocąca piana opadła, a odbicia gwiazd wyłoniły się spod niej niczym zza chmur. Cisza, spokój, ciemność, łagodność, jakby nigdy nie mogło dojść tu do żadnych niepokojów. Nagie dzieci z kroplami wody we włosach i na rzęsach także stały wciąż nieruchomo obok spokojnych kucyków, a światło padało na ich okrągłe brzuszki.

Dla Emily tego było jednak za wiele. Trzęsienie ziemi zupełnie ją odurzyło. Zaczęła tańczyć, z trudem przeskakując z jednej nogi na drugą, a John po chwili ruszył w ślad za nią. Fikał koziołki na mokrym piasku, jednego za drugim, po elipsie, i zanim zmiarkował, co się święci, znalazł się w wodzie. Tak mu się zakręciło w głowie, że nie wiedział, gdzie niebo, a gdzie ziemia.

Widząc to, Emily uświadomiła sobie, na co sama teraz ma ochotę. Wdrapała się na kucyka i zaczęła galopować tam i z powrotem po plaży, poszczekując przy tym jak pies. Dzieci Fernandezów przyglądały się im obojgu z powagą, ale bez dezaprobaty. John, biorąc kurs na Kubę, płynął tak, jakby rekiny obgryzały mu już paznokcie u nóg. Emily wjechała do morza i tak długo okładała swojego kucyka, aż zaczął płynąć. Wtedy podążyła za Johnem w stronę rafy, szczekając do ochrypnięcia.

Przepłynęli ze sto jardów, zanim opadli z sił. Wtedy zawrócili do brzegu; John trzymał się nogi Emily, sapał i dyszał, oboje byli trochę przemęczeni, opadło z nich podniecenie. Po chwili John wystękał:

- Nie powinnaś jeździć na golasa, liszaj ci wyskoczy.

- Wszystko mi jedno - odparła jego siostra.

- Jak dostaniesz liszaja, nie będzie ci wszystko jedno - powiedział John.

- Wszystko mi jedno! - powtórzyła śpiewnie Emily.

Dłużył im się ten powrót na brzeg. Kiedy wreszcie dopłynęli, pozostałe dzieci, już ubrane, szykowały się do odjazdu, i wkrótce całe towarzystwo wracało w ciemnościach do domu. Po pewnym czasie Margaret powiedziała:

- I po wszystkim.

Nikt się nie odezwał.

- Jak tylko wstałam, mój nos powiedział mi, że się zanosi na trzęsienie ziemi. Czy nie tak mówiłam, Emily?

- Ty i twój nos! - wtrącił Jimmie Fernandez. - Ty zawsze wszystko wywąchasz!

- Ona ma naprawdę strasznie dobry węch. - Najmłodszy ze wszystkich Fernandezów, Harry, odwrócił się, dumny, do Johna. - Potrafi podzielić brudną bieliznę do prania po zapachu. Wie, co jest czyje.

- Wcale że nie - zaprotestował Jimmie. - Ona tylko udaje. Przecież nie jest tak, że każdy pachnie inaczej!

- A właśnie że potrafię!

- Na pewno potrafią to psy - zauważył John.

Emily milczała. Oczywiście, że każdy pachnie inaczej, nie było nad czym się rozwodzić. Ona na przykład zawsze potrafiła odróżnić po zapachu swój ręcznik od ręcznika Johna, a nawet poznać, czy jej ręcznika nie używało przypadkiem któreś z innych dzieci. Ale cała ta sprawa dowodziła tylko, jacy są ci Kreole, no bo żeby rozmawiać o zapachach tak bez najmniejszej żenady...

- W każdym razie powiedziałam, że przyjdzie trzęsienie ziemi, no i przyszło - zakończyła Margaret.

Na to tylko czekała Emily. Więc to naprawdę było trzęsienie ziemi! Nie chciała o to pytać, takie pytanie mogłoby świadczyć o tym, że jest głupia, teraz jednak Margaret powiedziała wyraźnie, że chodziło o trzęsienie ziemi.

Jeśli więc Emily wróci kiedyś do Anglii, będzie mogła powiedzieć: "Przeżyłam trzęsienie ziemi".

Kiedy zyskała tę pewność, jej stłumione emocje odezwały się na nowo. Nie było bowiem nic, żadnej przygody z dopustu Boga czy ludzi, która mogłaby się dla niej równać z takim przeżyciem. Musicie to dobrze zrozumieć: gdyby nagle okazało się, że umie fruwać, nie wydałoby się jej to cudowniejsze. Niebo zagrało swoją ostatnią, najstraszliwszą kartą, a mała Emily ocalała tam, gdzie ginęli nawet dorośli mężczyźni - na przykład Kore, Datan i Abiron.

Życie nagle wydało się jej właściwie puste, bo nigdy już nie przeżyje czegoś równie niebezpiecznego i wzniosłego zarazem.

Tymczasem Margaret i Jimmie ciągle się spierali.

- No, jedno jest pewne: jutro będziemy mieli mnóstwo jajek - rzekł Jimmie. - Nie ma to jak trzęsienie ziemi, żeby się kury niosły.

Jacy śmieszni byli ci Kreole! Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że życie człowieka, który doświadczył trzęsienia ziemi, zmienia się już na zawsze.

Gdy dojechali do domu Fernandezów, okazało się, że ich czarnoskóra służąca, Martha, wyraża się o tym wspaniałym kataklizmie niepochlebnie. Zaledwie dzień wcześniej odkurzyła w salonie porcelanę, a teraz znów pokrywał ją drobniuteńki, wciskający się wszędzie pył.

4

Następnego ranka, w niedzielę, wrócili do domu. Emily wciąż była tak przejęta trzęsieniem ziemi, że do nikogo się nie odzywała. Myślała o nim podczas posiłków i śniło się jej, czuła je zarówno w palcach rąk, jak i w nogach. Z kolei John myślał o kucach. Trzęsienie było fajne, ale najważniejsze są kucyki. Emily nie martwiła się jednak tym, że jest osamotniona w swojej ocenie wagi tego zdarzenia. Była nim opętana do tego stopnia, że nie widziała, co się dookoła dzieje, i nie rozumiała, że każdy, nie tylko ona, ma prawo żyć we własnym świecie, choćby nawet był to świat ułudy.

Matka powitała dzieci w progu i od razu zasypała je pytaniami. John paplał coś o kucach, ale Emily wciąż nie była w stanie nic powiedzieć. Zachowywała się jak dziecko, które tak się objadło, że nie może nawet zwymiotować.

Pani Thornton od czasu do czasu trochę się o nią martwiła. Niezwykle spokojne życie, jakie prowadzili, mogło być idealne dla takich impulsywnych dzieci jak John, ale - uważała - tak dalekie od impulsywności dziecko jak Emily potrzebuje jakichś bodźców i podniet, bo istnieje niebezpieczeństwo, że w przeciwnym wypadku jego umysł zaśnie już na zawsze. Tutejsze życie nazbyt przypominało wegetację, dlatego pani Thornton nieodmiennie zwracała się do Emily z największym ożywieniem, jak gdyby wszystko było niesłychanie interesujące. Wcześniej miała nadzieję, że może dziewczynkę pobudzi wizyta w Exeter, ale Emily wróciła stamtąd tak samo milcząca i obojętna jak przedtem. Widać podróż nie wywarła na niej żadnego wrażenia.

W piwnicy John musztrował najmłodsze dzieci, które maszerowały w kółko z drewnianymi szablami przy boku, śpiewając Naprzód, żołnierze Chrystusa. Emily nie dołączyła do nich. Czy jej dawny żal, że kiedy dorośnie, nigdy nie będzie mogła zostać prawdziwym żołnierzem z prawdziwą szablą u pasa, ponieważ jest dziewczynką, ma teraz jakieś znaczenie? Przecież ona przeżyła trzęsienie ziemi!

Poza tym John i reszta nie bawili się długo - taka musztra mogła się ciągnąć trzy albo cztery godziny - albowiem bez względu na skutki, jakie trzęsienie ziemi wywołało w duszy Emily, właściwie niczego więcej nie zmieniło. Było gorąco jak zwykle. Wydawało się tylko, że w świecie fauny nastąpiło jakieś poruszenie, jak gdyby zwierzęta coś przeczuwały. Wciąż nie pokazywały się pospolite jaszczurki i komary, ale ich miejsce zajęło najstraszliwsze potomstwo ziemi, szukające otwartej przestrzeni stworzenia ciemności: kraby lądowe włóczyły się bez celu, gniewnie potrząsając szczypcami, ziemia roiła się od czerwonych mrówek i karaluchów. Na dachu kłębiły się gołębie, tocząc ze sobą trwożliwe rozmowy.

Piwnica (a raczej parter), gdzie John musztrował młodsze rodzeństwo, nie miała połączenia z drewnianą nadbudówką, ale osobne wejście pod schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych; dzieci zebrały się teraz właśnie w cieniu tych schodów. Na podwórzu leżała jedna z najlepszych chusteczek pana Thorntona. Widocznie upuścił ją rano, jednak żadne z nich nie miało siły, żeby wyjść na słońce i przynieść ją do domu. Potem, gdy wciąż tak stały, zauważyły kuśtykającego przez podwórko Sama Kuternogę, który dostrzegłszy skarb, już miał go zabrać i odejść, gdy nagle przypomniał sobie, że jest niedziela. Natychmiast odrzucił chusteczkę jak oparzony i zaczął ją przysypywać piaskiem, dokładnie tam, gdzie przedtem leżała.

- Da Bóg, ukradnę cię jutro - wyszeptał z nadzieją. - Da Bóg, ty tu jeszcze być.

Basowy pomruk grzmotu wydał się Murzynowi gderliwym przyzwoleniem.

- Dziękuję Ci, Panie - powiedział, kłaniając się wiszącym nisko zwałom chmur. Pokuśtykał dalej, ale potem, chyba niezbyt pewny, czy Niebo dotrzyma obietnicy, rozmyślił się: zawrócił, porwał chusteczkę i czmychnął z nią do swojej chaty. Pomruk grzmotu odezwał się głośniej i gniewniej, Sam jednak zignorował to ostrzeżenie.

Kiedy pan Thornton wracał z St. Anne's, John i Emily mieli w zwyczaju wybiegać mu na spotkanie i wracać z nim razem konno, jedno przycupnąwszy na jednym, a drugie na drugim strzemieniu niczym na grzędzie.

W tamten niedzielny wieczór, kiedy tylko zobaczyli, że ojciec nadjeżdża, wybiegli z domu mimo burzy, trzaskającej już nad głowami i nie tylko nad nimi, albowiem w tropikach burza nie jest odległą awanturą na niebie, jak w Anglii, lecz otacza człowieka ze wszystkich stron. Błyskawice odbijają się od powierzchni wody niczym płaskie kamienie, skaczą z drzewa na drzewo i hycają po ziemi, a grzmot wydaje się skutkiem gwałtownych eksplozji wewnątrz ludzkiego ciała.

- Wracajcie! Wracajcie, przeklęte głuptasy! - zawołał ze złością ojciec. - Wracajcie do domu!

Zatrzymali się, wystraszeni, i rozejrzeli; zobaczyli, że jest to jednak gwałtowniejsza burza niż zazwyczaj. Ledwie wybiegli z domu, od razu przemokli do ostatniej nitki. Błyskawice paliły się bez przerwy, igrały nawet wokół żelaznych strzemion, i dzieci nagle zrozumiały, że tata się boi. Uciekły do domu, wstrząśnięte tym do głębi, a pan Thornton znalazł się w środku nieomal równo z nimi. Wybiegła do niego pani Thornton.

- Kochany, jak się cieszę...

- Nigdy nie widziałem takiej burzy! Dlaczego, u licha, pozwoliłaś im wyjść?

- Nawet mi się nie śniło, że będą takie niemądre! I przez cały czas myślałam... Ale dzięki Bogu, już wróciłeś!

- Najgorsze chyba za nami.

Najgorsze może minęło, lecz podczas kolacji błyskawice świeciły przez cały czas, nie gasnąc właściwie ani na chwilę. A John i Emily prawie nie mogli jeść, prześladowało ich bowiem wspomnienie owego krótkotrwałego grymasu na ojcowskiej twarzy.

W ogóle nie był to przyjemny posiłek. Pani Thornton przygotowała mężowi jego "ulubione danie", a w takich okolicznościach trudno czymś bardziej rozdrażnić chimerycznego mężczyznę. W dodatku w połowie całego tego zamieszania do pokoju wpadł bez żadnych ceregieli Sam, ze złością rzucił chusteczkę na stół i wybiegł, kulejąc.

- Co u licha... - zaczął pan Thornton.

Tylko John i Emily zrozumieli, w czym rzecz; całkowicie zgadzili się z Samem co do przyczyny tej burzy. Wszak każda kradzież to zło, a cóż dopiero w niedzielę!

Tymczasem błyskawice kontynuowały swoje igraszki. Rozmowę utrudniały grzmoty, a i tak nikt nie miał nastroju do pogawędki. Słychać więc było jedynie pioruny i bębnienie deszczu, gdy nagle tuż pod oknem rozległ się niesamowity wrzask przerażenia.

- Tabby! - zawołał John i wszyscy podbiegli do okna.

Lecz Tabby wpadł już do domu, a za nim cała banda ścigających go zawzięcie dzikich kotów. John natychmiast otworzył drzwi do jadalni i Tabby wślizgnął się do środka, potargany i zziajany. Bestie nawet wtedy nie dały za wygraną - nie wiadomo, jaka obłędna wściekłość kazała mieszkańcom dżungli ścigać Tabby'ego aż do wnętrza domu, w każdym razie dzikie zwierzęta znalazły się w korytarzu, dając istny koncert kociej muzyki. Grzmoty obudziły się na nowo jak gdyby na ich zaśpiew, błyskawice przyćmiewały świecącą słabo lampę stołową. Zapanował taki harmider, że nie dało się rozmawiać. Tabby zjeżył sierść i z płonącymi oczami krążył po pokoju, głośno mrucząc, a chwilami krzycząc głosem, którego dzieci wcześniej nie słyszały i który mroził im krew w żyłach. Kot wyglądał jak Pytia w wieszczym transie; za drzwiami, w korytarzu, zapanowało tymczasem piekielne pandemonium.

Ten impas nie mógł trwać długo. Przed wejściem do domu stało ogromne cedzidło, a szyba w półkolistym świetliku nad drzwiami była od dawna rozbita. I właśnie przez ten świetlik nagle wpadło do jadalni coś czarnego i rozwrzeszczanego, co wylądowało na środku stołu, roztrącając widelce i łyżki i przewracając lampę. Potem na stół runęło następne zwierzę, i jeszcze jedno, ale Tabby wyskoczył już przez okno i pognał z powrotem do buszu. Aż dwanaście dzikich kotów wskoczyło jeden po drugim z cedzidła przez świetlik prosto na stół, po czym niepokojąco zawzięcie ruszyło w pogoń za Tabbym. Po chwili cała ta diabelska zgraja i jej niemająca żadnych szans ofiara zniknęli w mrokach nocy.

- Och, Tabby, mój kochany Tabby! - zawołał płaczliwie John, a Emily podbiegła znów do okna.

Lecz zwierząt już nie było. Błyskawica w dżungli podświetliła od tyłu pnącza niczym olbrzymie pajęczyny, ale po Tabbym i jego prześladowcach nie pozostał nawet ślad.

John po raz pierwszy od paru lat wybuchnął płaczem i rzucił się matce w objęcia. Emily stała przy oknie jak zahipnotyzowana, z przerażonym wzrokiem utkwionym w czymś, czego w rzeczywistości nie mogła przecież zobaczyć; nagle zwymiotowała.

- Boże, co za wieczór! - jęknął pan Bas-Thornton, po omacku szukając tego, co może pozostało jeszcze z kolacji.

Niedługo potem w płomieniach stanęła chata Sama. Widzieli z jadalni, jak stary Murzyn dramatycznie wytoczył się w ciemność na podwórze i zaczął ciskać kamieniami w niebo. W chwilowej ciszy usłyszeli jego krzyk:

- Ja ją oddać, co nie? Ja oddać to diabelstwo!

Zaraz potem przyszedł kolejny oślepiający błysk i Sam padł jak ścięty. Pan Thornton brutalnie odciągnął dzieci na bok, po czym odezwał się do żony:

- Pójdę zobaczyć, co z nim. Nie pozwól im podejść do okna.

Po tych słowach zatrzasnął okiennice, zaryglował je i wyszedł.

John i najmłodsze dzieci płakali bez ustanku. Emily chciała, żeby ktoś zapalił lampę, miała ochotę poczytać. Wszystko, byle nie myśleć o biednym Tabbym.

Przypuszczam, że wiatr zaczął się wzmagać nieco wcześniej, ale teraz, kiedy panu Thorntonowi udało się wnieść ciało starego Sama do domu, był już silniejszy niż sztorm. Starzec, chociaż za życia miał zesztywniałe stawy, przelewał się przez ręce niczym glista. Emily i John, którzy niepostrzeżenie wymknęli się na korytarz, z bezmiernym przejęciem patrzyli, jak Sam bezwładnie zwisa z rąk ich ojca; z trudem oderwali się od tego widoku i wrócili do jadalni, żeby nikt ich nie nakrył.

Tam pani Thornton bohatersko zasiadła na krześle w otoczeniu całej swojej dziatwy i zaczęła recytować psalmy oraz wiersze Sir Waltera Scotta, które znała na pamięć; Emily, żeby nie myśleć o Tabbym, próbowała przypomnieć sobie wszystkie szczegóły Swojego Trzęsienia Ziemi. Zgiełk, grzmoty i przeraźliwy ryk nawałnicy momentami stawały się jednak tak donośne, że wdzierały się do jej wewnętrznego świata. Chciała, żeby ta okropna burza skończyła się jak najszybciej. Najpierw odtworzyła całe Trzęsienie Ziemi w swojej wyobraźni, krok po kroku, jak gdyby przeżywała je na nowo, po czym zmieniła narrację na oratio recta i opowiedziała wszystko jeszcze raz, rozpoczynając od magicznego zdania: "Pewnego razu przeżyłam trzęsienie ziemi". Dramatyzm szybko jednak i tu powrócił, tym razem w postaci pełnych grozy komentarzy wyimaginowanych angielskich słuchaczy. Skończywszy tę opowieść, Emily przeszła do narracji historycznej - tu Głos opowiadał, że jedna dziewczynka o imieniu Emily przeżyła pewnego razu Trzęsienie Ziemi. Tak przeszła przez to wszystko po raz trzeci.

Niespodziewanie stanął jej przed oczami makabryczny los nieszczęsnego Tabby'ego i o mało nie zwymiotowała raz jeszcze. Nawet Trzęsienie Ziemi już nie pomagało. Umysł dziewczynki, tkwiący w szponach inkuba, szamotał się gorączkowo, próbując chwycić się świata zewnętrznego, była to bowiem ostatnia deska ratunku. Emily usiłowała się skoncentrować po kolei na każdym, nawet najdrobniejszym szczególe otoczenia - liczyła deszczułki okiennic, przyglądała się bliżej światu za oknami - i dzięki temu zaczęła naprawdę dostrzegać, jaka jest pogoda.

Wiatr wiał już mocniej niż ze zdwojoną siłą. Okiennice wypuczały się, jak gdyby opierały się o nie zmęczone słonie, a ojciec próbował przewiązać rygiel chusteczką. Ale walka z tą wichurą była jak walka ze skałą. Chusteczka, okiennice, wszystko nagle puściło i wnętrze zalał deszcz jak fale tonący okręt, pokojem zawładnął zaś wiatr, który pozrywał obrazy ze ścian i zmiótł wszystko ze stołu. W pustych ramach okiennych widać było rozświetlaną błyskawicami scenę na zewnątrz. Pnącza, które wyglądały wcześniej jak pajęczyny, teraz sterczały ku niebu niczym świeżo natapirowane włosy. Krzaki leżały na płask, przylegając do ziemi tak ściśle jak uszy do łba królika, gdy ten je kładzie posobie. Wiatr miotał połamanymi gałęziami na tle nieba. Po murzyńskich chatach nie zostało już nic, ich mieszkańcy czołgali się przez podwórko, szukając schronienia w domu. Rzęsista ulewa wydawała się pokrywać ziemię białymi oparami przypominającymi morze, w którym Murzyni pławili się na podobieństwo morświnów. Jednego czarnoskórego chłopca zaczęło znosić na bok i jego matka, zapominając o ostrożności, wstała, a wtedy wicher porwał tę grubą starą megierę i poniósł ją nad polami i żywopłotami niczym postać z jakiejś śmiesznej bajki, aż wreszcie cisnął nią na ścianę jakiegoś domu i przyparł do niej z taką siłą, że nie mogła się ruszyć. Pozostali Murzyni zdołali jednak dotrzeć do domu swoich państwa i po chwili ich głosy dały się słyszeć niżej, w piwnicy.

Jakby tego było mało, podłoga zaczęła się wydymać niczym lekki dywan w wietrzny dzień, bo otworzywszy drzwi do piwnicy, Murzyni wpuścili wicher do środka i przez pewien czas nie umieli ich zamknąć. Podmuch, który się na nich zwalił, był jak masywna skała, w niczym nie przypominał zwykłego ruchu powietrza.

Pan Thornton obszedł dom, by sprawdzić, co da się zrobić. Rychło zrozumiał, że w następnej kolejności runie dach, wrócił więc do grupy Niobidów w jadalni. Pani Thornton była właśnie w połowie Pani Jeziora, a młodsze dzieci słuchały jej z najwyższą uwagą. Zniecierpliwiony pan Thornton oświadczył, że za pół godziny najprawdopodobniej nie będzie ich już wśród żywych, nikt nie wydawał się jednak szczególnie zainteresowany tą wiadomością, a pani Thornton dalej bezbłędnie recytowała balladę z pamięci.

Po dwóch następnych pieśniach zawalił się zagrożony dach. Na szczęście wiatr uderzył weń od spodu i większą część zdmuchnął daleko od domu, lecz jedna para krokwi zwaliła się na skos i zawisła na tym, co pozostało jeszcze z drzwi do jadalni, o włos chybiając Johna. Emily zrobiło się nagle zimno - i nie było to przyjemne uczucie. W lot zrozumiała, że ma już dosyć tej burzy, która stała się nie do zniesienia, zamiast być miłą rozrywką.

Pan Thornton zaczął szukać czegoś, czym mógłby się przebić przez podłogę. Gdyby tylko zdołał zrobić w niej dziurę, może udałoby mu się spuścić żonę i dzieci do piwnicy. Na szczęście okazało się, że jedna z krokwi wykonała prawie całą robotę za niego. Laura, Rachel, Emily, Edward, John, pani Thornton, a w końcu i sam pan Thornton zeszli więc niżej, w ciemność, gdzie już tłoczyli się Murzyni i kozy.

Pan Thornton bardzo rozsądnie zabrał ze sobą z góry kilka flaszek madery i każdy pociągnął łyk, począwszy od Laury, a skończywszy na najstarszym Murzynie. Wszystkie dzieci skwapliwie skorzystały z owej grzesznej okazji, ale butelka nie wiedzieć jakim sposobem trafiła aż dwa razy do Emily, która dwukrotnie wypiła z niej spory haust. Dzieciom to wystarczyło - gdy wiatr unosił szczątki domu ponad ich głowami, w chwilowej ciszy i następującej po niej powietrznej odpowiedzi John, Emily, Edward, Rachel i Laura, pijani jak bela, posnęli pokotem na piwnicznej podłodze, a nad ich snem z łatwością zapanował koszmar przerażającego losu Tabby'ego, którego tamte diabły rozszarpały na strzępy niemal na ich oczach.